czwartek, 29 listopada 2012

SZALEŃSTWA MICHALIKA, CZYLI ADWENTOWY OKÓLNIK

Michałowi P.
za inspirację 

Kończąc ostatni wpis miałem poczucie, że czas na kilka chwil odetchnąć od bloga. Miałem tym samym nadzieję na wyciszenie nadmiaru bodźców, na chwilę słodkiej ciszy, na odrobinę wytchnienia. Ale okazuje się, że nie jest mi to dane - nasz piękny kraj żyje bowiem w iście ponowoczesny sposób akcelerując ilość kuksańców, których nie chce się już puścić płazem.

Jednym z nich jest adwentowy okólnik abpa Józefa Michalika. W sumie nie tyle okólnilk, ile apel, w którym Autor mobilizuje katolików do walki.
Do wali przeciw tym wszystkim, którzy w zmasowany sposób atakują dziś już nie tylko Ewangelię, ale "same podstawy naszego ludzkiego istnienia".

Agresorów jest zasadniczo dwóch: środowiska mniejszościowe i współczesna nauka.
Te pierwsze, próbują podważyć naturalny porządek dowodząc, że małżeństwo nie musi być monogamicznym związkiem kobiety i mężczyzny służącym prokreacji. Ta druga "nie liczy się z morlanością i nieodpowiedzialnie dopuszcza krzyżówki genetyczne między roślinami, zwierzętami, a nawet ludźmi".

Na te i na inne "znaki globalnej nieuczciwości, które konsekwentnie zwrócą się przeciwko ludzkości, bo naruszają ustalony przez Boga porządek natury" katolicy mają obowiązek reagować, zdecydowanie przeciwstawiając się satanizmowi (!), promowanemu przez "ludzi grzesznych i zepsutych".
Satanizmowi, bowiem szatan jest ojcem kłamstwa, a walka o prawa dla mniejszości seksualnych czy zapłodnienie in vitro są właśnie zakłamaniem prawa natury, wpisanego przez Boga w świat.

W normalnym, laickim kraju poglądy promowane przez Michalika można by zbyć uśmiechem politowania. U nas jednak są one wciąż ważna siła polityczną, której nie można lekceważyć.

Boli mnie w nich wiele
- kompletna bezrefleksyjność i brak elementarnej empatii w stosunku do krytykowanych "satanistów";
- brak świadomości historycznej: Kościół palił już naukowców w imię wierności niezmiennemu prawu natury wstydliwie i półgębkiem wycofując się potem ze swoich omyłek;
- pycha, pozwalająca uznać, że grupa ludzi może w sposób adekwatny poznać to, co nieskończone i efekty swojego poznania narzucić innym nawet w sytuacji, gdy nie stoją za nimi intersubiektywnie sprawdzalne argumenty (Tomasz z Akwinu pisał z drżeniem, że nawet jeśli możemy pokazać, że Bóg jest, to już nie możemy wiedzieć, kim jest, dlatego teologię nalezy uprawiać apofatycznie);
- zadufanie, pozwalające uznawać swoich za dobrych, a nie-swoich za złych (Jerzy Klinger napisał kiedyś, że podział na barany i kozły z metaforycznej opowieści o sądzie ostatecznym jest podziałem przebiegającym nie między ludźmi, ale we wnętrzu każdego człowieka);
- dogmatyzm, zapominający o tym, że Polak ma dziś szansę poznać inne nurty chrześcijanstwa i ich - także wywodzone z Biblii - poglądy na kwestie związków partnerskich czy in vitro;
- przekłamywanie faktów: związki partnerskie bowiem mają być zarówno związkami jednopłciowymi, jak i róznopłciowymi, po prostu mają inaczej niż tradycyjne małżeństwo regulować przestrzeń relacji międzyludzkich; poza tym ustawa nie ma na celu kreowania rzeczywistości, ale uznanie tego, co istnieje. 

Nie to jednak budzi mój największy sprzeciw.

Apel Michalika pojawia się bowiem w momencie, gdy w naszym kraju w szczególny sposób eskaluje się agresja. Pomiędzy politykami, ale także wśród obywateli. Czego przykładem są zającia z okazji 11 listopada, nacjonalistyczne akcje na Podlasiu, czy szerzące się w Polsce akce "bij pedała".
Trzeba być wyzutym z wszelkiej ludzkiej przyzwoitości, by w obliczy tych zajść dokładać oliwy do ognia. Bo jak nie bić geja, skoro jest satanistą. I jak nie prześladować dziecka poczętego pozaustrojowo, skoro jest szatańskim pomiotem?

Jeśli tak działać ma instytucja wypisująca na sztandarach hasła miłosierdzia i miłości, to albo znaczy, że nie rozumie swoich haseł, albo zżera ją hipokryzja.

Czuję się chrześcijaninem, choć bliżej mi do prawosławia niż katolicyzmu, a daleko do instytucji. Ale jeśli tak ma być sprawowany rząd dusz, to - dla ocalenia w nas wymiaru religijnego - wolę, żebyśmy wrócili do słowiańskich korzeni. Wzorem mogą nam być tu Litwini.
Powrót do źródeł zrobiłby nam dobrze, nasi praszczurzy byli bowiem o wiele rozumniejsi od nas. Za naturalne uznając nie tylko czczenie bogów i budowanie wspólnoty, ale także symboliczną zmianę płci czy nie-heteronormatywne związki. Przypomniał to kiedyś Paweł Fijałkowski pisząc o słowiańskich grobach, w których pochowano jednopłciowe rodziny.

Lew Szestow ukuł opozycję Aten i Jerozolimy. Trzeba ten slogan nieco przekształcić:
Ateny i Słowiańszczyzna przeciw Jerozolmie.
Dla dobra jednostek, dla dobra wspólnoty i dla dobra religii!
Amen.

DOPÓKI NIE POCZUJESZ, JAK KTOŚ PIĘŚCIĄ ROZBIJA CI TWARZ...


 Dopóki nie poczujesz jak ktoś pięścią rozbija ci twarz, kopie po żebrach gdy leżysz już skulony na ziemi; dopóki nie poczujesz wszechogarniającej cię bezsilności i strachu -nigdy nie zrozumiesz człowieka dotkniętego przemocą. Nie sposób opisać tego na tyle skutecznie, aby czytelnik to zrozumiał.  Musimy jednak spróbować.
- napisali w swoim apelu o bezpieczne, a więc wolne także od przemocy wobec mniejszości seksualnych, państwo Olaf Zmit i Adam Jarecki. Napisali po tym, jak w nocy 25 listopada br. stali się ofiarami tzw. "gay bashingu". Wczorajszy dzień był dla łodzian generalnie niefortunny, poza akcjami typu "bij pedała" doszło także do ruchawki na Placu Wolności, którą szczelnym kręgiem spowił kordon policji.

Trudno nie podpisać się pod apelem o to, by politycy wreszcie wzięli się do roboty i uruchomili instrumenty prawne czy edukacyjne, służące rozładowaniu i twórczemu wykorzstaniu narastającej w naszej wspólnocie agresji. Do ich spostrzeżeń dorzuciłbym jeszcze apel o tworzenie miejsc pracy - nowej, poPRL-owskiej władzy łatwo bowiem idzie niszczenie rodzimego przemysłu. Coraz silniej widać jednak, że pomysł na zbawianie świata poprzez usługi się nie sprawdził, a spadający standard życia czy zawodowa niepewność przekładają na zachowania fobiczne - lękowe, agresywne i coraz bardziej konserwatywne.

Obijanie gejów, w tym jednego mylnie wzietego za żyda, niszczenie nagrobków na łódzkim kircholu jako odpowiedź na Pokłosie - wszystko to akcje zasługujące na napiętnowanie i karę. 
Mimo wszystko nie zgadzam się jednak ze Zmitem i Jareckim, że ktoś, kto nie zaznał pięści na twarzy i kopniaków w żebra, nie wie, czym jest strach.
W ich sytuacji agresja przynajmniej była jawna,  a organa ścigania powinny intensywnie się nimi zająć.
O wiele trudniejsze są dla mnie sytuacje wymuszania strachu w bałych rękawiczkach. A więc takie, w których niszcząc osoby nie robi się tego wprost, ale w imię obrony ideałów, wartości nie mających jakoby wiele wspólnego ze światopoglądem i codziennym życiem.

Myślę tu choćby o różnych romach przemocy symbolicznej, z jakimi spotykamy się ciagle w instytutach naukowych. 

Ile razy tępienie rzekomej indolencji metodologicznej, niezborności wywodu, czy prowadzona per fas et nefas krytyka z pozycji posiadacza obiektywnej prawdy jest tylko sposobem zastraszania osób inaczej myślących, inaczej czujących, inaczej kochających?

Ile razy dotacje ministerialne promują książki, w których roi się od drwin i docinek pod adresem naukowo zaangażowanych kobiet?

Ile razy daje się posłuch jasnym, czarno-białym argumentom, zamykając uszy na głos tych, dla których świat jest bardziej złożony?

Najgorszy jest strach przed tym, co nie tylko nie zostało wypowiedziane jawnie, ale co samo ubiera się jeszcze w szaty męczeństwa i prześladowania. Przed tym, co być może nie da po mordzie, ale zniszczy psychikę i skutecznie utrudni rozwój - duchowy, naukowy, pracowniczy.

Zmit i Jarecki słusznie piszą o grupach młodych, którymi daje się łatwo manipulować.

Żeby to zmienić, trzeba by w końcu na serio wprowadzić demokrację - w państwie, w placówkach naukowych, do niżej edukacji. 
Demokracja opiera się na poróżnieniu, służacym znalezieniu wspólej, intersubiektywnej prawdy.  Demokracja opiera się na komunikacji i kompromisie, który zgniły jest tylko dla ideologów obiektywności, przekonanych o tym, że prawda (transcendentna) jest w ich posiadaniu. I to w całości.

Nie da się rozmawiać, gdy debatujące strony nie mają świadomości przygodnego charakteru swych poglądów. 
Tym bardziej nie da sie rozmawiać, gdy jedna ze stron o tej przygodności doskonale wie. Druga strona bowiem nie tylko jej nie wysłucha, ale namiesza ludziom w głowie budujac poczucie zagrożenia. Udając, że mówiąc o prawdzie, nie używa argumentów ad personam.    

Demokracja może być bądź nie być - tertium non datur. Nie dajmy już sobie wmawiać, że w naszym kraju, gdzie straszą widma absolutów, o demokracji może być mowa!

sobota, 24 listopada 2012

O OPERZE W ŁODZI, A RACZEJ O TYM, ŻE JEJ NIE MA

Ze smutkiem, a nawet z goryczą, potwierdziło się dzisiaj narastające we mnie od dawna przekonanie - nie mamy opery w Łodzi. Mamy budynek, mamy zaangażowanych w inscenizacje muzyczne pracowników administracji, pionu technicznego, muzyków (wokalistów, chórzystów, instrumentalistów, korepetytorów...). Ale nie mamy zespołu. I nie mamy artystów. 

Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy stery Teatru Wielkiego zależą nie od kwestii artystycznych, ale politycznych. 
Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy każda zmiana dyrekcji pociąga za sobą czystki i roszady kadrowe.
Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy teatrem kierują osoby najzupełniej w świecie muzycznie niekompetentnie. 
Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy myśląc o operze, myśli się wyłącznie o solistach.

Trudno pogodzić mi się z takim zarządzaniem Teatrem, w którym Madame Butterfly wystawia się z udziałem dwu solistek jednocześnie, bowiem żadna z nich nie jest w stanie udźwignąć całej roli w czasie jednego wieczoru. Tak samo nie rozumiem zatrudniania na etacie solisty tenora, który nie jest w stanie poradzić sobie z tessyturą partii Alfreda w Traviacie. Przykładów przekraczających moje zdolności poznawcze mógłbym jeszcze mnożyć (dziwi mnie choćby to, że ten sam team kieruje dwoma kompletnie odmiennymi teatrami, które koegzystują w dziwnych zależnościach artystyczno-finansowych). Dziś wolę powiedzieć o przerażeniu.

Doznałem go na dzisiejszym koncercie złożonym z uwertur i chórów operowych.
 
Na estradzie łódzkiej filharmonii zobaczyłem bowiem orkiestrę Wielkiego całkowicie odartą z artystycznej podmiotowości. Braków stricte zawodowych było tu co niemiara - notorycznie fałszujące waltornie, destruujące chór z Aidy trąbki, kwintet smyczkowy pozbawiony jakiejlowiek masy brzmienia, co gorsza, pozbawiony również słyszalnych altówek i wiolonczel. Do tego brak myślenia, że się współ-gra, a nie współ-zawodniczy, że towrzy sie jednej organizm oddychający frazami, cyzelujący szczegóły, bawiący się muzyką. Myślący także o innych - w tym przypadku zwłaszcza o chórze, który musiał dokonywać ekwilibrystycznych sztuczek, żeby próbować przebić się przez niemiłosierny dla uszu hałas blachy. Słuchacz zaś, poza przebiciem się przez duży niekiedy muzyczny absurd, musiał zmierzyć się także z physis muzyków orkiestry. Zwłaszcza dwóch skrzypków, w pozie ludzi mających wszystko głęboko gdzień i czekających na wychylenie puszki piwa, dawało dużo do myślenia.  
Nie uważam jednak, że winna tego jest orkiestra. Winni są Ci, którzy decydują o jej funkcjonowaniu. Ich decyzjami muzyków Wielkiego zamieniono z orkiestry na akompaniatorów, przykutych do kanału orkiestrowego i niewidocznych dla oczu. Odzwyczajono ich od estrady, od związanej z nią estetyki (mówiąc wprost - Teatr powinien ubrać swoich instrumentalistów, o ile chór prezentował się znakomicie, o tyle orkiestra wyglądała, jakby ich stroje wyjęto z kilku lamusów i second-handów) do savoir-vivre'u. Znieczulono na to, że brzmienie - jego nasilenie, barwę - dobiera się w zależności od przestrzeni, w której się gra.  

Na etsradzie zobaczyłem także chórmistrza zupełnie pozbawionego polotu. Nie ważne, czy dyrygował dzisiaj mazurem ze Strasznego dworu, tańcami połowieckimi czy marszem z Aidy. Wszystko było takie samo - ciężkie, pozbawione choćby krztyny ognia, konwencjonalne i bezbarwne. Co gorsza, Waldemar Sutryk nie był w stanie zapanować nad zespołami, w jakikolwiek sensowny sposób doprowadzić do ich zgrania i harmonijnej współpracy. Jako kierownik chóru zadbał o to, żeby chórzyści notorycznie byli zagłuszani przez orkiestrę. Nie potrafił też w sensonwy sposób wybrać spośród nich osób realizujących skormne partie solowe (skandalicznie obsadził zwłaszcza Santuzzę, wymagającą bądź mocnego, spinotwego sopranu, bądź dobrego mezzosopranu, czy nawet altu; na estradzie zmierzyła się z tym wyzwaniem subtelna subretka Karolina Widenka, o ile mnie pamieć nie myli, córka Sutyrka!). Niejak też nie zadbał o to, żeby z chórzystów uczynić podmiot artystyczny, pozwolić im niuansować brzmienie, koloryt, w zależności od wykonywanego numeru. Wszystko było tak jak na szeregowym spektaklu w Wielkim - orkiestra w wirtualnym kanale akompaniowała, a chór był tłem dla nieobecnych solistów.

A szkoda, bo pięknie brzmiały chórowe alty i "drugie" soprany. Satysfakcję można mieć było także ze śpiewu basów. Poza tym chór uzyskał pierwszą od dawna możliwość "solistycznego" pokazania się na scenie.

No cóż, rzuciłem dziś w komenatrzu na przerwie, że "rozwiązałbym to ustrojstwo". 
Tak, z chęcią wręczyłbym wymówienie PT Dyrekcji i kierownictwu muzycznemu.
Z chęcią również wymieniłbym kilku muzyków orkiestry na rozsądniejszych.
Poza tym poszukałbym dyrekcji nie z myślą o kluczu politycznym, ale z myślą o kwestiach artystycznych. I na pewno wymagałbym, by i orkiestra, i chór zaczęli być traktowani jak równorzędny z solistami zespół artystyczny. W przywilejach, ale i w obowiązkach. Wśród nich powinny znaleźć się regularne koncerty symfoniczne orkiestry Wielkiego (jak w MET czy La Scali). Przy Mozarcie, Haydnie czy Lutosławskim musieliby podnieść swoje kompetencje, od nowa rozbudzić artyzm. I odwyknąć od tego, że gra się w kanale. Jednym kanale. Nawet wtedy, gdy gra się poza nim! 


PUSZCZALSCY. Z ZASADAMI!

Reagując na mój wpis o poliamorii Maja Chmura podesłała link do recenzji Piotra Szumlewicza z książki Puszczalscy z zasadami. Recenzja, nosząca prowokacyjny tytuł Czy poliamoria nas wyzwoli, na tyle ciekawie opowiada o pracy Dossie Easton in Janet Hardy, że postanowiłem ją przeczytać.

Były z tym pewne perturbacje, bo pytanie o nią w księgraniach czy - w końcu - odebranie w EMPiKu od razu budziły uśmiechy księgarzy. Bo niby jak puszczalscy mogą mieć zasady? I kim musi być człowiek kupujący "Praktyczny przewodnik dla miłośników poliamorii, otwartych związków i innych przygów"?

Warto jednak przejść przez taką lekcję wiele znaczących uśmieszków, książka bowiem wszystkie je zrekompensuje i to z nawiązką. 
Nie jest idealna. Nie dlatego - jak pisze Szumlewicz - że nie dostrzegają trudnych i ciemnych stron poliamorii, ale dlatego że książka pisana jest językiem typowym dla amerykańskich poradników psychologicznych. Momentami zatem trudno odnaleźć w niej głębszą refleksyjność, którą zastępuje powtarzane jak mantra wezwanie do pomnażania przyjemności, bo przyjemność jest szczęściem.
Drażnić może również seksualizacja dyskuru Autorek, ale to już akurat zarzut nie pod ich adresem, ale pod adresem naszej kultury, która - przejmując dominację nad człowiekiem - zniszczyła język erotyki w całości przekodowując go na język zachowań seksualnych. Tedy walka o odzyskanie przez erotykę autonomicznej wartości zawsze musi prowadzić przez język seksualności.

Niecko kłopotliwy może być również sposób, w jaki Autorki rozumieją poliamorię. Łączą bowiem pod tą egidą zachowania bardzo różne - bogate życie seksualne singli, próby budowania związków trzyosobowych, swingowanie, czy tworzenie dwuosobowych związków nieograniczających partnerów w realizacji ich potrzeb seksualnych. 
Sam powiedziałbym zatem, że jest to książka o poliamorii i o polierotyczności, przez poliamorię rozumiejąc relacje anagażujące nie tylko seskualnie, ale także emocjonalnie i intelektualnie, a więc niemożliwe, jak sądzę, do realizacji grupowej, a przez polierotyczność - otwarcie na przyjemne doznania płynące z seksu.   
Rozumiem jednak strategię Autorek - w kulturze, która mocno zakłamała naszą erotyczność/seksualność twierdząc, że sama w sobie jest ona destrukcyjna i nabiera sensu wyłącznie w ramach ścisłej kontroli i reglamentacji, trzeba pokazać piękno, sensowność i pozywtyność szerokiego spectrum odmiennych potrzeb i zachowań.  

Czytając książkę Easton i Hardy miałem w głowie fragment z Dzienników Witolda Gombrowicza, w którym pisarz przeciwstawia się etykieowaniu ludzi i marzy o tym, żeby każdy mógł być w społeczeństwie po prostu swoim "Ja". 
Podobne podejście prezentują bowiem Autorki. Mocno przeciwstawiają się one stereotypowemu opisywaniu ludzi przez etykiety orientacji seksualnej, pokazując, że między krańcami hetero- i homo-seksualnymi rozciąga się prawdziwe kontinuum naszych potrzeb i fascynacji. Wracają tedy do czasów sprzed dziewiętnastowiecznego dyskursu psychiatrycznego, który wynalazł i skodyfikował nasze seksualne tożsamości.
Sprzeciwiają się one również mechanizmom ujarzmiania, wpisanym w naszą kulturę, prowokacyjnie twierdząc, że książka spełni swoje zadania wtedy, gdy skłoni czytelnika do okreśelenia swoich granic w kontekście otwarcia erotycznego, zrozumienia, skąd te granice się wzięły i zdecydowania, czy warto je przesunąć.

Aby czytelnik mógł tego dokonać Autorki otwierają przed nim bogactwo możliwości.
Piszą o możliwych sposobach realizowania polierotyczności - o klubach, miejsach schadzek, strategiach szukania kochanków. Piszą o ruchach eksponujących element przyjemności-szczęscia płynący z seksu, ale także o grupach, dla których zespolenie erotyczne ma funkcję sakralną. Piszą o potrzebie celibatu (sic!), o pięknie monogamii, o ile jest ona kwestią decyzji partnerów. Piszą w końcu o tym, że poliamoria i polierotyczność są czymś zupełnie innych w przypadku singli i osób związanych.

Inność ta wynika z podstawowej zasady, która powinna kierować zachowania poliamorycznymi i polierotycznymi - niekrzywdzenia partnerów, z którymi wchodzimy w relację. 
Ma to szczególne znaczenie w przypadku osób, które chcą budować silne więzi rodzinne, otwarte na miłość czy doświadczenia seksualne z innymi osobami.
Autorki bardzo przkonująco pokazują, że - wbrew utartym opiniom - takie otwarcie może być czymś budującym oraz rozwijającym zarówno dla związku jako całości, jak i dla samych partnerów. Potencjał ten jednakże może ujawnić się tylko wtedy, gdy partnerzy dbają o szczerość, zaufanie, troskę i szczęścię między sobą. Stabilność związku, umiejętność bycia ze sobą, pozwalają bowiem dostrzec w "doświadczeniu poli" otwarcie na rozwijającą Inność, a nie próbę realizacji na boku czegoś, czego partnerowi niedostaje.
"Bycie poli" angażuje związek w sposób szczególny - uczy szczerości i dogłebności rozmów, uczy akceptowania potrzeb wpisanych w innego człowieka, ale przede wszystkim uczy mówienia o swoich słabościach. Autorki są świadome, że - zwłaszcza na początku - otwartość prowadzić może do zazdrości czy innego typu psychicznego dyskomfortu. Traktuja to jednak jako szansę na przepracowanie negatywnych uczyć, na naukę cierpliwego słuchania i podchodzenia do takich trudnych sytuacji jako do momentów, w których współpartner uczy zazdrosnego jego wartości i niezwykłości nie przez podporządkowanie się negatywnym emocjom, ale przez wyzwolenie od nich.
"Bycie poli" pozwala również zrozumieć, co daje związkowi poczucie bezpieczeństwa. Ustalenie takiego "pasa ochronnego" Autorki uważają bowiem za element konieczny dla etycznego, a więc odpowiedzialnego, otworzenia związku. 

Książka zawiera wiele celnych spostrzeżeń i wartościowych wskazówek pozwalających inaczej spojrzeć na siebe i na swój związek. Szczególnie cenne jest to, że Autorki co i rusz przypominają, że każdy z nas jest inny, a więc inna musi być również każda poliamoria i polierotyczność. Nie oferują tedy klucza do zbudowania związku, ale oferują perspektywę, w której każdy z nas może nadać swoim relacją wyzwalający i indywidualizujący charakter.

Gdybym nie był przekonany o tym, że "doświadczenie poli" może być doświadczeniem wartościowym, Easton i Hardy na pewno by mnie przekonały [przy czym więcej przekonania mam do poliamorii niż do polierotyczności, ta druga bowiem prowadzi do niebezpieczeństw wspomnianych przez Szumlewicza (urodyzm, seksizm, replikowanie struktur podporządkowania etc.)]. Jak każde wartościowe doświadczenie, także "doświadczenie poli" nie jest łatwe. Ale chyba to, co życiowo istotne proste być nie może.
Na poliamorię i polieriotyczność warto spojrzeć przychylnie, ale bez apologetyzowania. I w takiej perspektywie "Domagajmy się pełnego prawa do wielości form życia  emocjonalnego i seksualnego. Relacje poliamoryczne istnieją, a ludzie spełniają się w nich tak samo, jak w związkach i innych układach monogamicznych albo jako single". 

wtorek, 20 listopada 2012

UWIERZYĆ W POLIAMORIĘ

Są na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom. I zapewne dlatego warto podsycać w ludziach filozoficzną wrażliwość na świat.

Pomyślałem o tym czytając moje dawne omówienie Krytyki Politycznej. 
Skupiłem się w nim na tekście Kingi Dunin, poświęconym krytyce monogamii i wskazaniem na to, że poliamoria stanowi szansę na odnowę odpowiedzialności jako tego, co strukturuje relacje międzyludzkie.

Starałem się nie być konserwatywny, niemniej nie mieściło mi się wtedy w głowie, że można kochać więcej niż jedną osobę i że związek może wyglądać inaczej niż relacja 1-1. Dlatego też bez cienia wątpliwości starałem się podważyć opinie Dunin.

Coś z tamtego myślenia we mnie zostało. 
Wciąż uważam, że nie da się po prostu zrównać monogamii i przemocy symbolicznej. Uważam, że monogamia jest pięknym sposobem pielęgnowania uczuć między osobami, które je pragną. 
Wciąż nie chciałbym budować związku z osobą, która przy każdej napotkanej okazji musi zrealizować swoją chuć, po to, by coś zaliczyć, coś przeżyć, myśląc przy tym o swoim doznaniu, przede wszystkim seksualnym.

Ale sądzę, że uwierzyłem w poliamorię.
Droga do tej wiary była różnorodna. Składają się na niej lektury i poznane osoby.
Gianni Vattimo, z jego doświadczeniem budowania związku na raz z dwoma mężczyznami.
Michel Serres, z jego nadzwyczajnym pisaniem o ciele.
Georges Bataille, z jego mistyką erotyzmu.
Św. Paweł, z jego hymnem o miłości, która nie szuka swego, ufa, otwiera, a nie wyklucza.

Dziś mam szansę przyglądać się poliamorii z bliska. 
Pozwala mi to dostrzec niesamowicie kreatywną siłę, jaką w sobie niesie. Ale umożliwia mi to również dostrzeżenie, że w sposób autentyczny może ona wydarzyć się między ludźmi w szczególny sposób funkcjonującymi w świecie.

Powiedziałbym, że dotyczy ona ludzi, którzy nie uwierzyli w chrześcijański (bardziej może manichejski i kartezjański) podział człowieka na duszę i ciało. Dla nich - jak dla Bataille'a i Serres'a - ciało jest miejscem wydarzania się tego, co duchowe (źródłowo sakralne). 
By być w świecie, by go rozumieć, muszą świat dotykać, smakować, czuć. Abstrakcyjna konceptualizacja, "milcząca wiedza", bez której nie możemy działać, mają tu znaczenie drugorzędne. To bowiem ludzie, którzy nie stoją na przeciwko świata jako poznające je podmioty, ale ludzie zanurzeni w świecie - będący sobą dzięki naskórkowi, a więc - jak pisze Serres - dzięku temu, co jednocześnie indywidualizuje i pozbawia indywidualności, co jednocześnie oddziela od świata i pozwala się na świat otworzyć.

Powiedziałbym, że dotyczy to ludzi swiątecznych, czyli takich, którzy nie mogą się spieszyć, pośpiech bowiem zabija smakowanie.
By być w świecie, nie mogą oni zaliczać, kolekcjonować, ale muszą angażować się w doznawaniu. Muszą mieć czas, by doznawanie mogło wybrzmieć wydając swoje owoce.

Powiedziałbym, że dotyczy to ludzi erotycznych. Erotycznych w podejściu do świata w ogóle, a więc także do innych ludzi. 

Nie wiem, czy takich ludzi jest wielu. Sam spotykam ich sporadycznie. 
Są piękni w swoim wyczuleniu ma metafizyczną stronę doczesności. Potrafią zafascynować, pociągnąć, zachwycić. Niemniej mają w naszej kulturze wyjątkowo trudno.

Zbyt łatwo pomylić ich z kolekcjonerami zaliczeń. 
Zbyt trudno spotkać im podobnych sobie, dzięki którym kolejne zaangażowanie nie okaże się raną, ale doświadczeniem tego, co buduje.

Zbyt łatwo narzucić im pęta związkowej "lojalności".
Zbyt trudno nie bać się takiej otwartości, w prześwicie której widać ich lojalność i zaangażowanie, budowanie najintymniejszego porozumienia i fundamentu, które nie zamykają na doświadczenie świata, ale je otwierają.

Za wiele mamy kompleksów (a duża w tym zasługa skażenia naszej kultury chrześcijaństwem spod znaku Augustyna), by móc po prostu wierzyć w to, że jest się kochanym. Brak tej wiary i przywiązanie do kompleksów nie mogą zaś ułatwić zrozumienia, że bez szkody dla nas partner(ka) może kochać czy pożądać kogoś jeszcze. 
  
Spotykając takie osoby nie warto bać się otwartości. Warto za to dostrzec ich piękno. Przyjąć i pokochać. Warto zbudować z nimi dom, dający schronienie, ciszę, będący sferą tego, co najintymniejsze, sferę wspierania marzeń, współdziałania w ich realizacji, dzielenia się doświadczeniem piękna, które ubogaca wszystkich, bo jak piękno - o ile prawdziwe - z natury lubi się udzielać.

Miłość nie szuka swego, napisał św. Paweł. Nie jest egoistyczna. Nie jest formą przemocy, która z góry wyklucza potrzeby kochanego człowieka. 
Miłość buduje się w zaufaniu i szczerości. 
Miłość jest odpowiedzialna.

Kochaj i rób co chcesz - napisał św. Augustyn. To prawda, choć rozumiem to zdanie inaczej od Augustyna. Ten bowiem z góry wiedział, jaka miłość jest prawdziwa. Dla mnie zaś prawda miłości zależy od ludzi, których połaczyła, nie waidomo więc z góry jaka ma być. No, może poza tym, że ma być właśnie odpowiedzialna!
  

sobota, 17 listopada 2012

LENINA PORNOGRAFIĄ. APEL DO KRYTYKI POLITYCZNEJ



Dla współwielbicieli
Zwłaszcza dla dwóch spośród nich  

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci - mówi porzekadło. I faktycznie, seanse z pomysłowym Dobromirem bardzo mi się przydały. Atoli myślałem, myślałem i wymyśliłem.

Myślałem nad tym, czym Krytyka Polityczna (będąca synonimem "bandy czerwonych") może przebić swoje dotychczasowe działania. Bo przecież zdążyła już wydać Lenina, zdążyła zaprosić do Polski Gianniego Vattimo, w końcu zdążyła także zrobić z Marii Konopnickiej niecną partnerkę Marii Dulębianki. Wydawać by się mogło, że już nic więcej zrobić nie zdoła.

A jednak! Byłbym wielce rady, gdyby KP zaprosiła do Polski Michela Lucasa.
Rekomendować Go specjalnie nie trzeba, wystarczy, że jest rosyjskim Żydem osiadłym w Ameryce i zbijającym kokosy na filmach pornograficznych.   

Na tym jednak nie koniec. Pornografia homoseksualna nie służy mu bowiem tylko do budzenia niezgodnych z naturą podniet. Wykorzystuje ją bowiem do kreowania zdarzeń politycznych.

Po pierwsze, posługuje się nią jako wyrazem sprzeciwu wobec wszelkiej maści fundamentalizmów, czy to politycznych, rasowych, czy religijnych. Jako przykład podać można nakręconego w Rosji pornosa, w którym - nim przystąpi do działania - długo rozmawia z pozostałymi bohaterami. Pyta ich o nietolerancję, z jaką się spotykają, o warunki życia, o chęć emigracji. Zaangażowany jest także w intelektualny spór z reżymem Władimira Putina. Wspomnieć tu można również Men of Israel, film nakręcony w Izraelu wyłącznie z udziałem żydów. "Reżyser wyznaje, że w ten sposób chciał wpłynąć na sposób myślenia o Izraelu, powszechnie postrezganego jako teren wiecznej wojny. Gdyby nie to, że aktorom-muzułmanom za udział w gejowskim pornolu groziłaby w ojczyznach dekapitacja, Lucas już dawno nakręciłby analogiczny film w jednym z krajów islamu". 

Po drugie, wykorzystuje ją jako pretekst do prowadzenia kampanii anty-HIV'owej. W filmach z Jego wytwórni używa się prezerwatyw, a on sam lata po świecie ze stosownymi pogadankami. (Aktualnie zdecydował się na akcje "bez gumek", sam jest w bliskiej relacji z chłopakiem HIV+, ale nie wiem, jak ma się ona do jego małżeństwa, o rozwodzie nic nie wyczytałem, promując ludzkie i normalne podejście do chorych, a także nową, farmakologiczną formę prewencji - dopisek z 18.09.2014 r.).

Po trzecie, jest żywym dowodem na to, że intensywne życie seksualne nie odczłowiecza. Ani w wymiarze intelektualnym, ani estetycznym, ani ludzkim.

W wymiarze intelektualnym
  Lucas realizuje się choćby jako prasowy komenatator życia społecznego. Prowadzi swoją kolumnę w The AdvovateVoice of America zabrał głos w sprawie łamania praw człowieka w Putinowskiej Rosji. Z kolei na zaproszenie Uniwersytetu w Oksfordzie brał udział w dyskusji na temat "konfliktu między walką o prawa gejów a tzw. wartościami rodzinnymi" (jest w tej kwestii kompetentny nie jako gej, a jako prawnik - dyplom z prawa zdobył na Uniwersytecie Moskiewskim).  

W wymiarze estetycznym 
 Lucas realizuje się  jako kolekcjoner pięknych ciał i pięknych przedmiotów. Wśród tych ostatnich legendarną sławą cieszy się Jego kolekcja instrumentów muzycznych. Zapisał się także złotymi głoskami w historii MET, jako jeden z najbardziej hojnych indywidualnych sponsorów tej sceny.

W wymiarze ludzkim
Lucas słynie jako lojalny przyjaciel i oddany mąż. Co nie przeszkadza mu być jednocześnie namiętnym kochankiem w kręconych przez siebie pornosach. O tym, że lubi się k..wić i że umie to robić, przekonać się może każdy widz jego filmów. Tak samo jak o tym, że nie zapomina o swoim partnerze nawet wtedy, zostawiając na palcu rzucającą się w oczy obrączkę. Uzmysławia także bezsensowność age'yzmu (w czym, pewnie nieświadomie, wspiera go ostatnio Lucas Ridgeton).

Zmysłowy, inteligentny, zafascynowany sztuką, rozwiązły a wierny, promujący kondomy prawnik, pedał, pornograf, mąż, Rosjanin i Żyd. Krytyko Polityczna, czekamy na jakiś event


Cytaty pochodzą z tekstu Michael Lucas - pornograf na emeryturze.
Jego ton doskonale oddaje polski stosunek do seksu, pornografii i wszelkich spraw związanych z ciałem. Coś, mimo zmiennej oreintacji, pozostaje u nas niezmienne (niestety!).  

czwartek, 15 listopada 2012

CZARNY PR I CZERWONA BANDA. CZYLI PLĄS GOWINA Z EPISKOPATEM

Najbardziej lubię sytuacje, gdy władza demaskuje się mimochodem. 
Lubię je dlatego że demaskacja jest wtedy najpełniejsza - nie ma czasu na retoryczne chwyty, nie ma też powodu do publikowania sprostowań lub wyjaśnień. 

Pomyślałem o tym dziś rano, słuchając w radiowym przeglądzie prasy o książkowym prezencie, jaki dyrektorom mass mediów (i wszystkim Polakom) zafundował episkopat. 
Prezentem tym jest książka Kościół. Stereotypy, uprzedzenia, manipulacje, będąca próbą ukazania prawdziwego obrazu Kościoła innego niż ten zabarwiony "laickim czarnym PR-em", który pokazują najpopularniejsze media.

Mówiąc wprost, za Grzegorzem Polakiem, publikacja jest formą apologii, służacą doinformowaniu opinii publicznej, podważeniu retoryki mediów antykościelnych i - jak donosi dziesiejsza prasa - zbudowaniu obrony przed "atakami lewicy" w sytuacji, gdy powrót radyalnie czerwonego myślenia do władzy staje się realną perspektywą.

Ten ostatni wyimek - wybity przez Wacława Tkaczuka w dwójkowym przeglądzie prasy - skojarzył mi się z wypowiedzią Jarosława Gowina, który bez pardonu orzekł, że nacjonalistyczna retoryka wymierzona przeciw demokracji jest dla Niego mniej niepokojąca od poglądów głoszonych choćby przez Krytykę Polityczną. Zresztą jest nie tylko mniej grożna dla niego, ale i zgodna ze standardami demokracji. Znów inaczej od Krytyki Politycznej, promującej jakoby leninizm, ze standardami demokracji już się nie uzgadniający.

Powiedziałbym, że owa koincydencja dobrze pokazuje ideowe oblicze PO. Pokazuje również, jakie myślenie i jakie środowiska pociągają w Polsce za polityczne sznurki. Co więcej, dodałbym, że anachroniczne poglądy na lewicę i czynienie z niej papierowego tygrysa, który pożre wszystkich, świadczyć dziś może już tylko o tępocie umysłowej. Ale w kraju, gdzie za obrazę jednego prezydenta ściga się bezdomnego, a za prowadzenie bloga krytykującego drugiego, aresztuje, wolę tego nie mówić.

Dzięki Tomkowi obejrzałem dziś rano  Kościół za zamkniętymi drzwiami. To przerażający film, doskonale dokumentuje bowiem zarazem skalę pedofilii w Kościele, jak i skalę zmowy milczenia, jaka w tej instytucji panowała. Ale nie to przeraziło mnie najbardziej. W filmie wypowiada się ksiądz-pedofil, który zwrócił się do biskupa z prośbą o pomoc. Usłyszał tylko, że ma brać zimny prysznic, bo to pomaga przezwyciężyć chuć. Jak sam stwierdził, był szczęśliwy, gdy przyjechała po niego policja, wiedział bowiem, że dzięki temu choć na chwilę rozwiąże swój problem.

Widmo czerwonych krąży po Polsce dlatego że środowiska lewicowe nie boją się mówić i pisać o takich problemach. Nie boją się pokazywać, że kościelna pedofilia nie tylko krzywdzi dzieci, ale także gejów, utrwalając stereotyp, że pedał to pedofil. Nie boją się wskazywać, że problemem jest nie tylko sama pedofilia, ale także hipokryzja, polegająca na tym, że innym mówi się, jak żyć, piętnując jako grzeszną miłość, a swoje sprawy (zresztą także finansowe) ukrywa się pod korcem. 

Lewica ma wiele zasług w pokazywaniu przemocy w nierozerwalnych sakramentalnie rodzinach, w mówieniu o tym, że miłość może mieć wiele odcieni, łącząc nie tylko mężczyznę i kobietę i nie tylko dwójkę ludzi.

Cóż, obalmy stereotypy pozwalając na ostentacyjną krytykę republiki. Obalmy stereotypy, ucinając wszelką krytykę wskazaniem na jej źródło - zsyłającą na kołymę bandę czerwonych. 
Nie afiszujmy się tylko z hasłem demokracji na ustach. Nie odwołujmy do dokumentów Vaticanum II i nie udawajmy, że zajmujemy się problemami, podczas gdy dyskutujemy pseudoproblemy po to, by zakryć swoje prawdziwe polityczne posunięcia.  

sobota, 10 listopada 2012

O RELIGIJNOŚCI EROTYZMU (BATAILLE MATUSZEWSKIEGO)

W ostatnim czasie mile zaskoczył mnie rodzimy rynek wydawniczy. I to aż z dwóch powodów. 
Pierwszym jest pomysł wydawania korespondencji Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z innymi wybitnymi postaciami polskiej kultury.  
Drugim jest pomysł wznowienia ksiażki Krzysztofa Matuszewskiego zatytułowanej Georges Bataille. Inwokacje zatraty. Ta piękna książka nie mogła jak dotąd spotkać się z należnym jej oddźwiękiem, jako że ukazała się w skandalicznie niskim nakładzie (100 egzemplarzy), rozchwytanym niemalże na pniu.

Nie mam wątpliwości, że praca Matuszewskiego zasługuje na wznowienie. Wyjątkowe jest w niej niemal wszystko. Od języka (przyznajmy, nieco ekscentrycznego, ale zyskującego dzięki temu bardzo indywidualne piętno), przez tematykę, po osobisty rys, nawiązujący do najpiękniejszej tradycji uprawiania filozofii, w której filozofia jest życiem, a nie tylko zabawą intelektualnymi kategoriami.

Wyjątkowość tematyki Bataille'owskiej widać dziś w Polsce lepiej niż w krajach zachodnich. Tam - po rewolucji seksualnej, laicyzacji czy afirmatywnemu podjęciu myślenia "postmodernistycznego" - Bataille stał się już klasykiem. Dla nas, żyjących ciągle w okowach myślenia religijnego rodem z czasów kontrreformacji, teza o inherentnym związku erotyki i mistyki wciąż może budzić kontrowersje, jeśli nie szok. I dobrze, takie doznanie służyć bowiem może zmianie myślenia, które naszej wspólnocie jest dziś potrzebne bodaj bardziej niż kiedykolwiek indziej.

Czego można nauczyć się od Bataille'a? 
Przede wszystkim szacunku dla ciała, które nie stanowi w jego myśli przeciwieństwa duszy, ale miejsce, gdzie to, co tradycyjnie nazywamy duchowym, się wydarza. Jest to możliwe dzięki temu, że ciało jest na wskorś erotyczne, to znaczy źródłowo otwarte na doświadczenie Innego, a także skierowane ku temu, co nie-ekonomiczne i nie-praktyczne, czyli ku wymagającemu bezinteresownego trownienia energii seksualnemu zjednoczeniuCiało człowieka jest tym samym siedliskiem jedności i nie-pragmatyczności, pozwalającym wyrwać się choć na moment z coraz bardziej pędzącego kołowrotu pracy z jego czysto utylitarnymi wartościami i celami.

Jednakże pełny blask piękna myśli Bataille'a, odnajdującego doświadczenie religijne (wręcz mistyczne) w tym, co pragmatyczna logika zachodnich instytucji kościelnych najchętniej wykluczała i reglamentowała, uzsykuje dopiero dzięki interpretacji Matuszewskiego. Oczyszcza On ją bowiem z dwóch elementów.

Po pierwsze, z egocentryzmu. Matuszewski - wbrew Bataille'owi - ukazuje erotyzm jako komunikację, a więc jako zjednoczenie osób (dwóch lub więcej) o takim samym statusie i jednakowo otwartych na przeżycie mistycznego zjednoczenia. Dla samego Bataille'a aktywny (erotycznie i mistycznie) pozostawał bowiem mężczyzna, dla którego kobieta była tylko pretekstem i narzędziem religijnej eksploracji.

Po drugie, z konserwatywnej moralności. Chodzi o to, że Bataille pozywtynie waloryzował tylko erotykę heteroseksualną, w pryncypialnie negatywny sposób wypowiadając się choćby o homoseksualizmie. Matuszewski ujmuje doświadczenie mistyczno-erotycznie bardziej ogólnie, by nie powiedzieć fenomenologicznie, pokazując, że jego istotowy sens nie jest zależny od płci partnerów.  

Perspektywa Matuszewskiego pozwala dostrzec (i przygotowuje pod to grunt), że myśl Bataille'a wymaga jeszcze jednego przekroczenia (uzupełnienia?). Chodzi o to, że z wywodów autora Doświadczenia wewnętrznego zbyt łatwo wyczytać można apologię rozwiązłości i apologię współczesnego kultu ciała. 

"Zaliczanie" nie ma jednak nic wspólnego z opisywanym przez Bataille'a doświadczeniem. Tak samo, jak sama uroda ciała nie stanowi o tym, że pozwoli ono na doświadczenie autentycznej komunikacji. Zaliczanie bowiem nie jest komunikacją, dialogiem, zespoleniem. Z kolei uroda, choćby zwalająca z nóg, może nie mieć nic wspólnego z pięknem. A doświadczenie wewnętrzne i komunikacja nie istnieją właśnie bez wrażliwego otwarcia na piękno tak samo, jak nie istnieją bez wrażliwej, emaptycznej refleksyjności.

Książki Matuszewskiego o Bataille'u nie należy czytać jako zwykłego wykładu czyjejś myśli. Raczej należy szukać w niej narzędzi pozwalających rozumieć własne (i cudze) doświadczenie. To, co religijne (resp. mistyczne) zapewne nie daje się wysłowić do końca, więcej - słowa doprowadzają być może tylko pod próg tego, co można doświadczyć. Wysławianie to ma jednak sens, atoli...

dzięki Bataille'owi podług Matuszewskiego mogłem odkryć czy nazwać sens doświadczeń, które nosiłem i które zdobywam.

Mogłem też zrozumieć potrzebę tych, dla których erotyzm jest właśnie mistycznym zjednoczeniem z pięknem drugiego człowieka, chęcią dialogowania i odnalezienia jedni.

Mogłem w końcu pokazać, że uroda ciała za którą tęsknimy może być nostagią za pustką, bowiem ciało, którym jesteśmy, naznaczone jest nie urodą, ale pięknem.

Mogłem odnaleźć najintymniejsze doświadczenie religijne, w którym to, co mistyczne, wydarza się poprzez innego człowieka.

Mogłem w końcu zapragnąć, by to doświadczenie chronić, by chronić homo religiosus.  
  

środa, 7 listopada 2012

MEDITATIO MORTIS

Żeby nie dać się zwariować pojawiającym się już tu i ówdzie zapowiedziom bożonarodzeniowej atmosfery zamyśliłem się wczoraj nad początkiem listopada. Był to dla mnie czas niezwykle refleksyjny - wyjątkowe, bo w najbliższym gronie, spacery po cmenatrzach (i to nie pierwszego, ale w kolejne dni), wymieniane SMSy i rozmowy, w końcu spotkanie w Filozoficznym Bufecie Teatralnym dawały wiele powodów do tego, by zatrzymać się i zadumać.

Na podsumowanie tych chwil doskonale nadają się dwa teksty. 
Pierwszy to fragment Pawłowego Listu do Filipian:
Dla mnie żyć - to Pomazaniec, a umrzeć - to zysk. Życie w ciele jest dla mnie owocem pracy i nie wiem, co  wybrać. Dwóch bowiem rzeczy pożądam: rozwiązania życia, bo być z Pomazańcem jest o wiele lepsze; pozostać w ciele - bo to konieczne z Waszego powodu.   

 Drugi, to piosenka Jaromira Nohavicy Az to se mnu sekne, w której z dużą dawką optymizmu stoi, że 
gdy odwalę kitę, to będzie w pytę (tudzież: gites).  

Pogodna nostalgia, nadzieja i humor zawarte w przywołanych fragmentach bardzo silnie uświadomiły mi pełne hipokryzji napięcie tkwiące we współczesnym, (para)religijnym dyskursie na temat rzeczy ostatecznych.

Albowiem z jednej strony Kościół rzymski potępia współczesną kulturę jako cywilizację śmierci i zajmuje się promocją życia. Jak nigdy w swoich dziejach, na które składają się także suicydalne gesty męczenników, włączając się w charakterystyczne dla ponowoczesności wykluczenie śmierci (pisał o tym chociażby Zygmunt Bauman). Promowanie całkowitego zakazu aborcji, sprzeciw wobec in vitro, negowanie eutanazji, seksu z zabezpieczeniem, czy miłości między osobami tej samej płci motywowane są w ostateczności tym, że są przeciw życiu. Bo albo nie pozwalają mu się począć, albo służą jego przerwaniu. I nie ważne jest to, że życie mogło pojawić się w obliczu gwałtu, czy że dla wielu ludzi przykucie do łóżka połączone z zanikiem sprawności intelektualnej może być już życiem odartym z tego, co ludzkie, a zatem pozbawionym godności i uwłaczającym. 

Z drugiej zaś strony niezmiennie Augustyńska katecheza Kościoła wmontowuje w ludzi  neurotyczną potrzebę śmierci. Promując życie zapomina się tu bowiem o afirmatywności. Na katechezach, kazaniach, w tekstach liturgicznych podkreślając przekonanie o małości człowieka, o tym, że sam z siebie jest on tylko grzeszny, upadły, i nauczając, że pokora jest własnie ostrym dostrzeganiem tej małości. Pamiętam szczere "przerażenie" Tomka Sieczkowskiego, który uczestnicząc w mszy pogrzebowej nie mógł zrozumieć, dlaczego ludzie dobrowolnie skazują się na słuchanie takiej ilości inwektyw kierowanych pod adresem ich doczesnej kondycji. 

W moim odczuciu obie tendencje nie służą ani człowiekowi, ani religii. Religię zamieniają bowiem w formę psychologicznego paliatywu - ratującego albo przed "zagrożeniem smiercią", albo przez "skazaniem na życie". Człowieka zaś kształtują tak, by negując siebie samego służył abstrakcyjnej idei życia, ważniejszej od takich wartości jak miłość, poświęcenie, honor, i by w imię tej idei niszczył wszystkich myślących inaczej (pisze tu o niszczeniu choćby dlatego że dyskurs kościelny utrwala w wyznawcach przekonanie o niższości i nienaturalności myślących odmiennie, a także stanowi zaporę dla zmian regulacji prawnych w naszym kraju). O tym, jak jest to szkodliwe, wiem doskonale ze swojego życia. W dzieciństwie bowiem przyswoiłem sobie zarówno lekcje pokory, jak i promocji życia, skutkiem których czułem się skazany na nienaturalność i grzeszność (spowaiadając się chociażby z...miłości). W konsekwencji marzyłem o tym, żeby jednym gestem zmyć z siebie to piętno i zasłużyć na łaskę - najlepiej ratując kogoś z wypadku, samemu doznając wtedy ofiarnego wyzwolenia. 

Do dziś nie jestem wolny od takiego myślenia, nie da się bowiem chyba wyzwolić od tego, co wrosło w człowieka od najmłodszych lat. Dzięki ciepłu i miłości, dzięki wierności i lojalności myślących inaczej wiem jednak, jak głupie i szkodliwe jest takie myślenie. Jest ono również głeboko niechrześcijańskie
Chrześcijanin bowiem nie boi się śmierci i jej nie wyklucza, wie bowiem, że bycie z Chrystusem jest tym, co najpiękniejsze. Ale wie również, że jest z Chrystusem obecnym w "braciach najmniejszych", wykluczonych, wyrzuconych na margines, niechcianych. W biednych, w więźniach, w głodnych, w cudzołożnicach, a z dzisiejszej perspektywy w osobach nieheteronormatywnych, bezskutecznie szukających pracy, ranionych przez dumnych i pełnych wyższości ludzi we własnym mniemaniu "prawdziwie religijnych" (i widzących świat w kolorach bieli i czerni), skazaywanych przez instytucje na ekonomiczny niebyt czy posiadających takie potrzeby, które a priori wyklucza oficjalny dyskurs na temat związków i miłości. I z ich powodu nie musi uciekać od życia, ale budować życie poprzez więzi miłości, w której nie szuka siebie i nie odbiera wolności.

Łatwo jest promować życie nie licząc się z bliźnimi, chociażby z ranami, jakie wynosi zgwałcona kobieta. Łatwo jest promować śmierć skazując ludzi na neurotyczne przekonanie o swojej miłości, chociażby każąc im się leczyć z tego, że kochają.
Nie wiem, czy własnie te mechanizmy nie powodują, że to logikę zachodniego chrześcijaństwa określić można cywilizacją śmierci. W moim odczuciu bowiem sekularny porjekt oświecenia - na płaszczyźnie etyki czy myślenia o wspólnocie - o wiele bardziej służy życiu i człowiekowi.

Mimo traum, których być może nie ukoję nigdy, wiem, że trudniej jest być na codzień przy osobie, którą się kocha, niź budować swoją wartość na pragnieniu spektakularnego gestu. Wiem też, że w Polsce nie było oświecenia i że ten brak ciągnie się za nami jak kula u nogi. Wiem w końcu, że warto medytować o śmierci - ona bowiem nadaje smak życiu, będącego dziełem, które da się stworzyć tylko raz i które z tego powodu warto przeżyć autentycznie!
  

czwartek, 1 listopada 2012

EXEGI MONUMENTUM...

Lwu i Rafałowi,
Agnieszce, Emilii, Irenie,
 Krzysztofowi, Ishbel, Marcinowi,
 Monice, Zuzannie, Teresie i wszystkim tym
bez których miłość nigdy by się nie wydarzyła

Nie wszytek umrę - te dobrze znane słowa, jeśli je wypowiedzieć czy napisać ze szczerą emocją i autentyczną wrażliwością, nie tracą nic ze swej wewnętrznej prawdy. Pomyślałem o tym odbierając SMS od Tomka, zaczynający się właśnie od tego łacińskiego adagium.

W prawdzie tych słów jest zarazem coś bolesnego i pięknego.

Bolesnego, jako że współczesne cmentarze przypominają dziś często pole schizofrenicznej walki o pamięć. Bo jak inaczej odczytać (często) wystawne i (równie często) w kiepskim guście nagrobki, czekające na przyjęcie swoich mieszkańców jeszcze za ich życia? I jak inaczej rozumieć pierwszo-listopadowe procesje z ich często spazmatycznie nieszczerym nawiedzaniem miejsc pamięci? Moim zdaniem świadczą one o tym, jak bardzo w ponowoczesnym świecie pośpiechu i powierzchowności boimy się zapomnienia.
Zapomnienie wydarza się nam zresztą na co dzień, w odchodzeniu ludzi, którzy znikają bez słowa pożegnania i wyjaśnienia. W nazbyt prostych rozstaniach. W mijaniu się na ulicy tak, jakby wykasowano nam pamięć. W tym sensie nasze czasy naznaczone są śmiercią, która przestała być sferą przejścia, a zaczęła być doświadczeniem i kultywowaniem codziennej niepamięci.

Ale w słowach Horacego jest przede wszystkim piękno i siła świadectwa. Świadectwa o tym, że życie się nie kończy, a tylko zmienia postać. O ile bowiem zostaje się w pamięci, o tyle odejście może stać źródłem nowego życia.

Tak myślę o Pani Teresie. Nie  tylko bowiem nie umiem poczuć w sobie, że Jej nie ma, ale takie poczucie od razu uznałbym za fałszywe. Bliskość, otwartość, czułość, po prostu miłość, jaką mnie obdarzyła i poprzez którą otworzyła mi oczy, żyje we mnie. Żyje w moich decyzjach, w świadomości, że różnice, nawet fundamentalne, mogą być źródłem dopełnienia a nie poróżnienia, w przekonaniu, że nie ma powodów, żeby dzielić miłość na lepszą i gorszą, naturalną czy nienaturalną. Żyje w mojej otwartości na najbliższych, z których tego najbliższego przedstawiałem jej w Jej miejscu na starym cmentarzu.

Tak myślę o miejscach, w których mnie już nie ma. O sile, jaką mi dały, o kolejnej nici porozumienia, jaką pozwoliły mi zbudować z najbliższymi. Jak Szczecin, moje pół-rodzinne miasto, z którym zupełnie oddzielnie zżywaliśmy się z Tomkiem, i który pomógł nam zbliżyć się jeszcze bardziej, chociaż obaj w jakiejś mierze go utraciliśmy.

Tak myślę o gotowości do codziennego umierania. Jak choćby w decyzji, że dla dobra miłości trzeba uśmiercić określające ją słowa i nazwać ją na nowo. Dzięki temu doświadczeniu straciłem słowa i wynikające z nich oczekiwania, ale nie straciłem człowieka, jego bliskości, delikatności, mądrości.

Barbarzyństwem jest wykorzystywać ten dzień do agitacji za określoną formą pochówku. Jeszcze większym barbarzyństwem jest agitacja przeciw aborcji i eutanazji. Słuchając dzisiaj wywodów na ten temat - nie w kościele, a w publicznej telewizji - miałem poczucie niesmaku. I sprzeciwu - sprzeciwu wobec tego, żeby swoje życie traktować jako dar od Boga. Darem nie jest coś, na co jestem skazany. Tak samo, jak darem nie jest coś, z czym z zasady nie mogę zrobić tego, co żywnie mi się podoba.

Ale z życia można uczynić dar. Otwierając się na budowanie relacji z Innym, takiej, w której jedyne, co chce się wykluczyć, są schematy - schematy życia, działania, odbioru cudzych gestów i potrzeb.
Nie myślę dzisiaj o zmarłych, ale o żywych. Żywych w mym sercu i w mej pamięci. Myślę o utracie, która umożliwiła życie.

W spokoju zamyślenia raduję się zaś szczęściem, że dzięki Nim wszystkim odkrywam świat, którego nie da się ogarnąć - świat miłości, która ma to do siebie, że nie zamyka się zazdrośnie, ale rozlewa i ofiaruje.