wtorek, 2 września 2014

ŻARLIWA TROSKA O UBOGICH. ZAPOMNIANE CHRZEŚCIJAŃSTWO JAKUBA

Jednym z najbardziej inspirujących wydarzeń tegorocznego urlopu była długa przyjacielska debata w gościnnej jak zawsze chacie Marii Szyszkowskiej i Jana Stępnia. Rozmawialiśmy o wielu sprawach, i tych bardziej prywatnych, i tych bardziej publicznych. Maria postawiła mnie przed pytaniem, dlaczego ruch religijny po śmierci Jeszui z Nazaretu stał się tak popularny, by przekształcić się w uniwersalną religię, w chrześcijaństwo. Pisma ewangeliczne nie uzasadniają bowiem - zdaniem pytającej - tej popularności.
Co odpowiedziałem? Ostrożnie wskazałem na dwie rzeczy.
Po pierwsze, na to że Nowy Testament nie był podstawą dla ruchu Jeszui. Pisma, które go tworzą, powstawały długo, a kanon ustanowiony został jeszcze później. Zatem nie w NT szukać należy płodnej siły, inspirującej pierwsze wspólnoty.
Po drugie, na to że ruch Jeszui przyciągał swoim egalitaryzmem, poprzez który ubodzy i wykluczeni mogli dostrzec swoją ludzką wartość. Pod warstwą dogmatów, kariery, którą zrobiła zromanizowana i feudalna instytucja nawiązująca do Jeszui, kryje się bowiem żywioł rewolucyjny i "socjalistyczny". Drzewiej mówił o nim w kapitalnych wykładach Tomasz Polak. Na dokładkę był to ruch "nacjonalistyczny", nastawiony na emancypację Żydów - z jednej strony od dominacji obcej władzy, z drugiej strony - od dominacji wszelkiej maści żydowskich pasibrzuchów, jak ... wyższa kasta kapłanów.

W podobny sposób widzi początki "ruchu Jezusa" Reza Aslan, autor bestsellerowej książki Zelota. Życie i czasu Jezusa z Nazaretu. Publikacja ta przedstawiana jest jako próba rekonstrukcji biografii Jezusa historycznego i zdążyła już wywołać kontrowersje. W moim odczuciu jest to jednak praca o czasach Jeszui i o wizji świata pierwszych grup chrześcijan. O życiu Nazarejczyka jest w niej niewiele (bo i więcej być nie może), a i tak szczupłe dane mają niejednakową wartość. Zastrzeżeń może być wiele - od nazywania Jeszui zelotą przy jednoczesnym podkreślaniu, że ruch zelotów powstał zdecydowanie później. Czy nieprzekonującym podejściu do danych nowotestamentalnych - mam poczucie, że Aslan jedne rzeczy uważa za wiarygodne, a inne za nie, ze względu na swoje preferencje i bez wyraźnego kryterium dokonywania takich rozróżnień.

Najbardziej fascynujące są dla mnie rozdziały końcowe, poświęcone postaciom Pawła z Tarsu i brata Jeszui - Jakuba Sprawiedliwego. I nad nimi, jak sądzę, warto pochylić się szczególnie mocno (także nad polemikami, które zawsze pozwalają wyklarować obraz).
Aslan - w moim poczuciu przekonująco - ukazuje napięcie, jakie istniało między Kościołem jerozolimskim, któremu przewodził Jakub, a Pawłem i zakładanymi przez Pawła wspólnotami. 
Jakub przewodził wspólnocie, która - jak pisze Aslan - uznawana była za Kościół-matkę i jego (Jakuba) autorytet był w tamtej dobie najważniejszy. Kierowana przez Niego wspólnota wyrastała z judaizmu i nie stała w sprzeczności względem przepisów Prawa. Jakub był powszechnie poważany przez wyznawców judaizmu jako człowiek nadzwyczajnej prawości i szlachetności. Słynął on także z postaw "socjalistycznych". Niczego nie posiadał na własność (ponoć nawet ubrania), a swojej wspólnocie zaszczepił "żarliwą troskę o ubogich". "Są nawet dowody świadczące o tym - pisze Aslan -, że pierwsi wyznawcy Jezusa, którzy zbierali się pod przywództwem Jakuba, nazywali siebie samych, jako grupę, 'biednymi'". 

Aslan, poprzez zestawienie cytatów z tzw. listu Jakuba, który może być zredagowaną wersją kazania wygłoszonego we wspólnocie jerozolimskiej, oraz z Ewangelii pokazuje, że religijna wizja Jakuba stawiająca silny akcent na pomoc ubogim i wykluczonym z jednej strony, a z drugiej na szukanie kompromisu między Torą a mesjańskim wydarzeniem Jeszui, pokazuje na ciągłość, zapoczątkowaną przez Jeszuę historycznego. Właśnie to budziło gwałtowny sprzeciw bogatych Żydów, w tym słynącego z pazerności arcykapłana Ananosa. Rywal w postaci przestrzegającego Tory, uczciwego obrońcy biednych chrześcijanina było wyzwaniem na tyle poważnym, by sprawę Jakuba starać się jakoś rozwiązać.

Z perspektywy Jakuba i wspólnoty jerozolimskiej Paweł był odstępcą od ortodoksji (!). Do tego butnym, traktującym siebie jako pierwszego apostoła, wybranego przez Boga od początku, a więc przez historycznym wydarzeniem Jeszui. Aslan przytacza fragmenty Pawłowych listów, które miały osłabiać autorytet Jakuba i jego wspólnoty. Pokazuje także walkę, jaką toczył Paweł o swoje wspólnoty, do których Jakub posłał własnych misjonarzy, mających naprostować przekaz Pawłowy. 

Jeszcze jedna rzecz wydaje mi się interesująca - Jakub i pierwotny "ruch Jezusa" nakierowani byli zasadniczo na Żydów. Przesłanie Jeszui nie miało więc charakteru uniwersalnego, w pewnym sensie było wyraźnie "narodowe". To Paweł - po oporach, jakie jego nauczanie budziło u żydowskich "chrześcijan" - podjął się uniwersalizacji doktryny głosząc ją poganom. Później doktryna wymagała oczyszczenia po klęsce powstać żydowskich - tylko wyraźne odcięcie się od buntowników i ich doktryny mogło pozwolić przetrwać wspólnotom tworzącym ruch. Ostatecznie odrzucono łączność z judaizmem po to, by chrześcijaństwo mogło stać się religią zaakceptowaną przez rzymskie imperium. Wymagało to tylko przeniesienia centrum religijnego z Jerozolimy do Rzymu, w tym zbudowania opowieści, która ufundowałaby Rzym jako religijną stolicę chrześcijaństwa. 
Tak pojawiła się figura Piotra-papieża, a Chrystus jako ahistoryczny Logos zastąpił postać historycznego Jeszui. Postać Jakuba zeszła na dalszy plan, a odróżnieniu od wizji Pawłowej, która - mimo że wzbudzała poważne kontrowersje - ukształtowała oblicze kościelnej instytucji. Chrześcijanie zapomnieli o swoich żydowskich korzeniach, a im bardziej chcieli zapomnieć, popadali w tym większy antysemityzm. Zapomnieli także o tym, że tworzą wspólnotę ubogich sióstr i braci - ale przecież o tym przypominać w Polsce nie trzeba.

piątek, 29 sierpnia 2014

PIEŚNI FILOZOFII I MUZYKA ŚWIATA

"Dla współczesnego człowieka zagadnienie muzyki sfer wydaje się co najwyżej antykwaryczną ciekawostką. Jak wszystko, co minione, posiada swój urok. Nie wytrzymuje jednak zestawienia ze zdobyczami przyrodoznawstwa, które w objaśnianiu rzeczywistości kieruje się m. in. zasadami empiryzmu i materializmu. Muzyka jako osnowa kosmosu? Mit, bajka, legenda – sądzę, że tak właśnie większość z nas skwitowałaby zagadnienie muzyczności wszechrzeczy. Tym większe wrażenie robi fakt, że koncept ten pojawia się ponownie na intelektualnej mapie Zachodu. Nieśmiało, ubrany w dykcję eseju, przekształcony. Ale jednak! Sprzyjają temu choćby doświadczenia wykonywane w tzw. komorach bezodbiciowych, w których panuje niemal idealna cisza (podaje się, że tłumionych jest tam 99,9% dźwięków). Okazuje się, że w świecie pozbawionym dźwięków i rytmów, człowiek nie jest w stanie przebywać dłużej niż 45 minut (to rekord jak dotąd chyba nie pobity). A czas tam spędzony odbiera jak torturę, w trakcie której przechodzi od rozdrażnienia do napadu paniki spowodowanej tym, że w ciszy absolutnej zaczyna słyszeć pracę swoich narządów. Aby normalnie funkcjonować człowiek potrzebuje zatem świata wypełnionego dźwiękami, który – po doświadczeniach z muzyką konkretną, choć nie tylko – okazuje się światem z konieczności muzycznym.
Do konceptu muzyki świata doszedł także filozof Michel Serres. W 2011 roku ukazał się jego esej zatytułowany Musique. Nie jest to praca akademicka, nie jest to nawet na poły akademicki szkic. Myślę o tej pozycji raczej w kategoriach świadectwa i medytacji – Serres w sposób niezwykle obrazowy opisuje w nim swe osobiste doświadczenia związane z odkrywaniem muzyki. Rozmyślając nad muzyką, nad mitami i wielkimi opowieściami nauki, w których – nomen omen – gra ona konstytutywną rolę, Serres odnajduje (wskazuje? zakładając, że wiedział o tym od początku) mianownik dla swoich wcześniejszych prac; źródło i punkt docelowy wizji świata, w której wychodzi się nie od substancji i tożsamości, ale od relacji, interakcji, translacji, ruchu, stabilizowania się chaosu. Zanurzonych w arche „szumu tła”. „… to książka – pisze Serres w zakończeniu – o trzech dzieciństwach, trzech Wielkich Opowieściach słyszanych jako trzy rapsodie, to książka o trzech rzekach różnych, spływających ku pełni wiadomości [l’information maximale] …  pomieszanie sztuki i profesji [métiers], emocji i rozumu, ciała i duszy, nauki i religii: skandal! Rzeczy Świata, działania ludzi, rozumność dzieł … nareszcie konkrety … odsłaniające skandal codzienności. O którym śpiewa filozofia (La philosophie le chante)” [Serres 2011, ss. 165-6].

Serres rozpisał swą medytację na trzy pieśni zatytułowane Szum, Głos oraz Słowo.
Pierwsza opiewa muzykę, przepływającą przez życie Orfeusza-kompozytora.
Druga opiewa muzyczność języków nauki, które nie tworzą odseparowanych od dziedzin, ale głosy subtelnej i wyrafinowanej polifonicznej całości.
Trzecia opiewa muzykę jako stwórcze źródło czasu, w stwórczym akcie nieustannie modelujące to, czym czas jest.

Nie będę nieudolnie streszczał tych pieśni. Chcę za to wyśpiewać trzy inne, szkatułkowo ukryte w medytacji Serresa.
Pierwsza jest pieśnią o tym, jak muzyka stworzyła świat. Pretekstem dla niej jest rozmyślanie Serres’a nad tropami z Bereszit.
Druga jest pieśnią o samotności i alienacji ludzi, którym rozpadł się świat „wspólnej muzyki”. Pretekstem dla niej jest rozmyślanie Serres’a nad Symfonią Les Adieux Josepha Haydna.
Trzecie jest pieśnią o zbawczym Duchu, który zstąpił na ludzi po to, by różnorodne języki wyrwać z chaosu i połączyć w harmonię polifonii. Pretekstem jest tu wzmianka Serres’a o Olivierze Messiaenie, najgenialniejszym XX-wiecznym piewcy „muzyki świata”".

Zapraszam na Festiwal Filozofii do Olsztyna. Gdzie będę o tym wszystkim opowiadał. 




poniedziałek, 25 sierpnia 2014

LAICKIE CZY WYZNANIOWE? MAIL DO TYGODNIKA POWSZECHNEGO

Szanowna Redakcjo!
Korzystając z urlopu, miałem szansę na spokojną lekturę tekstów dotyczących sporu o świeckość RP. Muszę przyznać, że dość mocno mnie one rozczarowały. Ogólnikowością, komunałami, skupieniem bardziej na emocjach niż wyważonej analizie (tu mam na myśli artykuł-przykład Marka Zająca). Ani pastora Kazimierza Bema, ani prof. Michała Pietrzaka trudno mi uznać za radykałów nastawionych antychrześcijańsko. A jednak w świetle ich prac trudno zgodzić się z opinią o. Macieja Zięby, że konkordat w żaden sposób nie uprzywilejowuje Kościoła rzymsko0katolickiego, czy że Konstytucja RP, w tym jej preambuła, faktycznie traktują na równi wszystkich obywateli. Nie jestem także w stanie zgodzić się z Ziębą, gdy Ten wskazuje na głos abp. Gądeckiego jako na jeden z wielu głosów płynących z wnętrza Kościoła, który ma prawo wyostrzać opinie dlatego że jest ważną postacią. Doskonale wiemy bowiem, że biskup jako głowa Kościoła lokalnego sprawuje urząd pasterski, a więc jego nauczanie ma status wyróżniony. Abp. Gądecki pełnie też dodatkowo funkcję przewodniczącego Episkopatu , co stanowi dodatkowe wzmocni ego dla jego wystąpień.
Sygnalizuję tu tylko pola do ewentualnego dialogu i poróżnienia. Sam bowiem chcę się zająć tylko dwoma kwestiami.
Po pierwsze, tym, co w dyskusji o państwie świeckim i klauzuli sumienia niepokoi mnie najbardziej, to wyraźne ciążenie naszych biskupów ku doktrynie lefebrystycznej. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że głosy hierarchii głęboko lekceważą nauczanie Vaticanum II, które przytacza się wprawdzie, ale odrywa się je od pełnego kontekstu i reinterpretuje za pomocą stosownych dookreśleń. Kurs ten daje się streścić lapidarną wypowiedzią abp. Józefa Michalika: „Wolność jest dla ateistów”. Można także – tytułem ilustracji – odwołać się do Stanowiska Przewodniczącego KEP ws. Deklaracji wiary nauczycieli. Czytamy tam, że „że „każdy z nas ma sumienie, aby działać zgodnie z prawym sumieniem, czyniąc dobro a unikając zła. Sumienie moralne wymaga umiejętności słuchania prawdy, bycia posłusznym jego wskazówkom”. Fragment ten pojawia się w kontekście Dignitatis humanae, z której przywołano cytat, iż człowieka „nie wolno zmuszać, aby postępował wbrew swemu sumieniu. Ale nie wolno mu także przeszkadzać w postępowaniu zgodnym z własnym sumieniem”. 

Warto zwrócić uwagę, że w cytacie z DH nie ma mowy o sumieniu prawym, tylko o sumieniu. Ono bowiem jest najważniejszą i wiążącą działanie człowieka instancją. Człowiek ma obowiązek trwać przy prawdzie rozpoznanej przez samego siebie, bez jakiegokolwiek zewnętrznego nacisku i bez względu na to, czy z zewnętrznej perspektywy rozpoznanie to uzna się za trafne. Tak mówi o tym DH: „Z racji godności swojej wszyscy ludzie, ponieważ są osobami, czyli istotami wyposażonymi w rozum i wolną wolę, a tym samym w osobistą odpowiedzialność, nagleni są własną swą naturą, a także obowiązani moralnie do szukania prawdy, przede wszystkim w dziedzinie religii. Obowiązani są też trwać przy poznanej prawdzie i całe swoje życie układać według wymagań prawdy. Tego zaś zobowiązania nie zdołają ludzie wypełnić w sposób zgodny z własną swą naturą, jeśli nie mogą korzystać zarówno z wolności psychologicznej, jak i wolności od zewnętrznego przymusu. A więc prawo do wolności religijnej ma fundament nie w subiektywnym nastawieniu osoby, ale w samej jej naturze. Dlatego prawo do owej wolności przysługuje trwale również tym, którzy nie wypełniają obowiązku szukania prawdy i trwania przy niej; korzystanie zaś z tego prawa nie może napotykać przeszkód, jeśli tylko zachowywany jest sprawiedliwy ład publiczny”. 
Działanie prof. Chazana (w zakresie wskazania innej placówki niż szpital, w którym kierował), kampania antygenderowa, utrwalająca negatywne społeczne stereotypy dotyczące określonych grup obywateli, ostatnie oświadczenia prezydium i przewodniczącego KEP burzą sprawiedliwy ład społeczny, uniemożliwiają jego budowanie, a poza tym kłamliwie ukazują problem autonomii sumienia.
W kwestii kłamliwości. Użyte w oświadczeniu sformułowanie „sumienie moralne” jest bezsensowne – nie ma innego sumienia, o ile jest „praktycznym” użyciem rozumu, o czym nauczał klasyk teologii katolickiej, św. Tomasz z Akwinu. Nie jest więc jakimś tajemniczym (lub nie), zewnętrznym względem człowieka głosem, ale racjonalnym działaniem osoby rozpoznającej dobro i zło oraz podejmującej działanie. Człowiek posłuszny jest tym rozpoznaniom każdorazowo, co Tomasz wyraził w przejmującym fragmencie Summy teologicznej: 
„Np. powściągliwość od porubstwa jest pewnym dobrem; ale wola dąży do tego dobra zależnie od tego, jak rozum jej przedstawi to dobro. Jeśli rozum błądzący przedstawi woli to dobro jako zło, wówczas wola, dążąc do tego dobra, dążyłaby doń jako do zła i tym samym byłaby zła, gdyż chce zła, wprawdzie nie tego zła, które samo w sobie jest złe, ale zła przygodnego, na skutek poznania rozumu. Podobnie, wierzyć w Chrystusa jest rzeczą samą przez się dobrą i konieczną do zbawienia. Lecz wola odnosi się do tej sprawy zależnie od tego, jak rozum przedstawi jej. Jeśli więc rozum przedstawi tę wiarę w Chrystusa jako zło, wówczas wola, przyjmując tę wiarę, dążyłaby do niej jako do zła, nie jakoby wiara w Chrystusa była sama przez się zła, lecz dlatego, że byłaby zła przygodnie, na skutek poznania” (ST, I-II, q. 19, a. 5). 

Podkreślanie autonomii sumienia jako instancji nadrzędnej jest więc w gruncie rzeczy podkreśleniem absolutnego aksjologicznego pluralizmu. Który – czy chce się tego, czy nie – wymaga regulacji ze strony prawa stanowiącego, ważącego racje wszystkich stron. Nie ma mowy o wolności sumienia tam, gdzie indywidualny osąd ceduje się na zewnętrzną instancję, a przecież o to – bo nie o wolność jednostkowych sumień – idzie w ostatnich działaniach polskiego episkopatu. Państwo, dla którego wolność sumienia jest ważna, musi być państwem świeckim, czyli takim, jak trafnie ujęła to w TP Karolina Wigura, które na równi i z równą godnością traktuje sumienia katolika, Żyda, ateisty czy muzułmanina. 

Po drugie, niepokoi mnie także rosnąca ignorancja teologiczna Polaków. Gołym okiem widać, że katecheza nie przynosi pożądanych efektów. Co gorsza, wciąż nie przemyślano w kręgach rodzimego katolicyzmu teologii laikatu – wydziały teologiczne uniwersytetów stereotypowo traktowane są jako miejsce edukacji kleru. Tak robi to choćby ks. Adam Boniecki we wstępniaku do numeru. Można tylko pytać – dlaczego? I zastanawiać się, czy słaba znajomość teologii nie przekłada się na dominację postaw konfrontacyjnych? Symptomatyczny dla mnie pozostaje również fakt całkowicie marginalnego funkcjonowania w Polsce historii dogmatów – uświadamianie katolikom dziejowego charakteru doktryny Kościoła, choćby tego, że Symbole wiary nie należą do niezmiennych reguł, ale do sfery żywej tradycji ((kto na katechezie uczy o Quicumque? Lub symbolu Pawła VI?), mogłoby zdziałać wiele dobrego. 
Jak sądzę, spór o kształt relacji Kościół-RP powinien wymusić debatę o stanie samoświadomości polskiego Kościoła rzymsko-katolickiego. O to, na ile przyswoiliśmy nauczanie ostatniego soboru (a nie było – i nie jest – z tym u nas dobrze, pamiętam jedno ze wspomnień Stefana Swieżawskiego, dotyczące cięgów, jakie zebrał od kard. Wyszyńskiego za nauczanie Soboru po kościołach). Wiara – jako wiarygodne zaangażowanie egzystencjalne – rodzi się zawsze w obliczu pytań stawianych w danym momencie, hic et nunc. Zamknięcie się na współczesność, nierozumienie nowoczesności. Nauczanie biskupów, w tym głosy episkopatu, bardziej przypominają dziś Syllabus, niż dialog. Spór o świeckość państwa jest tego pierwszym wyrazem.

Z poważaniem,
Marcin Bogusławski

środa, 20 sierpnia 2014

NIE KRZYWDŹMY RADIOWEJ DWÓJKI. LIST DO "W SIECI"

Szanowna Redakcjo!

Omnis determinatio est negatio – ta niemłoda już formuła Barucha Spinozy wydaje mi się wyjątkowo cenna. Zwłaszcza w kontekście publicystyki. Wymusza bowiem dyscyplinę wypowiedzi, strzeże przed zgubnymi uogólnieniami. Zmusza także do zastanowienia się nad tym, czemu służyć ma dany tekst i do jakich konsekwencji prowadzić. Zastanawiam się nad tym wszystkim po lekturze tekstu Krzysztofa Logana Tomaszewskiego Magiczne pudełko.
Autor bowiem mówi w nim o medium szczególnie mi bliskim, czyli o radiu. Zgadzam się z Nim w pełni, że posiada ono szczególną magię. Co więcej, w moim przypadku jest medium podstawowym. Zupełnie nie odczuwam braku telewizji, prasa towarzyszy mi w wybrane dni. Radio natomiast towarzyszy mi codziennie, otwierając – jak napisał Tomaszewski – „na cały świat”.
Gdybym chciał użyć języka Autora, powiedziałbym, że słucham Polskiego Radia. Takie sformułowanie jest jednak nieprawdziwe – Polskie Radio nie jest bowiem jakimś osobnym bytem. To raczej wygodna forma mówienia o zbiorze kolektywnym, złożonym z poszczególnych stacji, posiadających własny profil. Spośród nich słucham Programu Drugiego, czyniąc wycieczki w stronę audycji Trójki.

Dlaczego towarzyszy mi głównie radiowa Dwójka? Z kilku powiązanych ze sobą przyczyn.
Po pierwsze, niezwykle cenię „Dwójkowy spokój”. Zakotwiczony jest on w nieźle zbilansowanej ramówce, w braku reklam, w kapitalnym stosunku muzyki do słowa mówionego. I w dbałości Redaktorów o spokojną dykcję. Niektórzy z nich swoje wyczulenie na spokój, ciszę i pauzę rozwinęli w stopniu wręcz metafizycznym. Tak pisałem kiedyś na blogu o audycji „Między dźwiękami” – „radiowa audycja Obniskiej i Magdaleny Łoś to przestrzeń działania słów. To szczera rozmowa, szczera, bo nie tocząca się od marginesu kartki do marginesu kartki, ale będąca spotkaniem horyzontów, stawianiem pytań, przebywaniem drogi.
To rozmowa, której początek i cel stanowi cisza, rodząca doświadczenie tego, czego nie da się przedstawić.
Bez profilu na FB, bez chwytliwych i kontrowersyjnych tematów. Zwykła, tak, jak zwykłe jest autentyczne piękno, będące znamieniem dobra i łagodności”.
Po drugie, niezwykle cenię zaangażowanie Dwójki w namysł nad literaturą. Programy krytyczno-literackie, sensownie zrealizowana „Wakacyjna czytelnia”, wspaniałe słuchowiska. Mogę się przyznać, że nie wyobrażam sobie niedzielnego wieczoru bez wysłuchania kolejnej adaptacji Sherlocka Holmes’a. Dzięki nim mogłem przypomnieć sobie choćby głos Hanny Skarżanki, skutecznie nieobecnej gdzie indziej.
Po trzecie, niezwykle cenię zaangażowanie Dwójki w namysł nad rodzimym językiem, nad problemami życia społecznego, towarzyszenie nauce. Wymieniać można jak z rogu obfitości – audycje Małgorzaty Tułowieckiej, Hanny Marii-Gizy, kącik Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej itd.
Po czwarte, szalenie cenię Dwójkowe przywiązanie do tradycji i otwarcie na współczesność. Niech za symbol służą tu „Duża Czarna’ Przemysława Psikuty i audycje Ewy Szczecińskiej.
Po piąte, niezwykle cenię troskę Dwójki o muzykę ludową. Nie wyobrażam sobie, by mówić o ludowości bez „Źródeł” czy Marii Baliszewskiej.

W niedzielną noc nie zasnę, jeśli nie posłucham choćby początku „Czterech strun świata” Piotra Matwiejczuka. Tęskni mi się za Tomaszem Szachowskim, gdy zbyt długo nie udaje mi się go usłyszeć. Gdy tylko mogę, nie omijam porannego przeglądu prasy. Notatki z audycji Marcina Majchrowskiego pieczołowicie przechowuję i do nich wracam.
A przecież to wszystko tylko przykłady. Przykłady programu, w którym znaleźć można klasykę, jazz, piosenkę poetycką, muzykę etniczną, literaturę, publicystykę.
Jak odnieść do tego wyraziste i bezpardonowe oceny Tomaszewskiego?
Choćby tę, o skandalicznym poziomie dykcji i degrengoladzie języka redaktorów Polskiego Radia?
Lub tę, że PR prezentuje trzeciorzędnych wykonawców, niemających pojęcia o muzyce.

Jak sądzę, Autor nie pisze o Dwójce, ale konkretne programy wskazane są tylko raz, w jednym, lokalnym kontekście. Tekst zaś dotyczy Polskiego Radia w całej jego ogólności (rozgrywa się bowiem w kręgu ogólnych pytań: Czym powinno być publiczne radio? „Jakie powinno mieć przesłanie?”, itd.). Wyjątkowo niefortunnie dobrany też został lead. Nie wiem, kto ponosi odpowiedzialność za tę manipulację. Fragment ów w tekście zasadniczym odnosi się do Jedynki i Trójki, w leadzie dotyczy zaś Radia tout court.

Czytelnik może odnieść wrażenie, że Polskie Radio toczy rak, że nie ma w nim nic (lub jest wyjątkowo niewiele) dobrego. I że nie spełnia misji, jaka spoczywa na publicznych mediach.
I tu wracamy do początku – gdyby Tomaszewski świadomie oddzielał po to, by dookreślać, zobaczyłby, jak wiele krzywdy taka teza może przynieść temu, co dobre. Choćby Dwójce. Której misja jest wielka, a w lwiej części niewidoczna – myślę tu choćby o etnologicznej pracy w terenie, o dokumentacji kultury.
Słuchaczom pozostałych stacji pozostawiam odparcie tez Tomaszewskiego, bo brzmią mi zbyt radykalnie, ale moje doświadczenie jest tu wyrywkowe.
Reasumując, ten tekst nie służy to ani Radiu, ani słuchaczom. I niepotrzebnie zaciemnia temat.
Z szacunkiem,

Marcin Bogusławski

PS. A jeśli koniecznie uprzemy się, by pytać ogólnie o to, jakie winno być Polskie Radio odpowiedź jest jedna - różnorodne. Inaczej nie spełni swojej funkcji. Radio to medium masowe, nie elitarne. Nie zwalnia go to z misji kulturotwórczej i z odpowiedzialności (choćby) językowej. Ale "Kultura masowa" Antoniny Kłoskowskiej wystarczy do tego, by wiedzieć, że takiej misji i takiej odpowiedzialności bez (fakt, dobrze zbilansowanej) różnorodności się nie osiągnie.

UCIECZKA OD POLUCJI, CZYLI WAKACJE SPUSZCZALSKICH MŁODZIEŃCÓW


"Oko błędne, przyćmione, słabe i często zaczerwieniona, obolałe, kaprawe, zawsze zwilgotniałe, powieki opuchnięte, twarz zgrzybiała, pożółkła i wychudzona, zmęczenie, któremu żaden wypoczynek zadośćuczynić nie zdoła, trawienie trudne, kał nieczęsty, uryna zgęstniała, zbielała, najczęściej smrodliwa, skłonność do rzygania częsta, a rzygi tłuste, wielka słabość nerek oraz nóg, trzęsionka nieustająca, głos ochrypły, wątły i głuchy, czasami zupełnie zgasły, poty nadzwyczaj obfite, nawet bez przypodziewku, skóra nieuchronnie wysuszona i rozogniona, kaszel urywany, suchy, nieodkrztuśny, stękania, częste ziewania. Oto, Szanowny Panie, skutki onanizmu [...].
...jednak musi Pan wiedzieć, że niekiedy można się pomylić, posądzając osoby zdradzające wiele spośród powyższych symptomów o uprawianie niecnych praktyk. Nie trzeba więc wydawać zbyt pospiesznych sądów, o czym zapewne już się Pan przekonał. Osoby prowadzące siedzący tryb życia, pracujące w biurach albo gabinetach lektury zdradzają tak często objawy właściwe skutkom masturbacji, że łatwo ich pomylić z owymi nędznikami. Jeszcze częściej owe symptomy rozpoznaje się u osobników zżeranych rozpaczą i przewlekłym smutkiem". 

A zatem futerła wyściełany skórą na penisa, jądra do kąpieli z lodem, a resztę ciała na urlop. 
Na nieszczęście z książką ... choć nie w gabinecie!


________
Cytaty z kapitalnej książeczki dr. medycyny J.-L. Doussin-Dubreuila, Niebezpieczeństwa onanizmu

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

SAVE THE DATE. SAMOTNOŚĆ (SZTUKI) SEKSU


Przez rodzimy Internet zaczyna przewijać się informacja o nowym projekcie artystycznym Miszy Badasyana. Nosi on nazwę Save the Date i polegać ma na tym, że każdego dnia przez 365 dni Artysta sypiać będzie z innym mężczyzną. Nie idzie mu, rzecz jasna, o sam seks. Nie idzie także o pornografię. Obawiam się jednak, że w polskich warunkach właśnie te elementy wysuną się na plan pierwszy. Nawet już to widać. Bartosz Świderski swoją notatkę na natemat.pl zatytułował Promiskuityzm staje się sztuką. Fakt.pl wybija kawałek wypowiedzi Badasyana, że „zrobi to w imię sztuki”. W miniaturowej notce referowane są także głosy krytyczne, zarzucające Artyście m. in. egoizm. Performance Badasyana może – oby nie! – stać się pożywką dla środowisk związanych z fronda.pl i Naszym Dziennikiem. Choć są one kiepsko przygotowane do odbioru sztuki współczesnej i niezbyt często to robią. Dlatego pomyślałem, że napiszę kilka słów.

Mnie bowiem pomysł Badasyana zafrapował i – przyznaję to bez udawanej pruderii – odebrałem jego zapowiedź bardzo pozytywnie. Chciałbym także, żeby w Polsce sensownie, rzetelnie i regularnie projekt ten był komentowany. W kwestii świadomości ciała czy racjonalnego podejścia do sfery erotyki jesteśmy bowiem karłami spychanymi w ciemności Mordoru. Widać to dobrze w kampaniach przeciwko edukacji seksualnej, skandalicznych plakatach wywieszonych w polskich miastach i skandalicznym projekcie ustawy zmajstrowanym przez środowisko „Stop pedofilii”, czy polskich przesądach ws. masturbacji, według wielu prowadzącej do pomieszania zmysłów i przedwczesnej śmierci.

Ciało, także w swym wymiarze najbardziej fizjologicznym, stoi nie tylko w centrum naszego życiowego doświadczenia, ale także w jednym z centralnych miejsc współczesnej sztuki i humanistyki. Do moich ulubionych „soma-artystów” należy Helen Chadwick, tropiąca niuanse ludzkiej tożsamości w sposób wyjątkowo empatyczny i głęboki.
Ważnym medium opowiadającym o człowieku via ciało stała się także pornografia. U nas oficjalnie się ją egzorcyzmuje. Za to w rękach tak wizjonerskiej osoby jak Michel Lucas  stała się ona pretekstem do opowiadania o religijnym fundamentalizmie, do krytyki totalitarnych zapędów Władimira Putina, czy do opowiadania o tym, jak mogą żyć i kochać osoby zakażone HIV.



Badasyan swoim pomysłem wpisuje się w cały ten złożony kontekst. Poprzez swój projekt chce zwrócić uwagę na destrukcyjną siłę pustki i osamotnienia, które próbuje się neutralizować szybkimi relacjami z seksem jako sednem spotkania. Nie dziwię się, że w tym celu zdecydował się na performance. Tylko w ten sposób mógł uniknąć moralizatorstwa i patrzenia na innych z bolesną wyższością. Performance bowiem to działanie, w którym nie ma różnicy między teorią a praktyką – opowieść o pustce samotności jest tu równoznaczna z doświadczeniem i odegraniem tej pustki. Zarzut egoizmu stawiany Badasyanowi wydaje mi się wydumany, jego decyzja jest raczej aktem odwagi. Zgoda na zaangażowanie, pochłonięcie przez nicość szybkiego seksu i krótkich relacji stanowi bowiem wyzwanie dla podmiotowości artysty; jakie będą tego efekty dowiemy się zaś po zakończeniu całej akcji. Być może długo po jej zakończeniu.

Ważna wydaje mi się również rama intelektualno-aksjologiczna, którą wybrał Badasyan jako punkt wyjścia swojej eksploracji. Jest nią koncepcja nie-miejsc Marka Augé’go.  Koncepcja wyjątkowo mi bliska naukowo i dydaktycznie – zapoznaję z nią gros swoich studentów w przeświadczeniu, że bardziej owocnie będą mogli odnieść się do współczesnego świata.
Nie-miejsca – jak referowałem to onegdaj – to „sfery tranzytowe, w których "wszystko zaczyna przypominać wszystko". Choć udają one tradycyjne przestrzenie symulując i szacunek dla odwiedzających je ludzi, i szacunek dla gestów budujących "wspólnotę miejsca", są obszarami niczyimi - służąc tylko przyspieszającemu wciąż przepływowi, zmienności i wydajności. I nic tu nie pomogą wysiłki "architektów" wpisujących w galerie handlowe czy lotniska "ławeczki, fontanny, kierunkowskazy" - nie-miejsca nie staną się przez to "centrami, z których "czerpie się inspirację", w których "bierze się na serio innych ludzi" czy traktuje jako punkt wyjścia do zadania pytania o miejsce, z którego przychodzi do nas Inny.


Nie-miejsca to strefy nadmiaru przestrzeni, kształtujące jednostki narcystyczne i samotne. Samotność jest wynikiem przyspieszenia i nieustannego przepływu, tego, że nie-miejsca umożliwiając nieustanny tranzyt zakazują jednocześnie jakiegokolwiek wiążącego zaangażowania. 
Narcyzm - jak twierdzi Wojciech Eichelberger - bierze się właśnie "z braku doświadczenia głębokiej emocjonalnej więzi z ważnymi osobami z dzieciństwa" i - jak myślę - z braku prawdziwie bliskich osób w dalszym życiu. Jest tak, albowiem przepływ, ruch, brak przynależności emocjonalnej, terytorialnej, czy środowiskowej budują poczucie przelotności, bycia na chwilę, które nie wymagają angażowania się, za to budzą konieczność sprostania coraz to nowym okolicznościom.  

Nie-miejsca sprzyjają tedy tworzeniu ludzi bez właściwości, żyjących w nieustannym napięciu i lęku przed odarciem ich z noszonych przez nich masek. Bo właśnie maski, czy jak mówi się obecnie "wizerunek", są jedyną rzeczą, jaką dysponują i nad którą chcą zachować pełną kontrolę. Nikt obcy nie może bowiem wiedzieć, że ich pozłotka (stanowisko, finansowy sukces, oczytanie) skrywa pustkę. "Życie narcyza - pisze Eichelberger - polega na nieustannym podtrzymywaniu iluzji", na zabieganiu o to, żeby wizerunek jawił się jako niezmienny, a więc na kontroli otoczenia - "lustra cudzych oczu, serc i umysłów". Kontrola otoczenia oznacza również wykluczenie miłości czy przyjaźni - te bowiem zakładają zakorzenienie, autentyzm i wzajemność. Narcyz zaś musi dominować, rozsiewając wokół mityczny blask własnego ja”.

Badasyan chce pokazać, że takim nie-miejscem stało się dzisiaj nasze łóżko. I my sami.
To diagnoza przerażająca, lepiej by więc było, by performatywne działania Artysty jej zaprzeczyły. Sądzę jednak, że tak nie będzie. Logika libero-kapitalizmu jest bowiem logiką wywłaszczenia człowieka poprzez ciało, które staje się medium rozbudzania konsumenckich potrzeb. By świat pędu i ruchu (piekielny aspekt ruchu wygrywał – z dystansem – w Aniołach w Ameryce Tony Kushner, zajmuje się nim również dromologia Paula Virilio) nie zatrzymał się, by towary cyrkulowały, zaspokojenie potrzeb musi być tylko chwilowe. A to, czy będą to potrzeby związane z technicznymi gadżetami, zdrowym jedzeniem, czy doświadczeniem cielesności innego człowieka nie stanowi zbyt wielkiej różnicy.

Czas zerwać z zakłamaną tabuizacją seksu. I czas przestać zatrzymywać się na samym seksie (fiksacja Polaków jest tu znamienna, najbardziej znamienna jest zaś fiksacja grup, które z seksem winny mieć do czynienia tylko w teorii; ich zamiłowanie do opowiadania o perwersjach językiem perwersyjnym i lubieżnym, jak u Dariusza Oko, winno dawać do myślenia!).
Z seksem jest bowiem tak, jak z religijnymi dogmatami. Nauczono nas, że na dogmacie trzeba się zatrzymać i – broń boże – nie próbować go zmieniać. A przecież jest on tylko przekładem języka doświadczenia wiary, na propozycjonalny język rozumu. Seks także jest przekładem – nas na świat. Ale także świata na naszą tożsamość.   

Warto także, żebyśmy mieli świadomość, że ogólność (ewentualnej) diagnozy Badasyana nie oznacza jej uniwersalności. Dzisiejszy świat, choć zdominowany logiką prędkości i nie-miejsc, posiada także swoje heterotopie, które mogą przynieść zmiany. Należy do nich choćby poliamoria. Ale, ufam, nie tylko ona!


piątek, 15 sierpnia 2014

PO, CZYLI BUT NA ZWIERZĘ ZWANE OBYWATELEM

Platforma
według Słownika Języka Polskiego to:
1. «płaska pozioma powierzchnia czegoś»
2. «dziedzina wspólnego działania»
3. «przednia lub tylna część wagonu kolejowego lub tramwajowego dawnego typu, w której nie ma miejsc siedzących»
4. «nadwozie ciężarowe pojazdu z pomostem ładunkowym bez ścian; też: pojazd o takim nadwoziu»
5. «ilość towaru mieszczącego się na takim nadwoziu»
6. «duża część skorupy ziemskiej składająca się ze sfałdowanego podłoża i osadzonej na nim pokrywy osadowej»

7. «bardzo gruba podeszwa; też: but o takiej podeszwie».

Obywatelski:
1. «dotyczący obywateli jakiegoś państwa lub regionu»
2. «właściwy dobremu obywatelowi, pożądany społecznie».

Platforma Obywatelska zatem to dziedzina wspólnego działania dobrych obywateli, choć dotycząca wszystkich obywateli danego państwa.


Obywatel:
1. «członek społeczeństwa danego państwa mający określone prawa i obowiązki zastrzeżone przez konstytucję»
2. «stały mieszkaniec jakiegoś regionu lub miasta»
3. «urzędowa forma zwracania się do kogoś».

Konstytucja RP:
Art. 68.
1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.
2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.
3. Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym
wieku.

Art..74.
1. Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom.
2. Ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych.
3. Każdy ma prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska.
4. Władze publiczne wspierają działania obywateli na rzecz ochrony i poprawy stanu środowiska.

Politycy PO to autentyczny fenomen, który powinien stać się przedmiotem badań z zakresu socjologii i psychopatologii. W ostatnich dniach popis erudycji i postawy pro-obywatelskiej dali choćby Stefan Niesiołowski i Jan Filip Libicki. Obaj uczynili to w proframie Tak jest, nadawanym w TVN24.

Niesiołowski zaproszony został jako ekspert od eksperymentów na zwierzętach. Pretekstem zaś był przyjęty przez rząd projekt ustawy o ochronie zwierząt, która zdaniem wielu ekspertów cofa ustawodastwo o lata świetlne, otwierając drogę niekontrolowanym eksperymentom. 
TVN24 wywołał Niesiołowskiego bardziej jako profesora biologii niż polityka, choć dziś jest on raczej profesorem w stanie spoczynku. Bodaj ostatnia Jego publikacja naukowa pochodzi z 2006 roku, a regularne publikacje wyczerpują się w roku 1997. Od tego czasu wiele się w nauce zmieniło, także jeśli chodzi o świadomość etycznej strony prowadzonych badań. Zaznaczę także, że wśród publikacji naukowych Niesiołowskiego nie ma ani jednej poświęconej etyce i eksperymentom na zwierzętach, zajmując się muchówkami zapewne nie był tymi kwestiami zainteresowany w sposób szczególny.
Kontrrozmówcą Niesiołowskiego był prof. Andrzej Elżanowski, zoolog, członek Polskiego Towarzystwa Etycznego, czynny naukowiec, który od wielu lat prowadzi badania z zakresu eksperymentów nad zwierzętami.
Elżanowski reprezentował stanowisko, że przyjęty projekt ustawy jest niedobry i wsteczny, a działanie państwa winno dążyć do minimalizacji cierpienia zwierząt. Starał się rozrózniać płaszczyzny dyskusji, przytaczał wyniki badań, pokazujących, że przenoszenie wyników badań medycznych z jednego gatunku na inne jest często gęsto zupełnie nierealizowalne w sposób wiarygodny etc.
Niesiołowski "kontrargumentował", nazywając ekologów kwestionujących ten projekt krzykliwymi ideologami, którzy by chcieli, żeby delfiny siedziały na ławkach na basenie, a przez obręcze skakali ludzie... Argumenty Elżanowskiego odpierał kwestią "nie wierzę". Utrzymywał, że eksperymenty na zwierzętach są konieczne (i już). I że nie mieści mu się w głowie, żeby cierpienie zwierząt przedkładać ponad człowieka. Wpisał się tym samym w nurt postaw osób skupionych wokół PiS i takich periodyków jak Gość Niedzielny, wskazujących, że badania w ramach animal studies są zagrożeniem dla człowieka, a poza tym cierpienie dzieli się na dwa rodzaje: duchowe (świadome) i fizyczne. Zwierzęta doświadczają tylko drugiego, więc dla dobra człowieka można je zadawać. (Można poczytać o tym u ks. Ślipko).

Libicki błyszczał w innej materii - zbrojeń i polskich emerytów. Omawiana była oczywiście kwestia zwolnienia z opłat za leki osób powyżej 75 roku życia, otrzymujących dochody ledwo przekraczające 800 złotych. Libicki orzekł butnie, że gdyby - jako polityk - dysponował aktualnie grubszą kwotą (jej dokładnej wysokości nie pamiętam), wolałby w dzisiejszej sytuacji wydać ją na zbrojenia a nie na emerytów i rozwiązywanie ich problemów. 
To ważny głos, bo jest głosem partii od dawna rozbudzającej w Polakach poczucie zagrożenia wojną z Rosją i w głupi sposób aktywnej politycznej w kwestii Ukrainy. 
To ważny głos także z tego powodu, że senator Libicki, jako osoba niepełnosprawna, dostaje 6000 zł. miesięcznie dodatku na swojego asystenta, o czym można przeczytać we wczorajszych Faktach i Mitach. 

Politycy mają obowiązek troszczyć się o ludzi starszych. Mają także obowiązek troski o ochronę środowiska - której konstytutywnym elementem jest troska o to, by zwierzęta głupio nie cierpiały. Zachodzę w głowę, na czym polega obywatelskość Panów Niesiołowskich i Libickich.
I dochodzę do jednego wniosku:

Platforma Obywatelska w Polsce - to but o bardzo grubej podeszwie, który dla dobra jednych obywateli depcze innych.