niedziela, 10 grudnia 2017

DZIEŃ PRAW CZŁOWIEKA

10 grudnia 2017 r. to Dzień Praw Człowieka. Powołano je do życia rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1950 r. w rocznicę podpisania Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Tegoroczny Dzień jest dla mnie szczególnie brzemienny w treści. Polska Wikipedia w stosownych haśle przypomina słowa Sekretarza generalnego ONZ z 2010 r.:

To przede wszystkim na rządach państw spoczywa odpowiedzialność za zapewnienie ochrony orędownikom praw człowieka. Wzywam wszystkie państwa, by przestrzegały wolności słowa i wolności gromadzenia się, tak potrzebnych w ich pracy. [...]

Gdy życie obrońców praw człowieka jest zagrożone, zmniejsza się poczucie bezpieczeństwa wszystkich ludzi.
Gdy głosy obrońców praw człowieka są zagłuszane, cierpi na tym sprawiedliwość.

Jakże aktualne są te słowa w rodzimym kontekście. Uczestniczymy bowiem w spektaklu, w ramach którego dochodzi do zmiany ustroju za pomocą ustaw. Polskie władze skutecznie lekceważą zasady Konstytucji, bagatelizują przemoc na tle rasowym, szkalują Rzecznika Praw Obywatelskich, lekceważą głosy gremiów tak istotnych jak Komisja Wenecka. Z problemami spotykają się osoby demonstrujące przeciw nadużyciom. Demokracja konstytucyjna zamienia się w tyranię „większości” (biorąc pod uwagę rzeczywistą ilość głosujących, wstawiam cudzysłów), gdzie słupki procentowe stały się podstawą do przydawania sobie przez rząd PiS prawa do „zawładnięci duszą” obywateli. Musimy pamiętać o ważnej przestrodze Alexisa de Tocqueville’a, że demokracja łatwo przeradza się w tyranię — jeśli poza „wolą większości” nie istnieją inne gwarancje sprawiedliwości (jak prawa człowieka, prawo międzynarodowe, Konstytucja), to dotknięty niesprawiedliwością nie ma gdzie się odwołać: opinia publiczne jest „głosem większości”, rząd jest „głosem większości”, sterowana rządowo władza sądownicza jest „głosem większości”.

Trójpodział władz jest ważny z rozmaitych powodów, także po to, by obywatel mógł chronić swoją intymność. Dla przykładu, bywają sytuacje, że posiadanie swojego reprezentanta prawnego pozwala również na odciążenie emocji: prawnik posiada cenny dystans, uwalniając osobę, którą reprezentuje, od ciężaru niekiedy trudnych emocji czy więzi, bądź zmniejszając to, co w odczuciu trudne.  O ile można mieć zaufanie do niezawisłości władzy sądowniczej i sensownego działania władzy ustawodawczej, dystans prawnika i odciążenie klienta pozwala liczyć, na racjonalne rozwiązanie spraw. W sytuacji, gdy władzą sądownicza przestaje być niezawisła, szans na taki dystans i na takie odciążenie, już nie ma. W sytuacji, gdy dochodzi do tego tyrania władzy ustawodawczej i jej niechęć do ponadlokalnych bezpieczników w kwestii praworządności, pozostają dwie dialektycznie powiązane rzeczy: odwaga obrońców praw i  droga ku rozpaczy niesprawiedliwie traktowanej „mniejszości”.


środa, 11 października 2017

VIVA ABIGAIL! VIVA FENENA!

Łódzka inscenizacja Verdiowskiego Nabucca liczy już sobie trzydzieści lat, w co aż nie chce się wierzyć. Łodzianie mieli okazję słyszeć w niej plejadę znakomitych artystów: Joannę Cortes, Krystynę Rorbach, Andrzeja Saciuka, Andrzeja Malinowskiego, Krzysztofa Bednara, Jolantę Bibel. Mimo upływu lat spektakl się nie zestarzał — cenię go za urodę plastyczną, brak udziwnień reżyserskich, a także za możliwość wysłuchania uwertury bez konieczności oglądania jakiejś „przed-akcji”. Wczoraj grany był po raz sto osiemdziesiąty. Wspomniano wprawdzie o jubileuszu, szkoda jednak, że wczorajszy spektakl nie został potraktowany bardziej uroczyście.
Wczorajszy wieczór zdecydowanie należał do Pań. Choć zabrzmi to patetycznie, Monika Cichocka i Bernadetta Grabias pokazały, na czym polega sceniczna kreacja. Obie doskonale wiedziały, po co są na scenie i co śpiewają. Rola Feneny jest malutka i bardzo statyczna. Grabias tchnęła w nią życie dzięki umiejętnej grze mimicznej i wymownemu gestowi, który nigdy nie był pusty. Cichocka z kolei mistrzowsko pokazywała dumę, wściekłość czy smutek Abigaili, zupełną rewelacją zaś było, gdy całym ciałem syciła swoją postać pogardą i tryumfem, do których inspirował ją obłąkany Nabucco. Obie stworzyły także kapitalne portrety wokalne swoich bohaterek. Nie wiem, z jakimi bogami podpisała pakt Cichocka, ale poczułem się, jakbym podróżował w czasie. Taki sam zachwyt czułem jako szczeniak, gdy słyszałem ją po raz pierwszy. To głos gęsty i srebrzysty, wszelako ciemniejszy niż kiedyś, miękki atak, powściągnięcie wibracji, swobodne przechodzenie „na piersi”, tak potrzebne w tej roli, dobra koloratura.  (Filowany tryl na w pełni „żywym” oddechu w cabaletcie z aktu II był imponujący!). Głos Grabias także — na moje ucho — ściemniał i więcej w nim zielonkawych barw niż kiedyś. Swoboda brzmienia i ekspresyjne wykorzystanie kolorów sprawiły, że na długo wryło mi się w pamięć cantabile Feneny. Szkoda, że ten jedyny solowy fragment tej bohaterki jest taki krótki. Grabias śpiewała go piękną frazą i bardzo retorycznie, choćby w górze nadawała swemu mezzosopranowi brzmienie nieco przytłumione, by na koniec rozjaśnić go i usrebrzyć. Wspaniale też wypadło pożegnanie Abigaili — w sumie finał poruszył mnie do tego stopnia, że wszelkie wokalne akrobacje z wcześniejszych fragmentów wydały mi się tylko igraszką.

Gorzej było z męską częścią obsady. W głosie Zenona Kowalskiego znać już upływ czasu. Najwięcej satysfakcji sprawił mi w duecie z Abigailą z aktu III i w modlitwie do Jahwe z aktu IV (ale już nie w wieńczącej scenę cabaletcie). Był przy tym — niestety — nijaki aktorsko. Gdy Zachariasz cisnął mu pod stopy Fenenę, deklarując, że gotów ją zabić, na Nabuccu Kowalskiego nie zrobiło to żadnego wrażenia. Ekspresji scenicznej nie zmienił także obłęd, a w kontekście całości można się było zastanawiać, czy przypadkiem dla Śpiewaka nie jest wszystko jedno, czy Nabucco to król Babilonu, czy nazwa worka na ziemniaki. Zachariasz Zbigniewa Wunscha był zwyczajnie odśpiewany. Artyście brakowało charyzmy, nie udało mu się stworzyć jakiegokolwiek nastroju w modlitwie z aktu II, gra była mocno „papierowa”. Sam głos Wunscha jest urodziwy, zwłaszcza w górze i wyższej średnicy, gdy osadzony jest na „masce”. Dołom brakowało niekiedy wyrazistości, gęstości i mocy, sama emisja zaś był, powiedzmy, nierówna, głos niekiedy wycofywał się i grzązł. W systemie wokalnych „fachów” Zacharias to Seriöser Bass, Wunsch natomiast to basbaryton, być może dlatego nie czułem pełnej satysfakcji słuchając go na scenie. Uroda głosu jest w jakiejś mierze kwestią gustu, ale życzyłbym sobie, żeby Krzysztof Marciniak (Izmael) lepiej panował nad wibracją. Na wyróżnienie zasługuje w moim odczuciu Andrzej Staniewski, który stworzył wiarygodną postać arcykapłana Baala, którą wyśpiewał głosem o wyrównanej emisji i dopasowanym do roli brzmieniu.


Z powierzonych mu zadań znakomicie wywiązał się chór. Znakomicie rozplanowano dramaturgicznie szlagierowe Va, pensiero. Zrozumiały był także podawany ze sceny tekst. Orkiestrze wiodło się różnie, ale znaczną część partytury zagrała bardzo dobrze.  Niewątpliwie to zasługa Tadeusza Kozłowskiego, który znakomicie „czuje” operę. Mając w pamięci szalenie intensywne, kolorystycznie bogate święto wiosny, którym dyrygował, odniosłem wczoraj wrażenie, że w tym ogranym przez niego tytule jest już jednak trochę za dużo rutyny. 

sobota, 30 września 2017

PAUL TILLICH I JEGO POSZUKIWANIE ABSOLUTÓW

Książka Paula Tillicha może wydawać się niepozorna: jest niedługa i napisana prostym językiem, dostępnym dla „laika”. Ale wrażenie to jest — moim zdaniem — całkowicie pozorne. Mimo że od publikacji oryginału minęło pół wieku, przynajmniej na polskim gruncie esej ten jest wciąż dynamitem. Nie należy tylko dać się zwieść nawykom językowym: Tillich wprawdzie krytykuje relatywizm i pisze o poszukiwaniu absolutów, jego refleksja nie ma jednak nic wspólnego z absolutyzmem. Stanowi raczej próbę namysłu nad warunkami koniecznymi pluralizmu, który jest faktem doświadczanym przez nas na co dzień. Tillich ma pełną świadomość zmian zachodzących w naszej wiedzy czy różnorodności oraz zmienności systemów moralnych. Posiada również kapitalne wyczucie usytuowania: poznanie nie dokonuje się w próżni, ale jest określone czaso-przestrzennie. Nie bez kozery książkę rozpoczyna tekst autobiograficzny, w którym Tillich pokazuje m. in. ile zawdzięcza — pozytywnie i negatywnie — swemu rodowodowi XIX-wiecznemu; potrafi pokazać, jak cenną lekcję historyzmu dał romantyzm czy wskazać, co wyniósł z lektury Schellinga, mimo nienaukowości jego filozofii przyrody.
Absoluty pojmowane są przez Tillicha jako pewne formalnie struktury, które leżą u podłoża doświadczania, poznawania czy moralności. Są nimi: „struktura umysłu, która umożliwia wrażenia zmysłowe oraz logiczna i  semantyczna struktura umysłu; powszechniki, które umożliwiają zaistnienie języka; kategorie i biegunowości, które umożliwiają rozumienie rzeczywistości. Kolejnymi były bezwarunkowy charakter imperatywu moralnego, niezależnie od jego treści i  zasada sprawiedliwości –  uznanie każdej osoby jako osoby. Wreszcie była też agape, miłość, która zawiera i transcenduje sprawiedliwość, jednoczy to, co absolutne i relatywne przez adaptację do każdej konkretnej sytuacji”.   Duże wrażenie czyni zwłaszcza charakterystyka agape. Tillich pisze: „Miłość w  formie agape jest absolutną moralną zasadą, etycznym absolutem, którego szukaliśmy. Jednakże, aby zostało to dobrze zrozumiane, trzeba oczyścić ją z  wielu błędnych konotacji. Miłość jako agape ma podstawową zasadę sprawiedliwości w sobie. Jeśli ludzie odmawiają sprawiedliwości innym, ale twierdzą, że ich kochają, zupełnie nie rozumieją znaczenia agape. Łączą niesprawiedliwość z  sentymentalnością i  nazywają to miłością. Agape nie może być też mylona z innymi jakościami miłości: libido, przyjaźnią, współczuciem, żalem, erosem. Niewątpliwie agape związana jest i  może zostać połączona z  nimi wszystkimi, ale może też je wszystkie osądzić. Jej wielkość polega na tym, że akceptuje i toleruje drugą osobę nawet, jeśli jest ona nie do zaakceptowania i ledwie możemy ją tolerować. Jej celem jest związek, który jest czymś więcej niż związek oparty na sympatii albo przyjaźni, związek nawet pomimo wrogości. Miłowanie swoich wrogów nie jest sentymentalnością, wróg pozostaje wrogiem. Mimo to zostaje nie tylko uznany za osobę: jednoczy się ze mną w czymś, co jest ponad nim i ponad mną, ostatecznym podłożu bycia każdego z nas”.
Obok agape stawia Tillich „miłość słuchającą”. Jest ona „słuchaniem i patrzeniem na konkretną sytuację w  całej jej konkretności, która zawiera najgłębsze motywy działania drugiej osoby”. Taka miłość „zastępuje mechaniczne posłuszeństwo moralnym nakazom. Takie nakazy zostały wywiedzione z etycznego wglądu, by potem zdegradować się do statusu moralnych kodeksów. Żaden kodeks moralny nie zwolni nas od decyzji, a  więc nie uratuje nas przed moralnym ryzykiem. Może doradzać, ale nic więcej. Staje się to dla nas jasne, kiedy jesteśmy w roli czyjegoś doradcy. Załóż- my, że student przychodzi do mnie, gdy ma podjąć trudną moralną decyzję. Doradzając mu, nie cytuję Dziesięciu Przykazań ani słów Jezusa z  Kazania na Górze, ani jakiegokolwiek innego prawa, nawet prawa powszechnej etyki humanistycznej. Mówię natomiast, by odkrył, co w  jego sytuacji nakazuje agape i według tego decydował, nawet jeśli tradycje i zwyczaje stoją w sprzeczności z jego decyzją. Jednakże muszę go przestrzec i powiedzieć, że jeśli tak zrobi, ryzykuje tragedię”.   

Jak przystało na teologa Tillich zauważa, że wszystkie wspomniane wyżej absoluty wskazują na coś poza nimi, na jakiś „najbardziej podstawowy absolut z nich wszystkich”. Nie oznacza to jednak, że Tillich wskaże palcem Boga, np. chrześcijańskiego i rozpocznie wywód, który obliguje do przyjęcia wiary w ramach określonej konfesji. Tillich jest raczej teologiem negatywnym: ów najbardziej podstawowy absolut jest tajemnicą doświadczaną jako świętość. Nie da się wywieźć tego doświadczenia z tego, co skończone, a więc ze skończonego ludzkiego umysłu czy skończonego ludzkiego doświadczenia. Do tajemnicy można odnosić się świadomie i twórczo, ale nie da się tajemnicy poznać. Ani jednostkowo, ani wspólnotowo — absolutu zatem nie posiada żadna z religii instytucjonalnych. Tillich twierdzi zresztą stanowczo, że doświadczenie absolutu jak najbardziej możliwe jest poza kościołami czy religiami instytucjonalnymi. Co więcej, możliwość doświadczenia absolutu poza religiami w tradycyjnym sensie zostaje przez Tillicha wyróżniona. Wprowadza on rozróżnienie na religię w sensie szerokim i wąskim. Religia w sensie szerokim to „bycie pochwyconym przez ostateczną troskę”, które dokonuje się w przestrzeni niereligijnej. Absolut jest tu doświadczany pośrednio i nie jest bezpośrednio symbolizowany, ale doświadczenie świętości pozostaje. Jako przykład podać można prawo: „W  sferze społeczno-politycznej, w  większości systemów prawnych w  szczególności wyrażona jest świętość (sacredness) prawa i to poczucie świętości prawa przetrwało atak sekularyzmu. Możemy je rozpoznać pod postacią ślubowań i  w  quasi-rytualnych aspektach procedury sądowej, gdzie obraza sądu może być opisana jako świeckie bluźnierstwo. Możemy je znaleźć w  trwodze odczuwanej przed amerykańskim prawem, a  zwłaszcza przed jego społeczno-politycznym fundamentem – konstytucją. Możemy ją rozpoznać w mitycznej „woli ludu” i „tradycji Ojców” i  w  równie mitycznym cesarzu czy królu, panującym „z  łaski Bożej”. Prawa i  konstytucje zmieniają się, ale ich prawne i  społeczne obowiązywanie jest absolutne. Jest tak dlatego, że zakorzenione są w samej świętości” (to słowa szczególnie wymowne w polskim kontekście).
Religia w sensie szerokim jest dla Tillicha miarą religii w sensie tradycyjnym. Dlatego — odwrotnie niż wielu teologów — pisze on pozytywnie o zjawisku sekularyzmu. Mierzenie religii tradycyjnych miarą religii w sensie szerokim jest np. probierzem uczciwości tych pierwszych. Można badać choćby to, czy religie instytucjonalne nie ubóstwiają swojego partykularnego doświadczenia świętości, czy nie próbują utożsamiać się z absolutem, a poprzez to czy nie odrzucają możliwości sądu nad sobą. Jeśli mamy do czynienia właśnie z taką religią w sensie wąskim, to doświadczamy czegoś demonicznego: „demonicznego stłumienia zwątpienia, krytycyzmu o uczciwego dążenia do prawdy”. Jakże wymowne są te słowa: „Zło jest nie do uniknięcia, gdy partykularną manifestację świętości utożsami się z samą świętością”. Jeśli jakakolwiek religia chce wnosić roszczenie do absolutności to może być to tylko roszczenie „do relatywnego bycia świadkiem Absolutu. Religia jest tym bardziej prawdziwa, im silniej to podkreśla w swojej esencjalnej naturze, wskazując poza siebie na to, czego jest świadkiem i czego jest częściową manifestacją”.
Ciekawe są rozważania Tillicha nad quasi-religiami, wśród których lokuje on faszyzm, nazizm, komunizm, powracające ruchy narodowe, ale także liberalny humanizm. Cenię go za uczciwość we wskazaniu na ów quasi-religijny charakter liberalnego humanizmu, co pozwala mu pokazać czyhające na tę formację zagrożenia, ale także wskazać, dlaczego wybór liberalnego humanizmu jest właściwy. W tym punkcie refleksja Tillicha zbiega mi się z poglądami Ernsta Cassirera, który pokazywał (neo)mitologiczny charakter brunatnych ideologii, budowanych w oparciu i swoiste rytuału, głuchych na wszelką krytykę i zamkniętych na jakąkolwiek racjonalna argumentację.

Przekład czyta się dobrze — jest przejrzysty i wolny od udziwnień. Staranna jest także redakcja tekstu — wytropiłem tylko dwie literówki (choć nie daję głowy za swe zdolności „detektywistyczne”): brakło „n” w „konfundującej sytuacji”, a gdzie indziej zamiast „ą” jest „ę”.
Na zakończenie słowa Tillicha:
„…relacje religii ze światem świeckim, z sekularyzmem, muszą się zmienić po obydwu stronach – zarówno świeckiej, jak i religijnej. Religia musi uznać prawo wszystkich funkcji ludzkiego ducha – sztuki i nauki, prawa i relacji społecznych oraz pań- stwa – do bycia niezależnymi od religijnej kontroli i wpływów. W tym samym czasie świat świecki musi uznać prawo religii do zwracania się ku Ostatecznemu samemu, w swoim języku i we wszystkich swoich przejawach doświadczenia świętości”.
„Jeśli przesłanie proroków jest prawdą, nie ma niczego „poza religijnym socjalizmem””.

Paul Tillich
Moje poszukiwania absolutów
Przeł. Marcin Jerzy Leszczyński
Wydawnictwo UŁ

Łódź 2017.

niedziela, 17 września 2017

CALLAS JAKIEJ NIE ZNACIE. W 40 ROCZNICĘ ŚMIERCI


Wprawdzie Callas twierdziła, że belcanto to szkoła czy droga śpiewu, a nie styl muzyczny charakterystyczny dla oper Rossiniego, Belliniego czy Donizettiego, sam uważam, że powinniśmy ten termin stosować w obu znaczeniach. To prawda, że kompozytorzy oper uznanych dziś za belcantowe korzystali z zasobów, które oferowała belcantowa szkoła śpiewu. Faktem jest również, że szkoła ta pozwala na granie ról z bardzo różnego repertuaru, z Wagnerowskim na czele (odsyłam tu do wejścia Brunhildy w wykonaniu Sołomiji Kruszelnićkiej , po wysłuchaniu którego niezmiennie dopada mnie tęsknota za „takim” Wagnerem). Ale prawdą jest również, że kolejne pokolenia kompozytorów stawiały przed śpiewakami nowe wyzwania. Rozrastały się orkiestry, gęstniały faktury partytur, powiększały sale teatrów operowych, proscenia odsuwały od widzów. Jednym ze skutków tych zmian stała się fetyszyzacja wolumenu. Jak — moim zdaniem — słusznie twierdzi Nelly Miricioiu: „nowoczesna szkoła śpiewu obsesyjnie skupia się na wolumenie głosu i umiejętności przebijania się ponad orkiestrę, co prowadzi do nieustannej walki”. Callas podkreślała z kolei, że wartością nadrzędną stał się piękny ton i sprawność techniczna, tak że publika daje się porwać nie aktorskiej (również w sensie wokalnym) kreacji śpiewaka, a ładnemu brzmieniu i wycieczkom ku wysokim nutom. Sam dorzucę do tego jeszcze nacisk na ujednolicenie barwy głosu w całym jego zakresie, które w dobie działalności kompozytorów wiązanych z operą belcantową wcale nie było oczywiste. Mam wrażenie, że jedną z podstawowych wartości w muzyce była wtedy umiejętność kolorowania dźwięku. Gdy czyta się ówczesne charakterystyki głosów kontraltowych czy soprano sfogato jak na dłoni widać, że kalejdoskopowe wręcz bogactwo barw, nie zawsze w pełni jednorodnych, raczej kontrastowo przeciwstawianych, było wtedy jakością pożądaną. Ale takie same zdolności kolorystyczne miały XIX-wieczne fortepiany — to późniejsze czasy przyniosły instrumenty o wyrównanej kolorystyce. W odniesieniu do kontraltów i soprani sfogati mówiono o gęstych, ciemnych, mocnych, niemal męskich dźwiękach piersiowych i jasnych, o wiele lżejszych górach, co było możliwe dzięki dużej skali tych głosów. Oba głosy cechowały się również elastycznością czy ruchliwością, koloratura bowiem stanowiła jedno z podstawowych narzędzi retoryki muzycznej. Tym, co odróżniało kontralty i soprani sfogati to właściwa dla nich tessitura i odmiennie zakresy dźwięków, w których głosy te brzmiały najpełniej. Tym, co ponownie łączy kontralty i soprani sfogati to naturalna umiejętność śpiewania wysokich nut rejestrem piersiowym, a przez to — jak pisze Judit Zsovar — zdolność śpiewania tych samych nut różnymi rejestrami głosu, co pozwala na granie kolorem w celach ekspresyjnych. W ramach belcanta jako szkoły artyści potrafili śpiewać prawdziwe legato, świadomie barwić samogłoski, wykorzystywać do kształtowania fraz natężenie spółgłosek. Dziś to cechy coraz rzadziej spotykane, choć z autentycznym — jak dla mnie — belcanto pozwalają nam spotkać się wspomniana Miricioiu,  Lucia Aliberti czy Ewa Podleś. Jako soprano sfogato, a nie mezzosopran, traktuję także Cecilię Bartoli, której Norma czy Amina z Lunatyczki nie do końca mnie przekonują z różnych powodów technicznych, ale pomysł, by zaśpiewała te role nie budzi we mnie sprzeciwu ze względu na typ jej głosu.


O Callas pisze się często, że była sopranem dramatycznym d’agilità i sam tak uważałem przez długi czas. Sądzę jednak, że była ona autentycznym soprano sfogato. Czym różnią się te głosy, przekonają się Państwo słuchając nagrań Margherity Corosio (dramatyczna koloratura)  i Felii Litvinne (soprano sfogato) .  O tym, jak Callas korzystała z rejestrów do barwienia dźwięków i jak stosowała koloraturę mogą się Państwo przekonań słuchając sceny Abigail.




A sam zapraszam Państwa na koncert, który 22 września odbędzie się w warszawskim Promie Kultury. Śpiewać będzie Karina Skrzeszewska z akompaniamentem Katarzyny Neugebauer. Ja postaram się opowiedzieć Państwu nieco więcej o tym, dlaczego uważam Callas za soprano sfogato, o tym, jakie naturalne skazy ma ten rodzaj głosu, również o tym, jakie role Callas i ich nagrania cenię najbardziej. 


czwartek, 31 sierpnia 2017

Z MARIĄ ANDRZEJCZYK I ANNĄ BUCZYŃSKĄ BOROWY ROZMAWIAMY O PROJEKCIE "ZNALEZIONE, NIE KRADZIONE"

Anna Buczyńska Borowy
„Znalezione, nie kradzione” to projekt o charakterze społecznym, realizowany pro publico bono. Nasze doświadczenia, którymi chcemy się podzielić oraz nasze działania skierowane są przede wszystkim do dzieci i młodzieży, ale nie tylko. Chcemy również wspierać rodziców, opiekunów prawnych w kwestiach, o których nawet mogą nie mieć świadomości, czy wiedzy. 




Maria Andrzejczyk
Takim przykładem jest choćby utrata prywatność, czyli ogromny problem już natury społecznej, o którym się nie mówi, a który bardzo nabiera na znaczeniu w dzisiejszych czasach. Znajdzie się też kilka fajnych obszarów dla dorosłych, nauczycieli, fundacji, placówek edukacyjno - rozwojowych, instytucji, firm, które chcą wyjść poza ramy schematycznego myślenia, a które chcą zrobić coś więcej dla najmłodszych i dla innych. Będziemy mówili o wszystkim, co w życiu codziennym ma dla nas znaczenie, co kształtuje postawy i odpowiedzialność w wielu obszarach życia młodych ludzi. Będziemy obserwowali świat oczami dzieci, ale także oczami dorosłych. Taki jest plan”
— to słowa Marii Andrzejczyk i Anny Buczyńskiej Borowy








Ich projekt zaciekawił mnie na tyle, że postanowiłem z Nimi porozmawiać. Namawiam również Państwa do lektury Ich wcześniejszego wywiadu. Dziewczyny są na tyle zgrane, że niemal mówią jednym głosem. W tym wywiadzie prym wiedzie jedna z Nich, ale nie zdradzę która. Interwencje drugiej zaznaczam kursywą.



Jako że się znamy, pozwolę sobie zacząć od pytania nieco bardziej osobistego. Wydaje mi się ono ważne w polskiej rzeczywistości, rozdartej przez podziały i konflikty. A zatem — wiem, że w pewnych kwestiach światopoglądowych różnicie się dość znacznie. Co sprawia, że nie tylko się dogadujecie, ale chcecie działać razem?


To takie nasze prywatne „porozumienie ponad podziałami”. Idea i cel projektu są bliskie naszemu sercu i to one sprawiają, że chcemy razem współdziałać w ich realizacji. Nigdy nie patrzyłam na nasze odmienne światopoglądy jako na rzecz, która może nas dzielić. Myślę, że wprost przeciwnie to właśnie nasze odmienne światopoglądy ukształtowały nas tak, ze znalazłyśmy wspólny język i chcemy razem pracować. Oczywiście projekt „Znalezione, nie kradzione” to nie tylko efekt naszych zbieżnych poglądów, to także odpowiedź na to, co można zaobserwować w społeczeństwie, a szczególnie wśród młodzieży – zagubienie, nieświadomość własnych praw, brak samoświadomości i wiary siebie, brak autorytetów.

O tym braku autorytetów możemy zrobić cały wywiad, bo jak wiecie, jestem zwolennikiem przekonania, że człowiek powinien kierować się własnym rozumem, a nie inspiracjami z zewnątrz. Ale też chyba nasze przekonania nie są aż tak odmienne jak można by sądzić, bo nieco inaczej rozumiemy autorytet. Maria powiedziała, że autorytet widzi jako „drogę” a nie „cel”. Ja tak postrzegam mistrza, który w pewnym momencie zostawia ucznia jego własnym decyzjom.
Jak wiem z wywiadu, który czytałem, chcecie w ramach projektu rozmawiać o wszystkim: o codzienności, o tym, co kształtuje ludzkie postawy, o odpowiedzialności itd. Mimo różnorodności tematów, o których wspominacie, łączy je grawitowanie wokół wartości, aksjologii. A to sprawy bardzo filozoficzne. Czy myślałyście o filozofii jako elemencie Waszego projektu?

Filozofia postrzegana jest przez młodzież/społeczeństwo jako rzecz nudna i niezrozumiała, jako relikt przeszłości, monolit i skamienielina w jednym. Ja się z taką wizja nie zgadzam i chciałabym aby w projekcie udało się nam stworzyć obraz filozofii jako nauki ciekawej, niezmiernie przydatnej do kształtowania postaw życiowych i weryfikacji otaczającego nas świata. Żeby pokazać filozofię jako narzędzie poznawcze, z którego może korzystać każdy. Trudno zbudować swój byt nie zachowując pewnego continuum czasowego – kim byłem, kim jestem i kim będę .Dokąd zmierzam ja, dokąd zmierza świat. W odpowiedzi na pytania pomaga filozofia. Argumentacja, retoryka, bronienie swoich racji – to też filozofia. Poszukiwanie rozwiązań pozbawionych elementu przemocy – to też filozofia.
Stare łacińskie powiedzenie mówi, że „historia magistra vitae est” a ja chciałabym abyśmy także mogli powiedzieć, że „philosophia magistra vitae est”.
Uważamy nawet, że filozofia powinna być elementem edukacji już w szkołach podstawowych. Oczywiście dopasaowana do poziomu dzieci i młodzieży.

Spośród propozycji filozoficznych, które wydają mi się warte rozważenie w kontekście Waszego projektu, jest „interwencja filozoficzna” Katarzyny Kuczyńskiej. Mówiąc w skrócie, jest to pomysł edukacyjny nastawiony na kształtowanie umiejętności rozpoznawania „różnorodnych komunikatów aksjologicznych”, porównywania ich, dostrzegania ich konsekwencji, a przez to wzmacniania autonomii/samosterowności i odpowiedzialności jednostki. Na mój nos, „interwencja filozoficzna” byłaby idealnym elementem Waszych działań. Jak sądzicie?

         Jak powiedziałam wcześniej, filozofia będzie integralnym składnikiem naszego projektu, więc na pewno z chęcią skorzystamy z tej idei. Tym bardziej, że filozofia w „interwencji” służy do poznawania świata, definiowania zachowań i analizy intencji. Nie poprzestaje na płytkim przekazie, ale zmusza uczestników do wnikliwego zapoznania się np. z tematem hipokryzji.

Czy edukowanie do bycia obywatelką i obywatelem będzie wyraźnym elementem Waszych działań?

W sensie prawnym przez obywatelstwo rozumie się trwały węzeł łączący osobę fizyczną z państwem, posiadająca określone prawa i obowiązki, których gwarantem jest np. konstytucja. W Islandii działania rządu opierają się na idei „dobry obywatel to szczęśliwy obywatel”. Myślę, że naszym celem jest bardziej tworzenie szczęśliwych i świadomych swoich praw  i obowiązków obywateli niż tworzenie węzła łączącego ich z państwem. Bardziej zależy mi na budowaniu etycznego, moralnego i zdolnego do refleksji społeczeństwa niż jego odmian nacjonalistycznych. Wolę bardziej kosmopolityczne podejście do granic, bo pozwala ono na korzystanie z potencjału innych osób.

Muszę przyznać, że mnie obywatelstwo kojarzy się właśnie z otwartością wspólnoty, a nie z nacjonalizmem. Tym bowiem, co łączy obywatela z państwem, jest właśnie szereg praw, wolności, obowiązków, a nie pochodzenie etniczne. To tak na marginesie.
Nie boicie się zarzutu, że nazwa projektu „Znalezione, nie kradzione” narażona jest na zarzut, że znalezione rzeczy warto oddać na policję, albo ogłosić, że się je znalazło? Inaczej ich przyjęcie będzie dwuznaczne moralnie?

Nazwa  „Znalezione, nie kradzione” odzwierciedla jedno z założeń projektu, czyli obalanie mitów i fałszywych przekonań, jakie są w społeczeństwie utrwalane przez lata i przekazywane w spadku młodszym pokoleniom. Powiedzenie „znalezione, nie kradzione” jest tego najlepszym przykładem, gdyż zgodnie z kodeksem karnym, rzecz znaleziona i nie oddana właścicielowi lub organom upoważnionym do tego (policja, biuro rzeczy znalezionych) nie jest własnością znalazcy. W takim przypadku mamy do czynienia z przestępstwem przywłaszczenia (art. 284 par. 1 kk). Jedynie rzecz znaleziona w pewnych okolicznościach (np. przy śmietniku) wskazujących na to, że właściciel wyzbył się prawa własności do niej celowo, może stać się własnością osoby, która ją odnalazła. 

Jak można z Wami współdziałać?


Projekt „Znalezione, nie kradzione” jest projektem otwartym, a my jesteśmy otwarte na współpracę z osobami, których działalność wpisuje się z jego podstawowe założenia. Zapraszamy do kontaktu poprzez stronę www.znalezioneniekradzione.com lub stronę projektu na Facebooku „Znalezione, nie kradzione”

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

O POMOCY ŚWIATOPOGLĄDOWEJ, ATEIZMIE HUMANISTYCZNYM I VRP. ROZMOWA Z ADAMEM CIOCHEM



- Jak zrodził się pomysł na pomoc światopoglądową?

- Pomysł i jego realizacja kształtowały się aż przez kilkanaście lat. Sam jestem osobą po dramatycznych przejściach światopoglądowych. Przez kilkanaście lat życia byłem fundamentalistą religijnym. Zaraziłem się tym jako nastolatek. W kilka lat po tym, jak się z tego nieszczęścia otrząsnąłem, zacząłem prowadzić publicystyczny cykl „Życie po religii” w jednym z tygodników pod pseudonimem „Marek Krak”. To miała być m.in. pomoc dla ludzi w sytuacji podobnej do mojej. Zaczęły się zgłaszać różne osoby. Korespondowaliśmy, dzwoniliśmy do siebie, spotykaliśmy się. Z jednym z czytelników rozmawiałem przez 3 lata, co tydzień po pół godziny. Zacząłem widzieć dobre efekty swojej pracy. Zrozumiałem też, że nikt nie zajmuje się tego rodzaju wsparciem, a większość psychologów czy psychiatrów jest bezradna wobec ludzi zaplątanych w światopoglądowe lęki. Nie potrafią skutecznie pomóc. Można dać tabletki osłabiające np. lęk przed piekłem. Ale za samą ideę piekła może zabrać się tylko ktoś, kto zna teologiczne, historyczne i kulturowe konteksty powstawania różnych dogmatów. I najlepiej jeszcze ktoś, kto zna ten lęk z autopsji i kto sobie z nim poradził. I kto rozumie takich ludzi, ktoś dla kogo takie problemy nie są ani dziwne, ani śmieszne, ani egzotyczne.  A ja jestem taką osobą także dlatego, że studiowałem teologię katolicką i protestancką. Pomyślałem więc, że trzeba taką pomoc uruchomić. Po latach nadarzyła się okazja i pomoc powstała, już działa.

- Czym różni się pomoc światopoglądowa od coachingu czy doradztwa życiowego?

- Pomoc nie jest coachingiem, czyli treningiem. Ani prowadzący rozmowę nie jest trenerem, ani zgłaszający się nie jest osobą trenowaną. Wsparcie światopoglądowe, to rozmowa, dialog toczący się wokół problemów i życia osoby, która ma chęć skorzystania z takiej formy pomocy. Nie jest to także doradztwo, bo ja nie mówię ludziom jaki światopogląd jest lepszy, w co powinni wierzyć, jak należy żyć itd. To zgłaszający się nakreślają ramy i cele rozmowy. Nie ma gotowego programu ani celu tego doradztwa. Jest natomiast metoda – rozmowa  w celu lepszego zrozumienia faktów i sytuacji osoby zgłaszającej się.


- Jesteś ateistą, a ja liberalnym chrześcijaninem. Jak sądzę, płaszczyzną naszego spotkania, któremu obce były i są jakiekolwiek konflikty, jest humanizm. Sam deklarujesz, że jesteś ateistą humanistycznym. Czy możesz wyjaśnić, czym jest humanizm ateistyczny i czy był inspiracją dla pomysłu na pomoc światopoglądową?

- O ile sam ateizm w najbardziej dosłownym znaczeniu jest po prostu niezgodą na wiarę w istnienie bogów, o tyle ateizm humanistyczny jest kompletnym światopoglądem. To znaczy, że zawiera m.in. postulat naturalistycznego podejścia do rzeczywistości, i że wypracował koncepcję etyki i zasad życia społecznego, które opierają się na zasadach wzajemnego szacunku, współodczuwania i troski nie tylko wobec innych ludzi, ale i innych istot czujących. Taki ateizm nie ma nic wspólnego z tak zwanym darwinizmem społecznym, nie zgadza się też na postawy agresywne i przedmiotowe traktowanie innych. Ta zasada współodczuwania, troski i szacunku stoi właśnie za pomysłem zorganizowania telefonicznej pomocy światopoglądowej, dostępnej dla każdego, w tym dla osób pozostających bez pieniędzy. Jeśli ktoś deklaruje, że nie ma czym płacić może korzystać z pomocy całkowicie bezpłatnie.


- Jesteś osobą zaangażowaną w projekt określany mianem V RP. To projekt, moim zdaniem, bardzo ważny, łączący w sobie niezgodę na neokonserwatyzm, gdzie dyktat wolnego rynku łączy się z archaicznym konserwatyzmem moralnym, a w polskich warunkach także z fundamentalizmem katolickim. Czy widzisz jakieś nici łączące Twoją działalność na polu pomocy światopoglądowej z działalnością na rzecz VRP?

- Projekt o nazwie „V Rzeczpospolita”, to koncepcja społeczno-polityczna, a pomoc światopoglądowa to sprawa dosyć osobista i indywidualna. Ale rzeczywiście istnieje między nimi pewne połączenie i to zapewne główny powód, dla którego się w jedną i drugą sprawę zaangażowałem.  Otóż nie zgadzam się na świat, w którym ludzie są traktowani jak nawóz, który ma służyć do lepszego rozkwitu jakichś ideologii lub po prostu ku pożytkowi innych ludzi. Niestety, wbrew deklaracjom i obietnicom Polska po 1989 r. została zbudowana wedle koncepcji neoliberalnych, czy – jak kto woli – neokonserwatywnych. Państwo i gospodarka miały służyć rozkwitowi przede wszystkich tak zwanych ludzi sukcesu. Reszta miała sobie jakoś radzić, emigrować lub powiesić się. Filozofia „ratuj się kto może”  stała się myślą przewodnią życia politycznego, społecznego, w tym gospodarczego. A przecież to jest idea zrodzona w głowach psychopatów i służąca przede wszystkim pożytkowi socjopatów. Kiedy po raz kolejny zachwiała się III RP i ster władzy przejęły nie mniej socjopatyczne, klerykalne i opresyjne koncepcje PiS (a w poprzednim wydaniu PiS+LPR) spod znaku tzw. IV RP pojawił się w kilku głowach pomysł, aby przeciwstawić mu pomysł budowania koncepcji nowej Polski. Polski dla wszystkich – V RP. Czyli czegoś w rodzaju wynalezionego kiedyś w Skandynawii „domu ludu” – kraju demokratycznego na serio a nie tylko z nazwy, który daje nie tylko szansę, ale i możliwości rozwoju dla każdego. Kraju, w którym są szanowane prawa i wolności człowieka, który prowadzi politykę równościową i gospodarkę respektującą środowisko naturalne. Kilka tygodni temu zainicjowaliśmy debatę o V RP na stronie www.piatarzeczpospolita.pl (Facebook – Porozumienie dla V RP) oraz w innych mediach i środowiskach. Mamy nadzieję, że to dopiero początek.

- Czy są jakieś światopoglądy, co do których nie będziesz świadczył swojej pomocy? A jeśli tak, to dlaczego?

- Pomoc światopoglądowa to od początku pomysł emancypacyjny, wyzwalający, uwalniający. Z pewnością nie będę wspierał ludzi, którzy będą chcieli siebie lub innych jeszcze bardziej zniewolić, czy w inny sposób zdegradować. Nie wspieram swoją wiedzą i rozmową idei fundamentalistycznych i innych opresyjnych, nawet gdyby mnie bardzo o to proszono.


- Jak skorzystać z Twojej pomocy?

- Przede wszystkim zapraszam na stronę www.pomocswiatopogladowa.pl Tak jest więcej informacji o tym co robimy. Jeżeli ktoś zrozumie, że to dla niego, albo będzie miał jakieś pytania, wówczas może do mnie zadzwonić pod numer komórkowy – 735 168 149. W czasie rozmowy umówimy się na dalsze spotkania telefoniczne. Można też pisać na adres: info@pomocswiatopogladowa.pl , jeśli ktoś woli kontakt korespondencyjny. Zapraszam też na nasz profil na Facebooku: www.facebook.com/pomocswiatopogladowa/

sobota, 12 sierpnia 2017

TWE JASNE WŁOSY

Twe jasne włosy jak smuga cienia
pod moimi palcami

Widziałem liść
— niósł światło wyłuskane z łupiny
korzeni



Łódź, 12 VIII 2017