wtorek, 27 stycznia 2015

LATAJĄCA NUDA

„Przyszłość jest wyobrażalna wyłącznie w odniesieniu do przeszłości” – twierdził Richard Wagner (cytuję za kompendium pod redakcją Barry’ego Millingtona). Słowa te doskonale charakteryzują Holendra tułacza. Operę romantyczną uznawaną za pierwszy wyraz dojrzałości artystycznej Wagnera, na której kształt pracowali jednak wcześniejsi kompozytorzy.
Można bowiem wskazywać na wpływy opery włoskiej, zwłaszcza w partii Eryka. Można mówić o włoskim liryzmie muzyki i rozwiązaniach formalnych. Niemniej nie należy przeceniać tego tropu.
Ważniejsze w moim odczuciu są tu bowiem wpływy, jakie na Wagnera wywarł Heinrich Marschner (ballada Senty jak żywo przypomina romans Emmy z Wampira), Carl Maria von Weber czy Ludwig van Beethoven. Tropy te prowadzą w dość prosty sposób do tzw. opera à sauvetage, swoistego podgatunku operowego, który ukształtował się we XVIII w. Francji czasów rewolucji, a sam genolologicznie zależny jest od opera comique (nazbyt często i nie słusznie pojmowanej jako opera o śmiesznych rzeczach). Zależności te są o tyle ciekawe, że – jak pisze Jarosław Mianowski – idiom romantyczny w całej swej pełni eksplodował w Niemczech, niemniej nie pojawił się on jako opozycja względem niemieckiej sztuki klasycznej. Choćby Fidelio, typowo oświeceniowa opera à sauvetage, zawiera w sobie wiele elementów pre-romantycznych, podjętych i kontynuowanych przez późniejszych kompozytorów.
Istotne są również wpływy francuskiej grand opera (współcześni Wagnerowi wdzieli w Holendrze elementy przejęte od Giacomo Meyerbeera) i zapatrzenie we francuskie osiągnięcia w dziedzinie orkiestracji. Wagner zachwycał się nimi, podkreślając ich urzekającą i efektowaną kolorystyczną jaskrawość.
Pomijając różne inne powody, „francuskość” Holendra nie może dziwić także dlatego że planowany był (w wersji jednoaktowej) z myślą o Operze Paryskiej.

Z drugiej strony Holender to opera w imponujący sposób przekształcająca zastaną tradycję. Piotr Kamiński pięknie pisze w tym kontekście o monologu Holendra, „w którym Wagner wykorzystuje tradycyjną formę włoskiej ‘sceny’ […] po mistrzowsku zacierając jej kontury, nade wszystko zapewniając sobie w tych ramach nieskrępowaną swobodę wyrazu. Niełatwo wśród wzburzonych, granatowych fal wypatrzeć misterne rossiniowskie puzderko, tak potężny wymiar mają tematy składające się na tę scenę […]. Tutaj również narodził się rodzaj głosu równie typowy dla wagnerowskiego świata jak wysoki baryton dla Verdiego: dramatyczny bas-baryton, czy ‘wysoki bas’, któremu Wagner powierzy później Wotana i Hansa Sachsa”.  Wspomniane zacieranie formalnych ram – zdaniem niektórych badaczy podjęte od Meyerbeera i Ludovika Halévy’ego – są potwierdzeniem tego, że Wagner poszukiwał takiej konstrukcji dramaturgicznej, która pozostawałaby w służbie emocji, skutecznie prezentując pasję dramatyczną dzieła.

W końcu Holender to przede wszystkim dzieło oryginalne, w którym w niezwykły sposób mieszają się światy, idiomy i iskry geniuszu.  Wymaga tedy realizatorów o bogatej wyobraźni. Takich, którzy nie są specjalistami w wąskiej muzycznej dziedzinie. Kluczem do jej realizacji nie jest ani specjalizowanie się w muzyce włoskiej, ani francuskiej, ani jakiejkolwiek innej. Osobowość i pokora wobec partytury sprawdzają się w roli klucza zdecydowanie lepiej. Piszę o tym, by zaznaczyć, w ramach jakiej perspektywy patrzę na łódzki spektakl, choć słowa te nie dość, że mogą wydawać się trywialne, to jeszcze w oczywisty sposób winny opisywać podejście artystów do wykonywania wszelkich partytur. Jako że w Polsce niewiele gra się Wagnera i niewiele o Wagnerze pisze, czuję jednak potrzebę zdystansowania się od perspektywy przyjętej przez recenzentkę Gazety Wyborczej Izabellę Adamczewską. Napisała ona: „Dyrygent Eraldo Salmieri sprawnie niuansował nastroje, dbał o tempo i rozmach. "Holender" to najbardziej "włoska" opera Wagnera (co też ma znaczenie w przypadku dyrygenta specjalizującego się w tym repertuarze)”. Pogląd Adamnczewskiej wydaje mi się kontrowersyjny. Jeśli miałbym szukać „najbardziej włoskiej” opery Wagnera, byłby nią Zakaz miłości z Rossiniowską koloraturą i kantyleną a la Bellini. Ale nawet w tym przypadku bardziej istotne są wpływy francuskie. Poza tym nie wiem, na czym polega specjalizacja w muzyce włoskiej po prostu – jednak czym innym jest obeznanie ze belcantem Rossiniowskim, czym innym idiom Pucciniego czy Beria.
Bez względu na wpływy, inspiracje i specjalizacje opiszę niżej swoje wrażenia ze spektaklu. Trzeciego i ostatniego spośród tych, które prezentowane są w bieżącym sezonie.

Zacznę od bezapelacyjnego aplauzu. Zasłużyła na niego Wioletta Chodowicz kreująca rolę Senty. To głos nadzwyczajnej urody, przywodzącej mi na myśl prześwietlony słońcem bursztyn. Szlachetny, pełny, mieniący się barwami. I nadzwyczaj gęsty, co – w moim odczuciu – może być pewną pułapką. Chodowicz jest bowiem dla mnie sopranem lirycznym. Senta należy do innego fachu. Ale inteligencja Chodowicz, zrozumienie postaci i sama uroda głosu złożyły się na piękny występ.
Słowa aplauzu kieruję także pod adresem Dominika Sutowicza, który ujął mnie jako Sternik.

Spory problem mam z Jukką Rasilainenem, który konsekwentnie budował postać Holendra. To głos wyraźnie już wyeksploatowany, artysta śpiewał nieczysto. Choć tu i ówdzie dawała o sobie znać piękna barwa, jak dla mnie jednak, zbyt jasna.

Artystom tym należy się szacunek tym większy, że przyszło im zmagać się z nieciekawą inscenizacją. Muszę przyznać, że nie sądziłem, że Holender może znudzić. Ten wynudził mnie okropnie. Reżyseria jest statyczna, brak w niej wyraźnej narracji budującej napięcie. Wszystko jest do bólu dosłowne, nawet fale wylewają się na słuchaczy z ekranu z projekcjami. Same projekcje nie są zresztą najwyższych lotów – bawić mogą nagle przyspieszające chmury (choć pewnie szło o zgranie je z ruchem muzyki) czy sposób pokazania wyładowań atmosferycznych. Przy całym tym bolesnym „realizmie” portret Holendra z domu Dalanda prezentuje raczej X-mana, a nawałnica miotająca ludźmi w III akcie nie poruszy nawet jednego żagla. Mamy tu też Holendra-marzannę, kukłę podrzucaną sobie przez marynarzy. Wykreowanie w tej przestrzeni żywej postaci to sukces. I mówię to bez cienia złośliwości.

Mocno napracowały się zespoły. Zwłaszcza orkiestra. I było to słychać, acz sporo mankamentów dałoby się wytknąć. Zamiast tego kieruję jednak słowa sympatii i uznania. Muzycy zmierzyli się bowiem z koncepcją pozbawioną nerwu, podobnie do reżyserii –  nudną. Przy okazji Trubadura zauważyłem, że Eraldo Salmieri najlepiej sprawdza się w muzyce głośnej, obficie korzystającej z instrumentów dętych, „wojennej” czy – w przypadku Holendra – burzowej. Brakło mi dziś umiejętności kontrastowania, budowania nastrojów lirycznych, kolorystycznej „jaskrawości”, która tak ujmowała Wagnera we francuskiej orkiestracji. Zrozumienia humoru Wagnera, wyrażonego w połamanym pulsie chóru marynarzy. Wszystko było serio i tak samo. Podobny brak kontrastu widać było w obsadzie wokalnej. Tęskniłem za Włodzimierzem Zalewskim jako Holendrem i Andrzejem Malinowskim jako Dalandem, których zróżnicowane głosy współgrały idealnie z powierzonymi im rolami. Tęskniłem także za Alicją Pawlak jako Mary – choć niewielka to rola, wymaga jednak głosu idealnie wyrównanego i dźwięcznego. Pawlak władała do tego instrumentem nadzwyczajnej urody i ciemnej barwy. Występowali oni w łódzkim Holendrze w latach 90tych ubiegłego wieku, mając za przestrzeń niezwykłej urody inscenizację Waldemara Zawodzińskiego.




Cały tekst: http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,17308228,_Holender_Tulacz___Szalona_milosc_w_klasycznych_dekoracjach.html#ixzz3Q0FRiThV

piątek, 23 stycznia 2015

CO Z TĄ PRASĄ, DYREKTORZE? PYTA JAKIŚ TAM BLOGER

Dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi sprowadził mnie w swej wypowiedzi do roli jakiegoś tam blogera. Podkreślając, że profesjonalna krytyka jest dla Teatru pod jego rządami łaskawa.
Są to - jak zwykle - ogólniki. Z rozkoszą zapytam się o szczegóły i poproszę o odnośniki.

Jeśli idzie o media ogólnopolskie takich entuzjastycznych recenzji raczej sobie nie przypominam.
Inaczej, pamiętam dwie - Jacka Marczyńskiego z Anny Boleny (ale tu wkrada się dla mnie dwuznaczność, Marczyński pisał tekst do programu opery, dość czołobitny w stosunku do tego, co potem recenzował) i Doroty Szwarcman z Madamy Butterfly.

Ale to czasy zamierzchłe. 
Recenzje Szwarcman ze Strasznego dworu i Trubadura są lakoniczne. I trudno je uznać za entuzjastyczne. Recenzja z Trubadura jest lepsza, acz spektakl dostał 4 punkty na 6 możliwych. 
Entuzjastyczną nie była też recenzja ze Strasznego dworu Adama Olafa Gibowskiego. Ani recenzja Józefa Kańskiego w Ruchu Muzycznym - w większości poświęcona inscenizacji (krytycznie), zdawkowa w kwestiach stricte muzycznych. 
Wybitnie zdawkowa jest recenzja Szwarcman z Cyrulika sewilskiego. O śpiewie jest tam jedno zdanie, podkreślające, że nie ma mowy o ideale. 
Jeśli chodzi o baletowego Oniegina nie wiem, czy recenzje pojawiły się w mediach ogólnopolskich. Google ich nie podpowiadają. Łódzka Wyborcza pisała  tonie pół na pół. 

Poza tym wszystkim są, rzecz jasna, moje teksty. Nie tylko blogowe, ale także zamieszczane w serwisie opera.info.pl

Znaleźć wśród nich można pozytywne teksty o Cyruliku sewiliskim oraz Truadurze. Na blogu entuzjastycznie odniosłem się do roli Dominika Senatora w Onieginie. Pozytywnie opisałem również wydawnictwo jubileuszowe (DVD) przygotowane przez Teatr Wielki. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze podjął się takiej recenzji. Jubileusz opery krakowskiej odnotowany został w Odrze czy radiowej Dwójce. Obawiam się, że łódzkim jubileuszem zająłem się tylko ja - jakiś tam bloger. 

Przez zwolenników obecnego kursu TW byłem już wyzwany od pedałów, zarzucano mi brak kompetencji wynikający z pochodzenia z małego miasta. Mogę być więc "jakimś tam blogerem".

Tylko co z tą prasą, Panie Dyrektorze???






czwartek, 22 stycznia 2015

POLAK BEZ REPREZENTACJI

Czuję się zagubiony. Słuchając dzisiejszych radiowych wiadomości uświadomiłem sobie, że definitywnie przestałem być uczestnikiem sensów i wartości, które polityczni reprezentanci polskich obywateli budują jako publiczny dyskurs RP. Zakołatała mi nawet myśl, że chciałbym zmiany w ustawie zasadniczej. Takiej, która wskazywałby mi skuteczne narzędzia zamanifestowania przywiązania do Polski przy jednoczesnym zadeklarowaniu, że nie reprezentują mnie władze, że są mi zupełnie obce, nawet wrogie.

Obśmiewano kiedyś Radio Erewań. Szydzono z marksistowsko-leninowskiej dialektyki.

Dlaczego zatem jako coś poważnego i normalnego celebruje się dziś 25 lat wolności wypracowanej przez związki zawodowe, a jednocześnie stosuje zjadliwą anty-związkową retorykę? Dlaczego działalność związków zmagających się z władzami PRL uznana jest za trafną, a zmaganie z neoliberalnymi władzami RP - za złe? Dlaczego nie mówi się o lewicowych postulatach dawnej Solidarności, które przepadły po reformach Leszka Balcerowicza? Dlaczego bezpardonowo walczy się dzisiaj z nimi pokazując "związkowość" jako zagrożenie? Dlaczego dokonuje się bezpardonowej korporyzacji każdej sfery życia? 

Dlaczego nie bierze się odpowiedzialności za słowo, a wymaga tego od innych? Dlaczego krytykuje Rosję za przeinaczenia historyczne, a samemu ich dokonuje? Usłyszałem dziś o wypowiedzi Ministra Schetyny, który orzekł, że nie armia radziecka, a ukraińska wyzwoliła obóz w Auschwitz. Zapewne to pozwoli uzasadnić zaproszenie na rocznicę wyzwolenia obozu choćby kanclerz Niemiec, a pominąć reprezentantów Rosji. Pozwoli to także na zawsze odsunąć na bok problem z tzw. "prawym sektorem" Majdanu. Co - uwzględniając wszystkie okoliczności - jest nieuczciwe.

Mam wrażenie, że otacza mnie coraz bardziej gęsta mgła. Są światła. Są nadzieje. Są ideały.
Jest we mnie duże przywiązanie i uczucia do Polski. Jest chęć budowania społecznego braterstwa, działania na rzecz wspólnego dobra.

Ale te uczucia domagają się odcięcia od reprezentantów obywateli. Mnie bowiem nie reprezentują.
Co dalej?


wtorek, 20 stycznia 2015

LIST OTWARTY ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH TEATRU WIELKIEGO W ŁODZI

Dotarł dziś do mnie list otwarty napisany przez członków związków zawodowych działających w Teatrze Wielkim w Łodzi.
List adresowany jest do Ministry Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Małgorzaty Omilanowskiej.


NSZZ Pracowników Kultury i Sztuki TW w Łodzi                                   Łódź, 19.01.2015
ZOZ ZZ PAMO przy TW w Łodzi
NSZZ Pracowników TW w Łodzi
ZZ Artystów Baletu przy TW w Łodzi
                                                                                                      

                                                                                  
                                                                                   Szanowna Pani
                                                                                   prof. dr hab. Małgorzata Omilanowska
                                                                          Minister Kultury i  Dziedzictwa Narodowego


                                                           
                                                                                  Szanowna Pani Minister ,
                                                          

        W związku z narastającym konfliktem Pracowników Teatru Wielkiego w Łodzi a jego Dyrektorem Naczelnym Wojciechem Nowickim, my, członkowie zintegrowanych Związków Zawodowych Teatru pragniemy zająć  stanowisko , które ma służyć jawnej, otwartej i świadomej prezentacji zaistniałego problemu. Tylko w ten sposób możliwy jest rzeczowy dialog, którego zakładanym rezultatem jest porozumienie.
       Nawiązując do komentarzy prasowych Dyrektora Naczelnego, w których sprowadza  przyczynę frustracji Pracowników Opery Łódzkiej do niskich płac poszczególnych grup pracowniczych przedstawiających roszczenia finansowe w oparciu o wzajemne porównywanie się, zaznaczamy wyraźnie, że niskie pensje Wszystkich Pracowników Teatru nie stanowią sedna problemu, a są tylko jednym z jego elementów.
             Przedmiotem naszej troski i frustracji jest Dobro Teatru Wielkiego, który przestał istnieć na operowej mapie Polski. Zatrważający brak repertuaru , zamknięcie na świadomego widza, pogrzebana rola wychowawcza instytucji kulturalnej czyni z nas Teatr Mały , a z Ludzi Teatru– umniejszonych dyskryminującą polityką kadrową. Poddajemy w wątpliwość: słuszność decyzji Dyrektora Naczelnego w zakresie zarządzania oraz ich konsekwencji ekonomicznych, sposoby wykorzystania środków finansowych na przeprowadzenie remontu Teatru a także tegoż remontu rezultaty. Nasze  przerażenie  budzi   powszechnie  panująca  dyskryminacja, której   indywidualne
i grupowe akty  niszczą Pracowników, osłabiają zespoły, duszą twórczy potencjał Ludzi Teatru.
      Sprzeciwiamy się podziałom i atmosferze zastraszania panującym w naszej Placówce. Uważamy także, że podjęte przez Dyrektora Naczelnego -  w obliczu zagrożenia , pospieszne kroki naprawcze , - skierowane do wybranych grup pracowniczych , pogłębiają jedynie antagonizmy
i w naszej ocenie , pojawiły się zbyt późno , by odbudować utracone zaufanie zespołów.
            My, Pracownicy Teatru Wielkiego w Łodzi , jesteśmy ponad podziałami i konsolidujemy się we wspólnych celach poprawy sytuacji Teatru Wielkiego w Łodzi na każdej płaszczyźnie jego działania w oparciu o właściwe wykorzystanie potencjału artystycznego , którym chcemy służyć  dla wzbogacania Kultury województwa łódzkiego i naszego kraju.
            Jednocześnie   jako   zintegrowane  Związki Zawodowe działające  przy Teatrze  Wielkim 
w Łodzi oświadczamy, że użyjemy wszystkich statutowych narzędzi w aktywnym działaniu na rzecz  praw Pracowników naszej Placówki. Tym samym zwracamy się z apelem do Szanownej Pani Minister o  zajęcie stanowiska w tej niepokojącej sprawie dotyczącej drugiej  co do wielkości - teraz , zaś rangi artystycznej - niegdyś   Polskiej Sceny Operowej.

                                                                                                          
                                                                                                          
                                                                                                      Z wyrazami szacunku,



NSZZ Pracowników Kultury i Sztuki TW w Łodzi                                 
ZOZ ZZ PAMO przy TW w Łodzi
NSZZ Pracowników TW w Łodzi
ZZ Artystów Baletu przy TW w Łodzi
                                                                                                     


1. Do wiadomości Pani Jolanty Chełmińskiej , Wojewody Łódzkiego ;
2. Do wiadomości  Pana Marszałka Województwa Łódzkiego Witolda Stępnia ;
3. Do wiadomości ZASP ;
4. Do wiadomości  mediów ogólnopolskich ;



poniedziałek, 19 stycznia 2015

OPERY, BUDŻETY, REPERTUARY - PORÓWNANIE

Eksploatuję ten temat do znudzenia, ale tylko dlatego że wydaje mi się ważny. A że udało mi się wyrwać z dzisiejszego dnia godzinę czasu, zerknąłem w BIPy na dotacje teatralne i operowe repertuary. Porównałem ze sobą trzy sceny - Teatr Wielki w Poznaniu, Teatr Wielki w Łodzi i Operę na Zamku w Szczecinie. Pod uwagę wziąłem repertuar od stycznia do marca. Decyzja taka motywowana jest możliwościami - na stronie internetowej opery w Poznaniu i opery szczecińskiej poznać można repertuar do czerwca. Łódź z kolei podaje repertuar do marca (przy czym w marcu nie są podawane obsady). 

Dotacje dla Teatru Wielkiego w Poznaniu i Teatru Wielkiego w Łodzi pozostają na podobnym poziomie.
W 2014 r. było to c. 28,5 mln. (Poznań) oraz 27 mln. (Łódź).
W 2015 planowane jest c. 29,7 mln. dla Poznania oraz 27 mln. na teatr i 2 mln. na spotkania baletowe dla Łodzi (łącznie 29 mln.).
Odróżnia się od tego Opera na Zamku, dla której w budżecie na 2015 r. zaplanowano 10,7 mln. (plus dotacja na przebudowę, współfinansowana przez UE.

O ile dobrze policzyłem, Teatr Wielki w Poznaniu od stycznia do marca 2015 r. przewiduje 58 wydarzeń scenicznych. 
Wśród z nich znaleźć można m. in.:

- 14 tytułów operowych, wśród których znajdują się opery XX-wieczne, w tym współczesne (modernistyczne i najnowsze, samo słowo jest pojętne znaczeniowo) (Dziecko i czary Maurycego Ravela, Portret Mieczysława Wajnberga, Cyberiada Krzysztofa Meyera, Anioł dziwnych przypadków Bruno Coli, Space opera Aleksandra Nowaka (premiera), na scenie gości także Parsifal Ryszarda Wagnera, Straszny dwór Stanisława Moniuszki, Don Giovanni oraz Czarodziejski Flet Wolfganga A. Mozarta, Traviata i Nabucco Giuseppe Verdiego, Madama Butterfly Gioaccino Pucciniego, premierowe Rycerskość wieśniacza oraz Pajace (premiera na koniec stycznia, do marca włącznie 7 spektakli).  

- pozycje edukacyjne, skierowane do dzieci i rodzin (program Kto się boi wysokiego C?, baśń muzyczna Piotruś i Wilk oraz koncert familijny Upiór w orkiestrze).

- spektakle baletowe (w tym Kopciuszek Sergiusza Prokofiewa) i musicalowe (Skrzypek na dachu).

Dochodzą to tego występy gościnne, co - jak zakładam - zasila kasę teatru (o ile się nie pomyliłem, naliczyłem ich 12, w tym koncert Grażyny Brodzińskiej i występy Och teatru).  
 - spotkania dotyczące działalności teatru.
Także Teatr Wielki w Poznaniu pokazuje się poza macierzystą siedzibą.Choćby Portret pokazano na scenie Opery Narodowej.

Do wydarzeń własnych włączyłem także imprezy niemuzyczne, w tym wykład poprzedzający premierę Rycerskości/PajacówPięknym gestem jest poprzedzający tę premierę koncert dedykowany pamięci Mariana Kouba

Opera na Zamku zagra 25 razy
W repertuarze znaleźć można Nabucco, Hrabinę Maricę, Zemstę nietoperza (Szczecin nie posiada odrębnej sceny operetkowej). Pojawia się bogata oferta spektakli dla dzieci. z baletów wymienić trzeba Ogniwa do muzyki Witolda Lutosławskiego (!) - pokłosie Roku Lutosławskiego. 

Teatr Wielki w Łodzi zagra 31 razy (uwzględniam Operę bez granic, lekcję kolęd oraz koncert noworoczny)
Pojawi się 9 tytułów operowych, należących do tzw. żelaznego repertuaru.
Obok Nabucca, Traviaty, Toski, Trubadura, Strasznego dworu, Cyrulika sewilskiego, Madamy Butterfly oraz Cyganerii odbędzie się premiera Holendra tułacza. Poza trzema spektaklami premierowymi tytuł nie pojawia się w repertuarze. 
Kolejną zaplanowaną premierą jest operetka Baron cygański.
Na scenie zobaczymy cztery tytuły baletowe i jeden musical.

Scena nie planuje żadnych spektakli kameralnych (mimo posiadania małej sceny), ani spektakli dla dzieci. W przeciągu trzech miesięcy pojawiają się dwie pozycje edukacyjne - wspólne śpiewanie kolęd i spotkanie z cyklu Opera bez granic. Brak w repertuarze muzyki współczesnej, o najnowszej nie wspominając. Poza Strasznym dworem i Ziemią obiecaną (tytuł grany od lat) nie pojawia się także repertuar rodzimy. Czego należy żałować w kontekście jubileuszu 250-lecia teatru publicznego w Polsce.

Opera na Zamku (z różnych powodów) jest aktualnie sceną marginalną. Teatr Wielki w Poznaniu jest sceną dostrzeganą w mediach ogólnopolskich.
Pod kątem dotacji operze łódzkiej bliżej jest do Poznania. Pod kątem ilości przedstawień - do Szczecina.
W odróżnieniu od Poznania Łódź gra sztampowy repertuar operowy, bogatszy jednak niż w Szczecinie.
Pod kątem oferty dla dzieci, Szczecin i Poznań "biją" Łódź "na głowę". Teatr Wielki w Poznaniu posiada na swej stronie internetowej osobą zakładkę dotyczącą oferty edukacyjnej. Poza tym działa tam Pracownia Krytyki Operowej, Biblioteka Pegaza czy Laboratorium Teatru Operowego.

Zespół artystów śpiewaków liczy w Poznaniu 18 osób, w Łodzi - 20. Przy tym z Poznaniem współpracuje znaczna ilość śpiewaków nie należących do zespołu.
Pozostałe składy są nieznacznie w sumie większe w przypadku Łodzi, co związane jest choćby z wielkością sceny i w pełni uzasadnione.

Myślę, że porównanie tych danych jest wymowne. Nie oceniam tu, oczywiście, jakości artystycznej scen, bo to zupełnie odmienna kwestia. 





piątek, 16 stycznia 2015

250 LAT TEATRU PUBLICZNEGO W POLSCE A SPÓR WOKÓŁ TW W ŁODZI

19 listopada 1765 r. to data symbolizująca powstanie teatru publicznego w Polsce. Za ojca teatru narodowego uznaje się z kolei wybitnego wolnomularza, Wojciecha Bogusławskiego. Jego działalność teatralna jest tak znacząca oraz wybitna, że w symbolicznej historii teatru w Polsce nie przeszkadza nawet fakt, iż Wojciech miał ledwo kilka lat, gdy powstawała pierwsza publiczna scena. 

Zapewne ideowe zaangażowanie Bogusławskiego przesądziło o tym, jak postrzegał on rolę teatru publicznego. Mianowicie był to teatr misyjny - służył promowaniu wartości oświeceniowych, krytyce społecznej, podtrzymywaniu ducha polskości (sam Bogusławski kapitalnie spolszczał libretta obcych oper). Teatr publiczny pełnił także funkcje wychowawcze do egalitarnego społeczeństwa demokratycznego - wymowna jest w tym względzie scena z Popiołów, w której szlachecka śmietanka wyśmiewa ten teatr za granie po polsku i dla pospólstwa, samemu preferując sztuki francuskojęzyczne realizowane dla wąskiego grona odbiorców.

Warto przy tym zauważyć, że aspekt misyjno-wychowawczy obejmuje z zasady otwartość teatru na artystyczny eksperyment, zmianę języka, nowość. Silnie podkreślał to Witold Mrożek w audycji z cyklu radiowej "Encyklopedii Teatru". Skonstatował w niej także zanik misyjnego charakteru scen publicznych, które coraz częściej grają repertuar rozrywkowy, pozbawiony ryzyka i ważnej wymowy. Zastąpiło to często gęsto powtarzanie komunałów,  pozbawienie teatru rażenia ideowego. Służy on bezpiecznej rozrywce dla zapracowanych ludzi. I wpisanie teatru w "niezachwiane prawa rynku" widziane z perspektywy neoliberalizmu.

Takie funkcjonowanie teatru publicznego jest wygodne dla władz. 
Z jednej strony, nie trzeba przejmować się tym, że zadaje on trudne pytania ideowemu i społecznemu status quo.
Z drugiej strony, wpisanie teatru w domenę rynku, pozwala widzieć w nim maszynerię służącą wyprodukowaniu określonego towaru. W jego ocenie ważnym aspektem będą niskie koszta, a więc śmieciowe umowy o pracę, rozmontowywanie zespołów etc.

Mrożek wprost mówi o podporządkowaniu dyrektorów teatrów lokalnym politykom. O hierarchicznej strukturze władzy, która reprodukuje się w środowiskach teatralnych. O tym, że nie ma lokalnych dyskusji na temat polityki kulturalnej i że podejmowanie takich kwestii nie interesuje lokalnych mediów. 

Jeśli Mrożek ma rację, to lokalnym politykom będzie zależeń na takim działaniu, które nie doprowadzi do zakwestionowania ich decyzji. I umocni hierarchiczną zależność władzy.

Mam nieodparte wrażenie, że tak dzieje się w Łodzi. A wymownym przykładem jest spór, jaki toczy się wokół Teatru Wielkiego. 

Z jednej strony mamy znaczną część pracowników, którzy - przyparci do ściany - rozpoczęli akcję protestacyjną. Postawili zarzuty poważne - brak polityki repertuarowej, mobbing, dyskryminację, złe wydatkowanie środków finansowych itd. Ich problemem zainteresowało się środowisko PiS, co po raz kolejny potwierdza moją obserwację - że ideowym wymiarem teatru zajmuje się w Polsce wyłącznie zadeklarowana prawica i lewica. Obóz rządzący najchętniej udawałby, że za teatr nie odpowiada, wszelkie próby mówienia o nim na forum publicznym traktując jako upolitycznienie problemu.

Z drugiej strony mamy Dyrekcję TW, powołaną przez władze polityczne (!), bodajże w trybie pozakonkursowym. Nie wiadomo zatem, jakie kryteria zdecydowały o tym wyborze. 
Ta sama władza, w postaci PO i PSL nie stawiła się na nadzwyczajnym zebraniu Sejmiku, w którym kwestie protestu w Teatrze miały być dyskutowane. Wśród argumentów pojawił się i ten, że Sejmik 27 stycznia będzie odpowiednim momentem do zajęcia się tą sprawą. Zerknąłem zatem na plan obrad. Przewidziany jest tam punkt 7:

Informacja o sytuacji w Teatrze Wielkim w Łodzi:

-         wystąpienie - dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi pan Wojciech Nowicki,
-         dyskusja.


Jak widać, zaplanowana jest wyłącznie obecność jednej ze stron sporu. Zupełnie inaczej niż w planie nadzwyczajnego posiedzenia Sejmiku.
Przy tym obecna będzie strona mająca zdecydowaną przewagę - jako dyrektor powołany przez władzę, która akurat na tym spotkaniu się pojawi i zapewne swoich decyzji nie uzna za upolitycznianie kultury. 
Nowicki swoimi wypowiedziami dla prasy wpisuje się w typową dla neoliberałów ekonomicznych strategię negowania zasadności działań związków zawodowych, a postawione zarzuty redukuje tylko do frustracji finansowej pracowników. Zapewne powtórzy to w trakcie Sejmiku, informując o sytuacji Teatru. 

Fakt, że dzieje się to wszystko w roku jubileuszowym dla teatru publicznego w Polsce, jest szczególnie wymowne.