TEMATY

środa, 30 lipca 2014

WABI I SABI




                                                            





Na bambusowej macie szeregi filiżanek
Jak szeregi
pustych ludzi którzy tańczą
czy nieistniejących drzew wypełniających Défense
Niezwykły świt pośród abakanów ciał
- płat skóry który zakrywa i grzeje jednocześnie odkrywa i chłodzi


Nie ma odwagi tam gdzie nie ma strachu
Nie ma brzydoty tam gdzie zużywa czas

wtorek, 29 lipca 2014

O NIEISTNIENIU NARODU POLSKIEGO

Wielu uzna mnie za osobę z gruntu anty-polską i antypaństwową, uważam bowiem, że nadszedł już czas by wykreślić z naszego słownika pojęcie narodu. 
Nie dziwię się, że jest ono bliskie wielu osobom i że wydaje się tak naturalne, jakby pojęcie narodu istniało od zawsze.

Ale tak nie jest. Nawet katolicka Powszechna Encyklopedia Filozofii przyznaje, że koncepcja narodu jako koncepcja społeczeństwa nie była znana mniej więcej do XIX w., z pominięciem "narodu żydowskiego", ustanowionego przez Boga jako Naród Przymierza. Refleksja koncentrowała się głównie na społecznościach państwowych, które łączyła wola wspólnego życia, znajdująca swój nowoczesny wyraz w koncepcji umowy społecznej  i formule praw obywatela.

Pojęcie narodu pojawiło się w gruncie rzeczy na fali XIX-wiecznych tendencji do jednoczenia państw. Filozoficzna teoria narodu była zaś szczególnie żywo uprawiana w ramach niemieckiego idealizmu.
Jeszcze Immanuel Kant odrzucał etniczne pojmowanie narodu, kładąc akcent na łączące wszystkich człowieczeństwo i konieczność jego odpowiedniego kształtowania (kultura, Bildung). Etniczne pojmowanie narodu pojawia się za to u Herdera, a później u tak ważnych teoretyków jak Fichte, a na naszym gruncie choćby Wincenty Lutosławski czy Feliks Koneczny.   
Ujmując naród jako pewną całość etniczną, wskazuje się na takie wyznaczniki tej rasowej całości, jak język, wspólnota terytorialna, krew oraz religia
Krew i religija nabierają tu przy tym znaczenia szczególnego. Określają bowiem to, co najsilniej naznacza i wiąże jednostki składające się na konkretny naród (terytorium w końcu może być rozbite, a język może wymagać rekonstrukcji, vide Czechy). 
Krew przy tym nie jest po prostu płynem fizjologicznym, ale substancją biometafizyczną, w której przepływa przeszłość, tożsamość, ale także choroba i skutkujący nią grzech (w XIX wieku wierzono, że dziedziczy się poprzez krew choroby weneryczne, całe "grzeszne" rodziny posiadały zatem swój profil charakterologiczny). Ważne jest zatem, aby zachować jej czystość. Szczególnie przysłużył się tutaj Joseph de Gobineau, który sformułował zasadę hierarchiczności ras, których krew nie powinna się mieszać. 
Religia z kolei pozwalała na wskazywanie celów mistycznych, motywujących do działania państwowotwórczego, w tym także do poczucia więzi z Polakami rozproszonymi po różnych zaborach (wspólna świadomość wspólnego Boga pozwalała na doświadczenie wspólnoty narodowej). 

Naród czystej krwi i jednej religii był pomysłem, który w realiach XIX wieku zasadniczo się sprawdził - stymulował bowiem wysiłki mające na celu zjednoczenie państwowe i walkę o wolność.
Z perpektywy XXI wieku widać jednak dobrze nie tylko powody, dla których taki fantom, jak naród, powstał, ale także zagrożenie, jakie koncepcja narodu niesie dzisiaj. Doskonałą ilustracją tych zagrożeń jest preambuła do majstrowanej deklaracji wiary nauczycieli polskich. Czytamy w niej:
"Nam – nauczycielom – powierzono czuwać nad wychowaniem i nauczaniem młodego pokolenia współczesnych Polaków, spośród których przeważająca część jest ochrzczona w Świętym Rzymskim Kościele Katolickim i przynależy do historycznego ponad Tysiącletniego katolickiego Narodu Polskiego.
Mając na względzie fakt, że Naród Polski jest narodem katolickim i stanowił przez wieki bastion obronny cywilizacji łacińskiej w Europie, a nawet był nazywany przez papieży „Obrońcą świata” – zamierzamy kontynuować tę wielką Tradycję. Takie bowiem będą Rzeczypospolite, jak dzieci i młodzieży chowanie.
Jesteśmy świadomymi łacinnikami i dlatego wyrażamy pełną wdzięczność naszym Przodkom za to, że możemy należeć do tej wspaniałej cywilizacji życia, miłości, prawdy, sprawiedliwości, miłosierdzia, dobra i piękna oraz świętości.
Deklarujemy zatem przywiązanie do tego Tysiącletniego Dziedzictwa naszej chrześcijańskiej kultury i katolickiej Ojczyzny, w której wolności zażywali wszyscy Polacy, niezależnie od swojego wyznania. Jednak pamiętamy, że gwarantem bezpieczeństwa, wolności i dobrobytu była katolicka większość Narodu Polskiego, która sprawowała rządy w Polsce w imieniu całości Narodu – czyli wszystkich stanów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Historia dowiodła, że tylko wychowana przez Święty Rzymski Kościół Katolicki wspólnota wyznająca totalną etykę opartą na Dekalogu, czyli prawach miłości jest zdolna do zbudowania i obrony wielkiego państwa i Narodu. Za wszelkie odchylenia cywilizacyjne, za próby syntez z innymi cywilizacjami zapłaciliśmy w przeszłości wielką cenę w postaci utraty niepodległości, udręk niewoli, utraty mienia państwowego i prywatnego, a także życia milionów ofiarnych i niewinnych Polaków. Dlatego nigdy więcej nie możemy się zgodzić na eksperymenty wychowawcze i na sączenie jakichkolwiek herezji w Polskich szkołach. Wychowanie Polaków bez powiązań historycznych, z pominięciem polskiej kultury oraz bez Boga i Kościoła katolickiego, prowadziło zawsze do tragedii dziejowych, na które już sobie więcej nie możemy pozwolić.
 Tysiącletnie dziedzictwo państwowości polskiej na pewno nie jest dziedzictwem bezspornie katolickim. Składają się nań losy wielu grup etnicznych i i wielu środowisk o różnorodnych światopoglądach, aktywnie współtworzących spuściznę cywilizacyjno-kulturową, do której warto się odwoływać, jako do narzędzia wspólnotowej identyfikacji. Przykładów można by mnożyć. Od rodzimych Tatarów, których patriotyczne zaangażowanie trudno przecenić, przez zaangażowanego w obronę i promoję polszczyzny Mikołaja Reja, kalwina, przez masonów w postaci Wojciecha Bogusławskiego, antyklerykałów pokroju Tadeusza Kościuszki, Żydów - Juliana Tuwima czy Antoniego Słonimskiego. Czy Niemców 
- jak Oskar Kolberg, którego wysiłek dokumentowania rodzimego, polskiego folkloru nie ma odpowiednika w żadnej innej pracy etnograficznej,
- albo przedstawiciele niemieckiego rodu Hauke, który wydał jednego kawalera orderu Orła Białego i sześciu kawalerów Virtuti Militari.

Wszyscy oni są mocno podejrzani w kontekście anachronicznego już pojęcia narodu osadzonego w czystości krwi i religii. Wszyscy są bezsprzecznie Polakami, jeśli patrzeć na przynależność do wspólnoty nie przez pryzmat narodu, a uwikłania w budowanie wspólnych dóbr cywilizacji, kultury, wartości. Ale w takim razie to nie krew i nie katolickość nas łączy. 
Może czas zapytać o to, co jest (może być) źródłem jedności i afirmacji dla naszej wspólnoty? 
To oznacza jednak zgodę na państwo demokratyczne, a więc pluralistyczne. Bez dominującej religii (a więc neutralne). I bez czystej krwi, która pozwala odróżnić swoich od tych, którzy od tysiącleci stali i stoją tam, gdzie stało ZOMO.



poniedziałek, 28 lipca 2014

UTOPIA WIELOMIŁOŚCI

Kto i dlaczego wybiera poliamorię? - pyta Deborah Anapol. I odpowiada, że motywaje są różne, tak jak różni są ludzie. Jedni szukają ucieczki od kłopotów, inni stabilnego środowiska, w którym znajdzie się wsparcie, jeszcze inni próbują zdobyć ukochaną/ukochanego wiedząc, że inna droga nie wchodzi w grę, kolejni próbują ładnym słowem zamaskować seksoholizm i poszukiwanie "gwałtownych" emocji...

Dlaczego ja wybrałem poliamorię? Od kilku dni pytanie to mocno mnie nurtuje, skazując na "powrót" do początków. Gdybym miał to jakoś zbilansować - na teraz, z szansą na zmianę - powody wskazałbym dwa.

Pierwszy wiąże się z moją konwersją na relatywizm, etykę odpowiedzialności, myślenie nierozerwalnie związane ze społeczeństwem, chrześcijaństwo zindywidualizowane i "liberalne". A więc z konwersją na patrzenie na świat, w którym idzie o współodczuwające spotkanie z ludźmi i nie-ludźmi, postrzegając w nich siostry i braci dzięki temu, że dostrzega się to, co nas różni tak samo mocno (jeśli nie mocniej), jak to, co nas łączy. Konwersja ta wiąże się u mnie z tym, co w moim życiu fundamentalne - szukaniem wspólnoty wynikającej z braterstwa i siostrzeństwa zaangażowanych w nią osób. 
Onegdaj szukałem jej w przestrzeni z gruntu fundamentalistycznej. Kuszące były dla mnie podkreślane przez katolików słowa o miłości bliźniego, o wspólnotowym doświadczeniu tej miłości, o tym, jak łączy modlitwa. Wychodząc z zagubienia - zawsze nazbyt "przy kości", by znaleźć akceptację w szkolnej klasie, zawsze homoseksualny, co piętnowane było na katechezie, zawsze na własną rękę dostarczający sobie bliskość i związane z nią emocje, zawsze skazany na margines i dowiadywanie się, kim jest gej z jedynego widocznego w przestrzeni publicznej źródła (czyli pism dla dorosłych) - taka wspólnota miała jasno zatoczone ramy i czytelne reguły przynależności. Łączyć nas miała miłość do Boga i niechęć do grzechu. Intymność budowała się przez "świadectwa", gdy z ambony wyznawało się grzechy, z których uzdrowił nas Jezus. Intymność budowała się w chwili uwolnień od demona. I w charyzmatach, które osobę skazaną przez Kościół na fundamentalną samotność dało się niegodziwie (z perspektywy czasu) wykorzystać, by jednak zdobyć miłość. I pilnować jej, jak własności, bo wszyscy i wszystko mogło spowodować, że się ją straci.
Konwersja z bólu - z bólu, że szukając miłości, bliskości, intymności można zawłaszczyć i skrzywdzić tych, których kochało się szczerze. Że dla miłości można nieświadomie manipulować cudzymi przekonaniami. Że miłość, w której najpierw istnieją rzekomo uniwersalne i niezmienne nakazy i zakazy zamienia się w tyranię. 
Zostałem "postmodernistą" z pobudek etycznych, z przekonania, że zawsze trzeba wychodzić od człowieka, szanować różnice i zbyt łatwo nie mówić co jest, a co nie jest: miłością, zaangażowaniem, naturalnością czy patologią. Zacząłem dorastać do poliamoryczności, świadom, że miłość nie jest sferą nakazów i zakazów, ale sferą bliskości i zaangażowanie, które wynika z wolności, chęci. I tylko wtedy jest bogate oraz przynoszące radość.

Drugi wiąże się z przekonaniem, że bez względu na to, jak bliskie są nasze więzi, jak intensywnie łączą nas wspólne przeżycia i doświadczenia, nikt nikty nie będzie dla drugiego "całym światem". Nie dlatego że nie będziemy tego chcieć, ale dlatego że się różnimy. Potrzebami, zainteresowaniami, minioną historią etc. Jeśli miłość pragnie rozwoju osób, które się kocha, nie warto ich zamykać w kręgu, który tego rozwoju nijak nie może gwarantować, nie warto manipulować nimi i ich uczuciami - tak można by to podsumować jednym, i nie całkiem trafiającym w sedno - zdaniem.  

Dziś wiem, że poliamoria jest utopią. 
W naszych czasach (przynajmniej w Polsce) nie sprzyja jej wszystko.

Przede wszystkim nie sprzyja jej dominujące wychowanie etyczne. Wielomiłość wymaga szczególnej etycznej dojrzałości - bez niej, bez szczerości, uczciowości, stałości (która słusznie zastępuje zbyt obciążone słowo wierność) i empatii nie może funkcjonować, zamienia się w patologię. Etyka odpowiedzialności i empatii wymaga jednak umiejętności skupienia uwagi na partnerze/partnerce, poszukiwania rozumienia zamiast oceniania, świadomości, że każde uchybienie może destabilizować, a sytuacja zdestabilizowana wymaga trudu dojścia do konsensusu. Zbytnio przyzwyczajeni jesteśmy do z góry założonych norm, zbytnio przywiązani do siebie (egotyzm to imię naszych zachowań, egotyzm konieczny dla zachowania pracy, odnalezienia się na rynku, uniknięcia krzywdy), by nie zapomnieć o empatii, by nie stracić uważnego towarzyszenia bliskim osobom.

Przeszkadza nam tempo życia i narastające problemy ekonomiczno-społeczne. 
Neoliberalny wyścig szczurów i konieczność zabiegania o podstawy funkcjonowania w świecie powoduje, że skupiamy się na sobie, na naszych problemach, tracąc czas (swobodny czas), dla bliskich. Bez czasu zaś - jak uczył Arystoteles - nie da się zbudować żadnej formy miłości. 
Ale brak czasu oznacza również brak czasu na "rachunek sumienia", na autorefleksję. W wielomiłości najbardziej zabójcze nie są działania wykalkulowane, ale te, które wynikają ze "ślepych plamek" (jak formułuje to Anapol). Ślepe plamki zamykają nasze spojrzenie na partnera w kręgu egotycznej rutyny, wyradzając się w brak empatii i problemy w komunikacji.
Brak czasu pozbawia nas także czasu dla siebie - łatwe i oczywiste stają się powody, dla których jesteśmy ze sobą pod zegarek. Ewentualnie nie potrafimy czasu dzielić "po równo" (co nie oznacza tyle samo, ale podług potrzeb), podlewając paliwo dla zazdrości.

Przeszkadza nam także fragmentaryzacja relacji. Sprzyja jej właśnie brak czasu, ciągłe bycię odtąd... dotąd... Jasne, w wielomiłosnej relacji jeden z partnerów może być dla nas ciekawszy intelektualnie, drugi emocjonalnie, trzeci fizycznie. Seks z jednym może nam dawać więcej satysfakcji niż z drugim. Ale nie da się sprowadzić ludzi do fragmentu, który w nich lubimy. Człowiek jest całością, w którą się angażujemy. I o tę całość powinniśmy dbać. Inaczej łatwo wkrada się poczucie krzywdy, odrzucenia, drążące przekonanie, że jest się gorszym. Akceptacja i miłość otwiera na zmiany, otwiera także na radość, że partner znajduje dopełnienie w miłości do kogoś jeszcze. Pustka może tylko rujnować.

W końcu czując presję, zmuszającą nas do ciągłego wygrywania, zapominamy o przebaczeniu i o prośbie o przebaczenie. A prawo przebaczania - jak pisze Anapol - jest kluczowym elementem każdej miłości, w tym wielomiłości. Jeśli nie dajemy sobie drugiej szansy, wspólne życie staje się bezcelowe. Ale jeśli nie prosimy o przebaczenie, nic nie będzie się zmieniać, bo najprawdopodobniej nie zobaczymy, że coś idzie nie tak i że coś warto skorygować. 

Miłość jest warunkiem wielomiłości. Miłość, która jest fundamentem i zaprawą relacji. Dziś, w świecie krótkich i intensywnych relacji, o miłość trudno. Nie dlatego że jej nie ma, ale dlatego że boimy się powiedzieć sami sobie, że kochamy. A bez tej samowiedzy nie da się okazać miłości partnerom.

Piszę to czując wewnątrz siebie ból. Tak silnego nie czułem od dawna. 
Piszę to, dokonując ideowego obrachunku siebie i swoich relacji. 
Czy żałuję, że wybrałem poliamorię? Nie, bo to by oznaczało, że żałuję miłości, jaką ofiarowałem. 
I nie wydaje mi się gorszące, że poliamoria to utopia. Mam bowiem przemożne uczucie, że to utopia (czy projekt) szalenie aktualna i absolutnie konieczna. Stwarzająca realne szanse na przebudowę wspólnoty, zniszczonej indywidualistycznym rozkładem więzi solidarności, empatii, współdziałania (w obliczu różnic). Bez zmiany naszych relacji, które przebudować może tylko miłość, czeka nas zagłada. 
Innej apokalipsy i innego piekła nie będzie.



wtorek, 22 lipca 2014

MARYNARKA, KOCHANEK I GWIAZDY, CZYLI KSIĄŻKI NA LATO

Do Marynarki Mirosława Tomaszewskiego podszedłem z dwoma zbędnymi założeniami.
Wiedząc, że akcja książki toczy się w Trójmieście utożsamiłem marynarkę z flotą okrętów. Wykoncypowałem także, że książka będzie kryminałem. 
Okazało się, że tytułowa marynarka jest częścią garderoby i to - w powieściowej narracji - częścią symboliczną. Książka zaś jest ciekawie skrojoną powieścią, powiedzmy, psychologiczno- obyczajową, "zabrudzoną" elementami powieści historycznej czy thrillera. Takie dementi okazało się dla mnie nad wyraz owocne. Albowiem kryminał to gatunek, którym jestem "skażony" - towarzyszy mi jako owocny sposób na wieczorny odpoczynek po pracy. I to towarzyszy mi intensywnie, niejako z rozpędu porównywałbym zatem Tomaszewskiego z książkami przeczytanymi wcześniej. Choćby z niezwykle cenionym przeze mnie Markiem Krajewskim, który - w moim odczuciu i w zgodzie z moimi preferencjami - jest stylistą językowo zdecydowanie sprawniejszym i ciekawszym. 

Książka Tomaszewskiego jest w gruncie rzeczy opowieścią o podwójnym warunkowaniu. Z jednej strony warunkuje nas przeszłość, często w sposób nieoczywisty, niejawny. Z drugiej strony, to my warunkujemy przeszłość, która zmienia się w zależności od naszych decyzji i postaw. Włączając w swoją narrację wydarzenia Grudnia '70 unika autor taniego "obiektywizmu" i polityki historycznej. Ale unika także anarchistycznej odmiany relatywizmu, podług której wszystko jest względne w sposób absolutny, wyprane z sensów, a w konsekwencji nieważne. Udaje mu się ponadto obnażyć złudną oczywistość podziału na bohaterów-patriotów i zdrajców-"komunistów". 
Powieść ta jest również powieścią o dojrzewaniu, którego koniecznym elementem jest zgoda na to, kim się jest. Tomaszewskiemu udaje się pokazać, że tylko dzięki takiemu samo-pogodzeniu możliwe są prawdziwe zmiany; w przeciwnym razie mamy do czynienia tylko z ucieczką w ułudę. 

Czytelnik znajdzie tu galerię postaci z bardzo różnych parafii. 
Byłego punka, zgorzkniałego i cynicznego Adama, który nieświadomie odreagowuje śmierć ojca w trakcie wydarzeń Grudnia i który równie nieświadomie szuka szczerego uczucia.
Dziennikarkę lokalnej gazety, walczącą z szefem i światem o to, by wreszcie pokazać swój talent.
Biznesmena nawiedzonego duchem dewocji, który pokutuje za niepoprawną politycznie przeszłość. 
Postaci robotników zaangażowanych w opór wobec władzy, których losy i zapatrywania różnią się między sobą "jak dwie krople czystej wody".
Postaci te tkają między sobą nici czasu. Przeszłość jest żywa w niemej teraźniejszości, we wspomnieniach, frustracji. Bywa też uobecniana w formie "reality show", ewokującego doświadczenia analogiczne do minionych. Jest w tej przeszłości jakieś oczekiwanie jutra, różne wizje tego, co ma nadejść, odmienne przyszłości. A wszystko dzieje się hit et nunc, nie pozostawiając wątpliwości, że to, czym jest teraźniejszość wiemy tylko wtedy, gdy nie próbujemy o to pytać.

Nie zawsze pociągał mnie język powieści (przez początek przebijałem się zdeterminowany), niekiedy drażniły mnie społeczne klisze, bywa, że dziwił mnie zapis tytułów utworów muzycznych (choćby Kanon D-dur Pachelbela pisany niepotrzebnie z angielska (?) - przez c). Ale fabuła była frapująca, odkładając książkę przy łóżku byłem ciekaw, co nastąpi dalej. 

Kochanek czerwonej gwiazdy to lektura zupełnie innego rodzaju. Gejowski romans i traktat o wolnomyślicielstwie - tak można by tę książkę podsumować. Witold Jabłoński opowiada historię kleryka Adama, który zakochuje się - ze wzajemnością - w żołnierzu armii radzieckiej Sierioży. Bez przerysowań i przegadania udaje mu się pokazać symetrię, jaka panuje we wszelkich instytucjach ideologicznych. Obaj - i kleryk, i żołnierz - podlegają mechanizmom takiej samej uniformizacji. W obu też hodowana jest taka sama pustka pozornej egzystencji - cóż, potrzeby żywych uczuć, międzyludzkich więzi i spełnienia nie da się zaspokoić egzaltowanym przeżywaniem ideologicznych wartości. 
Powieść Jabłońskiego jest dla mnie ważna także ze względu na jej walory reportażowo-obserwacyjne. 
Autor wspaniale pokazuje, jak często zachowania uznawane za niemoralne są wynikiem odreagowania zakłamanych społecznych norm, ucieczką (transgresją?) od ucisku. Tak ocenić można postawę Kasztanka, którego rozwiązłość jest poszukiwaniem życia zgodnego ze sobą, a w końcu także poszukiwaniem szansy na miłość. A wszystko to w kontrze wobec rodziców, którym łatwo przychodzi konwersja a partyjnych aparatczyków, na najbardziej zagorzałych wyznawców JPII.  
Jabłoński rewelacyjnie pokazuje także dług, jaki Kościół katolicki zaciągnął u PZPR i w PRLu. Bowiem to działania tamtych funkcjonariuszy pozwoliły na zamianę ideologii partii moskiewskiej na ideologię partii watykańskiej. A propos opisywanej w książce inscenizacji Justyny Markiza de Sade padają znamienne słowa:
"– Usunąłeś ważny  tekst  antyreligijny ...Dotarł  wreszcie do stoliczka i  porwał  zeń
egzemplarz  sztuki .
– O, tutaj ... Zaczyna się od słów:  „Wszystkie religie wynikają z  fałszywej  zasady , wszystkie
zakładają jako niezbędny  kult  Stwórcy , ale ten Stwórca nigdy  nie istniał ...” Czy  możesz , drogi
Adamie, wyjaśnić, dlaczego to wyciąłeś?
– Nie ja wyciąłem, lecz  cenzor.
– Cenzor?!  Jaki  cenzor?! ... Żyjemy  chyba już w wolnym  kraju  – wołał  niemal  histerycznie Stawski .
– Cenzura nie została jeszcze zniesiona – przypomniał  łagodnie reżyser. – Oni  teraz  bardzo boją się narazić Kościołowi  i  są wyczuleni  na każdą „obrazę uczuć religijnych ”...

Jabłoński celnie i wrażliwie odsłania także meandry ludzkiej tożsamości. Pokazuje, jak łatwo odziedziczyć neurozę i patologiczność. Ale wskazuje także, że na zmianę i odkrycie siebie nigdy nie jest za późno. Wymowna jest tu figura Huberta, starszego faceta, który patrząc na śpiących w jego łóżku Adama i Sieriożę odkrywa swój biseksualizm. Ma przy tym swiadomość, że   czas, gdy mógł żyć "pełnią życia" już minął, angażuje się jednak w tę relację platonicznie. To piękny wyraz przyjaźni, która nie tylko otacza Adama i Sieriożę opieką, ale każe w nich uznać "swoich chłopców".


Nie przepadam za "literaturą gejowską", odkąd się pojawiła jako wyodrębniony nurt. Cieszy mnie zatem apologia męskiego krocza dokonana przez Geneta, ale niekoniecznie Lubiewo. Jabłoński, duchowy spadkobierca Andrzejewskiego, jest tu spektakulranym wyjątkiem. Nie musi "ciotowsko" stylizować języka, nie musi barbaryzować kontekstu, by mówić o seksie gejowskim - zarówno o jego radościach, jak patologiach. Jego polszczyzna jest wysokiej próby, dzięki czemu dosłowność nigdy nie traci na literackości. Szkoda, że książka nie ukazała się w momencie napisania, czyli w latach 90. Może dzięki niej kilka spraw w tym kraju potoczyłoby się inaczej.  

czwartek, 17 lipca 2014

KATOLICKA KAMPANIA KŁAMSTW

"Kłamstwo - akt wolnej decyzji ludzkiej, w którym człowiek wyraża myśl sprzeczną z poznaną prawdą w celu świadomego wprowadzenia w błąd kogoś drugiego, co prowadzi do zakłócenia podstawowej relacji międzyludzkiej, na której opiera się komunikacja; wada (kłamliwość, zakłamanie) burząca podstawy porządku społecznego, sprzeciwiająca się cnocie prawdomówności, która jest częścią cnoty sprawiedliwości" - tak definiuje kłamstwo Wojciech Chudy, nieżyjący już profesor KUL związany z lubelską szkołą tomistyczną. Proponuje także wyróżnienie kłamstwa społecznego, które "występuje w wymiarze wspólnotowym, historycznym i politycznym", mające swoją odmianę instytucjonalną, "będącą zwykle na usługach jakiejś ideologii". Instytucjonalne kłamstwo społeczne szerzone jest za pomocą propagandy, indoktrynacji, perswazji, agitacji, podtrzymywane jest również dzięki mechanizmom przemocy.

Jak sądzę, przytoczone wyżej poglądy doskonale opisują kampanię episkopatu Kościoła rzymsko-katolickiego w Polsce, dotyczącą spraw bioetycznych. Najświeższym wyrazem tej kampanii jest Oświadczenie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski, sygnowane przez Stanisława Gądeckiego, Marka Jędraszewskiegi i Artura Mizińskiego, dotyczące sprawy Bogdana Chazana i tzw. klauzuli sumienia. Oświadczenie ma być przypomnieniem nauczania JPII na temat sumienia. Celem zaś jest wywarcie stosownej presji na osoby związane z przestrzenią władzy. Piszą bowiem biskupi: "Należy to uczynić, tym bardziej, że wielu przedstawicieli życia publicznego, zwłaszcza politycznego, wyrażało swój hołd dla papieża". Słowa te są niebezpiecznie, jako że niwelują różnice między porządkiem państwowym, a porządkiem religijnym. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że RP nie jest państwem światopoglądowo bezstronnym, ale funkcjonującym jako państwo częściowo-wyznaniowe. Umacniają we mnie poczucie, że bez całkowitego rozdziału sfery publicznej od religijno-światopoglądowej Polska nie będzie miała szans wejść na tory demokracji, która rzekomo jest naszym doświadczeniem od 25 lat.

Biskupi przywołują dwa cytaty z encykliki JPII Evangelium vitae:
"Nie ulega wątpliwości, że zadanie prawa cywilnego jest inne niż prawa moralnego, a zakres jego oddziaływania jest węższy. Jednak w żadnej dziedzinie życia prawo cywilne nie może zastąpić sumienia ani narzucać norm, które przekraczają jego kompetencje".
"Ustawy, które to czynią [dopuszczają aborcję czy eutanazję - MMB], nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawiania się im poprzez sprzeciw sumienia".

"... powinność sprzeciwu sumienia - komentują biskupi - wobec niegodziwego prawa cywilnego, zakaz dyskryminacji ze względu na sprzeciw sumienia" - uznać należy za zasady, których KRK naucza w sposób urzędowy.

W stosunku do tych słów chcę się pokusić o dwie drobne uwagi.
Primo, elementem kampanii kłamstw jest pokazywanie Bogdana Chazana jako dyskryminowanego z powodu sprzeciwu sumienia. Jest to wierutna bzdura. Nikt bowiem nie neguje jego prawa do odmówienia dokonania aborcji, poza Twoim Ruchem nikt także nie kwestionuje zapisów dotyczących klauzuli sumienia. Nie czynię też tego ja. Trzeba jednak starannie rozróżniać porządki. Sumienie jest namysłem praktycznym dokonywanym przez konkretnego człowieka, a nie stanowiskiem placówek medycznych (czego chcieliby biskupi i część polskich środowisk katolickich). Winą Chazana jest tedy nie to, że sam odmówił dokonania aborcji, ale nijak nie wypełnił obowiązku wskazania pacjentce miejsca, gdzie taki zabieg byłby możliwy. Jego winą jest także zlecanie niepotrzebnych badań, które sprawiły, że aborcja nie mogła być już dokonana z powodów czasowych, a także wydawanie publicznych pieniędzy wyłącznie z pobudek ideologicznych. 

Secudno, nie można zgodzić się z tym, że sumienie jest zawsze przed prawem stanowionym. To prawda, że nawet w najbardziej klasycznym wykładzie doktyrny katolickiej, czyli w tomizmie, to indywidualne sumienie jest inastancją nadającą moralne znaczenie czynom człowieka. Ale oznacza to - o czym JPII i biskupi nie raczyli już wspomnieć - że obowiązuje ono zawsze, nawet wtedy, gdy jest w błędzie. Pedofil przekonany o tym, że realizowanie pociągu do dzieci jest dobre, w swoim przekonaniu nie będzie popełniał grzechu. Zewnętrzne otoczenie oceni to jednak inaczej i - słusznie - powinno poddać go stosownej karze. Tak samo, w sumieniu można rozstrzygnąć, że dokonanie aborcji w danym przypadku jest dobre. Opinie JPII i biskupów mają sens tylko wtedy, gdy nie będzie im wcale szło o indywidualne sumienie, ale o postępowanie wytresowane w moralnym nauczaniu kościelnego urzędu. Jest to wtedy jednak nie konflikt między sprzeciwem sumienia a prawem, ale między prawem moralnym stanowionym przez instytucję kościelną, a prawem państwowym. W myśl choćby konkordatu państwo nie ma uprawnień do ingerowania w porządek wspólnoty katolickiej, ale i zwrotnie - Kościół nie ma kompetencji do ingerowania w porządek państwowy. Co więcej, domaganie się - niejawne, manipulacyjne, kłamliwe - uznania za jedyne obowiązujące porządku prawa moralnego formułowanego przez KRK jest dopominaniem się o wprowadzenie państwa wyznaniowego, dyskryminującego inne wyznania chrześcijańskie, inne religie i osób nie wyznających żadnej religii.


***
Oświadczenie PKEP jest jawnym podważeniem fundamentów demokratycznego państwa prawa. Gorszące jest legitymizowanie działań łamiących prawo poprzez odwołanie do sprzeciwu sumienia. Nie idzie tu bowiem o dyskusję i próbę negocjacji zmian przepisów, ale o uznanie za słuszne nie przestrzeganie norm. Bez elementarnego poczucia, że w pluralistycznym społeczeństwie sumienia bywają różne tak, jak różne są porządki moralne. Choćby lekarz-świadek Jehowy uznawać może za niegodziwe transfuzje krwi. Może ich odmówić powołując się na klauzulę sumienia i zabiegać o wprowadzenie zapisów zakazujących przetaczania krwi. W nowoczesnej demokracji prawao jest najważniejszym sposobem regulującym relacje międzyludzkie, godzi bowiem (a raczej powinno godzić) różnorodność światopoglądową obywateli.

***
W całej kampanii katolickiej - co słusznie podkreśla Tadeusz Bartoś - nie ma cienia refleksji na temat dziecka, którego aborcji odmówił Chazan. Nie ma niemal nic na temat sytuacji (niekiedy dramatu) kobiet, dla których decyzja o aborcji jest jedyną słuszną. 
Jest język przemocy, wojny i wykluczenia. Symptomatycznie pod Oświadczeniem Nasz Dziennik drukuje formularze listów do Ministra Zdrowia i Prezydent Warszawy, w których czytamy:

"W związku z medialną i administracyjną nagonką na prawego i uczciwego lekarza prof. dr hab. Bogdana Chazana apeluję o zablokowanie tych działań i ochronę lekarza, który nie chciał zabić ciężko chorego nienarodzonego dziecka. Lekarz zawsze ma leczyć, nigdy  nie może zabijać!"

oraz

"Środowiska postkomunistyczne i skrajne feministki agresywnie atakują prof. dr hab. Bogdana Chazana", który "jak każdy polski obywatel, ma prawo do wolności sumienia chronione Konstytucją RP...".

Jakom rzekł - wolności sumienia nikt Chazanowi nie odmawiał. 
Sprzeciw wobec łamania przez niego prawa nie dotyczy chyba tylko postkomunistów i skrajnych feministek, jawne wykluczenie z szeregów kościelnych i stygmatyzowanie wszystkich myślących inaczej jest jawnym skandalem.
Chazan nie jest też taki prawy i uczciwy - jego droga do profesury biegła przez badania, których elementem były aborcje. Ciekawe, że nawrócenie wydarzyło się u niego w momencie, gdy w hierarchii naukowej nie musiał już o nic zabiegać.

***
Nie mam wątpliwości, że kampania kłamstw rozpętana przez KRK podważa podstawy ładu społecznego. Na to nie może być zgody. Czas wreszcie podjąć wysiłek, by zrealizować art. 1 konkordatu: uznania niezależności i autonomii państwa i Kościoła. M. in. przez wypowiedzenie tej umowy i nową, czytelną regulację wzajemnych stosunków. Mówię to z bólem serca, jako osoba związana z Kościołem, którego działania powodują, że mógę mówić o sobie "chrześcijanin", ale coraz trudniej przychodzi mi myśleć o sobie "katolik".

    

czwartek, 3 lipca 2014

KASTRAT, KOŚCIÓŁ, KOREKTA PŁCI - KRÓTKI KURS

Kastratów kojarzymy zazwyczaj z barokiem i operą, a więc z czasem zbytku i namiętności, znajdujących swój wyraz w bogatych, emocjonalnych i menadrycznych produkcjach teatralnych. 
Mało kto pamięta, że kastraci nie narodzili się w operze i nie w operze zmarli. Tak samo mało kto wie, że głosu kastrata można posłuchać - z vinyli, kompaktów czy w serwisie youtube.

Sztuka kastratów bieże początek w Kościele rzymsko-katolickim i w zjawisku kontrreformacji. 
"Gdy w wieku XVI za sprawą reformatorskich ruchów Marcina Lutra i Jana Kalwina Święty Kościół Rzymski zatrząsł się w posadach, kolejni papieże próbowali przywrócić mu dawną pozycję i znaczenie. Oprócz licznych zabiegów dyplomatycznych i wypraw zbrojnych wymierzonych w protestanckich władców, usiłowano na wszelkie sposoby stworzć wrażenie, że Kościół Katolicki wciąż stanowi najważniejsze ogniwo równowagi społecznej. Aby odciągnąć „prostaczków” od heretyckich prądów, oddziaływano na ich umysły poprzez sztukę, muzykę i religijne przedstawienia, tzw. sacre reprezentazioni.To właśnie na takim gruncie wyrósł styl, którego wybujała forma, pełna ornamentyki, złoceń i pucołowatych aniołków zachwycała i zapewniała o potędze fundatora. Wszelkie kanony piękna stosowane w architekturze, rzeźbie i malarstwie barokowym znalazły odzwierciedlenie w muzyce liturgicznej, która aby wypełnić przestrzeń nowopowstałych świątyń, wymagała odpowiedniego aparatu wykonawczego" - pisze Tomasz Raczkiewicz.

W kontekście tym ważną rolę pełnił również kulturowy uzus, wiążący to, co boskie, z głosami wysokimi, najlepiej z sopranami. Zwyczajowo partie przeznaczone na takie głosy wykonywali falseciści. Powiększające się przestrzenie świątyń okazały się jednak dla nich problematyczne - bywało, że falset nie miał wystarczającej mocy, by wypełnić sobą sakralną przestrzeń. Coraz częściej tessytura partii okazywała się zbyt wysoka; także nosowe zabarwienie falsetu nie do końca odpowiadało gustom odbiorców. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie na miejsce falsecistów - kobiet. Ale przez wieki utrzymywała się w mocy nowotestamentalna zasada, podług której kobiety powinny milczeć w kościele. Szczególne zasługi w egzekwowaniu tej normy położył papież Innocenty XII, który nie tylko wprost zabronił kobietom występowania w teatrze, ale także teatry publiczne zamykał.  


Jak podaje Raczkiewicz, pierwszy kastrat pojawił się w Sykstynie w 1562 r. W latach 1588 i 1599 w kalendarzu Sykstyny zapisano dwóch "eunuchów". W następnych latach liczba kastratów systematycznie rosła. A Syksytna nie była jedynym kościelnym miejscem, w którym rzezańcy występowali. Co ciekawe, działo się to mimo ogłoszenia przez Sykstusa V konstytucji Cum frequenter, w której surowo zabroniono kastracji chłopców (1587r). Surowo, za kastrację groziła bowiem ekskomunika.

Jak to zwykle bywa, zapis ten obchodzono. Powołując się na względy medyczne. Raczkiewicz zauważa, że podług medyków tamtej doby "kastracja jest nieocenionym środkiem w walce z podagrą,przepukliną, szaleństwem czy epilepsją, przez co wielu lekarzy, działając w dobrej wierzeprzeprowadzało ten zabieg. W takim przypadku sprawcy nie podlegali nakładanej przez Kościółza ten czyn ekskomunice, co miało fundamentalne znaczenie przy preparowaniu oficjalnychbiografii kastratów. Poczesne miejsce w tychże zajmowały rozliczne wypadki, którym ulegalimali nieszczęśnicy, tj. upadek z konia, nieostrożna zabawa, pogryzienie przez łabędzia, czy dzikąświnię. „John Rossselli pisze nawet, że gdyby wierzyć kastratom z kaplicy Sykstyńskiej, to wszyscy oni padli ofiarą dzikich świń!".

Jeszcze większej pikanterii dodaje sprawie fakt, że kastratów rekrutowano na ogół z kręgów biedoty. Często byli to bezdomni, sieroty. Równie często były to dzieci sprzedane za parę groszy przez przymierających głodem rodziców. Kastrację fundowano im około 9 roku życia. W imię sztuki i kościelnej niechęci do kobiet fundując zaburzenia osobowości, deformację ciała etc. (to wpływ zaburzeń hormonalnych).


Ostatni kastrat przyjęty do Sykstyny urodził się 11 listopada 1858 r. Do chóru papieskiego przyłączono go w 1883, po zjawiskowym występie w Beethovenowskim Chrystusie na Górze Oliwnej (wcześniej, od 1873 r. śpiewał w Kaplicy Laterańskiej). Od 1898 r. pełnił w Sykstynie także funkcję dyrygenta. "Równolegle - komentuje Raczkiewicz - prowadził ożywioną działalność artystyczną poza chórem, śpiewając na uniwersytetach, salonach i klubach. W roku 1900 głos tego kastrata rozbrzmiewał na Panteonie podczas ceremonii pogrzebowej króla Włoch Umberto I. Niezwykle chętnie zapraszany artysta musiał stanowić nie lada atrakcję, co zresztą umiał skrzętnie wykorzystać pozyskując wielu wielbicieli swego talentu. Jego numerem popisowym miała byćpochodząca z opery „Faust”Ch. Gounoda „aria z klejnotami”, którą zwykł był wykonywać „z łzą w każdej nucie”.Alessandro MoreschiWg Dizionario Universale di RomaAlessandro Moreschi „posiadał głos wyjątkowejpiękności”, dzięki któremu zyskał przydomek „Angelo di Roma”". 

Właśnie głos tego kastrata utrwaliły dość liczne nagrania (z lat 1903-1904). Są, rzecz jasna, technicznie mocno niedoskonałe, dają jednak pewne wyobrażenie, jak taki głos mógł brzmieć. Muszę przyznać, że nie budzi on we mnie estetycznego entuzjazmu, co więcej - wnosząc, że oddaje cokolwiek z prawdy, kastrowanie chłopców wydaje mi się procederem jeszcze bardziej nagannym. 

Moreschi zmarł w Rzymie w 1922 r. Z Sykstyny odszedł w 1913 r., po tym, jak Pius X - pod naciskiem opinii publicznej - w końcu definitywnie zamknął kościelną karierę kastratów. 

Kastraci są niewątpliwie jednym z bardziej mrocznych elementów kościelnej działalności. Ich historia daje także do myślenia - choćby w kontekście argumentów podnoszonych przeciw "korekcie płci". Ale - jak wyczytać można na portalu fronda.pl - "kastracja to nie transseksualizm". A że to "konkret", to czas kończyć. I już!



_______________
Tekst oparty jest na eseju T. Raczkiewicza, Problem kastratów w kulturze włoskiej

wtorek, 1 lipca 2014

KRWIOŻERCZA MONOGAMIA, WEGETARIAŃSKA POLIAMORIA

Wegetarnie promują zdrowy styl życia. A do tego - jak mawia moja koleżanka - są hedonistami, jako że dbają o to, by w świecie było mniej cierpienia, a więcej satysfakcji.
Wegetariańskie hedonizm i zdrowy styl życia zobowiązują. Także poliamorycznie! 
Jak wynalazłem to powiązanie? Ano, jak pisał Ludwik Krzywicki:

"Gromada, zarówno więc rodzina jak grupy rozleglejsze, ma na celu tylko jedno: zapewnienie gatunkowi istnienia ... Pod tym względem zwierzęta roślinożerne z jednej strony, drapieżne z drugiej - wykazują dążności zgoła odmienne. Pierwsze żyją olbrzymimi gromadami, ... uczucia solidarności są tam niezmiernie rozwinięte, popęd małżeński odznacza się małym stopniem wyłączności osobniczej, tj. istnieje bezład małżeński. Natomiast drapieżnikom obca jest wszelka inna gromada prócz rodziny, uczuć towarzyszkich nie ma, związek małżeński przybrał kształty rodziny parzystej. Te zwyczaje inne u drapieżców, a inne u zwierząt roślinożernych pozostają w związku jak najściślejszym z warunkami pożywienia i w ogóle utrzymania każdej z tych grup. Drapieżcy karmią się mięsem innych zwierząt ... Taki pokarm z konieczności istnieje w rozmiarach szczupłych. Gdyby więc drapieżcy posiadali uczucia towarzyskie o silnym napięciu i przebywali licznymi gromadami, zniknęliby wskutek zwyczajów towarzyszkich ... Zwierzęta ta muszą się trzymać z dala od siebie. ... Zgoła inaczej rzeczy się mają u zwierząt roślinożernych. ... Rozwojowi towarzyszkości żadna przyczyna nie staje w poprzek" [L. Krzywicki, Studia socjologiczne, Warszawa 1951, ss. 187-8]..