TEMATY

wtorek, 22 lipca 2014

MARYNARKA, KOCHANEK I GWIAZDY, CZYLI KSIĄŻKI NA LATO

Do Marynarki Mirosława Tomaszewskiego podszedłem z dwoma zbędnymi założeniami.
Wiedząc, że akcja książki toczy się w Trójmieście utożsamiłem marynarkę z flotą okrętów. Wykoncypowałem także, że książka będzie kryminałem. 
Okazało się, że tytułowa marynarka jest częścią garderoby i to - w powieściowej narracji - częścią symboliczną. Książka zaś jest ciekawie skrojoną powieścią, powiedzmy, psychologiczno- obyczajową, "zabrudzoną" elementami powieści historycznej czy thrillera. Takie dementi okazało się dla mnie nad wyraz owocne. Albowiem kryminał to gatunek, którym jestem "skażony" - towarzyszy mi jako owocny sposób na wieczorny odpoczynek po pracy. I to towarzyszy mi intensywnie, niejako z rozpędu porównywałbym zatem Tomaszewskiego z książkami przeczytanymi wcześniej. Choćby z niezwykle cenionym przeze mnie Markiem Krajewskim, który - w moim odczuciu i w zgodzie z moimi preferencjami - jest stylistą językowo zdecydowanie sprawniejszym i ciekawszym. 

Książka Tomaszewskiego jest w gruncie rzeczy opowieścią o podwójnym warunkowaniu. Z jednej strony warunkuje nas przeszłość, często w sposób nieoczywisty, niejawny. Z drugiej strony, to my warunkujemy przeszłość, która zmienia się w zależności od naszych decyzji i postaw. Włączając w swoją narrację wydarzenia Grudnia '70 unika autor taniego "obiektywizmu" i polityki historycznej. Ale unika także anarchistycznej odmiany relatywizmu, podług której wszystko jest względne w sposób absolutny, wyprane z sensów, a w konsekwencji nieważne. Udaje mu się ponadto obnażyć złudną oczywistość podziału na bohaterów-patriotów i zdrajców-"komunistów". 
Powieść ta jest również powieścią o dojrzewaniu, którego koniecznym elementem jest zgoda na to, kim się jest. Tomaszewskiemu udaje się pokazać, że tylko dzięki takiemu samo-pogodzeniu możliwe są prawdziwe zmiany; w przeciwnym razie mamy do czynienia tylko z ucieczką w ułudę. 

Czytelnik znajdzie tu galerię postaci z bardzo różnych parafii. 
Byłego punka, zgorzkniałego i cynicznego Adama, który nieświadomie odreagowuje śmierć ojca w trakcie wydarzeń Grudnia i który równie nieświadomie szuka szczerego uczucia.
Dziennikarkę lokalnej gazety, walczącą z szefem i światem o to, by wreszcie pokazać swój talent.
Biznesmena nawiedzonego duchem dewocji, który pokutuje za niepoprawną politycznie przeszłość. 
Postaci robotników zaangażowanych w opór wobec władzy, których losy i zapatrywania różnią się między sobą "jak dwie krople czystej wody".
Postaci te tkają między sobą nici czasu. Przeszłość jest żywa w niemej teraźniejszości, we wspomnieniach, frustracji. Bywa też uobecniana w formie "reality show", ewokującego doświadczenia analogiczne do minionych. Jest w tej przeszłości jakieś oczekiwanie jutra, różne wizje tego, co ma nadejść, odmienne przyszłości. A wszystko dzieje się hit et nunc, nie pozostawiając wątpliwości, że to, czym jest teraźniejszość wiemy tylko wtedy, gdy nie próbujemy o to pytać.

Nie zawsze pociągał mnie język powieści (przez początek przebijałem się zdeterminowany), niekiedy drażniły mnie społeczne klisze, bywa, że dziwił mnie zapis tytułów utworów muzycznych (choćby Kanon D-dur Pachelbela pisany niepotrzebnie z angielska (?) - przez c). Ale fabuła była frapująca, odkładając książkę przy łóżku byłem ciekaw, co nastąpi dalej. 

Kochanek czerwonej gwiazdy to lektura zupełnie innego rodzaju. Gejowski romans i traktat o wolnomyślicielstwie - tak można by tę książkę podsumować. Witold Jabłoński opowiada historię kleryka Adama, który zakochuje się - ze wzajemnością - w żołnierzu armii radzieckiej Sierioży. Bez przerysowań i przegadania udaje mu się pokazać symetrię, jaka panuje we wszelkich instytucjach ideologicznych. Obaj - i kleryk, i żołnierz - podlegają mechanizmom takiej samej uniformizacji. W obu też hodowana jest taka sama pustka pozornej egzystencji - cóż, potrzeby żywych uczuć, międzyludzkich więzi i spełnienia nie da się zaspokoić egzaltowanym przeżywaniem ideologicznych wartości. 
Powieść Jabłońskiego jest dla mnie ważna także ze względu na jej walory reportażowo-obserwacyjne. 
Autor wspaniale pokazuje, jak często zachowania uznawane za niemoralne są wynikiem odreagowania zakłamanych społecznych norm, ucieczką (transgresją?) od ucisku. Tak ocenić można postawę Kasztanka, którego rozwiązłość jest poszukiwaniem życia zgodnego ze sobą, a w końcu także poszukiwaniem szansy na miłość. A wszystko to w kontrze wobec rodziców, którym łatwo przychodzi konwersja a partyjnych aparatczyków, na najbardziej zagorzałych wyznawców JPII.  
Jabłoński rewelacyjnie pokazuje także dług, jaki Kościół katolicki zaciągnął u PZPR i w PRLu. Bowiem to działania tamtych funkcjonariuszy pozwoliły na zamianę ideologii partii moskiewskiej na ideologię partii watykańskiej. A propos opisywanej w książce inscenizacji Justyny Markiza de Sade padają znamienne słowa:
"– Usunąłeś ważny  tekst  antyreligijny ...Dotarł  wreszcie do stoliczka i  porwał  zeń
egzemplarz  sztuki .
– O, tutaj ... Zaczyna się od słów:  „Wszystkie religie wynikają z  fałszywej  zasady , wszystkie
zakładają jako niezbędny  kult  Stwórcy , ale ten Stwórca nigdy  nie istniał ...” Czy  możesz , drogi
Adamie, wyjaśnić, dlaczego to wyciąłeś?
– Nie ja wyciąłem, lecz  cenzor.
– Cenzor?!  Jaki  cenzor?! ... Żyjemy  chyba już w wolnym  kraju  – wołał  niemal  histerycznie Stawski .
– Cenzura nie została jeszcze zniesiona – przypomniał  łagodnie reżyser. – Oni  teraz  bardzo boją się narazić Kościołowi  i  są wyczuleni  na każdą „obrazę uczuć religijnych ”...

Jabłoński celnie i wrażliwie odsłania także meandry ludzkiej tożsamości. Pokazuje, jak łatwo odziedziczyć neurozę i patologiczność. Ale wskazuje także, że na zmianę i odkrycie siebie nigdy nie jest za późno. Wymowna jest tu figura Huberta, starszego faceta, który patrząc na śpiących w jego łóżku Adama i Sieriożę odkrywa swój biseksualizm. Ma przy tym swiadomość, że   czas, gdy mógł żyć "pełnią życia" już minął, angażuje się jednak w tę relację platonicznie. To piękny wyraz przyjaźni, która nie tylko otacza Adama i Sieriożę opieką, ale każe w nich uznać "swoich chłopców".


Nie przepadam za "literaturą gejowską", odkąd się pojawiła jako wyodrębniony nurt. Cieszy mnie zatem apologia męskiego krocza dokonana przez Geneta, ale niekoniecznie Lubiewo. Jabłoński, duchowy spadkobierca Andrzejewskiego, jest tu spektakulranym wyjątkiem. Nie musi "ciotowsko" stylizować języka, nie musi barbaryzować kontekstu, by mówić o seksie gejowskim - zarówno o jego radościach, jak patologiach. Jego polszczyzna jest wysokiej próby, dzięki czemu dosłowność nigdy nie traci na literackości. Szkoda, że książka nie ukazała się w momencie napisania, czyli w latach 90. Może dzięki niej kilka spraw w tym kraju potoczyłoby się inaczej.  

czwartek, 17 lipca 2014

KATOLICKA KAMPANIA KŁAMSTW

"Kłamstwo - akt wolnej decyzji ludzkiej, w którym człowiek wyraża myśl sprzeczną z poznaną prawdą w celu świadomego wprowadzenia w błąd kogoś drugiego, co prowadzi do zakłócenia podstawowej relacji międzyludzkiej, na której opiera się komunikacja; wada (kłamliwość, zakłamanie) burząca podstawy porządku społecznego, sprzeciwiająca się cnocie prawdomówności, która jest częścią cnoty sprawiedliwości" - tak definiuje kłamstwo Wojciech Chudy, nieżyjący już profesor KUL związany z lubelską szkołą tomistyczną. Proponuje także wyróżnienie kłamstwa społecznego, które "występuje w wymiarze wspólnotowym, historycznym i politycznym", mające swoją odmianę instytucjonalną, "będącą zwykle na usługach jakiejś ideologii". Instytucjonalne kłamstwo społeczne szerzone jest za pomocą propagandy, indoktrynacji, perswazji, agitacji, podtrzymywane jest również dzięki mechanizmom przemocy.

Jak sądzę, przytoczone wyżej poglądy doskonale opisują kampanię episkopatu Kościoła rzymsko-katolickiego w Polsce, dotyczącą spraw bioetycznych. Najświeższym wyrazem tej kampanii jest Oświadczenie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski, sygnowane przez Stanisława Gądeckiego, Marka Jędraszewskiegi i Artura Mizińskiego, dotyczące sprawy Bogdana Chazana i tzw. klauzuli sumienia. Oświadczenie ma być przypomnieniem nauczania JPII na temat sumienia. Celem zaś jest wywarcie stosownej presji na osoby związane z przestrzenią władzy. Piszą bowiem biskupi: "Należy to uczynić, tym bardziej, że wielu przedstawicieli życia publicznego, zwłaszcza politycznego, wyrażało swój hołd dla papieża". Słowa te są niebezpiecznie, jako że niwelują różnice między porządkiem państwowym, a porządkiem religijnym. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że RP nie jest państwem światopoglądowo bezstronnym, ale funkcjonującym jako państwo częściowo-wyznaniowe. Umacniają we mnie poczucie, że bez całkowitego rozdziału sfery publicznej od religijno-światopoglądowej Polska nie będzie miała szans wejść na tory demokracji, która rzekomo jest naszym doświadczeniem od 25 lat.

Biskupi przywołują dwa cytaty z encykliki JPII Evangelium vitae:
"Nie ulega wątpliwości, że zadanie prawa cywilnego jest inne niż prawa moralnego, a zakres jego oddziaływania jest węższy. Jednak w żadnej dziedzinie życia prawo cywilne nie może zastąpić sumienia ani narzucać norm, które przekraczają jego kompetencje".
"Ustawy, które to czynią [dopuszczają aborcję czy eutanazję - MMB], nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawiania się im poprzez sprzeciw sumienia".

"... powinność sprzeciwu sumienia - komentują biskupi - wobec niegodziwego prawa cywilnego, zakaz dyskryminacji ze względu na sprzeciw sumienia" - uznać należy za zasady, których KRK naucza w sposób urzędowy.

W stosunku do tych słów chcę się pokusić o dwie drobne uwagi.
Primo, elementem kampanii kłamstw jest pokazywanie Bogdana Chazana jako dyskryminowanego z powodu sprzeciwu sumienia. Jest to wierutna bzdura. Nikt bowiem nie neguje jego prawa do odmówienia dokonania aborcji, poza Twoim Ruchem nikt także nie kwestionuje zapisów dotyczących klauzuli sumienia. Nie czynię też tego ja. Trzeba jednak starannie rozróżniać porządki. Sumienie jest namysłem praktycznym dokonywanym przez konkretnego człowieka, a nie stanowiskiem placówek medycznych (czego chcieliby biskupi i część polskich środowisk katolickich). Winą Chazana jest tedy nie to, że sam odmówił dokonania aborcji, ale nijak nie wypełnił obowiązku wskazania pacjentce miejsca, gdzie taki zabieg byłby możliwy. Jego winą jest także zlecanie niepotrzebnych badań, które sprawiły, że aborcja nie mogła być już dokonana z powodów czasowych, a także wydawanie publicznych pieniędzy wyłącznie z pobudek ideologicznych. 

Secudno, nie można zgodzić się z tym, że sumienie jest zawsze przed prawem stanowionym. To prawda, że nawet w najbardziej klasycznym wykładzie doktyrny katolickiej, czyli w tomizmie, to indywidualne sumienie jest inastancją nadającą moralne znaczenie czynom człowieka. Ale oznacza to - o czym JPII i biskupi nie raczyli już wspomnieć - że obowiązuje ono zawsze, nawet wtedy, gdy jest w błędzie. Pedofil przekonany o tym, że realizowanie pociągu do dzieci jest dobre, w swoim przekonaniu nie będzie popełniał grzechu. Zewnętrzne otoczenie oceni to jednak inaczej i - słusznie - powinno poddać go stosownej karze. Tak samo, w sumieniu można rozstrzygnąć, że dokonanie aborcji w danym przypadku jest dobre. Opinie JPII i biskupów mają sens tylko wtedy, gdy nie będzie im wcale szło o indywidualne sumienie, ale o postępowanie wytresowane w moralnym nauczaniu kościelnego urzędu. Jest to wtedy jednak nie konflikt między sprzeciwem sumienia a prawem, ale między prawem moralnym stanowionym przez instytucję kościelną, a prawem państwowym. W myśl choćby konkordatu państwo nie ma uprawnień do ingerowania w porządek wspólnoty katolickiej, ale i zwrotnie - Kościół nie ma kompetencji do ingerowania w porządek państwowy. Co więcej, domaganie się - niejawne, manipulacyjne, kłamliwe - uznania za jedyne obowiązujące porządku prawa moralnego formułowanego przez KRK jest dopominaniem się o wprowadzenie państwa wyznaniowego, dyskryminującego inne wyznania chrześcijańskie, inne religie i osób nie wyznających żadnej religii.


***
Oświadczenie PKEP jest jawnym podważeniem fundamentów demokratycznego państwa prawa. Gorszące jest legitymizowanie działań łamiących prawo poprzez odwołanie do sprzeciwu sumienia. Nie idzie tu bowiem o dyskusję i próbę negocjacji zmian przepisów, ale o uznanie za słuszne nie przestrzeganie norm. Bez elementarnego poczucia, że w pluralistycznym społeczeństwie sumienia bywają różne tak, jak różne są porządki moralne. Choćby lekarz-świadek Jehowy uznawać może za niegodziwe transfuzje krwi. Może ich odmówić powołując się na klauzulę sumienia i zabiegać o wprowadzenie zapisów zakazujących przetaczania krwi. W nowoczesnej demokracji prawao jest najważniejszym sposobem regulującym relacje międzyludzkie, godzi bowiem (a raczej powinno godzić) różnorodność światopoglądową obywateli.

***
W całej kampanii katolickiej - co słusznie podkreśla Tadeusz Bartoś - nie ma cienia refleksji na temat dziecka, którego aborcji odmówił Chazan. Nie ma niemal nic na temat sytuacji (niekiedy dramatu) kobiet, dla których decyzja o aborcji jest jedyną słuszną. 
Jest język przemocy, wojny i wykluczenia. Symptomatycznie pod Oświadczeniem Nasz Dziennik drukuje formularze listów do Ministra Zdrowia i Prezydent Warszawy, w których czytamy:

"W związku z medialną i administracyjną nagonką na prawego i uczciwego lekarza prof. dr hab. Bogdana Chazana apeluję o zablokowanie tych działań i ochronę lekarza, który nie chciał zabić ciężko chorego nienarodzonego dziecka. Lekarz zawsze ma leczyć, nigdy  nie może zabijać!"

oraz

"Środowiska postkomunistyczne i skrajne feministki agresywnie atakują prof. dr hab. Bogdana Chazana", który "jak każdy polski obywatel, ma prawo do wolności sumienia chronione Konstytucją RP...".

Jakom rzekł - wolności sumienia nikt Chazanowi nie odmawiał. 
Sprzeciw wobec łamania przez niego prawa nie dotyczy chyba tylko postkomunistów i skrajnych feministek, jawne wykluczenie z szeregów kościelnych i stygmatyzowanie wszystkich myślących inaczej jest jawnym skandalem.
Chazan nie jest też taki prawy i uczciwy - jego droga do profesury biegła przez badania, których elementem były aborcje. Ciekawe, że nawrócenie wydarzyło się u niego w momencie, gdy w hierarchii naukowej nie musiał już o nic zabiegać.

***
Nie mam wątpliwości, że kampania kłamstw rozpętana przez KRK podważa podstawy ładu społecznego. Na to nie może być zgody. Czas wreszcie podjąć wysiłek, by zrealizować art. 1 konkordatu: uznania niezależności i autonomii państwa i Kościoła. M. in. przez wypowiedzenie tej umowy i nową, czytelną regulację wzajemnych stosunków. Mówię to z bólem serca, jako osoba związana z Kościołem, którego działania powodują, że mógę mówić o sobie "chrześcijanin", ale coraz trudniej przychodzi mi myśleć o sobie "katolik".

    

czwartek, 3 lipca 2014

KASTRAT, KOŚCIÓŁ, KOREKTA PŁCI - KRÓTKI KURS

Kastratów kojarzymy zazwyczaj z barokiem i operą, a więc z czasem zbytku i namiętności, znajdujących swój wyraz w bogatych, emocjonalnych i menadrycznych produkcjach teatralnych. 
Mało kto pamięta, że kastraci nie narodzili się w operze i nie w operze zmarli. Tak samo mało kto wie, że głosu kastrata można posłuchać - z vinyli, kompaktów czy w serwisie youtube.

Sztuka kastratów bieże początek w Kościele rzymsko-katolickim i w zjawisku kontrreformacji. 
"Gdy w wieku XVI za sprawą reformatorskich ruchów Marcina Lutra i Jana Kalwina Święty Kościół Rzymski zatrząsł się w posadach, kolejni papieże próbowali przywrócić mu dawną pozycję i znaczenie. Oprócz licznych zabiegów dyplomatycznych i wypraw zbrojnych wymierzonych w protestanckich władców, usiłowano na wszelkie sposoby stworzć wrażenie, że Kościół Katolicki wciąż stanowi najważniejsze ogniwo równowagi społecznej. Aby odciągnąć „prostaczków” od heretyckich prądów, oddziaływano na ich umysły poprzez sztukę, muzykę i religijne przedstawienia, tzw. sacre reprezentazioni.To właśnie na takim gruncie wyrósł styl, którego wybujała forma, pełna ornamentyki, złoceń i pucołowatych aniołków zachwycała i zapewniała o potędze fundatora. Wszelkie kanony piękna stosowane w architekturze, rzeźbie i malarstwie barokowym znalazły odzwierciedlenie w muzyce liturgicznej, która aby wypełnić przestrzeń nowopowstałych świątyń, wymagała odpowiedniego aparatu wykonawczego" - pisze Tomasz Raczkiewicz.

W kontekście tym ważną rolę pełnił również kulturowy uzus, wiążący to, co boskie, z głosami wysokimi, najlepiej z sopranami. Zwyczajowo partie przeznaczone na takie głosy wykonywali falseciści. Powiększające się przestrzenie świątyń okazały się jednak dla nich problematyczne - bywało, że falset nie miał wystarczającej mocy, by wypełnić sobą sakralną przestrzeń. Coraz częściej tessytura partii okazywała się zbyt wysoka; także nosowe zabarwienie falsetu nie do końca odpowiadało gustom odbiorców. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie na miejsce falsecistów - kobiet. Ale przez wieki utrzymywała się w mocy nowotestamentalna zasada, podług której kobiety powinny milczeć w kościele. Szczególne zasługi w egzekwowaniu tej normy położył papież Innocenty XII, który nie tylko wprost zabronił kobietom występowania w teatrze, ale także teatry publiczne zamykał.  


Jak podaje Raczkiewicz, pierwszy kastrat pojawił się w Sykstynie w 1562 r. W latach 1588 i 1599 w kalendarzu Sykstyny zapisano dwóch "eunuchów". W następnych latach liczba kastratów systematycznie rosła. A Syksytna nie była jedynym kościelnym miejscem, w którym rzezańcy występowali. Co ciekawe, działo się to mimo ogłoszenia przez Sykstusa V konstytucji Cum frequenter, w której surowo zabroniono kastracji chłopców (1587r). Surowo, za kastrację groziła bowiem ekskomunika.

Jak to zwykle bywa, zapis ten obchodzono. Powołując się na względy medyczne. Raczkiewicz zauważa, że podług medyków tamtej doby "kastracja jest nieocenionym środkiem w walce z podagrą,przepukliną, szaleństwem czy epilepsją, przez co wielu lekarzy, działając w dobrej wierzeprzeprowadzało ten zabieg. W takim przypadku sprawcy nie podlegali nakładanej przez Kościółza ten czyn ekskomunice, co miało fundamentalne znaczenie przy preparowaniu oficjalnychbiografii kastratów. Poczesne miejsce w tychże zajmowały rozliczne wypadki, którym ulegalimali nieszczęśnicy, tj. upadek z konia, nieostrożna zabawa, pogryzienie przez łabędzia, czy dzikąświnię. „John Rossselli pisze nawet, że gdyby wierzyć kastratom z kaplicy Sykstyńskiej, to wszyscy oni padli ofiarą dzikich świń!".

Jeszcze większej pikanterii dodaje sprawie fakt, że kastratów rekrutowano na ogół z kręgów biedoty. Często byli to bezdomni, sieroty. Równie często były to dzieci sprzedane za parę groszy przez przymierających głodem rodziców. Kastrację fundowano im około 9 roku życia. W imię sztuki i kościelnej niechęci do kobiet fundując zaburzenia osobowości, deformację ciała etc. (to wpływ zaburzeń hormonalnych).


Ostatni kastrat przyjęty do Sykstyny urodził się 11 listopada 1858 r. Do chóru papieskiego przyłączono go w 1883, po zjawiskowym występie w Beethovenowskim Chrystusie na Górze Oliwnej (wcześniej, od 1873 r. śpiewał w Kaplicy Laterańskiej). Od 1898 r. pełnił w Sykstynie także funkcję dyrygenta. "Równolegle - komentuje Raczkiewicz - prowadził ożywioną działalność artystyczną poza chórem, śpiewając na uniwersytetach, salonach i klubach. W roku 1900 głos tego kastrata rozbrzmiewał na Panteonie podczas ceremonii pogrzebowej króla Włoch Umberto I. Niezwykle chętnie zapraszany artysta musiał stanowić nie lada atrakcję, co zresztą umiał skrzętnie wykorzystać pozyskując wielu wielbicieli swego talentu. Jego numerem popisowym miała byćpochodząca z opery „Faust”Ch. Gounoda „aria z klejnotami”, którą zwykł był wykonywać „z łzą w każdej nucie”.Alessandro MoreschiWg Dizionario Universale di RomaAlessandro Moreschi „posiadał głos wyjątkowejpiękności”, dzięki któremu zyskał przydomek „Angelo di Roma”". 

Właśnie głos tego kastrata utrwaliły dość liczne nagrania (z lat 1903-1904). Są, rzecz jasna, technicznie mocno niedoskonałe, dają jednak pewne wyobrażenie, jak taki głos mógł brzmieć. Muszę przyznać, że nie budzi on we mnie estetycznego entuzjazmu, co więcej - wnosząc, że oddaje cokolwiek z prawdy, kastrowanie chłopców wydaje mi się procederem jeszcze bardziej nagannym. 

Moreschi zmarł w Rzymie w 1922 r. Z Sykstyny odszedł w 1913 r., po tym, jak Pius X - pod naciskiem opinii publicznej - w końcu definitywnie zamknął kościelną karierę kastratów. 

Kastraci są niewątpliwie jednym z bardziej mrocznych elementów kościelnej działalności. Ich historia daje także do myślenia - choćby w kontekście argumentów podnoszonych przeciw "korekcie płci". Ale - jak wyczytać można na portalu fronda.pl - "kastracja to nie transseksualizm". A że to "konkret", to czas kończyć. I już!



_______________
Tekst oparty jest na eseju T. Raczkiewicza, Problem kastratów w kulturze włoskiej

wtorek, 1 lipca 2014

KRWIOŻERCZA MONOGAMIA, WEGETARIAŃSKA POLIAMORIA

Wegetarnie promują zdrowy styl życia. A do tego - jak mawia moja koleżanka - są hedonistami, jako że dbają o to, by w świecie było mniej cierpienia, a więcej satysfakcji.
Wegetariańskie hedonizm i zdrowy styl życia zobowiązują. Także poliamorycznie! 
Jak wynalazłem to powiązanie? Ano, jak pisał Ludwik Krzywicki:

"Gromada, zarówno więc rodzina jak grupy rozleglejsze, ma na celu tylko jedno: zapewnienie gatunkowi istnienia ... Pod tym względem zwierzęta roślinożerne z jednej strony, drapieżne z drugiej - wykazują dążności zgoła odmienne. Pierwsze żyją olbrzymimi gromadami, ... uczucia solidarności są tam niezmiernie rozwinięte, popęd małżeński odznacza się małym stopniem wyłączności osobniczej, tj. istnieje bezład małżeński. Natomiast drapieżnikom obca jest wszelka inna gromada prócz rodziny, uczuć towarzyszkich nie ma, związek małżeński przybrał kształty rodziny parzystej. Te zwyczaje inne u drapieżców, a inne u zwierząt roślinożernych pozostają w związku jak najściślejszym z warunkami pożywienia i w ogóle utrzymania każdej z tych grup. Drapieżcy karmią się mięsem innych zwierząt ... Taki pokarm z konieczności istnieje w rozmiarach szczupłych. Gdyby więc drapieżcy posiadali uczucia towarzyskie o silnym napięciu i przebywali licznymi gromadami, zniknęliby wskutek zwyczajów towarzyszkich ... Zwierzęta ta muszą się trzymać z dala od siebie. ... Zgoła inaczej rzeczy się mają u zwierząt roślinożernych. ... Rozwojowi towarzyszkości żadna przyczyna nie staje w poprzek" [L. Krzywicki, Studia socjologiczne, Warszawa 1951, ss. 187-8]..

czwartek, 26 czerwca 2014

BERLIŃSKA OPERETKA I WAGNER WPROST Z NIDZICY. O DYNASTII KOLLODZIEYSKICH

Nidzica - malowniczo położone miasto w województwie warmińsko-mazurskim znane m. in. z zamku krzyżackiego czy intrygującego, krzyżackiego mszału z 1499 r. To tutaj 28 stycznia 1878 roku urodził się Elimar Walter Kollodzieyski, znany pod pseudonimem Walter Kollo. Twórca popularnych niegdyś operetek i szlagierów, dziadek wybitnego tenora wagnerowskiego - Rene Kollo.

Był synem kupca Karla i pianistki Jadwigi. Matka potrafiła docenić artystyczne aspiracje syna. Ojciec go za nie wydziedziczył. Elimar postanowił jednak stawić czoła przeciwnościom. Swoja karierę rozpoczął w Królewcu jako korepetytor i dyrygent. A nim zawitał do Berlina przez krótki moment gościł także w Szczecinie. W Królewcu urodził się jego syn, Willy, z którym później miał przez pewien czas współpracować. Uważany jest za ojca berlińskiej operetki, łączącej w sobie niebywałą, piosenkarską wręcz lekkość z kapitalnym rzemiosłem artystycznym. 

Syn Waltera, Willy, podążył śladami ojca. Z rodzinnej tradycji komponowania wyłamał się dopiero Rene, który poświęcił się życiu śpiewaka. Rozpoczynał od operetki i piosenki. Mało kto pamięta, że gościł nawet na konkursie w Sopocie (1964 r.), na którym nie zdobył żadnej nagordy. Debiut operowy Rene miał miejsce rok później, w 1965 roku w Brunszwiku, a sukcesy przyjść miały w latach 70ych. Kollo zasłynął przede wszystkim w repertuarze przeznaczonym dla heldentenora. Nigdy nie przestał jednak stronić od "lżejszej muzy", czego wyrazem może być (między innymi) kapitalne nagranie Opery za trzy grosze.

Muzyczno-teatralną tradycję rodziny rozwijają jeszcze dwie Panie Kollo - Marguerite, córka Williego, oraz śpiewaczka Nathalie

Dlaczego o nich piszę?
Powodów jest kilka.

Primo, warto pamiętać, że ta wybitna rodzina pochodziła z Nidzicy. I że związana jest z Polską nie tylko ze względu na miejsce pochodzenia. W literaturze podkreśla się, że Kollodzieyscy mieli polskie korzenie, niemniej nikt chyba nie podjął się próby dokładniejszego zbadania tej sprawy. Co, niestety, potwierdza tylko smutną prawdę - że sami nie jesteśmy zainteresowani tym, co tworzy najlepszą kulturową tradycję naszej wspólnoty.

Secudno, czas upomnieć się o to, by operetki dynastii Kollo zagościły wreszcie na naszych scenach. Są efektowne i intrygujące, warte poznania i wypromowania. Często-gęsto teatry muzyczne sięgają po rzeczy kiepskiej miary, montuja spektakle z muzyki pisanej dla innych celów etc. Dlaczego zatem nie wrócić do nieznanej u nas klasyki? Dlaczego nie pokazać "operetki berlińskiej"? Tym bardziej, że do Berlina zanieśli ją Polacy.

Tertio, o utworach Kollo milczy tak obszerny przewodnik po teatrze muzycznym, jakim jest Tysiąc i jedna opera Piotra Kamińskiego. Przy czym na łamach tej arcyważnej i arcypięknej pozycji pojawiają się operetki innych kompozytorów. 

Tych, którzy mają ochotę dowiedzieć się o rodzinie Kollodzieyskich nieco więcej, odsyłam do ich rodzinnej strony internetowej. 
Polecam także dokumentalny film Walter Kollo w Nidzicy.
A na deser ciut muzyki - Rene Kollo w melodiach berlińskich.

wtorek, 24 czerwca 2014

ANTYPAŃSTWOWY KULT KONKURENCYJNOŚCI I KREATYWNOŚCI

Przed nami kolejny dzień z aferą podsłuchową. Znów będzie się mówić o zamachu stanu, gangsterce, zorganizowanych grupach przestępczych i kryzysach politycznych. Nie byłoby sensu włączania się w ten dyskurs, zwłaszcza, że dominują w nim emocje, a nie merytoryka. Nie byłoby sensu, gdyby nie fakt, że kryzys jest często najlepszym momentem "do przemyślenia od nowa podstaw ładu społecznego czy wyobrażonej instytucji społeczeństwa" [Wiktor Marzec].
Namysł taki jest konieczny tym bardziej, że - w moim odczuciu - społeczeństwo (podobnie jak naród)  nie istnieje samo w sobie. Jest raczej performatywnie ustanawiane "w akcie opowiedzenie się na jego rzecz". Społeczeństwa nie da się zatem wyprowadzić z żadnych obiektywnych czynników (historycznych, rasowych), ale trzeba je widzieć jako zbiorową samoświadomość, ustanawianą przez "subiektywną, realną i czynną przynależność" [tamże].

Afera podsłuchowa i związane z nią reakcje mówi nam wiele o tak pojętym społeczeństwie. Pokazuje, po pierwsze, że Polska obok USA najbardziej radykalnie i konsekwentnie ucieleśnia strategie neoliberalne (to teza Colina Croucha). Pokazuje także, po drugie, że na gruncie neoliberalnym, społeczeństwa budować się nie da.

***
Dlaczego? Ano dlatego że neoliberazzlizm jest religią, oddającą intensywny kult bożkowi konkurencji. "Żyjemy w świecie, który uważa konkurencyjność za coś bezsprzecznie dobrego. - czytamy w Dzienniku. Gazecie Prawnej - Wielbimy konkurencyjne firmy oraz konkurencyjne gospodarki. Chcemy, żeby konkurowali ze sobą pracownicy, szpitale, urzędy i uczelnie". Niezbyt często jednak zdajemy sobie sprawę z tego, jaką cenę płaci się za kult konkurencyjności.
Ceną tą jest rozpad więzi, atrofia solidarności, zanik poczucia "dobra wspólnego", jako celu motywującego długofalowe działanie polityków i funkcjonariuszy publicznych bez względu na zmieniające się gabinety. Ceną jest także nerwica i depresja, tym częstsze, im częście wymaga się od jednostek bycia nieustannie kreatywnymi.

***
Konkurencyjność to przecież nic innego, jak "wyścig, który zawsze kończy się wyraźnym rozróżnieniem na zwyciężców i pokonanych". Nie motywuje go chęć polepszenia zbiorowej sytuacji, ale zwycięstwo - swoje lub własnej grupy. Nie chodzi też o lepsze i szersze rozumienie świata, ale o zwycięstwo w rankingach i innowacyjność. W efekcie, Innych postrzegać należy jako wrogów, a zagrożenie minimalizować. Jedną z podstawowych reguł wyścigu, jest utrzymywanie w tajemnicy swojej strategii, bo tylko to może gwarantować przewagę. Konsekwencją tej reguły jest rozrost mechanizmów inwigilacji, trudno się bowiem dziwić, że wraże drużyny starają się odkryć tajniki planowanych strategii.

Kult ma to do siebie, że dotyczy nieuchwytnych w empirycznym świecie absolutów. Tak też jest z konkurencyjnością - wyścig nie kończy się nigdy, a cele zawsze okazują się doraźne i zawsze domagają się przekroczenia. Bardzo dobrze widać to w kulcie kreatywności, którą kształtuje się dzisiaj jako podstawową umiejętność i wartość. Nikt nie zastanawia się jednak nad tym, że dla funkcjonowania wspólnoty tak samo ważna jest nowość, jak tradycja, a człowiek nie jest w stanie psychicznie udźwignąć codziennego przekraczania swoich możliwości. Niezmiennie frapuje mnie fakt, że średniowiecze, czyli epoka "powielania" autorytetów i komentowania cudzych tekstów wydała tylu zjawiskowych myślicieli. A obliczone na wyścig (choćby w punktacji, choćby o stypendium czy grant) kreatywne produkcje współczesnych autorów często gęsto nie wnoszą nic nowego, poza ilością zapełnionych stron.

***
Konkurencyjność (wyścig) oznacza także bezpardonowe krzewienie się nierówności. W końcu nie każdy może być zwyciezcą. Różnice te widzimy na każdym kroku - rózni nas dostęp do procedur medycznych, do dóbr kultury, nawet do Internetu. Różni nas - i to drastycznie - poziom życia, którego - w ramach mechanizmów konkurencji - raczej nie będzie się podnosić. "W jednym z programów radiowych "EKG" w radiu Tok FM (21 maja) wysłuchałem ciekawej polemiki na temat płac w Polsce. - pisze Andrzej Szachaj [ten sam DGP]. Pani prof. Hanna Kuzińska (Akademia Leona Kozmińskiego w Warszawie) domagała się ich podniesienia w związku z tym, że produktywność polskich pracowników od bardzo dawna rośnie, a pensje za tym nie nadążają. Panowie Jeremi Mordasiewicz (Konfederacja Lewiatan) i dr Bogusław Grabowski (Rada Gospodarcza przy premierze) wyrażali zdecydowane zdanie, iż na taką podwyżkę jest za wcześnie, gdyż wciąż główna przewaga konkurencyjna Polski polega na niskich płacach. Przy czym dr Grabowski stwierdził w pewnym momencie, iż być może za dziesięć lat będziemy mogli sobie pozwolić na radykalne podnoszenie płac, zaś Jeremi Mordasiewicz powiedział, że musi się ono zawsze odbywać powoli i pod całkowitą kontrolą pracodawców, którzy zawsze lepiej wiedzą, na co ich stać". A zatem według ludzi korzystających z dobrobytu odkładanie na później potrzeb społecznych (jeszcze nie pora na odpoczynek, jeszcze nie pora na spokojne wiązanie końca z końcem) jest warunkiem sine qua non utrzymywania konkurencyjności!

***
Afera podsłuchowa doskonale wpisuje się w ten neoliberalny proces niszczenia społeczeństwa. Idzie w niej o podbcie sprzedawalności "Wprost", o wysadzenie z siodła wrażych polityków, o głosy wrzucone do urn. Racja stanu, dobro państwa, niepokoje społeczne itd. itp. - to tematy nieobecne. Tak, jak nieobecne staje się państwo.
Jeśli przyjąć - jak zrobiłem to na wstępie - że społeczeństwo tworzy się w performatywnych aktach przynależności, to neoliberalizm zamiast społeczeństwa tworzy skonfliktowane enklawy. Wygranych i pokonanych, dotowanych i niedotowanych, leczonych i nie-leczonych, normalsów i wykluczonych. Biegnąć w wyścigu enklawy te działają w oparciu o mechanizmy przemocy.
A ta pleni się coraz bardziej jawnie, podsycana przed media, polityków i... Kościół katolicki (działania polskiego kleru należą w dobie obecnej do najbardziej anty-państwowych i anty-demokratycznych). Zaczynam obawiać się, że eskalacja konfliktów, retoryka wojny, lęk przed nieustannym zagrożeniem, skończy się gwałtownym wyładowaniem. Ale oczadziali neoliberałowie raczej zbyt szybko tego nie dostrzegą. Jest się więc czego bać! 




  

czwartek, 19 czerwca 2014

PÓŁ-DOJRZAŁOŚCI I PÓŁ-TEATRU NA CAŁY JUBILEUSZ

Łódzki Teatr Wielki znów stracił dyrektora artystycznego. Serwis Nasze Miasto donosi, że Warcisław Kunc podał się do dymisji, którą przyjął Wojciech Nowicki. Jako powód odejścia podano oficjalnie "powody osobiste". Ta zgrabna formułka niezmiennie mnie niepokoi. Stosuje się ją bowiem zazwyczaj po to, by pozwolić "odejść z twarzą", czyli przemilczeć rzeczywiste motywy dymisji. A te - wnosząc choćby po komenatrzach pod tekstem - mogą być poważne. Zacytuję kilka z nich:

  • Odchodzacy Dyr ma opinię rządzenia " bo ja tak chce" i jak mówią w naszym świecie żaden Drygent z niego. Metronom to jego frend. Jest tak wspaniałe y że AM tez ma go dość. Bo po skończeniu pod nim dyrygent uruchomić trzeba przez 2 lata uczyć się od nowa jak poprawnie się to robi. 
  • tak samo byłoby z sutrykiem tyle że tam chór teatru wielkiego był zbyt słaby żeby się postawić...ale cóż, jeden dyzma wygrał inny przegrał a na końcu największy dyzma (NOWICKI)pozostaje na stanowisku. PZPR wiecznie żywe 
  • fizdu gwidu :) widzowie wiedza najlepiej :) a kunc zwalnia artystow i obsadza swymi :)
Kunc zasłynął w naszym środowisku muzycznym także aroganckim zachowaniem, lekceważącym członków zespołu i kwestionującym artystyczne osiągnięcia  muzyków. 
Jego odejście, firmowane "powodami osobistymi" jest dla mnie wyrazem dojrzałości pracowników Teatru. Nie wierzę bowiem, że to rozstanie odbyło sie bez ich aktywnego udziału. Postawili jednak na klasę, nie dopuszczając do skandalu i języka agresji w roku jubileuszowym.

Ani Kunc, ani przywołany w komentarzu Waldemar Sutyk, nie są jednak dla mnie największym problemem. Nie oni bowiem kierują Teatrem, nie oni wyznaczają cele, nie oni budują rangę. Główna odpowiedzialność spoczywa na Wojciechu Nowickim, który okazuje się dyrektorem wybitnie nieudolnym. Jak bowiem inaczej nazwać to, że nie potrafi dobierać sobie najbliższych współpracowników? Jak nazwać nieustanną rotację zapraszanych solistów, którzy pojawiają się i znikają z niedocieczonych przyczyn? Jak nazwać dziwną politykę etatową, brak pomysłu na repertuar, nieustanne audycje etc. (chyba jako jedyny Teatr w Polsce TW ma permanentny wakat etatowy, tylko że on musi się z czegoś brać)? 
Do zbudowania zespołu potrzebny jest czas i dojrzewanie, w tym możliwość obcowania z nestorami (ich doświadczenia nie zastąpi absolutnie nic!) Do zbudowania repertuaru - świadome liczenie się z możliwościami oferowanymi przez artystów. Do rozwoju i weryfikowania jakości artystycznej - jasne i podane wcześniej kryteria oceny (ciekawe, czy coś na ten temt powiedziałby nam balet?). Do zbudowania środowiska melomanów - jasna i ciekawa polityka repertuarowa.

To zastanawiające, że Opera Narodowa jest w stanie podać listę premier, występów i spektakli planowanych na nadchodzący sezon (m. in. Projekt P', Wilhelm Tell, 1914, NabuccoLohengrin, Orfeusz i Eurydyka, warsztaty choreograficzne dla młodych twórców, Jousha Bell). 
To zastanawiające, że Teatr Wielki w Łodzi jest w stanie w roku jubileuszowym wykrzesać z siebie zapowiedź Strasznego dworu, balu sylwestrowego i gali operowej. Którym towarzyszyć będzie jeszcze wystawa zdjęć. 

O ile teatralne zespoły wykazują się dojrzałością godną jubilata, o tyle włodarzy cechuje - mówiąc eufemistycznie - niedojrzałość. O ile nie mam wątopliwości, co do potencjału naszych artystów, o tyle boli mnie cień, jaki przysłania ten potencjał. Wynikający także z faktu, że dyrekcja nie kocha swoich artystów. Nie rozumie ich. Nie ma wytyczonych ideałów. Ranga Wielkiego leci na łeb na szyję. Jak sądzę, jedyne, co może uratować Teatr jest zmiana sposobu zarządzania. Czas odejść od rotacji na stanowiskach związanej ze zmianami w Urzędzie Marszałkowskim. Czas także powołać Radę Społeczną przy Teatrze (pracownicy wszelkich teatralnych zespołów, widzowie, krytyka, wytrwani nauczyciele wokalistyki, instrumentaliści etc.). Nie po to, by kierowała zamiast dyrekcji, ale by doradzała, tworzyła kryteria oceny pracowników, wytyczała perspektywy rozwoju. Omawiała aktualne możliwości.

Jako memento przytaczam słowa Sławomira Pietrasa:
"Teatr operowy tworzą trzy pokolenia - nestorzy, którzy nawet jeśli spędzają większość czasu w bufecie, to jednak dają gwarancję autorytetu profesji, pokolenie średnie, najbardziej eksploatowane, gdyż są to ludzie, którzy już potrafią i jeszcze mogą. I wreszcie młodzież, której należy wskazywać szanse, bo scena to domena młodości. Problem dyrektora polega w tym wszystkim na tym, by ukazywał walory swego zespołu, a ukrywał jego mankamenty".