niedziela, 23 lipca 2017

POLACY, JA OTRZEŹWIAŁY ABU HAMID MUHAMMAD IBN MUHAMMAD AT-TUSI-ASZ-SZAFI ZWRACAM WAM UWAGĘ

Chwała niech będzie bliskim, krwi z krwi, którzy znając prawdę postanowili mnie ocalić! Spragnionemu podawali „wodę żywą”, strukturyzowaną dzięki inżynierowi Ziębie tak, by dzięki pełnej biodostępności oczyściła me komórki z wody martwej. Teraz nie mogę już kłamać. Nazywam się Abu Hamid Muhammad ibn Muhammad at-Tusi-asz-Szafi, służę Angeli Merkel i Rządowi Światowemu. Protestuję przeciw rządom PiS, które — obok rządów Putina, Orbana i Erdogana — jako ostatnie stawiają opór społecznemu Panowaniu jedynego władcy świata — Demokracji.


Polacy, obudźcie się! Posłuchajcie Roberta Tekieli, który widzi, że protesty są przygotowane, bo wszyscy mają takie same świece. To prawda, ja  otrzeźwiały Abu Hamid Muhammad ibn Muhammad at-Tusi-asz-Szafi i moi współbracia wstawiamy je do Biedronek, Netto i wszelkich innych sklepów. My sprawiamy, że oczadzeni protestem ludzie widzą, że świece się różnią, ale kamery, aparaty i oczy w służbie narodu widzą, że są takie same! Sprzedajemy je z polecenia Kanclerz Niemiec po to, by otrzymane pieniądze przekazywać na tworzenie szczepionek i propagowanie szczepień. Niech chwała będzie Kukiz’15, PiS i prawicy, która widzi, że szczepienia są złe, a za odczyny płacić należy odszkodowania. Dla społecznego spokoju nie mówią oni jednak, że nie chodzi o prosty odczyn, ale przenoszone przez szczepionki i zabójcze dla narodu zakażenie demokracją, której wyznacznikiem będzie równość, wolność i sprawiedliwość.


Polacy, obudźcie się! Rację ma TVP Info, gdy na pasku pisze, że uliczna rewolta jest sposobem na sprowadzenie uchodźców! Ja otrzeźwiały Abu Hamid Muhammad ibn Muhammad at-Tusi-asz-Szafi mówię Wam, że ruch ten ma dwie strony. Na emigrację wysyłamy Polaków, by choć część z nich propagowała demokratyzm na Zachodzie, a w Polsce zrobiła miejsce uchodźcom. Chwała niech będzie PiS, że chce to powstrzymać! I wszystkim ludziom dobrej woli, którzy napadają na punkty z kebabem, plują na niemieckich muzułmanów przebywających w Polsce by zwiedzić Auschwitz.

Polacy, obudźcie się! Ja otrzeźwiały Abu Hamid Muhammad ibn Muhammad at-Tusi-asz-Szafi zwracam Wam uwagę na szkodliwą działalność przefarbowanego Niemca — Adriana Zandberga, który zwrócił uwagę, że program Mieszkanie+ pozwoli na eksmisje na bruk, bez prawa do lokalu socjalnego. Uwierzcie mi, na bruk trafią tylko współpracownicy Angeli i Rządu Światowego, przeciwnicy Narodu. By jednak nie gwałcić Praw Człowieka, jakże bliskich sercu rządzących w Prawdzie, pozwoli im się odejść drogą naturalną, poprzez trudy życia!

Polacy, obudźcie się! Ja otrzeźwiały Abu Hamid Muhammad ibn Muhammad at-Tusi-asz-Szafi mówię Wam, że promujemy gender. Seks analny jest bowiem liturgią celebrowaną na cześć naszego Boga — Demokracji. A poprzez przedostające się do krwi fekalia (niech chwała będzie Dariuszowi Oko, że podniósł ten temat) i poprzez ruch: tłok w rurę wydechową, destabilizujemy organizmy, by spolegliwie poddały się dyktatowi sprawiedliwości, równości, indywidualnej wolności, społecznej solidarności ze wszystkimi: z ludźmi i z przyrodą. Nie dajcie się też omamić — rzekomo groźne nowotwory są pretekstem, by chemioterapią niszczyć zdrowe orientacje seksualne i zdrowe-narodowe postawy. A przecież droga do zdrowia jest prosta, choć — niestety — lewoskrętna.

Polacy, obudźcie się! Ja otrzeźwiały Abu Hamid Muhammad ibn Muhammad at-Tusi-asz-Szafi mówię Wam, że młodzi nie protestują sami z siebie! To astroturfing, w którym udaje się spontaniczność. Stoi za tym Żyd (tylko nieliczni, jak Piotr Rybak, wiedzą, co to za groźni ludzie, groźni także dlatego że mają za sobą polskie sądy), współpracujący z Angelą i Rządem Światowym, Mark Zucekrberg, i obmierzły George Soros! Krzewiciele globalnej komunikacji i programów promujących równość (te tęczowe lajki na Facebooku!) i demokrację, choćby przez łże-Fundację Batorego.

Polacy, obudźcie się! Ja otrzeźwiały Abu Hamid Muhammad ibn Muhammad at-Tusi-asz-Szafi mówię Wam, że na protesty chodzi garstka osób. A to, że informacjom TVP przeczą zdjęcia i filmy? Cóż z tego! Jak mawiał wielki filozof — jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, tym gorzej dla faktów!


wtorek, 11 lipca 2017

O ZAANGAŻOWANIU

Odejście Mamy i nadzwyczajna troska przyjaciół i bliskich to od marca zasadnicza część mojego życia. Te kilka — krótkich — miesięcy sprawiło, że zatrzymałem się i ze zmienionej perspektywy zacząłem opowiadać sobie swoją przeszłość. A to, przynajmniej dla mnie, oznacza, że dokonał się przełom. Na czym on dokładnie polega, być może nie dowiem się nigdy, odkrywając zmiany po kawałku. Dziś dotarło do mnie, że w nowy sposób uświadomiłem sobie, co tworzy mój aksjologiczny kręgosłup, innymi słowy — w odniesieniu do jakich wartości próbuję żyć. Podkreślam słowo «próbuję», bo na co dzień daleko mi do takiego życia wartościami, jakiego bym sobie życzył (ale też dzięki temu wciąż mogę posuwać się do przodu).

Do niedawna wydawało mi się, że podstawowymi wartościami są dla mnie wolność, równość i braterstwo. Z braterstwem wiązałem przyjaźń i prawdę, jako istności swoiście pod braterstwem «podwieszone». Prawdę wiązałem również z wolnością stawiania pytań, odmienności światopoglądu, całkowitej wolności sumienia. Dziś mogę powiedzieć, że zestaw wartości dla mnie się nie zmienił, zmieniły się za to relacje między nimi.  Bez prawdy, braterstwo i wolność wydają mi się ułudą, a równość przekształca w nihilizm. Uważam też, że nie tylko braterstwo prowadzi do przyjaźni, ale przyjaźń do braterstwa. Relacja zatem jest źródłowo kolista. Przyjaźń bowiem — tak, jak ją rozumiem — głęboką więzią łączy w praktyce życia określonych ludzi, ale wskazuje przez to na uniwersalne zobowiązanie człowieka względem ludzkości. Bez przyjaźni, jako wolnego, także od zazdrości, bycia wspólnie braterstwo staje się ideą pustą czy w szczególny sposób ograniczoną do określonego kręgu. Nie ma w nas bowiem doświadczenia tego, jak przekraczać ograniczenia, jak racjonalnie współczuć, jak iść wspólnie w kierunku wspólnego dobra. Tym, co się we mnie zmieniło, jest także horyzont, na tle którego patrzę na te wartości. Mówiąc dokładniej, horyzont nie tyle zmienił się na nowy, ile pełniej uświadomiłem sobie, jaki ten horyzont jest. Pomógł mi w tym Alain Touraine, do którego książki Myśleć inaczej właśnie wróciłem. Mianowicie, po zauroczeniu koncepcjami, w których pokazywano zależność aktorów społecznych od determinant ekonomicznych, społecznych, także biologicznych, przyszedł czas na zdecydowanie większą afirmację aktorów jako podmiotów, którzy działają odwołując się do przynależnym jednostkom zuniwersalizowanych praw. Jasne, jako ludzie bywamy i jesteśmy ofiarami rynku, rasizmu, patriarchatu, homofobii. Ale jesteśmy również aktywnymi podmiotami, które w innowacyjny sposób walczą o uznanie swojego statusu w imię praw, które jako podmiotom nam przysługują. „Zależność kobiet, odrzucenie mniejszości — etnicznych, religijnych, kulturowych czy seksualnych — problemy młodzieży w szkole i w życiu osobistym: oto trzy ogromne obszary naszego życia społecznego, gdzie zwrot w myśli społecznej, jakiego konieczność zamierzam tu wykazać, znajduje zastosowanie, gdzie wywołuje uczucia, inspiruje idee oraz politykę zdolną do przekształcania naszego życia osobistego i zbiorowego — pisze Touraine. — […] Czy nowe konflikty pracownicze nie są także reakcjami obronnymi przeciwko «elastyczności» pracy, która redukuje byt pracownika do pasma prac tymczasowych i okresów bezrobocia, przez co traci on poczucie kierowania własnym życiem? Ta sama formuła dociera do nas z najróżniejszych sfer: swobodny wybór zachowań seksualnych, wolność sumienia, szczególnie w kwestiach religijnych, również są specyficznymi formami obrony przez każdego swojego prawa do bycia podmiotem. A więc nie ofiarą, ale aktorem, który dąży raczej do stworzenia wolnej relacji między sobą samym a sobą, niż do zintegrowania ze zbiorowością”. Właśnie ten kierunek wskazywał również Michel Foucault, choć recepcja jego myśli zbyt długo akcentowała te prace, na podstawie których dało się eksploatować głównie figurę ofiary.

Troska o to, by być podmiotem, a nie ofiarą, jest jednak niemożliwa bez odniesienia do prawdy i rzetelnej wiedzy. Widać do doskonale na przykładzie edukacji, gdzie — jak diagnozuje Touraine — „szkołę czyni się katalizatorem rosnących nierówności, odmawiając wzięcia pod uwagę specyfiki psychologicznej, społecznej i kulturowej każdej jednostki, co jest krzywdzące dla najsłabszych i najbardziej zdominowanych”. Atak na rzetelną edukację seksualną, odmowa uznania wiedzy na temat różnorodności orientacji seksualnych, tworzenie lekcji historii w duchu nacjonalistycznym i religijnym — wszystko to omija szerokim łukiem prawdę i generuje nierówności, wrogość, bywa że przemoc. Rzetelność wiedzy i prawda są zobowiązaniami etycznymi. Można nie reagować na promowanie poglądów antyszczepionkowych. Można jednak (i należy) reagować na takie poglądy w imię etycznego zobowiązania do prawdy, pokazując, że traktowanie opartych na nieprawdzie opinii jako równorzędnych z rzetelną wiedzą stanowi zagrożenie dla jednostek i społeczeństw, co odbiera podmiotom zdolność kierowania swoim życiem. (Choćby łatwa nadzieja dawana często przez "alternatywnych medyków", którzy wynajdują panacea, odbiera szansę działania, które może przynieść autentyczne efekty, w tym poprawę zdrowia;  jako odebranie podmiotowości, aż po spowodowanie śmierci, można widzieć też działanie Włoszki, która zapalenie ucha u syna "leczyła" homeopatią). Takim zagrożeniem stają się również takie instytucje społeczne, których zasadą jest podkreślanie całkowitej równoważności opinii, prowadzi to bowiem tylko w jednym kierunku: anything goes. W takim kierunku prowadzi też literalnie rozumiane przekonanie, że wolność sumienia jest absolutna i w związku z tym wszelkie poglądy są równie: w takiej perspektywie nacjonalizm i homofobia stają się równorzędne z tolerancją czy akceptacją, fałsz staje się równy z prawdą.  

Przyznaję, że w ostatnim czasie lepiej zrozumiałem swój relatywizm, w ramach którego odrzucam nihilizm i rozcieńczenie prawdy w nieograniczonym pluralizmie, ale i zrozumiałem, że najlepszym katalizatorem mojego zaangażowania na rzecz wolności, równości, braterstwa, przyjaźni i prawdy, są relacje przyjacielskie, dalekie od instytucjonalnego zobowiązania do przestrzegania określonych wartości. Zastanawiam się także, jakie instytucje społeczne mogą być odpowiedzią na wyzwania naszych czasów — wyzwania związane z troską aktorów i własną podmiotowość i związane z nią prawa. Czy instytucje zakorzenione w stabilnych strukturach, będących odbiciem struktur społecznych sprzed lat, są do tego zdolne? Czy zrodzona w innych czasach przestrzeń, w której dopuszczano do dyskusji różnorodność opinii, jest produktywna w dobie, w której wielość opinii staje się problemem? (Biorąc choćby pod uwagę wielość fake newsów)? Wiem jedno, że przekonuje mnie Touraine mówiąc o tym, że nasze czasy są postspołeczne. Są postspołeczne z tego powodu, że punktem wyjścia budowania relacji jest samoodniesienie się do siebie podmiotów, ów ruch „obrony przez każdego swojego prawa do bycia podmiotem. A więc nie ofiarą, ale aktorem, który dąży raczej do stworzenia wolnej relacji między sobą samym a sobą, niż do zintegrowania ze zbiorowością”. Odziedziczone po minionych czasach hierarachie, elitaryzmy, wizje świata oparte na analizie struktur, nie przystają do tych tendencji. Trzeba nam nowego języka, trzeba być może nowych, postspołecznych, instytucji. Trzeba nam też odnowy rozumienia znaczenia prawdy w życiu jednostkowym i zbiorowym.

Przez te kilka krótkich miesięcy zrozumiałem, jak ważne jest zaangażowanie, ale także, jak złudne jest przekonanie, że zaangażowanie samo w sobie jest ważne. Ważne są wartości, które motywują to zaangażowanie, bo tylko one pozwalają oceniać barbarzyństwo po imieniu.  


sobota, 1 lipca 2017

CZY EMPATIA ZBAWI ŚWIAT?

MAGDZIE
wrażliwemu człowiekowi i wrażliwemu lekarzowi

Paweł Reszka opublikował niedawno książkę Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy. Abstrahuję od sformułowanej w książce diagnozy, która odsłania patologie systemu zdrowotnego. Chcę skupić się na tym, jak jest reklamowana. Mianowicie, potencjalny czytelnik może przeczytać:

„Dlaczego lekarze nie widzą w tobie człowieka?Paweł Reszka, wybitny dziennikarz, autor świetnie przyjętej książki "Chciwość", opowieści o tym jak nas naciągają banki, tym razem wszedł za kulisy szpitali. Zatrudnił się jako sanitariusz. To, co tam usłyszał i to, co zobaczył przeraziło nawet jego. Obojętność wobec cierpienia jest wszechogarniająca”.

Owa wyróżniona przeze mnie obojętność niemal automatycznie odsyła do hasła: brak empatii. Nic zatem dziwnego, w kontekście Małych bogów o empatii i jej braku się mówi. Jako przykład przytoczyć można słowa samego Reszki:

 „Teraz, po premierze, piszą do mnie SMS-y: “Nie wiedziałem, że jest tak źle. Szukam w sobie empatii”. Także oni są bardzo świadomi. Najgorzej jest z tymi, którzy już przekroczyli granicę, którym jest już wszystko jedno. Proszę pamiętać, że od pewnego momentu lekarz bardzo dobrze zarabia. Ale to już jest człowiek zmieniony, zautomatyzowany”.

Z kolei czytoholik pisze:

„Co jest przyczyną tego, że pacjent z człowieka staje się po prostu kolejnym numerkiem na liście? Gdzie gubi się empatia i zwykłe człowieczeństwo? Najczęściej przyczyną jest zwykła codzienność pełna mozołu i trudu. Ile potrzeba czasu, by porzucić swoje ideały i marzenia o ratowaniu ludzi? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi starał się znaleźć Paweł Reszka pisząc reportaż Mali bogowie”.

Wypowiedzi te wpisują się w pewien społeczny trend, który dogmatem czyni pogląd, iż empatia jest czymś dobrym i pożądanym: „brak empatii uważany jest za zaburzenie, a więcej empatii za odpowiednią kurację” (Paul Bloom).  Sam muszę się przyznać, że nie tylko nie oczekuję do lekarzy empatii, ale uważam, że takie oczekiwanie jest szkodliwe. Dlaczego? Aby odpowiedzieć na to pytanie doprecyzuję, co rozumiem przez empatię. Za Bloomem, którego książkę Przeciw empatii. Argumenty za racjonalnym współczuciem właśnie czytam i chcę w tym wpisie polecić, rozumiem empatię jako

akt doświadczania świata tak, jak sądzimy, że doświadcza go ktoś inny”,

a zatem jako akt, w którym czyjeś cierpienie wywołuje cierpienie we mnie, gdy «przeżywam cudze przeżycie».

Oczekiwanie, że lekarz ma odczuwać emocje pacjentów i ich rodzin, przeżywać ich przeżycia, wydaje mi się oczekiwaniem nierealnym i destrukcyjnym. Jest ono nierealne, gdyż — jak słusznie zauważa Bloom — trudno jednocześnie wywołać w sobie przeżycia i emocje dwóch osób. A przecież lekarz ma do czynienia ze zdecydowanie większą liczbą pacjentów. Wymóg empatii mógłby sprawić, że doświadczy silnych emocji i przeżyć — dajmy na to — kilku osób, a te przesłonią mu sytuację innych pacjentów. Jest ono destrukcyjne, nie liczy się bowiem ani z kondycją lekarza, ani z zasadami profesjonalizmu, które wymagają także „chłodnego spojrzenia”. Jestem głęboko przekonany, że lekarz empatyzujący z pacjentami szybko trafiłby z poważanymi zaburzeniami na oddział psychiatrii. Destrukcyjność nakładanego na lekarzy wymogu empatii bierze się również z tego, że współodczuwanie może wykrzywiać obraz sytuacji. Podam przykład pacjenta, który zmarł w szpitalu po operacji. Miał sympatycznego i słownie wspierającego lekarza rodzinnego, którego rodzina znała od lat. Kontakt z operatorem był krótkotrwały i nie było szansy na wytworzenie więzi. Bodaj najbardziej rozpowszechnioną reakcją rodziny będzie motywowany bólem żal i pretensje w stosunku do lekarza ze szpitala, obraz lekarza rodzinnego będzie pozytywny. Faktycznie może być tak, że lekarz rodzinny był miły, ale był kiepskim diagnostą i jego zaniedbania mogły być decydujące dla śmierci pacjenta. Operator zaś wraz z zespołem mógł dołożyć wszelkich starań, by uratować życie zmarłego, ale nie okazało się to możliwe. Empatyzowanie z rodziną może w tym przypadku doprowadzić do współudziały w krzywdzących pomówieniach, obciążając przy tym lekarzy szpitala, którzy muszą w pełni profesjonalnie podejść do przebywających na oddziale pacjentów, a pominąć odpowiedzialność lekarza, do którego rodzina czuje sympatię. Można rzecz, że empatia okazuje się tu stronnicza. Podobnie jest w przykładach podanych przez Blooma. Pisze on np. o empatyzowaniu z dzieckiem, u którego doszło do odczynu poszczepiennego. Empatyzowanie to prowadzi do krytyki szczepień, mimo że szczepienia prowadzą do dobrostanu wielu ludzi. Empatia może być zatem zagrożeniem, a że pogląd tego rodzaju może budzić silny sprzeciw bierze się z tego, że oceniamy ją jednostronnie. To posłużę się przykładem Blomma z literatury, która ma uczyć empatyzowania. Przytacza on w swym wywodzie słowa Joshua Landy: 

„Jest Chata wuja Toma, ale są też Narodziny narodu. Jest Kolor purpury, ale są też Dzienniki Turnera, superrasistowska powieść dla białych, którą Timothy McVeigh zostawił w wyładowanej materiałami wybuchowymi ciężarówce, zaparkowanej przez niego   przed budynkiem federalnym w Oklahoma City. Każda z tych narracji gra na empatii czytelnika; nie tylko tak wielkoduszni pisarze jak Dickens, który zachęca nas do sympatyzowania z małą Dorrit, lecz także autorzy westernów, piszący o biednych i bogatych kolonistach atakowanych przez strasznych, okrutnych Indian; Ayn Rand, u której wspaniałym «twórcom miejsc pracy» nieustannie przeszkadzają natrętne pasożyty, ludzie, którzy tylko wykonują prawdziwą robotę, i tak dalej, i tak dalej”.
Podsumować to można za Bloomem mówiąc, że empatia działa jak reflektor. „Reflektor ma jednak ograniczony zasięg — pisze Bloom — i na tym polega jeden z problemów z empatią. Empatia źle sobie radzi w świecie, w którym jest wielu potrzebujących i w którym skutki naszych działań są rozproszone, często spóźnione i trudne do oszacowania, w świecie, w którym pomoc jednej osobie  tutaj i teraz może prowadzić do większych cierpień w przyszłości”.

Z empatią wiążą się również inne zagrożenia. W części książki, którą już przeczytałem, Bloom pisze m. in. o poprawności empatycznej (w analogii do poprawności politycznej). Chodzi choćby o eliminowanie z edukacji czy ostrzeganie przed podjęciem wykładu, że omawiane treści mogą kogoś urazić. Problem ten sformułowała Karen Swallow Prior. Bloom jej ujęcie uznaje wprawdzie za zbyt łatwe, ale go nie lekceważy. Pisze m. in. o krytykach „poprawności empatycznej”, którzy zwracają uwagę, że „skupienie uwagi na ostrzeżeniach o szokujących treściach odwróci uwagę uniwersytetów i college’ów od ważniejszych spraw, takich jak większa troska o zdrowie psychiczne studentów”.

Wszystko to nie oznacza, że Bloom jest jakimś amoralistą, który przekreśla sens uczuć, przeżyć i więzi międzyludzkich. Dostrzega on także pozytywne rzeczy związane z empatią, ale uważa, że sama empatia jest przeceniania. Niedoceniana jest za to refleksja moralna. Jest on również rzecznikiem „inteligencji społecznej” zwanej niekiedy „empatią kognitywną”, czyli umiejętności rozumienia, co dzieje się z innymi ludźmi. Różnica między empatią a empatią kognitywną polegałaby, mówić z grubsza, na tym, że nie musimy czuć czyjegoś bólu, by rozumieć, że ktoś go odczuwa i mu współczuć. W kontekście choćby praktyki lekarskiej słuszniej byłoby też oczekiwać właśnie współczucia i troski (choć współczucie jako motyw np. działań politycznych też nie jest wcale takie oczywiste, o czym pisze Bloom). No i trzeba by pamiętać, że moralne działanie nie zależy od wzbudzonych w nas emocji. Topiącemu się dziecku winniśmy pospieszyć na ratunek nawet jeśli w elementarnym zakresie z nim nie empatyzujemy.


Bloom, w przeczytanej już przeze mnie części książki, pisze o ograniczeniach rozumowania. Prowadzi refleksję filozoficzną, korzysta z dorobku neuronauk i psychologii, której jest reprezentantem. Moim zdaniem warto nie zaperzyć się w przekonaniu, że „empatia zbawi świat” i poznać jego poglądy. 

niedziela, 25 czerwca 2017

KRYTYKA I JEJ GRZESZKI

Dzięki wybitnej (co piszę z pełnym przekonaniem, a nie dlatego że łączą nas serdeczne więzi) polskiej śpiewaczce Karinie Skrzeszewskiej miałem możliwość poprowadzenia we wrześniu ubiegłego roku warsztatów, które zatytułowałem Po co nam krytyka operowa? Pytanie to męczy mnie od dawna, swego czasu próbowałem nawet wywołać dyskusję na ten temat na niedziałającym już portalu opera.info.pl Z planów tych nic nie wyszło. Warsztaty z kolei przyniosły mi wiele radości i satysfakcji. Sam problem pozostaje wciąż aktualny. Asumpt by wrócić do niego na blogu dała mi recenzja (?) Izabelli Adamczewskiej z koncertu Angeli Gheorghiu w łódzkim Teatrze Wielkim, a także dyskusje na Facebooku związane (1) z moją krytyką tej recenzji oraz (2) z reakcjami na negatywną opinię (nie moją, na spektaklu jeszcze nie byłem, lecz Małgorzaty Andrzejewskiej-Psarskiej) o pokazywanym w Łodzi Spartacusie.

Co nie podoba mi się w tekście Adamczewskiej. Po pierwsze to, że nie pokusiła się nawet o jedno zdanie, w którym zajęłaby się sztuką wokalną Gheorghiu. Czytelnik opiniotwórczego w końcu dziennika nie dowie się zatem nic na temat kondycji wokalnej śpiewaczki, jej techniki, sposobu, w jaki kształtowała poszczególne arie czy duety. Otrzyma za to pakiecik plotkarskich informacji odnoszących się do tego, jak zachowywała się gwiazda. Być może taki styl relacjonowania pobytu jednej z najważniejszych współczesnych artystek opery w Łodzi pasowałby do tabloidów, być może mógł być suplementem do oceny tego, co najważniejsze —występu. Pozostaje mi gdybać. Po drugie, Recenzentka nie odniosła się do umiejętności dyrygenckich Cipriana Teodoraşcu, a te są zdecydowanie ponadprzeciętne. Jedyna uwaga stricte estetyczno-artystyczna dotyczy w tekście Adamczewskiej tenora Călina Brătescu, dla Adamczewskiej — największego odkrycia wieczoru. O gustach wprawdzie się nie dyskutuje, ale w recenzji warto podać argumenty na rzecz takiej opinii. Adamczewska pisze tylko, że porwał publiczność ariami z Carmen i Madamy Butterfly. To prawda, co nie zmienia faktu, że jego występ był problematyczny: problemy z legato, głos pozbawiony blasku, siłowo brana góra, głos źle brzmiący w niższej dynamice itd. O usterkach pisałem w swoim sprawozdaniu z koncertu zaznaczając, że w drugiej części wieczoru tenor nieco się rozśpiewał.

(Z recenzjami Adamczewskiej od dawna mi nie po drodze. O swojej bezradności pisałem choćby na Facebooku w kontekście jej recenzji z premiery Wielkiej Księżnej Gerolstein. We wcześniejszym tekście Autorka zrobiła nawet z tej operetki operę komiczną, choć opera-bouffe w odniesieniu do Offenbacha z całą pewnością nie jest nazwą opery komicznej).

Wyrażone przeze mnie na FB zdziwienie tekstem Adamczewskiej spotkało się ze zdziwieniem Jana Makarewicza, który uznał, że koncert był wspaniały i wyszedł ukontentowany. W trakcie wymiany opinii przyznał jednak, że „Tenor rzeczywiście miał drobne wpadki ale składam to na karb niedyspozycji w tym dniu - wszak to jest tylko żywa materia.Tak się jakoś dziwnie w Polsce składa, że im lepszy koncert tym dotkliwsza krytyka .Z iluż to koncertów mniej udanych robi się wydarzenie !!! .Ot taka Polska specyfika”.   W moim odczuciu problemy tenora były większe niż drobne, związane także w kwestami technicznymi, czego nie da złożyć się na karb gorszego dnia. Zupełnie nie wiem natomiast, kto dokonał dotkliwej krytyki koncertu wykazując się „polską specyfiką”. Jeśli dobrze zrozumiałem, że była do aluzja pod moim adresem, to sam z entuzjazmem pisałem i o Gheroghiu i o Teodoraşcu. Krytykowałem zaś Adamczewską za brak jakiejkolwiek sensownej wzmianki o poziomie artystycznym Śpiewaczki i Dyrygenta oraz za brak uzasadnienia kontrowersyjnej opinii o tenorze. Przyznaję, że zupełnie bym się nie czepiał, gdybym miał do czynienia z wyrażoną w poście opinią Recenzentki, innymi kryteriami mierzę bowiem zawodowe recenzje, innymi opinie widzów czy słuchaczy.

Z taką opinią mieliśmy do czynienia z przypadku Spartacusa. Była emocjonalna i ironiczna, miała formę Facebookowego posta -listu widza adresowanego do określonych teatralnych decydentów. Po prawdzie taki styl mieści się w również tradycji działalności recenzenckiej (acz tu z recenzją nie mieliśmy do czynienia, co podkreślam jeszcze raz, bo niektórzy tak ten post potraktowali). Wystarczy sięgnąć do zbioru Romana Jasińskiego Koniec epoki, by przeczytać, iż wg Piotra Rytla Grzegorz Fitelberg „nie orientuje się w istotnych walorach muzycznych”, o czym świadczy fakt, iż wykonał VI Symfonię Mahlera. Z kolei Zbigniew Domaniewski tak pisał o Pieśni o Ziemi: „Symfonię Mahlera nazwać można »blagą o artystycznej głębi« […]. Dla mnie osobiście  nie ma nic głębokiego, nic »niebo i ziemię poruszającego« na przykład  w zdaniu, że »życie jest ponure jak śmierć«, jeżeli zdanie to wyśpiewywane jest na dźwiękach, które […] nic nie mówią, a zwłaszcza, gdy pięćdziesiąt taktów w przód i wstecz od tego zdania panuje anemia muzycznej inwencji, zręcznie kompozytorskim sprytem zamaskowana. […] Jeżeli zapominamy o wszystkich zdwojeniach, papierowych figuracjach itd., to pozostanie coś, co ma wszelkie cechy chamskiej nagości, ubranej w intelektualny polor artystycznego biznesmena”. Takie już życie recenzenta, że czas rewiduje poglądy i często gęsto obnaża „niski poziom” recenzenckiej roboty. W jednym czy drugim przypadku trudno by było jednak inkryminować autorów zamiast obalać poglądy z recenzji. Podobnie, wydaje mi się, ma się rzecz z opiniami, a gdy wypowiadają je osoby nieprzypadkowe, warto zastanowić się nad nimi i nad tym, jak w trybie rzeczowej argumentacji a nie ad personam osłabić lub obalić ich opinię. Pamiętać przy tym należy, że do opinii na temat dzieła prawo ma każdy widz i należy z podejść do tej opinii z szacunkiem.

Po co o tym wszystkim piszę? Bo odróżnienie recenzji od opinii wydaje mi się ważne. Pozwala ono choćby zobaczyć, że gros prasowych recenzji to faktycznie opinie. Spora ich część obejmuje także powtarzanie materiałów prasowych dostarczanych przez placówki artystyczne. Osobnym problemem jest nierzetelne i uszczypliwe odnoszenie się do koleżeństwa po fachu, unikanie samodzielnej oceny wykonania i zastąpienie takiej oceny opowieścią o reakcji publiczności (vide opinia o Brătescu). Artyści bywają również oceniani przez pryzmat ich wcześniejszych dokonań — niekiedy podobnie brzmiące zdania pojawiają się na przestrzeni lat, z krzywdą dla artystów, często o wybitnych umiejętnościach. Podaję niżej zestawienie „grzechów krytyki” i ich ilustrację z prezentacji, którą przygotowałem na warsztaty. Przykłady czerpię od jednego z recenzentów ważnego ogólnopolskiego dziennika, cytaty zestawiam zaś z fragmentami innych recenzji czy wypowiedzi twórców spektakli.


Przykład nieuzasadnionej uszczypliwości (fragment 1) w stosunku do uargumentowanych i świadomych własnych uwarunkowań recenzji (fragmenty 2 i 3).
Zestawienie fragmentu recenzji i wypowiedzi realizatorów spektaklu.


Jaka powinna być, moim zdaniem, dobra recenzja?



Zakończę wyjaśnieniem, co rozumiem przez brak „fetyszyzowania partytury”. Idzie mi o to, że partytura jest zawsze czymś otwartym, wskazującym rozmaite drogi konkretyzacji dzieła. Trzeba ją jednak znać. Wystarczy choćby przestudiować partyturę Nabucca i mieć obeznanie we włoskich dziełach tamtego czasu by wiedzieć, jak liczne związki łączą tu Verdiego z tradycją belcanta. Olbrzymi szacunek należy się tym choćby tym śpiewaczkom, które tę tradycję, zagubioną przez głosy super ciężkie i mało ruchliwe, wskrzeszać, ale z całą pewnością służą one temu, co odnaleźć można w partyturze, a nie tworzą coś z niczego. Tak jest w przypadku Kariny Skrzeszewskiej — w czytanych przeze mnie recenzjach podkreślano, że Jej Abigaille była nie tylko wspaniała, ale bliska estetycznie wielkim heroinom belcanta (choć zdziwienie niektórych recenzentów świadczy o tym, że z partyturą i historią opery u nich średnio). Tak jest w przypadku Nelly Miricioiu, nad której Abigaille można mocno krytycznie dyskutować, ale która w końcu śpiewa tryle w cabaletcie z II aktu. Można by to było uznać za tendencję do autorskich zdobień. Wystarczy zerknąć w nuty.




czwartek, 15 czerwca 2017

UŁ I HYBRIS POMIANOWI

Wielką radość sprawiła mi uroczysta promocja Krzysztofa Pomiana na doktora honorowego UŁ. Promotorem doktoratu honoris causa była Prof. Elżbieta Jung z Katedry Historii Filozofii UŁ. Wydarzenie odbyło się 24 maja 2017 r. Pomian mówił wtedy między innymi:

„Musimy zdecydowanie przeciwstawić się upolitycznieniu uniwersytetów. Wymaga to zaangażowania całej społeczności akademickiej i opinii publicznej. Autonomia uczelni potrzebna jest nam wszystkim”. 

Wkrótce po uroczystej promocji opublikowany został nowy numer Internetowego Magazynu Filozoficznego Hybris, który wydawany jest przy Instytucie Filozofii UŁ. Nosi on tytuł Polish Philosophical Revisionists in Marxism. Zamieszczono w nim artykuł Marcina Leszczyńskiego poświęcony Pomianowi pod tytułem Historiography After Revisionism. Remarks On Pomian’s Idea Of Writing History. Muszę się przyznać, że właśnie Leszczyński uświadomił mi, że nie da się pominąć Pomiana w kontekście rewizjonizmu w polskim marksizmie. Pierwszy raz rozmawialiśmy o tym w trakcie Zjazdu Filozoficznego w Poznaniu w 2015 r. Rozmowa dotyczyła głównie problemów związanych z czasowością i narracją historyczną. Pomian wracał w naszych rozmowach wielokrotnie — Leszczyński (i Tomasz Lewandowski) towarzyszyli mi bowiem i inspirowali mnie w trakcie pracy nad rozdziałem doktoratu dotyczącym pojęcia historii. W artykule Leszczyńskiego szczególnie istotne są dla mnie wątki dotyczące etycznych aspektów rewizjonizmu i epistemologii Pomiana, a także podkreślenie, że dla Pomiana przeszłość ma ważne znaczenie dla teraźniejszości. Leszczyński pisze m. in.:

I believe that the reason for such an idea is Pomian’s understanding of what revisionism was, apart from its philosophical background. Its political dimension forced everyone involved to choose and formulate an explicit ethical position.

It seems that the idea of meaningful past is consistent with what Schaff said about Engels’ historiography. Of course, the main problem concerns the question of critique: what do we want to show? Pomian does not express his ethical position robustly, but we can assume that he maintains values that can be labelled as liberal or leftist. It is not unimportant, given the fact that Goldmann acknowledges a primarily ethical point of departure of every historian. And he concludes that the only acceptable one is the thesis of emancipation of the working class. From this the choice of methodology should be obvious (Pomian, 2006, p. 125). Pomian rejects it and shows not only that we can maintain a progressive ethical position and write history in different ways (probably not all possible). He also gives the reason to make that ethical choice. Our present situation is relevant as is the past that shaped it. Historical and ethical preconditions of a discipline are unavoidable. Acknowledging that may help social sciences and humanities to overcome the crisis they are in (Pomian, 2010, p. 33-35).

Pomian is sure that the past “persists in the present” and shapes its every aspect (Pomian, 2013, p. 84). The problem, then, is the question of making the past important on existential level. Here Pomian stresses the need to change the way history is taught. In order to show how the past is valid today, one should tell the history both from the past to the present and from the present to the past (Pomian, 2013, s. 89, 92). More importantly, what should also be showed is the multi-layered construction of the past and its meaningful relation to the present (Pomian, 2013, p. 86).

Wątki te są dla mnie szczególnie ważne ze względu na moje rozumienie nauk humanistycznych. Jak pisałem w pracy doktorskiej:

W perspektywie ontologii kulturowej humanistyka jest dla mnie ostatecznie Derridiańskim „polem bezwarunkowej wolności zapytywania i przedkładania propozycji, a nawet prawa do publicznego głoszenia tego wszystkiego, czego wymagają badania, wiedza i myślenie prawdy” (Derrida 2015, s. 12).  W tym sensie humanistyka oznacza praktykowanie krytycznego oporu wobec wszystkich pojęć, wartości, idei czy kulturowych tendencji po to, by nie przekształciły się one w zawłaszczające dogmaty i ideologie (Derrida 2015, s. 17-8). Jest tedy nie tylko rozumieniem i rozjaśnianiem, ale także — a może nade wszystko — praktyką, której skuteczność płynie z tego, że jest  nieobiektywistyczna i performatywna: odsłania, choć zawsze tylko częściowo, sensy, które wprowadza do przestrzeni publicznej, oddziałując na inne praktyki wspólnotowe (Derrida 2015, s. 18, 20)”.

W moim głębokim poczuciu Pomian uprawia swą działalność właśnie w takim duchu, czego przykładem może być choćby jego książka Europa i jej narody, czy wystąpienie na konferencji Ateizm po polsku. W pełni zgadzam się także z Jung, że Pomian „To jeden z największych intelektualistów we współczesnej Polsce”. Czas dać temu stosowny wyraz choćby w polskiej Wikipedii.  




niedziela, 11 czerwca 2017

GHEORGHIU JAK SZAFRAN


Obchody 50-lecia TWŁ uświetnił dziś koncert Angeli Gheorghiu. Wydarzenia tego typu kojarzą mi się ze składem kolonialnym, gdzie z szarym mydłem, proszkiem do zębów, rodzynkami, mniej bądź bardziej aromatycznymi owocami sąsiadować mógł szafran, nie zawsze autentyczny. W tym przypadku szafran był prawdziwy.

Nie będę krył, że jestem entuzjastą Angeli Gheorghiu i że wliczam ją w poczet najważniejszych śpiewaczek minionego i obecnego stulecia. (Zaliczam ją także w poczet klejnotów rumuńskiej szkoły śpiewu obok Magdy Ianculescu, Virginii Zeani, Teodory Lucaciu, Marii Slatinaru, Ileany Cotrubaş czy Nelly Miricioiu). Klasę jest w stanie pokazać nawet w takim koncercie, gęsto przetykanym orkiestrowymi interludiami i utworami wykonywanymi przez partnera. Gheorghiu należy moim zdaniem do bardzo wąskiego grona śpiewaków obdarzonych darem „dobitnego wyrażania, trafnego unaoczniania treści «fabularnej» afektu”*. W jej śpiewie nie idzie o same walory wokalne, ale o dramaturgię, która wyrasta z melodyki słów i ich znaczenia. Tu spór o to, czy w operze ważniejsze jest słowo czy muzyka, zostaje unieważniony: śpiew rodzi się ze słowa, a słowo znajduje właściwy sens, dlatego że osadzone jest w śpiewie. Kreacja wyrasta z logiki frazy zakorzenionej w „rytmie serca”. Jestem w stanie założyć się, że z tego powodu występ Gheorghiu położy dyrygent-metronom, niewolniczo pilnujący kreski taktowej. Na koncercie śpiewała fragmenty Adriany Lecouvreur, Madamy Butterfly, Toski, Manon Lescaut oraz La Wally (na bis O mio babbino caro oraz w duecie pieść rumuńska i Granada). Każdy z numerów był zamkniętą całością dramatyczną, a Gheorghiu — czy w ariach, czy w duetach — budowała pełną sceniczną postać. Jej głos był klarowny, przepięknie wyrównany w całej skali. Dźwięki piersiowe swobodne, góry miękkie i okrągłe. W bardzo przemyślany sposób brała oddech, co pozwalało jej budować bardzo długie frazy. Głos mienił się kolorami, a charakter postaci współtworzyła drobnymi zmianami w emisji głosu czy odmiennym atakiem jakiegoś dźwięku. Jedyne, co może przeszkadzać, to niekiedy zbyt głośny oddech. Śpiew szedł w parze z grą, zupełnie pozbawioną sztuczności i operowego koturnu.

Niestety, dobrego wrażenia nie zrobił na mnie towarzyszący jej tenor — Călin Brătescu. Bardzo źle wypadł zwłaszcza w części I koncertu. Sporo było dźwięków branych siłowo, w niższej dynamice głos tracił na blasku, grzązł w gardle czy zbytnio „wchodził w nos”. Góry artysta śpiewał histerycznie, w wysokiej dynamice, często siłowo. Tęskniło mi się choćby do tak wspaniałego tenora rumuńskiego, jakim był Ludovic Spiess — nagrodę jego imienia w 2003 r. otrzymał Brătescu. Próżno szukać było niuansów, gry kolorem czy gry scenicznej. Lepiej wypadł w części II, zwłaszcza w duecie z Toski i w bisach (Non ti scordar di me, Granada).

Absolutną rewelacją był za to dyrygent Ciprian Teodoraşcu. Za jego sprawą orkiestra TWŁ grała więcej niż rewelacyjnie — poszczególne grupy brzmiały selektywnie, frazy były potoczyste, pojawiały się zawieszenia, migotały barwy poszczególnych instrumentów. W końcu też słychać było autentyczne emocje. Dyrygent i orkiestra porwali publiczność Rapsodią rumuńską George'a Enescu. 
Gdy widzowie gorączkowali się Granadą moje myśli krążyły wokół innej kwestii — tego, by Gheroghiu i Teodoraşcu mogli wystąpić nie na koncercie z „mydłem i powidłem”, ale w ramach spektaklu. Choćby Toski. To do takiego dania pasowałby szafran, a nasze zespoły artystyczne i dyrektor artystyczny mogliby wtedy wiele się nauczyć!

Ogromny żal, że nie do końca dopisała frekwencja. Duże połacie parteru, amfiteatru i balkonów świeciły pustkami. Zakładam, że zaporę stanowiły ceny biletów, zdecydowanie wygórowane, także pod kątem układu samego koncertu (myślę o ilości wstawek i takiej a nie innej mojej ocenie Brătescu). Żałuję też, że nie wystąpił chór TWŁ — wieczór otworzył walc z Fausta Gounoda, jak żywo nie czysto instrumentalny.


*Cytat z tekstu Macieja Jabłońskiego Podleś triumfująca. Inspirowała mnie także wypowiedź Jerzego Marchwińskiego.


sobota, 10 czerwca 2017

OFIARY "STRAŻNICY"

Począwszy od 2014 r., 26 lipca obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ofiar Strażnicy (MDOS).
26 lipca to nie data przypadkowa — 26 lipca 1931 r. na kongresie w Columbus (Ohio, USA) przyjęto rezolucję, na mocy której spośród grup Badaczy Pisma Świętego wyodrębniono Świadków Jehowy.  W intencji pomysłodawców MDOS jest dniem żałoby i szacunku dla wszystkich ofiar polityki religijnej uprawianej przez Strażnicę. W Internecie prowadzona jest strona poświęcona temu wydarzeniu, z którą powiązano profil na portalu społecznościowym Facebook (linki na końcu tekstu). 
Kim są ofiary Strażnicy?

To między innymi dzieci, które padły ofiarą pedofilów. Świadkowie Jehowy wymagają, by zarzuty czynu pedofilskiego zostały potwierdzone przez „dwóch lub trzech naocznych świadków grzechu”, zanim zostanie wszczęta procedura przesłuchania przed prowadzącymi komitety sądownicze starszymi zboru. Jako kara przewidziane jest wykluczenie z kongregacji. Nie należy także zgłaszać czynów pedofilskich stosownym instytucjom publicznym, co więcej, informacje na ten temat powinny być ukrywane. Logika działania jest tu identyczna jak w przypadku tej, którą opisywał rzymsko-katolicki dokument Crimen sollicitationis: ważne jest dobre imię instytucji i jej funkcjonariuszy, a nie los młodocianych ofiar molestowania seksualnego (warto pamiętać o tym podobieństwie, bo chociażby portal fronda.pl przyrównuje zachowanie Świadków Jehowy do postępowania muzułmanów). Co do skali zjawiska, zacytuję fragment artykułu Roberta Rienta: „W Australii 1006 pedofilów wśród świadków Jehowy dokonało gwałtów na przynajmniej 1857 ofiarach, 170 z nich to dzieci do pięciu lat. Gdy sprawcą był starszy zboru, często pozostawał na swoim stanowisku. W 276 przypadkach wykluczony pedofil okazywał skruchę i wracał do zboru. Jeden został wykluczony cztery razy. Żadna sprawa nie została zgłoszona na policję.
Na świecie jest 8 milionów świadków Jehowy. W Polsce - 124 tysiące. O tym, ilu pedofilów funkcjonuje w zborach, wiedzą zarządzający organizacją”.


Kolejną grupą ofiar są osoby dotknięte przemocą domową. I znów narzuca się analogia z konserwatywnym rzymskim katolicyzmem: kobiety, które doświadczają przemocy ze strony męża są nakłaniane do tego, by przy nim pozostać, a także, by „bardziej go kochać” i być „bardziej uległymi”. Inicjatorzy wymieniają następnie ofiary gwałtów. Jeśli osoba gwałcona nie krzyczy i nie walczy, „może zostać wykluczona ze zboru” za to, że wyraziła „zgodę na przemoc”. Każdorazowo wymagane jest „rozeznanie sytuacji”, a sąd sprawowany jest, jak wspomniałem, przez starszych zborów, którym brakuje przygotowania psychologicznego czy kryminologicznego do kompetentnej oceny zajścia. Wśród ofiar znajdują się również osoby zmarłe na skutek odmowy transfuzji krwi czy przeszczepu organów (do 1980 r., w Polsce do 1982 r., przeszczepy uznawano za „ludożerstwo”, z czego wycofano się, odwrotnie niż w Krk, gdzie walka z transplantacją przybiera na teologicznym znaczeniu). A także ludzie dotknięci ostracyzmem, „czyli odrzuceni przez rodzinę, znajomych i przyjaciół z powodu wykluczenia” ze zboru. A wykluczonym można być choćby za czytanie niewłaściwych książek — zwłaszcza, gdy chodzi o lekturę tekstów krytycznych, napisanych przez byłych Świadków Jehowy. Powodem wykluczenia jest także rozpasanie, a więc, jak pisze Rient, „«czyny, które odzwierciedlają bezczelną, jawnie lekceważącą postawę. Uwidacznia się ona w braku szacunku lub nawet w pogardzie dla władzy, praw oraz norm Boga». […] Publiczne krytykowanie nauk «Strażnicy» albo starszych zboru, opowiadanie na zebraniu o swoich wątpliwościach, zadawanie pytań podważających autorytet mężczyzn świadczy o rozpasaniu. Jest nim również: […] «dobrowolne, ustawiczne i nieuzasadnione utrzymywanie kontaktów z wykluczonymi niebędącymi członkami rodziny» […]”.

Osoby uczestniczące w MDOS składają kwiaty, kartki czy pluszowe misie przy tzw. Salach Królestwa. Ci, którzy chcą pozostać anonimowi, mogą to uczynić w innym miejscu, na przykład w parku czy na przystanku. Znakiem poparcia dla akcji jest żółta wstążka. Inicjatorzy zachęcają również, by o MDOS informować drogą internetową. Do uczczenia ofiar Strażnicy zachęcają zaś wszystkich ludzi dobrej woli, inne związki wyznaniowe, organizacje antyprzemocowe itp. 

Odsyłam Państwa do stron internetowych, z których można dowiedzieć się znacznie więcej niż z mojego krótkiego tekstu:



niedziela, 4 czerwca 2017

PIĘĆDZIESIĄTNICA I NARÓD NASZ CODZIENNY


W tym roku w wigilię Zesłania Ducha Świętego odbyła się w Warszawie Parada Równości. Tegoroczne hasła dotyczyły niepełnosprawnych, uchodźców, osób LGBT+. Myślę sobie, że to bardzo symboliczna koincydencja, bo też w apelach o równość przejawia się duch Zielonych Świąt (tak tak, znam wypowiedzi Pawła, w których piętnuje seks homogenitalny; pamiętam także, że zakazywał kobietom odzywać się w kościołach; jednocześnie pisał o jedności wszystkich w Chrystusie. Zakaz dotyczący kobiet Kościół przezwyciężył, może warto więc, by pochylił się nad wiedzą o orientacjach psychoseksualnych, o których w czasach Pawła nic nie wiedziano). O wiele bardziej niż w polsko-katolickiej teologii narodu.

***
„Myśmy zatrzymali muzułmanów, bolszewików i gender. Myśmy nawet Clinton zatrzymali. Polak potrafi” —przywołuję w pamięci wypowiedź Dariusza Oko przytoczoną w Tygodniku Powszechnym. Przypomina mi się scena, którą widziałem tej zimy. Punkt z kebabem. Za ladą uwija się pracownik, na moje oko Arab. Klientem jest chłopak ubrany w bluzę z serii „odzieży patriotycznej”. Choć obaj są spokojni, w scenie tej — widzianej z boku — jest jakiś dysonans. Do głowy przychodzą mi pytania: to spokój równorzędnych partnerów? A może spokój taktyczny? Lub wyraz kapitulacji przed polską dumą z tego, że zatrzymało się „muzułmanów, bolszewików i gender”? Jaki komunikat chce wysłać klient ubierając się w „bluzę patriotyczną” i kupując w niej kebab?
Chcąc tego, czy nie, jego bluza konotuje znaczenia, które składają się na pewną wizję narodu polskiego i dumy z bycia Polakiem. Jest wyrazem „przeświadczeni[a] o podstawowej wartości ojczyzny”. Stanowi afirmację podmiotu zbiorowego, który został ochrzczony, bierzmowany, który posiada życie osobowe nierozerwalnie związane z chrześcijaństwem i Kościołem rzymsko-katolickim, choć to nie Kościół jest drogą narodu, ale naród jest drogą Kościoła (Bartnik, s. 19, 12-13). Tak pojmowanego narodu nie da się zastąpić pojęciem „społeczeństwa obywatelskiego”, bo jest to „fenomen płytki, materialny, bezosobowy, którym da się rządzić przez mass media, pieniądz, towar, technikę”, a Kościół uznaje się jedynie za „«dopuszczalny»” wtedy, „gdy będzie poddany nie hierarachii, lecz «świeckim elitom postępowym», które «zmodernizują» jego naukę i podstawę” (idem, s. 14). Tak pojmowany naród jest także obcy marksistom i socjalistom, liberałom, indywidualistom i subiektywistom, którzy toczyli i toczą z nim wojnę (idem, s. 13). 
Czy jednak taka wizja narodu nie jest efektem reifikacji tego pojęcia? Czy nie jest także mitem, który kształtuje wyobraźnię społeczną? Czy jako mit, nie jest narzędziem polityki, nie posiadając dostatecznej legitymizacji w pismach biblijnych? I czy daje się on pogodzić z pryncypiami chrześcijaństwa? A może tylko zaszczepia się na dyskursie religijnym? Dopisuje do niego niespecjalnie chrześcijańskie konotacje?
Polska teologia wypracowała teologiczne pojęcie narodu. Uważam je za pojęcie mityczne — jego sens nadbudowany jest bowiem zarazem nad tradycją chrześcijańską, jak i nad pozateologicznymi, często nacjonalistycznymi koncepcjami narodu. Teologiczne pojęcie narodu pozwala nam oswajać naszą codzienność — służy m. in. wydobyciu wyjątkowości Polaków, pomaga w określaniu scalającego polską wspólnotę wroga, w mobilizowaniu sił i nadawaniu sensu walce, którą toczy się w imię obrony prawdziwej polskiej i europejskiej tożsamości.  Ale czy staje się pomocne w chrześcijańskiej posłudze drugiemu człowiekowi?

***
W gruncie rzeczy chrześcijaństwo powstaje wraz z zesłaniem Ducha Św. Doświadczenie pięćdziesiątnicy jest doświadczeniem „globalizacyjnym” — wyjściem poza elitarystyczną, zawężoną do określonego etnosu, wizję wspólnoty religijnej. „Przebywali wtedy w Jeruzalem pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod niebem. Kiedy więc posłyszeli ten szum, tłum zgromadził się i zdumiał, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Byli zaskoczeni, dziwili się i pytali: Czy ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jak więc każdy z nas słyszy swoją mowę ojczystą? Partowie, Medowie, Elamici, mieszkańcy Mezopotamii, Judei, Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie — słyszymy ich, jak  w naszych językach głoszą wielkie dzieła Boga” (Dz 2, 5-11). Jak wielkim zaskoczeniem był ten dar uniwersalnej równości świadczyć może fakt, że jedni nie wiedzieli co myśleć, a inni drwili z apostołów zarzucając im upicie młodym winem. Mówię o darze uniwersalnej równości, uformowane przez Ducha Świętego chrześcijaństwo znoi nierówność między ludźmi różnych narodów. Co więcej, znosi także nierówność między ludźmi wynikającą z płci, religii czy statusu społecznego. Czytamy w Liście do Galatów: „Wszyscy bowiem dzięki wierze w Chrystusa Jezusa jesteście synami Boga. Wy przecież, którzy zostaliście zanurzeni w Chrystusa, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety. Wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 26-28). [Nowy Testament zna kilka scen posłania Ducha Świętego, o czym drobiazgowo pisał Yves Congar OP we Wierzę w Ducha Świętego. Jedną z nich jest moment, gdy z otworzonego włócznią boku ukrzyżowanego Jezusa wypływa krew i woda. Tomasz z Akwinu w komentarzu do Ewangelii Jana widzi w tym konsekrację Kościoła, który tworzy się tak, jak kobieta została stworzona z boku Adama. Warto nieustannie przypominać, że kobieta jest figurą Kościoła właśnie, a jej płeć jest w gruncie rzeczy androgyniczna, skoro ciałem Kościoła-kobiety jest Jezus i wszyscy wierni]. Znosi także nierówności majątkowe: „Jedno serce i jeden duch ożywiał wszystkich wierzących. Nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne”  (Dz 4, 32). Nie mogło zresztą być inaczej —biblijny diabeł to ten, kto dzieli. Jeśli chrześcijaństwo opiera się na Chrystusowym pokonaniu diabła, musi odrzucić to wszystko, co sprzyja podziałom.



środa, 10 maja 2017

"KAMIEŃ WĘGIELNY"


Czytam właśnie Kamień węgielny Krzysztofa Charamsy. Nie jest to książka, którą byłbym w stanie zrecenzować. Nie recenzuje się bowiem zapisu intymnego doświadczenia, którego konstytutywną częścią jest ból, samotność, wyzwolenie i miłość. A książka Krzysztofa jest właśnie zapisem takiego intymnego doświadczenia, choć nie przedstawia go w języku tak „prywatnym” jak choćby Robert Rient. Świadek Rienta był lekturą dla mnie wstrząsającą. Ale egzystencjalnie bliższa jest mi książka Krzysztofa. Czytając ją mam wrażenie, jakbym czytał o sobie. Podobnie bowiem uciekałem od swojej homoseksualności w lektury i pracę naukową, z książek budując swoją tarczę i puklerz. Doświadczyłem podobnej traumy przy spowiedzi, w której trakcie oskarżałem się o przeżywaną miłość. Podobnie nie lubiłem lekcji W-F, podobnie interesuję się operą, teatrem czy innymi formami sztuki. Tak samo wierzyłem we wspólnotę wiary i rozumu, wierzyłem w spójność doktryny Kościoła katolickiego, a za wzorzec przyjąłem tomizm. Miałem również podobne zapędy inkwizytorskie, sądząc, że z tym, co w doktrynie katolickiej najbardziej tradycyjne, posiadam prawdę, która pozwala mi oceniać innych. Podobne też miejsce widziałem dla siebie w strukturach Kościoła.  Obaj staliśmy się przedmiotem ataków Dariusza Oko, który wbrew etosowi akademickiemu manipuluje słowami, dokonuje fałszywych uogólnień i siłę argumentów zamienia na argumenty ad personam. Nawet znaczenie Narcyza i Złotoustego jest dla nas podobne.  
Wszystko to powoduje, że książkę Krzysztofa czytam niespiesznie, pogrążając się we własnych wspomnieniach, dokonując rozliczeń ze swoją przeszłością i samym sobą. Ale odkrywam też te obszary, które nas różnią. Na kilka z nich chciałbym zwrócić uwagę poniżej.

Krzysztof pisze: „Z żadnym z przyjaciół nie spałem ani nie odbywałem z nimi stosunków seksualnych, ale… kochaliśmy się i to nie były takie same przyjaźnie, jakie zdarzają się między mężczyznami heteroseksualnymi. To były głębokie przyjaźnie między gejami, o dynamice i wrażliwości właściwym homoseksualistom”. 
Przyznaję, że jego doświadczenie jest mi obce. Prywatnie sądzę, że przyjaźń jest zjawiskiem rzadkim i niezależnym od orientacji seksualnej. Jej jakość i głębia — by być górnolotnym i powołać się na Arystotelesa — zależy od przymiotów osób, które przyjaźń budują. Sam — rozpatrując sprawę chronologicznie — najwięcej o przyjaźni nauczyłem się od przyjaciół heteroseksualnych, a to, co dzięki nim wyniosłem, pozwala mi lepiej bądź gorzej budować związek z partnerem, dla którego podstawą ma być przyjaźń. Tęsknota, pragnienie fizycznej bliskości, która nie musi być bliskością seksualną, wierność, niekiedy zazdrość — te i wiele innych elementów współwystępują w moich przyjaźniach bez względu na to czy dotyczą osób hetero- czy homo-seksualnych. Podobnie odbieram ich głębię i znaczenie, które w bardzo namacalnym sensie trzyma mnie przy życiu (przeżywam ostatnio trudny czas, którego elementem bywa pragnienie odejścia; właśnie głębia przyjaźni, której chciałbym ofiarować coś na jej miarę, powoduje, że pragnienie to jest czysto nostalgiczne). I mówię przyjaciołom, że ich kocham, bo przyjaźń jest przecież formą miłości.

Moje doświadczenie nie potwierdza innego doświadczenia Krzysztofa — że wielu gejów jest szczególnie otwartych na transcendencję i uwrażliwionych na to, co duchowe. „Wielość” jest oczywiście kwestią względną. Ale w życiu spotkałem chyba tyle samo uduchowionych hetero-, co homo-seksualistów, a równie wiele osób obojętnych na transcendencję czy duchowość. Są to dla mnie kwestie indywidualne, z którymi nie łączę orientacji seksualnej.
Ważną rolę w moim życiu pełni idea intersekcjonalności, czyli zwracania uwagi na wykluczenie wielokrotne. Pisałem o tym choćby w mojej odpowiedzi na list polskich gejów, w którym zachęcano do coming outu. „Wrażliwość intersekcjonalna” jest w końcu sposobem uwrażliwienia się na wykluczenie po prostu. A wśród wykluczanych są osoby z niepełnosprawnościami intelektualnymi, chorobami i zaburzeniami psychicznymi. Skandaliczne wypowiedzi z tego obszaru mają na swoich kontach Jarosław Kaczyński, Grzegorz Schetyna czy Piotr Nowak. Dlatego zabolały mnie fragmenty książki Krzysztofa, w których pisze: „O dziesiątej w nocy kazano gasić światło, jak w internacie dla nieletnich, do tego upośledzonych umysłowo” oraz „To, czego najbardziej nienawidziłem w seminarium, to ta atmosfera akademii wojskowej połączona z podejściem rodem z ośrodka dla upośledzonych umysłowo”. Podobnie odebrałem słowa Krzysztofa odnoszące się do Cyganów: „W pewnym momencie Kościół uznał za stosowne okazać polityczną miłość Cyganom, spośród których wielu, choć oczywiście nie wszyscy, żyje z okradania innych biednych, tych, którzy codzienne jeżdżą komunikacją publiczną. Papieski kardynał wikariusz potępił aż dwukrotnie, z prędkością światła, tych, którzy pobili jednego Cygana, i tych, którzy napastowali pewną Cygankę. Dostojnicy z pałaców współczuli miłosiernym spojrzeniem… Szkoda tylko, że w tym samym czasie doszło do napaści na homoseksualną parę, której postanowili dać nauczkę dobrzy katoliccy chłopcy. Dostojnicy z kościelnych pałaców milczeli”. Sądzę, że na podobną reakcję zasługiwały obie sytuacje, nie rozumiem też oceny sformułowanej wobec Cyganów i reakcji na pobicie Cygana.

Być może z powodu mojego „rysu intersekcjonalnego”, odmiennie od Krzysztofa traktuję również sprawę „męskości”. Wspomina on w swojej książce choćby o tym, że dziś geje bywają bardziej męscy od heteroseksualistów. Pisze też o swoim chodzeniu na siłownię, uprawianiu sportów walki itp. Rozumiem, że ma to zachwiać pewnym stereotypem. Mnie kojarzy się jednak także z ważnym dla konsumpcjonizmu zjawiskiem kultury „dobrego samopoczucia”. Określony obraz męskości i męskiego ciała bywa źródłem dyskryminacji, której doświadczają choćby osoby z nadwagą. Z tym typem dyskryminacji miałem okazję spotykać się często ze strony gejów. Jego dobitny wyraz znaleźć można w wielu anonsach na portalach mniejszościowych. Itede itepe. Jak farmakon, zarazem lekarstwo i trucizna, także ten ruch emancypacji, wykroczenia poza stereotyp zniewieściałości ma obok pozytywnego awersu, swój ciemny rewers.
W końcu mam bardziej ambiwalentne podejście do teorii queer. Pisałem o tym tutaj i tutaj. Swoją drogą, w kontekście historycznych badań nad seksualnością i tożsamościami płciowymi nie umiem uzasadnić takiego anachronizmu: „Z drugiej strony jako człowiek wykształcony, który dobrze znał świat starożytnej Grecji, wiedział, że tam stosunki homoseksualne między dorosłym mężczyzną a dużo młodszym chłopcem były zupełnie naturalne. Jednak w tym przypadku jego potępiający ton dotyczył raczej pederastii, a nie zdrowej homoseksualności znanej dzisiaj”. Nie wiem, dlaczego właśnie znany dzisiaj homoseksualizm ma być zdrowy i dlaczego społeczne zachowania Greków mają być niezdrowe. Nie sądzę także, by w taki sposób dało się odróżniać homoseksualność od pedofilii, przy mojej jednoznacznie negatywnej ocenie tej drugiej. 


Nie piszę tego, aby pomniejszać znaczenie doświadczenia Krzysztofa czy odmawiać mu prawdziwości. Jedno i drugie pozbawione by było sensu. Chcę raczej do jego doświadczenia dołożyć swoje, do jego wrażliwości dodać moją wrażliwość. Nie wiem, czy będzie to ważne dla kogokolwiek, ale na pewno pozwoli skomplikować perspektywę patrzenia. 
Po książkę Krzysztofa warto sięgnąć z jeszcze jednego powodu: jest ona doskonałą opowieścią o hipokryzji Kościoła rzymsko-katolickiego, w tym Kongregacji Doktryny Wiary. 

sobota, 29 kwietnia 2017

DERRIDA BLISKI POPPEROWI?

Tytułowe pytanie jest, rzecz jasna, prowokacją intelektualną. Myślę jednak, że w pewnych kwestiach Derridzie i Popperowi nie jest do siebie zbyt daleko. (Swoją drogą to ciekawe, że hipotetyzm Poppera nie spotkał się z zarzutami o usuwanie fundamentów i niszczenie kultury, podczas gdy łatwo szermuje się takimi zarzutami pod adresem Derridy; nie sądzę też, by powodem była Popperowska koncepcja trzeciego świata). Problem w tym, że myśl Derridy nazbyt często funkcjonuje w polskim dyskursie w odczytaniach skrajnie uproszczonych, które sprowadzić można do haseł „skrajny relatywizm” czy „wszystko wolno” (warto zerknąć do książki Tomasza Markiewki Literaturoznawczy spór o interpretację, w której pokazuje nie-obiegowy obraz dekonstrukcji).

Jeśli miałbym — prowizorycznie — wskazać płaszczyznę, na której Derrida może spotkać się z Popperem, wskazałbym płaszczyznę „krytycznego racjonalizmu”*. Wiąże się to z przekonaniem, że nie istnieje wiedza, która jest z zasady nie do obalenia. I tym różni się ona od różnej maści „ideologii”, które nie tylko proponują kompletne rozwiązanie jakiegoś problemu, ale zgłaszają także roszczenie do absolutnej pewności i uniwersalności. 
O krytycyzmie jako działaniu przeciwstawionemu ideologizacji jasno pisał Derrida choćby w Uniwersytecie bezwarunkowym. Pozwolę sobie na stwierdzenie, że krytycyzm Derridy jest racjonalizmem w tym sensie, że nie oznacza on po prostu negacji dla negacji i nie stanowi ucieleśnienia zasady antything goes . Derrida — wbrew szablonowym odczytaniom — działalność krytyczną wiąże także z kwestią prawdy i prawdziwości; przy czym prawda ma w jego filozofii wymiar zarówno epistemologiczny jak etyczny: prawda zobowiązuje. Właśnie inspiracje Derridańskie skłoniły mnie do uznania, że wszelkie akty rozumienia są zarazem aktami aksjologicznymi: to znaczy nie tylko stwierdza się w nich pewne sensy, ale jednocześnie afirmuje się je (lub nie) jako prawdziwe.

„Prawda jest bowiem jedną z wartości, która „w swej roli ontologicznej” strukturuje bycie, a „w swej ontycznej roli” jest wartością przeżywaną i korelatem „zaangażowania indywidualnego oraz społecznych (kulturowych) instytucji i systemów normatywnych” (Tuchańska 2012a, s. 302).  Na poziomie ontycznym doskonale widać chociażby etyczny wymiar prawdy. Dochodzi on do głosu w tych sytuacjach życia codziennego, w których „oczekujemy od innych informacji zgodnych ze stanem faktycznym, szczerych wypowiedzi, zobowiązania prawdziwościowego”. Wiemy również, że na straży prawdy „stoją różnorodne przepisy i normy prawne (na przykład chroniące przed oszustwem, karzące za poświadczenie nieprawdy czy krzywoprzysięstwo), obyczajowe (przysięga) oraz etyczne, bo prawdomówność bywa traktowana jako wartość etyczna, na straży której stoi dekalog” (Tuchańska 2012a, s. 286). Zobowiązanie prawdziwościowe pełni bardzo ważną rolę w praktyce naukowej. Nie ma przesady w stwierdzeniu Tuchańskiej, że „sprzeniewierzenie się nakazowi dążenia do prawdy jest pogwałceniem sensu poznania naukowego, w tym znaczeniu, że unicestwia normatywne kryterium, które odróżnia poznanie naukowe od innych form poznawczego «oswajania» rzeczywistości” (Tuchańska 2012a, s. 284). Przy czym zauważa ona, że „[w] obrębie twórczej działalności naukowej warunkiem przejawiania się prawdy jako wartości jest jej rozumiejące przeżywanie i zobowiązywanie siebie oraz innych do dążenia do niej” (Tuchańska 2012a, s. 278). Akt rozumienia, w którym odsłania się prawda, ma zatem charakter konstatująco-afirmujący, zarazem pozwala nam coś stwierdzić, jak i afirmuje prawdę jako wartość”
— pisałem w pracy doktorskiej. W kontekście samego Derridy zauważałem z kolei:
„Afirmację traktuję jako Derridiańską „deklarację performatywną", czyli jako akt rozumienia, który nie jest niezaangażowanym konstatowaniem czegoś, ale opowiedzeniem się za czymś,  a więc również opowiedzeniem się przeciw czemuś”.

Piszę o tym, dlatego że etyczny wymiar poznania wydaje mi się dziś szczególnie ważny, nie tylko na terenie działalności naukowej. Uświadomienie sobie, że „prawda zobowiązuje” i że oznacza to także konieczność trwania w postawie krytycznej, może być jednym z narzędzi ułatwiających sobie poradzenie ze społecznie szkodliwymi ideologiami. Wśród nich wymienić można prawdopośrodkizm czy brak refleksji nad konsekwencjami swoich działań. Przykładowo, popierając Kukiz’15 popiera się Roberta Winnickiego i innych działaczy nacjonalistycznych i homofobicznych. Samemu jednak deklarować można postawę akceptacji dla mniejszości i daleką od nacjonalizmu. Dalej, można popierać ponowne unarodowienie polskiej gospodarki. Problem w tym, co miałoby to znaczyć? Wystarczy spojrzeć np. na polskie firmy drobiarskie, by uświadomić sobie, że warunki pracy w Polsce potrafią być podobne do niewolniczej pracy w Bangaldeszu, a także, że polski przemysł drobiarski stoi zatrudnionymi weń imigrantami (polecam znakomity tekst Ilony Rabizo w kwietniowym Le Monde Diplomatique). Wymaga to pilnej interwencji, która może wyglądać na antynarodową. Następnie wymienić można poglądy, które mają być całościowym, prostym i uniwersalnie ważnym rozwiązaniem danego problemu. Tak jest choćby w przypadku ideologii altmedowych, w których jeden środek ma być lekarstwem na —traktowane jako jedna! — różnorodne choroby. Medycyna przy tym ma być domeną spisków, w tym firm farmaceutycznych. W końcu ideologią jest także przekonanie, że wszelkie poglądy są równie ważne, a więc, że na rynku informacyjnym mamy do czynienia z równosilnymi opiniami. Do czego prowadzi takie podejście pokazuje przykład RT (Russia Today). Problem z tym medium, to nie problem z kremlowską propagandą, jak często utrzymuje się w Polsce. Nie stroni się tam bowiem od mówienia o faktach dla Kremla niewygodnych. Jak pokazuje Maxime Audinet w Le Monde Diplomatique, problemem jest „poznawczy nihilizm”. W ramach strategii wspierania wpływów rosyjskich RT wspiera rozmaite postawy: od lewicowych po nacjonalistyczne i ksenofobiczne, w zależności od rozpoznania potrzeb w danym kraju. W ten sposób w praktyce zrównuje wszystkie poglądy, ich słuszność uzależniając od celów pragmatycznych. Wyznawanie zasady, że wszystko jest opinią i że wszystkie opinie są równie dobre, prowadzi w konsekwencji do zrównania nacjonalizmu i postaw akceptacji oraz tolerancji; poglądy o płaskiej Ziemi stają się równe poglądom im przeciwnym; wspieranie kampanii antyszczepionkowych jest tak samo dobre, jak popieranie szczepień, itd. itp.
 Ucieczka od „zobowiązującej mocy prawdy”, a więc także od krytycyzmu, ma swoje konsekwencje również w kwestii tego, czym jest lojalność, np. polityczna. W moim przekonaniu, polityk lojalny musi być przede wszystkim wobec obywateli. Elementem lojalności zaś jest także krytycyzm wobec własnej formacji i publiczne wyrażanie takiej krytyki, gdy jest to potrzebne. Jak sądzę, dziś funkcjonuje raczej lojalność rozumiana jako posłuszeństwo wobec zwierzchnich polityków, a więc konsekwentne granie „w jednej drużynie” odarte z możliwości autokrytyki. Buduje się w ten sposób ideologiczną opowieść o działaniu politycznym własnego rządu, koalicji partyjnych czy partii, karmiąc społeczeństwo wybranymi i dobranymi informacjami, komentarzami i poglądami. W moim odczuciu dzieje się to wbrew interesom społeczeństwa. A na pewno wbrew zasadzie amicus Plato, sed magis amica veritas


*Cudzysłów wskazuje, że nie chodzi mi o koncepcję Poppera. Idzie raczej o postawę, na którą składają się m. in. otwartość na dyskusję, krytycyzm, w tym autokrytycyzm, świadomość ograniczeń językowych czy znajomość innych możliwości. Przyjmując taką postawę porzuca się pewność, rozumianą jako przekonanie o posiadaniu poglądów cechujących nie niepowątpeiwalną, raz na zawsze ustaloną prawdziwością. Do zmiany poglądów dochodzi jednak nie na drodze perswazji i emocji, ale racjonalnych argumentów (zob. M. Heller, Moralność myślenia).. W tak nakreślonej perspektywie "racjonalizmu krytycznego" mieści się, moim zdaniem, i stanowisko Poppera, i praktyka Derridy poprzez praktyk dekonstrukcji usuwał pewność na rzecz otwierania nowych możliwości i dokonywał krytyki kulturowych "pewników". 

sobota, 22 kwietnia 2017

SEMELE W ŁODZI

Semele należy do grona moich ulubionych partytur Händlowskich. W pełni zgadzam się z Piotrem Kamińskim, że kompozytor zbudował w niej teatr „jedyny w swoim rodzaju”, w którym, jak w soczewce, skupia się przeszłość i przyszłość teatru muzycznego. Mamy tu wszystko: kunsztowną polifonię w uwerturze, malowane dźwiękiem emocje (choćby oddany muzyką sen w akcie III), szaleństwo ozdobników czy pyszny humor.
Dlatego nie tylko z zadowoleniem, ale wręcz z entuzjazmem wybrałem się wczoraj do Teatru Wielkiego w Łodzi na spektakl Semele przygotowany przez Akademie: Muzyczną i Sztuk Pięknych w Łodzi oraz rodzimej Szkoły Baletowej. To dobrze, że młodzi ludzie starają się zdobywać szlify sceniczne „na głębokiej wodzie”. Ich odwaga pozwala nadrobić drastyczne braki repertuarowe Teatru Wielkiego w Łodzi, choć żal, że spektakl przemknie przez scenę przy Pl. Dąbrowskiego niczym meteor.

Reżyserię spektaklu powierzono Evie Buchmann przy współpracy Agnieszki Białek i Bartosza Jakóbczaka. Przy wciąż modnym „teatrze reżyserskim” ucieszyło mnie, że na scenie opowiadano historię skrytą w libretcie, a nie oderwane od partytury pomysły realizatorów. W ten sposób Buchmann dała dowód dla starej prawdy, że w teatrze od reżysera ważniejsze jest dzieło. Uszanowała także fakt, że Händel określił Semele nazwą oratorium. Rozegrała akcję w ramach tej samej scenografii i udatnie połączyła „koncertową statyczność” oratorium z akcją dramatyczną rodem z opery. Nad dekoracjami i kostiumami czuwała Izabela Stronias. Tu efekt był — moim zdaniem — w większości satysfakcjonujący. Można by pomarudzić nad niekiedy zbytnim stylistycznym zróżnicowaniem kostiumów, nad suknią Ino, która moim towarzyszom kojarzyła się z amerykańską studniówką, czy nad nieczytelnymi znaczeniowo kostiumami kapłanów — ci przypominali nam mumie. Ale marudzenie skontruje kostium Semele z aktu I czy zabawa kiczem. Myślę tu o postaci Iris, której sceniczne emploi „kupiłem” w pełni.

Co do spraw muzycznych, komplementy należą się orkiestrze i dyrygentowi spektaklu Marcinowi Wolniewskiemu. Zespół brzmiał selektywnie, dobrze wyważono proporcje brzmienia między instrumentami. Choć — purystom (do których nie należę) — mógł przeszkadzać fakt, że nie grano na instrumentach dawnych. Pochwały należą się również chórowi, przygotowanemu przez Dawida Bera. Najmniej satysfakcji sprawili mi soliści. Przeszkadzały mi różne rzeczy: brak dźwięczności głosu w całej skali, „groch”, nie dość precyzyjna artykulacyjnie koloratura, pływająca intonacja. Pamiętać jednak trzeba, że słyszeliśmy studentów i wiele z tych kwestii pewnie ulegnie jeszcze zmianie. Mnie najbardziej podobała się Karolina Benke jako Iris, tworząc wokalnie i scenicznie bardzo wiarygodną postać. Wyróżnię także Małgorzatę Pietrzykowską jako Juno, która zbudowała dobry portret boginki łączącej w sobie cechy patetyczne z rajfurstwem (jak to określił Kamiński: pół-Oktawia z Koronacji Poppei oraz pół-Quickly z Falstaffa). Z wielkim aplauzem publiczności spotkał się występ Aleksandry Hanus jako Semele. To głos w gatunku i barwie bardzo dobrze dobrany do tej roli, a młoda artystka włożyła dużo serca w wykreowanie postaci. Przeszkadzało mi tylko pojawiający się - zwłaszcza w recytatywach - "groch" w głosie. Jak wnoszę po całym występie, nie jest to naturalna cecha jej sopranu i rzecz da się wyeliminować.  

Opera barokowa, grana na żywo, to w Łodzi święto. Dzięki młodym ludziom i ich opiekunom wczoraj w mieliśmy w Łodzi święto. Trwa ono jeszcze dziś. W innej obsadzie.