niedziela, 18 marca 2018

WIESZAK DLA BISKUPA!

Szanowni Państwo!

1.      Byłem późnym dzieckiem, dość stwierdzić, że mam bratanicę młodszą ode mnie zaledwie o kilka miesięcy. Istniały powody, by w przypadku tej późnej ciąży, na poważnie rozważać aborcję. Dowiedziałem się o tym dwa razy, od dwóch różnych członków rodziny, na dwa różne sposoby. Pierwszy raz był szalenie emocjonalny i nie na trzeźwo, zrobiony w taki sposób, że nie mogłem pozbierać się przez kilka kolejny dni.  Za drugim razem rozmawiała ze mną, nieżyjąca już, Mama, która dokładnie opowiedziała o sytuacji, o tym, co trzeba było wziąć pod uwagę i o tym, dlaczego podjęła (z naciskiem na jej odpowiedzialność) taką a nie inną decyzję. Po tej rozmowie w ogóle nie musiałem się zbierać. Fakt, świadomość, że „mogło mnie nie być” nie jest specjalnie miła, ale wiele rzeczy w życiu nie jest miłych. Ważne dla mnie było to, że rozważanie aborcji okazało się zrozumiałe, a także to, że zabieg był prawnie dopuszczalny, czyli że nie trzeba było działać pod jakimkolwiek przymusem. Mama do końca broniła praw reprodukcyjnych kobiet i takiej postawy mnie nauczyła.

2.     Społeczność Dziewuch (Ogólnopolski Strajk Kobiet, w Łodzi przy mocnym zaangażowaniu Łódzkich Dziewuch Dziewuchom)  moderuje dzisiejsze protesty pod nazwą „Słowo Na Niedzielę — Wieszak dla Biskupa!”. W ten sposób wyrażony ma być sprzeciw wobec nacisku episkopatu Kościoła rzymsko-katolickiego na polityków w sprawie projektu ustawy dotyczącego radykalnego ograniczenia praw reprodukcyjnych kobiet. Trudno mi nie uznać, że protest ten jest jak najbardziej zasadny. Mój radykalny sprzeciw budzi bowiem próba odebrania aktorom społecznym ich prawa do kształtowania tego, jak społeczeństwo wygląda i zastąpienie sprawczości obywatelek i obywateli regułami wywodzonymi z porządku pozaspołecznego. Jak przekonująco pokazał Alain Touraine, „religia nadaje treść modelowi kulturowemu” w tych społeczeństwach, które w najmniejszym stopniu oddziałują same na siebie (samokształtują się). Religia wspiera tam dominujący porządek, a więc także utwierdza hegemonię dominujących klas (o taką hegemonię dla polityków prawicowych od dawna zabiegało wielu funkcjonariuszy Kościoła, wspierały te dążenia społeczności skupione wokół Tadeusza Rydzyka, wydaje się również, że w zgodzie z tą logiką, PiS boi się dzisiaj nie tyle opozycji, ile odpływu poparcia ze strony środowisk prawicowo-narodowych, o czym pisze Anna Mierzyńska w oko.press). Nie to jednak uwiera mnie najbardziej.

3.     Najbardziej uwiera mnie to, że dzięki takim a nie innym działaniom Kościoła bioetyka staje się w Polsce czymś na wskroś karykaturalnym. Teren sporów, w którym wysuwane są poważne argumenty (pisała o tym zajmująco Barbara Chyrowicz) zamienia się w wojnę prowadzoną nie na trzeźwo i angażującą głównie emocje. A jak w każdej wojnie, mamy wrogie obozy oraz cywilne ofiary walki. Polityczne naciski Kościoła, który wspiera skrajne projekty ustaw, prowadzą do utrwalania w społeczeństwie przekonania, że aborcja jest z definicji mordowaniem człowieka i powinna być zakazana. Reakcję stanowi pogląd, że aborcja jest sprawą wolnej decyzji kobiety, co do własnego brzucha. Ofiarami cywilnymi są Ci wszyscy, dla których moralność nie jest grą zero-jedynkową, a także te, których nacechowany skrajnymi emocjami dyskurs funduje większą lub mniejszą traumę. Ostatecznie przegranym z tej wojny wyjdzie całe społeczeństwo, które pozostanie nieczułe na problemy, na które natyka się każdy, kto traktuje moralność na serio.

4.    Konsekwentny i pryncypialny sprzeciw wobec działań Kościoła i środowisk prawicowych powinien być również sprzeciwem wobec czynienia z bioetyki karykatury. To oznacza także sprzeciw wobec redukcji zagadnień związanych z aborcją do hasła, że „mój brzuch to moja sprawa”. Czas wypłynąć poza Cieśninę Mesyńską, gdzie czyhają Scylla sojuszu ołtarza i tronu oraz Charybda naiwnego feminizmu liberalnego. Jak to zrobić?

5.     Nie przedstawię tu wyczerpującego katalogu strategii czy problemów, które warto zastosować. Zasygnalizuję tylko trzy — w moim odczuciu bardzo istotne — sprawy.

Po pierwsze, należy jasno wiązać prawa reprodukcyjne z kwestiami społecznymi takimi jak bieda, nierówności, dostęp do żłobków i przedszkoli, stosunek pracodawców do pracownic w ciąży i matek z małymi dziećmi itd., itp. Nie da się również nie brać pod uwagę jak dobrostan psychiczny i fizyczny kobiety oraz jej rodziny (od mierzenia się z bólem i traumą, gdy patrzeć się będzie na cierpienie i śmierć dziecka skazanego na śmierć w wyniku konieczności donoszenia ciąży z poważnymi wadami, po śmierć kobiety w połogu czy skazanie jej na poważny uszczerbek na zdrowiu, jak miało to miejsce w przypadku Alicji Tysiąc).

Po drugie, należy podnosić problematyczność spraw bioetycznych w sposób niefundamentalistyczny, to znaczy pokazywać, że pewne problemy etyczne nie znajdują jednoznacznego rozwiązania. W odróżnieniu od języka religii i polityki znakomicie sprawdza się w takiej roli język sztuki. Jako przykład mogę wskazać fotogramy Helen Chadwick z serii Unnatural Selection, poruszające problemy związane z zapłodnieniem in vitro.

Po trzecie, należy wymagać rzetelnej edukacji (bio)etycznej, seksualnej i — szerzej — humanistycznej. Zadaniem takiej edukacji jest między innymi kształtowanie wrażliwości na różnorodność systemów moralnych i etycznych, umiejętność formułowania zasadnych i zrozumiałych argumentów na rzecz własnego stanowiska oraz rekonstruowania argumentów wysuwanych przez inne osoby, krytycznego podejścia do tradycji i historii, pojmowania, jak ważne jest dostrzeganie krzywd, które w imię prawa, moralności czy Boga zadaje się drugiemu człowiekowi. Pisze o tym wszystkim Martha Nussbaum w zajmującej książce Nie dla zysku. Dlaczego demokracja potrzebuje humanistów. Swoją drogą — pozwolę sobie otworzyć nawias — łatwo zrozumieć, dlaczego neoliberalizm tak niechętnie patrzy na humanistykę, a działalność naukową wiąże bezpośrednio w biznesem i rynkiem (myślę tu, między innymi, o ustawie projektowanej przez Jarosława Gowina). Często gęsto konserwatywne zaplecze światopoglądowe neoliberałów, zwanych wtedy neoconami, układa im świat zero-jedynkowo, wolności i kreatywności pozostawiając sferę rynku. Ale humanistyka nie jest potrzeba również bardziej socjalnym konserwatywnym ideologiom — tam sprowadza się do określonej polityki historycznej i tożsamościowej, kształtującej obywatelki i obywateli według jednego wzorca.

6.    Jako uczestnik protestów organizowanych przez Dziewuchy (OSK+) wiem, że poruszają one i sprawy socjalne, i walczą o prawa innych społeczności, choćby LGBT+. Dlatego z pełnym przekonaniem popieram dzisiejszy wieszakowy protest. Czy będzie skuteczny? Będę rad, jeśli dzięki działaniom Dziewuch bioetyka z jej złożonością pojawi się w świadomości społecznej w sposób choć trochę mniej nietrzeźwy niż dotąd.


niedziela, 4 marca 2018

POLSKI KLIMAT DLA PRAW LGBT+


Podobno Parlament Europejski często wydaje się odległy polskim obywatelom. W dyskursie konserwatywnych środowisk bywa także pokazywany jako ciało podejmujące decyzje ideologicznie niebezpieczne. Zapewne jedno i drugie powiedzą niektórzy o decyzji PE, by opowiedzieć się przeciwko tzw. terapii reparatywnej, która rzekomo pozwala wyleczyć się z homoseksualizmu.

Dla mnie jest to decyzja życiowo bliska i olbrzymiej wagi, co najmniej z dwóch powodów. Musimy bowiem zdawać sobie sprawę, że terapia reparatywna jest popularna w środowisku polskich fundamentalistycznych chrześcijan i konserwatystów. Spotkania z Paulem Cameronem organizowane bywają nawet w Sejmie. Wzięciem cieszy się również Gerard van der Aardweg, autor kuriozalnej książki Homoseksualizm i nadzieja, która rekomendowana jest na stronach internetowych lubelskiego ośrodka Odwaga. Znajdziemy tak taki jej opis:

W czasach, gdy propaganda homoseksualizmu upiera się, że homoseksualizm jest normalny, a styl życia gejów radosny, jeden z najwybitniejszych europejskich pschoterapeutów proponuje słowo nadziei – i prawdy. Homoseksualizm nie jest uwarunkowany genetycznie – pisze Gerard van den Aardweg – a styl życia gejów nie jest drogą, którą homoseksualiści muszą podążać. Rosnący zbiór dowodów pokazuje, że homoseksualizm jest zakorzeniony w problemie psychicznym, który można z powodzeniem leczyć. Jest nadzieja dla nieszczęśliwych homoseksualistów, którzy pragną przemiany.

Sądząc po innych publikacjach polecanych przez Odwagę, a także po udostępnianych na stronach ośrodka tzw. świadectwach widać wyraźnie, że możliwość „konwersji” homoseksualisty traktowana jest tam serio. Skoro ludzie „nie rodzą się takimi”, a homoseksualizm jest objawem klinicznym, możliwa jest prewencja i terapia osób homoseksualnych.
Od bardzo dawna działalność Odwagi spotykała się z reakcjami negatywnymi, opartymi na aktualnej wiedzy z zakresu medycyny. Mój drobny w kład w te działania to próba zainteresowania tematem RPO Ireny Lipowicz i ministra Bartosza Arłukowicza. Lipowicz nie była osobą skłonną do zajmowania się sprawami kłopotliwymi światopoglądowo, pismo z jej biura, w którym zwyczajnie zbyto temat, mnie nie zdziwił. Liczyłem jednak, że Arłukowicz — z jego przeszłością w SLD i ministrowaniem, gdy był w PO — wykaże się większym zrozumieniem problemu, zwłaszcza, że pytałem o skandaliczną działalność Odwagi jako organizacji pożytku publicznego. Na zajęcie przez niego stanowiska nie doczekałbym się, gdyby nie monity, Ministerstwo Zdrowia postanowiło bowiem nie odpowiadać. W końcu odpisano mi bez odniesienia się do większej części mojego listu. Zostałem pouczony, że homoseksualizm to nie choroba, że jest wolność światopoglądowa, nie ma więc powodu, by Odwagą się zajmować, a poza tym Minister zapoznaje się ze sprawozdaniami z działalności ośrodka i wszystko jest w należytym porządku. Czy treści, jawnie kolportowane przez Odwagę, są w porządku, pozostawiam do oceny czytelnikom wpisu. Dla mnie już one są wystarczającym powodem, by przyjrzeć się działaniom prowadzonym w Lublinie.

Decyzja o poparciu zakazu terapii reparatywnej na poziomie PE stwarza dodatkowy instrument do oceny działań ośrodków takich jak Odwaga. Ale pozwala także na ocenę działań psychoterapeutów, którzy pracują indywidualnie, kierując się w przypadku osób LGBT+ nie wiedzą medyczną, a światopoglądem. Wciąż bowiem jest tak, że zdarzają się terapeuci homofobiczni, ci zaś, którzy traktują orientację seksualną w sposób profesjonalny, nie zawsze posiadają wystarczającą wiedzę w zakresie swoistości stresorów, wpływających na psychiczny dobrostan osób LGBT+. Decyzje polityczne, takie jak ta w PE, są wyrazem wartości, na których budowana jest wspólnota europejska. Jak widać, na fałszywe terapie i wyrządzane poprzez nie krzywdy nie ma wśród tych wartości miejsca.

Nie zaskoczyło mnie, że głosy przeciwko zakazowi tzw. terapii reparatywnej pojawiły się ze strony eurodeputowanych PiS. Zdziwiło mnie za to, że podobnie głosowała trójka europosłów PO: Danuta Hübner, Janusz Lewandowski oraz Marek Plura. Po krytyce Hübner przeprosiła wyjaśniając, że w jej przypadku tak a nie inaczej oddany głos był pomyłką. Niestety, wiarygodność tego wyjaśnienia komplikuje to, że rok temu wstrzymała się od głosu, gdy sprawa dotyczyła prawnej ochrony przed dyskryminacją kobiet i osób LGBT+. Po krytyce, mówiła wtedy o „nieintencjonalnej pomyłce”.
Być może taki czy inne „nieintencjonalne pomyłki” biorą się z tego, że ochrona praw osób LGBT+ nie jest w Polsce standardem stosowanym w codziennym życiu, a problemy mniejszości seksualnych nie są traktowane z należytą powagą. Bo trudno uznać, że jest inaczej, co więcej, nawet jeśli w wielu kwestiach zbitka POPiS jest co najmniej kontrowersyjna, to w kwestii stosunku do mniejszości seksualnych działania PO nie różnią się wiele od działań PiS, za to w określonych sytuacjach powiązane są z cynizmem politycznym.

Sorry, taki mamy klimat

Jednym z najważniejszych symptomów, które pozwalają diagnozować stosunek dominujących polskich partii politycznych do praw LGBT+ jest sprawa Karty Praw Podstawowych UE. Polska zdecydowała się dołączyć do protokołu brytyjskiego, który ogranicza stosowanie Karty. Motywem takiego działania były obawy rządu Jarosława Kaczyńskiego, że zawarte w Karcie zasady pozwoliłyby Europejskiemu Trybunałowi Praw Człowieka zobligować Polskę do uznania małżeństw jednopłciowych. (Rząd Kaczyńskiego — także z Wielką Brytanią, a także z Czechami — odrzucił początkowo możliwość podpisania Karty, znajdując poparcie wśród osób związanych ze Stowarzyszeniem Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi, Klubu Jagiellońskiego a nawet RPO Janusza Kochanowskiego).

Sprzeciw wobec podpisania Karty z protokołem wyłączającym jej pełne stosowanie wyrażali z kolei, między innymi, Władysław Bartoszewski, Bronisław Geremek, Józef Pinior, Amnesty International czy europosłowie PO Bogusław Klich i Jacek Protasiewicz. Poparcie dla Karty wyraził również Donald Tusk, który deklarował, że jeśli PO wygra w wyborach w 2007 r. Karta zostanie przyjęta w całości. Zdanie zmienił jednak bardzo szybko, bo już w swoim expose zapowiedział, że uszanuje wyniki negocjacji poprzedników oraz podpisze protokół brytyjski, wyłączający pełne stosowanie Karty. Spotkało się to z aprobatą Lecha Kaczyńskiego, który stwierdził, że „postanowienia Traktatu związane z wiarą katolicką muszą zostać tak mocno zabezpieczone, jak to w prawie świeckim jest możliwe”.

Kolejne punkty orientacyjne, jeśli chodzi o podejście polityków PO do praw osób LGBT+ to m. in. działanie sejmowej zamrażarki w przypadku projektów dotyczących związków partnerskich, „absurdalne” i „schizofreniczne” zachowanie PO, według określeń Anny Grodzkiej, którego efektem było nie głosowanie w sejmie nad wetem prezydenckim do ustawy o uzgodnieniu płci czy michałki w postaci wypowiedzi Grzegorza Schetyny, że emocje osób LGBT związane z walką o prawo do uznawanych prawnie związków wiąże się z „papierowymi emocjami”. Warto również pamiętać, że na „Marszu Wolności” organizowanym przez PO. Zacytuję Adriana Zandberga: „Najpierw sądziłem, że to tylko plotka. Że ktoś wyolbrzymia sprzeczkę z przypadkowym przechodniem. Ale potem zobaczyłem film, na którym ochrona marszu PO - na oczach liderów partii - szarpie i wyzywa demonstrantów, którzy podeszli do nich z tęczową flagą. […]  Ale jeszcze bardziej szokują mnie reakcje PO i Nowoczesnej po ujawnieniu tego kompromitującego filmu. Dla rzecznika PO podejście z tęczowymi flagami do Grzegorza Schetyny to "prowokacja" wymierzona w zjednoczoną opozycję. Posłanka Nowoczesnej - partii, której kamizelkę miał na sobie jeden z bijących - usprawiedliwia ochroniarzy i bagatelizuje sprawę. Żadne z nich nie zdobyło się na oczywiste słowo: "przepraszam"”. Jedyne, na co było stać PO, to uznanie, że działacze Miłość Nie Wyklucza dokonali trollingu i że ochrona miała za zadanie usunąć każdego, kto będzie rozbijał czoło marszu.

Ostatnią polską odsłoną podejścia polityków PO do homoseksualności jest happening i trolling, który urządził w sejmie Paweł Olszewski. Uznał, że sejmowa ława jest miejscem do pokazania zdjęć, na których Maciej Wąsik całuje się z mężczyzną. Uczynił z tego sprawę nie tylko polityczną, ale zagrażającą państwu, uznając, że (domniemane*) skłonności homoseksualne Wąsika mogą stać się powodem szantażu obcych służb, w czym w wypowiedzi poparł Olszewskiego sam Schetyna. Jak nic, przypomniały mi się lektury dotyczące akcji Hiacynt czy działań służb w dobie stalinowskiej — odkładając na bok kwestie dotyczące prywatnych spraw Wąsika chyba najwyższa pora, by w XXI wieku dostrzec, że orientacje seksualne są różne, prawo do życia prywatnego chronione na poziomie polskim i międzynarodowym, a całować można się z osobami rozmaitej płci. Ujawnienie zdjęć, na których jakiś polityk całuje się z mężczyzną powinno mieć dzisiaj taką samą moc, jak ujawnienie zdjęć, na których żonaty polityk całuje się z kochanką. Dopóki nie zostaje złamane prawo (przemoc, pedofilia), może być to sensacyjką dla portali plotkarskich. Jeśli jednak może być czymś więcej, czy Olszewski zamierza pokazywać zdjęcia kolegów polityków z ich heteroseksualnych relacji poza związkiem? (Bo, można się domyślać, takie są?). 

*Wąsik zaprzeczył przypisywaniu mu orientacji homoseksualnej, jeśli chodzi o zdjęcia, jego wyjaśnienie można przeczytać (m. in.) tutaj.



czwartek, 8 lutego 2018

WALENTYNKI, ŚMIERĆ BOGA I TRANSGRESJA


Tegoroczne Walentynki spowodują zapewne bardziej namiętną dyskusję niż w minionych latach, wypadają bowiem w Popielec. Wiązane z Walentynkami zjawiska, jak konsumpcjonizm czy amerykanizacja zderzą się z katolicką tradycją postu, doświadczenia miałkości ludzkiego życia, powagą i smutkiem.
Dzięki łódzkiemu antykwariatowi zaserwowałem sobie na czas przed Walentynkami lekturę eseju Jeana-Claude’a Kaufmanna Niezwykła historia szczęśliwej miłości. Autor bezspornie dostrzega zagrożenia dla miłości, które niesie ze sobą ekonomiczna wizja człowieka. Wskazuje również na ogromny potencjał praktyk miłości romantycznej realizowanych w ramach małżeństwa, na które składa się m. in. dostrzeganie małych radości, oddawanie się wspólnym pasjom i seksualna bliskość.

Kaufmann w swej afirmacji miłości romantycznej pomija jednak bardzo ważne rozpoznanie — że seksualność skorelowana jest z doświadczeniem „śmierci Boga”. Pięknie pisał o tym Michel Foucault w swojej Przedmowie do transgresji:
„Być może ważność seksualności w naszej kulturze, fakt, że od Sade’a tak często wiązana była z najgłębszymi decyzjami naszego języka, bierze się z jej nierozłącznego związku ze śmiercią Boga. Śmiercią, której bynajmniej pojmować nie należy jako kresu Jego historycznego władztwa ani jako wydobytej wreszcie na jaw konstatacji Jego nieistnienia, ale jako stałą odtąd przestrzeń naszego doświadczenia. Śmierć Boga, odbierając naszej egzystencji granicę Bezgranicznego, skazuje ją na doświadczenie, gdzie nic nie może już wypowiedzieć zewnętrzności bytu, na doświadczenie zatem wewnętrzne i suwerenne. Ale doświadczenie to, w którym rozbłyskuje śmierć Boga, odkrywa jako swoją tajemnicę i światło własną skończoność, bezgraniczne rządy Granicy, pustkę przekroczenia, w którym słabnie ono i znika. […] Śmierć Boga nie przywraca nas ograniczonemu i pozytywnemu światu, lecz światu, który znajduje rozwiązanie w doświadczaniu granic, stając się i odstając od siebie w przekraczającym go występku”.
Z całą pewnością takim występkiem jest praktyka miłości romantycznej, o której pisze Kaufmann. Jest ona występkiem wobec rzeczywistości, która przekształca człowieka w konsumenta poruszającego się w polu kierowanym przez instytucje polityczno-prawne i mechanizmy wolnego rynku. Jak daleko sięga ta „logika konsumpcji” pokazuje Kaufmann na przykładzie „globalnego rynku małżeństw”, na którym „Młode kobiety z krajów zdominowanych usiłują przede wszystkim wydobyć się z nędzy”. W uprzywilejowanej wymianie z Afryką i Europą Wschodnią kobieca młodość, uległość i doskonałe wpasowanie się w schemat relacji opartych na męskiej dominacji kupowane są za cenę komfortu i prowadzenia życia w zachodnich metropoliach. Kaufamnn przeocza jednak, że przeciw-świat miłości romantycznej jest nicością, pustką, ułudą, bo nie istnieje przeciw-byt, przeciw-rzeczywistość, a jedynie doświadczenie przekraczania granic. Tym właśnie jest doświadczenie transgresji, które — jak pisał Foucault — któregoś dnia okaże się być może „równie decydujące dla naszej kultury, równie skryte w jej glebie, jak niegdyś było dla myślenia dialektycznego doświadczenie sprzeczności”.

Doświadczenie transgresji jest doświadczeniem granicy; grą między granicą a jej przekroczeniem; rozpoznaniem w tym przekroczeniu wewnątrz granicy śladów bezgraniczności. „Granica i transgresja zawdzięczają sobie wzajemne osadzenie w bycie: stąd nieistnienie granicy, która nie mogłaby być w żaden sposób przekroczona, i odwrotnie —znikomość transgresji, która przekraczałaby tylko granicę iluzji czy cienia”. Zasadnie można bowiem pytać, „czy granicy przysługuje prawdziwe istnienie poza gestem, który chwalebnie przenika ją i niweczy?”.
Doświadczenie transgresji jest również doświadczeniem afirmatywnym, niczemu bowiem się nie przeciwstawia, z niczego nie kpi, ale też nie afirmuje żadnej pozytywnej treści, która miałaby być przeciw-światem, a to dlatego że transgresja związana jest z każdą granicą, tak, jak wszelkie granice związane są z gestami transgresji. Można rzec, że transgresja jest doświadczeniem różnicy czy — precyzyjniej — gestem określającym „byt różnicy”. Tak, jak dzieje się to w zachodnim doświadczeniu seksualności, wrzuconej „w pustą przestrzeń, gdzie natyka się już tylko na delikatną formę granicy”. Seksualność w tym sensie staje się lekcją nieświadomości, granicą prawa, „jedyną uniwersalną treścią zakazu”, granicą języka. Transgresja zaś pozwala tę granicę „rozchwiać”, poróżnić, odsłonić obecną w niej bezgraniczność.
Z tego powodu doświadczenie transgresji, również pod postacią Kaufmannowskiej praktyki miłości romantycznej, jest doświadczeniem (i praktyką) na wskroś politycznym. Stanowi ważny element Foucaultowskiego ethosu nowoczesności, który w pierwszym rzędzie jest właśnie doświadczeniem granicy. Wbrew rozpowszechnionemu obrazowi Foucaulta-rewolucjonisty zmiany rewolucyjne, które miałyby polegać na zastąpieniu jednej tradycji inną tradycją, postrzega on jako zagrożenie. „Wiemy bowiem z doświadczenia — pisał —, że pragnienie ucieczki od systemu aktualności po to, by stworzyć ogólne programy innego społeczeństwa, innego sposobu myślenia, innej kultury, innej wizji świata, doprowadziło w zasadzie jedynie do nawrotu najbardziej niebezpiecznych tradycji”. Nad radykalizm przedkładał Foucault „konkretne transformacje”, które mogą następować tylko wtedy, gdy ma się odwagę trwać we własnej aktualności, rozpoznawać jej granice i nie bać się eksperymentowania. Takim eksperymentem mogą być choćby związki przyjaźni, które u progu nowoczesności straciły w naszej kulturze swoje znaczenie, przez co nie zostały oplecione siecią norm, jak małżeństwo i rodzina nuklearna. Przyjaźń — dodam od siebie: realizowana również w heteroseksualnym małżeństwie — jest praktyką transgresywną: nie zakłada ani ni wyklucza doświadczeń seksualnych, wskazuje na to, jak wyjść poza ograniczenia (choćby po to, by budować przyjaźń między gejem i heteroseksualistą kiedy pierwszy doświadcza pożądania, a drugi się nim niepokoi) i esencjalne odczuwanie własnej tożsamości (jako że Foucault pisał o transgresji w kontekście seksualności pozwolę sobie na jeszcze jeden przykład z tej sfery: czuję się 200% gejem i intymno-erotyczne relacje z kobietą wywołują we mnie niepokój, ale gdybym budował więź z biseksualistą i jego partnerką, to miałbym z zasady wykluczać intymność doświadczenia także  z nią?). Przyjaźń w końcu jest praktyką więzi głębokich i trwałych, takich, które wbrew konsumpcji miłości i kolejnych partnerów mogą być źródłem trwałości heteroseksualnych małżeństw, ale trwałości innej niż wynikająca z prawa, przepisów religii czy obaw przed napiętnowaniem. Wszystko to pozwala wprowadzić „byt różnicy” w dominujące tendencje kulturowe, jest zatem formą oporu i protestu, otwarciem systemu na inność, która może przybrać kształt choćby ruchu społecznego. Jest również dowodem na to, rację ma Kaufmann pisząc, że miłość to pojęcie heterogeniczne, takie, które łączy ze sobą elementy często traktowane opozycyjnie czy sprzeczne, jak (to lista w znacznej mierze moja) uniwersalną życzliwość i zawsze ujednostkowioną namiętność, cielesność i duchowość, „czystość” i seksualne spełnienie, rezygnację jako drogę do spełnienia itd. itp. Tak, tajemnica miłości „polega na tym, że najróżniejsze skrajności są ze sobą ściśle powiązane, a sednem miłości jest właściwa jej dynamika sprzeczności”. Inna sprawa, że prowadzone przez Kaufmanna rozważania w wielu miejscach odchodzą od tego rozpoznania, być może dlatego że takie postrzeganie miłości, podobnie do doświadczenia transgresji, wciąż nie odnalazło właściwego języka, by je wyrazić.

A zatem — świętować Walentynki czy nie świętować? Świętować, jak każdą okazję, która pozwala celebrować miłość. Ale świętować tak, by trwając w naszej własnej aktualności rozpoznawać granice, które pozwalają się zjawiać np. Walentynkom. I eksperymentować z praktykami transgresyjnymi, by — przykładowo — w stojącym za Walentynkami konsumpcjonizmie rozpoznać to, co pozwala dokonać przekroczenia konsumpcjonizmu.


wtorek, 30 stycznia 2018

ANDRZEJ MALINOWSKI IN MEMORIAM

Ze smutkiem przychodzi mi żegnać Andrzeja Malinowskiego, wieloletniego artystę łódzkiej opery i serdecznie bliskiego mi człowieka.

Andrzej Malinowski był wychowankiem Tatiany Mazurkiewicz, którą niezmiennie wspominał bardzo serdecznie. Artystą Teatru Wielkiego w Łodzi został na V roku studiów, a do pracy przyjął go Bogusław Madej. „W Teatrze zacząłem od roli Bonzy w Madame Butterfly — wspominał. — Dla mnie była to bardzo trudna rola, choć niewielka, ale bardzo stresująca. Później rola Kecala w Sprzedanej narzeczonej Smetany. Postać ta tradycyjnie przedstawiana jako gruby hodowca świń, a ja miałem warunki «odchudzonego spaghetti», więc stworzyłem jeszcze chudszego Kecala o doprawionym dużym nosie. Po przedstawieniu dyrektor Bogusław Madej gratulował mi mówiąc, iż takich debiutów życzyłby sobie jak najwięcej”.

Piękną cechą Andrzeja był entuzjazm w stosunku do koleżeństwa po fachu. Pięknie wypowiedział się o Rajmundzie Ambroziaku, który jako akompaniator jawił mu się wręcz jako drugi pedagog śpiewu. Gdy pracowałem nad tekstem do programu przygotowywanej w Łodzi na jubileusz Halki podzielił się ze mną wspomnieniami o Halce z 1969 r. Napisał do mnie między innymi te słowa:
„Pierwszy raz „do czynienia” z operą „Halka” St. Moniuszki miałem w 1969r.,tuż przed tourne Teatru Wielkiego W Łodzi na gościnne występy do Tibilisi w Gruzji. Byłem w tym okresie 19sto latkiem zatrudnionym na etacie śpiewaka artysty chóru w T.W. Ponieważ miałem również brać udział w tym tourne musiałem douczyć się swojej partii i brać udział w próbach. Siedząc na widowni próby śpiewały Panie Halina Romanowska, wspaniały sopran oraz Teresa Wojtaszek Kubiak. Wrażenie jakie wywarł na mnie śpiew P. Teresy było olbrzymie.  Ciarki chodziły mi po całym ciele. Coś fantastycznego.”
Pamiętam też, jak wspominał swoją podróż do Warszawy na Toskę z Birgit Nilsson. Artystka zrobiła wtedy na nim mniejsze wrażenie, niż się spodziewał, ale od razu dodał, że w jednym z niemieckich teatrów wszedł w trakcie próby, na którym Wagnera śpiewał głos wręcz zesłany z niebios. Okazało się, że była to właśnie Nilsson.

Wśród wielu rzeczy, którymi ujmował mnie Andrzej, wspomnieć chcę o jednej — niechęci do etykietowania. Wszędzie, czy były to kwestie społeczne, polityczne czy kulturalne, starał się szukać bycia człowiekiem, bez określania się na dzień dobry jako reprezentant takiej czy innej frakcji. Cenił wolność, w tym wolność światopoglądową, cenił państwo prawa, cenił dobre spektakle, zarówno te bardziej reżysersko odważne, jak i zachowawcze. Cenił również pamięć — bolało go, jak krótka jest pamięć polskich instytucji kultury.  Takiego będę go pamiętał, bo przecież był nie tylko artystą obdarzonym potężnym, smoliście ciemnym basem i znakomitymi warunkami scenicznymi.




niedziela, 7 stycznia 2018

NIE MOŻEMY

NIE MOŻEMY sobie wybierać czasów, w których przyszło nam żyć
Tylko w części możemy wybierać przestrzenie

Między jednym a drugim szarym dniem Jednym a drugim płomieniem świecy Para rąk
oplata niewidzialną przestrzeń powietrza Dłoń trzecia czwarta aż do szóstej To już nie grób w powietrzu tam gdzie się nie leży ciasno To
cervix uteri


możemy wybrać czas, w którym chcemy żyć



Łódź, 7 stycznia 2018 r.

piątek, 5 stycznia 2018

OBRONA NIEFORMALNOŚCI. PRZECIW MORAWIECKIEMU JR.

Przyjaciołom bi-, hetero- i homoseksualnym.

Morawiecki: przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych

Pan Morawiecki jr zdaje się nie dostrzegać, kwestia związków nieformalnych jest złożona i nie da się im w prosty sposób przeciwstawiać związków formalnych. Wiąże się to z wieloma powodami, sam wskażę tylko na dwa. Primo, nie wszystkie osoby, które chciałyby żyć w związkach sformalizowanych, mogą to zrobić. Na gruncie polskim jest tak w przypadku osób homoseksualnych, których relacje w świetle rodzimego prawa, a jeszcze bardziej w światopoglądzie polityków bądź nie istnieją, bądź z definicji są czymś, czemu — jako sprzecznemu z naturą — należy przeciwdziałać. Ale jest tak również w przypadku osób biseksualnych, które budują związki nie-diadyczne. Secundo, nieformalny charakter związków wybierają m. in. osoby, które wyszły z toksycznych związków formalnych. Już to wystarczy, by w imię pryncypiów krytycznie odnieść się do wypowiedzi Morawieckiego. Rzecz jasna, można jej bronić wskazując, że nie mówi on o wszystkich związkach nieformalnych, ale  posługuje się generalizacją statystyczną. Taka linia obrony nie jest jednak dla mnie przekonująca. Nie znam żadnych rzetelnych badań, które by pozwoliły postawić taką diagnozę, jaką proponuje Morawiecki. On sam także nie wskazał, na jakiej podstawie formułuje swoja myśl. Brak podstaw do sformułowania tak mocnej oceny związków nieformalnych, odwołanie się do wymyślonej przez prawicę „ideologii gender” i sam kształt wypowiedzi: „do przemocy nie dochodzi tam, gdzie występuje dbałość o więzy rodzinne, o normalny dom, gdzie panuje miłość”, „przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie”, „musimy sięgnąć do rzeczywistych wartości Europy, której źródłem jest chrześcijaństwo”, jest formą stygmatyzacji wszystkich relacji, które nie mieszczą się w horyzoncie po katolicku rozumianego chrześcijaństwa z jego heteronormatywnością i na tej podstawie konstruowanych modeli związków formalnych, jest tedy przemocą symboliczną.

Przemocy symbolicznej nie należy lekceważyć. Nie należy tego robić zwłaszcza wtedy, gdy legitymizuje system społecznych przekonań normatywnych i stereotypów, który w sposób bardzo konkretny wpływa na ludzkie życie.

Wyrażone przez Morawieckiego przekonanie, że „przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie” doskonale współgra z przekonaniem wyrażonym przez Tomasza Terlikowskiego, iż małżeństwo jest gwarancją większej stabilności wychowawczej niż konkubinat, samotne rodzicielstwo czy związki jednopłciowe. Terlikowski z aprobatą przywołuje w tym kontekście słowa Gertrudy Himmelfarb: „Wpływ rozwodu i samotnego rodzicielstwa na dziecko jest o wiele bardziej subtelny niż wpływ fizycznego molestowania” (!).  

Wyrażona przez Morawieckiego stygmatyzacja związków nieformalnych i apologia związków formalnych pozwala także na legitymizacje wszelkich zachowań dyskryminacyjnych wymierzonych w osoby budujące związki nieformalne, w tym także dzieci.

Samo podtrzymywanie stereotypu ugruntowanej na wartościach katolickich rodziny nuklearnej sprzyja także podtrzymywaniu tego, co Michel Foucault nazywa ujarzmieniem, co oznacza, że stereotyp bardzo głęboko dyscyplinuje ludzkie ciała i ludzką tożsamość. Żeby nie być gołosłownym, odwołam się do przykładu ze swojego życia. Wychowywany w katolickim szycie, związany byłem z kilkoma wspólnotami działającymi w ramach katolicyzmu. Uczęszczałem również na katechezę. Jako jedyny wartościowy model związku poznałem tam małżeństwo heteroseksualne, z obowiązkowym celibatem przed ślubem. Do tego nauczono mnie, że miłość, która nie jest nastawiona na tzw. przekazanie życia jest egoizmem we dwoje, a ekspresja skłonności homoseksualnych jest nagannym zaburzeniem. Ujarzmiający wpływ tych przekonań na moje życie polegał na tym, że przez długi czas starałem się wypierać to, kim jestem, w tym wypierać potrzebę kochania i bycia kochanym. Gdybym tej potrzeby nie wypierał i tak nie wiedziałbym, w jaki sposób szukać ekspresji takiej miłości — w moim wyobrażeniu normalny świat był heteroseksualny, a ja ze wstydem musiałem kryć przed nim swoją inność. Dodatkowo przekonany byłem, że homoseksualizm wyczerpuje się w ekspresji seksualnej, tak bowiem mnie uczono: jeśli miłość nie jest „jałowa” i „wypełnia człowieczeństwo” poprzez „pojednanie różnorodności”, to jest to niedostępne dla osób tej samej płci, którym pozostaje w relacjach wyłącznie przyjemność seksualna. Elementem ujrzamienia było również przekonanie, że przyjaźń jest czymś odmiennym niż miłość partnerska, a miłość realizować można wyłącznie w ramach związków formalnych, gdzie wiąże się ona z wiernym posiadaniem siebie przez partnerów zarówno w sferze ciała, jak ducha.

Ów model wywiedzionego z wartości katolickich związku formalnego jest dla mnie źródłem traumy do dzisiaj. Próby pozbycia się własnej tożsamości, których elementem było także spowiadanie się z tego, że się zakochałem, utrwalił we mnie poczucie bycia gorszym. Wynikające w ujarzmienia mechanizmy ucieczkowe wywołały we mnie poczucie bycia społecznie nieprzydatnym. Pokazywanie heteroseksualnego małżeństwa jako jedynej formy relacji, w której przejawia się miłość, umocniło we mnie poczucie osamotnienia i tego, że w życiu nie dane mi będzie zaznać miłości (w takim duchu napisałem jako licealista mail do Mariusza Szczygła, którego mój pesymizm mocno zaniepokoił i próbował mi pokazać, że nie ma on podstaw). Zseksualizowanie obrazu relacji homoseksualnych doprowadziło do tego, że próbowałem spełnić się poprzez uzależnienie od masturbacji i odwiedziny na łódzkiej pikiecie. W końcu w sytuacji, w której już nie mogłem udawać, że ucieknę od potrzeby bycia kochanym i kochania, model związku, który wydawał mi się słuszny, było nuklearne posiadanie siebie, co nierozerwalnie wiązało się z ogromną zaborczością, wspartą także na przeświadczeniu, że wszyscy są dla mnie potencjalnym zagrożeniem, jako lepsi ode mnie.

Od moich czasów szkolnych wiele się zmieniło, ale traumę noszę w sobie dalej. Co jakiś czas pojawiają się okresy, gdy czuję bardzo silną chęć ucieczki od świata, czuję własną zbędność, pojawia się także nostalgia za śmiercią, po zgodnie Mamy teraz powiązana z chęcią bycia z nią (nie ma to już, jak kiedyś, wymiary suicydalnego). To efekty ujarzemienia przez model patrzenia na ludzkie relacje, który w tak jasnych barwach odmalował Morawiecki. Jeżeli dziś wiem, że uczucia i poczucia, nawet bardzo bolesne, rozmijają się z rzeczywistością, to zawdzięczam to związkom nieformalnym, a dokładniej związkom przyjaźni. Uważam także, że właśnie związki przyjaźni nie jako coś odmiennego od miłości partnerskiej, ale jako podstawa związków partnerskich, są remedium na niebezpieczeństwa związane, ale nie w sposób konieczny, z relacjami małżeńskimi.

Problem w tym, że — jak pokazał Foucault — związki przyjaźni, jako ważne formy relacji społecznych, zostały wyparte z naszej kultury na przestrzeni XVI-XVIII wieku. Kolidowały one z rozwojem nowoczesnych modeli armii, biurokracji, szkolnictwie czy kontrreformacyjnymi zmianami religijnymi. Przyjaźń okazała się bowiem relacją nazbyt intensywną, także w sferze uczuciowej, i nazbyt niedookreśloną, by nie budzić niepokoju i by nie bać się tego, że kultywowana w jej ramach wolność oraz lojalność, nie zagrażają nowoczesnej moralności czy podporządkowania się normatywności rodzącej się biowładzy. Niedookreśloność związków przyjaźni wiąże się między innymi z tym, że patrząc z zewnątrz nie bardzo wiadomo, co przyjaciele „ze sobą robią”, chociażby, czy uprawiają ze sobą seks. Jak sądzę, wielu współczesnych czytelników listów dominikanina Jordana z Saksonii do dominikanki Diany, miałoby problemy z uwierzeniem, że łączyła ich „tylko niewinna przyjaźń” (bo czy przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest możliwa???). Ten niepokój wiąże się z tym, że intensywne uczucia połączono w naszej kulturze z seksualnością. Jeśli przyjaźń ma być dopuszczalna, to musi być całkowicie odcieleśniona i w gruncie rzeczy musi być relacją z całą wspólnotą, niemalże z całym światem, bo gdy łączy np. dwójkę ludzi, staje się niebezpieczna.

Niech za wymowny przykład posłuży cytat z Przewodnika Formacji Oriońskiej:

„95 - Przyjaźń, dar Boga
Prawdziwą przyjaźnią jest ta, którą tworzy sam Bóg, między osobami, które są zjednoczone z Nim węzłami miłości. Przyjaźń, jest bardziej wyrazem tej miłości, która pragnie usłużyć Panu widzianym w bliźnim, niż poszukiwaniem własnego zadowolenia. Z pewnością należy unikać niebezpieczeństwa, że przyjaźń zniewoli i uzależni, niszcząc osobowość.
W ludzkim współżyciu, szczera przyjaźń między osobami, które się lubią, jest częścią jak najbardziej naturalnych zachowań. Życie zakonne pragnie być ewangelicznym współżyciem braci złączonych tym samym najwyższym ideałem, tym aby oddać się bez oporów Bożej miłości, i ofiarować siebie, szczodrobliwie w służbie Ewangelii i miłości.

96 - Uchronić przyjaźń przed deformacją
To jest czas, w którym należy mówić o przyjaźni jasno i wyraźnie, nie mylić jej stałej i bezdyskusyjnej wartości, z deformacjami, którym może ulegać. Niestety w życiu wspólnotowym, bardzo długo nią wzgardzano, była przedmiotem podejrzeń i oskarżeń. Należy przywrócić jej godność i umieścić na właściwym jej miejscu.
Jedyną osobą kochaną dla niej samej, jest Bóg; żadna inna miłość nie może pomniejszyć albo zatrzeć pełni tej miłości, gdy kocha się innych w ten sam sposób. Należy i trzeba kochać wszystkich braci, ale nikogo w ten sam sposób lub zamiast Boga.
Czystość nie zabrania rozszerzania miłości; co więcej niezwykle rozwija zdolność do kochania. Ze swej natury przyjaźń nie sprzeciwia się ani ślubom, ani konsekracji.

97 - Wychowywać do prawdziwej przyjaźni
Przyjaźń oznacza przyciąganie, zgodność uczuć, myśli, ideałów. Powinna bazować na szczerości i powinna troszczyć się o prawdę i wolność osoby. Przyjaźń rodzi się spontanicznie, między dwoma, lub kilku osobami; nie można jej narzucić z zewnątrz, i nie można jej zlecić, a jedynie nakierować na nią; oczywiście, że nie można wyrażać siebie, w takim samym stopniu, i tak samo spontanicznie i szeroko, ze wszystkimi. Pierwszymi przyjaciółmi powinni być współbracia ze wspólnoty, ci, z którymi dzieli się życie, pracę i ideały.
Konieczne jest jednak, rozróżnianie osób, do których kieruje się przyjaźń. Kiedy obiektem jest kobieta, wymagana jest znacznie większa ostrożność. Przyjaźń z kobietą, często doprowadza do zakochania się. Pociąg, nie ogranicza się wtedy do sfery duchowej, ale często staje się pociągiem fizycznym.
Jeżeli przyjaźń jest otwarta na innych, przysparza wiele dobra wspólnocie, ale staje się też, wielkim utrudnieniem, kiedy wyklucza wszystkich innych i dusi zazdrością, osobę, którą się darzy przyjaźnią. Należy unikać wszelkiego wyuzdania czy pobłażliwości, należy wymagać największej szczerości i przejrzystości w otwieraniu się. Nie można pogodzić tego, co jest nie do pogodzenia. Nie można mieć złudzeń, że można kroczyć długo, gdy jest się dwulicowym i prowadzi podwójne życie.

45 - Zachować wysokie kryteria wyboru
W takim zamęcie idei, moralnych i duchowych wartości, jaki panuje obecnie, Zgromadzenie pragnie stanowczo wyrażać swoje kryteria oceny i wyboru, i potwierdzić w swojej linii formacyjnej, odczucia Kościoła, który uznaje za jedynego mistrza i matkę.
Bez popadania w przesadę, zachowań czy wyrażeń, należących do pewnego rodzaju rygoryzmu duchowości z dawnych epok, wydaje się całkowicie niemożliwe stawiać obok siebie, autentyczność mocnej miłości do Chrystusa i dusz, oraz pobłażliwość wątpliwego pochodzenia, wobec: zabronionych miłości, przyjaźni wiążących serca, tendencji lub doświadczeń homoseksualnych, pedofilię, narkomanię, alkoholizm, powiązań ze światem kryminalnym, czy ze zorganizowaną przestępczością, podwójne życie, przynależnością do organizacji przeciwnych wierze albo Kościołowi, czy tym podobnych. Nie można postępować jednocześnie drogą Chrystusa i nieuporządkowanych pożądań ciała. Niech nie zwodzą nas aparencje dobra”.

Musimy także pamiętać, że związki przyjaźni sensu stricto istnieją między osobami, które wolnymi i równymi. Przyjaźń nie opiera się na przymusie, Arystoteles będzie nawet twierdził, że przyjaźń możliwa jest między ludźmi, którzy siebie nawzajem nie potrzebują, bo tylko wtedy ich wspólne bycie ze sobą nie jest relacją opartą na interesie. To zaś wymaga od przyjaciół umiejętności troszczenia się o samego siebie, bez czego niemożliwa jest troska o innych. Jak pokazuje to Foucault, źródłem etyczności jest wolność, a troska o samego siebie, która jest etyczną relacją z sobą samym, jest z zasady także relacją z innymi i troską o nich: „problem stosunków z innymi towarzyszy cały czas naszej trosce o siebie”. Wolność i równość, jako niezbędne elementy związków przyjaźni, wymagają także nieustannej czujności wobec takich społecznych kodów i mechanizmów, które wprowadzają nierówność. W moim przypadku takim ujarzmiającym kodem jest przeciwstawianie sobie heteroseksualności i homoseksualności tak, jak dzieje się to u apologetów związków formalnych jako małżeństw heteroseksualnych wywiedzionych z wartości katolickich. Homoseksualność przeciwstawia się tu heteroseksualności i jest jej podporządkowana. Heteroseksualności jest normą, z którą łączy się szereg dodatnich wartości, homoseksualność jest niechcianym, negatywnym suplementem. Przy takiej logice stosuje się również zasada tertium non datur, co przekłada się na strach przed tym, co wyłamuje się z tej opozycji. Myślę tu o biseksualizmie/panseksualizmie, negatywnie stereotypizowanym także we wspólnocie LGBT. Jacek Kochanowski w Fantazmacie zróżNICowanym zebrał wypowiedzi gejów, dla których biseksualność stanowi zagrożenie fantazmatu męskiej i gejowskiej tożsamości. Choćby Zdzisław pisał: „uważam, …, że nie ma biseksualistów. Wy jesteście najnormalniej w świecie gejami ukrywającymi się za parawanami hetero”. Zbyszek: „Wiem, że są mężczyźni, którzy mają pociąg seksualny do obu płci. Uważam jednak, że nie powinni być poniżani. Mają po prostu problemy w odnalezieniu własnej orientacji seksualnej”. Tomek, biseksualista: „Z czystej ciekawości kupiłem styczniowy numer Nowego Mena i … podnieciłem się. Zastanawiam się, kim jestem. Do tej pory robiłem to z dziewczynami (raz zdarzyło się, że pieściłem się z kumplem, ale byliśmy tak nawaleni, że nic nie pamiętamy). A tu nagle coś takiego. Muszę być pewien swojej orientacji seksualnej, bo inaczej zwariuję”. W przytoczonych wypowiedziach widać dobrze działanie myślenia binarnego i związanego z ujarzmiającym charakterem heteronormatywnego stereotypu związków mocno zseksualizowane podejście do ekspresji swojej orientacji seksualnej. Zupełnie inaczej sprawa ta wygląda w perspektywie związków przyjaźni, gdzie biseksualność jest zarazem Derridiańską differance i miejscem splotu: dekonstruuje opozycję homo-hetero, a splatając w silnych i intymnych więzach, także, ale nie koniecznie, seksualnych osoby obu płci, podważa mity, jak choćby ten, że przyjaźń męsko-damska nie jest możliwa. Książka Kochanowskiego nie jest nowa (2004), przywoływane listy jeszcze starsze. Nie mam jednak poczucia, że coś się zmieniło — biseksualiści nawet w ramach wspólnoty LGBT są w Polsce wciąż niemal niewidoczni, choć ich widoczność byłaby, moim zdaniem, czymś arcyważnym dla przywrócenia społeczeństwu związków przyjaźni, także jako podstawy dla „związków formalnych” ze świata Morawieckiego. Podobnie cenna lekcję wnoszą do społeczeństwa osoby transgenderowe, które osobom cisgenderowym, jak ja, pokazują tkwiące we mnie cechy przypisywane kulturowo obu płciom.


Tak rozumiane związki przyjaźni nie są i nie mogą być „związkami formalnymi” w rozumieniu Morawieckiego. Pole przyjaźni regulowane jest przez określone wartości, o części z nich pisałem (troska o siebie samego jako warunek troski o innych, równość, wolność, siła intymnej więzi itd.), ale nie ma określonej formy przyjaźni, która da się zinstytucjonalizować. Da się natomiast oprzeć na związkach przyjaźni związki zinstytucjonalizowane, jak małżeństwo. Ale równie dobrze da się na związkach przyjaźni relacje, które Morawiecki uznaje za „nieformalne”: konkubinaty, nie-diadyczne relacje biseksualistów, przyjaźnie gejowsko-heteroseksualne, w których silna więź nie obejmuje doświadczeń seksualnych, etc. I to siła przyjaźni, której elementem jest troska o siebie ludzi wolnych i równych, będzie czynnikiem, sprzyjającym eliminowaniu przemocy i ocenie innych form patologii wkradających się do faktycznie realizowanych związków.