wtorek, 30 czerwca 2015

LIST OTWARTY DO KAROLINY KORWIN PIOTROWSKIEJ

Karolina Korwin Piotrowska

Szanowna Pani,
po lekturze Pani tekstu Oszołomom mówmy STOP, ale mówmy mądrze chciałbym zadać Pani pytanie o to, czym są dla Pani media, czemu służą? I czym ma być dziennikarstwo polityczne i społeczne? Sądzę, że milcząco przyjmowane przez Panią poglądy rzucą sporo światła na koniec Pani tekstu, gdzie czytamy:
„A więc zanim stworzymy kolejną grupę na facebooku przeciwko czyimś niewątpliwie groźnym i kretyńskim wypowiedziom, zadajmy sobie pytanie dlaczego takie osoby są. jak na przykład Terlikowski czy Oko, zapraszane do mediów, jeśli nie dla swoich oryginalnych teorii. Odpowiedź jest boleśnie prosta: bo to Wy, Pan, Pani, społeczeństwo, kochacie oglądać jak oni bredzą. A media dają Wam to, czego chcecie. Proste?
Ja sobie powiedziałam jakiś czas temu, że kiedy obaj panowie pojawiają się w jakichkolwiek mediach, nie oglądam ich. Nie robię im oglądalności, klików czy lajków. Nie chcę ich oglądać, nie chcę słuchać ich teoryjek w mediach, a póki niczego nie można mi narzucić, mam wolną wolę. Mam pilota i nie waham się go używać. To jest moja prywatna wojna czego i wam życzę. Mądrej wojny. I myślenia o tym, co oglądam i dlaczego oraz kto, kiedy oglądam, czytam oraz "lajkuję", na tym zarabia”.

Po pierwsze, nie zgadzam się z tym, że media tylko odpowiadają na potrzeby społeczne. Myślę, że struktura zależności jest kołowa – to znaczy, że także media kształtują potrzeby społeczne, uczą widzów określonego sposobu prowadzenia programów, kształtują – na poziomie emocjonalnym, a więc bardzo niebezpiecznym – stosunek widzów do świata. Nie zawsze sprawdza się tu także wolna wola – nie jesteśmy ekspertami we wszystkim, w wielu dziedzinach to media wyrabiają nasz pogląd na świat. Zazwyczaj najlepiej sprawdzają się tu osoby sprawne erystycznie – bo też erystykę promuje się w naszych mediach.

Po drugie, sądzę, że nie można traktować mediów jako niezłożonej całości. Inne reguły rządzą bowiem programem śniadaniowym, inne kabaretem, a inne dziennikarstwem politycznym i społecznym.
Szczególnie ostre kryteria powinny dotyczyć dziennikarstwa politycznego i społecznego. Pełni ono bowiem ważne funkcje społeczne. Nie wyobrażam sobie, żeby taki typ dziennikarstwa miał być uzależniony od lajkowalności, oglądalności czy innych plebiscytów. Jeśli tak jest (a chyba jest) oznacza to, że dziennikarz polityczny i społeczny nie spełnia swojej roli. Może być nawet niebezpieczny społecznie – kształtując stronniczy obraz rzeczywistości.

Elementarny kanon dziennikarskiej przyzwoitości opisuje Karta Etyczna Mediów”:

„Dziennikarze, wydawcy, producenci i nadawcy szanując niezbywalne prawo człowieka do prawdy, kierując się zasadą dobra wspólnego, świadomi roli mediów w życiu człowieka i społeczeństwa obywatelskiego przyjmują tę Kartę oraz deklarują, że w swojej pracy kierować się będą następującymi zasadami:
Zasadą prawdy - co znaczy, że dziennikarze, wydawcy, producenci i nadawcy dokładają wszelkich starań, aby przekazywane informacje były zgodne z prawdą, sumiennie i bez zniekształceń relacjonują fakty w ich właściwym kontekście, a w razie rozpowszechnienia błędnej informacji niezwłocznie dokonują sprostowania
Zasadą obiektywizmu - co znaczy, że autor przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów, rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia.
Zasadą oddzielania informacji od komentarza - co znaczy, że wypowiedź ma umożliwiać odbiorcy odróżnianie faktów od opinii i poglądów.
Zasadą uczciwości - co znaczy działanie w zgodzie z własnym sumieniem i dobrem odbiorcy, nieuleganie wpływom, nieprzekupność, odmowę działania niezgodnego z przekonaniami.
Zasadą szacunku i tolerancji - czyli poszanowania ludzkiej godności, praw dóbr osobistych, a szczególnie prywatności i dobrego imienia.
Zasadą pierwszeństwa dobra odbiorcy - co znaczy, że podstawowe prawa czytelników, widzów, słuchaczy są nadrzędne wobec interesów redakcji, dziennikarzy, wydawców, producentów i nadawców.
Zasadą wolności i odpowiedzialności - co znaczy, że wolność mediów nakłada na dziennikarzy, wydawców, producentów, nadawców odpowiedzialność za treść i formę przekazu oraz wynikające z nich konsekwencje”.

Podejmuje ona niektóre zapisy Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej i prawa międzynarodowego.
W artykule 47 Konstytucji czytamy:
„Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz decydowania o swoim życiu osobistym”.

Trybunał Konstytucyjny z kolei wyjaśnia, że „„Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz decydowania o swoim życiu osobistym”.

Konstytucja gwarantuje także obywatelom wolność światopoglądową. W Kodeksie Karnym znajdujemy dwa ważne artykuły

256. Kto publicznie […] nawołuje do nienawiści na tle różnic
narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ZE WZGLĘDU NA
BEZWYZNANIOWOŚĆ, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia
wolności do lat 2.

257. Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z
powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej ALBO Z
POWODU JEJ BEZWYZNANIOWOŚCI lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną
innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Nigdzie nie znalazłem informacji, by obowiązywanie tych norm zależne jest od lajkowalności, oglądalności czy oczekiwań społecznych.

Wystarczy spojrzeć na wypowiedzi Dariusza Oko, które przytacza Pani w swoim artykule, żeby zobaczyć, że stoją one w jaskrawej sprzeczności ze wszystkimi regułami wyłożonymi wyżej. Oko lży ateistów czy mniejszości seksualne. Posługuje się językiem nienawiści, często gęsto perwersyjnie wulgarnym. Głosi poglądy niezgodne ze stanem wiedzy współczesnej medycyny (WHO, Polskie Towarzystwo Seksuologiczne). Rozstrzyga kwestie dyskusyjne, odmienne stanowiska traktując jako groźne ideologie. Zajmuje się życiem intymnym ludzi, mając w nosie swój brak uczciwości, wulgarność i prawną ochronę prywatności (jasne, inteligentnie mówi o gejach w ogóle, a nie o konkretnych osobach).
Nie sądzę zatem, by inkryminowanie jego obecności w mediach było niewłaściwe. Niemniej najbardziej odpowiedzialnym za sytuację są zapraszający go dziennikarze, na przykład Monika Olejnik. Na niej spoczywa bowiem obowiązek omawiania tematów w przestrzegających reguł dziennikarskiego etosu. A także dobór ekspertów. Proszę mi choćby wyjaśnić, dlaczego w debacie o ustawie o in vitro ekspertem był właśnie Dariusz Oko. Nie jest politykiem, nie miał więc udziały w procesie legislacyjnym. Nie jest także bioetykiem. Nawet jeśli uznamy, że głos Kościoła rzymsko-katolickiego (a dlaczego nie prawosławnego? Albo wspólnot protestanckich czy muzułmanów?) jest w tej kwestii ważny, w studio winien zjawić się ekspert znający się na danej dziedzinie. Choćby S. prof. Barbara Chyrowicz.

To smutne, że odbiorca musi przypominać dziennikarzowi o spoczywającej na nim odpowiedzialności. I o tym, że dziennikarstwo ma swoje reguły gry.
Nie ma też powodów, by bronić dziennikarskie patologie zasłaniając się oczekiwaniem odbiorcy i domniemaną wolną wolą.

Z szacunkiem,

Marcin Bogusławski




niedziela, 28 czerwca 2015

KUKIZA (NIE)ZDROWA MYŚL POLSKA

Paweł Kukiz deklaruje, że nie ma i nie będzie miał programu politycznego. Ma być w tym podobny - jak sam deklaruje - do Józefa Piłsudkiego. Który inspiruje go także do tego, by "gonić k... i złodziei". 

Piłsudski nie jest mi postacią szczególnie bliską. Nie widzę jednak powodu, by Kukiz miał się na Piłsudskiego powoływać. W jego działaniu widzę bowiem o wiele więcej dmowszczyzny. Co, na moje wyczucie, pokazuje, jak niebezpieczny politycznie jest to człowiek. Czy poniższe słowa Dmowskiego nie brzmią "kukizowsko"?




Ów nowy duch miał (i chyba ma) być duchem narodowym. Oznaczało to walkę o odzyskanie przez naród polski "należnego sobie stanowiska w szeregu ludów, dopóki ojczyzna nie zostanie pojęta przez masę narodu jako realne dobro wspólne [...] do dopóki patrjotyzm nie stanie się żywotnem dążeniem do zachowania swego zbiorowego bytu, do zdobycia warunków szerokiego narodowego rozwoju". 

Walka ta obdywać miała się m. in. przez krytykę i skasowanie kasty "półpolaków". Należeli do niej (i zdaniem Kukiza chyba wciąż należą) osoby, które nie szukają konfliktu z innymi narodami, ale widzą interesy Polski o tyle, o ile z "interesami innych ludów się nie kłócą". Dmowski mocno wypowiadał się przeciwko elicie (post)oświeceniowej, która "na miejsce odrzuconych ideałów tradycyjnych" importowała "ich surogaty z obczyzny". Elita ta prowadzić miała do rozkładu tkanki narodowej i społecznej atomizacji, gdyż zamiast dbać o narodową spójność Polaków akcentowała rolę prawa w państwie, naczelną ideę regulującą życie społeczne widziała w sprawiedliwości i nie posługiwała się esencjalistycznym pojmowaniem narodu. 


Wszystko to formułowane było w perspektywie walki o odrodzenie niepodległej Polski. 
Przedstawienie programu politycznego nie było możliwe, bo ten mógł się opierać tylko na "zdrowej myśli polskiej", której brakowało. I miał sens tylko w obliczu realnego istnienia ojczyzny, która nie istniała. 

Nie wiem, czy podobnie nie jest dla Kukiza (pomijając cała hipokryzję mówienia o antysystemowości działając w ramach systemu). 
Zdaje się, że i on zabiega o nowe przebudzenie polskości. I wydaje mu się chyba, że żyjemy w sytuacji rozbiorowej. Straszny nas utratą narodowej suwerenności, bo Niemcy sprzedadzą nas Ruskim, Polska jest ważniejsza niż Europa, a uchodźcy i żywioły obce wyniszczą naszą tożsamość. Wszyscy nie związanie z Kukizem to kłamcy i półpolacy, którzy odeszli od zdrowej narodowej tradycji. Pewnie dlatego łatwo przychodzi mu sojusz z ludźmi pokroju Grzegorza Brauna, którego fanatzym wymieszany z teoriami spiskowymi budzić może uśmiech politowania i palpitację serca ze strachu.

Kukiz nie musi mieć programu. Bo jeszcze nie ma prawdziwej Polski,a duch polskości nieostatecznie się obudził. 
Pytanie tylko, czy ten duch polskości nie jest przypadkiem upiorem.
A to, co nastąpi po jego obudzeniu będzie budowaniem Polski czy małą apokalipsą? 


czwartek, 25 czerwca 2015

NEOLIBERALIZM I WOJNY KULTUROWE

Marek Krak w felietonie Pułapka racjonalistów podnosi kwestię entuzjazmu, jaki w „niektórych środowiskach racjonalistycznych i antyklerykalnych” wybuchł po powstaniu formacji NowoczesnaPL. Słusznie i celnie wskazuje, że euforia ta nie jest zrozumiała, choćby ze względu na to, że neoliberalna wolnorynkowa mantra jest niebezpieczna dla życia społecznego. Chciałbym w swoim wpisie nieco pociągnąć ten temat.
Pisałem wcześniej, że Polska ma problem z liberalizmem. Problem pojęciowy – albowiem jako liberalizm (czy, jak wymyślono ostatnio, „liberalizm integralny”), jest u nas synonimem neoliberalizmu czy libertarianizmu. Liberałów, często bliskich neoliberalizmowi, nazywa się z kolei często lewicą. Tak jest w przypadku Jana Hartmana, Andrzeja Rozenka czy Janusza Palikota. Kwestia świeckości państwa, sprzyjanie zmianom obyczajowym itp. nie są rdzennie lewicowe – są elementem liberalizmu. Lewicowe stają się wraz z programem ekonomicznym czy socjalnym, który u wymienionych polityków nigdy lewicowy nie był (Hartman w ostatnim felietonie dla FiM daje przykład nie-lewicowej wrażliwości pisząc o uniwersytetach; jego zdaniem problem uczelni jest nie tyle finansowy, ile dotyczy prestiżu uczonych, protesty środowiska zbliżające naukowców do robotniczych strajków mają jeszcze bardziej prestiż ten deprecjonować).

Podejście racjonalistów-(neo)liberałów do lewicy bywa różne. Dla jednych lewica socjalna nie ma sensu. Inni mówią, że lewica jest potrzeba, ale konkretna, zgodna z założoną przez nich ideą. Bez względu na różnice, wspólną niechęć budzi Syriza i ruchy jej podobne.
Formułując takie poglądy zbyt łatwo zapomina się, że Syriza jest dzieckiem neoliberalizmu. Słuszną i konieczną reakcją na patologie generowane przez neoliberalną perspektywę, o których w Polsce nie chce się mówić.

Zgadzam się z Arjunem Appaduraiem, że źródłem wojen kulturowych jest we współczesnym świecie połączenie niepewności i niezupełności. Niosą one bowiem ze sobą strach i poczucie krzywdy, które łączą ludzi wokół idei walki, której celem ma być wyeliminowanie zagrażających czynników. Nośnikiem tej przemocy stają się często ruchy społeczne, rzucająca rękawicę terrorowi aktualnej władzy.

Logika niepewności społecznej to logika podziału na „ONI” oraz „MY”.

Oni to uchodźcy, którzy odbiorą nam pracę, mieszkania i dach nad głową (Istnieje prawdopodobieństwo, że być może w Polsce ma zostać zlikwidowany ten duch, który zawsze nie była na rękę ani jednym, ani drugim. Ten duch samodzielności, godności, kreatywności. Polacy mają być rozsiani po całym świecie, a tutaj ma zamieszkać jakaś bliżej nieokreślona zbiorowość różnych grup etnicznych, która jest łatwa do manipulacji i stanowi taką naturalną fosę między wschodem a zachodem” – mówił Paweł Kukiz).
Oni to Żydzi czy masoni, którzy spiskują przeciw Polsce.
Oni to każdy z nas – nie można być bowiem pewnym, czy osoba jest tym, za kogo się podaje.

Logika niezupełności zaś to logika różnicy. Odsłania ona, że nie ma jednorodnej całości takiej jak naród czy społeczeństwo. Niby Polak to katolik, ale są Polacy nie-katolicy. Niby Polak to Balcerowiczowski człowiek sukcesu, a reszta to nieudacznicy. Tyle tylko, że „nieudaczników” jest więcej, a lukratywna pozycja domniemanych Polaków nie jest często gęsto efektem ich pracy.

Appadurai słusznie podkreśla, że kategorie narodu, nas, obcych itd. nie są czymś istniejącym od zawsze. W swoim aktualnym kształcie powstawały wraz z nowoczesnością, a więc także z kapitalizmem i (neo)liberalizmem. Ich konstytutywnym elementem jest niepewność ekonomiczna – bieda, praca ponad siłę, wyzysk, brak szans na realizowanie aspiracji życiowych, dzika konkurencja (wyścig szczurów), związanie wartości człowieka z zajmowanym przez niego miejscem w społecznej hierarchii, rozwarstwienie społeczne będące awatarem podziału na panów i niewolników itd. Z taką sytuacją mamy do czynienia dzisiaj, ale mieliśmy też u początków. Wystarczy poczytać Położenie klasy robotniczej w Anglii Engelsa, by analogie sprały nas po twarzy. Dzicy wolnorynkowy będą oczywiście mówić o równych szansach, skapywaniu bogactwa czy odpowiedzialności za swój los. Tyle że to ładna opowiastka nie przystająca do realiów.

Poczucie wykluczenia, zawężania życia i chroniczny strach budzą emocje, które przekładają się na postawę walki. Walka prowadzona jest w imię jakoś zdefiniowanej całości, przeciw innym. Nadal owa całość bywa często określana jako naród czy etnos. Tak robi choćby PiS czy Kukiz – zagrożeni stają się tu prawdziwi Polacy: biali, heteroseksualni, przywiązani do katolickiej tradycji. Walczą oni z zewnętrznym wrogiem – anonimową finansjerą, nieudolnymi politykami, Unią Europejską, zmianami światopoglądowymi. Co ciekawe, walka ta polega na obrocie symbolami – PiS w praktyce realizowało bowiem zupełnie neoliberalny plan rządów, by wspomnieć politykę podatkową, a jako symbol przywołać Zytę Gilowską.
Tak czy owak, każda sytuacja w której różne mniejszości przypominają o tym, że stanowią część Polski, w (być może zupełnie wirtualnej) większości Polaków-katolików budzi się drapieżność, chęć walki. Obrona okopów Świętej Trójcy, wykluczenie i represja.
Sprzyja to petryfikacji systemu neoliberalnego. W myśl starej maksymy dziel i rządź rozproszone i skonfliktowane zaczynają być groźne dla siebie, a nie dla prawdziwie opresyjnych mechanizmów. Bajanie o reformach i lewicowym uwrażliwieniu PO, która po wyborczej porażce gwałtownie stara się o zmianę wizerunku, słusznie sfrustrowanych w wyniku własnych rządów ludzi raczej nie przekona.

Taka próba rozpoznania (z naciskiem na słowo próba) terenu ideowo-politycznego w Polsce skłania mnie jednak do przekonania, że potrzebujemy lewicy mówiącej zarazem o przezwyciężeniu niepewności jak i niezupełności. Skupionej na prekaryzacji, biedzie, wadliwym systemie podatkowym itd. Ale takiej, która nie unika mówienia o problemach z wewnętrznym podziałem polskiego społeczeństwa, o grze wykluczeń, którym prędzej czy później trzeba będzie przeciwdziałać nie tylko deklaratywnie. Tezy, ze byt kształtuje świadomość, a więc, że wojny kulturowe mają na celu przesłonienie prawdziwego pola walk, nie umiem dziś uznać za w pełni zasadną. Polityka jest dla mnie raczej siecią powiązanych ze sobą perspektyw i lokalnych „wojen”, które trzeba wygrywać łącznie, by rzeczywista zmiana była możliwa. Cóż, daleki tu jestem od „tradycyjnego marksizmu”, czymkolwiek miałby być. W pełni zgadzam się także z Marcinem Leszczyńskim, że lewice są lokalne, to znaczy odpowiadają na problemy danego czasu i miejsca. I że u nas elementem tej lokalności jest „walka światopoglądowa”, którą trzeba podjąć, bo licho nie śpi. Wbrew pozorom nie podjął jej Palikot – zbyt wiele było w tym głupiej ostentacji, nietrafionych pomysłów. I zupełnego braku lewicowej wrażliwości ekonomicznej.

Polityczna tożsamość lewicy w dzisiejszej Polsce wymaga – dla mnie, to sąd bardzo lokalny – skoncentrowania i na zmaganiu z niepewnością i na zmaganiu z niezupełnością. Branie się za nie rozłącznie, moim zdaniem, prowadzi do nikąd.

Jeszcze bardziej do nikąd prowadzi apologia neoliberalizmu, w której kreuje się go na skuteczne panaceum i niewinną perspektywę. 

wtorek, 23 czerwca 2015

WIELOMIŁOŚĆ, POLIGAMIA, DAR

Termin "wielomiłość" wolę od poliamorii także dlatego że nie kojarzy się automatycznie z poligamią. 
Skojarzenie to bywa przywoływane, w moim odczuciu zupełnie niesłusznie.

Poligamia jest dla mnie strukturą wpisującą się w system panowania, podporządkowania, dominacji. Oparta jest o wyraźne centrum, któremu podlegają układające się hierarachicznie kręgi zależności. W tym poligamia podobna jest do klasycznie pojmowanej monogamii - kontraktu regulującego życie stron wciąż nie do końca równych. 

Wielomiłość jest raczej siecią relacji niż twardą strukturą. Na pewno nie posiada jednego centrum, a wszystkie strony zaangażowane w relację winny być traktowane na równi. I na równi wolne. Jej konstytutywnym elementem jest konsensualność - co oznacza (przynajmniej dla mnie), że bez szczerości, zaufania, wspólnego przepracowywania problemów i oznaczania granic relacja poliamoryczna nie zaistnieje. Nie da się zatem, w moim odczuciu, poliamorycznie usprawiedliwiać zdrad. Ale nie jest także słuszne określanie mianem poliamorii dużych potrzeb seksualnych - te bowiem nie muszą wiązać się z zaangażowaniem psychofizycznym, z chęcią budowania więzi poza łóżkiem. Swoją drogą, można kochać zupełnie bez seksu - ta umiejętność docenienia relacji erotycznej przy jednoczesnym odróznianiu miłości od seksu wydaje mi się w perspektywie wielomiłosnej niezwykle cenna.

W moim odczuciu nie da się wielomiłości wpisać także w perspektywę "daru", zupełnie naturalną w perspektywie poli- i mono- gamii. Przywykliśmy do słów o oddaniu siebie z miłości. Traktujemy także dar jako coś bezinteresownego. Marcel Mauss pokazał jednak, że taka logika jest zwodnicza, a dar funkcjonuje jak najdalej od altruizmu, opleciony systemem podporządkowania, hierarachii i oczekiwania odpłaty. Oczekiwanie na to, że ktoś ofiaruje mi siebie, jest próbą urzeczowienia go, uczynienia swoją bezwarunkową własnością. Z własnością można zaś postępować dowolnie - zwłaszcza w kulturze, z wyeksponowanym wzorcem mężczyzny jako koguta czy macho. 
Z kolei oddając siebie można wierzyć w bezinteresowność takiego gestu, zazwyczaj podświadomie oczekuje się jednak reakcji zwrotnej, przy każdej okazji wypominając nielojalność, niewierność, brak zamknięcia we własnym świecie itd.

Wielomiłość jest dla mnie spoza wciąż aktualnej kulturowej logiki. Należy raczej do świata sieci - relacji, interakcji, współokreślania swojej tożsamości, wierności pojmowanej jako niekrzywdzenie siebie i innych, co zawsze jest wynikiem osiągniętego konsensu. Jest anty-ekonomiczna, jeśli przez ekonomię pojmiemy struktury zysku i krążącego kapitału. Pozwala za to patrzeć na świat oikonomicznie - przez pryzmat budowania domostw-wspólnot. Które mogą stawać się zarzewiem więzi budujących wspólnoty duże, wykraczające poza granice intymności.



czwartek, 18 czerwca 2015

CZY MASONERIA ZNISZCZY POLSKĘ?

Wbrew rozpowszechnionym domysłom w Lożach nie rozmawia się ani o polityce, ani o religii. 
Siostry i Bracia różnią się między sobą w tych kwestiach tak, jak różnią się wszyscy inni ludzie. Błędne jest zatem rozciąganie poglądów jednej osoby na całe wolnomularstwo. Pożądane jest za to rozmawianie, polemizowanie, dyskutowanie z konkretnymi osobami.

A jednak prawdą jest, że wolnomularze troszczą się o społeczeństwo. Na sercu leży im dobrobyt duchowy i materialny obywateli, czynne współtworzenie solidarnej, zbratanej, szanującej wolność Republiki Przyszłości. 

Czy nie ma tu sprzeczności? Czy da się zabiegać o Republikę Przyszłości zachowując w trakcie prac ascezę wobec tematów religijnych i politycznych? 

Jestem przekonany, że tak. A to dlatego że wolnomularstwo kształtuje człowieka w relacji do niego samego, w relacji do innych ludzi, a także w relacji do urzędów czy funkcji pełnionych w Lożach. To przekłada się na sposób życia w ogóle, tworząc kościec zachowań kształtujących społeczeństwo poszukujące wspólnego dobra obywateli i sposobów jego realizacji. 

Na obecnym etapie mojego życia pierwszoplanowe znaczenie ma dla mnie to, że wolnomularstwo kształtuje zaufanie do człowieka. Myślę tutaj o zaufaniu, jakie Siostry i Bracia pokładają we mnie oraz o tym, które mogę pokładać sam w sobie. Wiąże się to z masońskim postrzeganiem człowieka zarazem jako kamienia, jak i artysty, który tworzy z tego kamienia dzieło sztuki. A więc widzenia człowieka w perspektywie pracy, samodoskonalenia, rozwoju, w której ograniczenia, słabości, wady nie są tym, co nas determinuje, ale tym, co znając siebie możemy przekroczyć. W odróżnieniu od dominujących tendencji do stanowczego oceniania siebie nawzajem, absolutyzowania krytyki, popularności czarnego PR, konkurowania ze wszystkimi innymi masoni uczą się, że gdyby nie było ograniczeń, niemożliwy byłby rozwój. I że gdyby nie było wspólnoty, niemożliwe byłoby indywidualistyczne wyróżnianie się. Tak jak rzeźbiarz musi doskonale znać materiał, w którym pracuje - jego trwałość, teksturę, możliwości, tak wolnomularz rozpoznaje swoje ograniczenia, by wykorzystać je dla przemiany siebie i ulepszenia rzeczywistości. 
Manifestem wolnomularskiej antropologii może być dla mnie Mowa o godności ludzkiej Pico della Mirandoli, w której czytamy między innymi:
"Nie wyznaczam ci, Adamie, ani określonej siedziby, ani własnego oblicza, ani też nie daję ci żadnej swoistej funkcji, ażebyś jakiejkolwiek siedziby, jakiegokolwiek oblicza lub jakiejkolwiek funkcji zapragniesz, wszystko to posiadał zgodnie ze swoim życzeniem i swoją wolą.
Natura wszystkich innych istot została określona i zawiera się w granicach przez nas ustanowionych. Ciebie zaś, nieskrępowanego żadnymi ograniczeniami, oddaję w twoje własne ręce, abyś swą naturę sam sobie określił, zgodnie z twoją wolą. Umieściłem cię pośrodku świata, abyś tym łatwiej mógł obserwować wszystko, co się w świecie dzieje. Nie uczyniłem cię ani istotą niebiańską, ani ziemską, ani śmiertelną, ani nieśmiertelną, abyś jako swobodny i godny siebie twórca i rzeźbiarz sam sobie nadał taki kształt, jaki zechcesz. Będziesz mógł degenerować się i staczać do rzędu zwierząt; i będziesz mógł odradzać się i mocą swego ducha wznosić się do rzędu istot boskich (przeł. Z. Kalita).
Zaufanie ze strony Sióstr i Braci przejawia się w tym, że można z nimi pracować. Ale nie tylko. Także w tym, że dzięki ich decyzjom przechodzi się kolejne wolnomularskie stopnie. 
W mojej perspektywie nie oznacza to, że ktokolwiek z nas w pełni stał się czeladnikiem czy mistrzem. Uczniami pozostajemy do końca życia. Przechodzenie przez stopnie wolnomularskie widzę jako zaufanie, że można podołać trudniejszej pracy, odkryć bardziej trwałe granice, przekształcić głębiej zakorzenione uprzedzenia, lęki. A więc jako zadanie, nie przyklepanie domniemanej doskonałości i egoistycznej dumy.

Wszystko to dzieje się w przestrzeni rytuału, którego zadaniem jest uczenie cierpliwości w zgłębianiu świata oraz tworzenie siostrzano-braterskich więzi, opartych na szacunku, empatii, tolerancji, postrzegania w odmienności tego, co nas łączy. Oznacza to, między innymi, że rytuał jest kuźnią dialogu, tak potrzebnego współczesnemu człowiekowi. Jako że masoni reprezentują różne zawody czy różne światopoglądy, jest to dialog poprzez który dane zagadnienie ogląda się z wielu perspektyw. Wnioski czy pytania, które się formułuje, poszerzają (czy powinny poszerzać) perspektywę wyjściową. 

Nie wiem, czy sami wolnomularze mają pełną świadomość, jak ważna jest ta rytualna "kuźnica dialogu". Współczesne czasy opisywane są jako czasy ryzyka (np. Ulrich Beck, Bruno Latour) i niespotykanego pędu (Paul Virilio). Wielość idei, nowe wynalazki, czynniki wywołujące stres, lęk, nieustanne konkurowanie o wszystko ze wszystkimi, ale także poszerzenie doświadczenia moralnego na przyrodę, uświadamianie sobie szerokiego znaczenia praw człowieka (kwestie feminizmu, osób LGBT, zagadnienia bioetyczne, imigranci, niepełnosprawni, mechanizmu kształtujące i utrwalające biedę, brak pracy, etc. etc.) wymagają od nas nieustannego kształtowania odpowiedzialnego konsensu.  Ten zaś da się zbudować tylko wtedy, gdy w ramach współpracy słucha się różnych stanowisk. Nikt z nas nie posiada już bowiem pełnej wiedzy. Nikt też nie może rościć sobie prawa do wyłącznej dominacji jego światopoglądu. 

To z kolei oznacza, że funkcje pełnione w społeczeństwie są jak funkcje pełnione w Lożach - służbą dla wspólnego dobra. Coraz powszechniej zwraca się uwagę, że ludzie zatracili się w realizowaniu swoich, egoistycznych interesów. Mówi o tym choćby Pakt dla Nauki - zbiór propozycji zmian w funkcjonowaniu nauki w Polsce. Czytamy w nim choćby:
"[Naukowiec] W badaniach naukowych kieruje się celami poznawczymi i potrzebą rozwijania dyscypliny wiedzy, a nie doraźnym systemem ocen, wymogami agencji finansujących badania czy potrzebą mnożenia dorobku publikacyjnego.
Podejmuje się nieodpłatnie, często anonimowo, działań na rzecz społeczności uczonych i rozwoju nauki (m.in. recenzując dorobek naukowy, publikacje naukowe oraz wnioski grantowe i awansowe, a także poprzez udział w ciałach kolegialnych).
Jest otwarty na nowe rozwiązania technologiczne, teorie sprzeczne z wcześniejszą wiedzą, współpracę z nauczycielami, dziennikarzami, przedstawicielami innych dyscyplin naukowych. Zachowuje wymagane przez kulturę formy należytego zachowania, zwłaszcza wobec podwładnych (m.in. studentów, pracowników administracji, członków zespołu badawczego), okazuje im szacunek. Dąży do sprawiedliwego i opartego na przesłankach merytorycznych oceniania podwładnych, unika ocen o charakterze osobistym. 
Te pożądane i coraz mniej obecne w świecie naukowym cechy są fundamentem pracy Lóż.
Anderson w Konstytucjach stanowczo podkreśla, że do członkostwa w Lożach należy dopuszczać osoby rozsądne, dojrzałe, moralne i prawe, a także że "O awansie Mularzy decydują wyłącznie ich prawdziwa wartość oraz osobista zasługa", a nie starszeństwo. Zasługi powstają zaś w wyniku pracy realizującej wolnomularskie ideały. Pracy na rzecz innych i siebie, która ma być pracą bezinteresowną, gdy trzeba anonimową. Podejmowaną z własnej inicjatywy, a nie tylko w wyniku zalecenia.

Wartością dodaną wolnomularstwa jest jego uniwersalny charakter. Oznacza to, między innymi, przywiązanie do swojego kraju (patriotyzm) - zarówno do jego przeszłości, jak i teraźniejszości i przyszłości. Ale nie jest to przywiązanie zamykające na inne społeczeństwa, odmienne kultury czy tradycje. Wręcz przeciwnie, to, co lokalne ma dla wolnomularza wartość jako element większego organizmu.

Ideowości masońskiej można zarzucić pewną dozę utopijności. Ale to dla mnie zaleta wolnomularstwa - choć wiemy, że nikt z nas nie stanie się ucieleśnionym ideałem, mamy do czego zmierzać. A to, że kres jest odległy, uczy nas pokory. 
Zaufanie, które się w nas pokłada i które pokładamy w sobie, uczy wierności i lojalności. Buduje punkty odniesienia w świecie zmienności i pędu. "Kuźnia dialogu" kształtuje w nas umiejętność rozmowy, zaszczepia szacunek względem innych. Pozwala na lepsze odróżnianie tego, co jest dobrem wspólnym od pola realizacji tego, co jest tylko moje własne.

Badania socjologiczne diagnozują w Polsce patologiczną wręcz nieufność ludzi do siebie. 
Zanika kultura debaty. Tracimy z oczu więzi solidarności. 
Autentyczne wolnomularstwo jest dzisiejszej Polsce potrzebne bardzo mocno. 
Nie jako miejsce uprawiania polityki. Ale jako szkoła stawania się człowiekiem we wspólnocie z innymi ludźmi. 


sobota, 13 czerwca 2015

CHAZAN. NON SERVIAM

Uczestniczyłem niedawno w konferencji, której tamtyka dotyczyła relacji między wiarą a polityką i prawem. Siłą rzeczy jedną z poruszanych kwestii była wolność sumienia, w moim odczuciu zbyt spiesznie sprowadzana do wolności religijnej (tak jakby sumienie i moralność poza religią nie istniały). Pojawił się też przykład mężczyzny, któremu udzielono namaszczenia chorych, gdy znajdował się w stanie uniemożliwiającym jakiekolwiek świadome podjęcie decyzji. Ów człowiek, gdy dowiedział się o zaistniałej sytuacji, uznał, że ingerencja w wolność jego sumienia była ewidentna i że poniósł uszczerbek. 
Przykład ten wzbudził na fali wesołość, do której przywykłem. (Mężczyzna ten dość powszechnie traktowany jest jako "wariat"). Z aprobatą kiwano głową nad wyrokami sądów, które porównywały naruszenie wolności sumienia tego mężczyzny z sumieniami innych osób, by dojść do wniosku, że inni by tak histerycznie nie reagowali. A w końcu oddalić powództwo (tę linię orzekania zakwestionował Sąd Najwyższy, więc postępowania trwa nadal).

Mimo że dyskusje po referatach przewidziane były na koniec każdej sekcji nie wytrzymałem i zapytałem zebranych, co ich bawi. Skoro sumienie jest indywidualną władzą człowieka, jest sferą wewnętrzną (a tak uważa się zasadniczo w prawie), to jasne jest, że coś, co uznam za naruszenie dóbr ma także charakter indywidualny. I jakiekolwiek porównywanie z cudzymi sumieniami nie ma racji bytu. Ba, chyba nawet technicznie nie jest do zrealizowania.
Nie wzbudziłem sympatii tym pytaniem, ale i nie uzyskałem na nie odpowiedzi.

Pewnie nie pisałbym dziś o tej sprawie, gdyby nie powrót Bogdana Chazana, który od jakiegoś czasu tryumfalnie odtrąbia swoją niewinność wskazując na decyzję porkuratury oraz Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Naczelnej Izby Lekarskiej. Zastanawiam się przy tym, czy w Polsce trzeba nie być prawnikiem i lekarzem, żeby rozumieć stanowione prawo - w przypadku Chazana stanowione jasno i precyzyjnie, i przez niego nie przestrzegane? 

Nie o tym chcę jednak pisać. Chcę dorzucić kilka słów do tego, co już pisałem, na temat sumienia i klauzuli sumienia. Na rzecz tego wpisu zabawię się także w odróżnienie od siebie klauzuli sumienia od sprzeciwu sumienia.

Zacznijmy od tego, że oczywistę są dla mnie dwie sprawy. 
Po pierwsze, że istnieją różne systemy etyczne, których - z różnych racji - nie da się ze sobą pogodzić. Powoduje to, że nie ma jednego algorytmu działania moralnego - mimo że w większości sytuacji dokonujemy podobnych wartościowań i wyborów, będą jednak zawsze takie obszary naszej społecznej praxis, w których będziemy się etycznie różnić. Często ostro.
Po drugie, elementem naszej kultury jest nacisk na autonomię jednostki i jej indywidualną odpowiedzialność za decyzje i postępowanie. Wiąże się to z samodzielnością moralną, na którą wskazywać ma pojęcie sumienia i wolności sumienia.

Skoro indywidualność i autonomia są dla nas ważne, powinniśmy je chronić. Dlatego nie jestem całkowitym przeciwnikiem klauzuli sumienia. Uważam, że istnieją takie obszary życia społecznego - wyjątkowo nieliczne, dodam - w których warto zostawić furtkę prawną, która pozwala zachować człowiekowi intergralność moralno-życiową.  Należy jednak bezwzględnie pamiętać, że klauzula sumienia jest elementem systemu prawnego demokratycznego państwa. A więc, że chroniąć światopogląd moralny np. lekarza, nie może naruszać światopoglądu moralnego pacjentów. I negować pozostałej części porządku prawnego. Oznacza to, że lekarz odmawiając aborcji  musi wskazać placówkę, w której można tego zabiegu dokonać. Koniec kropka. Nie może też - w imię swoich przekonań - przeciągać badań, w niepełny sposób informować pacjentów o ich stanie czy nie wydawać zleceń na badania. Takie działanie stanowi bowiem poważne naruszenie etyki zawodowej (a nawet etyki po prostu)oraz prawa (pacjent ma prawo do rzetelnej informacji o  swoim stanie i do dostępu do legalnych procedur medycznych).

Inaczej widzę sprzeciw sumienia, który jest dla mnie odmianą sprzeciwu obywatelskiego. Polega zatem na całkowitym zangowaniu porządku prawnego państwa demokratycznego, z założonym w nim pluralizmem etycznym, równością wobec prawa i wolnością sumienia wszystkich obywateli
Tak pojmowany sprzeciw sumienia pochodzi spoza wspólnoty. Jest negacją tej wspólnoty, motywowaną w różny sposób - metafizyczny, polityczny czy jakikolwiek inny. I nijak nie może być włączony do wspólnoty, nie może stać się jej częścią.

Sprzeciw sumienia, jak sprzeciw obywatelski, bywa niezwykle cenny. Dla przykładu wtedy, gdy neguje się porządek totalitarny. Każdy, kto dopuszcza się sprzeciwu sumienia (resp. obywatelskiego) wie jednak, że będzie oceniany z punktu widzenia kontestowanego systemu. A więc liczy się z karą,a jego decyzja jest odpowiedzialna, chodzi w niej o wskazanie nie na siebie samego i swoją dolę, ale na wartości w imię których się występuje.

W przypadku Chazana mamy - jak sądzę - jawnie do czynienia ze sprzeciwem sumienia z powodów religijnych. Jego gest mówi jedno - żyjemy we wspólnocie prawnie antychrześcijańskiej, a więc wrogiej Bogu. Istnieje tylko jeden system moralny, który winien obwiązywać wszystkich. A wspólnota wymaga głębokich zmian, choćby całkowitego zakazu abrocji.

W postawie Chazana widziałbym nawet rys heroizmu, gdyby występował we własnym imieniu. Ale nie występuje on w imieniu swojego sumienia, ale w imię systemu, którego autorzy we własnym mniemaniu raz na zawsze rozpoznali i skodyfikowali prawdę i dobro. A więc w imię systemu zamkniętego, opartego o "kapłanów" metafizycznych rozpoznań. Systemu totalitarnego - by użyć rozpoznać Karla Poppera, który taką totalistyczną logikę śledził począwszy od Platońskiego mitu doskonałej politei

Co gorsza, próbuje udawać, że działa w ramach porządku państwa prawa z przepisami o klauzuli sumienia na czele. (Chce być, i ostatecznie jest, podwójnym beneficjentem - systemu Kościoła i systemu państwowego). 
Niestety wspomagają go w tym organy państwowe, które w imię serwilizmu (?), braku treningu w etyce i obywatelskości (?), są w stanie potwierdzić, że działanie spoza porządku państwa można uznać za zgodne z tym porządkiem. Jest to podwójnie niebezpieczne. 
Raz, nie pozwala rozpoznać faktycznych motywów postępowania osoby sprzeciwiającej się i jej środowiska.
Dwa, zaszczepia w mechanizmach demokratycznych narzędzia pozwalające rozpełznąć się totalizmowi.

No cóż, to, jak toczy się sprawa Chazana i inne sprawy w naszym życiu społecznym rozpełznięcie owo tylko potwierdzają. Ponownie w sposób jawny usztywniają się stanowiska światopoglądowe. Powszechna bieda powoduje też, że łatwiej budzić w nas lęki.
Dlatego uważam, że priorytetowy cel walki z prekaryzacją, biedą i nędzą musi być też walką o określoną formułę państwa. Żeby nie skończyło się na tym, że poprawi nam się byt, ale będzie to byt w kolonii karnej i obozie wychowawczym. 




poniedziałek, 8 czerwca 2015

MOJA POLSKA TATARSKA, NIEMIECKA, ŻYDOWSKA...

Jestem w rodzinie taką trochę "czarną owcą", bo nie zajmuje mnie specjalnie genealogia. Wiem tyle, ile powiedzą mi inni, a z historią łączy mnie raczej więź ideowa, niż poczucie dumy z takiego a nie innego pochodzenia.

Tak czy owa po kądzieli i po mieczy pochodzę z rodzin szlacheckich. Kądziel, jak niedawno okazało się ku mojej radości - ma w swej genealogii wątek tatarski. 
Z rodziną związani byli Hauke-Bosakowie - tradycja podaje, że jeden z nich rzeźbił twarz pradziadka na naszym nagrobku. Wojna przeszkodziła ciotecznej babce wejść do rodziny Starzyńskich. Jeden z (pra)stryjów zmarł zarażony jadem ukrywając się w w czasie wojny w nagrobku, gdzie walczył z Niemcami jako lewicowiec. Lewicowy był także dziadek, który przegnał laską babcię z księdzem przyprowadzonym by odprawić wiatykowy rytuał. Niezbyt dalekim krewnym, tym razem ze strony mamy, jest Ignacy Gogolewski. I... mógłbym tak długo. 
Rodzina i jej kumowie. Patriotyzm, walka i kultura. Katolicyzm, islam (Tatarzy!), także judaizm (nasz Mosiek, jak wiem z przekazów, miał wielkie poczucie humoru, także w stosunku do siebie). Ateizm. Bolesna karta "dobrego Polaka", jakim w wojnę był jeden z członków rodziny po mieczu. Myślenie socjalistyczne. I doświadczenie prekariatu.

Jestem głęboko przekonany, że tak, jak z moją rodziną, jest z całą Polską i z Polakami. Nie tworzy nas krew, ale wspólna pamięć. Wspólna praca na rzecz siebie i innych, na rzecz ziemi, na której żyjemy. I pokoleń, które przyjdą. Łączy nas język i kulturowe dziedzictwo. Łączy szacunek i troska. A wszystko to działa wtedy, gdy pozwalamy sobie na odmienne style życie i gdy uczymy się odróżniać sprawy państwowo najważniejsze od ważnych dla nas.

Czy Tuwim nie jest Polakiem? Czy jego twórczość nie należy do skarbnicy naszej kultury?
A przecież gorzko pisał w Kwiatach polskich mając na myśli m. in. Maksymiliana Kolbe:

"Poeta polski Pierd-Piertkiewic;
Kiedy za rządów twych ozońców
Kto żyw, ten błotem mnie smarował:
Bandyci z rozwrzeszczanych „Gońców",
Klechici z Niepokalanowa,
„Myśl (do złudzenia) Narodowa".


Czy Kalwas nie jest Polakiem?  Czy jego twórczość nie tworzy naszego dziedzictwa?
A przecież stał się muzułmaninem.

Czy Polakiem nie jest Elsner? Czy jego muzyka i traktat o języku polskim nie tworzyły polskiej tożsamości w dobie rozbiorów?
A przecież to mason i protestant.

A co myśleć o bp. Janie Pawle Woroniczu i Karlu Obschelewiztu, którzy w imię wierności Bogu uznawali cara za ucieleśnione dobro naszej ojczyzny i pokładali nadzieję, że w dobie moralnego upadku odnowi nas stawiając na fundament chrześcijańskiej moralności???

Polska to nie mesjasz. Ani Kościół.
To organizm, który żyje, jest więc w ciągłej budowie, w nieustannym rozwoju.
Ale to MY go budujemy i rozwijamy. I MY - biedni i bogaci, żydzi, muzłumanie, protestanci, katolicy, prawosławni, rodzimowiercy, ateiści i agnostycy, heter-, homo- bi-, trans- i queer-genderowi, z sercem po lewo i po prawo mamy żyć tutaj razem. I budować.

Polska nie zmartwychwstanie. Nie trawi jej społeczny grzech. Ani nie odbyła się wybrocza pięćdziesiątnica.
Poglądy tego typu plenią się u nas kpiąc w żywe oczy z religii. 
Jeszcze bardziej kpiąć z obywateli, którzy tworzą ten kraj.

Owszem, trzeba być sinym duchowo. Ale silny duch nie potrzebuje ostentacji. A siłą jest umiejętność słuchania innych i rezygnacji z siebie. Narzucanie swojego jest symptomem władzy. Ale bezsilnej przemocą. 

"O Polska kraino!
Gdyby ci rodacy,
Co za ciebie giną,
 Wzięli się do pracy
I po garstce ziemi
Z ojczyzny zabrali,
Już by dłońmi swemi
Polskę usypali.
 Lecz wybić się siłą,
To dla nas już dziwy;
Bo zdrajców przybyło,
A lud zbyt poczciwy

- pisał Wincenty Pol. A Szopen do tych słów napisał jedną z najwspanialszych pieśni.