środa, 30 stycznia 2019


Pamięci Andrzeja

Dziś mija pierwsza rocznica śmierci Andrzeja Malinowskiego. Przez długi czas znałem go ze sceny, jako solistę łódzkiego Teatru Wielkiego. Później nasze drogi przecięły się na gruncie prywatnym i wolnomularskim.
Pamiętam Andrzeja jako człowieka pogodnego, nie skarżącego się na ból i choroby, życzliwego, ciepło wypowiadającego się o innych, krytykującego w taki sposób, że krytyka nie przeradzała się w atak. To, co prywatne, chcę jednak takim pozostawiać. W ramach wspominek przypomnę za to fragmenty tekstu, który opublikowany był w nieistniejącym już portalu opera.info.pl, którego baza nie jest obecnie dostępna.

CUDZE CHWALICIE 



Dziękuję Iwonie i Andrzejowi Malinowskim za ‘Holendra”,

A Panu Profesorowi Włodzimierzowi Zalewskiemu za zdjęcia oraz informację na temat wykonawczyni partii Mary


[...]
To inscenizacja ze wszech miar godna przypomnienia, zarówno ze względów stricte muzycznych, jak i z powodów teatralnych*. 

Reżyserem tamtego spektaklu był Waldemar Zawodziński, dając wyraz dużej wrażliwości plastycznej i muzycznej. Stworzona przez Niego opowieść nie przesłania sensów Wagnerowskiej partytury, wydobywając z niej ciemne, neurotyczne tembry, których nie zakłóca nawet końcowa apoteoza. Oszczędna, symboliczna i plastycznie urzekająca scenografia, wyraźny, ale nie przerysowany sceniczny gest, oddanie wyobraźni reżyserskiej na usługi dzieła – wszystko to niewątpliwe atuty łódzkiego Holendra. Szkoda, że szlachetna umiejętność „słuchania okiem” (jak nazwał ją sam Zawodziński) gdzieś się po drodze zagubiła. Jego aktualne inscenizacje operowe zbyt często budzą bowiem we mnie poczucie rozczarowania…

Spektakl jest także kapitalny muzycznie.
Fascynującą postać Holendra stworzył Włodzimierz Zalewski. Nie brak tu silnych emocji, egzystencjalnego zagubienia, swoistej wyniosłości. Ale wszystko podane zostało w sposób powściągliwy, wolny od histerii, a dzięki temu o wiele bardziej tragiczny.  Intrygujący, bo niejednoznaczny, jest Daland Andrzeja Malinowskiego. Holender budzi w nim zarazem hipnotyczną fascynację, jak i strach czy egzystencjalną niechęć. Chciwość miesza się z pogardą. Wyraźnie czuć między nimi konflikt o rywalizację o władzę czy wyższości. Konflikt, który jest motorem napędowym całego metafizycznego dramatu.
Wszystko to nie tylko widać na scenie, ale także słychać. Głosy Zalewskiego i Malinowskiego zostały dobrane idealnie! Pyszny bas-baryton Zalewskiego o barwie włoskiego orzecha i mroczny, czarny bas Malinowskiego dopełniają się w kontrastach, nigdy nie tracą miękkości i mienią się odcieniami. (Nawiasem mówiąc, podobnie kapitalne zestawienie udało się Otto Klemeprerowi, w nagraniu którego występują Theo Adam i Martti Talvela).

Poruszająca jest Senta Hanny Lisowskiej. To nie młoda, nieświadoma życia dziewczyna, ale dojrzała kobieta, której życie skazane jest na melancholię i tęsknotę za tym, by złożyć się w miłosnej ofierze. Jej śpiew pełen jest ciepła i rozmarzenia, czemu sprzyja bogaty, metaliczny głos barwy przytłumionej, ciemnoczerwonej krwi.

Udatnie wypada także Andrzej Jurkiewicz jako Eryk. Jego tenor ma wyraźne, barytonowe, miedziane zabarwienie, idealnie współgrając ze śpiewem Lisowskiej.

Świetna jest także Alicja Pawlak, odtwórczyni skromnej partii Mary. Czaruje głosem nośnym i silnym, o zmysłowej barwie, która kojarzy mi się z dymnym kwarcem.

Kamera utrwaliła szczęśnie najlepsze lata chóru łódzkiej opery, który długo nie miał sobie równych.
Na pochwały zasługuje także orkiestra – precyzyjna, barwna, bardzo dobrze prowadzona przez Antoniego Wicherka.
Chwaląc cudze, powinniśmy pamiętać, ze warto również chwalić swoje.
Przyznaję, że wykreowany w Łodzi świat Senty i Holendra zasłużył na pochwały. Zasłużył także na utrwalenie – wydawanie spektakli na kasetach, a teraz na DVD czy CD to ciągła niedomoga naszych teatrów. A przecież autentyczne wartości tworzące naszą kulturę nie powinny przemijać wraz z nietrwałą ludzką pamięcią.

*Premiera miała miejsce 25/06/1994 r.




sobota, 26 stycznia 2019

RING NAXOSU



Mój podstawowy zarzut wobec tego nagrania brzmi: za ładnie! Można cieszyć się szlachetnym i bardzo kolorowym dźwiękiem orkiestry (znakomitej!), płynnością narracji muzycznej, barwą poszczególnych głosów. Zbyt często brakuje tu jednak pełnokrwistych postaci i — mówiąc szerzej — autentycznej teatralności/dramaturgii, w służbie której nie zawsze musi być ładnie czy miło dla ucha.

Jako wymowny przykład posłużyć może zestawienie nagrania Jaapa van Zwedena z drugim Ringiem Marka Janowskiego. Pisząc o tym drugim wspominałem, że Tomasz Konieczny zmienia swój głos wraz z tym, jak zmienia się postać. Bywa nosowy i odpychający, metaliczny czy specyficznie zamglony, melancholijny. Głos Matthiasa Goernego pozostaje taki sam: ujmuje mnie barwą ciemnego brązu i teksturą przypominającą niekiedy grubo zmieloną kawę, sama uroda głosu na dłuższą metę nie przykuwa jednak uwagi. Ring w końcu to dramat muzyczny, tez zaś nie istnieje bez dramaturgii, a w jej ramach bez budowania głosem wiarygodnej psychologicznie postaci. W moim odczuciu najsłabiej wypada Goerne w Zygfrydzie

Swoją drogą w całym nagraniu teatralny potencjał maleje wraz z z kolejnymi częściami tetralogii zamieniając się coraz bardziej w specyficzny „koncert bez kostiumów”. (Nie oznacza to, rzecz jasna, że nie ma za co docenić Zwedena. Za przykłady jego wielkiego kunsztu niech posłuży finał aktu II Zygfryda). 



W odróżnieniu od niektórych komentatorów nie przeszkadza mi, że obsada niektórych ról, w tym Brunhildy, nie jest jednolita. Nie jestem za to pewien, czy chciałbym usłyszeć poszczególne śpiewaczki w kolejności zaproponowanej przez Zwedena. Peleton otwiera Petra Lang, którą ze względu na barwę i dojrzałość głosu wolałbym słyszeć w Zmierzchu bogów. W Zygfrydzie pojawia się Heidi Melton, śpiewająca z charakterystycznym drobnym vibrato głosem ciemnym i zmysłowym zwłaszcza w średnicy i dole skali. W Zmierzchu… Brunhildą jest Gun-Brit Barkmin. To głos najbardziej delikatny z całej trójki, nie w typie hochdramatisch, za co zbiera krytyki w Internecie.  Mnie akurat to nie przeszkadza, choć przyznaję, są momenty, gdzie przydałaby się głos o większym ciężarze. Barkmin  brzmi młodzieńczo, jej sopran jest jasny i wyrównany w barwie, ma dobrze brzmiący niski rejestr, jest skupiony. Ujmuje mnie także swoista „prostota” emisji Barkmin, niemal pozbawiona wibracji, która służy jej wyłącznie w celach wyrazowych. Z dyrygentem bardziej dbałym o teatralną stronę wykonania, zdziałałby cuda. Biorąc pod uwagę wcześniejsze części, sądzę, że ze względu  na specyfikę jej głosu, powinna śpiewać w Walkirii — w ten sposób potrójna obsada partii Brunhildy stanowiłaby dodatkową szansę na pokazanie rozwoju tej postaci.

Moim zdaniem, nagrania Zwedena warto posłuchać dla Valentiny Farcas (znakomity Leśny Ptak), 


Amandy Majeski (Gutrune) i Michelle de Young, fantastycznej zarówno jako Fryka, jak i Waltrauta. 


Bardzo zaciekawił mnie głos Anny Burford jako Schwertleite, bardzo charakterystyczny w brzmieniu, raczej kontralt niż mezzosopran. Interesująca jest również Erda Deborah Humble, choć wolałbym, żeby bardziej powściągnęła szeroką wibrację. Stuart Skelton, moim zdaniem, znakomicie sprawdził się jako Zygmund. Podoba mi się również Simon O’Neill jako Zygfryd, choć nie wykluczam, że to efekt następczy: od dawna mam problem z bieżącymi mejstrimowymi wykonawcami tej roli. Nie przekonał mnie za to zupełnie Falk Struckmann jako Hunding i Fafner. To zwyczajnie nie jego fach. Dobrą tradycję wykonawczą tworzyli i towrzą w tym przypadku Gottlob Frick, Kurt Moll, Matti Salminen czy Łukasz Konieczny.






niedziela, 6 stycznia 2019

O GIERTYCHU, GENERAŁACH, OPOZYCJI I DEMOKRACJI


Autor listu otwartego opublikowanego w Wyborczej pod tytułem PanieZandberg. Panie Biedroń. Nie teraz! pisze, że obu polityków łączy jedno:

„brak świadomości, że są poniekąd politycznymi samobójcami. W czasie krwawej brutalnej wojny, przed decydującym starciem, jeden na uboczu buduje swoje dywizje, by ich użyć w bliżej nieokreślonej przyszłości, a drugi pragnie zostać generałem, zapraszając do siebie z trudem zaciąganych żołnierzy innego generała.

Tymczasem ich jedyną racjonalną drogą jest podjęcie już teraz walki u boku innego generała, bo tylko w przypadku jego zwycięstwa będą mieli szansę na istnienie. Jeśli za sprawą swoich działań przyczynią się do sukcesu drugiej strony – zginą. Bo to czas zabijania”.

Roman Giertych z koleiw odniesieniu do Biedronia stawia następującą diagnozę:
„Pan Biedroń nazywa mnie przebranym obrońcą demokracji. Panie Radny! Od kilku miesięcy (odkąd porzucił Pan swoją dawną miłość - Słupsk) robi Pan wszystko, aby rozwalić opozycję i wzmocnić PiS. To Pan przebierasz się za obrońcę demokracji, gdy tymczasem jest Pan ostatnią nadzieją JK”.

Na kanwie tych dwóch wypowiedzi można postawić sobie pytania, czy Biedroń rzeczywiście jest potrzebny, by osłabić opozycję? oraz u boku jakiego generała Biedroń z Zandbergiem mogliby wystąpić?

Na pierwsze pytanie potrafię odpowiedzieć wyłącznie negatywnie, jeśli przez opozycję rozumieć opozycyjne ugrupowania parlamentarne na czele z PO, dzięki której Giertych próbuje wrócić do polityki. Ugrupowania opozycyjne robią tak wiele, by osłabiać się wzajemnie, że nie trzeba im jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Symbolicznym przykładem takich działań może być przejście części polityków .Nowoczesnej do Klubu Parlamentarnego Platforma Obywatelska – Koalicja Obywatelska. Ale przykładów jest o wiele więcej, choćby rozłam w samej .Nowoczesnej, któremu zawdzięczamy nowy twór — Teraz! czy dystansowanie się Grzegorza Schetyny od propozycji Barbary Nowackiej ws. praw reprodukcyjnych.

Na pytanie drugie odpowiedzieć nie potrafię. Z całą pewnością Biedroń nie jest politykiem, którego przyjmuję bez zastrzeżeń. Mam ich trochę, zwłaszcza po ostatnich wyborach samorządowych. Jest jednak dla mnie o wiele lepszym kandydatem na generała niż Grzegorz Schetyna, który raczej będzie dbał o to, by nie wyrosła mu konkurencja wśród członków Koalicji Obywatelskiej. Nie marzy mi się również powrót Donalda Tuska, który od początku objęcia władzy przez PO w 2007 r. okazał się politykiem łatwo zmieniającym poglądy i niechętnym zmianom równościowym. Pozwolę sobie zacytować Wikipedię, z racji jej popularności:

„Pomimo wcześniejszej krytyki PiS i wcześniejszego pełnego poparcia dla Karty praw podstawowych, 23 listopada 2007 podczas swojego exposé, Donald Tusk stwierdził, że rząd podpisze traktat reformujący, ale z uwzględnieniem protokołu brytyjskiego o ograniczeniu stosowania Karty praw podstawowych w Polsce: pojadę do Lizbony i Brukseli podpisać traktat reformujący z uszanowaniem efektów negocjacji moich poprzedników. Decyzja Tuska została uznana za pozytywną i rozsądną przez biskupów.

Krytycznie o decyzji Tuska wypowiadali się między innymi:
prof. Zbigniew Hołda, który nazwał decyzję Tuska „porażką państwa praw człowieka”.
prof. Bronisław Geremek, który zaapelował do Tuska o „nieuleganie szantażowi ws. Karty”. Stwierdził, że „Polska „Solidarności”, Polska europejska, tolerancyjna i otwarta chce Karty”.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która zaapelowała do Tuska w otwartym liście „o podjęcie wszelkich starań w celu przyjęcia przez nasz kraj pełnej treści Karty praw podstawowych Unii Europejskiej, będącej integralną częścią nowego traktatu tworzącego ramy jej funkcjonowania”.
prof. Marek Safjan, który stwierdził, że powodami ograniczenia Karty dla polskich obywateli są „fobie i przesądy” oraz niezrozumienie podstaw konstrukcji prawa wspólnotowego”.

Jakich innych generałów autor listu otwartego mógłby wskazać?

Na koniec ekskurs dotyczący Romana Giertycha. Bardzo zabolały go słowa Biedronia, który napisał: „Jeśli nie dziwi nas Roman Giertych w przebraniu obrońcy demokracji i w najpopularniejszych opozycyjnych mediach, to tym bardziej nie dziwmy się, że w obecnym rządzie znajdują miejsce jego polityczne dzieci”. 

Niestety, Giertych ma taką a nie inną przeszłość. To on reaktywował Młodzież Wszechpolską w 1989 r., która jako swoje podstawowe zasady przyjęła etykę katolicką, w sferze ekonomii akceptację własności prywatnej z jednoczesnym hamowaniem nadmiaru obcego kapitału w Polsce, narodowe rozumienie polityki (Polska jako państwo-spadkobierca cywilizacji łacińskiej rządzone przez Polaków) i przeciwdziałaniu zagrożeniu niemieckiemu jako reguła polityki zagranicznej. Z tego środowiska wyrasta Adam Andruszkiewicz, który była nawet prezesem Młodzieży Wszechpolskiej.

MW uważana była także za młodzieżowe zaplecze Ligii Polskich Rodzin, z której list działacze weszli do sejmu (m. in. Krzysztof Bosak).  Władze LPR odcięły się od MW w 2006 r., po doniesieniach, że członkowie tej organizacji mieli brać udział w imprezie neonazistowskiej. W czerwcu 2017 r. Giertych odciął się od organizacji, po tym, jak pobito członków KOD w Radomiu. Nie było to jednak odcięcie ideowe, ale zdystansowanie się wobec „nacjonalistycznych radykałów, którzy biją ludzi, dlatego że demonstrują”. Otwarte pozostaje pytanie, czy Giertych nie powinien się wstydzić tego, że do urobienia takich radykałów się przyczynił. Przypomnę kilka jego wypowiedzi:

„Jestem tu po to, by przeciwstawić się wstrętnym pederastom” (Marsz dla Życia i Rodziny 2007). W Kropce nad „i” Giertych „uroczo” skomentował te słowa: „To była prywatna wypowiedź. Publicznie bym tego nie powiedział”.

„Próba anarchizacji życia publicznego poprzez organizowanie manifestacji w stolicy musi znaleźć swoją kontrę. Musi być odpowiedź na te działania, które mają charakter destabilizujący i naruszający spokój społeczny” (październik 2006, po zapowiedzi PO, że zorganizuje manifestację w Warszawie).

 „To, co powoduje wściekły atak i na rząd, i na działania w Ministerstwie Edukacji Narodowej, to jest koniec waszego monopolu. Przez 16 lat środowiska liberalne i socjalistyczne albo nawet lewackie utworzyły sobie w polskiej szkole, a szczególnie w Ministerstwie Edukacji Narodowej, siedlisko i przede wszystkim wielką przepompownię pieniędzy. (…) nie mówiąc o innych waszych przybudówkach, jak Kampania przeciw Homofobii z panem Biedroniem (…). Za pieniądze polskiego szkolnictwa uczono polską młodzież, że płeć jest sprawą umowną, że można ją zmieniać… że można ją zmieniać parę razy w życiu” (mowa sejmowa).

„Korzenie Polski tkwią w katolicyzmie. Naród nasz powstał w wyniku procesu. w którym wychowawczą rolę odegrał Kościół. Zrozumienie tej rzeczywistości prezentowali w przeszłości nawet ateusze. Wielu z nich, mimo że wątpiło w Boga bądź nie uznawało Kościoła katolickiego, zauważało, że polskość jest nierozerwalnie związana z katolicyzmem” (z Kontrrewolucji młodych).

„Nasze ideały, nasz honor jest bezkompromisowy, gdyż nic możemy zgodzić się na to, żeby zrezygnować z części tego, w co wierzymy i co stanowi o naszym charakterze. Pójście na kompromis w sprawach Wiary, ideałów, honoru oznaczałoby, że nie mamy Wiary, ideałów i honoru. Oznaczałoby, że nie wierzymy w prawdę. Jeżeli ktoś wie, że dwa plus dwa to cztery, to nie zgodzi się w tej sprawie na żaden kompromis. Jeśli stwierdzamy, że istnieje prawda, to za pomocą rozumu odkrywamy, jaka ona jest. Jeżeli to odkryjemy, musimy być o tym przekonani, gdyż w przeciwnym wypadku wykazalibyśmy się brakiem zaufania do własnego rozumu. Nie możemy więc iść w sprawie naszych przekonań na kompromis lub uznawać kompetencję innych (np. TV) do określania, co jest, a co nie jest prawdą. Musimy domagać się od wszystkich życia zgodnego z prawdą, gdyż tylko prawda wyzwala człowieka z niepewności i daje mu fundament pod prawdziwe życie” (z Kontrrewolucji młodych).

„Należałoby zapytać skąd więc tak dużo tych "niezależnych autorytetów" wmawia światu, a przede wszystkim Polakom, że są nietolerancyjnymi ciemniakami, szowinistami, ksenofobami itp. Sprawa wydaje się w tym wypadku bardzo prosta, jest to stary system wykorzystywany przez złodziei - ukraść i krzyczeć: "Łapać złodzieja!" Przypatrzmy się dlaczego domagają się tolerancji i jak ją rozumieją nasze "niezależne elity". (…)

Dzisiejsze "postępowe" prądy umysłowe, rodzące się na Zachodzie, nakazują tolerować wszystko, a więc nie mają już charakteru wyrozumiałości, ale często akceptacji, a nawet współuczestnictwa. Różni lewacy żądają od nas, normalnych ludzi, nie tolerancji, a właśnie akceptacji. Jeżeli bowiem ja widząc, że anarchiści wołają "Nie chcemy iść do wojska!", mogę taką postawę ewentualnie tolerować, to już w sytuacji, gdy ci sami ludzie palą flagę mojej Ojczyzny, nie mogę tego tolerować i powinienem wezwać policję lub sam czynnie przeciwstawić się takiemu postępowaniu. Nie będzie to przykład nietolerancji, gdyż ja powinienem wobec pewnych rzeczy być tolerancyjny (wyrozumiały), a wobec innych nie muszę albo wręcz nie mogę. Mogę z własnej woli tolerować człowieka, który bije mnie w twarz, i na to nie zareagować. Mogę również mu oddać albo pozwać go do sądu. Jeżeli natomiast ktoś uderzy moją matkę, to tolerancja takiego czynu z mojej strony byłaby podłością i hańbą. Człowiekowi, który toleruje taką rzecz, nie należy podawać ręki. Dzisiaj w świecie próbuje się stworzyć coś w rodzaju terroru tolerancji. Wszystko mamy tolerować. Głupota posunęła się do tego stopnia, że w niektórych elementarzach na Zachodzie, np. w Anglii, przedstawia się rodzinę w trzech formach: tatuś i mamusia, tatuś i tatuś, mamusia i mamusia. Pod pozorem więc tolerowania inności, akceptuje się odchylenia od normy, czyli zboczenia. Te zboczenia przedstawia się na równi z normalnością i uczy się tego dzieci. Kto natomiast powiedziałby w Anglii publicznie, że homoseksualizm to zboczenie, może wylądować za kratkami. Dla takiego nie ma bowiem tolerancji, gdyż narusza "normy" wypracowane przez lewaków.

W Polsce do takich absurdów jeszcze nie dochodzi, ale wszystko wskazuje na to, że ku temu zmierzamy. Chciałbym tutaj wrócić do tego, co powiedziałem o charakterystycznej metodzie działania złodziei, którzy wołają "łapaj złodzieja". Ci, którzy tak wiele krzyczą o tolerancji, są najczęściej najmniej wyrozumiali w stosunku do innych poglądów i postaw. Ludzi, którzy się z nimi nie zgadzają, nazywają ciemnymi, zacofanymi itp.

Musimy sobie jasno powiedzieć, że tolerancja jest to wyrozumiałość dla poglądów, wierzeń, pomyłek i nieszkodliwych dziwactw. Nie ma jednak i nie może być tolerancji, która byłaby akceptacją zła. Akceptacja zła jest bowiem złem, zło natomiast należy zwalczać, a nie akceptować. Jeżeli natomiast zła nie będziemy zwalczać, to się rozpleni. Nie możemy folgować złu. Musimy walczyć o prawdziwą tolerancję, która jest wyrozumiałością” (z Kontrrewolucji młodych).

Wybór cytatów zakończę taką złotą myślą:
„Jeśli ktoś myśli, że polityka polega wyłącznie na ideałach, a nie biznesie, to się do polityki nie nadaje” („Rzeczpospolita”, 25 maja 2004).

Coda

Związki Romana Giertycha z Opus Dei były wielokrotnie wspominane na łamach prasy. Nie będę tutaj snuł rozważań o katolickiej mafii, sekcie itp. Traktuję Opus Dei jako konserwatywną frakcję obecną w katolicyzmie rzymskim. Z tego środowiska wywodzą się szkoły zakładane przez stowarzyszenie Sternik, do których Giertych posyłał  dzieci. Kiedyś tak tłumaczył swój wybór, odnosząc się do sytuacji ze starszą córką: „Powód wyboru tej placówki był prosty, wręcz oczywisty: szkoła ma program wychowawczy, który mi odpowiada. Nie jest koedukacyjna, dziewczęta i chłopcy mają zajęcia w osobnych budynkach, chodzą w mundurkach. Poza tym szkoła została założona przez rodziców, wielu z nich to moi bliscy przyjaciele. I to właśnie rodzice decydują o życiu tej szkoły”.


We wrześniu 2017 r. mówił w wywiadzie, że postulaty równych praw dla osób LGBT w Polsce przeszkadzają w walce opozycji o zwycięstwo nad PiS. Uznał też wtedy, że „przeszkadza mu walka o prawa LGBT. Dziennikarka pyta, dlaczego. – Nikomu nie bronię wygłaszania swoich poglądów, tylko że w tej sprawie myślę racjonalnie – wysuwanie dzisiaj takich postulatów na pierwszy plan jest nieproduktywne, jeśli chodzi o obalenie PiS - mówi Giertych.

I dodaje, że takie postawy mogą doprowadzić do zwycięstwa PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych. Zdaniem Giertycha, jeśli da się Polakom wybór, czy są za PiS, czy za opozycją, która mówi o LGBT i aborcji, to część ludzi zagłosuje na PiS, mimo że są przeciwnikami dyktatury. – W opozycji powinniśmy unikać tematów ideologicznych – podsumowuje. 


Dziennikarka pyta, czy mecenas ma coś przeciwko wspólnemu rozliczaniu się par homoseksualnych. Giertych twierdzi, że "postulaty przywilejów dla par homoseksualnych są dyskryminacją przyjaźni pomiędzy ludźmi tej samej płci, które nie są oparte na seksie". Dziennikarka nie zgadza się z politykiem, argumentując, że organizacje LGBT chcą tylko tych samych praw, które mają inni.

Giertych jednak próbuje dowodzić, że jest to postulat ekonomiczny, w ogóle nie odnoszący się do programu LGBT i że "tak ustawiony program" oznacza przywileje podatkowe dla dowolnej grupki ludzi. Zdaniem Giertycha, brakuje tam przyczyny takiego przywileju, którym powinien być "oczywisty trud ponoszony przez rodziców w wychowaniu dzieci"”.

Myślę, że są powody, by zastanawiać się, czy Giertych, jako obrońca demokracji, zasadniczo zmienił poglądy. Uważam, że tak nie jest. Odcięcie się od brutalnego nacjonalizmu mieści się doskonale w jego poglądach wyłożonych w Kontrrewolucji młodych („Katolicyzm i wiara w prawdziwego Boga jest źródłem umiłowania Ojczyzny. Patriotyzm bez Boga czasami przeradza się w nacjonalizm, a potem w szowinizm. Jak już wspominałem, patriotyzm do nacjonalizmu ma się tak, jak miłość do szału miłosnego. Każdy szał natomiast jest nierozumny, niszczący oraz postępujący. Stąd też szowinizmy (wywodzące się z nacjonalizmu), które skojarzyły się z ateistycznym komunizmem, doprowadziły do największych zbrodni w dziejach ludzkości, jakimi były stalinizm i hitleryzm”). Sądzę również, że nadal pozostaje konserwatywnym katolikiem, niezmienione jest też jego podejście np. do problemu praw LGBT. Jeśli w jego poglądach da się zauważyć ciągłość, to pamiętać trzeba, że wcielając je w życie polityczne, doprowadził np. do wprowadzenia do sejmu reprezentantów Młodzieży Wszechpolskiej. Środowisko to ukształtowało również Andruszkiewicza. Jeśli MW — poza brutalnymi ekscesami — wyznaje światopogląd bliski Giertychowi, to warto zastanowić się, jakiej demokracji on broni. I czy chcemy za generała Schetynę i PO (ale też Tuska, Giertych reprezentuje go prawnie), których flirt z Giertychem powinien budzić zastanowienie.