czwartek, 12 lipca 2018

DLACZEGO WOLĘ TĘCZOWEGO ORŁA NIŻ JASNĄ GÓRĘ?


Nie chodzi mi, rzecz jasna, o optowanie o wyższości społeczności LGBT nad sanktuarium Maryjnym, ani o wyższość społeczności LGBT wobec społeczności katolików. Taki pogląd byłby bałamutny i trudny do uzasadnienia w kontekście fundamentalnego prawa człowieka do wolności religijnej i światopoglądowej.
Zdecydowanie opowiadam się jednak za tęczowym tłem dla orła z polskiego godła, wobec polityczno-religijnych guseł odprawianych na Jasnej Górze przez o. Tadeusza Rydzyka, premiera Mateusza Morawieckiego i wspierających ich członków Kościoła rzymsko-katolickiego.
Dlaczego?

By odpowiedzieć na to pytanie sięgnąć muszę do dorobku francuskiej socjologii działania (akcjonizmu) i problematyzowanego przez Michela Wieviorkę zjawiska antyruchów społecznych. Sądzę bowiem, że polityczny charakter polskiego katolicyzmu, którego ekspresją są Tadeusz Rydzyk, Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński, Prawo i Sprawiedliwość, a także rzesze wiernych, są właśnie przedstawicielami tego zjawiska — są antyruchem społecznym.
Co charakteryzuje antyruch społeczny?
Specyficzne rozumienie trzech naczelnych zasad — zasady tożsamości (the principle of identity), zasady przeciwieństwa (the principle of opposition), zasady całościowości (the princpile of totality).
W odniesieniu do zasady tożsamości, antyruchy społeczne nie odnoszą się do realnej podmiotowości społecznej, ale uciekają w sferę mitu, symbolu, metafizycznie rozumianej „istoty”. Bez względu na to, czy rozwijają one dyskurs deifikujący podmiot społeczny, czy też naturalizujący go, przedstawiciele antyruchów społecznych odwołują się do porządku pozaspołecznego — meta- lub infra-społecznego. Walka, którą toczą, nie odwołuje się do interesów realnych podmiotów społecznych, ale do haseł zupełnie abstrakcyjnych: sprawiedliwości, moralności czy wolności. A interesy, o które się walczy, związane są ze zbudowaniem wspólnoty zewnętrznej wobec realnego społeczeństwa; nie ma tu mowy o zmaganiu się o to, by poszerzyć empiryczną wspólnotę walcząc o włączenie, inkluzję, w sferę uznanych relacji społecznych.
W odniesieniu do zasady przeciwieństwa, chodzi o to, by przekształcić oponenta we wroga, reprezentanta wrażej armii, wojownika. Oponent przestaje być tym, kto zmonopolizował dostęp do zasobów kultury czy zasobów materialnych, a staje się wrogiem, który zagraża, i którego należy zwalczać per fas et nefas. Przy tym przedstawiany jest on jako zagrożenie z zewnątrz — myślę, że dobrym przykładem jest „zagrożenie z Brukseli”. Choć w przypadkach skrajnych mówi się już o zagrożeniu wewnętrznym: o szpiegach, zdrajcach… I szuka kozła ofiarnego do poświęcenia.

W odniesieniu do zasady całościowości, zmaganie o pole historyczności, nad którym określona grupa ma władzę, przekształca się w walkę o urzeczywistnienie urojonej zupełnie, nijak nie przystającej do faktów „utopii”, którą dziś reprezentuje retrotopia, nostalgia za rzekomo świetlaną przeszłością. Do niej tęskni gros komunitarian, rzeczników odrodzenia dawnych wspónot, którzy przez Alaina Touraine’a i Wieviorkę rozpoznani są jako reprezentacji zagrożenia dla podmiotowej autonomii i sprawczości. W formie krańcowej antyruchy społeczne wyrażają zasadę całościowości w dyrektywie „rób-lub-giń” (do-or-die), związanej z praktyczną destrukcją zastanego porządku.
Przykładem antyruchu społecznego jest terroryzm, którego badaniu poświęcił się Wieviorka. Ale sądzę, że jego przykładem jest również społeczność skupiona wokół Tadeusza Rydzyka i rządzącej partii. Jako antyruch społeczny działanie te nie mają też, moim zdaniem, zbyt wiele wspólnego z Kościołem rozumianym w duchu Soboru Watykańskiego II. Ostatnie zajścia na Jasnej Górze są tego wyrazem, jednym z wielu — można dodać.
Sobór Watykański II dobitnie naucza, że Kościół jest niejako sakramentem, w którym spełnia się jedność ludzi z Bogiem i jedności ludzi między sobą. Sobór ten równie dobitnie naucza o „autonomii świeckich społeczności, zwłaszcza autonomii państwa”, której uszanowanie jest — jak pisał dominikanin Ludwik Wiśniewski — „bardzo trudne”. Dodawał, że „Obserwujemy tendencje nie tylko do głoszenia przez Kościół zasad moralnych, ale także wymuszania na władzach odpowiednich decyzji”. Zdaniem Wiśniewskiego sensu stricto politycznie działanie duszpasterzy jest niedopuszczalne, a władza, świecka czy religijna, która przywłaszcza sobie atrybuty boskości, choćby przez „skłonność do przejmowania kontroli nad prawdą” domaga się ewangelicznego sprzeciwu.
Takiego sprzeciwu domaga się Jarosław Kaczyński, który widzi w Tadeuszu Rydzyku filar polskości. Sprzeciwu domaga się również Mateusz Morawiecki, którego zdaniem Polacy w demokratycznej Polsce dokonują jej podkopu, jak (Sienkiewiczowscy) Szwedzi w czasie potopu. Sprzeciwu domaga się również biskup Antoni Pacyfik Dydycz, który w destrukcji praworządności widzi odradzenie się sądownictwa, a protestujących Polaków oskarża o faszyzm. Czy Tadeusz Rydzyk, który demonizuje osoby LGBT+.
Bruksela, geje, gender, marksiści — oto reprezentanci wrażych sił, które z zewnątrz próbują zetrzeć w proch Polskę i katolicyzm. Trzeba z nimi walczyć w imię zasad moralnych, w imię „natury człowieka”, w imię pisanej wielką literą Polskości. I nawet jeśli przyjdzie w tej walce zginąć, należy walczyć, na prawo i lewo szafując moralnymi ocenami i bawiąc się w upolitycznianie liturgii, z definicji zarezerwowanej dla relacji ludzie-Bóg, a nie dla praktyki politycznej. Jak się to ma do postawy chrześcijańskiej?
Moim zdaniem, nijak. Po pierwsze, choćby w niechęci do osób LGBT+ jak żywo widzę inspiracje manichejskie. W postawie tej, wrogiej współczesnej wiedzy z zakresy nauk medycznych, antropologii czy psychologii, uwidacznia się niechęć do tego, co cielesne. Gej, jeśli ma być akceptowany, ma cierpieć i rozwijać życie wewnętrzne, w żadnej formie nie dając wyrazu cielesnej stronie miłości do człowieka. A przecież człowiek w nauczaniu Kościoła jest psycho-fizyczną jednością. Skupienie wyłącznie na jego życiu wewnętrznym grozi — jak za Tomaszem z Akwinu pisze Wiśniewski — brakiem realizacji miłości, która ogarniać ma wszystkich i która zdecydowanie przekracza „życie wewnętrzne”. Poza tym, znów powołam się na Wiśniewskiego, obdarowywanie miłością oznacza dla chrześcijanina, że podejmuje on próbę wyrwania z niewoli siebie i innych, bo tylko człowiek wolny „jest zdolny do braterstwa i miłości”. Czyż — w kontekście współczesnej wiedzy (medycznej, psychologicznej, antropologicznej, socjologicznej) na wyrwanie z niewoli nie zasługuje miłość osób LGBT+? Co, poza przesądem, czyni ją gorszą? I czy można domagać się dla siebie wolności, nie domagając się jej dla wszystkich? I o to pyta Wiśniewski, dochodząc do wniosku, że albo walczy się o wolność dla wszystkich, albo nie robi się tego wcale (niech mi wybaczy, jeśli jego poglądy w mojej ocenie sprzeciwiają się jakimś innym jego poglądom).
Przekaz z XXVII Pielgrzymi Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę mnie gorszy i wywołuje sprzeciw, jako jeden z wielu ostatnio przykładów antyrychu społecznego.
Nie gorszy mnie natomiast tęczowe tło dla godła Polski i nie gorszy częstochowski Marsz Równości.
Co prawda tęczowe tło dla polskiego godła nie jest moja formą ekspresji. Sam wolę nosić znaczek wiążący ze sobą flagi Polski i tęczę społeczności LGBT+. Rozumiem jednak sens tego symbolu: Polacy LGBT+ czują się Polakami i są nimi, tak, jak wszyscy inni, bo Polska, podług Konstytucji, jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. To przesłanie szlachetne i wyjątkowo wierne Konstytucji, przy tym wyrażające działania ruchu społecznego, który nie godzi się na przejęcie źródeł kultury przez jedną społeczność i domaga się włączenia w publicznie akceptowalne relacje społeczne. Nie mamy tu do czynienia ani z walką z wiarą, ani z walką z Kościołem rozumianym religijnie, a nie politycznie. Nie ma tu również walki z rodziną — poszerzenie definicji rodziny, o które zabiega społeczność LGBT+, nie oznacza unieważnienia związków heteroseksualnych, ale o ich dopełnienie poprzez prawne zauważenie związków jednopłciowych. Bardzo silnie akcentowanym elementem tegorocznych Marszów jest również solidarność z osobami wykluczonymi z innych powodów niż orientacja seksualna. W myśl zasady zgrabnie opisanej przez Wiśniewskiego — „krzywda drugiego człowieka jest moją własną krzywdą, sukces mojego brata jest także moim sukcesem”. W końcu marsze te, jak i protesty przeciw łamaniu porządku konstytucyjnego czy lekceważeniu niepełnosprawnych, są także sprzeciwem wobec kłamstwa. Wiśniewski twierdzi, że kłamstwo i strach są filarami państwa totalitarnego. Mateusz Morawiecki w swych wypowiedziach dotyczących władzy sadowniczej dawał popisowy przykład kłamstwa. PiS rządzi także siejąc strach, choćby przed migrantami, niosącymi zagrożenia dla zdrowia Polaków. Sieje także strach przez UE, mimo że dzięki wspólnocie Europa zapomina, co to wojna, przed gender i osobami LGBT+. Przed „dziećmi z in vitro” i przed autonomią sumienia. Przed uznaniem, że rolą Kościoła jest świadectwo wierności Ewangelii, a nie wysuwanie roszczeń politycznych.
Jeśli Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, do tęczowe tło orła i Marsze Równości przyświadczają, że
nie wolno pozwolić, by niszczało to, co jest nasze!”.


W tekście odwołuję się do:
M. Wieviorka, The Making of Terrorism, trans. David G. White, University of Chicago Press, Chicago-London 1993, zwł. s. 5-6.
o. Ludwik Wiśnieski OP, Nigdy nie układaj się ze złem. Pięćdziesiąt lat zmagań o Kościół i Polskę, WAM, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie, Kraków-Rzeszów 2018.


czwartek, 28 czerwca 2018

WESOŁE KUMOSZKI Z … KANAŁU

Michał Rudziński, fot. Maciej Piąsta


Z kanału orkiestrowego, rzecz jasna. Zapewne w kontekście opery, do tego takiej, jak Wesołe kumoszki z Windsoru Ottona Nicolaia zabrzmieć to może dziwnie, niemniej w moim odczuciu pierwsze skrzypce grała (nomen omen) dziś właśnie orkiestra. Michał Kocimski wydobył z niej to, co najlepsze. Narracja toczyła się potoczyście, z dobrze zarysowaną dramaturgią. Dyrygent świetnie wydobywał to, co w tej partyturze lekkie i roztańczone. Pozwolił orkiestrze rozmigotać się w piosence Fentona. Wyczarował wspaniały klimat nocy w parku windsorskim (tu partytura Nicolaia mocno zadłużona jest u Carla M. von Webera i Felixa Mendelssohna). Temperatura „famfary” wprowadzającej na scenę Falstaffa nie pozostawiała złudzeń, że oto mamy do czynienia z napuszonością bez pokrycia. Wyjątkowo pięknie towarzyszyła też orkiestra pod jego batutą Pani Reich w jej balladzie myśliwskiej, będącej — jak przypomina Piotr Kamiński — „parodią opowieści Marschnera i Wagnera.
Orkiestra pod batutą Kocimskiego pokazała, jak bogata w kolory i nastroje jest partytura Nicolaia, jak mistrzowska jest jego orkiestracja i jak wszystko to służy melodyjności, z ducha prawdziwie włoskiej.
 
Scena zbiorowa, Falstaff: Michał Rudziński, fot. Maciej Piąsta
Na tym tle warstwa sceniczna Kumoszek wypadła zdecydowanie gorzej. W pełni doceniam troskę Beaty Redo-Dobber o młodych śpiewaków. Wyprowadzenie akcji opery na czoło sceny i proscenium i „skrócenie” sceny poprzez stosowanie kurtyn z całą pewnością sprzyjało realizacji ich zadań wokalno-aktorskich. Szkoda tylko, że wykreowany w tych warunkach sceniczny świat był światem farsy czy, jak orzekli moi towarzysze, kabaretu. Postaci narysowano grubą kreską i z wykorzystaniem dość schematycznego ruchu scenicznego. Mieliśmy tu do czynienia z rozbieganiem, charakterystycznym drobieniem kroków, jakby tanecznym ruchem z uginaniem kolan, pozbawionymi aluzyjności gestami seksualnymi. W końcu Panie Fluth i Reich regularnie wykonywały swymi spódnicami ruch, jakby miały zacząć kankana. Pojawiające się na scenie służące Pani Fluth od początku do końca zachowywały się jak głuptaski, a Dr Cajus i Junker Spärlich błaznowali. Być może dałoby się tę koncepcję obronić, gdyby była wzięta w jakiś sceniczny nawias, ale wszystko było tu — o paradoksie — bardzo serio. Do tego stopnia, że na górnej ramie proscenium widzowie otrzymywali wyświetlane informacje o tym, że słuchają uwertury, a potem z informacją, gdzie toczy się akcja. Nie rozumiem też dwóch polskich intermediów, granych przy opuszczonej kurtynie — to zupełnie nie mój poziom dowcipu, także jeśli chodzi o potoczność wykorzystanego języka. Z całości wyłowiłem dla siebie obrazy w oberży, a także sceny ogrodowe i — zasadniczo — finał w parku, do którego wykorzystano pełny rozmiar sceny. Jeśli chodzi o sceny ogrodowe, właśnie w nich znalazłem coś, co na moment pozwoliło wziąć w nawias wspomnianą wcześniej dosłowność tej farsy. Myślę tu o drzewach, które jak żywo przywodzą na myśl estetykę glamour i kampu. Mieniące się i załamujące światło tkaniny, rosnące na drzewach muszki (takie do smokingu, nie owady) — fascynująca okropność, w której „tworzywo w możliwie najbardziej intensywny sposób prezentuje swe właściwości” (Wioletta Kazimierska-Jerzyk, Kamp, glamour, vintage. Współczesne kategorie estetyczne). Nota bene o kampowości mówiłbym również w odniesieniu do sceny finałowej.

 
Natalia Kordecka-Kolo, Łukasz Zimny, fot. Maciej Piąsta

W moim odczuciu aktorsko zdecydowanie najlepsza była grająca Panią Fluth Ewa Spanowska. Mniej podobała mi się wokalnie. Nie zawsze jej głos był dostatecznie dźwięczny, ma też on bardzo specyficzną barwę, dla mnie nieprzyjemną i raczej subretkową. Podobał mi się z kolei mezzosopran Dominiki Stefańskiej, której kreacja w roli Pani Reich była bardzo równa. W pamięć zapadnie mi jej ballada z aktu trzeciego, w której, jak pisałem, znakomicie towarzyszyła jej orkiestra. Niekiedy, zwłaszcza wchodząc w rezonans piersiowy i w górze w jej głosie pojawiał się groch, ale to sprawa do przepracowania.  Pochwały należą się także Natalii Kordeckiej-Kolo (przydałby się jej jednak inny kostium) w roli Anusi, a także Krzysztofowi Zimnemu — Fentonowi, który wzruszył mnie prostą sentymentalnością swej ballady. Ładną postać w całości opery stworzył Wojciech Sztyk jako Pan Fluth. Kumoszki to opera o tyle niewdzięczna dla tak młodych wykonawców, o ile wymaga w głównej roli basa, a więc głosu, który dojrzewa długo. Brakło dziś trochę nośności głosu, dźwięczność w pełnej skali, swobody, ale na to Michał Rudziński będzie mieć jeszcze czas.

Wesołe kumoszki z Windsoru
Teatr Wielki w Łodzi i Akademia Muzyczna w Łodzi
28 czerwca 2018 r.

piątek, 15 czerwca 2018

DUCH UNIWERSYTETU A DUCH USTAWY 2.0


1.      Fabryka i korpo
Znamy filozofów, którzy nie potrafili rozmyślać nie sięgając do etymologii. Wprawdzie jest to droga zdradliwa, warto jednak — jak sądzę — przywołać etymologię dwóch słów, w różny, na ogół negatywny, sposób kojarzonych z uniwersytetem.
Pierwszym z tych słów jest fabryka. Pochodzi ono z łaciny, gdzie fabrica oznacza sztukę, rzemiosło, warsztat, produkcję. Fabrica łączy się, rzecz jasna, z polem semantycznym słowa faber, do którego dowołuje się koncepcja homo faber — człowieka zręcznego, mistrza w swojej dziedzinie, (wy)twórcy. Sięgając zaś do rekonstrukcji języka praindoeuropejskiego, słowo fabryka wywodzi się od *dʰabʰ, oznaczającego m. in. modelowanie, kształtowanie, dopasowanie.
Drugim słowem jest korporacja, wywodzące się z łacińskiego słowa corporatio — derywatu corpus, czyli ciało.
Czy uniwersytet jest fabryką i korporacją? A jeśli tak, to co i po co wytwarza?  
W zamyśle twórców tzw. Ustawy 2.0 uniwersytet miał być fabryką kierowaną przez radę, której większość stanowiliby członkowie spoza społeczności akademickiej, reprezentujący świat biznesu i kapitału. Ich szczególna rola w wyznaczaniu uniwersytetom kierunku widoczna była choćby w zapisach dotyczących stosunku pracy. Początkowo do wygaszenia umowy nauczyciela akademickiego miał wystarczyć wniesiony przeciw niemu akt oskarżenia publicznego. Otwierało to pole do zwolnień choćby tych akademików, którzy jako obywatele zdecydowali się np. protestować przeciw działaniom władz. Następnie, po krytyce, wprowadzono zapis, że umowa taka wygasa po orzeczeniu winy, ale orzeczenie to nie musi być prawomocne. Odmiennie wygląda to w odniesieniu do członków rady uczelni, gdzie wpływ na obsadę gremium ma mieć dopiero wyrok prawomocny!
Nawet jeśli Jarosław Gowin deklaratywnie wycofał się z zapisów dotyczących większości w radzie uczelni, widać tu dobrze, jaką logiką się kieruje. Jest to logika ekonomizmu, którą — za Lechem Witkowskim — określę jako „wąską racjonalność zysku wpisanego w wartość usługową wobec rynku”. W ramach tak rozumianego ekonomizmu ludzi redukuje się do kapitału ludzkiego, a więc uprzedmiotawia się ich i traktuje jako nośnik „wiedzy i umiejętności mających wymierną wartość ekonomiczną, gdzie instytucje edukacyjne są podporządkowane logice przedsiębiorstw usługowych”.
Podporządkowanie uniwersytetu logice ekonomizmu jest groźne z kilku powodów.
Primo, grozi zawężeniem wrażliwości humanistycznej i zredukowaniem jej do rozmiarów ekonomizmu. Wrażliwość ekonomistyczna, niech będzie mi wolno użyć takiego terminu, jest jednak zbyt wąska, by sprostać zadaniom, które realizować ma uniwersytet. Jest również zbyt wąska, by odpowiedzieć na problemy, przed którymi ludzie stają w swoim codziennym życiu, a także realizując zadania profesjonalnie. Witkowski wskazuje tu choćby instytucje kultury, pracowników socjalnych (kształci się ich w ramach pedagogiki), animatorów społeczno-kulturowych. Pokazuje on, że wszyscy oni stają wobec problemów niezwykle złożonych, których nie da się zredukować do jednego wymiaru. Nie da się również dostrzegając tę złożoność abstrahować od podstawowych wartości, do których należy m. in. równa godność wszystkich ludzi. Przykładowo pracownik socjalny z konieczności staje wobec pytań: „Jak pomagać i wspierać interakcyjnie, aby uwalniać od skazania na pomoc, czy jak kształtować samodzielność w ramach współdziałania na rzecz rozwoju lub rozwiązywania jakiegoś działania? Jak rozpoznać, że warunkiem skutecznej pomocy czy współpracy jest odmowa uznania perspektywy autodefinicji własnej sytuacji, dokonywanej przez adresata tego działania, gdy zarazem taka odmowa bywa zagrożeniem dla podtrzymania samej relacji, której to działanie wymaga, na przykład aby pomoc była w ogóle możliwa operacyjnie?”.
Nawet jeśli chcemy patrzeć na uniwersytet przez pryzmat przygotowania profesjonalistów dla rynku pracy, to w sytuacji, która wymaga kształtowania np. pracowników socjalnych widać, że logika ekonomizmu jest dysfunkcyjna. Nie da się spełnić nawet tak wąskiego zadania, jak oddanie usług rynkowi, bez odwołania do wrażliwości humanistycznej, jak nazywa ją Witkowski, która nie tylko wyposaża ludzi w konkretne narzędzia przydatne do rozpoznawania „możliwie wszystkich wymiarów złożoności strukturalnej wpisanej w sytuacje społeczne charakterystyczne dla interakcji z nim związanych”, ale kształtuje osobowość studenta tak, by umiał on trwać w sytuacji ambiwalencji, takiej, w której oscyluje się między wartościami, między zadaniami, gdzie nie ma prostych, algorytmicznych wyjść ze skomplikowanych problemów.
Secundo, grozi stępieniem krytycyzmu, który jest konstytutywnym elementem „moralnego myślenia” (odwołuję się tu do tytułu znakomitej książeczki Michała Hellera). Wyobraźmy sobie, że kierunek działania uniwersytetu wyznacza środowisko kapitału i biznesu. Jak w takiej sytuacji podjąć choćby krytykę kapitalizmu finansowego (kasynowego, turbokapitalizmu), który tak walnie przyczynił się do kryzysu z roku 2008? Czy można w pełni jawnie, bez obaw, podjąć się zdecydowanej krytyki środowiska, od którego decyzji zależy tak los uniwersytetu, jak i nas samych? A może — dołączając do zdominowanych przez biznes rad uczelni także przepis znoszący minima kadrowe — doszłoby do wytworzenia klasy prekariuszy, próbujących przeżyć, a więc grzecznie realizujących zadania postawione w ramach umowy o dzieło?
Zagrożenie, o którym piszę, nie dotyczy zresztą tylko podporządkowania uniwersytetu logice ekonomizmu. Odnosi się ono do oddania uniwersytetu jakiejkolwiek ideologii. Jako wymowny przykład podać tu można choćby prace historyków nazistowskich wymierzone w renesans — choćby dla Josefa Strzygowskiego humanizm łacinników był wyrazem rzymskiego imperializmu, który nie pozwalał dostrzec i oddać sprawiedliwości elementowi indo-germańskiemu. (Pisze o tym przejmująco Tadeusz Kroński w Faszyzmie a tradycji europejskiej. Nota bene mamy tu do czynienia z przykładem podwójnie wymownym — Kroński znakomicie diagnozuje zagrożenia płynące z faszyzmu, kapitalnie pisze o „nauce” uprawianej w duchu nazistowskim, sam jednak, po wojnie, podporządkował się ideologii stalinowskiej). Ale mamy też przykład aktualny — czyli próbę takiej zmiany ustawy o UKSW, by utworzyć tam (przez fuzję z Wojskowym Instytutem Medycznym) Wydział Medyczny. UKSW nie posiada na polu medycyny jakichkolwiek osiągnięć naukowych. O jego wyjątkowości przesądza natomiast — zdaniem Konstantego Radziwiłła — „etyka i wartości, które będą tworzyć nową jakość w medycynie”. Rektor UKSW widzi w erygowaniu nowego Wydziału realizację testamentu Jana Pawła II, który ma być inicjatorem powołania tego Wydziału.
Tertio, grozi uwikłaniem się w logikę będącą odwrotnością dewizy UJ: plus vis quam ratio. Jeśli losy uniwersytetu złożymy w ręce ośrodka decyzyjnego, zdominowanego przez określoną ideologię, powinniśmy pamiętać o tym, co pisał Stanisław Ehrlich:
„Ośrodek kierowniczy decyduje o celach związku, zasadniczych drogach ich realizacji, rozstrzyga konflikty między członkami lub podgrupami. Decyzje ośrodka kierowniczego mają charakter ostateczny w tym sensie, że mogłyby być uchylone dopiero przez zmianę układu sił, to jest na skutek zmian personalnych w samym ośrodku. Owa węższa grupa, którą określiliśmy jako ośrodek decyzyjny (kierowniczy) przypisuje członkom związku sposób zachowania się, który jest dla nich wiążący, ponieważ może być w razie sprzeciwu wymuszony” (wyróżnienie — M. M. B.).

Dominacja ekonomizmu w zglobalizowanym świecie pociągnęła za sobą globalny kryzys edukacji, kryzys obywatelstwa u kryzys demokracji. Jak pisze Martha C. Nussbaum
„W programach nauczania, które społeczeństwa demokratyczne serwują młodym, wprowadzane są radyklane zmiany, które nie zostały poważnie przemyślane. W pogoni za zyskiem poszczególne państwa i ich systemy nauczania, nie zważając na nic, rugują umiejętności niezbędne do podtrzymania przy życiu demokracji. Jeśli ten proces nie zostanie zatrzymany, już wkrótce państwa na całym świecie będą produkować pokolenia użytecznych maszyn, zamiast pełnowartościowych obywateli zdolnych do samodzielnego myślenia, krytycznego podejścia do tradycji oraz zrozumienia wagi zarówno osiągnięć drugiego człowieka, jak i doznanych przez niego krzywd. Na naszych oczach rozstrzyga się przyszłość światowych demokracji”.
Podobną diagnozę na gruncie pedagogiki stawia Peter McLaren. O zagrożeniach dla uniwersytetu i humanistyki płynących z dominacji kapitału pisał także Jacques Derrida (i inni, rzecz jasna).

Na czym w praktyce polega podporządkowanie uniwersytetu logice ekonomizmu? Między innymi na redukowaniu znaczenia szeroko pojmowanej humanistyk. Politycy stosują tu strategię umniejszania dorobku humanistów, wskazując, że wyniki ich pracy są „bezproduktywne”, nie do zaaplikowania, a to oznacza przejadanie publicznych pieniędzy. W ramach uniwersytetu preferuje się dyscypliny inżynieryjne, technologicznie i wszelkie inne, których osiągnięcia są użyteczne w wypracowywaniu zysku. Tworzy się w ten sposób antagonizm między przedstawicielami różnych nauk. Podporządkowuje się też działanie uniwersytetu logice krótkoterminowych korzyści zapominając, że nie każda wartość jest zyskiem w sensie gospodarczym, a uniwersytet ma zadania długoterminowe. Stawia się na rynkową konkurencję między uniwersytetami, wydziałami, naukowcami, zabijając solidarność, współpracę i autentyczną interdyscyplinarność. Jak pokazywał Jan Szomburg, kapitalizm nakierowany na grę rynkową, z jej krótkoterminową perspektywą zysku i ryzykiem, jest modelem na wskroś amerykańskim. Przeciwstawiał on taki kapitalizm modelowi zorientowanemu instytucjonalnie (np. Japonia, Niemcy). Zdaniem Szomburga Polacy nie mają uzdolnień biurokratyczno-etatystycznych, za to mają smykałkę do gry rynkowej, a więc właściwy dla nas miał być rzekomo model amerykański, obecny w myśleniu Gowina i w duchu jego ustawy. Czy fakt, iż Stany Zjednoczone stały się źródłem kryzysu finansowego z 2008 r., a wraz z nim ze wzrostem społecznych nierówności, czy fakt, że Szkoła Chicagowska spotyka się z zasadną krytyką, czy fakt, że społeczność akademicka w USA dotknięta została bardzo problemem prekaryzacji, nie są tedy powodami, by zacząć zastanawiać się nad sposobem rozumienia miejsca uniwersytetu w kontekście rynku?
Jeśli zatem uniwersytety mają być fabryką, jednym z elementów produkcyjnych globalnych korporacji, gdzie produkuje się innowacje i kompetencje nastawione na zysk finansowy w perspektywie krótkoterminowej i w ramach gry rynkowej, to z całą pewnością uniwersytet nie powinien być ani fabryką, ani korporacją.

2.     Przejąć fabrykę, ucieleśnić korpo
„Gorączka dochodowości — pisze Nussbaum — panująca na globalnych rynkach grozi zagubieniem wartości cennych dla przyszłości demokracji, szczególnie w czasach religijnych i gospodarczych turbulencji”. Twierdzi również, że „Orientacja na zysk sprawia, że wielu zaniepokojonych przywódców właśnie nauki ścisłe i technologię uznaje za decydujące dla przyszłości państw”. Jawna nierówność w traktowaniu dyscyplin przynosi szkodę uniwersytetowi. W jego przestrzeni nie ma nauk lepszych i gorszych. Wszystkie są potrzebne, także sobie nawzajem. Humanistyka dostarcza innym naukom możliwości trenowania się w analizie pojęć, ścisłości dowodzenia czy krytycyzmie. Nauki biologiczne są nieodzownym punktem odniesienia dla badań kognitywistycznych czy znaturalizowanej filozofii umysłu. Świadomość metodologiczna przydaje się lekarzom pracującym w ramach EBM. Trudno prowadzić refleksję w ramach filozofii polityki bez znajomości prac z socjologii czy politologii. Równie trudno myśleć dziś o społeczeństwie abstrahując do artefaktów i ich sprawczości. A o tak ważnych fenomenach, jak Puszcza Białowieska, nie sposób dyskutować w gronie przedstawicieli wyłącznie jednej dziedziny wiedzy. W pełni zgadzam się choćby z podejściem Michela Serres’a, który od dawna sprzeciwia się sztywnemu oddzielaniu od siebie dyscyplin naukowych i łatwemu przeciwstawianiu ich sobie. Naukę widzieć raczej należy jako „ogólny przepływ wiedzy jako takiej – wiedzy, która nie jest zdezintegrowana”, jako sieć, formację złożoną z relacyjnie powiązanych dyscyplin. Przy czym relacyjność oznacza tu, że dyscypliny są tylko quasi-tożsame, że najdrobniejsza zmiana w jednej części sieci pociąga za sobą przeorganizowanie całości. Tak ujęta nauka rzeczywiście nie jest antropocentryczna, w tym sensie, że żadna dyscyplina nie jest tu wyróżniona, centralna, najważniejsze nie są zatem również zagadnienia związane z samym człowiekiem (i jego terapią). Żadna dyscyplina nie ma również monopolu ani naprawdę, ani na uniwersalną metodę poznania. Jest raczej tak, że prawdy cyrkulują między poszczególnymi dyskursami, a zadaniem filozofa nauki jest umiejętność śledzenia tych cyrkulujących elementów.
Innymi słowy, uniwersytet i naukę rozumieć należy jako korporację, a więc jako ciało, złożone z różnych, ale wzajemnie powiązanych ze sobą członków. To wspólnota uczących i nauczanych, wspólnota powiązanych więzami solidarności i wspólnym celem reprezentantów rozmaitych dyscyplin.
Co wiążę reprezentantów różnych dyscyplin? Praca, nastawiona na zasadniczy cel, którym jest prawda. W tym sensie uniwersytet jest również fabryką, miejscem kształtowania obrazów świata, nauczania rzemiosła, budowania faktów (factum jest tym, co wytworzone podług wiarygodnych procedur). Jedną z najbardziej bałamutnych opozycji jest opozycja między tym, co czysto teoretyczne, a tym, co czysto praktyczne (czy stosowane). Jestem głęboko przekonany, czemu dałem wyraz w swojej książce na temat humanistyki, że wszystkie nauki są praktyczne, tyle, że są różne rodzaje praktyczności (stosowania). Nie da się bowiem podciągnąć pod jeden mianownik stosowalności badań np. nad wdrożeniem nowego leku czy nowego rodzaju opatrunku (tu mój ukłon w stronę Politechniki Łódzkiej), a kształcenia kompetencji, które w pracy zawodowej stosuje pracownik socjalny. Z jeszcze innym rodzajem stosowalności mamy do czynienia w socjologii akcjonistycznej Alaina Touraine’a i jego uczniów, gdzie interwencja socjologiczna ma na celu między innymi wzrost sprawczości i samoświadomości badanej grupy. Odmienną sprawczością jest socjologia „laboratoryjna”, projektowana przez Łukasza Afeltowicza i Krzysztofa Pietrowicza, gdzie działania ekspertów poprzez aranżację sytuacji eksperymentalnych pozwalają wspólnotom na realizację celów dla nich ważnych. Odmienną sprawczość ma też filozoficzna analiza pojęć, które — wpuszczone w przestrzeń publiczną — oddziałują na inne praktyki społeczne. Pomyślmy choćby o pojęciach narodu i rasy — jak walnie analizy humanistów, w tym archeologów odwołujących się do pojęcia rasy czy badaczy dziedzictwa indo-germańskiego (w ich nomenklaturze) przyczyniły się do utrwalania stereotypów antysemickich i ideologii aryjskiej . I jak przejmujące są teksty Stefana Czarnowskiego, który — wraz z innymi durkheimistami — zmagał się intelektualnie z tamtymi stanowiskami. (W moim poczuciu humaniści często zapominają, jak wielką odpowiedzialność biorą na siebie, analizując określone pojęcia, czytając i przywracając życiu określonych autorów; sam zupełnie nie rozumiem choćby ekshumowania i reinkarnacji Carla Schmitta w dyskursie intelektualistów związanych z lewicą).
Uniwersytet jako korporacja i jako fabryka jest dla mnie przestrzenią, w której — mówiąc językiem Witkowskiego — pracują ludzie wykonujący „zawód niemożliwy”. Mają oni zobowiązania wobec wartości, ze szczególnym wyeksponowaniem prawdy, a jednocześnie wiedzą, że nigdy w pełni tego zobowiązania nie mogą zrealizować (prawdy pełnej nie osiąga nikt z nas). Potrzebują zysku, choćby w postaci godziwej zapłaty, ale nie mogą pracować dla zysku. Jak mówi tekst przysięgi doktorskiej, badania naukowe prowadzić mamy „w celu odkrywania i upowszechniania prawdy”. Bez tej perspektywy, bez tego telos, każdy zysk staje się w ramach uniwersytetu niegodziwy. (Właśnie z tej przyczyny całym sercem popieram naukę otwartą).
O prawdzie nie da się jednak mówić bez afirmacji prawdy. Prawda jest tym, co nas zobowiązuje etycznie; jest wartością, którą afirmujemy w rzetelnie przeprowadzonych badaniach. Jak pisze Barbara Tuchańska:
„sprzeniewierzenie się nakazowi dążenia do prawdy jest pogwałceniem sensu poznania naukowego w tym znaczeniu, że unicestwia normatywne kryterium, które odróżnia poznanie naukowe od innych form poznawczego »oswajania rzeczywistości«”.
I w innym miejscu:
„w obrębie twórczej działalności naukowej warunkiem przejawiania się prawdy jako wartości jest jej rozumiejące przeżywanie i zobowiązanie wobec siebie oraz innych do dążenia do niej”.
Derrida znakomicie pokazał, że choć odróżnienie aktów konstatujących od performatywnych jest ważne, należy je jednak wciąż na nowo kwestionować. Choćby po to, by we wszystkich twierdzeniach, które stwierdzamy jako prawdziwe, widzieć także element performatywny: afirmujemy prawdę, która się w nich dla nas odsłania, dlatego uważamy, że inny są również zobowiązani do afirmacji tej odsłoniętej prawdy.
Jeśli uniwersytet ma być korporacją i fabryką w znaczeniach, które nadaję tym terminom w tej części mojego tekstu, to musi on być przestrzenią autonomiczną oraz demokratyczną. Autonomia nie polega tu przy tym na zamknięciu w wieży z kości słoniowej. Wręcz przeciwnie, uniwersytet ma do zrealizowania zobowiązania społeczne, których nie może z siebie zdjąć. Ale by było to możliwe musi być, znów odwołuję się do Derridy, „polem bezwarunkowej wolności zapytywania i przedkładania propozycji, a nawet prawa do publicznego głoszenia tego wszystkiego, czego wymagają badania, wiedza i myślenie prawdy”.
Musi być także przestrzenią demokratycznej samorządności. Nie przekonuje mnie argument Marcina Zaroda, że nie boi się ustawowego wzmacniania władzy centralnej w ramach uniwersytetu (Zaród pisze konkretnie o władzy rektora), bo demokracji i autonomii uczelni dotychczas nie widział. Z całą pewnością jest ich za mało, ale oznacza to — w moim przekonaniu — że trzeba zabiegać o większą demokratyzację i korporyzajcę (w sensie widzenia uniwersytetu jako corpus, ciała). Nie musi to wcale oznaczać rozmywania odpowiedzialności za określone decyzje. Świadczą o tym ruchy na rzecz demokratyzacji pracowniczej, o których piszą Afeltowicz i Pietrowicz.

Appendix
Mój list do Jarosława Gowina
Pan
Jarosław Gowin
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Nie jestem ani najbardziej aktywnym uczestnikiem obecnego protestu, ani najbardziej aktywnym działaczem na rzecz praw osób LGBT+. Mimo to, czuję się wywołany przez Pana do tablicy. Zadziwiło mnie już to, że był Pan skłonny nazwać protest „młodzieżowym happeningiem”, nie spodziewałem się jednak, że tak łatwo przyjdzie Panu sprowadzenie tego protestu do gestu z zasady antydemokratycznego, inspirowanego przez złowrogie siły Antify, mniejszości seksualnych i… partii RAZEM.
W radiowej Jedynce był Pan skłonny stwierdzić, że „Demokracja nie polega na tym, że pod wpływem protestów małych grupek wyraźna większość ma zrezygnować z szansy, jaką jest ta reforma”. Biorąc pod uwagę fakt, że protest rozprzestrzenia się, że zaangażowane są w niego zarówno większe, jak i mniejsze ośrodki akademickie, a także, że wysuwane są w kontekście ustawy bardzo konkretne argumenty krytyczne wskazujące na zagrożenia z nią związane, chciałbym dowiedzieć się o jakiej wyraźniej większości Pan mówi? Chciałbym również wiedzieć, na podstawie jakich informacji wskazuje Pan tę bliżej nieokreśloną acz wyraźną większość?
Chciałbym również dowiedzieć się, co złego jest w tym, iż przeciw ustawie 2.0 protestują osoby związane np. z ruchem LGBT+? Odnoszę wrażenie, że Pana wypowiedź ma być sygnałem dla środowisk prawicowych niechętnych reformie, że nie ma sensu popierać  gejów, ale też lewaków i antyfaszystów.
Protestuję nie jako gej, ale jako członek społeczności akademickiej,  dumny z credo swojego Uniwersytetu — Veritas et Libertas oraz z faktu, że moja Uczelnia podpisała Kartę Różnorodności, a także przywiązany do złożonej przysięgi doktorskiej, w myśl której  wspierać mam słuszne sprawy Uniwersytetu „wszędzie, gdzie to możliwe”, a pracować nie dla żądzy zysku „i nie dla próżnej chwały, ale w celu odkrywania i upowszechniania prawdy”. Tak się zwyczajnie składa, że przy okazji jestem gejem, a żyję w kraju, w którym nie sposób nie zabiegać o równość praw dla mniejszości seksualnych. Trudno uznać, za licujący z moją godnością fakt, że gros spraw dotyczących mojego zdrowia, życia, spraw codziennych muszę regulować notarialnie i tak pozostawiając partnera w niekomfortowej sytuacji związanej z dziedziczeniem. Czymś okrutnym jest fakt, że nasze wieloletnie pożycie nie może być dostrzegane przez system prawny — w kwestii wspólnego budżetu domowego itp. wciąż pozostajemy dla siebie oficjalnie obcymi osobami. Trudno nie reagować na funkcjonowanie w Polsce ośrodków „terapii” konwersyjnej czy na homofobię w szkołach, której efektem bywa depresja, próby samobójcze, alienacja. Żadna z tych kwestii nie jest jednak podnoszona w ramach protestu przeciw ustawie 2.0 — i słusznie, bo czegoś innego ten protest dotyczy. Rozumiem, że może Pana drażnić obecność tęczowej flagi na proteście na Uniwersytecie Warszawskim. Chciałbym jednak przypomnieć, że Fundacja Życie i Rodzina Kai Godek próbowała wywierać presję na uczelnie publiczne, wysyłając zapytanie o to, kto prowadzi zajęcia z zakresu gender studies, jakie koszta pochłaniają takie zajęcia i na podstawie jakich kryteriów dobierano informacje. Chciałbym również przypomnieć, że akademicy, jak prof. Dariusz Oko czy prof. Paweł Bortkiewicz, także w ramach sal akademickich, konferencji i publikacji pokonferencyjnych przedstawiają poglądy urągające rzetelności naukowej, a wymierzone w gender studies i społeczność LGBT.

W końcu, chciałbym zwrócić uwagę, że nowoczesna demokracja liberalna nie jest demokracją wyłącznie ilościową — żadne odwołania do statystyk i wyraźnych większości nie są same w sobie argumentem. W przeciwnym razie większość mogłaby przegłosować cokolwiek. We współczesnych demokracjach liczyć się należy z prawami mniejszości, a także trzeźwo oceniać długofalowe konsekwencje rozwiązań prawnych. Zapewne nie wszyscy protestujący dobrze orientują się w proponowanej przez Pana ustawie. Nie jest to przy tym wina, którą łatwo da się przenieść na protestujących. Jakość prac legislacyjnych po stronie MNiSW można ocenić wyłącznie negatywnie. Jak pisał Marcin Zaród „Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapewnia, że prace trwały dwa lata przy udziale całego środowiska. Nie przeszkadza to jednak w skróceniu konsultacji społecznych i robieniu wrzutek sejmowych na finiszu. Łatwo się pogubić, bo dokument dostępny w serwisie Sejmu jest sprzeczny z komunikatem prasowym o ostatnich zmianach. Na stronach samego ministerstwa nadal dostępna jest wersja z marca”. Dziwny też — w kontekście dwuletniego okresu konsultacji — jest nagły wysyp poprawek, który przypomina legislacyjną biegunkę. 

Na koniec pozwolę sobie zacytować Henryka Elzenberga: „Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy, w imię której się ją podjęło, ale wartości tej sprawy”. Uniwersytet ma wartość wielką!
Z poważaniem,

Dr Marcin M. Bogusławski
12 czerwca 2018 r.

Literatura przywołana
Afeltowicz, Ł., Pietrowicz, K., Maszyny społeczne, PWN, Warszawa 2013.
Derrida, J., Uniwersytet bezwarunkowy, przeł. K. M. Jaksender, eperons, Kraków 2015.
Bogusławski, M. M., Humanistyka z perspektywy ontologii kulturowej, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2018.
Kroński, T., Faszyzm a tradycja europejska, IFiS PAN, Warszawa 2014.
Nussbaum, M. C., Nie dla zysku! Dlaczego demokracje potrzebuje humanistów, przeł. Ł. Pawłowski, Kultura Liberalna, Warszawa 2016.
Serres, M., Le Passage du Nord-Ouest. Hermes V, Editions du Minuit, Paris 1980.
Szomburg,J., Jaki kapitalizm?, [:] Liberalizm polski, wybór i redakcja naukowa I. Krzemiński, Sedno, Warszawa 2015, s. 217-228.
Tuchańska, B., Dlaczego prawda? Prawda jako wartość w sztuce, nauce i codzienności, Poltext, Warszawa 2012.
Witkowski, L., Humanistyka stosowana. Wirtuozeria, pasje, inicjacje, Impuls, Wyższa Szkoła Biznesu w Dąbrowie Górniczej, Kraków 2018.
Zaród, M., Ustawy bez poprawy

poniedziałek, 11 czerwca 2018

RIGOLETTO


„Ta opera słynie przede wszystkim ze znakomicie skonstruowanych arii, duetów i scen ansamblowych — pisze w programie do Rigoletta Adam Czopek —, dających śpiewakom wielkie pole do wokalnego popisu. Mimo że śpiew ma niczym nieskrępowany prymat, to nie jest on celem samym w sobie, a partia orkiestry przestaje być tylko jego tłem. Orkiestra nabiera tutaj szczególnego znaczenia w budowaniu siły dramatycznej charakterystyki każdej sytuacji i osób. Po raz pierwszy bardzo wyraźnie przeniósł Verdi punkt ciężkości operowej dramaturgii na przeżycia jednostki”. Temu też winna służyć reżyseria.

Inscenizacji Paolo Bosisio nie da się uznać za po prostu za realistyczną, tj. wierną realiom libretta. A to dlatego że obok realistycznych kostiumów (bardzo pięknych, zaprojektowanych przez moją przyjaciółkę Zuzannę Markiewicz, co muszę odnotować gwoli uczciwości) czy scenograficznych detali, jest w niej wiele umowności. Twórcy zdecydowali się na trwałe elementy scenografii, wypracowując schemat scenicznej przestrzeni, re-aranżowany za pomocą przesłon, kolorów (dobra reżyseria świateł), mebli czy innych elementów scenograficznych, jak proste ramki, pełniące w akcie 3 funkcję okna i drzwi w mieszkaniu Sparafucilego. 
Jeśli widz zbyt skupi się na realiach i nie dostrzeże roli, którą w spektaklu grają konwencja oraz umowność, może zżymać się na fakt, że kwiaty wyrastają z białych schodów, na to, że opuszczający Gildę Rigoletto nie widzi Księcia i Giovanny stojących tuż obok niego, albo na to, że w trakcie finałowego duetu Rigoletto momentami porusza się po domu Sparafucilego. Mnie połączenie realistycznego detalu ze scenograficznym „schematyzmem” i umownością przekonało.  Nic nie odrywało mojej uwagi od tego, co zasadnicze: relacji między bohaterami. Przy okazji mogłem być aktywnym widzem, który musi to i owo dopowiedzieć. 
Jeśli na coś miałbym grymasić, to na mało przekonującą aranżację pierwszej sceny baletowej, gdzie skupiłbym taniec wyłącznie w komnacie, oraz na drugą scenę z Monteronem — umowność umownością, on i żołnierze powinni jednak przejść wzdłuż domniemanej ściany komnaty. 
Z kolei, jeśli miałbym wyróżnić jakiś fragment, to byłby to początek aktu 3, przepięknie rozwiązany plastycznie. Basisio obramował swoją inscenizację motywem w libretcie nieobecnym. W trakcie preludium na tle kamiennej ściany młody Rigoletto z córeczką idą złożyć kwiaty na grobie matki Gildy. Na sam koniec mała Gilda wraca, niosąc żałobny bukiet sobie samej — starszej i martwej. Młodego Rigoletta ładnie zagrał Dawid Kucharski z zespołu baletowego. Nie udało mi się rozpoznać, kto był małą Gildą — nazwiska obojga powinny znaleźć się w programie.

Tadeusz Kozłowski poprowadził spektakl bardzo sprawnie, budując przekonującą dramaturgicznie narrację muzyczną. Zazwyczaj dobre były proporcje między kanałem a sceną, problem miałem bodaj tylko ze sceną przekleństwa w akcie I, gdzie orkiestra potrafiła przykryć Roberta Ulatowskiego śpiewającego Monterone. Orkiestrowym majstersztykiem jeśli chodzi o barwy i nastrój był akompaniamet Zenonowi Kowalskiemu (Rigoletto) i Grzegorzowi Szostakowi (Sparafucile) a akcie 1.

Hanna Okońska i Agnieszka Białek

Odkryciem stała się dla mnie Hanna Okońska jako Gilda. To bardzo młoda artystka, dziewczęcą urodą kapitalnie pasująca do roli. Bardzo dobrze czuje się na scenie — jej aktorstwo było bardzo przekonujące i wolne od przerysowań. Znakomicie spisała się również wokalnie. Jej głos jest skupiony i emisyjnie dość wąski, szklisty, ale jednocześnie ciemny w barwie, co dla mnie jest atutem (nigdy nie rozumiałem fenomenu Gild wykonywanych przez artystki takie, jak Lily Pons), wyrównany, z dźwięcznym rejestrem piersiowym. Jej Gilda urzekła mnie prostotą, szlachetnością i wyczuciem tego, co moralne godziwe. A  godziwym moralnie było choćby przebaczenie Księciu, które dwukrotnie (akt 2 i akt 3) w operze zaleca ojcu. To wątek wart podkreślenia, bo często ginie w natłoku współczucia, które widz zaczyna czuć względem Rigoletta. Przyznam, że ja tej postaci współczuć nie potrafię. Rigoletto jest dla mnie jednym z najbardziej mrocznym bohaterów operowych, który nie dość, że za własne krzywdy mści się na innych, to jeszcze nie potrafi się uczyć. Gdy Gilda umiera rozpaczliwie krzyczy o klątwie, tak, jakby nieszczęście sprowadzone zostało z zewnątrz. A przecież to on swoim postępowaniem, w tym odrzuceniem prośby Gildy by przebaczył Księciu, odpowiada za tragiczny splot wydarzeń. 

Hanna Okońska i Zenon Kowalski

Być może wątek przebaczenia dotarł do mnie dzisiaj tak mocno, dlatego że Kowalski poprowadził swą rolę tak, by nie grać na współczuciu odbiorcy. Nie przeszkadzało mu to w sposób wyjątkowo wiarygodny pokazywać smutku czy rozpaczy, choćby w La ra, la ra oraz arii Cortigiani. Jednocześnie jednak nie dało się zapomnieć, jak odpychający był drwiąc w akcie 1, czy wtedy, gdy świętował tryumf myśląc, że stoi nad zwłokami Księcia. Jego śpiew był narzędziem aktorskiej gry na równi z ciałem. Dlatego nie zawsze było miejsce na to, by brzmieć ładnie — jego mocny i ciemny baryton bywał cierpki, niekiedy nosowy, to był twardy jak kawałek drewna, to miękł, ale przydymiał się, stawał swoiście melancholijny, choćby jak wtedy, gdy powracał do klątwy Monteronego. 

Agnieszka Makówka i Łukasz Załęski

Zmysłową i żywą postać stworzyła Agnieszka Makówka jako Maddalena. Znakomita aktorsko była też Agnieszka Białek jako Giovanna (znów, gwoli uczciwości, podkreślić muszę nasze przyjacielskie więzi). Dobrym Sparafucilem był Szostak. W sumie niedosyt związany mam tylko z postacią Księcia, którego śpiewał Łukasz Załęski. Jeśli chodzi o stronę wokalną, wypadł w sumie poprawnie. Najmniej przekonał mnie w akcie 3 — jego La donna… zupełnie brakowało lekkości, za to pojawiła się skłonność do pokazania na scenie siebie a nie granej postaci. Problem w tym, że wszystko śpiewał i grał dokładnie tak samo. Tak mało wiarygodnego żaru miłosnego, jak ten okazywany Maddalenie, dawno nie widziałem; musze wręcz przyznać, że rozwiązywanie tasiemek u jej stanika przypominało mi… skubanie kury przez babcię. Na szczęście Rigoletto wytrzyma bez w pełni wiarygodnego Księcia Mantui. Tak też się stało dzisiejszego wieczoru.

G. Verdi
Rigoletto
2 premiera, 10 czerwca 2018 r.
Teatr Wielki w Łodzi

Reż. Paolo Bosisio
Dekoracje Domenico Franchi
Kostiumy Zuzanna Markiewicz
Choreografia Bogumiła Szaleńczyk
Chórmistrz Maciej Salski
Kierownictwo muzyczne Tadeusz Kozłowski

Fotografie Joanny Miklaszewskiej z materiałów prasowych



niedziela, 13 maja 2018

NA ZEWNĄTRZ JEDNOPIĘTROWEGO DOMU NA ULICY POLA ELIZEJSKIE W NOWYM ORLEANIE*



Andre Prévin twierdził, że Tramwaj zwany pożądaniem jest dramatem operowym, tyle że bez muzyki. To nie (do końca prawda). Tennessee Williams muzykę uczynił bowiem jednym ze strukturalnych elementów swojej sztuki. Być może zatem to nie opera bez muzyki, tylko dramat z muzyką w strukturze.

Jeśli chodzi o umuzycznienie sztuki Williamsa, to najważniejszą rolę odgrywają w niej „Bluesowe pianino”* (the Blue piano) oraz polki, w tym zwłaszcza polka Varsaviana (Varsouviana). 


Ważny jest również klarnet, pojawia się trąbka i perkusja, a Blanche nuci balladę It’s only a paper moon






Mamy tu więc do czynienia z „muzycznością” dramatu, wobec której kompozytor opery musiał się w określony sposób ustosunkować. Decyzje Prévina nie wszystkich usatysfakcjonowały, zdaniem niektórych krytyków jego wybory muzyczne okazały się zbyt odległe wobec opery jazzowej, która — ich zdaniem — powinien być Tramwaj. Sam nie podzielam tego zdania, choć nie ma tu „Bluesowego pianina” a opera z całą pewnością nie jest jazzowa, to nawiązania to jazzu i bluesa połączone z urodą kantylen, wrażliwością na barwy, świetnym dramaturgicznym operowaniem pizzicati oraz bardzo świadomym eklektyzmem w nawiązywaniu do muzycznej tradycji przyniosły dzieło nie tylko „ładne”, ale także dostępne dla stosunkowo szerokiego grona odbiorców. Jeśli sam miałbym ewentualnie kaprysić, zastanowiłbym się, czy rezygnacja z  wprowadzenia fortepianu oraz wykorzystania Varsouviany była dobrym pomysłem. Część interpretatorów wskazuje, że the Blue piano to symbol życia, Varsouviana zaś to symbol śmierci. Polka pełni również ważne funkcje związane z pamięcią Blanche. Jako że to recenzja, a nie studium analityczne dramatu Williamsa, odsyłam tu do tekstu Yujin Janga, dotyczącego roli Varsouviany w Tramwaju.

Inne, równie fundamentalne decyzje, należało podjąć wobec treści sztuki Williamsa. 
Miejscem, w którym rozgrywa się dramat, jest Nowy Orlean — miasto kosmopolityczne, „ze stosunkowo przyjaznym klimatem multikulturalności, zwłaszcza w jego starej części”. A jednak zarówno Blanche, jak i Staley doświadczają w tym miejscu obcości, która posiada wiele wymiarów. Mamy tu do czynienia z obcością „topograficzną”, z byciem „nie na swoim miejscu”. Blanche przybywa do Luizjany z Missisipi (Stanley stanowczo uświadamia jej, że w jego stanie obowiązuje Kodeks Napoleona), Stanley zaś uważany jest za „Polaczka”, który w piciu podobny jest do Irlandczyków, różni się jednak od nich mniejszą inteligencją (sam wybucha twierdząc, że w Polsce mieszkają Polacy, nie Polaczki, on sam jednak jest Amerykaninem). Dalej — wyraźna jest obcość klasowa, która dzieli światy Blanche i Stanleya, ale również Mitcha. Mówić także można o obcości moralnej — agresja Stanleya wobec żony, rozgrywki pokerowe, swobodne życie seksualne Blanche. Obcości tej nie łagodzi kosmopolityczny multikulturalizm miasta, z którym siłą rzeczy wiązać powinna się jakaś forma kulturowego relatywizmu. Obcość nie pozwala także na jednoznaczną ocenę bohaterów — nie jest przecież tak, że Stanley jest ślepym oprawcą, który nie zaznał krzywdy i którego postępowanie nie daje się rozumieć w kontekście społecznych uwarunkować. Nie jest również tak, że Blanche jest tylko ofiarą. Problematyczna pozostaje również postać Stelli, która nie może rozstrzygnąć, czy Blanche została zgwałcona przez Stanleya, czy nie. U samego Williamsa opowiada się przeciw opowieści siostry dlatego, że w przeciwnym przypadku, jak mówi, „nie mogłabym dalej z nim żyć”.

***

Opera Prévina jest bardziej jednoznaczna, niż dramat Williamsa, w tym sensie, że stanowi ona zasadniczo studium popadania w szaleństwo przez Blanche. Pozostałe postaci, ze Stanleyem włącznie, pełnią mniej ważną funkcję niż w dramacie. Okrojono także znacznie tekst Williamsa. Decyzje librecisty spotykały się z krytyką, po części słusznie, bo niektóre wątki są zupełnie niejasne. Mimo to, mnie taka adaptacja w kontekście opery wydaje się dobrą decyzją. Nie ma tu nadmiaru wątków, sploty fabuły można zaś tkać bez potoku słów, które trudno byłoby okiełznać sensowną muzyczną narracją. Autorom udaje się również znakomicie pokazać wątek kłopotów psychicznych Blanche, która tylko pozornie jest kolejną szaloną operową heroiną. Blanche bowiem nie jest, moim zdaniem, prawnuczką Rossiniowskiej Hermiony czy Łucji Donizettiego. Jak jasno pisze Williams, jest neurasteniczką, cierpi zatem na jedną z odmian nerwicy, której etiologii doszukiwano się w warunkach życia społecznego, które naznaczone jest coraz większym pośpiechem i coraz większą liczbą spraw do załatwienia.

Nerwicę neurasteniczną — sięgam tu do Antoniego Kępińskiego, żeby nie popełniać anachronizmu rzutowania współczesnej wiedzy na temat zaburzeń lękowych na dramat Williamsa i wywiedzioną  z niego operę — cechuje dojmujące poczucie zmęczenia psychicznego i fizycznego, któremu paradoksalnie towarzyszy nadpobudliwość. Ta druga jest wynikiem „przeczulicy”, gdy zmęczone nerwy na każdy bodziec reagują bólowo. Jak pisze Kępiński „Postawa chorego, jego ruchy, wyraz twarzy noszą piętno znużenia”. Towarzyszy temu uczucie nudy przeciwstawne zainteresowaniu, które polega na „byciu w czymś”, pełnym zaangażowaniu w sytuację. Blanche jest właśnie bohaterką zmęczoną, co ujawnia się do samego początku sztuki Williamsa. A jej neurasteniczne znudzenie widać doskonale w scenie rozmowy z Mitchem po powrocie z wesołego miasteczka. Charakterystyczne dla nerwicy neurastenicznej jest również uczucie zamętu w głowie, przelewania się w niej, jak pisze Kępiński, czy huczenia. W końcu neurastenia wyrasta z negatywnego emocjonalnego stosunku do świata i do siebie samego. Neurastenik internalizuje „społeczne zwierciadło” — nie ocenia trzeźwo oczekiwań płynących z zewnątrz, ale wyprowadza je z własnej psychiki. „Dzięki pamięci układ odniesienia uniezależnia się od otoczenia, pamięć działa nań stabilizująco, bez niej byłby on skazany na ciągłe oscylacje pod wpływem zmiennych sygnałów otoczeni”. Blanche, która we własnym poczuciu jest samotna i która obwinia się o samobójstwo męża geja (powiedziała, że się go brzydzi), kompulsywnie stara się uciec od samotności nieustannie dopasowując siebie do wyimaginowanych norm, koniecznych do spełnienia przez kobietę, by mogła podobać się mężczyźnie. Blanche żyje przy tym w strefie cienia: na randki wychodzi wieczorami, na żarówkę w mieszkaniu Stelli i Stanleya zakłada abażur. Niepełne światło pozwala w jej mniemaniu ukryć zmiany wynikające z jej wieku. Ale warto pamiętać również, że właśnie wieczór jest momentem, gdy neurastenikom najlepiej się żyję — lęk towarzyszy im najbardziej z rana, gdy nowy dzień staje się wyzwaniem egzystencjalnym. Z neurastenią wiązać może się również popęd seksualny Blanche. Stereotypowo czyni się z niej nimfomankę. Pożądanie i seks są jednak dla Blanche próbą przeciwstawienia się śmierci. W dramacie Williamsa mówi tak: „Śmierci — ja siedziałam tutaj, ona tam, a śmierć była tak blisko, jak ty… Udawaliśmy, że nic nie wiemy o jej istnieniu! […] Jej zaprzeczeniem jest pożądanie. Więc czemu się dziwisz?”. Tak zaś pisze Kępiński: „Wzmożenie popędu ma charakter nerwicowy; szuka się wyładowania seksualnego dla zmniejszenia nerwicowego niepokoju; partnera seksualnego traktuje się jako przedmiot tego wyładowania, szybko się też nim nuży, stąd większa potrzeba zmiany i atrakcji”.  Tragizm postaci Blanche polega między innymi na tym, że jak tarantula wyładowuje się seksualnie z różnymi partnerami (symbol tarantuli wprowadza sama, chrzcząc tym mianem hotel w Laurel, w którym prowadziła bogate życie seksualne), a jednocześnie tęskni do miłości i małżeńskiej stabilizacji, uważając się, że w obrębie serca pozostaje czysta.

Autorzy opery w moim odczuciu pozostali wierni Williamsowskiemu portretowi Blanche. Dlatego, jak wspominałem wyżej, nie jest prawnuczką Hermiony czy Łucji, szaleństwo nie spada na nią. Jest chora od początku dramatu, ale choroba ta nijak nie przesądza o tym, jak potoczą się jej losy. To obsesyjny brak poczucia prywatności w mieszkaniu Stelli, zwierzęca, dzika seksualność Stanleya, jego agresywność, także w stosunku do żony, wierność przyjaźni, gdy uświadamia Mitchowi kłamstwa Blanche, są katalizatorem jej narastającej dezintegracji. Szaleństwa Blanche nie da się oddać „grubą kreską”, nie da się tej postaci zbudować na kontrastach takich, które sprawdzają się w przypadku Łucji czy innych bohaterek belcanto. Konieczna jest tu subtelność środków — od skupionego dźwięku, przez szeroką paletę barw, dźwięczny rejestr piersiowy, aksamitność brzmienia i jego stosowną gęstość oraz siłę (to rola dla głosu typu lirico-spinto), po precyzyjny i nieprzerysowany sceniczny gest. Tego wszystkiego, co typowe dla sztuki Renée Fleming, dla której partia ta została napisana.

***


Inscenizacja Macieja Prusa jest znakomita, w sumie łódzki Tramwaj… jest jednym z najlepszych spektakli, jakie widziałem. Nie ma tu nic z udziwnień teatru reżyserskiego. Nie ma także nic, co utrudniałoby śpiewakom ich zadanie. Spektakl rozgrywa się w prostym wnętrzu, ze stałą ilością rekwizytów, które przestawiane są przez bohaterów. Obok takich działań narracja budowana jest za pomocą znakomicie poprowadzonych świateł, które rozgrywają emocje od romantyzmu randki, po dehumanizujące przestrzeń wyszarzenie. Prus zdecydował się na użycie sceny obrotowej, dzięki czemu na początku można podziwiać fasadę domu Kowalskich et consortes, a Kobieta (Eunice) prowadzi dialog z Blanche z okien pierwszego piętra. Scena od początku jest otwarta, tak, że widzowie wchodzący, by zająć miejsca, widzą fasadę domu ulokowaną w tylnej kulisie. Wraz z pierwszymi dźwiękami dom przybliża się, pojawia się Blanche, a także postać eleganckiego mężczyzny w kapeluszu i z laską. Mężczyzną tym w finale okaże się lekarz. W łódzkiej inscenizacji nie ma postaci Meksykanki, a Eunice i Pielęgniarka zlewają się w jedną postać, nazwaną po prostu Kobietą. Zabieg ten ma swoją wymowę symboliczną — lekarz nie przynosi w tej inscenizacji ukojenia. Budzi raczej niepokój, nie łagodząc zachowania Kobiety, władczego, by nie rzec — agresywnego. Ostatnie słowa Blanche, że kimkolwiek jest ów mężczyzna, ona zawsze mogła liczyć na obcych, padają w próżnię. W białej sukni leży skulona na proscenium podczas gdy mieszkanie Kowalskich odjeżdża w tylną kulisę. Blanche w przejmującym geście podnosi się do pozycji półleżącej, jej twarz zasłaniają włosy. A my zostajemy z zagadką, czy cokolwiek z obejrzanej historii rozgrywało się naprawdę. Może wszystko było tylko złudzeniem chorego umysłu? Jedynie rozegranie sceny domniemanego gwałtu na tle muzyki orkiestrowej nieco mnie znużyło swoich schematyzmem.
Z pomysłem Prusa znakomicie współgrała scenografia Jagny Janickiej. Ciekawa jest także intertekstualna gra z widzem — w scenie ze Stanleyem, której zwieńczeniem mógł być gwałt, Blanche ubrana jest w białą suknię z trenem wyglądającą jak suknia ślubna. W powiązaniu z gestem scenicznym, rodem z oper belcanto, który pojawia się wtedy na moment, zobaczyć w niej można Łucję — jedną ze wspaniałych ról Joanny Woś.
W inscenizacji tej nie ma też nic z multikulturalizmu i otwartości Nowego Orleanu. Od razu wpada się w duszną atmosferę, z zaciskającymi się na bohaterach i odbiorcy kleszczami lęku (użyć też można obrazowego sformułowania Kępińskiego — kask neurasteniczny). Duża w tym zasługa orkiestry, znakomicie grającej pod kierunkiem Tadeusza Kozłowskiego, który nawet tematy jazzowe potraktował jako element budujący mrok.
Spośród śpiewaków wyróżnię jako pierwszego Szymona Komasę (Stanley Kowalski). W moim odczuciu, jego występ od strony aktorskiej i wokalnej był od początku do końca bezbłędny. Jego ciało, gest i głos stanowiły jedność: ani przez moment nie widziało i nie słyszało się technikaliów. Postać Stanleya była żywa, skrajna emocjonalnie, dzika w pożądaniu, mowa, prowadzona pełnym głosem kantylena, pełniące różne funkcje dramaturgiczne „niewieścienie” głosu zawsze wyrastały z sytuacji scenicznej, bez śladu zimnej kalkulacji. Z całą pewnością o takim Stanleyu mogłaby marzyć Renée Fleming.
Jeśli chodzi o Joannę Woś, pierwszy akt nie w pełni mnie usatysfakcjonował. Raziło mnie ostre atakowanie gór, przydające Blanche histeryczności, nie w całej skali jej głos był dostatecznie dźwięczny i gęsty, nie zawsze w pełni swobodne były zejścia na piersi. Chyba najbardziej uwiodła mnie w scenie, w której prosiła Stanleya o zapięcie sukienki. W kontekście połączonych ze sobą aktów 2 i 3 wszelkie marudzenie nie ma jednak sensu. Woś stworzyła wybitną kreację, zarówno aktorską, jak i wokalną. Atak dźwięku zupełnie stracił ostrość, pięknie niosły się piana, liryzm w scenie randki z Mitchem ani przez moment nie trącił sentymentalizmem. Wspaniale wplotła w narrację gesty rodem z Łucji, by końcową scenę psychozy odegrać za pomocą zupełnie odmiennych środków.

Jeśli chodzi o Marię Antkowiak jako Stellę — artystka stworzyła postać wiarygodną, typ jej głosu i jego barwa dobrze kontrastowały z Blanche-Woś. Przeszkadzał mi jednak groch, który potrafił wywoływać niepożądane efekty (bek), a w śpiewie zespołowym rodził problemy intonacyjne (cóż, taki los głosów z grochem). O przyjaciołach pisać nie wypada (profesjonalizm), wspomnę więc tylko, że cieszę się bardzo, iż Agnieszka Białek jako Kobieta wpisała się w annały polskiego prawykonania Tramwaju.


 ***
Reakcje widzów siedzących za mną uświadomiły mi, że w książce programowej brakuje tekstu przybliżającego rozmaite płaszczyzny sensu, obecne w sztuce Williamsa. Zupełnie nieczytelny był dla sąsiedztwa choćby klasowy charakter sceny między Mitchem a Blanche, gdy Mitch opowiada o pocie, czy chwali się sukcesami na siłowni. Tak, Blanche, z rodu Południowych plantatorów, trzeba przecież czymś zaimponować i pokazać kulturę! Tekst Katarzyny Jasińskiej o sztuce Williamsa takiej dopowiadającej czy wyjaśniającej roli spełnić nie mógł. Drugi z tekstów, dotyczący dziejów opery Prévina, przeczytać można w serwisie operowym Doroty Kozińskiej. I do tej lektury bardzo zachęcam!


*Cytuję przekład Jacka Poniedziałka.

niedziela, 18 marca 2018

WIESZAK DLA BISKUPA!

Szanowni Państwo!

1.      Byłem późnym dzieckiem, dość stwierdzić, że mam bratanicę młodszą ode mnie zaledwie o kilka miesięcy. Istniały powody, by w przypadku tej późnej ciąży, na poważnie rozważać aborcję. Dowiedziałem się o tym dwa razy, od dwóch różnych członków rodziny, na dwa różne sposoby. Pierwszy raz był szalenie emocjonalny i nie na trzeźwo, zrobiony w taki sposób, że nie mogłem pozbierać się przez kilka kolejny dni.  Za drugim razem rozmawiała ze mną, nieżyjąca już, Mama, która dokładnie opowiedziała o sytuacji, o tym, co trzeba było wziąć pod uwagę i o tym, dlaczego podjęła (z naciskiem na jej odpowiedzialność) taką a nie inną decyzję. Po tej rozmowie w ogóle nie musiałem się zbierać. Fakt, świadomość, że „mogło mnie nie być” nie jest specjalnie miła, ale wiele rzeczy w życiu nie jest miłych. Ważne dla mnie było to, że rozważanie aborcji okazało się zrozumiałe, a także to, że zabieg był prawnie dopuszczalny, czyli że nie trzeba było działać pod jakimkolwiek przymusem. Mama do końca broniła praw reprodukcyjnych kobiet i takiej postawy mnie nauczyła.

2.     Społeczność Dziewuch (Ogólnopolski Strajk Kobiet, w Łodzi przy mocnym zaangażowaniu Łódzkich Dziewuch Dziewuchom)  moderuje dzisiejsze protesty pod nazwą „Słowo Na Niedzielę — Wieszak dla Biskupa!”. W ten sposób wyrażony ma być sprzeciw wobec nacisku episkopatu Kościoła rzymsko-katolickiego na polityków w sprawie projektu ustawy dotyczącego radykalnego ograniczenia praw reprodukcyjnych kobiet. Trudno mi nie uznać, że protest ten jest jak najbardziej zasadny. Mój radykalny sprzeciw budzi bowiem próba odebrania aktorom społecznym ich prawa do kształtowania tego, jak społeczeństwo wygląda i zastąpienie sprawczości obywatelek i obywateli regułami wywodzonymi z porządku pozaspołecznego. Jak przekonująco pokazał Alain Touraine, „religia nadaje treść modelowi kulturowemu” w tych społeczeństwach, które w najmniejszym stopniu oddziałują same na siebie (samokształtują się). Religia wspiera tam dominujący porządek, a więc także utwierdza hegemonię dominujących klas (o taką hegemonię dla polityków prawicowych od dawna zabiegało wielu funkcjonariuszy Kościoła, wspierały te dążenia społeczności skupione wokół Tadeusza Rydzyka, wydaje się również, że w zgodzie z tą logiką, PiS boi się dzisiaj nie tyle opozycji, ile odpływu poparcia ze strony środowisk prawicowo-narodowych, o czym pisze Anna Mierzyńska w oko.press). Nie to jednak uwiera mnie najbardziej.

3.     Najbardziej uwiera mnie to, że dzięki takim a nie innym działaniom Kościoła bioetyka staje się w Polsce czymś na wskroś karykaturalnym. Teren sporów, w którym wysuwane są poważne argumenty (pisała o tym zajmująco Barbara Chyrowicz) zamienia się w wojnę prowadzoną nie na trzeźwo i angażującą głównie emocje. A jak w każdej wojnie, mamy wrogie obozy oraz cywilne ofiary walki. Polityczne naciski Kościoła, który wspiera skrajne projekty ustaw, prowadzą do utrwalania w społeczeństwie przekonania, że aborcja jest z definicji mordowaniem człowieka i powinna być zakazana. Reakcję stanowi pogląd, że aborcja jest sprawą wolnej decyzji kobiety, co do własnego brzucha. Ofiarami cywilnymi są Ci wszyscy, dla których moralność nie jest grą zero-jedynkową, a także te, których nacechowany skrajnymi emocjami dyskurs funduje większą lub mniejszą traumę. Ostatecznie przegranym z tej wojny wyjdzie całe społeczeństwo, które pozostanie nieczułe na problemy, na które natyka się każdy, kto traktuje moralność na serio.

4.    Konsekwentny i pryncypialny sprzeciw wobec działań Kościoła i środowisk prawicowych powinien być również sprzeciwem wobec czynienia z bioetyki karykatury. To oznacza także sprzeciw wobec redukcji zagadnień związanych z aborcją do hasła, że „mój brzuch to moja sprawa”. Czas wypłynąć poza Cieśninę Mesyńską, gdzie czyhają Scylla sojuszu ołtarza i tronu oraz Charybda naiwnego feminizmu liberalnego. Jak to zrobić?

5.     Nie przedstawię tu wyczerpującego katalogu strategii czy problemów, które warto zastosować. Zasygnalizuję tylko trzy — w moim odczuciu bardzo istotne — sprawy.

Po pierwsze, należy jasno wiązać prawa reprodukcyjne z kwestiami społecznymi takimi jak bieda, nierówności, dostęp do żłobków i przedszkoli, stosunek pracodawców do pracownic w ciąży i matek z małymi dziećmi itd., itp. Nie da się również nie brać pod uwagę jak dobrostan psychiczny i fizyczny kobiety oraz jej rodziny (od mierzenia się z bólem i traumą, gdy patrzeć się będzie na cierpienie i śmierć dziecka skazanego na śmierć w wyniku konieczności donoszenia ciąży z poważnymi wadami, po śmierć kobiety w połogu czy skazanie jej na poważny uszczerbek na zdrowiu, jak miało to miejsce w przypadku Alicji Tysiąc).

Po drugie, należy podnosić problematyczność spraw bioetycznych w sposób niefundamentalistyczny, to znaczy pokazywać, że pewne problemy etyczne nie znajdują jednoznacznego rozwiązania. W odróżnieniu od języka religii i polityki znakomicie sprawdza się w takiej roli język sztuki. Jako przykład mogę wskazać fotogramy Helen Chadwick z serii Unnatural Selection, poruszające problemy związane z zapłodnieniem in vitro.

Po trzecie, należy wymagać rzetelnej edukacji (bio)etycznej, seksualnej i — szerzej — humanistycznej. Zadaniem takiej edukacji jest między innymi kształtowanie wrażliwości na różnorodność systemów moralnych i etycznych, umiejętność formułowania zasadnych i zrozumiałych argumentów na rzecz własnego stanowiska oraz rekonstruowania argumentów wysuwanych przez inne osoby, krytycznego podejścia do tradycji i historii, pojmowania, jak ważne jest dostrzeganie krzywd, które w imię prawa, moralności czy Boga zadaje się drugiemu człowiekowi. Pisze o tym wszystkim Martha Nussbaum w zajmującej książce Nie dla zysku. Dlaczego demokracja potrzebuje humanistów. Swoją drogą — pozwolę sobie otworzyć nawias — łatwo zrozumieć, dlaczego neoliberalizm tak niechętnie patrzy na humanistykę, a działalność naukową wiąże bezpośrednio w biznesem i rynkiem (myślę tu, między innymi, o ustawie projektowanej przez Jarosława Gowina). Często gęsto konserwatywne zaplecze światopoglądowe neoliberałów, zwanych wtedy neoconami, układa im świat zero-jedynkowo, wolności i kreatywności pozostawiając sferę rynku. Ale humanistyka nie jest potrzeba również bardziej socjalnym konserwatywnym ideologiom — tam sprowadza się do określonej polityki historycznej i tożsamościowej, kształtującej obywatelki i obywateli według jednego wzorca.

6.    Jako uczestnik protestów organizowanych przez Dziewuchy (OSK+) wiem, że poruszają one i sprawy socjalne, i walczą o prawa innych społeczności, choćby LGBT+. Dlatego z pełnym przekonaniem popieram dzisiejszy wieszakowy protest. Czy będzie skuteczny? Będę rad, jeśli dzięki działaniom Dziewuch bioetyka z jej złożonością pojawi się w świadomości społecznej w sposób choć trochę mniej nietrzeźwy niż dotąd.