środa, 23 kwietnia 2014

JPII A INTEGRYZM. KILKA REFLEKSJI PRZED KANONIZACJĄ

Nie spodziewałem się, że kanonizacja wywoła u nas rzetelną debatę nad dorobkiem i znaczeniem JPII. I, niestety, moje przypuszczenia okazały się słuszne.
Większość osób występujących w mass mediach włącza się w bezrefleksyjny, apologetyczny chór. Nieliczni bezpardonowo krytykują lub kpią (na FB działa nawet profil związany z kandyzacją Papieża-Polaka). W efekcie tworzą się lokalne ogniska konfliktu, a tematy do dyskusji giną z pola widzenia.

Problemów związanych z pontyfikatem JPII na pewno jest dużo, mają też "solidny kaliber". Niech symbolicznym i eliptycznym wyrazem tych kłopotów będzie utrzymanie w mocy dokumentu Crimen sollicitationis oraz popieranie i uamcnianie działań Opus Dei.

Sam chciałbym przypomnieć o sprawie mało obecnej w naszych mediach, a w moim odczuciu szczególnie ważnej. Idzie mi o stosunek JPII to katolickiego integryzmu związanego ze środowiskiem tzw. "lefebrystów". Podejście to było wzorowo posoborowe, myślę, że za mało zdajemy sobie sprawę, iż JPII na długie lata przystopował rozwój konsekwentnego integryzmu w Kościele rzymskim, a tym samym sprawił sporo kłopotów konserwatywnej polskiej hierarchii  (i "środowisku toruńskiemu"), sympatyzującej z czasami sprzed Vaticanum II. 

***
O tym, że JPII był w przypadku rozpowszechniania postaw integrystycznych "wielkim hamulcowym" świadczy dobitnie tytuł konferencji wygłoszonej przez x. Jana Jenkinsa FPPX - Beatyfikacja, która osławbi Wiarę (plik z jej nagraniem dostępny tutaj). 
Lefebryści zarzucali mu promowanie postaw potępionych przez Piusa X jako modernizm, w tym m. in. religijny indyferentyzm (vide Asyż). W jednym z numerów Zawsze Wiernych graficznym skrótem takiej postawy było zdjęcie JPII z delegacją B'nai B'rith podpisane jak następuje: "W walce o świat bez uprzedzeń, prześladowań, dyskryminacji - zdaniem Papieża można współpracować ze wszystkimi. Czy jednak również z jawnymi wrogami Jezusa Chrystusa?".

Jawni wrogowie to Ci wszyscy, dla których ważne są ideały określane przez lefebrystów jako "liberalne". 
Za szczególnie destukcyjne uważają oni takie ideały jak:


  • wolność sumienia i wolność religijna, które Vaticanum II powiązało ściśle z godnością ludzką (humanizm);
  • ekumenizm;
  • działałność misyjna Kościoła,
  • zredefiniowanie relacji Kościół-państwa oraz nowe spojrzenie na "ustrój papiestwa";  
  • stosunek do prawnych instytucji międzynarodowych. 

***
Zdaniem integrystów godność ludzka nie zasadza się na wolności człowieka i jego zdolności wyboru, ale na dążeniu do "dobra i prawdy", których jedynym i pełnym depozytariuszem jest jedynie Kościół rzymski. Ich zdaniem nie wolno popierać mechanizmów pozwalających człowiekowi na wybór błędu i fałszu, wspierać zaś trzeba wszelkie te regulacje, które stawiają człowiekowi przed oczy to, co zacne i dobre. Jednym z błędów ma być dowartościowanie wolności religijnej, która jest postawą stawiającą na równi religię i herezje, prawdę i błąd. Innym błędem jest zaakceptowanie "ideologii praw człowieka", które wyprowadza się nie z Objawienia, ale z natury (rozumowej) człowieka.
Dlatego odrzucają oni przekonanie JPII, że obowiązkiem wiernych jest "działanie razem na rzecz promocji godności każdej osoby ludzkiej", obrona praw człowieka, "a w szczególności wolności religijnej".  

W takiej perspektywie inkryminowany być musi także ekumenizm. Jest on bowiem odstępstwem od przekonania, że zbawienie możliwe jest tylko w Kościele rzymskim, "że nie tylko poganie i żydzi, ale i heretycy i schizmatycy zbawienia wiecznego nie osiągną". Ekumenizm ma swoje praktyczne konsekwencje. Prowadzi do redefinicji stosunku do żydów, którzy przestają się bogobójcami i narodem odrzuconym, a stają się "starszymi braćmi". Zmienia także postrzeganie misyjności, którą ogranicza poszanowanie wolności religijnej i wystrzeganie się prozelityzmu. W końcu odmiennej ocenie podlegają krucjaty, których już nie broni się i nie pochwala, ale za które JPII przepraszał jako za "stare grzechy".

JPII potwierdzał też nauczanie Soboru dotyczące relacji Kościół-państwa. Jego zdaniem "zajmują one dziedziny niezależne i właściwe każdemu [...]. Kościół i Państwo mają służyć człowiekowi, bez podporządkowania jedno zdrugiemu, ale w sposób uzupełniający się...". Jest to, zdaniem integrystów, odejście od prawdziwej doktryny katolickiej, podług której "separacja państwa od Kościoła jest tezą sbolutnie fałszywą i zgunym błędem" (Pius X). Dla integrystów prawo państwowe musi być podporządkowane rozstrzygnięciom Kościelnym, kult katolicki musi mieć charakter "publiczny i społeczny". Papiestwo musi być rozumiane jako udzielna monarchia, z pełnią władzy duchowej i świeckiej. Oznacza to także, że nie może istnieć żadna instytucja świecka stanowiąca prawo międzynarodowe zobowiązujące poszczególne państwa. Zdolny jest do tego tylko Kościół, której suwerenny autorytet "przewyższa i obejmuje wszystkie państwa". Potępione musi być więc choćby afirmatywne podejście JPII wobec takich instytucji, jak ONZ.

***
Już te kilka punktów (a jest ich znacznie więcej, odsyłam do tekstu, na podstawie którego spiałem to, co wyżej) pokazuje, że stosunek JPII do integryzmu był dla nas czymś szczęśliwym. Kanonizacja może - w tym kontekście - stanowić ważny instrument polemiki i integrystami, których status w Kościele rzymskim zmienił się za sprawą Benedykta XVI (niestety). Zwłaszcza, że ruch integrystyczny nabiera w Polsce wiatru w żagle - powstają związane z nim instytucje (jak Katolicki Instytut Apologetyczny im. Tomasza z Akwinu), szkoły (Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące im. Tomasza z Akwinu). Jednym głosem mówią środowiska Radia Maryja, Pro Fider, Rege et Lege i lefebrystyczne. 

O tym, dlaczego JPII nie wygodny jest dla integrystów, przeczytać można w ksiażce Marcina Karasa Ciągłość i zmiana w Kościele rzymskokatolickim... O ile da się radę przebić przez apologię integryzmu, czy raczej "jedynego prawdziwego Kościoła" zniszczonego przez głoszoną przez żydów, masonów i modernistów ideologię liberalną. 

***
Na koniec - za książką Karasa - kilka cytatów z Grzegorza XVI. Decyzja Benedykta XVI pozwala wracać do tych poglądów bez odium. 

„Uderzono na boski autorytet Kościoła, potargawszy jego prawa, uznano za wytwór jedynie ludzki, w ten
sposób podbity w niewolę przez wszelką niesprawiedliwość pozostaje w nienawiści u ludów.
Należna uległość biskupom jest osłabiona a władza ich podeptana”.
 
„Niegodziwą byłoby również rzeczą i zgoła przeciwną szacunkowi z jakim należy traktować prawa Kościelne, gdyby postanowienia tegoż Kościoła dotyczące sprawowania obrzędów, albo norm obyczajowych lub też praw kościelnych i zachowania się sług ołtarza, lekceważyć w mniemaniu jakiejś szalonej wolności, i traktować jak się komu podoba, uznawać za niezgodne z pewnymi zasadami prawa naturalnego albo wreszcie uznawać za niedoskonałe lub niedostateczne i podlegające autorytetowi władzy świeckie”.
 
„jest absurdalne i wielce dlań(sc. dla Kościoła)  szkodliwe domagać się w nim jakiegoś odrodzenia i reformy rzekomo potrzebnej do jego własnego ocalenia czy wzrostu, jakby to Kościół mógł ulegać zaciemnieniu,  zbłądzeniu lub tym podobnym brakom, [a]takim właśnie wydaje się nowatorom, którzy zamierzają położyć fundamenty pod jego nową czysto ludzką instytucję”.
 
„największym dogmatem naszej religii,  że poza katolicką wiarą nikt nie może się zbawić”.
„Teraz przejdźmy do innej przyczyny wielu nieszczęść, które wraz z naszym  żalem dotykają Kościół to jest do indyferentyzmu, czyli przewrotnej opinii bezbożnych, wszędzie podstępnie rozpowszechnianej,  że w każdej religii można dostąpić wiecznego zbawienia duszy, jeśli się uczciwie i obyczajnie  żyje. W tak oczywistej sprawie, jesteście w stanie z łatwością uchronić powierzony wam lud od tego najbardziej zgubnego błędu”.
 
„Z zatrutego  źródła indyferentyzmu wypływa również owo niedorzeczne i błędne mniemanie, albo raczej omamienie,  że każdemu powinno się nadać i zapewnić wolność sumienia. Do tego zaraźliwego błędu wprost doprowadza niewstrzemięźliwa i niczym nie pohamowana dowolność poglądów, która wszędzie się szerzy ze szkodą dla władzy duchownej i świeckiej, za sprawą niektórych bezwstydników, którzy odważają się głosić,  że z tego powodu religia odnosi jakąś korzyść. Ale czy może być  «bardziej nieszczęśliwsza  śmierć dla duszy niż
Wolność błądzenia?», mawiał św. Augustyn”
 
W imię wolności sumienia domagali się prawa swobodnego rozpowszechniania wszelkich opinii. Również i ten element doktryny liberalnej został poddany surowej krytyce przez papieża: „Do tego też zmierza owa najzgubniejsza, przeklęta i odetręczająca wolność druku, mająca na celu rozpowszechnianie wszelkich pism wśród pospólstwa, której niektórzy domagają się i popierają z taką natarczywością”.Umiarkowani liberałowie
uważali,  że wpływ szkodliwych publikacji można zrównoważyć publikacjami wartościowy-mi. Ta zasada wydała się papieżowi absurdem: „Znajduje się przecież niestety tylu bezwstydnych, którzy twierdzą uparcie,  że ten nagły zalew błędów może być skutecznie powstrzymany jakimś pismem wydanym w obronie prawdy i religii pośród tak wielkiego wezbrania nieprawości. Nie godzi się jednak i jest to wbrew wszelkiemu prawu,  świadomie czynić zło i je pomnażać, w nadziei  że stąd wyniknie cokolwiek dobrego. Któż rozsądny pozwoliłby, aby truciznę wolno było jawnie rozpowszechniać i sprzedawać, nabywać ją, sprowadzać i nią się napawać, dlatego,  że jest jakieś lekarstwo, po zażyciu którego, zdarza się, niekiedy używającym go uniknąć zguby?”.



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

RYTUAŁ - RELIGIA, WIEŚ I SZTUKA KRÓLEWSKA, krótki obrachunek sumienia


W trakcie porannej drogi do kościoła rozmawiałem dziś z mamą o... tataraku. Jakoś przedziwnie dopadła mnie tęsknota za jego rześkim zapachem, wnoszącym do domu nie tylko świeżość, ale także żywioł wody: bezkresu, oczyszczenia, nieśmiertelności, prażywiołu, z którgo wszystko się wyłoniło.
Od tataraku przeszliśmy do maminych opowieści o zdobieniu domów na Zielone Świątki. O porannych wyprawach nad staw po tatarak, o cięciu witek brzozowych, przystrajaniu zielenią ganków i obrazów. O rytalnym wnoszeniu do pozimowych pieleszy odradzającego się życia.

***
W czasie tegorocznego Wielkiego Postu i trwającej Wielkiej Nocy moje myśli często krążą wokół rytów i rytuałów. Dzieje się tak u mnie okresowo, zmuszając do refleksji głębszej i prowadzonej z innej perspektywy. 
Zdaję sobie sprawę, że dla człowieka, który w pełni zinterioryzował nowoczesny indywidualizm, rytuał może wydawać się zbędnym przeżytkiem. Sądzę jednak, że wciąż jest on niezastąpionym narzędziem przekazywania wartości i budowania międzyludzkich więzi. 
Rytuał bowiem kształtuje w człowieku żywe odczucie imponderabiliów, oddziałuje na intelekt poprzez ciało, sprzęga w jedno zmysły, emocje, uczucia, intelekt i intuicję. Gdy nowoczesne indyviduum buduje swoją oddzieloną od świata, duchową przestrzeń, rytuał kształtuje człowieka integralnego.

***
Obie ściezki są kulturowo płodne i potrzebne. Nie sądzę, że nalezy je widzieć w opozycji, raczej jako komplementarne elementy naszego wspólnego świata. Oznacza to jednak tyle, że pielęgnując wszystko, co związane z indywidualizmem, warto tak samo mocno pielęgnować to, co związane z rytuałem. Jaskółki, zwiastujące odrodzenie, szczęśnie już widać. W litewskim rodzimowierstwie, w powrocie do tradycji dziadowskich śpiewów (wzruszyłem się, gdy w ramach głosu w dyskusji na zajęciach z filozofii jeden z moich studentów zaspiewał kawałek takiej pieśni), w rodzącej się świadomości bogactwa kościelnych rytów, choćby w odrodzeniu się dominikańskiego rytu mszy
Cieszy mnie także powrót do źródeł chorału - choćby Mercel Peres intensywnie bada chorał starorzymski i uświadamia nam, że śpiew chrześcijan i muzłumanów wywodzi się z jednego źródła, źydowskiego. I że dziś tego, jak śpiewać rdzenną liturgię kościoła rzymskiego uczyć się można z żywej wciąż pośród muezzinów tradycji kantylacji.

***
Odrodzeniu rytuału towarzyszą jednak dwa elementy, z którymi winniśmy dyskutować.
Pierwszy, wiąże rytuał wyłącznie z religią, odsłaniając ją w jednaki sposób w pieśniach dziadowskich, zwyczająch religii rodzimowierskich czy liturgii kościelnej.
Drugi, wiąże rytuał z tym, co nieracjonalne czy pozaracjonalne, traktując go w opozycji do racjonalistycznej tradycji oświecenia.

Oba te elementy okazują się tylko częściowo prawdziwe, jeśli zestawić je z rytuałem obecnym w Sztuce Królewskiej. Nie ma on bowiem znaczenia religijnego, choć ma niewątpliwe znaczenie duchowe. Nie odsyła także to jakieś pozaracjonalnej sfery absolutnej, ale kształtuje człowieka w wartościach drogich oświeceniu - braterstwie, empatii, tolerancji, wolności, w prawdzie, pięknu i dobru.

***
Wolnomularstwo nie posiada jednego rytuału i rytu. I to, w moim odczuciu, świadczy o jego bogactwie. Każdy z rytów zwraca bowiem uwagę na nieco inne aspekty wędrówki człowieka ku wartościom, wszystkie zaś - w moim odczuciu - dopełniają się tak, jak dopełniają się głosy fugi.

Dla mnie szczególne znaczenie ma ryt francuski, uznawany powszechnie za ryt najbardziej laicki, "Ryt napisany w duchu wieku Oświecenia – Światła Wyboru, tolerancji, Światła Wolności Sumienia i solidarności międzyludzkiej. Ryt spójny, postępowy, federacyjny, demokratyczny, wolny i niezależny, otwarty i bez ekskluzywizmów" (Jacques Plumet).

Znaczenie tego rytu zasadza się dla mnie właśnie na jego laickości, której, jak sądzę, nie nalezy rozumieć w opozycji do duchowości. Rytowi francuskiemu nieobce są wątki duchowo-mistyczne. Jego zadaniem jest wprowadzenie adeptów "na ścieżkę spekulacji intelektualnych, humanizmu, syntezy duchowości i racjonalizmu" poprzez niesutanne przypominanie o przemijalności życia, które stanowi drogę poszukiwania prawdy. Laickość oznacza zwyczajnie tyle, że praktykujemy razem wartości humanistyczne, które mogą - lecz nie muszą - wynikać z naszych przekonań i praktyk religijnych. Ryt jest zatem sprawdzianem i zadaniem.
Sprawdzianem tego, czy rzeczywiście drogie są nam wartości ogólnoludzkie. Zadaniem, przypominającym o konieczności ociosywania swojego kamienia, by te wartości autentycznie kształtowały nasze życie.

***
Ideały oświecenia, wyrażane eliptycznie w zawołaniu równość, wolność, braterstwo, są mi bardzo bliskie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że dominujące oświeceniowe tendencje stanęły na przeszkodzie ich urzeczwistnienia. Myślę tu o dwóch skrajnościach w naszym myśleniu o świecie. Pierwsza, racjonalistyczna, zredukowała człowieka do racjonalnej duszy niezależnej od ciała. Druga, mechanicystyczna, zredukowała człowieka do bycia biologiczną maszyną. 

Wolnomularstwo, w tym ryt francuski, są jak gdyby trzecią drogą oświecenia, taką, która unika obu redukcjonizmów. Ryt bowiem jest wyrazem filozofii masonerii, kształtuje zatem adeptów, oddziałując kompementarnie na ich zmysły, emocje, odczucia, myśli. Przez to łączy silnymi więzami doświadczenia pracujących Siostry i Braci. Nie nadaje się zatem do zimnego, intelektualnego zgłębiania (samo "szkiełko i oko"), ale wymaga osobistego przeżycia i doświadczenia, których nie daje się wyrazić słowem.

***
W wielu obszarach naszej kultury rytuał i związane z nim ryty muszą się odrodzić. Dzieje się to powoli, przechodząc przez fazy "muzealne" czy skansenowe, takie jak festiwale, nagrania dokumentujące wyniki archiwistycznej niemal pracy.
Sztuka Królewska szczęśnie niegdy rytu i rytuału nie zagubiła, kształtują ją więc żywe i nieprzerwane doświadczenie. 

W wielu obszarach naszej kultury rytuał i związane z nim ryty muszą się odrodzić. Dzieje się to powoli, w ramach stopniowego kwestionowania scjentystycznej racjonalności, w języku fideistycznej i nieracjonalnej duchowości i mistyki.
Sztuka Królewska szczęśnie przechowała rytuał, który mówi o wartościach ogólnoludzkich, racjonalnie dostępnych, oświeceniowych. I nieprzerwanie kształtuje w nich życie swoich adeptów, oddziałując komplementarnie na cielesno-duchowe compositum.

Rytuał nie jest wiedzą czy erudycją. "Cóż za pożytek np. z osobistej wielkiej wiedzy o masonerii, jeśli w codziennym życiu samemu prowadzi się do konfliktów, podziałów i jałowych sporów"? - pyta słusznie w swej desce brat Adam. Jako ogarniające całego człowieka doświadczenie, w którym zmysły i dusza stają się jednym, rytuał i ryt to droga budowania "braterskich relacji wspierających i poszukujących wspólnego dobra, wydaje mi się właśnie ową najwyższą mądrością, która widzi, rozumie i rozwija. Wszak ewangeliczna zasada „po ich owocach poznacie ich” może być odniesiona i do tej kwestii. Cóż ze zdobywania wiedzy, gdy czyni nas ona uboższymi? Cóż z mądrości, jeśli służy ona wyzyskowi lub pustemu konkurowaniu?".

***
Pytanie tylko, czy my sami świadomi jesteśmy tego, czym żyjemy? A jeśli tak, to na ile jesteśmy świadomi? Czy głęboki sens naszych rytów wpisany jest w nasze serca? A może traktujemy ceremoniał tylko jako przekazany przez historię, ceremonialny dodatek? Czy znaczenie rytuału i rytów postrzegamy w wystarczająco szerokim kontekście i w wystarczająco rozległej perspektywie? Czy chcemy, by każda kolejna praca przynosiła doskonalsze współdziałanie w ramach rytu - była piękniejsza, głębsza, bardziej uobecniająca fundamentalne dla człowieka i jego kultury imponderabilia.

Te pytania są moim wielkanocnym rachunkiem sumienia. Bo choć droga jest jasna, każdy z nas jest na niej tylko skończonym i niedoskonałym człowiekiem.


 _______
Zdjęcie za swiatkwiatow.pl
  

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

ANTYSEMITYZM POTWORNY, ANTYSEMITYZM KANONIZOWANY. CASUS HEIDEGGERA I KOLBEGO

Gazeta Wyborcza nie ma u mnie dobrych notowań. Nie wiem, co stało się z jej redaktorami, ale liczba uproszczeń w tekstach, rozchwianie w opiniach, a nadto - przy określonych tematach - jawne wpisywanie się w nurt politycznej poprawności, mocno kłują w oczy.  Towarzyszy zaś temu niechęć do publikowania sprostowań i ripost, co nie jest szczególnym powodem do chluby dla środowiska, podkreślającego swe demokratyczne zasługi.

Piszę o tym w kontekście Martina Heideggera, a dokładniej w kontekście tekstu Czarne myśli geniusza...
Dotyczy on tzw. Heideggerowskich Czarnych zeszytów, w których, bez skrupułów i cenzury, Heidegger wyłożył swoje opinie na temat Żydów. 
W redakcyjnym alembiku wymieszano wszystko - inkryminację "ciemnego stylu" Heideggera, niechęć filozofa do beztroskiej technologizacji życia, romans z Hannah Arendt, bycie "nabytkiem Hitlera" i opinie o samych Czarnych zeszytach. Wniosek - mimo ostatniego zdania tekstu - nasuwa się taki, że cała spuściczna Heideggera jest nie warta funta kłaków - był niekonsekwentny, być może bełkotał, nie rozumiał dobroczynności postępu technicznego, a jego antysemityzm był odrażający. Więc nawet jeśli filozofii Heideggera nie da się ominąć szerokim łukiem, to trzeba podejść do niej odpowiednio przygotowanym.

***
Reakcje - które śledziłem na Facebooku - były jednoznaczne. Można je sprowadzić do symbolicznej deklaracji uchronienia przez Heideggerowską zarazą. 

Nie kryję swojej odrazy do antysemityzmu. Nie kryję też, że taką odrazę budzi we mnie Heidegger.
Ale nie ma we mnie zgody na inkriminacyjną politykę Wyborczej - Heidegger jest łatwym łupem, jako Niemiec i członek NSDAP. Pytanie, co zrobić z antysemityzmem w sytuacjach mniej oczywistych.

Spośród wielu możliwych "sytuacji nieoczywistych" wybiorę jedną, sprowokowany wywiadem z Adamem Michnikiem. Orzekł w nim, że Polska jest krajem katolickim (!), że bez Kościoła Polska stanie się czarnym obrazem, gdyż ludzie nie będą mieli gdzie uczyć się o tym, co dobre, a co złe, że polscy duchowni winni się przemienić, przechodząc od bycia "duchowieństwem rydzykowym", do bycia "duchowieństwem wojtyłowym".

***
Jednym z emblematów Kościoła wojtyłowego jest kanonizacja Maksymiliana Kolbego. Zaangażowanie w tę sprawę Jana Pawła II było na tyle silne, że odłożono na bok wątpliwości podnoszone m. in. przez środowiska żydowskie, wskazujące na zajadły, antysemicki ton przedwojennych publikacji Kolbego.
Nie mam wątpliwości, że czyn, wieńczący życie Maksymiliana, zasługuje na uznanie. Publicystyka ta jednak wciąż mnie niepokoi.

***
O Heideggerze napisano w Wyborczej, że 

"filozof nie był wprawdzie ideologiem nazizmu ani wojującego antysemityzmu, ale obiegowe stereotypy na temat Żydów ("światowe żydostwo") wkomponował w swoje koncepcje filozoficzne akurat w okresie, kiedy stali się oni przedmiotem największych prześladowań.

Stereotypy obejmowały, rzecz jasna, przekonanie o spisku, chęci zawładnięcia całym światem, czy sprokurowanie "zasady rasowej", która obróciła się przeciw nim. Widać tu, m. in. wyraźne echa Protokołów Mędrców Syjonu.

Takie same wątki wytropić można w publicystyce Kolbego, co poświadcza książeczka Św. Maksymilian Maria Kolbe o masonerii i Żydach, wydana pod redakcją dr. Stanisława Krajskiego.
To ksiażka trudna do przebrnięcia ze względu na poziom niechęci i mnożących się stereotypów. Wybieram zatem tylko kilka cytatów, które obrazują kwestię, zainteresowanych odsyłając do całej pracy:

"Uczą też, że żydowi wolno oszukać, okraść chrześcijanina, bo „wszystkie majętności gojów są jako pustynia, kto je pierwszy zajmie, ten jest ich panem”".
"masoni to nic innego jak tylko zorganizowana klika fanatycznych żydów, dążących nieopatrznie do zniszczenia Kościoła Katolickiego, któremu nam Bóg Człowiek zapewnił, że bramy piekielne nie zwyciężą go. Biedni, szaleni uderzają głową o skałę".
"Czyście panowie masoni słyszeli? Ci, którzy was zorganizowali i wami skrycie rządzą, żydzi, uważają was za bydlęta, znęcone do lóż masońskich dla celów, których nawet nie podejrzewacie, dla mydlenia oczu gojom". "„Goje to stado baranów, my zaś jesteśmy wobec nich wilkami, a wiecie wszak, co staje się z owcami, kiedy do owczarni zakradną się wilki. Zamkną oni oczy jeszcze i z tej przyczyny, że obiecamy im zwrot wszystkich odebranych swobód po zwyciężeniu wrogów pokoju i pokonaniu wszystkich partii. Czy warto wspomnieć o tym, jak długo oczekiwać będą tego zwrotu?".

***
Nie same te cytaty są dla mnie jednak najbardziej porażające. Wstrząsający jest tekst wprowadzający Krajskiego:




"Gdy ktoś wini za coś żydów, gdy mówi, że to oni sterują masonerią, uznany jest natychmiast za oszołoma, antysemitę, ksenofoba i faszystę. Takie etykiety przylepia mu nie tylko lewica i jej media ale również wielu wydawałoby się normalnych ludzi, do których trafia „argumentacja” czerwonych i różowych.
Zobaczmy, że takie etykietowanie ma wiele różnych, często nieprzewidzianych przez etykietujących skutków. Jeżeli mówi się bowiem „a” trzeba powiedzieć także „b”. Jeżeli oszołomem, antysemitą, ksenofobem i faszystą jest każdy, kto wini za coś żydów, kto mówi, iż stoją za masonerią, to za ksenofoba, oszołoma, antysemitę i faszystę należy uznać również na przykład św. Maksymiliana Marię Kolbego.

Przykład dał tu Adam Michnik, który w jednym z wywiadów dla „Polityki” stwierdza: „Kolbe był również w jakiejś mierze twórcą „Rycerza Niepokalanej” i „Małego Dziennika”, a więc pism, które symbolizują ciemny i obskurancki nurt polskiego katolicyzmu, pism prymitywnych, krzewiących religijną nietolerancją i etniczną nienawiść”.
Zauważmy, że jeżeli św. Maksymilian jest odpowiedzialny za prymitywizm, religijną nietolerancję, etniczną nienawiść, jeżeli w konsekwencji jest właśnie antysemitą, ksenofobem itd., to o to wszystko należy również oskarżyć cały Kościół katolicki, a przede wszystkim papieża Jana Pawła II, który gorąco zabiegał o beatyfikację i kanonizację O. Kolbego i który doprowadził do tego, że został on w takim przyspieszonym trybie świętym. Takie oskarżenie każdy, dosłownie każdy musi uznać za kosmiczną bzdurę, szczególnie w kontekscie wszystkich tych ostatnich wystąpień papieża, w ramach których uczynił wiele pojednawczych gestów wobec żydów podkreślając wielokrotnie to, co zresztą dawno już ogłosił, że antysemityzm jest grzechem.

Już w ramach procesu beatyfikacyjnego poddaje się bardzo szczegółowej ocenie wszelkie teksty i publiczne wypowiedzi kandydata na ołtarze pochodzące z okresu jego dojrzałego życia chrześcijańskiego. Jeżeli w tych tekstach lub wypowiedziach znalazłoby się coś, co byłoby w jakikolwiek sposób sprzeczne z wiarą i moralnością chrześcijańską fakt ten spowodowałby, iż taki proces nie zakończyłby się pozytywnie. Jeżeli więc św. Maksymilian Maria Kolbe został świętym to z tego wynika jasno i wprost, że w jego tekstach nie doszukano się żadnych błędów, że wszystkie one są w pełni zgodne z porządkiem wiary i moralności katolickiej, że przy każdym ich wydaniu każda kuria biskupia musi dać im imprimatur.
Tak więc wszystkie poniższe teksty są zgodne z porządkiem wiary i moralności katolickiej. Wszystko to, co jest w nich powiedziane o żydach nie ma najmniejszych znamion grzechu antysemityzmu. Ich lektura, ich analiza może więc nam pozwolić zakreślić pewne pole w ramach którego możemy się jako katolicy swobodnie, zgodnie z sumieniem i nauką Kościoła poruszać.

Przy okazji uświadomimy sobie zapewne, że ktoś stosując różnego typu chwyty poniżej pasa chce nam zamknąć usta, zmusić nas do tego, żebyśmy na pewne tematy się nie wypowiadali. Nie dajmy się zwariować, nie dajmy sobie wyprać mózgów, pamiętajmy zawsze, że tak jak mówi św. Augustyn należy kochać bliźniego i nienawidzić jego grzechów, że kochając bliźniego trzeba zrobić wszystko aby pomóc mu w wyrwaniu się z grzechu, zrobić wszystko aby ten grzech nie dotknął innych.

Święty Maksymilian Maria Kolbe mówił, co myślał, bez żadnych ogródek. Oskarżał żydów wręcz o wszelkie zło tego świata ale zarazem kazał się za nich modlić, kazał się modlić o ich opamiętanie i ich nawrócenie, o to, by uznali Niepokalaną za swoją Królową. Możemy spokojnie kroczyć drogą wielkiego polskiego świętego i najwyżej przypominać sobie od czasu do czasu powiedzenie: „Psy szczekają, a karawana idzie dalej”.


***
Antysemityzm antysemityzmowi nierówny? Chyba tak, po jeden potworny, a drugi uświęcony.
Przy czym antysemityzm Heideggera wydaje mi się zdecydowanie mniej niebezpieczny. Dyskusja na jego temat trwa od dawna, formułowane oceny są jasne. Dziwi mnie tedy mowa o niemieckich wzburzeniu - w końcu po "dandysie nazi-filozofii", jak mawia mój kolega, antysemityzmu spodziewać się trzeba.

Bardziej niepokoi mnie ten drugi typ antysemityzmu, legitymizowany przez procedury kanonizacyjne, przekazywany z pokolenia na pokolenie, traktujący publicystykę Maksymiliana niczym teksty formacyjne. Środowisko, które tak korzysta z tego dorobku, jest widoczne. To nie odosobniony przypadek Krajskiego czy księdza, który był u mnie "po kolędzie".

Potrzeba, moim zdaniem, wysiłku i subtelności, by węzeł antysemityzmu skutecznie rozsłupłać, by oceniać negatywnie to, co wymaga takiej oceny (a nie mieszać wszystko ze wszystkim). By móc oddać cześć temu, co było wielkie. Opozycja antysemityzmu potwornego i antysemityzmu kanonizowanego nie wydaje mi się bowiem dobra.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

WYKORZENIĆ ZARAZĘ, JAKĄ JEST ROZUM? WIARA, WOLNOŚĆ I DEMOKRACJA

Zaobserwowałem ostatnio ciekawą zależność socjologiczną - ilekroć przychodzi mi rozmawiać na temat światopoglądowej i religijnej neutralności państwa, traktowany jestem jako ateista. To symptomatyczne, że niemal nikomu z moich interlokutorów nie przychodzi do głowy, że można uznawać koncepcję państwa świeckiego także z pobudek religijnych.
Potwierdza to tylko pogląd Paula Ricoeura o zaniku języka religijnego i (ewentualnej) potrzebie jego rekonstrukcji.

***
Język religijny zaniknął z wielu powodów. Jednym z nich jest, moim zdaniem, polityka Kościoła rzymsko-katolickiego, który - poczynając od przemian nowożytnych - przekształcił wiarę w teologię, a teologię w rodzaj nauki pewnej, koniecznej i uniwersalnej, której wyniki można co najwyżej aprobować, ale nie kwestionować. Kościelny scjentyzm związał się przy okazji z działalnością misyjną - skoro "poznacie prawdę, a prawda Was wyzwoli", to zadaniem Kościoła jest NAUCZAĆ, oczekując od wiernych podporządkowania i bierności.
Mimo że od Vaticanum II upłynęło już wiele czasu, nad Wisłą wciąż dominuje język i perspektywa bliższe Humanum genus czy Pascendi Dominici Gregis. Niezrozumiałe dla wielu działania naszego episkopatu stają się jasne w kontekście tych dokumentów. Zrozumiałe staje się także podsycanie przez niektóre środowiska lęku przed spiskami, mającymi na celu zagładę Kościoła i ludzkości.

Wymowna jest w tym kontekście encyklika Leona XIII Humanum genus, wymierzona przeciw "sekcie masońskiej" i utożsamionej z wolnomularstwem walce na rzecz socjalizmu.
Celem tego dokumentu jest rozbudzenie pracy na rzecz "wykorzenienia tej zarazy, która zdradliwie krąży w żyłach chrześcijańskich narodów".

Jako że za zarazę odpowiadają poszczególne bakterie czy wirusy dobrze będzie wskazać co, według Leona XIII, krąży w krwi chrześcijańskiej, konsekwentnie ją zatruwając.

1. Źródłem spisku masońskiego jest akceptowany przez wolnomularzy naturalizm
"...ostatecznym celem ich zamierzeń - pisze Leon XIII - jest: obalić doszczętnie ład religijny i społeczny powstały na gruncie instytucji chrześcijańskich i zastąpić go nowym ładem, uformowanym według ich założeń, których podstawowe zasady i prawa zaczerpnięte zostały z naturalizmu".
Przez naturalizm zaś rozumie pogląd, że "że natura ludzka i rozum ludzki mają być we wszystkich sprawach naszym nauczycielem i przewodnikiem". We wszystkich, więc także w etyce, która - jak chciał choćby Kant - jest domeną "ogólnoludzkiego" rozumu praktycznego.

2. Zagrożenie masońskie polega na promowaniu działań, które zmierzają do przeprowadzenia "całkowity rozdziału religii od życia w świecie. W ten sposób chcieliby zbawienny wpływ Kościoła na prawodawstwo i administrację państw usunąć zupełnie i na przyszłość wszystkie sprawy publiczne układać bez oglądania się na prawa i zasady Kościoła". Wiąże się to z przekonaniem, że w sferze publicznej nie da się uprzywilejowywać jakiejkolwiek religii oraz że współdzialający ze sobą ludzie mogą nie traktować różnic religijnych jako tego, co ich fundamentalnie dzieli (dochodzi zatem do zrównania religii, co - zdaniem Leona XIII - oznacza, że religia przestaje być sprawą ważną).

3. Zasadzie rozdziału państw od kościołów towarzyszy kolejne zagrożenie: uznanie świeckiego charakteru szkoły publicznej, a więc nie dopuszczanie do tego, by "by słudzy Kościoła brali udział w wychowaniu i kształceniu młodzieży czy to jako nauczyciele, czy jako opiekunowie duchowi, i już w wielu miejscach dopięli tego, że wychowanie młodzieży znajduje się wyłącznie w rękach ludzi świeckich, a w kształtowaniu jej obyczajów nie wolno nawet wzmiankować o największych i najświętszych powinnościach, które łączą człowieka z Bogiem".

4. Zadaniem masonów, w działaniach których widać " tę samą nieubłaganą nienawiść i żądzę odwetu, jaką Szatan pała przeciw Jezusowi Chrystusowi", jest także zniszczenie publicznej moralności, propomacja rozpasania, zniszczenie małżeństwa, odebranie godności przynależnej kobiecie i kasacja praw przynależnych potomstwu.
Swój konkretny wyraz znajduje to w propozycji odróżnienia ślubów cywilnych od kościelnych i w zabieganiu o prawo do rozwodu. 
Przepojenie najszerszych mas "rozwiązłością bez żadnych hamulców" odbywa się przez promowanie przekonania, że "Małżeństwo jest pewnym rodzajem umowy i może być prawnie rozwiązane na żądanie tę umowę zawierających. Władze publiczne mają prawo wyrokowania w sprawach małżeńskich. W wychowaniu dzieci, gdy chodzi o religię, nie należy im narzucać żadnych określonych poglądów, ani niczego zalecać. To sprawa każdego z nich, gdy dorosną, wybrać to, co im się będzie bardziej podobało". "W wielu krajach, i to nawet katolickich, już istnieją ustawy, wedle których te tylko małżeństwa mają być uważane za ważne, które zostały zawarte cywilnie. W szeregu krajów dozwolone są rozwody, w innych podejmuje się starania, aby jak najszybciej je wprowadzić. Tak więc do tego wszystko dąży aby zmienić samą istotę małżeństwa, to jest zamienić je w związek niestały i chwiejny, który jedynie namiętność kojarzy i namiętność rozrywa".

5. Zbrodnia masonerii polega również na uznaniu, że "wszyscy ludzie równi są pomiędzy sobą, gdyż wspólne mają pochodzenie i takiej samej są natury, wszyscy też powinni osiągnąć taki sam cel ostateczny i mają takie same wypływające stąd prawa i obowiązki".

6. Z powyższego wynikają haniebne poglądy na naturę państwa i władzy: "Wszyscy ludzie podlegają jednym i tym samym prawom. Wszyscy ze wszystkich punktów widzenia są równego stanu. Każdy człowiek jest z natury wolny, nikt nie ma prawa rozkazywać komukolwiek; żądać zaś, aby ludzie poddawali się jakiejkolwiek władzy, która nie od nich samych pochodzi, jest despotyzmem. Wszystko się opiera na wolnym ludzie, władzę można sprawować tylko z nakazu lub przyzwolenia ludu, tak jednak, że gdy się odmieni wola ludu, wolno piastuna władzy strącić ze stanowiska także wbrew jego woli. Źródłem wszelkich praw i obowiązków obywatelskich jest lud lub władza państwowa, ale tylko wtedy, jeśli ustanowiona została według nowych zasad. Poza tym państwo ma być bezwyznaniowe. Istnieją różne wyznania religijne, lecz nie ma żadnej racji, ażeby któremuś z nich dawać pierwszeństwo przed innymi; wszystkie mają zajmować takie samo miejsce".

***
Jak sądzę, poglądy przytoczone jako spiskowe mogą mocno Państwa zdziwić. Wyrażają one bowiem podstawowe wartości państw demokratycznych takie jak: wolność sumienia i wyznania, prawo do rozwodu, akceptacja różnorodności światopoglądowej i brak indoktrynacji etc. Spisek zatem o którym mowa, jest raczej spiskiem oświecenia i demokracji,a nie zagrożeniem "sekciarskim". 
Jeśli mam rację, to przywołany dokument ma charakter polityczny, a nie religijny. 
Jeśli mam rację, to język przywołanego dokumentu jest w Polsce żywy, popularny i pokazywany właśnie jako język religijny". 
Jeśli mam rację, to język religijny rzeczywiście trzeba zrekonstruować.

Sensowny kierunek wskazał - moim zdaniem - Tadeusz Bartoś w książce Koniec prawdy absolutnej. Pochylając się nad tekstami Akwinaty pokazał bowiem zgrabnie, że wiara nigdy nie może stać się wiedzą. Wiedza, jako oczywista, odnosi się bowiem do tego, co postrzegalne, widzialne (evidens wywodzi się od video). Wiara dotyczy tego, czego nie widzimy, a jej pewność jest wynikiem decyzji człowieka, że czemuś lub Komuś zaufa. "...podobieństwo wiary i wiedzy zasadza się na obecności w obydwu podmiotowej pewności. Jednakże wiara i wiedza wzajemnie się wykluczają, dlatego możemy powiedzieć, że warunkiem możliwości wiary jest brak wiedzy, a więc sytuacja, w której przedmiot poznania nie dociera odpowiednio silnie do podmiotu poznającego. Charakterystyczny dla wiary sposób nabierania pewności co do wybranego stanowiska jest czymś szczególnym. Tomasz zauważa, że jeśli pewność wiary nie wynika z widzenia, to musi być rezultatem wyboru - electio. Można więc powiedzieć, że wiara jest wyborem i polega na uznaniu za prawdę czegoś ze względu na to, że samemu chce się, by to prawdą było. Wyboru dokonuje sam człowiek". Uznanie, że wybór ten nie jest efektem myślenia zyczeniowego ("jest tak, bo ja tak chcę"), możliwy jest tylko w języku teologii, to znaczy wybór ten wyjaśnić może łaska. Nie należy to już jednak do ludzkiego porządku poznania i działania, nie poddaje się zatem uniwersalizacji. Z tego powodu nie da się wiary traktować jako światopoglądu, co najwyżej, jako coś, co światopoglądy zakłóca lub destruuje, stawiając człowieka przed pytaniami (a nie odpowiedziami), których w perspektywie "świeckiego rozumu" by nie zadał. 

Tak rozumiana wiara jest doświadczeniem ontologicznym i egzystancjalnym. Jest aktem zaufania, który nie istnieje poza porządkiem decyzji zasadzającej się na wolnej woli i wolności sumienia. Należy również do porządku innego niż porządek intersubiektywnie racjonalnych ludzkich relacji, nie może być zatem argumentem na rzecz podporządkowania państwa jakiejkolwiek konfesji. 
Państwo świeckie (neutralne) pomaga chronić takie doświadczenie wiary. Choćby dlatego że nie powinno definiowac co jest, a co nie jest religią (Polska, niestety, nie przestrzega tego warunku). 
Państwo świeckie pomaga chronić moralność pokazując, że moralność jest tym, co łączy ludzi na pewnym fundamentalnym i intersubiektywnym poziomie. 
Państwo świeckie pomaga chronić człowieka przed próba zmuszenia go do zaakceptwania "niepewnej pewności" wiary, wskazując, że mimo różnic jesteśmy jednak równi, a więc także po równo odpowiedzialni (co ciekawe, w państwie świeckim otwiera się możliwość ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego. O ekumenizmie napisałem ostatnio kilka słów, więc odsyłam). 
Państwo świeckie promuje język solidarności i budowania, a także pozytywną wizję człowieka, który nie jest do gruntu upadły i zły, ale, ze względu na rozumną naturę, jest źródłem norm i wartości.  

Jest to - paradokslanie - bardzo spójne z chrześcijańskim przesłaniem, podług którego nie da się kochać Boga niewidzialnego, jeśli nie kocha się braci, którzy są jak najbardziej namacalni. W logice Nowego Testamentu droga ku Bogu wiedzie zawsze poprzez ludzi, jest zawsze drogą horyzontalną, zawsze orientuje się na tych, którzy żyją na marginesie obowiązującego porządku norm i ekonomicznych wartości. 

czwartek, 27 marca 2014

POCHWAŁA MĄDREGO ATEISTY. PAMIĘCI STANISŁAWA LEMA

Nie lubię etykiet, ale niekiedy bywają potrzebe. Żeby nieco ułatwić ewentualną dyskusję i żeby zarysować kontekst zadeklaruję, że nie jestem ani ateistą, ani agnostykiem. Uważam się za chrześcijanina, który wiele inspiracji czerpie od teologów rzymsko-katolickich, prawosławnych, a ostatnio protestanckich.

Jako chrześcijaninowi jest mi smutno, że ateiści i agnostycy wciąż żyją w Polsce z piętnem stygmatu, że wciąż doświadczają symbolicznej przemocy, że wciąż oczekuje się od nich dowodu bycia moralnymi.

***
Loża Kultura, w której jestem uczniem, przypomniała dziś o rocznicy śmierci Stanisława Lema. To postać niezwykła. Lema niegdy nie kupiłem jako pisarza (!), niezmiennie frapuje mnie jako myśliciel (!), a jest dla mnie zwyczajnie ważny jako humanista. Do dziś pamiętam, że od jego felietonów pisanych do Odry rozpoczynałem lekturę pisma. 
Niezwykle pięknie pożegnał Lema Stanisław Obirek. Czytamy tam, między innymi:
"Żyjemy obaj w niestycznych i nigdzie nie przecinających się uniwersach dyskursu. (...) Wszystkie rodzaje ludzkiej konfesji są mi jednakowo obce w tym prostym sensie, że jestem na każdą wiarę dokładnie tak samo niekonwertowalny. Oczywiście z racji elementarnej, że urodziłem się w katolickim kraju, musiałem nasiąknąć pierwiastkami katolicyzmu mocniej niż na przykład islamu. Możliwe, że pewne podstawowe fragmenty moich etycznych dociekań lub zasad są wywodliwe z chrześcijaństwa i musiałbym upaść na głowę, ażeby się takich wpływów wypierać. Niemniej estetyczne atrakcje wiar mogą być rozmaite, ale ich moc oddziaływania na mój światopogląd utrwalony rozumowo równa się zeru. Żadnej tego rodzaju opoki nie potrzebuję". Koniec i kropka. Pozostałem sam z moją potrzebą dotarcia do źródeł moralnej wrażliwości człowieka, któremu religia akurat do uzasadnień moralnych była zupełnie niepotrzebna. Domyślałem się tylko, że jednym z powodów odżegnywania się od religii była znakomita znajomość historii i świadomość do jakich celów religie były używane i nadużywane.
Za ateizmem Lema stała też głębokie przekonanie o tym, że zła w świecie nie można lekceważyć. Nie da się go sprowadzić do braku, jak chciał Augustyn, obejść mówiąc, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, jak chciał Leibniz, ani opadem - koniecznym - ewolucji, jak chciał Teilhard. Dlatego stać go było na szczere słowa, które w uszach wielu mogą brzmieć krzywdząco:


Oglądałem wczoraj w TVN24 magazyn Tak jest. Ku mojemu zdziwieniu jego część poświęcona była Warszawskim Dniom Ateizmu. Okazuje się, że te kilka dni rozmów, wydarzeń, w tym rekonstrukcji kaźni Kazimierza Łyszczyńskiego, budzą repulsję. Prawica traktuje jako antyreligijną wojnę, wyborczą hucpę, stara się obnażyć domniemaną głupotę ateistów. Tak robił Jacek - nomen omen - Żalek, który utrzymuje, że skoro ateiści nie wierzą, to żadne symbole religijne nie powinny w nich budzić niechęci, gdyż są semantycznie puste. Tym samym, chcąc być ateistami, powinni milczeć, bo walcząc z tymi symbolami, obnażają pozorność swoich przekonań. 

***
Demagogiczność takich wymogów jest zatrważająca. Szkoda, że Żalek nie widzi, że symbole religijne nie są tylko oznakami transcendencji, są symbolami instytucji religijnych, których reguły, sposób istnienia w życiu społecznym, sposób krzewienia "prawd", mogą budzić sprzeciw, także sprzeciw demokratyczny. Szkoda, że Żalek nie widzi, że symbole religijne mogą być jednocześnie symbolami politycznymi, w tym także symbolami państwa wyznaniowego. O tym, że Polska jest państwem wyznaniowym, jestem przekonany.
Wciąż "nakazy religii katolickiej stają się podstawą ustawodawstwa świeckiego, a kryteria religijne służą organom państwowym" do organizowania życia obywateli (niech przykładem będzie tu casus związków partnerskich czy odwołania posła Godsona nie do Konstytucji, a do Biblii). Wyznaniowość widać też w tym, że "odpowiedzi katolików na pytania świeckie nie podlegają różnicowaniu politycznemu", cenzurowane są bowiem przez kler, zwłaszcza przez episkopat i jego komisje (cytaty z książki Michała Pietrzaka, Państwo prawne, państwo świeckie).
To dziwne, że udział polityków w mszach, ceremonie religijne organizowane w ramach wydarzeń państwowych, udział rektorów uczelni publicznych w radach przy kuriach biskupich nie jest traktowane jako element kampanii wyborczych, narzucania światopoglądu etc. Za to jedna z nielicznych imprez pokazujących ateistyczną część Polski odsądzana jest od czci i wiary. 
To dziwne, że walka z symbolami innymi niż katolickie prowadzona jest jawnie, a wskazanie na to, że dyskurs katolicko-polityczny zawłaszcza symbole, traktowana jest jako wyraz walki. 

***
Nie będę Państwa przekonywał do ateistów i agnostyków, bo to uwłaczałoby Ich godności.
Będę za to przekonywał do przestrzegania prawa, w tym zapisów o neutralności swiatopoglądowej, filozoficznej i religijnej władz. "Państwo świeckie - pisał Pietrzak - nie prowadzi żadnej indoktrynacji swoich obywateli, nie popiera określonej koncepcji życia, nie preferuje żadnych orientacji filozoficznych, politycznych, kulturalnych czy religijnych. Neutralność nakazuje państwu uznanie absolutnej równości wobec prawa wszystkich opcji i opinii religijnych lub światopoglądowych". 
U nas taka indoktrynacja trwa. Wyrażanie sprzeciwu nie musi być postawą antyreligijną (wiara i niewiara, gdy rodzą się z poczucia zaniepokojenia złem, sa - moim zdaniem - równie godne szacunku, a zaangażowane w nie osoby mogą owocnie współpracować). Wręcz przeciwnie, może być wyrazem troski o to, byśmy mogli religie i duchowość przeżywać bez opresji. Lub nie przeżywać ich wcale. 

_________
Zdjęcie autorstwa Elżbiety Lempp.

niedziela, 16 marca 2014

OŚWIECENIE: MIĘDZY KANTEM A ANDERSONEM

Czy macie Państwo jakiś tekst, który nie chce Was opuścić? Żyje w pamięci, narzuca się w chwilach reflesji, przypomina w momencie wątpliwości, łasi, by czytać go ciągle od nowa?
Mam takich tekstów kilka. Wśród nich jest zgrabny szkic Immanuela Kanta Odpowiedź na pytanie: Czym jest Oświecenie?

Rozważania Kanta wytrzymały, moim zdaniem, próbę czasu. Wytrzymały także słuszną krytykę niebezpieczeństw, jakie wpisane są w projekt oświeceniowy, a o których pisali choćby Teodor Adorno i Max Horkheimer. 
Jest tak zapewne dlatego że Oświecenie jest w tym tekście przede wszystkim sprawą świadomości i postawy indywidualnego człowieka, a nie kwestią polityki czy społecznej inżynierii. To, co społeczne i to, co polityczne wynikać może (powinno?) z działań dojrzałych, "nawróconych" (biblijna metanoia to przecież zmiana sposobu myślenia!) jednostek. Przemiana ta nie powinna być jednak przymusowym działaniem prokurowanym przez absolutystyczne panowanie społecznych i politycznych mechanizmów.

Czym jest dla Kanta Oświecenie?

"Oświeceniem - pisze Kant - nazywamy wyjście człowieka z niepełnoletności, w którą popadł z własnej winy. Niepełnoletność to niezdolność człowieka do posługiwania się swym własnym rozumem, bez obcego kierownictwa. Zawinioną jest ta niepełnoletność wtedy, kiedy przyczyną jej jest nie brak rozumu, lecz decyzji i odwagi posługiwania się nim bez obcego kierownictwa. Sapere aude! Miej odwagę posługiwać się swym własnym rozumem ? tak oto brzmi hasło oświecenia.
Oświecenie oznacza tu zatem stan samodzielności intelektualnej i moralnej autonomii, jako odrzucenie przekonania o tym, że potrzebujemy autorytetów kierujących naszym myśleniem i działaniem. Kant wie, że niesamodzielność czy niepełnoletność jest stanem wygodnym - zwalania człowieka z odpowiedzialności, eliminuje rozterki, pozwala na przyjemną bezczynność. 

"To bardzo wygodne być niepełnoletnim. - pisze - Jeśli posiadam książkę, która zastępuje mi rozum, opiekuna duchownego, który zamiast mnie posiada sumienie, lekarza, który zamiast mnie ustala moją dietę itd., itd. ? nie muszę sam o nic się troszczyć. Nie potrzebuję myśleć, jeśli tylko mogę za wszystko zapłacić; inni już zamiast mnie zajmą się tą kłopotliwą sprawą. 
Wygoda jest jednak konsekwencją zniewolenia, zgodą na to, by narzucano nam arbitralne granice, by dogmaty i formułki stawały się algorytmami, podług których myślimy i działamy.
Dlatego opowiedzenie się za Oświeceniem jest aktem opowiedzenia się za wolnością. 
"Do wejścia na drogę oświecenia - uczy Kant - nie potrzeba niczego prócz wolności: i to wolności najnieszkodliwszej spośród wszystkiego, co można nazwać wolnością, mianowicie wolności czynienia wszechstronnego, publicznego użytku ze swego rozumu. (...) Wszędzie wiec mamy do czynienia z ograniczeniami wolności. Które jednak z nich są przeszkoda dla oświecenia i tylko taki użytek może doprowadzić do urzeczywistnienia się oświecenia wśród ludzi (…).  

***
W kontekście powyższych stwierdzeń szokować może to, co Kant pisze w innym miejscu tego tekstu. Mianowicie, odróżniając od siebie publiczne użycie rozumu od prywatnego użycia rozumu Kant przyznaje, że w tym drugim przypadku istnieć mogą stanowione społecznie granice i że nie jest to przeszkoda dla postępu Oświecenia. 

"Użytkiem prywatnym natomiast nazywam taki jego użytek, jaki wolno zeń
czynić człowiekowi na powierzonym mu publicznym stanowisku czy urzędzie. Rzecz ma się tak, że w pewnych sprawach zahaczających o interesy społeczności konieczny jest pewien mechanizm, przy którym wystarczy, by niektóre człony tej społeczności zachowywały się choćby tylko pasywnie, aby rząd mógł, przez stworzoną w ten sposób sztuczną jedność, skierować je ku celom publicznym albo przynajmniej powstrzymać od zniszczenia tych celów. W tych sprawach jakieś zastanawianie
się jest oczywiście niedozwolone; trzeba słuchać. O ile jednak jakaś część tej maszyny uważa siebie za człon wspólnoty, a nawet za człon wspólnoty światowej, to jednostka taka, o ile w charakterze uczonego zwraca się za pośrednictwem swoich pism do publiczności w właściwym tego słowa rozumieniu, ma bez wątpienia prawo do
rozumowania - oczywiście bez narażania na szwank tych interesów, w których realizowaniu bierze udział jako pasywne ogniwo. Byłoby oczywiście rzeczą bardzo szkodliwą, gdyby oficer, któremu przełożony coś polecił, chciał na służbie głośno zastanawiać się nad pożytecznością czy celowością tego rozkazu; obowiązkiem jego jest słuchać. Nie można mu jednak - i to całkiem słusznie - zabronić, by jako uczony
nie pisał o błędach w dziedzinie służby wojskowej i uwagi swe przedkładał publiczności do oceny. Obywatel nie może odmówić płacenia nakładanych nań podatków; złośliwa krytyka podatków - o ile jest się samemu zobowiązanym do ich płacenia - mogłaby nawet jako skandal (mogący wywołać powszechną odmowę płacenia podatków)
podlegać karze. Ale ten sam obywatel nie narusza w niczym obowiązków obywatelskich, kiedy jako uczony publicznie wyraża swoje zdanie o niestosowności czy niesprawiedliwości takich podatków. Podobnie zobowiązany jest duchowny uczyć swoich uczniów katechizmu i wygłaszać wiernym kazania zgodnie z symbolami wiary
kościoła, któremu służy; na tych warunkach bowiem został przyjęty. Jako uczony jednak ma on zupełną swobodę, a nawet powołany jest do tego, by wszystkie swoje dokładnie przemyślane i dobrymi chęciami ożywione myśli o błędach w tych symbolach oraz swoje propozycje naprawy instytucji religijnych i kościelnych zakomunikować publiczności. Nie ma w tym nic takiego, co można by uważać za niezgodne z jego sumieniem. To bowiem, o czym naucza z racji swego urzędu jak pełnomocnik kościoła, określa on sam jako rzecz, w stosunku do której nie posiada wolności nauczania według własnego widzimisię, bo na swój urząd przyjęty został po to, by wykładać zgodnie z przepisami i w cudzym imieniu. Będzie on mówił: kościół nasz naucza
tak a tak i takie są dowody, którymi się posługuje; następnie ukaże on gminie swej wszystkie praktyczne korzyści, płynące z tez, których sam nie podpisałby może z pełnym przekonaniem, ale do których wyłożenia mógł się jednak zobowiązać, jako że nie jest rzeczą zupełnie niemożliwą, by w tezach tych zawarta była jednak prawda, a w każdym razie nie ma w nich nic takiego, co byłoby sprzeczne z wewnętrznym poczuciem religijnym. Gdyby bowiem sądził, że tezy te sprzeczność taką w sobie zawierają, nie mógłby z czystym sumieniem zajmować swego urzędu; musiałby zeń zrezygnować. Użytek, jaki sprawujący swój urząd duszpasterz czyni wobec wiernych ze swego rozumu, jest użytkiem tylko prywatnym, gmina bowiem jest zawsze zgromadzeniem domowym, choćby bardzo dużym, i w odniesieniu do takiego zgromadzenia nie posiada on jako kapłan i nie może posiadać wolności nauczania, gdyż w danym wypadku wykonuje tylko obce zlecenie.
 ***
Czy takie postawienie sprawy nie jest wyrazem służalczości względem państwa czy instytucji społecznych? Czy nie stoi w sprzeczności z ideą Oświecenia? Czy nie powoduje, że wolność i samodzielność myślenia staje się tylko mało znaczącym dodatkiem od obywatelskiego posłuszeństwa?
Przyznam szczerze, że te i podobne pytania nurtują mnie od dawna.
Odpowiedź na nie jest pewnie kwestią optyki.
Ostatnimi czasy tekścik Kanta dopada mnie przy okazji studiowania pracy Tadeusza Cegielskiego o Konstytucjach Andersona

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wolnomularstwo powstaje jako element dojrzałego Oświecenia angielskiego. Twórcy Wielkiej Loży należeli do środowiska New Science, należeli bądź mieli związki ze środowiskiem Królewskiego Towarzystwa Naukowego, byli zatem zaangażowani w budowanie nowego sposobu patrzenia na rzeczywistość. Samodzielność intelektualna i autonomia moralna stanowiły dla nich wartości, o które należy zabiegać. Aspekt moralnego i intelektualnego doskonalenia, rozpoznawania swoich granic i przekraczania ich jest zresztą do dziś konstytutywnym elementem wolnomularskiej pracy nad "ociosywaniem kamienia", jakim jest każdy z nas.
Bez wahania można rzec, że Kantowskie poglądy na Oświecenie są zgodne z najgłębszymi przekonaniami wolnomularskimi. Czy tak samo jest z zapatrywaniami Kanta na domenę "prywatnego użycia rozumu"?
O dziwo - tak. Odwołam się tutaj do dwóch fragmentów z Konstytucji Andersona, które po latach zawirowań stanowią dzisiaj "biblię masonerii".
.1. DOTYCZY BOGA I RELIGII
Wolnomularz powinien, z tytułu swojej przynależności, przestrzegać Prawo Moralne i jeżeli dobrze rozumie zasady Sztuki nie będzie nigdy bezmyślnym ateistą ani libertynem nie uznającym żadnej religii. W dawnych czasach Wolnomularze we wszystkich Krajach musieli praktykować Religię ich kraju czy narodu, jakakolwiek by ona nie była; obecnie, kiedy każdy ma prawo do własnych poglądów, bardziej wskazane jest nakłanianie do przestrzegania Religii, co do której wszyscy ludzie są zgodni. Polega ona na tym, aby być dobrym, szczerym, skromnym i honorowym, niezależnie od tego, jak się człowiek nazywa i jakie jest jego wyznanie. Wynika stąd, że Wolnomularstwo jest ośrodkiem zjednoczenia i sposobem na zawiązywanie szczerych przyjaźni między osobami, które w innych okolicznościach nie mogłyby utrzymywać bliskich stosunków między sobą.

.2. DOTYCZY WŁADZY ADMINISTRACYJNEJ CYWILNEJ, NAJWYŻSZEJ I PODLEGŁEJ
Wolnomularz jest spokojnym poddanym Władz cywilnych, gdziekolwiek by nie mieszkał czy pracował. Nie bierze nigdy udziału w spiskach i sprzysiężeniach, które mogłyby godzić w pokój i dobro narodu. Jest posłuszny niższym władzom administracyjnym. Ponieważ wojna, rozlew krwi i zamieszki zawsze szkodziły Wolnomularstwu, dawni Królowie i Książęta tym bardziej byli skorzy do popierania ludzi przynależących do Wolnomularstwa z racji na ich spokojne usposobienie i wierność. Tak więc Bracia odpowiadają czynami swoim przeciwnikom i sprawiają, że z każdym dniem wzrasta honor Bractwa, które zawsze kwitnie w czasie pokoju. Dlatego też, gdyby zdarzyło się Bratu zbuntować przeciwko Państwu, nie powinien on być wspierany w tym swoim buncie. Niemniej jednak można by mu współczuć jako nieszczęśliwemu człowiekowi : I pomimo że wierne Bractwo powinno potępić jego bunt i nie dawać na przyszłość powodów do nieufności czy zazdrości politycznej Rządowi, to jeżeli nie zostałby uznany winnym żadnego innego przestępstwa, nie mógłby zostać wykluczony z Loży i jego stosunki z nią nie mogłyby zostać anulowane.
  
***
Jakie znaczenie mogły mieć te zapisy?
Idąć za prof. Cegielskim wskaże tu dwie ważne dla wolnomularstwa i Oświecenia idee: tolerancję oraz "latitudarianizm"

Celem artykułu pierwszego jest zbudowanie takiej perspektywy, w ramach której będą mogli spotykać się protestanci z katolikami, Żydami, heterodoksami lub osobami nie podzielającymi żadnej z tych wiar. W kontekście XVIII wieku zastosowany zapis chronić miał wolnomularzy przed agresją zarówno ze strony fundamentalistycznie nastawionych religiantów, jak i fundamentalistycznie nastawionych ateistów; zwracał też uwagę, że pod warstwą symboli właściwych dla danej religijnej denominacji kryje się symbolika znacznie głębsza, pozwalająca na budowę wspólnej, humanistycznej perspektywy. Cegielski podkreśla, że artykuł I nie nakazuje kategorycznie wiary w jakąś religię naturalną, ale że - odsyłając do idei religii jako fundmentalego prawa moralnego (czy tak samo nie twierdzi Kant???) - stara się zbudować machanizm iknluzji: możliwości włączenia i zaangażowania w urzeczywistnianie ideałów humanistycznych wszystkich Anglików, bez względu na to, z której z rywalizujących ze sobą opcji religijnych pochodzą.

Latitudarianizm z kolei to postawa światopoglądowa i praktyka polityczna, której celem jest szukanie kompromisu społecznego, politycznego i religijnego. Wydaje się, że kompromis - jako narzędzie demokratyzacji - ma na celu takie rozładowanie napięć społecznych, które w formie przepisów prawnych godzi racje wielu stron, gwarantując możliwość wszechstronnego praktykowania swojej wolności. Jest wyrazem wiary w republikańskie formy rządów, a także przekonania, że możliwy jest "wieczny pokój" między narodami ustanawiany nie na drodze walki, ale rozumnego (więc także moralnego) działania. Tak rozumianą ideę "wiecznego pokoju" wyłożył Kant w traktacie O wiecznym pokoju.
Jak sądzę właśnie w takim duchu należy interpretować artykuł II Konstytucji Andersona, a także stosowne fragmenty rozważań Kanta na temat Oświecenia. Być może chodzi tu o zwrócenie uwagi na to, że walka wyniszcza, a konspiracja, budząc nieufność władzy, budzi podejrzliwość wobec idei humanistycznych. (O tym, że nieufność i strach mogą skutecznie zniechęcać do pracy na rzecz urzeczywistniania takich ideałów dowodzą choćby kampanie antymasońskie i antyżydowskie - np. Protokoły Mędrców Syjonu -, wdrukowujące w podświadomość zbiorową poczucie zagrożenia, lęku, przekonania o tym, że za demokratyzacją i postawą humanistyczną drzemie chęć przejęcia władzy nad światem i uczynienia z ludzi niewolników). Cegielski podkreśla, że Anderson negatywnie ustosunkowuje się do spisków, nie neguje jednak "wywrotowych idei", które do spisków mogą prowadzić. Podobnie zresztą czyni Kant. Idee te - wpisane w działalność związaną z "publicznym użytkiem rozumu" - mają pełne prawo obywatelstwa w dyskusjach toczonych na forach publicznych. Zostają zatem poddane rozumowej ocenie i w wyniku racjonalnego konsensu mogą mieć przełożenie na porządek prawa. W odniesieniu do Andersona Cegielski zwraca także uwagę, że zapis Konstytucji świadczy o koncentracji na długofalowych celach. Zapis ten świadczyć miał o sojuszu wolnomularstwa z nieokrzepłą na angielskim tronie dynastą hanowerską, aktywizując biernego dotąd monarchę do wytężonej ale spokojnej pracy na rzecz Królestwa. Być może podobne cele miał na oku Kant dostrzegając szansę na zmiany nie w przelewie krwi, ale odpowiedniej motywacji rządzących. 

***
Literackim ucieleśnieniem tych ideałów jest dla mnie Pamiętnik znaleziony w Saragossie. Przedstawiono w nim drogę intelektualnego i moralnego dojrzewania, inicjację w wolność. Elementem konstytutywnym tych zmian były zaś takie wartości jak honor i wierność.

Zapewne niepokoju, jaki wywołuje we mnie napięcie w tekście Kanta, nie uda mi się całkowicie wyrugować.  Być może takie napięcie jest inherentną cechą demokracji. 
Tak czy owak zachęcam, by pochylić się nad tym tekstem. I zapytać, czym dla każdego z nas jest wolność i odwaga myślenia. 


środa, 12 marca 2014

CZY KRZYŻ MOŻE BYĆ TALIZMANEM? LIST DO ABP. JĘDRASZEWSKIEGO


Księże Arcybiskupie,
z uwagą wysłuchałem listu przeznaczonego na pierwszą niedzielę Wielkiego Postu. Szczególną radość sprawiły mi fragmenty dotyczące symbolu krzyża, najważniejszego spośród znaków używanych w życiu chrześcijanina.
Z tym większym smutkiem patrzyłem kolejny raz na wywieszony w kościelnej gablocie plakat Czy wiesz, co nosisz? Zdaniem autorów przestrzega on przed pogańskimi symbolami, które niosą człowiekowi zagrożenie duchowe.

Nie kryję, że takie postawienie sprawy wydaje mi się błędne teologicznie. Jak sądzę trudno uznać, że jakikolwiek przedmiot czy symbol działa na człowieka sam w sobie. Namysł nad statusem symbolu czy znaku pokazuje, że koniecznym elementem ich oddziaływania jest świadoma interpretacja czy rozumienie, które mogą wydobywać z symbolu rozmaite znaczenia.  Nie to jest jednak dla mnie najbardziej istotne.

W zestawie „pogańskich” i niebezpiecznych znaków znalazły się dwa sposoby przedstawiania krzyża – krzyż słoneczny (celtycki) oraz krzyż Ankh. Napisano o nich:
Krzyż celtycki „Symbolizuje most do innego świata, wyższej energii i wiedzy. Zgodność człowieka z wszechświatem. Poprzeczne ramiona znaku oznaczają świat niematerialny, ramię pionowe świat fizyczny, ziemski. Do tego dochodzi oparte na ramionach koło, symbol jedności i kompletności. Krzyż celtycki wywodzi się z wierzeń pogańskich, współcześnie nawiązują do niego neopoganie i nacjonaliści. Skinheadzi korzystają ze znaku w zastępstwie zakazanej swastyki. Istnieje „schrystianizowana” forma krzyża z przedłużonym dolnym ramieniem (widoczna na ilustracji obok). W takim razie czy można go nosić? Więcej na ten temat znajdziesz”.
Krzyż Ankh „wywodzi się ze starożytnej kultury egipskiej, gdzie, jako hieroglif, oznaczał życie, płodność lub zapłodnienie przez boga - słońce. Związany był z wyobrażeniami o przezwyciężeniu śmierci, z czego powstała nazwa „klucz życia". W ostatnich czasach stał się talizmanem niektórych grup zajmujących się okultyzmem i wiedzą tajemną, dla których symbolizuje rozwiązłość seksualną. Symbol pogardy dziewictwa i symbol możliwości wyboru partnera według osobistego uznania. Jest to zwrot do starożytnego pogaństwa, w którym praktykowano rytualne hulanki, orgie, itp. Ze względu na swój kształt przypominający krzyż, niejednokrotnie jest noszony przez nieświadomych chrześcijan”.

Takie postawienie sprawy wydaje mi się całkiem nietrafne oraz siejące niepotrzebny zamęt.
Krzyż celtycki i krzyż Ankh weszły bowiem do tradycji chrześcijańskiej jeszcze w starożytności. Trzeba bowiem pamiętać, że dominujące obecnie wyobrażenie krzyża rozpowszechniło się na fali devotio moderna, wcześniej – obok symbolu męki – krzyż odnoszony był także do kosmicznego drzewa życia, do tronu, na którym zasiadał Chrystus w królewskim majestacie, łączony był z symbolami słońca. Ankh wykorzystali chrześcijanie koptyjscy, co nie może dziwić z racji ich etnicznego pochodzenia. Krzyż słoneczny – nie „schrystianizowany”, jak piszą autorzy plakatu, ale schrystianizowany, opisany ikonami, jest częścią życia chrześcijańskiego prawosławia.

Trudno zrozumieć, dlaczego pominięta została ta tradycja patrzenia na symbole. Trudno także zrozumieć, dlaczego rozpowszechniane w archidiecezji plakaty odbiegają od nauczania Vaticanum II i wiedzy eklezjologicznej.   Ojcowie Soborowi podkreślali, że prawdy Boże rozsiane są także poza instytucjonalnym Kościołem rzymsko-katolickim, że religie postrzegać trzeba na zasadzie koncentrycznych kręgów, a nie na zasadzie zupełnej rozłączności, że uczciwe poszukiwanie prawdy, w tym więc także odczytywanie sensów symboli, którymi się posługujemy, jest „przygotowaniem do Ewangelii”.

Starożytność nie znała takich obaw, włączając symbole przed-chrześcijańskie do kultu i chrześcijańskiego życia. Jak sądzę, naszym zadaniem jest przypominanie i chronienie bogactwa tej tradycji, także w odniesieniu do symboli wyrażających złożone znaczenie  krzyża.
Jestem również głęboko przekonany, że nie można budzić lęku przed osobami noszącymi inkryminowane symbole. Działanie takie jest w moim odczuciu sprzeczne z zapisami Dignitatis Humanae, gdzie czytamy: „Obecny Sobór Watykański oświadcza, iż osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej. Tego zaś rodzaju wolność polega na tym, że wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu zestrony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie przymuszano do działania wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w działaniu według swego sumienia prywatnym i publicznym, indywidualnym lub w łączności z innymi, byle w godziwym zakresie”.

Treści propagowane na plakatach dostępnych w kościołach trzeba, w moim odczuciu, w istotny sposób skorygować.