piątek, 19 września 2014

DZIECI A WOLNOŚĆ PRZEKONAŃ. LIST DO RPD I MEN

Łódź, 19 września 2014 r.

Pan
Marek Michalak
Rzecznik Praw Dziecka

Pani
Joanna Kluzik-Rostkowska
Ministra Edukacji Narodowej

„Państwo narodowe jest czymś jeszcze gorszym niż państwo wyznaniowe. Ono nie ma być ani wyznaniowe, ani narodowe, ma być obywatelskie; ma być państwem prawa, neutralnym ideologicznie”. Tak pisał jeden z moich intelektualnych Mistrzów, wybitny tomista, świecki audytor Soboru Watykańskiego II – Stefan Swieżawski. W pełni przychylam się do Jego poglądu, widząc w formule demokratycznego państwa prawa jedyną gwarancję ładu opartego na empatii, solidarności, poszanowaniu odmienności każdej obywatelki i każdego obywatela, a więc państwa uznającego i respektującego ludzką wolność. Jak Państwu wiadomo, jesteśmy aktualnie uczestnikami sporu o miejsce etyki, edukacji seksualnej i katechezy w polskim systemie oświaty. W związku z nią zwracam się z prośbą o udzielenie mi kilku wyjaśnień.

Po pierwsze, artykuł 48 ustęp 1 Konstytucji RP stanowi, że „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania”.
Zwracam się z prośbą o wyjaśnienie, jak zapis ten stosowany jest w praktyce edukacyjnej? W rodzimej sytuacji to rodzice składają deklarację dotyczącą tego, na jaki przedmiot uczęszczać ma ich dziecko. Rodzi się zatem pytanie, od jakiego momentu i w jaki sposób uwzględnia się dojrzałość i autonomiczność dziecka w kwestii wyboru między przedmiotami etyka a religia?  W jaki sposób placówki oświaty rewidują, czy decyzja rodziców nie jest arbitralna? Jakie procedury wypracowano na przypadek, gdy rodzice nie mogą dojść do konsensu? (są np. wyznawcami odmiennych religii).

Po drugie, artykuł 53 ustęp 7 Konstytucji RP stanowi, że „nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania”. Chciałbym zapytać, czy zapis ten nie stoi w sprzeczności wobec obowiązku pisemnego deklarowania przez rodziców w zajęciach z katechezy lub etyki? Już sam fakt alternatywnego traktowania tych lekcji powoduje, że określona deklaracja jest swoistą manifestacją światopoglądową.

Po trzecie, artykuły 25 i 53 Konstytucji RP stanowią, że władze publiczne muszą zachować bezstronność w kwestiach religijnych i światopoglądowych, a każdy obywatel i każda obywatelka mają zagwarantowaną wolność sumienia, religii i światopoglądu. W ten sposób Konstytucja czyni wszystkich obywateli równymi. Chciałbym zapytać, jak odnosi się ten przepis do zjawiska spotykanego w polskich przedszkolach, gdzie w trakcie godzin „publicznych”, a nie dodatkowych, odbywa się katecheza, zajęcia te wypadają zazwyczaj w środku dnia, co stwarza problem z opieką nad dziećmi rodziców nie-katolickich, a przedszkola nie oferują zajęć z etyki?

Po czwarte, chciałbym zapytać także, jak artykuły 25, 48.1 i 53 mają się do wstępu do Ustawy o systemie oświaty, w której wyraźnie mówi się o respektowaniu w nauczaniu i wychowywaniu etyki chrześcijańskiej. Jest to jedyna etyka przymiotnikowa, która pojawia się w tekście. Pytanie moje wynika także z faktu, że Ministerstwo Edukacji Narodowej w odpowiedzi wysłanej na zapytanie zaprzyjaźnionych ze mną rodziców wskazało, że choć w przedszkolu nie ma etyki, rodzice mogą być spokojni, bo dziecko w całym procesie wychowawczym kształtowane jest podług moralności chrześcijańskiej. Pytanie to wiąże się także z wystąpieniami posłów prawicy, którzy powołują się na ten fragment Ustawy by zastopować tzw. „wprowadzanie ideologii gender do szkół”.

Po piąte, chciałbym prosić o wykładnię sytuacji dzieci-katolików w Polsce. Wspomniany art. 48.1 Konstytucji gwarantuje im bowiem – w zależności od stopnia dojrzałości – wolność sumienia, wyznania i światopoglądu. Artykuł 12 ustęp 1 Konkordatu zawartego między RP a Stolicą Apostolską stanowi, że „Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci oraz zasadę tolerancji Państwo gwarantuje, że szkoły publiczne podstawowe i ponadpodstawowe oraz przedszkola, prowadzone przez organy administracji państwowej i samorządowej, organizują zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych”. Zapis ten całkowicie pomija konstytucyjne prawo do wolności sumienia, wyznania i światopoglądu, przysługujące dzieciom o odpowiednim stopniu dojrzałości. „Konkordat zatem – zauważa prof. Michał Pietrzak – pozbawia młodzież katolicką szkół ponadpodstawowych prawa do współdecydowania o pobieraniu nauki religii”. Przy czym kryterium dojrzałości związane z uczęszczaniem do szkoły ponadpodstawowej uznaję za kryterium zwyczajowe.

Bardzo proszę o jasną i wyczerpującą odpowiedź. Zaznaczam także, że jestem katolikiem i nie posiadam dzieci. Powyższy list wynika zatem nie z interesów własnych, ale z głębokiego przekonania, że tylko demokratyczne państwo prawa oraz wolni obywatele mogą budować solidarną i dobrą wspólnotę.
List podaję do publicznej wiadomości.

Z poważaniem,


Marcin Bogusławski

sobota, 13 września 2014

MUSIMY BYĆ WIERNYMI PRZEWODNIKAMI STADA. ARCYPROFESORSKA ARCYPUSTKA

Łódzki arcyprofesor rozpoczął już swoje kursy. I chyba ten fakt boleśnie uświadomił mi koniec wakacji. Jeszcze mały wysiłek, i pewnie po raz kolejny znajdzie się w ekipie nauczających na poziomie "ogólnouniwersyteckim". Zajmując się filozofią dialogu mimo absolutnej głuchoty na to, co filozofia ta odsłania.

Nigdy nie zapomnę, gdy w liceum odkrywałem Emmanuela Levinasa. Ten czas był dla mnie niczym rekolekcje. Tak intensywnego obrachunku swoich przekonań i działań chyba nigdy później nie doświadczyłem. Uczyłem się od Levinasa, że spotkanie z drugim człowiekiem wprowadza mnie w tajemnicę moralnej odpowiedzialności za niego. Że zobowiązanie kwestionuje świat, w którym niemożliwy jest pluralizm i indywidualna wolność. 
Później dopełniłem Levinasa Franzem Rosenzweigiem, który pokazał, że jedyną owocną formą uobecniania się Zbawienia jest dialog człowieka i świata, który wprowadza w dialog między światem a Bogiem i Bogiem a człowiekiem. Bogiem, co ważne, danym w kabalistycznym skrócie, w symbolu, w nieobecności. Nie w pysze nauczania, w którym ktoś rości sobie prawa do tłumaczenia głosu Boga niewtajemniczonym.

Jeśli nie łączy nas siostrzeństwo i braterstwo, jeśli w człowieku nie dostrzeżemy skarbnicy "metafizycznych iskier", wszelka droga innymi ścieżkami nie ma sensu. 

I co zrobić, gdy czyta się apodyktyczne wywody Arcyprofesora, że:
Ateizm odbiera prawdę, poczucie sensu istnienia, odbiera prawdę dlaczego warto cierpieć, poświęcać się i mimo tylu trudności żyć .
Ateizm to ograniczenie się do pustki (która – jak dopowiada Dariusz Oko, zapełnia perwersyjny seks i fizjologia).
To właśnie brak wiedzy, a nie jej nadmiar, jak twierdzą niektórzy, często staje się fundamentem pod ateizm.

Sensem istnienia może być przecież nie religijne dowartościowanie cierpienia, ale praca na rzecz tego, by było go mniej.
Sensem istnienia może być uśmiech drugiego człowieka.
Sensem istnienia może być rozwój ducha, który nie jest zamknięty w jednym modelu religii.

Swoją drogą, jestem ciekaw, co dla Arcyprofesora et consortes znaczy ateizm. Bo mam rosnące wrażenie, że ateizm to tyle, co nie-katolicyzm. Tak samo, jak Arcyprofesorski dialog, który jest jakoś mało dialogiczny. 

wtorek, 9 września 2014

KOGO PRZEPOWIADA DZIWISZ? O KAZANIACH W KOŚCIELE RZYMSKO-KATOLICKIM W POLSCE

Trudno nie zgodzić się z księdzem Wojciechem Lemańskim, że Kościół rzymsko-katolicki sam z siebie przyczynia się do laicyzacji społeczeństwa, wypychając wiernych poza swoje struktury. Język, używany na co dzień przez Kościelnych funkcjonariuszy, wymownie odstaje bowiem zarówno od perspektywy Biblii, którą jest caritas, jak i od języka nauki i praktyki medycznej, za którą stoi ludzkie doświadczenie i chęć niesienia pomocy.
Rośnie we mnie przekonanie, że polski Krk zbiera zatrute owoce polityki prowadzonej przez Stefana kard. Wyszyńskiego. Za cenę utrzymania struktur katolickich jako poważnego gracza społeczno-politycznego Wyszyński doprowadził, w moim odczuciu, do odcięcia polskiego Krk od przemian teologicznych zachodzących na świecie i od nauczania Soboru Watykańskiego II. Stąd naszym hierarchom zdecydowanie bliżej do Syllabusa Piusa IX i przysięgi antymodernistycznej, niż do dokumentów tak fundamentalnych jak Lumen Gentium, Sacrosanctum Concilium czy Dignitatis Humanae.
Jednym z elementów polityki zdecydowanie antysoborowej jest sposób funkcjonowania homilii.  

Przypomnę istotne fragmenty dokumentów Krk, które dotyczą homilii.

Konstytucja dogmatyczna o Liturgii:

KL 24. Pismo święte ma doniosłe znaczenie w odprawianiu liturgii. Z niego bowiem wyjęte są czytania, które wyjaśnia się w homilii, oraz psalmy przeznaczone do śpiewu. Z niego czerpie swe natchnienie i swego ducha prośby, modlitwy i pieśni liturgiczne. W nim też trzeba szukać znaczenia czynności i znaków. Stąd też w trosce o odnowienie świętej liturgii, jej rozwój i dostosowanie należy rozbudzić to serdeczne i żywe umiłowanie Pisma świętego., o którym świadczy czcigodna tradycja obrządków wschodnich i zachodnich.

KL 52. Jako część samej liturgii zaleca się bardzo homilię, w której z biegiem roku liturgicznego wykłada się na podstawie tekstów świętych tajemnice wiary i zasady życia chrześcijańskiego. Bez poważnego powodu nie należy jej opuszczać we Mszach odprawianych w niedziele i święta nakazane przy udziale wiernych.

Kodeks Prawa Kanonicznego:

Kan. 767 -
§ 1. Wśród różnych form przepowiadania szczególne miejsce zajmuje homilia. Stanowi ona część samej liturgii i jest zarezerwowana kapłanowi lub diakonowi. W ciągu roku liturgicznego należy wykładać w niej na podstawie świętych tekstów tajemnice wiary oraz zasady życia chrześcijańskiego.

§ 2. We wszystkich Mszach św. w niedziele i święta nakazane, odprawianych z udziałem wiernych, homilia jest obowiązkowa i nie wolno jej opuszczać bez poważnej przyczyny.

§ 3. Gdy jest odpowiednia liczba wiernych, bardzo zaleca się homilię także w Mszach św. odprawianych w ciągu tygodnia, zwłaszcza w okresie adwentu i wielkiego postu, albo z racji jakiegoś święta lub wydarzenia żałobnego.

§ 4. Do proboszcza lub rektora kościoła należy czuwać, by te przepisy były wiernie przestrzegane.

Kan. 768 -
§ 1. Głosiciele słowa Bożego powinni przedstawiać wiernym przede wszystkim to, w co należy wierzyć i co trzeba czynić dla chwały Bożej i zbawienia ludzi.

§ 2. Niech także przekazują wiernym naukę, jaką Urząd Nauczycielski Kościoła głosi o godności i wolności osoby ludzkiej, o jedności i trwałości rodziny oraz o jej zadaniach, o obowiązkach ludzi żyjących w społeczeństwie, jak również o układaniu spraw doczesnych zgodnie z porządkiem ustanowionym przez Boga.

Kan. 769 - Naukę chrześcijańską należy wykładać w sposób dostosowany do poziomu słuchaczy, z uwzględnieniem potrzeb czasu.

Co z tego wynika?
Przede wszystkim homilia stanowi inherentny element akcji liturgicznej. Nie powinna zatem stanowić „zgrzytu” z akcją sakramentalną, czy to nielicującym z sakramentem napastliwym tonem, czy nierzetelnością argumentów. Homilia musi być ściśle związana z czytanym na liturgii Pismem – zakłada się zatem tutaj, ze głoszący posiada dogłębną znajomość teologii biblijnej, jest świadom w aktualnych zdobyczach biblistyki, a w końcu umie je przekładać na potrzeby swoje i wspólnoty, w której głosi. Celem homilii jest przede wszystkim objaśnianie tego, co tyczy się wiary i chwalenia Boga. W starożytności nazywano to mistagogią, a więc wtajemniczeniem w chrześcijańskie symbole, rytuały, w przekaz Pisma, który dla nieprzygotowanych może być niezrozumiały przy pierwszym podejściu. Innymi słowy, homilia jest wtajemniczeniem w sakramenty, czyli w znaki, które poprzez to, co widzialne, wyrażają to, co niewidzialne. W ten sposób pomaga wierzącym w coraz pełniejsze włączenie się w Osobę Chrystusa. Nauczanie o wolności i godności osoby ludzkiej, o kwestiach związanych z funkcjonowaniem społeczeństwa, w końcu o kwestiach moralnych mówić można niejako „w drugim rzędzie”, nigdy w związku z polityką, a zawsze w powiązaniu z mistagogią. Co interesujące, nauczanie to musi odbywać się w kontekście „potrzeb czasu”, a więc nie jako frontalna wojna ze współczesnością, ale jako dialog, w ramach którego wypracowuje się światło.

Tyle teorii. I tylko teorii – mam nieodparte wrażenie, że homilie w minimalny sposób spełniające te wymogi należą w polskich kościołach do rzadkości, stanowią promil promila. Z rodzimych katolickich ambon mówi się o polityce i moralności, często gęsto prowadząc wojnę ze współczesnością, której wyrazem jest pluralizm, dialogiczność, wolność sumienia, poszanowanie prawa stanowionego. Prowadzi się także wojnę z innymi wyznaniami, choćby z protestantyzmem, ukazując Marcina Lutra jako nauczyciela satanizmu (celuje w tym ks. prof. Tadeusz Guz). Poza tym przemawia się z tych ambon nie po to, by wtajemniczać w misterium chrześcijańskie, ale aby pouczać zajmując pozycję „głosu narodu”. A przecież misterium chrześcijańskie ma walor ponadnarodowy. A Lumen Gentium poucza, że prawda rozsiana jest nie tylko w Kościele rzymsko-katolickim.
Jak można traktować serio kościelne sankcje, gdy hierarchia sama nie stosuje się do przepisów Kościoła?
I jak można nie dostrzegać przeinaczeń? Niech Państwo zerkną natekst Przepowiadanie słowa Bożego wPolsce po Vaticanum II, zamieszczony na stronach sekretariatu prymasa Polski. Mowa tam o kanonie 768, ale dziwnie zredukowanym tylko do paragrafu 2.
Niech też Państwo pomyślą, w jakie misterium wtajemnicza katolików kard. Dziwisz oplatając niestworzone rzeczy o in vitro czy związkach partnerskich. I gdzie w tym oplataniu miejsce na „ludzką godność i wolność”, którą – zgodnie z prawem kanonicznym – Dziwisz ma obowiązek przepowiadać.



SAVE THE DATE/ RAMOWANIE

Performans - dokonanie, wykonanie, przedstawienie, występ, dokonanie czyny, spełnienie obietnicy czy żądania, akt. 

W taki sposób rozwija pole semantyczne performansu Mieke Bal, której celem jest pokazanie, że performans i performatyw to jednocześnie zjawiska odrębne i współzależne.

***
Tym, co w kontekście performansu wybija się na pierwszy plan, jest działanie. Działanie zaś nie może istnieć bez czasu. Performans zatem to działanie wytwarzające sens i spełniające obietnicę daną przez artystę "z czasem, w czasie, na czas". Prawda performansu - o ile, za Hansem-Georgiem Gadamerem zgodzić się na to, że dzieło sztuki posiada swoją prawdę - rozgrywa się w czasie, jest ruchoma, przekształca się, jako całość (także tymczasowa i zmienna) daje się ogarnąć tylko retrospektywnie. Próba towarzyszenia performansowi wymaga zatem zgody na taką dynamikę, wymaga refleksji powstającej "w interakcji z praktyką", praktyki teoretyzowania. 

***
Spośród rzeczy, które umożliwiają performans i które w performansie się odsłaniają, najważniejsza jest - w moim odczuciu - pamięć. Splata ona w sobie przeszłość z teraźniejszością wykonywania i realizowania dzieła. Jest mostem, spinającym to, co powtarzalne i przewidywalne, z wpisaną w powtórzenie różnicą, zmiennością i niespodzianką. 
Save the Date jest dla mnie właśnie performansem o pamięci (nie o seksie). Wskazuje na to sam tytuł tego zdarzenia, w którym troskliwe zachowywanie czasu kontrastuje z kreśloną przez Miszę Badasyana mechaniczną powtarzalnością seksu w dobie kapitalizmu. Pamięć funkcjonuje w nim na wielu poziomach. Po pierwsze, jest pamięcią o przyjętej w punkcie wyjścia perspektywie teoretycznej, o której pisałem w pierwszym poście dotyczącym tego projektu. Po drugie, jest pamięcią o tym, kim się było, o swojej tożsamości, o akceptowanych przekonaniach i wartościach. Po trzecie, jest pamięcią o tym, co w tej tożsamości, przekonaniach i wartościach się zmienia. Po czwarte, jest pamięcią o tym, czego się doświadczyło, a więc o podobieństwie sytuacji seksualnych, ale także o tym, co je różni. Właśnie te różnice-w-tym-co-powtarzalne prowadzić będą do przekształceń projektu i do przekształceń samego Badasyana. 
One też interesują mnie najbardziej. Im też - nie za często, acz regularnie - będę chciał poświęcać garść swoich refleksji.




Dokonując "ramowania", czyli umieszczając Save the Date w pewnej perspektywie pojęciowej wynikającej z interakcji z praktyką artysty zadałem Badasyanowi kilka pytań.

Pytałem o to, czym jest dla niego performans. 
Odpisał, że to możliwość używania własnego ciała do wyrażania życia, nie tylko artystycznego, ale także politycznego i społecznego. Tym samym może to być terapia, eksperyment, utrzymujące się uczucie. Co ciekawe, na wartość performansu naprowadziła go Marina Abramović, bohaterka jednym z najbardziej radykalnych zdarzeń związanych z cielesnością, bólem czy obrzydzeniem.
"The word "performance" I hear ed for first time three ago when I was visiting doctor. I was reading an interview about Marina Abramovic and she was describing her understanding of performance art and her experiences. That was the turning point when I decided to become a performance artist which does mean for me that I use my body for an expression of my political/ social and artistic life. Performance could be an experiment, a therapy, or a lifelong feeling.
Pytałem o to, czy performans jest wciąż ważnym elementem kultury.
Podoba mi się, że Misza uznał to pytanie za podszyte duchem "prokuratorskim". Uznał, że performans jest jedynym uczciwym rodzajem sztuki, bo jego medium jest ciało artysty. Nadaje to performansowi szczerość i autentyczność, której w świecie wokół jest coraz mniej.
"Your question sounds a bit like questioning if performance art still has a right to be a separate sort of art.
I  think performance art is one of the honest arts where you dont have anything else to use but your body. Nowadays we lose this authenticity and honesty, performance art can give it to you and it will even stronger and stronger in the future.
Pytałem o to, dlaczego wykorzystuje koncepcję nie-miejsc. 
Odpowiedź jest krótka - bo pasują do siebie na wzajem się wyjaśniając.
"I discovered him pretty late and was amazed how his theory was totally combined with my performance, I mean I just felt that they are made for each other or one explains the other. I was just feeling it so much.
Pytałem o to, czym jest w jego odczuciu kultura kapitalizmu.
Wskazał na konsumpcję, w tym także na zjadanie siebie samego. I na konieczność konsumowania w sposób bardziej sprawiedliwy i dbający o przyrodę.
"Capitalism is a  massive consumption - food, goods, sex, everything. I consume myself but I think we should find the way to do it in fair and in a saving nature way. 
Pytałem w końcu o poliamorię, o której nie da się nie pomyśleć w kontekście Save the Date.
Odpisał - ku mojej radości odłączając poliamorię o seksualnej konsumpcji - że nie jest to temat, na który chce zwrócić uwagę, ale niejako automatycznie pojawia się on w tym kontekście. 
"It is not the topic that I wanna point out but it is automatically in.
***
A zatem - startujemy!

niedziela, 7 września 2014

PĘDZIWIATRY. RADOŚĆ ZMĄCONA TROSKĄ

Czy istnieje radość charakterystyczna dla Europejczyka? A może nawet radość Europy?
Jedną z możliwych odpowiedzi daje Dziecięce Centrum Kultury, w którym od 1969r. odbywa się festiwal pod tym właśnie tytułem. Na radość składają się tu taniec, śpiew, sztuka dziecięca, budujące przyjaźń i zrozumienie innych w ich boagtej kulturowej różnorodności. 

Wielokulturowa Łódź, mimo że pamięć tworzących ją instytucji kultury, staje się coraz bardziej krótka, włącza się w to doświadczenie dzięki naszym Pędziwiatrom. Do Belgradu wybierają się także i w tym roku, zabierając ze sobą to, co najlepsze - radość wspólnego bycia i wspólnej pracy, artystyczny instynkt i kunszt. Nic, tylko się cieszyć.

Niestety, na czystą i spontaniczną radość w tym roku nie ma miejsca. Nie wszystko bowiem zagrało w pracy zespołowej. Jak niesie wieść gminna, kadra Pędziwiatrów doznała uszczuplenia. Podobno z dnia na dzień, po opracowaniu wspólnych planów artystycznych na dalszych okres, odeszła jedna z instruktorek. Po to, by założyć swoją szkołę tańca, której trzon stanowi gromadka Pędziwiatrowych dzieci, co w konsekwencji miało mocno zdestabilizować sytuację składów artystycznych w Pędziwiatrowych (pod)zespołach.

No cóż, jeśli to prawda, to możemy się tylko smucić. Smutny jest postępujący zanik etosu w środowiskach humanistycznych i artystycznych. Z sytuacją, w której z pracy odchodzą instruktorzy po to, by tworzyć własne zespoły za cenę destabilizacji i rozbicia grup, z którymi pracowali wcześniej, mamy do czynienia coraz częściej. Tak samo, jak z korzystaniem z wcześniejszych sukcesów dzieci to promowania własnych nowych pomysłów. Widać dzieci - we wszystkich publicznych wystąpieniach wskazywane przez Polaków jako autoteliczna wartość - stały się dzisiaj narzędziem budowania własnej kariery. A więc niczym więcej i niczym mniej, jak jednym z użytecznych narzędzi w ekonomicznej pragmatyce. W której nie liczą się ani wartości, ani lojalność, ani ustalane regulaminy. Bo nie umiem wyobrazić sobie faktu, że  ciągu kilku tygodni dzieci występują na turniejach w kilku różnych barwach. Trenując pod okiem turniejowego sędziego.
To chyba nawet nie tyle smutne, ile straszne. I przetrącające zmysł moralny na długo, jeśli nie na całe życie.

Mogę mieć tylko nadzieję, że u Pędziwiatrów nie jest aż tak źle. I że w Belgradzie poczują i podzielą się prawdziwą radością, którą dają sztuka i przyjaźń. Trzymajmy kciuki za nich. I za artystyczną Łódź, która przegrywa z polityką i brakiem kindersztuby. 
Bo jak nazwać fakt, że na galę z okazji jubileuszu Teatru Wielkiego nie zaprasza się artystów przez bardzo wiele lat tworzących jej siłę, prestiż i blask? Brak słów. I wstyd, Panowie i Panie!

______
Zdjęcie ze strony Zespołu.


sobota, 6 września 2014

CHEEK TO CHEEK

Głódź: "(...) Mówimy nasze „nie” temu wszystkiemu, co polską rodzinę deprecjonuje, obraża, poniża (...) Polska rodzina takich eksperymentów nie chce. Nie chce zalewu antywartości, śmiecia, wszelkiego rodzaju odpadów, które zatruwają polską atmosferę."

Nie chcę mówić „nie”, wolę marzyć i wolę doświadczać.

Wolę marzyć o świecie, w którym nikt nie będzie miał na tyle tupetu, by wszystko, co dla niego inne nazywać śmieciem czy odpadem. O świecie, w którym nikt, kto odwołuje się do miłości jako fundamentalnego przykazania, nie będzie nazywał antywartością tego, co sprzyja miłości.

Wolę doświadczać świata, w którym pierwszym prawem jest miłość. Miłość, której nie trzeba dzielić na partnerską, przyjacielską, erotyczną i Bóg jeden wie, jaką jeszcze. Bo przecież w zróżnicowaniu jest siła i tylko ona pozwala człowiekowi rozwijać się.
Dwa konferencyjne dni, w których najważniejsza była obecność przyjaciół z ich ironią, dystansem, bliskością, ciszą, która łączy i pozwala wybrzmieć słowom. Dwa dni, po których zostaje ból tęsknoty i poczucie, że wydarzyło się coś pięknego. Dwa dni tęsknoty za Miłością, która fizycznie pozostała w domu. Dwa dni czekania, aż będzie można znaleźć się bliżej niej. Dwa dni, w których radość sprawić może nowe zdjęcie profilowe osoby, której nie zna się osobiście, ale która jest bliska z powodu bliskości tych, którzy pełnią rolę „pośredników”. Dwa dni z jeziorami i łąkami, których częścią – zapachem, wiatrem marszczącym wodę – chciałoby się stać. Dwa dni myślenia o spotkaniu, które wydarzy się w przyszłym tygodniu.

Poliamoria jako utopia (projekt). Którą chce się realizować, mimo że w „zwykłym życiu” oznacza to przejście przez ból.
Bo trzeba wychować emocje, które krzywi świat powołany do życia przez Głódzio-podobnych.

"Jeśliby ktoś mówił: „Miłuję Boga”, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi" (1 J 4, 20).

„Kochaj i rób, co chcesz” (św. Augustyn).

wtorek, 2 września 2014

JAK KSIĄDZ TUSK POLSKĄ NAUKĘ TEIZOWAŁ

Należę do tej grupy osób, które nie wpadły w euforyczną histerię po wyborze Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej. Owszem, jestem zadowolony z roli, jaka przypadła polskiemu reprezentantowi. Tyle że nie ma w tym nic nadzwyczajnego, o ile mamy być faktycznymi członkami Unii Europejskiej. Obawiam się natomiast, że odbywający się pod patronatem Angeli Merkel transfer Tuska do PE zwolni Go od wszelkiej odpowiedzialności za sytuację w kraju. Sytuację, w której Premier nieustannie miesza. 
Dzięki przyjaciołom dotarłem dziś do informacji, która zbiła mnie z pantałyku.
Pamiętają Państwo zapewne larum (skądinąd słuszne), jakie podniosło się w wyniku pomysłu ówczesnego Ministra Edukacji Narodowej Romana Giertycha, który wymarzył sobie kombinowane nauczanie teorii ewolucji i kreacjonizmu. Dyskusję nad neutralnym religijnie charakterem szkół publicznych i tzw. deklaracją sumienia nauczycieli mamy w pełnym rozkwicie (mądra biskupia głowa pomstowała przy tej okazji ostatnio na pomysł otwierania lekcji etyki nawet dla jednego ucznia i apologetycznie wychwalała rzekome katechetyczne kształtowanie uczniów do pełni człowieczeństwa). W TVP Krzysztof Ziemiec bił pokłony przed cudotwórcą Johnem Boshoborą.
Donald Tusk przebija te kwestie z nadwyżką, tak że brak mi nawet pomysłu na order, który winno się dla Niego wymyślić.


Bezrefleksyjnego inspirowania się rozwiązaniami rodem z Ameryki, z których wycofują się nawet same Stany Zjednoczone, boję się jak ognia. Ich dramatyczne skutki widzimy jak na dłoni. Dziś boję się jeszcze bardziej - USA są bowiem w czołówce jeśli chodzi o tzw. teorię inteligentnego projektu, geologię młodej Ziemi i różnej maści odmiany kreacjonizmu. 
Czego się boję? Ano tego, że nurty te zaczną dominować na polskich salonach politycznych i grantoznawczych.

Podstawą mojego lęku jest nagroda Prezesa Rady Ministrów za wyróżniającą się pracę doktorską. Nagroda w kwocie 225 tys. złotych, o których głodowo opłacanym pracownikom nauki być może nawet się nie śni (mnie, z moim 1500 nie śni się na pewno). 
Mianowicie otrzymał ją ks. Miłosz Hołda za tezę Epistemiczne argumenty za istnieniem Boga. Próba teistycznego uprawomocnienia poznawczych roszczeń nauki. Ukazała się ona w formie książkowej pod nieco zmodyfikowanym tytułem Teistyczne podstawy nauki. Epistemologiczne argumenty za istnieniem Boga. Sądząc po spisie treści, można w niej znaleźć wiele ekwilibrystycznych kwiatków, dla przykładu, że jedynie Bóg może aktualizować potencjalne matematyczne struktury świata. Albo że argumentacja na rzecz istnienia świadomego podmiotu musi być - nolens volens - teistyczna. 

Tak wobec nagrody, jak i wobec tego doktoratu czuję się zupełnie bezradny. Odłożę na bok całą, wielką narrację naukowców, którzy pokazali i ugruntowali materialistyczno-empirystyczny charakter projektu naukowego. Przyznam się tylko, że w głowie jak demony zalęgły mi się reminiscencje z tekstów Mieczysława Alberta Krąpca, który pokazywał, że dziedzina wiary i dziedzina nauki winny być starannie odróżniane, gdyż są "dziedzinowo całkowicie różne i przedmiotowo (aspektownie) niestyczne". Ale cóż, skoro wyszło, że Krąpiec był wiernym przyjacielem bezpieki, widać jego propozycja była tylko koniem trojańskim.

Niepotrzebne nam będą deklaracje wiary i klauzuli sumień. Mając umocowanie w splendorze zesłanym przez Prezesa RM i Przewodniczącego-elekta RE złudzeń nie będzie. Biologia, chemia, fizyka, geologia, archeologia, nauki inżynieryjne i wszelkie inne - jeśli chcą zgłaszać jakiekolwiek roszczenia poznawcze, muszą być teistyczne. I muszą przynosić teizmowi apologetyczne korzyści (rozdz. V.4.2. rzeczonego doktoratu). 

Ponoć szykuje się właśnie rekonstrukcja rządu. Jak nic, mam podpowiedź i zastępnik za Kolarską-Bobińską - Kazimierza Jodkowskiego. Mam też pomysł na przeniesienie Ministerstwa do Zielonej Góry. Nie wiedzę też problemu, by Roman Giertych, maniakalnie łaszący się do PO, powrócił na stołek Ministra Edukacji Narodowej.  
Wtedy będziemy mieli bal. ID, geologia nowej ziemi. No i zdrowa, heteroseksualna i patriarchalna rodzina. Bez gejów, in vitro i pigułek. Bo wszystko to jakoś z teistycznie umocowaną nauką połączyło się mocnym, by nie rzec - nieprzemijającym - klejem. [Choć cytaty zniknęły z sieci (bądź nie mogę ich znaleźć) doskonale pamiętam homofobiczną gębę mojego kandydata na Ministra Nauki].