sobota, 30 maja 2015

LIBERALIZM PRZECIW POLSKIEMU LIBERALIZMOWI, KILKA SŁÓW O IDEI

Ekonomista nie może twierdzić że posiada specjalną wiedzę, która kwalifikuje go do koordynowania wysiłkami innych specjalistów. Co może twierdzić to jedynie to, że jego zawodowe borykanie się z wszechobecnymi sprzecznościami interesów uczyniło go bardziej wrażliwym niż kogokolwiek innego na fakt, że żaden umysł nie jest w stanie posiąść całej wiedzy, która kieruje działaniami społecznymi, oraz o wynikającej stąd potrzebie pewnego bezosobowego mechanizmu, niezależnego od ludzkich sądów, koordynującego indywidualnymi wysiłkami ludzkimi.

[Friedrich von Hayek]

I.

Każda osoba powinna mieć równe prawo do jak najszerszego całościowego systemu równych podstawowych wolności, dającego się pogodzić z podobnym systemem dla wszystkich.

Nierówności społeczne i ekonomiczne mają być tak ułożone aby:
były z jak największą korzyścią dla najbardziej upośledzonych
były związane z dostępnością do urzędów i stanowisk dla wszystkich, w warunkach autentycznej równości szans.
[John Rawls]

Wszyscy, na ile to możliwe, powinni otrzymywać za swą pracę tyle, by móc zaspokajać wszelkie konieczne potrzeby i korzystać z wielu wygód życiowych. Nikt nie może wątpić, że taka równość najlepiej odpowiada ludzkiej naturze 
i mniej obniża jakość życia [ happiness ] bogatych, niż podwyższa jakość życia biednych. Zwiększa ona również siłę państwa i sprawia, że wszelkie nadzwyczajne obciążenia i podatki będą płacone z większą ochotą. Tam, gdzie bogactwa są w posiadaniu nielicznych, muszą oni partycypować w dużym stopniu 
w dostarczaniu tego, co jest konieczne dla społeczeństwa. Ale gdy bogactwa są rozproszone wśród bardzo wielu obywateli, ciężar przypadający na barki każdego z nich odczuwany jest jako mniej dokuczliwy, a podatki nie powodują zbyt odczuwalnej różnicy w ich stylu życia.

Należy dodać, że skupienie bogactwa w rękach nielicznej grupy ludzi musi prowadzić do przejęcia przez nich całej władzy; będą oni wtedy zmawiać się, by nałożyć cały ciężar na biednych i uciskać ich jeszcze bardziej, zniechęcając do wszelkiej przedsiębiorczości.
[David Hume]

II.

Każdy przypadek przymusowej redystrybucji bogactwa i dochodu, bez względu na kryteria na jakich się opiera, oznacza zabranie czegoś jednym – tym, którzy coś posiadają – i przekazanie tego drugim – nieposiadającym. W takiej sytuacji motywacja do tego, żeby stać się posiadającym maleje, a motywacja do tego, żeby zostać nieposiadającym wzrasta. To, co posiadający ma, jest z zasady czymś „dobrym, a to, czego nieposiadający nie ma – czymś złym albo brakiem. Na tym polega istota każdej redystrybucji: niektórzy mają za dużo dobrych rzeczy, a inni za mało. Każdy więc rodzaj redystrybucji sprawia, że ludzie będą produkowali mniej jednostek dobra, a coraz więcej jednostek «zła», mniej doskonałości, a więcej niedostatku. Subsydiowanie osób, które są w biedzie spowoduje więcej biedy. Subsydiowanie bezrobotnych spowoduje, że pojawi się jeszcze więcej bezrobotnych. Subsydiowanie samotnych matek doprowadzi do tego, że będzie więcej samotnych matek itd.

[Hans Herman Hoppe]

Podstawową zasadą społeczną etyki absolutnej jest założenie, iż tak jak życie jest celem samym w sobie, tak każda żywa istota ludzka stanowi cel sam w sobie, a więc nie może być środkiem do celów czy dobrobytu innych, z czego wynika, że „osiągnięcie własnego szczęścia jest najwyższym moralnym celem człowieka.

[Ayn Rand]

Istnieją tylko ludzie, konkretni ludzie i ich indywidualne życie. Kiedy poświęca się kogokolwiek dla dobra innych, wykorzystuje się go, a korzyść odnoszą inni.(...) Kiedy mówi się o jakimś ogólnym dobru społecznym, jedynie maskuje to sytuację.

[Robert Nozick]

Powinien istnieć elastyczny rynek pracy, nie za duża ochrona przez zwolnieniami, by przedsiębiorstwa chciały zatrudniać. Najlepiej, żeby nie było płacy minimalnej lub przynajmniej by nie była zbyt wysoka, gdyż wówczas część najniżej kwalifikowanych pracowników nie znajduje pracy. I oczywiście jak najmniejsze obciążenia podatkowe i regulacyjne, które mogłyby zniechęcać pracodawców do tworzenia miejsc pracy.


[Leszek Balcerowicz]

III.

Trudno uwierzyć, że cytaty z obu grup reprezentują poglądy nazywane liberalizmem. 
Trudności te mnie nie dziwią, dziwi mnie natomiast poziom manipulacji ideami filozoficzno-polityczno-gospodarczymi, który dokonał się w Polsce po 1989 r.

Eksperci, politycy, dziennikarze przekonali nas, że liberalizm do doktryna reprezentowana przez Leszka Balcerowicza, Ryszarda Petru czy (sic!) Janusza Koriwn-Mikkego.
Nie nauczono nas także, że takie same słowa - jak choćby wolność, wolny rynek itd. - mogą w istocie oznaczać różne rzeczy.
Gdy czytam w prasie, że Nowoczesna PL - wspólny twór Petru i Balcerowicza - to formacja liberalna czuję niepokój. Palpitacji dostaję w momencie, gdy uważa się tę formację za nową jakość na polskiej scenie społeczno-politycznej. Ani Balcerowicz, ani Petru nie są żadnymi nowymi twarzami. Tak samo jak nie ma nic nowego w ich doktyrynie. Colin Crouch w książce The Strange Non-Death of Neo-liberalism wykazuje, że Polska, obok USA, najpełniej wcieliła w życie zasady neoliberalizmu, promowane u nas przez Balcerowicza. 
W efekcie zmian odczuwamy krach kultury, sypie się szkolnictwo wyższe, prekariat pracuje na śmieciówkach. Sam neoliberalny model ekonomii i tzw. Konsens Waszyngtoński zbierają zasłużone cięgi. Balcerowicz i Petru zaś - pod prąd temu, co o ekonomistach mówił von Hayek - nie przyjmują do wiadomości jakichkolwiek krytyk, promując w niezmienionej zasady, które się nie sprawdziły.

IV.

Nie mam wątpliwości, że Polsce potrzeba dobrego liberalizmu, tak jak potrzeba dobrej lewicy. Przy czym musimy sobie zdać sprawę, że to, co w Polsce nazywa się liberalizmem, jest zasadniczo libertarianizmem czy neoliberalizmem. Termin libertarianizm w sumie się u nas nie przyjął, funkcjonuje raczej w wąskim kręgu specjalistów. Termin neoliberalizm nabrał zabarwienia głównie gospodarczego. Liberalizm zaś wszedł do słownika na oznaczenie doktryny społecznej, antropologicznej i ekonomicznej, stając się w u nas odpowiednikiem liberatarianizmu.

W mocy pozostają pytania zadane przez Andrzeja Szahaja: "jak było możliwe zdominowanie liberalizmu przez orientację, która wobec jego głównego nurtu stanowiła oczywistą aberrację? Jak można było dopuścić do kompromitacji idei, która stanowiła jedną z najcenniejszych w naszym dziedzictwie kulturowym? Dlaczego ci, którym bliskie były ideały liberalne pozwolili na zmonopolizowanie sposobu myślenia o liberalizmie (doktrynie wewnętrznie bogatej i zróżnicowanej), tym, którzy reprezentowali tylko jedną, uproszczoną jego wersję?".

Nie sądzę przy tym, by adresaci tych pytań kiedykolwiek uczciwie stawili im czoła - Balcerowicz stanowi dla mnie jaskrawy przykład najgorszej antynaukowej tradycji, tj, całkowitego zamknięcia na jakąkolwiek krytykę. Tyrady, rzekomo odpierające głosy oponentów, od dawna nic już nie wnoszą do sprawy.

V.

Demokracja potrzebuje pluralizmu idei i potrzebuje debaty.
Jest w niej miejsce dla libertarian, ale i dla liberałów. Dla ludzi różnie zorientowanej prawicy i lewicy. Trzeba tylko zachować elementarną ideową uczciwość. Na Zachodzie libertarianizm skompromitował się skutecznie, szyld liberalizmu stał się u nas zatem podwójnie wygodny. Skoro jesteśmy kimś innym, to krytyka i kompromitacja nas nie dotyczą. 
W takich warunkach nie da się rzeczowo dyskutować.

Neutralność światopoglądowa państwa, prawo do własnego stylu życia, minimalizacja ingerencji państwa w działalność człowieka, swoboda ekresji i wolność słowa, ale także układanie nierówności państwowych z uwzględnieniem interesu najbardziej upośledzonych, wyrównywanie szans, aby równy start nie był tylko metafizycznym założeniem, popieranie związkowości (antyzwiązkowa retoryka libertarian, widoczna choćby u Henryki Bochaniarz, dobrze pokazuje problemy tego stanowiska z wartością swobodnego zrzeszania się - Jurgen Habermas podkreśla, że swoboda stowarzyszenia jest jednym z mechanizmów przeciwdziałania ideologicznemu dyktatowi i stanowi rdzeń demokracji liberalnej), ułatwienia dla prywatnej przedsiębiorczości niezwiązane z zamianą pracowników w tanią siłę roboczą - to idee mi bliskie. I liberalne.
Tych brakuje mi w naszym myśleniu o państwie. 

czwartek, 28 maja 2015

LIST OTWARTY DO JERZEGO ZELNIKA

Szanowny Pan
Jerzy Zelnik

Zwracam się z prośbą o wyjaśnienie, skąd czerpie Pan wiadomości na temat metody in vitro.
Czy jako osoba publiczna pryncypialnie oceniająca zjawiska światopoglądowe odmienne od własnego posiada Pan wykształcenie medyczne, biologiczne, genetyczne czy etyczne? Jakie prace z zakresu bioetyki legitymizują Pana perspektywę jako jedynie słuszną? Jakie badania statystyczne potwierdzają formułowaną przez Pana tezę?
Chciałbym także dowiedzieć jakie badania naukowe potwierdzają skuteczność tzw. naprotechnologii, która jest raczej formą psychoterapii niż leczeniem bezpłodności?

Chciałbym również dowiedzieć się, jakie stanowisko etyczne Pan przyjmuje i jakie zasady tworzące to stanowisko pozwalają na (a) piętnowanie dzieci poczętych in vitro, (b) podawanie Pana opinii jako faktów bez posiadania stosownych kompetencji, (c) ukuwanie grubych tez, które lekceważą choćby fakt, że także wśród dzieci poczętych naturalnie rejestrujemy dzieci chore?


Choć s. Barbara Chyrowicz podtrzymuje katolickie nauczanie na temat in vitro stać ja na rzetelną intelektualnie analizę zagadnienia. Przytoczę choćby takie fragment jej książki Bioetyka. Analiza sporu: „Metody wspomaganej prokreacji są procedurą znacznie bardziej złożoną, ponieważ bardziej złożony jest sam proces powstawania nowego życia: zaangażowane jest weń zarówno działanie rodziców (współżycie), jak i funkcjonowanie natury (procesy fizjologiczne prowadzące do powstania nowego życia). Kierowany pod adresem metod wspomaganej prokreacji zarzut „nienaturalności”, pozbawiony jakiegokolwiek komentarza, jest jednak z góry skazany na nieporozumienia, ponieważ „naturalnym” można tutaj nazwać zarówno ludzkie działanie, czyli współżycie rodziców, jak i funkcjonowanie organizmu, to jest połączenie gamet prowadzące do powstania pierwszej komórki nowego organizmu”.
„Jeśli jednak przyjmiemy, że współżycie rozumnych i wolnych istot prowadzące pośrednio do poczęcia nowego życia to jedynie fizjologiczny proces, podob­nie jak proces odżywiania, krążenia czy oddychania (czyli poprzestaniemy na jednym tylko jego wymiarze), to sposób, w jaki dochodzi do poczęcia (wspomagany działaniem służb medycznych czy też nie), nie będzie miał z moralnego punktu widzenia żadnego znaczenia, o ile tylko wspomaganie organizmu nie wiąże się ze wspomnianym już wyżej zagrożeniem dla życia i zdrowia. Niby dlaczego bowiem nie mielibyśmy wspomagać fizjologii organizmu? Odżywianie przecież wspomagamy!
Ograniczenie współżycia seksualnego ludzi jedynie do płaszczyzny fizjologii wydaje się jednak nieporozumieniem. Najpierw dlatego, że u rozumnych i wolnych istot współżycie nie jest tylko odruchem, jest działaniem – ludzie podejmują decyzję, czy chcą, czy też nie chcą ze sobą współżyć, a ich działanie podlega moralnemu wartościowaniu. Nie ocenia się – rzecz jasna – fizjologii, określa natomiast warunki, w których ten sam fizyczny przebieg działania może mieć różną ocenę moralną. Zdrada małżeńska, gwałt lub prostytucja oceniane są negatywnie, mimo że pozostają działaniami jak najbardziej „naturalnymi”, w sensie: typowymi dla gatunku. Kiedy natomiast powiemy, że naturalne dla rozumnych i wolnych istot jest podejmowanie współżycia jedynie wtedy, gdy dzieje się to za aprobatą obu stron i zakłada między nimi głębszą więź, oznacza to już przyjęcie określonego wartościowania. „Naturalny” będzie wtedy znaczyło tyle, ile odpowiadający naturze rozumnej istoty kierującej się określonym systemem wartości. Na pytanie: „Niby dlaczego mielibyśmy go przyjąć?”, możemy wówczas odpowiedzieć: ponieważ odpowiada on specyfice ludzkiego bytu. „Nienaturalnym” można by wówczas konsekwentnie nazwać współżycie polegające jedynie na zaspokojeniu popędu seksualnego, mimo że będzie ono jak najbardziej naturalne pod względem biologicznych uwarunkowań”.

Jak Pan ustosunkuje się do tych cytatów?

Z szacunkiem,

Marcin M. Bogusławski 


poniedziałek, 25 maja 2015

CZAS NA PRACĘ U PODSTAW

Wystarczą mi cztery powody, by uznać zapowiadane sondażowo zwycięstwo Andrzeja Dudy za niedobre dla demokracji:

1. Atak Dudy na Bronisława Komorowskiego za Jedwabne. Doskonale widać w nim było politykę historyczną, w której fakty wypadają gorzej niż ideologia. Uderzanie w nuty narodowościowe i antysemickie (bo w końcu do tego, sprzyjania Żydom przeciw Polakom i Polsce daje się sprowadzić ten argument) dyskwalifikują Dudę dokumentnie. 

2. Odwoływanie się do nauczania JPII jako niekwestionowalnego autorytetu etycznego. Jest to szczególnie niebezpieczne w kraju, w którym lekcje etyki ciągle należą do rzadkości, a JPII uległ hiperkanonizacji w każdej części swojego życia. Warto pamiętać, że nauczanie papieskie jest zobowiązujące tylko dla katolików, a i tak nauczanie zwykłe podlega debacie. W kontekście państwa Karol Wojtyła jest co najwyżej jednym z etyków, a wszystkie jego propozycje podlegają krytyce i deliberacji. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Barbara Chyrowicz, która formułując własne, tak czy owak katolickie stanowisko, wskazuje odmienne perspektywy i pokazuje, w jakich punktach perspektywy te się rozchodzą. Co ciekawe, bardzo krytycznie podchodzili do publikacji Wojtyły jego koledzy z KUL, którzy po wyborze go na papieża zaczęli pisać tę "intelektualną historię" w nowy sposób (!).

3. Frywolna wyobraźnia - bowiem obietnice wyborcze Dudy są nie do zrealizowania. Ani finansowo, ani, jak sądzę, prawnie. Prezydent nie jest bowiem kanclerzem RP a jego pole manewru dość restrykcyjnie wyznacza Konstytucja. Być może zresztą będzie szło o pozorowanie zmian - jak celnie wyrażono to w serialu Ranczo: reformy zawsze wypadają gorzej niż obietnice, nie wolno zatem ich realizować, żeby nie odbierać ludziom nadziei.

4. Wyjątkowo paskudna sytuacja zawodowa Dudy. I jego buta w informowaniu, że UJ nie musi wiedzieć, gdzie zatrudniał się będąc na urlopie bezpłatnym, bo w tym okresie nie działają przepisy regulujące działanie szkolnictwa wyższego. 

Wybór Dudy na prezydenta jest jednak fatalną prognozą, a nie końcem świata. Póki co, jako prezydent, nie będzie prowadził polityki PiS. Co prawda może wygłaszać ideologiczne mowy i grać na nerwach rządzącym, ale stanowienie prawa jest w rękach innych niż PiS.
Gorzej, jeśli na jesień prawica sięgnię po władzę.

Jestem skłonny sądzić, że wygrana Dudy jest czerowną kartką pokazaną PO. 
Ludzie mają dość "polityki ciepłej wody z kranu", mamienia obietnicami, wewnętrznego rozsadzania państwa. I mają rację. Pytanie tylko, czy ponowocześnie narodowo-socjalistyczny* PiS stanowi jakąkolwiek alternatywę? I gdzie tej alternatywy szukać?

Tym, co najbardziej wstrząsnęło mnie w trakcie tych wyborów, to jawne poparcie Dudy przez ludzi SLD.
Dokonało się to pod egidą frustracji i niechęci do PO. Jak donosi mi FB moim znajomi SLD-owcy liczą, że rozpoczęte zmiany dopełnią się na jesieni. Co znaczy - po (samo)bójczych zachowaniach Leszka Millera - że środowisko SLD przynajmniej w części nie wyklucza koalicji z PiS. 
Przy całej mojej niezgodzie na sytuację w kraju nie umiem zrozumieć mariażu lewicy i Dudy/PiS. Ekonomia to kwestia ważna - nie mam co do tego wątpliwości. Ale czy w imię ekonomii można popierać perspektywy ponowoczesno-narodowo-socjalistyczne? Kult specyficznie rozumianej polskości, ksenofobię, etyczne wstecznictwo? Preparowanie wyjątkowej na skalę świata smoleńsko-katolickiej fundamentalistycznej religijności? 
Jeśli tak, to na czym polegać ma lewicowe z gruntu stanie po stronie zmarginalizowanych? Wykluczonych? Pozbawionych pełnego uczestnictwa w życiu społecznym i pełnej równości prawnej?

Zakończone wybory utwierdziły mnie także w przekoaniu, że świadomość obywatelska Polaków jest kiepska, wyjątkowo kiepska. Kupowanie obietnic bez pokrycia jest możliwe wtedy, gdy nie zna się porządku prawnego, a kwestie ekonomiczne czy społeczne okazują się zbyt trudne. 
Jako dydaktyk wielokrotnie zderzam się z wyznaniami studentów, że nie znają Konstytucji RP. Czytali wprawdzie fragmenty na zajęciach, ale nie pamiętają o czym były. Młodzi Polacy nie znają też Deklaracji Praw Człowieka i dokumentów pokrewnych. 
Co zatem - poza manipulacją emocjami i życiowymi niedogodnościami motywuje ich wybór? 
I czego, poza dogmatyczną wizją porządku państowego sprzedawaną na katechezą uczy ich szkoła?

Czas na nowy pozytywizm i nową pracę u podstaw. Na rzetelną dyskusję nad porażką konsensu waszyngtońskiego. Nad wieloletnią strategiczną polityką kraju. Nad porblemami rozmaitych grup wykluczonych.
Czas na lekcje Konstytucji, prawa, obywatelskości.
Czas na silne ruchy na scenie politycznej.

Tylko czy mejstrimowi będzie się chciało?
A mejstrimowe media zajmą się tym, co dzieje się poza nurtem płynącym na Wiejskiej???

*Myśli skupionej wokół narodu i programu socjalnego ekonomicznie nie da się, moim zdaniem, utożsamić z programem III Rzeszy. Zaznaczam to, żeby odciąć się od traktowania frazy narodowo-socjalistyczne jako synonimu nazizmu. Aby tę różnicę wyakcentować dodatkowo wprowadzam dookreśleniee "ponowocześnie narodowo-socjalistyczna". 

czwartek, 21 maja 2015

NAUKA, SZTUKA I STRAŻNICY KONSTYTUCJI

Przedwyborcze emocje sięgają apogeum. 
Czytając teksty i internetowe komentarze, słuchając dzienników radiowych i telewizyjnych odnoszę wrażenie, że będziemy wybierać wodza i kanclerza, od decyzji którego realnie zależy los Polski i świata. Chęć objęcia urzędu jest tak dużą, że obaj kandydaci prześcigają się w czarnym PR wyciągając Jedwabne (paskudna zagrywka!), etaty na uczelniach, grzeszki młodości opozycyjnej czy zależności od partyjnych bonzów. 
Pewnie trzeba i tego, tym bardziej, że o tym i owym opinia publiczna mogła się w końcu dowiedzieć. 
Zbyt mało debatuje się jednak o państwie, perspektywach, celach. I o tym, co dla urzędu prezydenta najważniejsze - o Konstytucji. Ta pojawia się zasadniczo tylko wtedy, gdy postuluje się zmiany w jej treści. A szkoda.

Skoro podkreśla się bowiem, że prezydent jest strażnikiem konstytucji, na usta ciśnie się wiele trudnych pytań. Choćby o tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy. 

Pytałem swego czasu ministra Arłukowicza, czy jego pomysł na rzekome uzdrowienie sytuacji w służbie zdrowia nie narusza zapisów konstytucyjnych, choćby o równym dostępie pacjentów do świadczeń zdrowotnych. Zbyto mnie pismem gładkim w słowach i nijakim w treści, a problem powrócił. Naczelna Izba Lekarska zaskarżyła przepisy do Trybunały Konstytucyjnego. 
Jestem ciekaw, co myślą o tej kwestii obaj kandydaci, z których jeden jest urzędującym "strażnikiem konstytucji".

Od wczoraj nurtują mnie z kolei dwa artykuły Konstytucji. 
Art. 73 stanowi:
"Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury.

Art. 54 mówi z kolei:
"1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

Art. 73 czytam przy tym - idąc tu za najbardziej rozpowszechnionym stanowiskiem w ramach doktryny - w kontekście art. 54. Oznacza to, m. in., że wolność badań naukowych i ich ogłaszania, wolność nauczania i wolność twórczości artystycznej są dla mnie obszarami o przyznanej wyjątkowej autonomii, nie mogą bowiem być rozwijane "pod dyktando władz publicznych" (Leszek Garlicki). Do tego wolności wyrażone w art. 54 uznaję (w kontekście art. 14) za konstytucyjne zasady podstawowe.

W tym kontekście warto by pytań kandydatów o limitacje swobód wyrażonych w art.art. 73 i 54, o których - wprawdzie nie w stacjach telewizyjnych głównego nurtu - coraz głośniej.

Myślę tu choćby o sytuacji szkolnictwa wyższego, które podlega w Polsce wyjątkowo brutalnej korporyzacji. Jednym z jej elementów jest pomysł definitywnego powiązania uczelni z biznesem i systemem grantowym, przy bardzo niskim udziale PKB w finansowaniu nauki. Powoduje to istotne konsekwencje dla wolności badań i wolności publikowania ich wyników. Naukowcy poświęcają się temu, na co w danej chwili mogą dostać pieniądze. Pod kątem przyznania (lub nie) grantu czy dotacji z biznesu snują także naukowe plany. A przecież nie zawsze jest tak, że to, co istotne dla biznesu, jest istotne dla rozwoju nauki i kultury. Istnieją również pokaźne obszary kulturowo ważne, które egzystują obok tego, co ważne biznesowo. Dalej: podmioty finansujące zainteresowane są często wykorzystaniem wyników badań do własnych celów, co powoduje, że efekty badań nie mogą być swobodnie dystrybuowane w świecie nauki. Wciąż makabrycznie nieczytelne warunki przyznawania grantów, a także spektakularne wolty w trakcie gry powodują, że da się wysnuć jeden wniosek: nauka, poza biznesem, działa pod dyktando władz publicznych. Koniec kropka. Ciekaw jestem, co na to Bronisław Komorowski?

Obok tej limitacji, nazwijmy ją dla wygody "neoliberalną", od zawsze grozi nam narzucenie jedynie słusznej perspektywy moralnej i światopoglądowej. Skoro Andrzej Duda wie, czym jest godność człowieka, skoro uważa, że wg współczesnej nauki homoseksualizm to anomalia, skoro JPII to dla niego bezapelacyjny głosiciel niepodważalnych prawd moralnych, ciekaw jestem, jak widzi wolności z art.art. 73 i 54?

"Rynek oświatowy opanowała ukryta prywatyzacja. Zdumiewające, że choć mamy w ustawie o oświacie jasno sformułowane cele i wartości kształcenia, podstawy programowe kształcenia ogólnego i zawodowego, określające, czego każdy przedmiot ma nauczyć, nasz system podporządkowuje edukację procesom kluczowym dla funkcjonowania gospodarki rynkowej. Staje się narzędziem władzy wspomagania tych procesów. Przenosi do sfery edukacji publicznej rozwiązania znane z firm, koncernów, zobowiązujące do pilnowania efektywności, optymalizacji kosztów i zysków. Innymi słowy jakość polskiego szkolnictwa mierzy się unijnymi wskaźnikami, które warunkują, gdzie trzeba zaoszczędzić, ograniczyć środki z budżetu, ciąć etaty. Weryfikuje się, na jakim poziomie jest młode pokolenie w 15. roku życia. Bo to jest etap fundamentalnej alfabetyzacji. Wszystko po to, by stymulować wzrost produkcyjności edukacji. Jak w chińskiej fabryce, taniej i więcej, jakość to rzecz wtórna.

Bardzo podobnie jest z "rynkiem kulturalnym". 
Choćby teatry zmusza się do szukania źródeł finansowania w otoczeniu publicznym, uzależnia się ich działalność od "sprzedawalności biletów", na główny plan wysuwa się kompetencje ekonomiczne dyrektorów-menedżerów i racjonalizację zatrudnienia. Idą za tym, siłą rzeczy, ceny biletów, kształtowanie repertuaru według gustu, który przy kiepskiej organizacji szkolnictwa artystycznego, bywa różny, niechęć do eksperymentu, nowatorstwa. A także sensownego wykorzystywania potencjału artystycznego zespołu (umowy-zlecenia czy umowy czasowe pozwalają na rotację, znoszą konieczność zapewnienia zespołom szans na rozwój, widać do w łódzkiej operze, w której dyrekcja obywała się bez pedagogów wokalnych).

Kiepska edukacja artystyczna, obniżający się poziom szkolnictwa wyższego oraz głoszenie haseł, że to odbiorcy w swojej masie decydują czy dane dzieło jest dobre czy złe prowadzą do destrukcji świata sztuki. 
Mimo że jestem świadom braków instytucjonalnej teorii sztuki, nie znam lepszej perspektywy dla dyskusji o sztuce. Choćby w aspekcie prawnym (wszelkie odwołania do indywidualnych preferencji estetycznych czy podejścia esencjalistyczne są zbyt wykluczające i zbyt niewspółmierne wobec tego, co w sztuce się dzieje - weźmy przykład procesu, w którym ekspertem są filozofowie sztuki z KUL, dla których sztuka nowoczesna jest anty-estetyką, co napiszą w ekspertyzie???). 
Teoria instytucjonalna mówi - w dużym skrócie - tyle, ze coś jest dziełem sztuki o tyle, o ile za takie uznaje je świat sztuki - historycznie zmienny, ale uchwytny, złożony z osób pełniących określone kompetecyjne funkcje - z artystów, krytyków sztuki, marszandów, kuratorów, reżyserów itd. itp. Jeśli ten świat sztuki skrajnie zdemokratyzujemy, uznamy, że każdy jest tak samo kompetentny do oceny zjawisk artystycznych, tracimy grunt, bazę, pozwalającą nam na przyznawanie czemuś statusu artystycznego. Kompetencje w tej mierze należą do wszystkich, a więc do nikogo.
Boję się tego, jak ognia, bo widzę - choćby w operze - że wystarczy kilka koloratur i jedno trzykreślne es, albo dobry PR, by coś miałkiego stało się wydarzeniem.
Zanik kompetencji w odbiorze sztuki wynikający m. in. z braków edukacyjnych może być źródłem ograniczenia wolności sztuki. Autocenzury. Unikania nowości i kontrowersji. Promowania sprzedawalnej tandety, bo nikt niczego nie umie ocenić (ani dyrektor, który jest menedżerem, anie znawcą, ani publiczność, bo nikt jej nie przygotował, ani zewnętrzny ekspert, bo zespół go nie chce, choćby dlatego że ma zleconą misję z zewnątrz).
Skrajnie niebezpieczne jest także reglamentowanie sztuki podług światopoglądowego widzi mi się. Co kandydat Duda powiedziałby na temat protestów przeciw Golgota Picnic? Czy jego jednoznaczne preferencje światopoglądowe dają się pogodzić z konstytucyjnymi wolnościami?

Pytań, problemów, kontrowersji - choćby związanych z wolnym dostępem do dóbr kultury - jest znacznie, znacznie więcej. Z chęcią bym o to pytał kandydatów na strażników Konstytucji.
Zamiast tego, pewnie znów utkniemy na poziomie personaliów. 

niedziela, 17 maja 2015

HOMOFOBIA - NIENAWIŚĆ DO CZŁOWIEKA

Bywam pogodny. Ale bywam też niespokojny, zniecierpliwiony, smutny. 
Bywa, że emocje biorą nade mną górę, ironia staje się zbyt dotkliwa, mówię o jedno słowo za dużo.
Lubię się zachwycać, poddaję się pięknu i ufam tym, którzy je przekazują.
Nie znoszę krytykować i każdą dokonaną krytykę odchorowuję. Bo bywa jednak, że jest potrzebna i w dobrej sprawie.
Jestem opiekuńczy, ale nie zauważam niekiedy, że za bardzo. 
Bywam za mało empatyczny. Uciekam w siebie, gdy coś mnie przeraża.
Bywa, że trownię czas, bo nie umiem znaleźć motywacji do działania. 
Dla kulturowych norm jestem za gruby, przez co nie wierzę, że mogę się podobać.
Lubię gotować i lubię jeść.
Nie mam swojego kandydata w wyborach prezydenckich - odstraszają mnie obaj.
Jestem lojalny. 
Jestem idealistą 
- nie raz broniłem godności swojego miejsca pracy, mimo że w hierarachii stopni jestem najniżej. 
- nie raz pisałem o narusznaej godności artystów, ateistów, biseksualistów, "innych".
Śmieję się i złoszczę. Aktywnie działam i przesypiam stres. 
Mam zgrabne nogi i chude ręce. I chorobę gastrologiczną, która bywa krępująca.
Jestem z poglądów lewicujący, ale inaczej, niż w polskim mejstrimie. Nie nabieram się choćby na lewicę, która jest ekonomicznie liberalna. I nie umiem zrozumieć, na czym w tym przypadku polega lewicowość.
Jestem patriotą, ale nie kupuję marytrologii. I boję się religii smoleńskiej.
Bywam zasadniczy i cenię pojęcie obowiązku.

Zwyczajnie - jestem człowiekiem. 
Zbiorem cech, workiem emocji, siatką poglądów. Za jedne można mnie lubić, za inne nienawidzieć.
Od indywidualnych preferencji zależy, które okażą się ważniejsze.
Część mnie znam tylko ja sam. Tych nie da się ocenić "z zewnątrz".

Dlaczego zatem najważniejsze ma być to, że duchowo-erotyczna miłość wiąże mnie z mężczyzną?
Dlaczego jeden z kawałków mnie ma definiować mnie całego?
Dlaczego lojalność, troska, poświęcenie, kłótnie, czułość, milczenie - to, co zna z codziennego życia tysiące heteroseksualnych związakó - ma być w moim przypadku inne, gorsze, grążące barbarzyństwem i zniszczeniem kultury? 

Stałem się gejem, gdy katecheta dał mi broszurkę wprowadzającą chłopca w problemy dorastania.
Przestałem być gejem, gdy zrozumiałem, że każdy człowiek jest indywiduum. Nie ma dwóch takich samych heteryków, homoseksualistów, biseksów itd. Dlatego nie ma sensu traktować się z pozycji "grup o silnej tożsamości". Wystarczy każdego traktować jak brata w człowieczeństwie. Z szacunkiem, poszanowaniem życia intymnego, z troską o równość praw i obowiązków.

Homofobia to dla mnie przede wszystkim nienawiść do człowieka. 
Albowiem człowiek zawsze wymykać się będzie wizjom czy tożsamościom, które kształtują grupy.
Homofobia to utrwalanie prekaryzacji społeczeństwa, to patrzenie z góry na bezdomnych, niechęć do Cyganów.

Homofobia to przekonanie, że społeczność jeszcze nie dorosła do tego, by traktować równo wszystkich ludzi.
Kiedyś za wcześnie było na uwłaszczenie chłopów, do których i tak trzeba było się łasić z powodu powstań.
Dziś za wcześnie jest - co dobitnie powiedział Bronisław Komorowski - na potraktowanie jak reszty obywateli osób homoseksualnych. Choć trzeba się do nich łasić, bo jest rok wyborczy.

Nie umiem być dumny ze swojej orientacji seksualnej. Ale nie umiem się jej wstydzić.
Heterycy powinni mieć tak samo.
Chciałbym być dumny z tego, kim się staję. 
Chciałbym mieć szansę naprawiania błędów, które zdarzają mi się po drodze.

Chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym nie ma heteryków, gejów, biseksów, transów, a więc w takim, w którym są ludzie. Z całym bogactwem ich indywidualnych cech i problemów. W społeczeństwie opartym o szacunek, chęć niesienia pomocy, wolnym od nienawiści.
W którym możemy się nie lubić, bez odzierania z człowieczej godności. 
I bez odbierania żyjącym inaczej szansy na samostanowienie. 

Co do miłości zaś, zamiast pytać - z kim sypiasz? wolę pytanie - jak kochasz?
Czy - mówiąc Sartre'em - kochasz także jelita? Żołądek? To, czego nie odsłoni żadne światło, a co składa się z konieczności na bycie człowiekiem?


poniedziałek, 11 maja 2015

MIT III RP I SAMOBÓJSTWO (CZĘŚCI) LEWICY

Sondażowej wygranej Andrzeja Dudy w pierwszej turze wyborów przyglądam się z niepokojem. Ale bez histerii. Bronisławowi Komorowskiemu nalezała się żółta karta. Uważam nawet, że należy mu się kartka czerwona - ale nie w ekipie, która kandyduje na urząd prezydenta w tegorocznych wyborach.
Sam oddałem wczoraj głos nieważny - wsród jedenastu osób nie było ani jednego kandydata, który reprezentowałby choć cień mnie. Czekam także na oficjalne wyniki - może tym razem ktoś przejmie się głosami nieważnymi. Zastanowi nad tym, dlaczego się je wrzuca. I pokaże, jaka faktyczna część społeczeństwa popiera jakie siły.

Większym niepokojem napełnia mnie harmider, jaki rozległ się w sferze publicznej. Jak zwykle emocje biorą górę nad analizą, sterujemy już odczuciami tryumfu, lub wywołujemy lęk. Przywołując widmo IV RP krążące nad Polską. Ta logika wozu lub przewozu skutecznie przesłania problemy, jakie trapią Polaków, Polskę, w tym nasze życie polityczne.

Czytając nagłówek tekstu, w którym straszono widmem IV RP zacząłem się zastanawiać, czy ta lepsza, III kiedykolwiek istania. Czy nie jest przypadkiem mitem, którym karmimy swoje wątłe demokratyczne siły. I dajemy się paść politycznym pasożytom. 
Owszem, nie znoszę nardodowo-katolickiej retoryki PiS, dzielenia nas na Polaków i pół-obywateli, katolików i resztę, heterosekualistów i zdegenerowanych barbarzyńców. PiS przynajmniej głosi takie poglądy jasno - wiemy, gdzie zerka i z kim zagierzga koalicje. 
PO robi wiele rzeczy "po cichu", pod dywanem. Zasłaniając się demokratyczno-liberalną retoryką. I to wydaje mi się dużo groźniejsze.

Przykłady? 

Stosunek do homoseksualistów 

te i podobne bon moty wyszły nie od ks. Dariusza Oko, ale od Stefana Niesiołowskiego. To także on podsyca lęk przed mniejszościami seksualnymi, idealnie wpisując się w język antygenderyzmu

Bartosza Arłukowicza nie niepokoi z kolei działalność ośrodka Odwaga.
W zakładce nasze podstawy na stronie Odwagi znajdujemy odesłanie do Oświadczenia Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy USA. Wydano je także w formie książkowej, opatrując taką zachętą do lektury

"Oświadczenie przynosi nadzieję osobom doświadczającym skłonności homoseksualnych. Podstawą tej nadziei jest fakt, że takie skłonności nie determinują ostatecznie człowieka w jego relacjach z innymi. Niedojrzałość emocjonalna i zaburzenia rozwojowe, leżące u podstaw homoseksualizmu, mogą być poddane terapii, prowadzącej do przełamania zakłóceń tożsamości płciowej i/lub doprowadzić do osiągnięcia wolności uzdalniającej do życia czystego zgodnie ze swoim stanem. Autorzy Oświadczenia formułują zalecenia dla środowisk katolickich, które mogą nieść skuteczną pomoc osobom dotkniętym homoseksualizmem. W swoim opracowaniu sięgają do wyników badań naukowych pochodzących zarówno ze środowisk prohomoseksualnych, jak też promujących prewencję i terapię homoseksualizmu.

Na Ośrodek można odpisywać 1 procent podatku, co nie niepokoi innych ministrów Platformy.
Arłukowicza i PO nie interesuje faktyczna działalność Odwagi, ale to, co deklaruje Ministrowi w papierach.

Stosunek do kultury
Swoisty jest stosunek PO i ich kolaicjantów do kultury. 
To wprawdzie środowiska prawicowe urządzają pikiety, protesty i wciąż szermują obrazą uczuć religijnych. 
Obok tych awantur (bo w sumie idzie o awantury) mamy do czynienia z konfliktem między zespołem Mazowsze a Marszałkiem Adamem Struzikiem. Kolejne odsłony tej sprawy - nieciekawej etycznie, ale i prawnie - śledzić można na FB.
Kiepsko wygląda sytuacja w Łodzi, by wspomnieć konflikt w TWŁ i Teatrze im. Jaracza.
Symptomatyczny brak zdecydowanej reakcji ze strony łódzkiej PO i Marszałka wyjasnił się po tym, jak poznaliśmy kontrakt Wojciecha Nowickiego związany z jego dyrektorowaniem w lokalnej operze. PO-wski marszałek w sumie nie kiwnął palcem w tej sprawie, bo inkryminowane decyzje Nowickiego są zgodne z podpisanym kontraktem. 

To PO zafundowała tancerzom zmianę przepisów emerytalnych. Teraz pracować mają do 67 roku życia. Nikt nie zająknął się o tym, że to - w ich zawodzie - raczej mało możliwe. Nikt też nie pomyślał o kwestii stystemowego zajęcia się problemem przekwalifikowań. 

Stosunek do edukacji
Po wyroku Trybunału Sprawiedliwości przeciw Polsce PO propagandowo i pozornie rozwiązała kwestie zajęć z etyki w szkolnictwie niższym. 
Fatalnie rozwiązano także sprawy edukacji seksualnej - rynek zdominowały książki Teresy Król, recenzowane przez Bogdana Chazana. Są one niewątpliwie cenne ideologicznie, co do merytoryki podnoszone są wątpliwości. Na które MEN specjalnie nie reaguje.
Osobnym problemem jest przekazywanie szkół niższych prywatnym, często kościelnym fundacjom, które nie mają skrupułów we wpisywaniu do statutów odwołań do wartości, pojęć i postaci ze sfery religii.

Dorzućmy problemy związane z ustawą o in vitro, nierealizowane obietnice dotyczące związków partnerskich, funkcjonujący nadal fundusz kościelny, niszczenie szkolnictwa wyższego (opór studentów na UW jest symptomatyczny!) by zadać sobie pytanie, czy poza retoryką i kilkoma kwestiami PO i PiS to faktycznie odrębne światy???

***
Dlaczego piszę to a propos wyborów prezydenckich?
Bo są one dla mnie busolą nastrojów społecznych, które zaważą na wyborach parlamentarnych. 
Sam prezydent może bowiem niewiele, mimo to stoi za nim społeczny mandat. Ważny społeczny mandat. (Acz, pamiętajmy, że w pierwszej turze i na Dudę, i na Komorowskiego zagłosowało najwyżej ok. 16% uprawnionych obywateli, nie znamy bowiem liczby głosów nieważnych). 

***
Rozumiem antysystemowy gest wyborców. Tyle tylko, że jest on pozornie antysystemowy. Mamy bowiem od czynienia z siłami z jednej, prawicowej, gospodarczy mniej lub bardziej neoliberalnej, bajki. 

Tym, co naprawdę mnie niepokoi, jest brat lewicowej alternatywy. A w najbliższej perspektywie być może brak lewicy w parlamencie.
Leszek Miller cynicznie odciął się od klęski Magdaleny Ogórek. Co ma być gestem po raz kolejnym potwierdzającym jego władzę w SLD. Mnie zaś prześladuje pytanie, czyim jest on koniem trojańskim? Bo wystawienie i popieranie Ogórek wygląda od dawna na działanie, które raz na zawsze ma wykończyć Sojusz, zlikwidować lewicę. I zasługuje na jakiś środowiskowy trybunał stanu. 

Nie mam wątpliwości, że w drugiej turze muszę głosować. Muszę glosować na mniejsze zło. Dla mnie jest nim Komorowski.
Ale jak długo można tak robić? Udając, że mamy do czynienia z pluralizmem i demokracją?

środa, 6 maja 2015

KRYGER, RAPPE, ANIOŁY

Nie mam cienia wątpliwości, że mieliśmy wczoraj do czynienia z prawdziwym wydarzeniem artystycznym. 
Na koncercie kameralnym w Filharmonii Łódzkiej wystąpiły Urszula Kryger i Jadwiga Rappe - dwie artystki satnowiące same w sobie nec plus ultra. Obdarzone zjawiskowo pięknymi głosami, wybitną inteligencją, zmysłem słowa. A także nieczęstą umiejętnością odsłaniania muzyki, a nie własnej obecności na estradzie. Razem tworzą One duet iście anielski, łącząc się w jakieś metafizycznej czy mistycznej unii. Rappe, obdarzona gęstym i kruczo-czarnym głosem wspaniale współbrzmi z jaśniejszymi, bursztynowymi tonami Kryger. Śpiewaczki doskonale czują się także jako partnerki - więź między nimi jest widczona, Rappe empatycznie zdejmuje także wolumen z głosu, by nie przykryć delikatniejszego, bardziej lirycznego instrumentu Kryger. 

W pierwszej części koncertu śpiewaczki zaprezentowały arie i duety z kantat Jana Sebastiana Bacha, realizowane na tle basso continuo (organy barokowe - Krzysztof Urbaniak, wiolonczela - Jakub Kościukiewicz). 
W drugiej pojawił się głównie repertuar współczesny. Rappe wykonała ciekawe Psalmy Andrzeja Kurylewicza. Następnie zaprezentowano dla duety Stanisława Moniuszki - Intende voci oraz Laudate Dominum.
Wieczór zwieńczyły Lied der Ruth Petera Ebena wykonana przez Kryger otaz Litania Stanisława Moryty, dedykowana obu śpiewaczkom.

Eben i Moryto oddziałali na mnie najsilniej. 
Pieśn Ruth jest niezwykle melancholijną, plastyczną modlitwą, w której bohaterka poddaje się w wewnętrznej ciszy wszelkim wyrokom losu. Kryger zaśpiewała ją po mistrzowsku, lekko "przydymiając" głos, który prowadziła z niezwykłym skupieniem. 
Litania z kolei to umuzyczniona modlitwa maryjna (litania loretańska), kapitalnie wykorzystująca potencjał obu spiewaczek.

Elementem "tradycji oratoryjnej" jest dbałość o mieszanie rejestrów i oszczędne korzystanie "z piersi". Taka też jest postawa estetyczna Kryger i Rappe. Wczorajsi słuchacze mieli zatem niezwykłą okazję nacieszyć się pięknymi, męskimi dźwiękami altu Rappe, który - choćby w Litanii - został pysznie wyeksponowany.
Artystkom dobrze towarzyszył Urbaniak, grając tym razem na organach romantycznych (które, na moje ucho nie-organisty, brzmią w sali FŁ zdecydowanie lepiej niż instrument barokowy). 


***
Czas na trochę dziegciu w tej beczce miodu.
Primo, koncertom tego typu nie sprzyja akustyka naszej Filharmonii. Od początku nie budzi ona mojego uznania (to ciekawe, że w NOSPR zadbano o to pieczołowicie, sprawy akustyczne oddając w ręce Japończykom). W przypadku koncertów z muzyką religijną szczególnie doskwiera brak minimalnego choćby pogłosu. Suchość akustyki nie sprzyja tej muzyce, kto wie, czy nawet tego i owego jej nie odbiera (głosy - i ludzkie, i organowe - potrzebują przestrzeni, by w pełni wysycić się alikwotami).

Secundo, niezmiennie boli mnie estetyka wnętrza sali koncertowej. Ciasny balkon przy organach barokowych, na których artyści muszą się przepychać; wyeksponowanie drzwi wejściowych, które po otwaricu budują nastrój wejścia do toalety... W drzwiach tych zasiadał zresztą wczoraj wiolonczelista... To pewnie detale, ale psują odbiór.

Tertio, dziwnie funkcjonująca klimatyzacja. Jadwiga Rappe w trakcie występu zachrypła. To efekt zmian temperatur - wysokiej w garderobie i zimnej na estradzie. Skargi na źle działającą klimatyzację słyszę od dawna (bywa ponoć, że muzykom zwiewa nuty). Czas coś z tym zrobić, bo to sytuacja niebezpieczna. I gardło, i insturmenty, reagują źle na takie gwałtowne zmiany.

Quarto, niewielka (jak na koncert takiej rangi) frekwencja. 
Nie przestanie mnie zadziwiać fakt, że studenci wokalistyki nie przychodzą słuchać i uczyć się od mistrzów. 
Nie przestanie mnie także zadziwiać fakt, że w "snobistycznym tonie" jest pokazanie się na transmisji z MET, ale na żywym koncercie śpiewaczek formatu światowego być już nie trzeba. 
Jest w tym element winy samej FŁ. To dziwne, że dyrekcja nie dba o widzialność tej instytucji na przysłowiowym mieście. Bez nowoczesnej reklamy, bez próby aktywnego docierania z informacją do odbiorcy trudno będzie oczekiwać tłumu słuchaczy. A nie mam wątpliwości, że wczoraj tłumy być winny.