wtorek, 12 kwietnia 2016

SPUŚCIZNA PO LECHU KACZYŃSKIM: MIĘDZY PATRIOTYZMEM KONSTYTUCYJNYM A NOWOMOWĄ

W 2010 r. nakładem Kancelarii Prezydenta ukazała się książka Warto być Polakiem — Idea i Myśli Lecha Kaczyńskiego. W kontekście katastrofy w Smoleńsku

„naturalnemu w warunkach dojrzałej demokracji szacunkowi, jaki winni jesteśmy głowie państwa, towarzyszy także wola podjęcia refleksji nad spuścizną prezydentury Lecha Kaczyńskiego. My wszyscy – i ci, którzy prezydenta aktywnie popierali, współpracowali z nim, podzielali jego wizję państwa, i ci, którzy zachowywali krytyczny dystans i wchodzili z prezydentem w spór– mamy dziś szansę odkryć tę prezydenturę. Mamy szansę oddać jej sprawiedliwość i, niezależnie od dzielących nas naturalnych różnic, uznać ją za wspólne dobro naszego odrodzonego państwa”

— pisał Maciej Łopiński we wstępie do j książki. Zauważał także:

„W swoim postrzeganiu narodu jako otwartej wspólnoty obywateli prezydent Ka­czyński wpisywał się w nurt patriotyzmu, zwanego w niektórych współczesnych teoriach po­lityki – choćby u Jürgena Habermasa – „konstytucyjnym”: patriotyzmu nowoczesnego, reflek­syjnego i otwartego. Sam Kaczyński wielokrotnie i bardzo precyzyjnie odróżniał swoje pojęcie patriotyzmu od ciasnego, wojującego szowinizmu. Ta druga postawa oparta jest na negacji i prowadzi do destrukcji, podczas gdy pierwsza buduje i wzbogaca. I choć prezydent tak wiele miejsca i wysiłku poświęcił docenianiu tych form patriotyzmu, które przejawiały się w hero­icznych postawach podczas wojny, okupacji, powstania warszawskiego i innych militarnych zmagań, to przecież pod pojęciem patriotyzmu rozumiał także, a może przede wszystkim, pa­triotyzm dnia codziennego. Ten właśnie, który stopniowo i systematycznie wznosi najważniej­szą narodową budowlę: państwo”.

Przywołana przez Łopińskiego koncepcja Habermasa wciąż nie jest w Polsce szerzej znana, mimo że powstały publikacje, które jej dotyczą. Wymienić tu trzeba zwłaszcza książkę Grzegorza Wąsiewskiego Koncepcja "patriotyzmu konstytucyjnego" Jürgena Habermasa : w kręgu poszukiwań modelu ustrojowego Unii Europejskiej, popularno-naukowy artykuł Adama Gałamagi Patriotyzm konstytucyjny. Trzeba także wspomnieć o ważnym zbiorze tekstów Habermasa wydany przez Uniwersytet Łódzki pt. Rzecz o kondycji i ustroju Unii Europejskiej. Gałamaga pisze słusznie, że patriotyzm konstytucyjny odrzuca esencjalistyczną koncepcję narodu, odwołującą się do więzów krwi i pochodzenia etnicznego (czy czystości etnicznej), na rzecz koncepcji konstruktywistycznej, związanej z działaniem obywateli w ramach zakreślonych przez ustawę zasadniczą. Źródłem patriotyzmu konstytucyjnego jest zatem przekonanie,

„że porządek prawny oparty na wolności i demokracji jest z punktu widzenia członka wspólnoty narodowej słuszny i warty aktywnego poparcia. Zabezpieczenie tego porządku leży w bezpieczeństwie obywateli, bo umożliwia im ono partycypację w polityce wspólnoty. Taki patriotyzm staje się formą zgody pomiędzy obywatelami oraz szczególnym rodzajem umowy społecznej.  Jan-Werner Müller, autor obszernej pracy na ten temat, definiuje pojęcie patriotyzmu konstytucyjnego w taki sposób: «patriotyzm konstytucyjny (...) określa ideę, która głosi, iż polityczne przywiązanie powinno koncentrować się na normach, wartościach, i pośrednio na procedurach konstytucji liberalnej demokracji»”.

Ważnym elementem patriotyzmu konstytucyjnego jest także przejrzystość działań, zarówno władzy, jak i obywateli, która gwarantuje kontrolę obywatelską nad przestrzeganiem praworządności, a więc podtrzymywania konstytucyjnego ładu państwa. Tak — jak sądzę — widział te kwestie Lech Kaczyński, który tak pisał w liście na obchody 20-lecia ustanowienia Rzecznika Praw Obywatelskich:

"Można zaryzykować twierdzenie, że państwa autentycznie praworządnego, sprawiedliwego nie da się wznieść inaczej niż na fundamencie wolności i prawdy. Nie należy jednak zapominać, że idea wolności może z łatwością wyrodzić się w swoje przeciwieństwo, jeśli urządzenia i instytucje państwa nie będą wspierać się na prawdzie. Prawda w przestrzeni publicznej oznacza zaś przejrzystość działań w ich wszystkich wymiarach – oznacza niezakłamaną pamięć o przeszłości, o historii; oznacza wolną od manipulacji sferę publiczną, a zatem dostęp do prawdziwej informacji w toczących się aktualnie debatach; oznacza wreszcie rzetelność składanych publicznie deklaracji i obietnic na przyszłość".

Podobnie odczytuję Jego słowa dotyczące Trybunału Konstytucyjnego:

"Trybunał Konstytucyjny jako instytucja kontroli konstytucyjności (...) jest instytucją utrwaloną w kulturze europejskiej. (...) tam gdzie istnieje praworządne państwo, tam istnieją i organy kontroli konstytucyjności. Nawet jeżeli w moim przekonaniu każda władza może podlegać krytyce, a więc także i Trybunał, to jest to władza, której istnienie, kompetencje są co do zasady niepodważalne. To też niezwykle wzmacnia pozycję tych, którzy funkcje sędziów Trybunału objęli. Zdaję sobie sprawę, że między różnymi organami władzy, organami władzy sądowej, władzy wykonawczej, ustawodawczej bywają napięcia. To jest rzecz normalna w demokracji. Jest również rzeczą normalną, że orzecznictwo Pań i Panów sędziów może być przedmiotem dyskusji. Ale nie zmienia to faktu, że ta dyskusja, szczególnie po wydaniu orzeczenia, ma jedynie teoretyczny charakter, ponieważ zgodnie z naszą Konstytucją orzeczenie takie ma moc powszechnie obowiązującą. To kolejny dowód na ogrom Pań i Panów władzy. Wspominam o tym dlatego, że w trakcie uroczystości, która wiąże się ze zmianą na stanowisku prezesa Trybunału, z powołaniem jednej piątej składu sędziów Trybunału, o takich rzeczach wspominać należy".

"Trybunał Konstytucyjny jest nieodłączną częścią systemu ustrojowego państwa prawnego, a więc był, jest i pozostanie, dopóki Polska będzie miała taki charakter. Miejmy nadzieję, że na zawsze".

Lecha Kaczyński w pierwszej z wypowiedzi zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt patriotyzmu konstytucyjnego — na demokratyczną debatę o ważnych dla państwa problemach, którą toczyć należy zawsze w kontekście konstytucji.  Tak widzi to Habermas:

"Państwo praworządne o demokratycznej konstytucji nie tylko stoi na straży negatywnych wolności troszczących się o swoje własne dobro obywateli jako członków społeczeństwa. Wraz z uwolnieniem komunikacyjnych możliwości mobilizuje ich również jako obywateli państwa do uczestnictwa w publicznym sporze dotyczącym rzeczy, które obchodzą wszystkich. Upragniona «jednocząca więź» jest demokratycznym procesem, w którym ostatecznie właściwe rozumienie konstytucji staje się przedmiotem dyskusji".

Habermas podkreśla, że więź obywatela z konstytucją nie może być czymś abstrakcyjnym, ale realizuje się w określonym kontekście społecznym i historycznym. Mówiąc inaczej — realizuje się w polu naszej codzienności. Pisząc o «jednoczącej więzi» demokratycznej procedury, którym jest spór o rzeczy ważne w kontekście konstytucji, myśli on o więziach solidarności obywatelskiej, które przekształcają jednostki w społeczeństwo. Przy czym jest tak w społeczeństwach postmetafizycznych, to znaczy takich, które nie mają ugruntowania w Bogu, Rozumie lub Prawach Dziejowych, ale wywodzą się ze współdziałania ludzi. Cechą charakterystyczną tego typu społeczeństw jest ich inkluzywny charakter. To znaczy dążenie do wyeliminowania społecznych wykluczeń tak, by wolni i równi wobec prawa obywatele mogli mieć wpływ na porządek społeczny. Wiąże się to, między innymi, z tym, że obywatele wykazują chęć uczenia się od siebie. To znaczy słuchają partnerów demokratycznej deliberacji i w świetle ich poglądów dokonują obrachunku własnych przekonań, diagnozują ich granice. Aby taka dyskusja była możliwa, należy szanować ludzką godność i traktować ją jako nienaruszalną. Gwarantem godności są — rzecz jasna — prawa człowieka, których katalog nie jest zamknięty. Obok praw człowieka ważnym punktem odniesienia dla patriotyzmu konstytucyjnego jest również prawo międzynarodowe. Na szczególną uwagę zasługują tu wartości, które Polska przyjęła ratyfikując Traktat Lizboński, zwany niekiedy konstytucją UE.
Artykuł 1a tego Traktatu stanowi:

„Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn”.

Na temat Traktatu tak wypowiadał się Lech Kaczyński:

„Unia Europejska dokonała w roku 2007 olbrzymiego postępu. Mówię to z pełną odpowie­dzialnością; mówię zarówno do tych, którzy byli niezwykle sceptyczni, którzy uważają obecne rozwiązania traktatu lizbońskiego za zbyt daleko idące, jak i do tych, którzy byli entuzjastyczni i uważali, że czas na wprowadzenie europejskiego traktatu konstytucyjnego. […] To, co zostało osiągnięte w Brukseli w czerwcu zeszłego roku i podpisane w Lizbonie […] – to jest to, co odpo­wiada dzisiejszemu stanowi Europy (Przemówienie na spotkaniu z Korpusem Dyplomatycznym w Pałacu Prezydenckim, 16 stycznia 2008 roku)”.

„Praktyka najbliższych dwóch, może trzech lat odpowie nam na pytanie, czym naprawdę jest Traktat lizboński. Polska w sposób niezmienny opowiada się za tym, aby ten traktat […] był pod­stawą do ściślejszej integracji niepodległych państw. […] Jeżeli pytamy o podstawowe kierunki działania Unii Europejskiej, to musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wielki program mo­dernizacji Unii Europejskiej będzie pogłębiał różnice w Unii Europejskiej, czy będzie pogłębiał jej spójność. […] Postęp, jeżeli chodzi o innowacyjność i modernizację, jest niezmiernie potrzeb­ny. Ale spójność jest również potrzebna Europie. Jest potrzebna dla równowagi i harmonijnej współpracy. Unia od strony prawnej i faktycznej wymaga pogłębienia wewnętrznej demokracji, rozumianej także jako relacja między państwami mniejszymi, średnimi i większymi” (Wystąpienie na spotkaniu z Korpusem Dyplomatycznym w Pałacu Prezydenckim, 2 lutego 2010 roku).

Do tak rozumianego dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego z chęcią się przyznaję. Mam jednak wrażenie, że pozostaje ono co najwyżej „dziedzictwem papierowym”. Prawo i Sprawiedliwość, które z przyczyn oczywistych zawłaszczyło spuściznę Lecha Kaczyńskiego, jest najdalej jak to tylko możliwe tak od patriotyzmu w modelu konstytucyjnym, jak i od przejrzystości działań władz czy poszanowania fundamentalnych wartości ustrojowych Polski czy wartości, które leżą u podstaw zreformowanej Unii Europejskiej. Styl rządów PiS zdecydowanie bliższy jest działaniom i propagandzie władz PRL. Widać to choćby po stosowaniu tzw. nowomowy, którą Michał Głowiński uznał za „wysłowienie totalitarne w jego wersji komunistycznej”. Nowomowa była oficjalnym językiem państw realnego socjalizmu i — śmiem twierdzić — staje się oficjalnym językiem władz RP. Za Głowińskim przyjmuję następującą charakterystykę nowomowy:

1.     „W obrębie nowomowy znaki wartości dominują nad znaczeniem. A więc najważniejsze jest to, aby wyrażenia były aksjologicznie wyraziste, by narzucały podziały dychotomiczne […]”. Przykładem takiej nowomowy mamy ostatnio wiele, za przykład niech służy wystąpienie Andrzeja Dudy w Otwocku, o którym pisałem wcześniej.
2.     „Nowomowa stanowi połączenie elementów pragmatycznych i rytualnych” Element pragmatyczny wiąże się z propagandowym charakterem nowomowy, element rytualny zaś pozwala w niektórych sytuacjach na połączenie przekazu ideologicznego z pozornym zachowaniem państwowych rytuałów. Głowiński jako przykład podaje przemówienia z lat 60.,  gdzie propaganda nacjonalistyczna sąsiadowała z rytualnym odwołaniem do idei internacjonalistycznych. Przykładem połączenia pragmatyzmu z rytuałem były obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej. Z jednej strony Andrzej Duda nawoływał do przebaczenia, z drugiej — Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński piętnowali „wraże siły”, którym będzie można przebaczyć dopiero wtedy, gdy przyznają się do winy i zostaną ukarane. Ewie Stankiewicz wymarzył się nawet powrót do kary śmierci, którą należałoby być może ukarać Donalda Tuska.
3.     „W nowomowie odgrywa wielką rolę żywioł magiczności. Zadaniem języka nie jest opisywanie czy poznawanie rzeczywistości, ale jej swoiste tworzenie w słowie, tak by była zgodna z założeniami ideologicznymi i obowiązującymi w danej chwili tezami propagandy”. Prowadzi to między innymi do konsekwentnego zacierania stwierdzeń o faktach i postulatów. Przykładem, znów rocznicowym, może być forsowanie przekonania, że Lech Kaczyński poległ w Smoleńsku, co pozwala czynić z niego bohatera, który zginął za Ojczyznę.
4.     Z nowomową wiąże się też arbitralność decyzji związana z tym, że pewne określenia się promuje, a inne wycofuje z użycia.  Przykładem może być tu mowa o dżenderyzacji dzieci w kontekście edukacji seksualnej.

W konsekwencji nowomowa jest czymś z gruntu „antykomunikacyjnym”; jest ona „z istoty” jednogłosem. Nie chodzi w niej bowiem o dialog, spór, poszukiwanie konsensu, współdziałanie z obywatelami itp., ale o narzucenie jednej i jedynie słusznej wizji rzeczywistości. Nowomowa pełni w jakimś sensie rolę konstytucji, jest bowiem „uniwersalnym metajęzykiem”, to znaczy, że używa się jej do oceny wypowiedzi funkcjonujących w sferze publicznej. Nowomowa stanowi tedy narzędzie takich partii politycznych, które roszczą sobie prawo do oceny słuszności i regulowania tego wszystkiego, „co wchodzi w obręb życia społecznego”.

Ilustracją takiego działania nowomowy PiS może być spór o Trybunał Konstytucyjny, gdzie ocenie z „jedynie słusznej” perspektywy podlegają opinie i uchwały licznych instytucji związanych z prawem (Komisja Wenecka, TK, Sąd Najwyższy, opinie decydentów unijnych, uniwersyteckich wydziałów prawa). Do nowomowy zaliczyłbym także deklaracje, że politycy i funkcjonariusze PiS kontynuują dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego. Widać to było doskonale w trakcie wczorajszych uroczystości. Osoby, które trzymały transparent z wizerunkiem Lecha Kaczyńskiego i fragmentem jego wypowiedzi o TK musiały być zabezpieczone przez policję przed reakcją zwolenników PiS. Ci ostatni skandowali: czerwona hołota, Targowica, ubecja… 

niedziela, 3 kwietnia 2016

KOBIETA JAKO ZWIERZĘ-MASZYNA. KARTEZJUSZ, AUGUSTYN I GWAŁTY

Ostatnio przez moją facebookową tablicę przewinął się kolejny szokujący news — saudyjscy naukowcy ustalili, że kobieta to ssak. Oznacza to awans społeczny — kobieta nie jest już rzeczą, ale przysługują jej takie same prawa jak zwierzętom.
Wiadomość ta to nie lada gratka. Pozwala bowiem na umocnienie negatywnego obrazu muzułmanów w naszym społeczeństwie, dostarcza argumentu przeciw tzw. „lewactwu” (no bo jak to, bronicie jednocześnie praw kobiet i uchodźców-islamistów?), a w końcu pozwala nam czuć się światłymi i moralnymi ludźmi.
Pytanie tylko, czy tak jest naprawdę?

Kartezjusz, którego uznaje się często za jednego z założycieli nowoczesności, był zdania, że zwierzęta to mechanizmy*.

„Nie wyda się to zgoła dziwne tym, którzy wiedzą, jak wiele różnych automatów, czyli poruszających się maszyn, ludzka przemyślność zdolna jest wytworzyć, posiłkując się bardzo niewielką liczbą części w porównaniu do wielkiej mnogości kości, mięśni, nerwów, tętnic, żył i wszystkich innych składników znajdujących się w ciele każdego zwierzęcia; będą oni uważali ciało za maszynę, która jako wykonana ręką Boga jest nieporównywalnie lepiej urządzona i ma w sobie ruchy bardziej zadziwiające aniżeli jakakolwiek z maszyn wymyślonych przez człowieka 
— pisał w Rozprawie o metodzie.  Kryterium, które pozwala odróżnić człowieka od zwierzęcia jest dla Kartezjusza mowa. Nie jest rzecz jasna tak, że maszyna nie może wysyłać w świat żadnych komunikatów, nie pozwalają one jednak jego zdaniem na nawiązanie realnej komunikacji, która wydarza się między podmiotami. Jeżeli zwierzęta cokolwiek komunikują, to jest to reakcja na to, co — jak pisze Jerzy Kopania — „faktycznie ma miejsce”, a nie wymiana abstrakcyjnych „z natury” myśli.

„okrzyk bólu, jaki możemy usłyszeć raniąc, czy uderzając zwierzę, według Kartezjusza nie jest okrzykiem bólu, a jedynie dźwiękiem dzwoniących sprężyn czy uderzających o siebie krążków, jaki możemy usłyszeć, upuszczając zegarek czy mechaniczną zabawkę. […] zwierzęta i mechanizmy mogą wykonywać tylko te czynności, do których zostały zaprojektowane. Orfeusz w królewskich ogrodach nie odwróci się do zwiedzających i nie pomacha do nich ręką, może jedynie powtarzać ten sam ruch – przebierać palcami po strunach liry. Natomiast istoty świadome mogą wykonywać rozmaite czynności dzięki procesom myślowym

— komentuje myśl Kartezjusza Stanley Coren.

Czy nie taki jest status kobiety? I czy obecnie nie chodzi o to, by status ten usankcjonować w polskim prawie? Myślę tu, rzecz jasna, o próbie zaostrzenia prawa aborcyjnego, które i w obecnie obowiązującej postaci jest mocno restrykcyjne. Próbuje się dziś odmówić kobiecie prawa do decydowania o płodzie w sytuacji, gdy została zgwałcona, gdy mamy do czynienia z ciążą pozamaciczną, gdy sam płód ma ciężkie wady. Kobieta będzie także ścigana prawnie za nieumyślne spowodowanie „śmierci dziecka poczętego”, czyli zasadniczo za poronienie.
W zapisach tych, skrzętnie wspieranych przez episkopat, widzieć jakikolwiek sens, należy uznać, że kobieta jest maszyną, zwierzęciem-maszyną. Owszem, może reagować na gwałt okrzykami bólu, może przeżywać emocjonalne cierpienie czy nawet traumę, ale należy to traktować jako reakcje maszyny na bodziec, a nie doświadczenie świadomego i obdarzonego wolną wolą podmiotu, który decydować będzie, jaki jest najwłaściwszy sposób wyjścia z traumy. Świadomy i obdarzony wolą podmiot, czyli człowiek, czyli mężczyzna, wie to zresztą dobrze: kobieta została zaprojektowana po to, by rodzić dzieci, wychowywać dzieci i trwać przy mężu. Jasne, najlepiej by było, gdy mogła zajść w ciążę i rodzić w komfortowych warunkach, ale ten warunek można ograniczyć. Jako zwierzę-automat i tak nie odczuwa traumy „do trzewi rozumu”, „do głębi duszy”, jest więc w stanie działać skutecznie nawet, jeśli dozna chwilowego zakłócenia w obsłudze. Czyż inaczej można zinterpretować słowa Gerturdy Himmelbarb (!) ochoczo i z pełna aprobatą podjęte przez Tomasza Terlikowskiego:

„Wpływ rozwodu i samotnego rodzicielstwa na dziecko jest o wiele bardziej subtelny i dalekosiężny niż wpływ fizycznego molestowania.

Odłóżmy na bok Kartezjusza by sięgnąć do tekstu Ojca Kościoła. W Państwie Bożym Aureliusz Augustyn obficie rozprawia bowiem na temat gwałtów. Gwałt nie czyni kobiecie żadnej ujmy, o ile mu się sprzeciwia. Nie można bowiem wtedy obarczyć ją grzechem za pokalania czystości. „Dopóki ta wola niezłomną pozostaje i stałą, choćby ktoś inny nie wiem, co z ciałem czy w ciele wyprawiał nie ma w tym winy cierpiącego, jeśli uniknąć tego środkami niegrzecznymi nie może”. Dlatego nie można nie uznać za grzech samobójstwa popełnionego przez kobietę dla uniknięcia gwałtu. „Skoro Judaszów czyn słusznie potępiamy,  i ten nań wyrok prawda głosi”, że samobójstwo jest brakiem wiary w miłosierdzie Boże i ściąga jeszcze większą winę na Judasza niż zdradza Jezusa, którą mógł był odpokutować. Tym bardziej nie ma sensu, by kobieta, która nie uczyniła nic złego, zamiast ścierpieć gwałt duchowo mu się przeciwstawiając, popełniła grzech zabijając siebie? „Jeśli cudzołożnica — można pytać retorycznie — za cóż ją chwalić, a jeśli niewinna, po cóż się zabija? Kobieta chrześcijańska ma ścierpieć i żyć dalej, nie karząc ni siebie, ni płodu, za cudze grzechy.
A jednak, „niektóre święte niewiasty podczas prześladowania, dla uniknięcia czyhających na ich wstydliwość rozpustników rzucały się w nurty rzeki, aby te ich pochłonęły i tym sposobem życia się pozbawiały, a jednakże Kościół katolicki otacza je czcią wielką jako męczenniczki”.
Co począć z tym faktem. Augustyna stać tylko na jedno zalecenie: nic stanowczego lekkomyślnie nie sądzić. Bo przecież mogły tak postąpić z Roszaku Bożego, tak jak Samson, który z Bożej łaski i Bożej podniety popełnił chwalebne samobójstwo w świątyni Dagona. Bo przecież Abraham chciał złożyć w ofierze syna, choć Bóg wcześniej zakazał takich postępków. „Sumienie my oceniamy z tego, co słyszymy — pisze Augustyn —; o skrytościach serca sądzić nie śmiemy”.

Jakie z tego wnioski? Pozostawmy kobietom prawo korzystania z rozstrzygnięć sumienia. I miejmy świadomość, że pierwotni chrześcijanie nie mieli problemu, by jako święte czcić kobiety, które przed traumą gwałtu uciekały w samobójczą śmierć (to u mnie nie argument za samobójstwem, ale za obłudą wymogów nakładanych na kobietę przez męskich nauczycieli prawa boskiego i ludzkiego). Dostrzeżmy, Państwo politycy i Panowie biskupi, jak kuriozalna jest argumentacja Augustyna, by tę praktykę jakoś wybronić.  Przestańmy w końcu kobiety odczłowieczać — to nie maszyny do rodzenia i milczącego przygotowywania posiłków. Nawet jeśli niektórym biskupom tak właśnie się wydaje.

*Referuję za tekstem Barbary Grabowskiej. 

środa, 30 marca 2016

NELLY MIRICIOIU. NADREALNE BELCANTO

Z pewnością nie należę do melomanów spod znaku „głównego nurtu” oraz „pudru i garderoby”. Nie ekscytują mnie więc zdjęcia Aleksandry Kurzak i Roberta Alagna znad patelni. Kariera Kurzak mnie cieszy, ale pamiętam, że Lucia Aliberti pojawiła się na scenie MET bodaj tylko w jednej produkcji – Łucji z Lamermoor. A Patricia Ciofi, jeśli wierzyć internetowym archiwom MET — ani razu. A wiedzą one doskonale, na czym polega belcanto. (Podobnie jak Podleś, która według internetowego archiwum MET wystąpiła tam tylko w dwóch operach: Rinaldzie (w 1984 r.) oraz Giocondzie (2008 r.)). Kariera Alagna z kolei niezmiennie mnie zadziwia — kiepski warsztat i wyjątkowo źle dobierany repertuar (niech za koronny argument posłuży Verdiowski Otello) dawno zniszczyły mu głos, a nadmierna wibracja idzie u niego w zawody z niedostatkami intonacji.
Co prawda śledzę, co dzieje się w operowym mainstreamie, ale z pasją oddaję się operowemu „drugiemu obiegowi”, w którym, w jakiejś mierze, funkcjonuje Nelly Mircioiu-Kirk. Artystka ta jutro obchodzi urodziny. Jej rodzinna Rumunia rocznicę tę świętuje dość hucznie. W prasie znalazłem nawet nagłówek podkreślający, że to już 35 lata od jej „wygnania”, czyli emigracji z komunistycznej Rumunii.  To doskonały pretekst, by napisać o niej kilka słów.


W 2011 r. Miricioiu przyjechała do Warszawy wykonać (a wykonanie — zarejestrować) Marię Padillę Gaetana Donizettiego. Adam Czopek pisał w związku z tym: „Z prawdziwą przyjemnością i dużą satysfakcją słucha się głosu obu pań Nelly Miricioiu i Heleny Zubanowicz, które z pełną swobodą prowadzą frazę i pokonują niemałe trudności techniczne swoich partii. Najpełniej dowodzą tego w duetach Diletta suora z I aktu oraz Ah si suora z II aktu”. Artystki nie przypadły za to do gustu Dorocie Szwarcman, która napisała: „Natomiast dwie główne żeńskie role dano bardziej „zasłużonym” artystkom i było to przykre. Rolę tytułową śpiewała pani Nelly Miricioiu, koło sześćdziesiątki, która kiedyś tam wykonywała tę rolę i pewnie była nawet dobra, ale dziś słuchało się jej z trudem; w roli siostry Marii, Ines, wystąpiła Helena Zubanovich, Polka od lat mieszkająca za granicą, też już chyba mająca najlepszy czas za sobą, a może po prostu z emploi innym niż belcanto. Przeżyłam do końca, ale wróciłam, jak widzieliście, w stanie nieprzytomności, tym bardziej, że przecież tego dnia wróciłam z Krakowa”. Szczęśnie, pod tekstem odezwał się Piotr Kamiński, który napisał: „Właśnie obśmiałem się jak norka, czytając w wywiadzie dyrektora Weissa, że w Polsce jest dziesięć Traviat. Ciekawe, bo na całym świecie nie ma ich trzech. Nelly Miricioiu to jedna z ostatnich śpiewaczek, która mówi tym językiem (muzyczno-dramatycznym). Słuchając jej, myślę o Leyli Gencer i Magdzie Olivero. Stary spór między „pięknem” i „prawdą””. Szczęśnie, bo — moim zdaniem — racja jest po stronie Kamińskiego. Miricioiu to jedna z niewielu artystek, która wie, czym jest język belcanta i swobodnie włada tym językiem. Mimo że po latach śpiewania czuć, że jej głos nadgryziony został zębem czasu. W sporze, w którym po jednej stronie postawimy perfekcję techniczną i ładnie brzmiący głos, a po drugiej prawdę artystyczną, opowiadam się za tą drugą. Jasne, braki warsztatu to poważny problem, ale starzenie się głosu czy „wpadka” w ramach konsekwentnie budowanej roli nie mogą same z siebie dyskwalifikować artysty, a na pewno nie pozwalają na jakieś definitywnie brzmiące uogólnienia.


Miricioiu usłyszałem po raz pierwszy na płycie NAXOSu, dla którego utrwaliła Toscę. Nie jest to płyta idealna i można temu nagraniu sporo zarzucić. Ale interpretacja Miricioiu wbiła mnie w fotel. Wystarczył jej sam głos, by zbudować wielowymiarową postać. Już tu dało się dostrzec dbałość o słowo, wielość i zmienność intensywności barw, dźwięczne „piersi”, śpiew podporządkowany sensowi frazy a nie kresce taktowej (miał rację Monteverdi, że muzykę należy tworzyć i odtwarzać w rytmie serca), jednym słowem — retoryczność. Dołóżmy do tego świetny warsztat koloraturowy — wszystko to pozwoliło stworzyć Miricioiu niezapomniane role w wielkim włoskim belcancie. Przy czym rolą koronną jest dla mnie Armida Rossiniego. Koncert z 1988 r., który można zobaczyć na Youtube, to po kreacji Callas jedyna znana mi kreacja na miarę tego dzieła. Podobnie cenię Rossiniowską Ermione. Ale z Miricioiu uczyłem się też Boleny, Stuardy czy odkrywałem na nowo Nabucco


Głos Miricioiu nie posiada dużego wolumenu i raczej nie kojarzy się z rolami takimi, jak Abigaille. Przyzwyczailiśmy się, że rolę tę śpiewają soprany spinto/dramatisch, jak Leonie Rysanek, Irena Głowaty, Gena Dimitrowa czy Maria Guleghina choć w fachach przypisana jest dramatycznym koloraturom.  Mnie najbliższa jest tradycja wykonywania tej roli związana z takimi nazwiskami, jak Leyla Gencer, Christina Deutekom, Krystyna Rorbach czy Adelaide Negri. Miricioiu z całą pewnością wpisuje się w tę tradycję, choć i tak Abigaille nie jest dla niej rolą „bezpieczną”. Sama mówiła o tym w wywiadzie poprzedzającym koncertowe wykonanie Nabucca:
„Zaczynałam jako koloratura, debiutowałam jako Królowa Nocy. Mój głos stopniowo rozwijał się, stawał się coraz bardziej dźwięczny, odnajdywałam w nim większe bogactwo, różnorodność. Dzień po moim debiucie w La Scali w 1983 w roli Łucji dostałam propozycję zaśpiewania Abigaille, ale odmówiłam. Mój repertuar był bardziej liryczny i belcantowy, a więc ani żaden teatr, ani ja sama, nie mogliśmy wyobrazić sobie, że zaśpiewam tę rolę. I nadal sądzę, że jest to bardzo niebezpieczne, […]Wolałam nie podchodzić do tej partii, dopóki mój głos nie poszerzył się i nie zyskał na wolumenie. Na pewno nigdy nie zaśpiwam Nabucco w MET”.

Fakt faktem, całość tego przedsięwzięcia, ma liczne wady, o czym przekonuje dostępna na Youtube rejestracja. Inna sprawa, że jest ona kiepskiej jakości i trudno na jej podstawie cokolwiek przesądzać. Tak czy owak, interpretacja samej Miricioiu nie pozostawiła mnie, jako słuchacza, obojętnym. Jej Abigaille, zgodnie z kontekstem epoki, oddycha belcantem, koloratury i kontrastowa gra barwami i ich nasyceniem są nośnikiem operowej ekspresji. Tak pomyślanej cabaletty nie słyszałem nigdy wcześniej.
Jako komentarz niech posłuży dalsza część wywiadu, który cytowałem wyżej:

„— Śpiewa Pani zarówno Rossiniego, jak i werystów; czy odczuwa Pani związki „belcantystów” z werystami?Śpiewacy z przeszłości nie myśleli w kategoriach belcanto czy weryzm; dbali wyłącznie o muzykę, podczas gdy teatr i orkiestra miały znaczenie znacznie mniejsze. Faktem jest, że nieco zagubiono wtedy prawdziwą szkołę belcanto, w której uczucia wyrażało się poprzez finezyjność legato, barwienie samogłosek oraz natężenie spółgłosek. Gdy zaczyna się uczyć opery, tym, co prowadzi głos, musi być tessitura. Technika pozostaje taka sama, ale jeśli za każdym razem chcesz używać oddechu i mięśni w taki sam sposób, to będziesz mógł mieć problemy. Trzeba mieć odwagę, by być otwartym na potrzeby, jakie rodzi dzieło, w pierwszej kolejności, by przystosować do dzieła swoją technikę i zachować elastyczność „bazy” w kształtowaniu głosu na scenie, stosownie do orkiestry i partnerów.— Jak wytłumaczyć upadek szkoły belcanto?
Moje związki z belcanto istniały od zawsze. Ale na początku moje podejście było instynktowne, bez wątpienia tak jak w przypadku Marii Callas czy Montserrat Caballe. Także dzisiaj są osoby posiadające ten instynkt, ale nowoczesna szkoła śpiewu obsesyjnie skupia się na wolumenie głosu i umiejętności przebijania się ponad orkiestrę, co prowadzi do nieustannej walki. Co więcej, nie pomagają nam również krytycy, którzy będąc po to, aby nas sądzić, nie pozwalają nam eksperymentować, ranią nas. W wyniku tego głos zamyka się. Czy trzeba dużo odwagi by śpiewać prawdziwe legato? To jak skok do głębokiej wody. Jesteśmy w trudnej sytuacji i potrzebujemy wsparcia, miłości, zrozumienia, bo światek operowy jest bezlitosny, panuje w nim ogromna konkurencja, zwłaszcza pośród sopranów”.
Twierdzi także, że współcześnie źle ocenia się jej głos: „współczesna szkoła ocenia moją osobowość i mój rodzaj głosu jako źle kontrolowany (insuffisamment calibrés), mimo że jestem bardzo zdyscyplinowana.— W związku z tym, czy uważa Pani swoje możliwości za oczywiste, czy też każdego dnia pyta Pani o nie od nowa?Bezustannie pracuję. Nie należy zapominać, że wraz z wiekiem mięśnie, oddech, zmieniają się. Każdego dnia słucham swojego ciała. Często płaczę nie rozumiejąc nic ze swojego głosu, zwłaszcza, że otwarcie, potrzebne w tego typu poszukiwaniach, podatne jest na ryzyko tego, że nic się nie znajdzie, a czasami zgubi to, co się osiągnęło. Ćwiczę mięśnie i oddech aż do momentu, gdy osiągnę przekonanie, że mój głos podąży drogą, o której marzę. Na scenie nie jestem po to, żeby się pokazać. Chcę dotknąć duszy publiczności, chcę, żebyśmy razem odkrywali muzykę i w niej żyli”.

Miricioiu ma rzadki dziś dar oddania się nie własnej karierze a sztuce i artystycznej prawdzie. Potwierdzeniem tych słów może być fakt, że udostępniła do niekomercyjnego pobrania nagrania swoich występów, które można znaleźć na stornie justopera.co.uk Dokumentują one rozwój jej głosu, osobowości, sukcesy, ale także wpadki. Wcale bowiem nie jest tak, że wszystkie te nagrania trzymają ten sam poziom i że wszystko zawsze się jej udaje. Tylko co z tego, skoro nawet to, co nie wyszło, pozwala słuchaczowi uczyć się prawdziwego belcanta. To lekcja cenna, bo po ludzku prawdziwa. Zresztą, pokora jest cechą autentycznych artystów, którzy wiedzą, że problemy, niedomagania i trudy są nieodłączną cechą rozwoju. Także dlatego nie ma sensu porównywanie. Samą Miricioiu porównuje się często do Callas. Pytanie o to podobieństwo „jest częścią mojego życia, mówi Miricioiu, ale przyznaję, że nigdy nie rozumiałam, dlaczego mój głos jest porównywany do Marii Callas. […] nigdy nie chciałam być taka, jak ona. Odwrotnie – chciałam być sobą, na dobre i na złe*. […] Dużo czasu zajęło mi szukanie harmonii między moim głosem a moim ciałem, dlatego że na początku mój głos nie chciał robić tego, czego chciała dusza. Czy rani mnie to, że prasa szuka ideału, do którego mogłaby porównać mój głos? Także Callas porównywano z Rosą Ponselle. Zamiast pozwolić artyście rozwijać się, zamiast czasu na to, by przywyknąć do jego głosu i jego tożsamości, natychmiast szuka się śpiewaka z przeszłości, do którego można by go porównać”. Wyznaje także: „nasza epoka kocha stereotypy, a prawdziwe osobowości budzą strach”. 


O tym, jak problematyczne mogą być porównania z Callas dowodzi przykład Aliberti. Pisze o tym Maciej Deuar w szkicu poświęconym artystce. Jedni posądzają Aliberti o imitowanie Callas, inni widzą w niej „drugą Callas”, jeszcze inni „(w tym nasz Piotr Kamiński) twierdzą, że Aliberti nie spełniła wszystkich pokładanych w niej nadziei, a z Callas łączy ją maniera, a nie sztuka”. Sama Aliberti ma na to odpowiedź podobną do odpowiedzi Miricioiu – należąć do wokalnej tradycji belcanta pewne podobieństwa są nieuniknione.

niedziela, 20 marca 2016

BLECHARZA SEN O TOWAROWEJ. PEDAGOGIKA (BRZMIEŃ) MIASTA

Na wiosnę warszawska Towarowa wzbogaci się o instalację Audioroom Wojtka Blecharza przygotowaną w ramach projektu Sen o Towarowej. Przezroczysty kubik, który zarazem wyłącza z przestrzeni miejskiej, jak i nie pozwala się od niej definitywnie oderwać wypełniać będą specjalnie spreparowane dźwięki miasta. „Uważne słuchanie, głębokie nasłuchiwanie, wsłuchiwanie się w siebie staje się deficytową czynnością w społeczeństwie rozkojarzonym i bombardowanym zmultiplikowanymi bodźcami” — mówi Blecharz.  Ale Audioroom to nie tylko szansa na zatrzymanie i usłyszenie samego siebie.

Audioroom  jest dla mnie szansą na przyhamowanie procesów tworzenia tzw. «nie-miejsc». Pojęcie to wprowadził do dyskursu francuski antropolog Marc Augé. Przez «nie-miejsca» rozumie on anonimowe przestrzenie, które co prawda wypełnione są ludźmi, ale jednocześnie są niczyje. Raczej przez nie przepływamy niż się w nich zatrzymujemy,  nie wiążemy się z nimi emocjonalnie, nie dostrzegamy, w jaki sposób my kształtujemy te miejsca, a one zarazem kształtują nas. Audioroom jest zatem dla mnie szansą na bardziej świadome budowanie więzi z miastem, które jest przestrzenią sensów wyłaniających się w rozlicznych relacjach i interakcjach między aktorami ludzkimi i poza-ludzkimi. W tym sensie projekt ten wpisuje się dla mnie w ramy pedagogiki miejsca, w ramach której podkreśla się mocno, że przestrzeń jest jednym z wymiarów ludzkiej egzystencji. Jak pisze Maria Mendel

rozumienie rozłączne człowieka i świata generowało społeczne praktyki instytucjonalizujące wszelkie obszary życia. Przestrzeń, pojmowana egzystencjalnie, a w niej miejsca — sieci zróżnicowanych, przecinających się w nich i poprzez nie relacji, kreujących jednostkowy i społeczny podmiot — w dyskursie nowoczesności przestawały istnieć. W jego ramach przestrzeń stawała się zamknięta, niedialektyczna, umarła.

Przestrzeń żywa to hybrydyczna sieć powiązanych elementów, gdzie dokonuje się aktów kulturowej translacji: „znaczenia, reprezentowane i reprodukowane” podlegają tu „nieustannej wymianie i negocjacji”. Tak pojmowana przestrzeń nie może być wyłącznie przestrzenią ludzką. Jak trafnie zauważają Michel Serres i Bjørnar Olsen, tym, co pozwala naszym wspólnotom na zachowywanie względnej stabilności, są przedmioty. Serres pisze:

Jedyna różnica, jaką da się wyznaczyć pomiędzy społecznością zwierząt a naszą własną, leży, jak często mówiłem, w pojawieniu się przedmiotu. Nasze relacje (relationships), więzi społeczne, byłyby ulotne jak chmury, gdyby istniały tylko umowy między podmiotami. Faktycznie, to przedmiot, charakterystyczny dla Hominidów, stabilizuje nasze relacje i spowalnia czas rewolucji. W niestabilnych grupach pawianów zmiana społeczna wybucha (flaring up) co minutę.   Każdy [z nich — dop. M. M. B.] może opisać swoją historię jako niczym nie skrępowaną. Co do nas, przedmiot, dokonuje spowolnienia naszej historii

Z całą pewnością może tak być w przypadku „pokoju dźwiękowego”, który — jak pisałem wyżej — zarazem wyłącza nas z przestrzeni miasta z jego szybkością i zgiełkiem i włącza w mechanizm budowania miejsca i miasta, poprzez konfrontację z dźwiękiem i spojrzeniem poprzez przezroczyste ściany. Blecharz projektuje, w moim odczuciu, ramy doświadczenia, które nie jest i nie może być linearne, schematyczne, spójne, podporządkowane jakiemuś uniwersalnemu celowi. Tworzy raczej ramy dla sytuacji otwartej, której „dramaturgia nie określa sensu działań, lecz jedynie ich intencję, a polega przede wszystkim na chwilowej strukturyzacji i estetyzacji rzeczywistości”. Przez to jednak kreuje nowe doświadczenie i rozumienie przestrzeni, dokonuje powiązania z miejscem, pozwala ukształtować jego nową tożsamość. Odsłania fizyczny i cielesny element naszej relacji z miejscami i miastem, które zawsze jest jednoczesnym doświadczeniem przeszłości i pamięci oraz otwarciem na to, co nadchodzące, nowe.

Nie kryję, że zazdroszczę Warszawie takiej instalacji i chciałbym, żeby coś podobnego wydarzyło się w Łodzi. Rynek Manufaktury czy Pasaż Róży stały się bowiem raczej «nie-miejscami», co najwyżej krótkim przystankiem w ramach przepływu po to, by cyknąć zdjęcie i pójść dalej. Z krajobrazu Łodzi poznikały kominy starych fabryk, zmieniła się sfera akustyczna — stukot krosien zastąpiła muzyka centrów handlowych, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Chciałbym móc zatrzymać się gdzieś na Limance, albo koło Rynku Dolnego czy w innym miejscu, które — jak Towarowa — wymagają rewitalizacji (ponownego ożywienia: ludzi i aktorów poza-ludzkich). Chciałbym wyłączyć się z ich zgiełku po to, by usłyszeć zakomponowane dźwięki Łodzi, by w nich usłyszeć siebie. By patrzeć na to, co wokół i zastanawiać się, co tej kawałek wspólnego miejsca dla mnie znaczy, co może znaczyć i co chciałbym, żeby znaczył.






sobota, 12 marca 2016

BEZWSTYD DUDY, BEZWSTYD PIS


Za Jerzym Szackim proponuję odróżnić od siebie ideę właściwej umowy społecznej od idei kontraktu rządowego. Właściwa umowa społeczne to „umowa pomiędzy przyszłymi członkami społeczeństwa co do zasad jego organizacji”. Taką funkcję pełni Konstytucja RP, w której suweren (naród) określił zasady ustrojowe Polski wraz z fundamentalnymi wolnościami i obowiązkami obywateli. Kontrakt rządowy z kolei to „umowa między rządzącymi a rządzonymi co do ich wzajemnych zobowiązań”. Sądzę, że za moment zawierania takiej umowy uznać można wybory demokratyczne. PiS często powołuje się na to, że działania przedstawicieli tej partii legitymizowane są wolą suwerena-narodu. Problem w tym, że PiS notorycznie myli porządek wyznaczany przez właściwą umowę społeczną z porządkiem wyznaczanym przez kontrakt rządowy. W żadnym razie wynik ostatnich wyborów nie daje mu mandatu do podejmowania prób zmiany porządku konstytucyjnego. Warto przy tym podkreślić, że gdyby PiS posiadało taki mandat i tak — do momentu wejścia w życie nowej Konstytucji — miałoby obowiązek działać w ramach obowiązującej umowy społecznej. PiS zobowiązane jest z kolei do realizowania kontraktu rządowego, a więc do złożonych obietnic wyborczych, z których rząd w deklarowanej formie nie wywiązał się. Jest to bezsporne na poziomie faktów — z obietnicami wyborczymi PiS można się łatwo zapoznać, próba mówienia więc, że deklarowało się coś innego można uznać tylko za wprowadzanie w obieg kłamstwa społecznego. 
Podobnie sytuacja wygląda w przypadku Prezydenta Andrzeja Dudy. Także on zawarł ze społeczeństwem kontrakt rządowy, z którego konsekwentnie nie wywiązuje się. Jedną z fundamentalnych obietnic Dudy było realizowanie art. 1 Konstytucji, a więc zapewnienie, że „będzie prezydentem wszystkich Polaków”. Po Jego wystąpieniu w Otwocku nie można mieć już jednak złudzeń — Duda jest prezydentem „lepszej” części obywateli albo „prawdziwych” Polaków. Wystąpienie Dudy jest dla mnie wstrząsającym potwierdzeniem, że nie traktuje serio swojego zobowiązania do realizacji artykułu 1 Konstytucji RP. Oczywiście, zwolennicy Prezydenta zwracają uwagę, że mówił on w swoim wystąpieniu o prawie do różnych wizji wspólnoty i że nikogo nie aresztuje się i nie niepokoi z powodu odmiennych poglądów. Przykładem mają być demonstracje, w ramach których obywatele swobodnie wyrażają swoje poglądy. To prawda, Duda mówił o tym w Otwocku. Konstrukcja jego przemówienia nie pozostawia cienia wątpliwości, że mówił o tym w celach stricte propagandowych. Był to listek figowy, którym wtedy, gdy będzie to potrzebne, można zasłonić bezwstydność jego wystąpienia. 

W retoryce wyróżnia się trzy wymiary przemówienia — jego logos, pathos i ethos. Logos to dziedzina racjonalnej argumentacji, wnioskowania, dowodzenia, rozumowania. Pathos oznacza apelowanie do uczuć, w tym wskazywanie zagrożeń i apelowanie do tożsamości grupy. Ethos wiąże się ściśle ze sferą światopoglądu, ideologii i moralności. Światopogląd czy ideologia leży u podstaw tego, jaki cel stawia przed sobą nadawca komunikatu. Przekonania moralne zaś odpowiadają za to, jakie środki prowadzące do realizacji celu uzna on za godziwe. Jak pisze Michał Heller: „Myśl zmienia świat — z moralnie neutralnego w przeniknięty wartościami”. 
Zgadzam się z Hellerem, że należy mówić o moralności myślenia. Ma ona dla mnie dwa wymiary — zewnętrzny i wewnętrzny. Zewnętrzny wymiar moralności myślenia wiąże się z przekonaniami etycznymi jednostki oraz ze standardami etycznymi i obszarami „moralnej niepewności” charakteryzującymi wspólnotę, z której jednostka się wywodzi. Wewnętrzny wymiar moralności myślenia oznacza kierowanie się określonymi standardami racjonalności. Za Hellerem sformułuję trzy takie reguł.
Po pierwsze, należy dążyć do jasności i ścisłości formułowanych sądów. „Grzechem śmiertelnym przeciwko tej regule jest mętniactwo wypowiedzi, wielomóstwo, które bądź wcale nie niesie ze sobą informacji, bądź celowo wprowadza w błąd lub rozmywa znaczenia”. Jawnym mętniactwem jest budowanie wypowiedzi wewnętrznie niespójnej, co — naganne z racjonalnego punktu widzenia — może być świadomym chwytem propagandowym.
Po drugie, należy być otwartym na dyskusje z innymi, czego koniecznym warunkiem jest samokrytycyzm oraz dążenie do tego, by swoich poglądów nie narzucać słuchaczom czy dyskutantom. Wiąże się to z koniecznością rozpatrywania innych możliwości i stojących za nimi argumentów. 
Po trzecie, należy mieć poczucie konsekwencji, czyli być świadomym, że przyjmując jakąś przesłankę rozumowania, trzeba przyjąć wynikający z niej wniosek. 

Wszystkie te reguły zostały złamane w wystąpieniu Dudy w Otwocku. Wystąpienie Dudy było niespójne. Deklarowany początkowo szacunek wobec pluralizmu społecznego szybko ustąpił nie tyle krytyce, co dyskredytacji oponentów PiS. Wiąże się z tym także odrzucenie konsekwencji deklarowanych poglądów. Respektowanie złożonej obietnicy wyborczej i kierowanie się szacunkiem wobec odmiennych poglądów nie dopuszczają dyskredytacji obywateli. Z tezami Dudy nie można podjąć sensownej polemiki, bo słowa wymierzone w opozycję, wpisywały się w sferę pathosu a nie logosu. Duda apelował to poczucia tożsamości grupowej ludzi „lepszej kategorii”, którym zagrażają Ci, którzy chcą od Boga powrotu Polski dojnej i których on — jako Prezydent — się nie boi. Głosy opozycji nazwane zostały krzykiem, sianiem niepokoju i propagandy oraz kalumniami rzucanymi przez ludzi odspawanych od stołków. Duda dał jasno do zrozumienia, że nie liczy się z nimi. Jak zadeklarował: i tak będzie robił swoje, realizując swoją wizję wspólnoty. Uznał też, że opozycjoniści dają się uwieść propagandzie, że ich argumenty są niespójne, a to, że ludzie przyzwoici dają się zwieść „pewnym próbom zastraszania” napawa go przykrością. Decyzje polityczne obecne rządu postrzega Duda jako naprawę państwa realizowaną w ramach polityki roztropnej i podporządkowanej dobru wspólnemu. Rozliczył się także z III RP pytając retorycznie o to, jaki wpływ na Polskę miały „dokumenty przechowywane w prywatnych domach”. 
Andrzej Duda dokonał w swoim przemówieniu nieuprawnionych uogólnień. Zupełnie pominął protesty partii RAZEM, którą trudno uznać za reprezentację odspawanych od stołków (neo)liberałów. Nie napomknął o wątpliwościach co do działań rządu zgłaszanych przez różne instytucje — część z tych głosów zebrana jest na stronie Obserwatoriumdemokracji.pl.  Uznał też, że każdy głos sprzeciwu wobec PiS bierze się bądź z obawy przed utratą pozycji, bądź z intelektualnego zaczadzenia. Odwołania do równości obywateli wplótł w narrację, która miała pokazać, że działania opozycyjne służą utrwalaniu społecznej nierówności i że prawdziwa równość oraz prawdziwa demokracja wprowadzana jest przez PiS. Zdyskredytował takie instytucje, jak Komisja Wenecka, choć zadając retoryczne pytanie o to, gdzie była, gdy wcześniej łamano w Polsce prawo, zapomniał, że o opinię do Komisji zwrócił się (między innymi) minister rządu PiS. W końcu do zwolenników siebie i PiS skierował słowa: „wszyscy jesteśmy ludźmi inteligentnymi, jesteśmy ludźmi dumnymi z naszej Ojczyzny, jesteśmy ludźmi, którzy rozumieją procesy historyczne i jesteśmy także ludźmi, którzy rozumieją, że nasze państwo jest wykorzystywane, a że my jesteśmy traktowani jako ludzie drugiej kategorii. I myślę, że czas najwyższy, abyśmy powiedzieli, że tu, w Polsce, to my właśnie jesteśmy ludźmi pierwszej kategorii. My i że nasze interesy przede wszystkim tu muszą być realizowane i że my mamy także prawo do realizowania naszych interesów na arenie międzynarodowej i mamy prawo sami decydować o tym, co jest dla nas dobre a co jest dla nas złe, kto jest dla nas gościem, a kto jest dla nas wrogiem”. Jeśli słowa te potraktować serio, oznaczają, że osoby „inaczej myślące” nie są inteligentne, nie rozumieją procesów historycznych, nie są dumne z Polski, nie widzą negatywnych zjawisk drążących państwo. Myślę, że jest to charakterystyka wszystkich tych osób, które Duda uznaje za omamione przez polityków tracących posady. Ich wizja wspólnoty z definicji zostaje tu odrzucona jako nieracjonalna i sterowana przez wrogie interesy. Nie potrafię zrozumieć, jak przy takiej ocenie dużej części społeczeństwa można mówić o równości obywateli. Trudno bowiem uznać, że równość polega na tym, że akceptuje się pozycje światopoglądowe Prezydenta i PiS. Ale chyba tak rozumie to PiS — dlatego we własnym mniemaniu zasadnie powołuje się na to, że ich działania legitymizuje wola suwerena. Naród bowiem utożsamiony zostaje z wyborcami PiS. Potwierdzeniem mojej tezy mogą być słowa Jarosława Kaczyńskiego: „Ci, którzy z nami walczą, przybierają, można powiedzieć, barwy ochronne. To są te barwy, które tutaj widać na sali, biało-czerwone. Oni próbują być biało-czerwoni. Deptali wszystko, co w naszej kulturze jest święte. To oni się dzisiaj organizują, to oni tworzą KOD”. Kaczyński mówił także, że gardząc Polską owi wrodzy oni chcą być kimś innym. 

Schemat wystąpienia Kaczyńskiego jest taki sam, jak schemat wystąpienia Dudy — dyskredytacja oponentów. Jako wrogów, gardzicieli polskości, ludzi, rzec by można, niespełna rozumu. Celem oby wystąpień było jedno — poparcie dla działań władzy. Dokonano tego w sposób intelektualnie niemoralny. Zamiast do argumentów odwołano się do emocji, insynuacji, dobierano przykłady tak, by umacniać tożsamość grupową swoich zwolenników. Jednym ze sposobów konsolidowania grupy było wskazanie zagrożeń, wyobrażonego wroga, który udaje tylko, że jest Polakiem, ale tak naprawdę nie jest częścią narodu. Narodem polskim są zwolennicy PiS. To jest ów suweren, który legitymizuje wszystkie poczynania obecnego rządu. Wbrew obowiązującej w Polsce umowie społecznej (Konstytucja) i wbrew zawartemu w wyborach kontraktowi rządowemu. 




Cytaty z przemówień Andrzeja Dudy i Jarosława Kaczyńskiego podaję za:
https://www.youtube.com/watch?v=_Dz6qwo9HJs
http://wyborcza.pl/1,75478,19732404,jaroslaw-kaczynski-o-kod-oni-polska-gardza-oni-chca-byc-kims.html



[Tekst w redakcji Marii Pallado ukazał się w serwisie Medium Publiczne]. 

poniedziałek, 7 marca 2016

ABU HASSAN, CZYLI MAHOMETANIE W ŁODZI

Aż trudno uwierzyć, że polscy melomani mogli znać Weberowskiego Abu Hassana wyłącznie z nagrań bądź spektakli zagranicznych. Jest to bowiem singspiel wyjątkowej urody. Zręczna intryga, w której prawdopodobieństwo ani przez moment nie ma sensu wierzyć, pozwala skupić na pięknej muzyce. Partytura Webera jest owocem miłości do Mozartowskiego Uprowadzenia z seraju, o czym wspomina niezawodny Piotr Kamiński. Mamy tu do czynienia z błyskotliwą muzyką a la turca, partia Omara przywodzi na myśl Osmina. W dziełku tym odnajdziemy ironię, żarliwy wyraz miłości i pożądania czy ciekawą instrumentację (duet gitar z fagotem). Ucho cieszyć mogą arie i ansamble, a artyści kreujący bohaterów muszą wykazać się również zdolnościami stricte aktorskimi.W Łodzi zaprezentowano Abu Hassana w wersji polskojęzycznej, libretto Franza Hiemera spolszczył Piotr Miciński.

Abu Hassan zabrzmiał w Łodzi siłami studentów Akademii Muzycznej. Muszę przyznać, że dzisiejszy spektakl sprawił mi wiele radości i satysfakcji. Inscenizacja jest solennie dosłowna, co nieco mnie razi. Sam wolałbym więcej umowności i lekkości. Nie do końca przekonał mnie także ruch sceniczny, choć specyficzny „turecki chód” był zapewne celowo przerysowany. Młodzi artyści potrafili jednak odnaleźć się w takiej konwencji i wydobyli ze swych ról wiele niuansów, w tym takich, które mogły bawić publiczność. Szkoda tylko, że w budowaniu spektaklu mocniej nie przysłużyło się światło. 

Realizatorzy dodali do zestawu bohaterów Szalonego Librecistę, którego kreował świetny Jakub Prokopczyk. To partia niema. Prokopczyk stworzył ją w sposób mistrzowski bogatą mimiką i ekspresją całego ciała. Jeśli chodzi o deklamację najbardziej podobał mi się Konrad Jaromir w mówionej roli Kalifa. Piękny tembr głosu szedł tu w parze z dźwięcznością, dobrą dykcją i brakiem specyficznej „operowej maniery” w podawaniu tekstu. Spośród solistów największe wrażenie sprawiła na mnie Natalia Kordecka-Kolo z klasy Urszuli Kryger. Swoją rolę zagrała dowcipnie, wykorzystując głos jako jeden ze środków teatralnej ekspresji. A głos ma wyjątkowej urody, gęsty, dźwięczny w całej skali i wyjątkowo wyrównany w barwie. Czuć znakomitą rękę Profesor — zmiana rejestrów była swobodna, „piersi” nie odzywały się w sposób jaskrawy czy tubalny, a górne dźwięki były krągłe. Podobał mi się także Bartosz Szulc jako Omar — czytelnie podawał tekst, a jego bas posiada ciemną barwę i dźwięczność, które lubię. Czekam, aż głos ten dojrzeje. W swoich groteskowych rolach ciekawie zaprezentowali się Mingyi Wang  (Zemrud) oraz Marcin Bednarek (Mesrur), który wykorzystał falset i kontrast barw między falsetem i pełnym sugerując, że jego bohater jest eunuchem.

Dobrze wypadł chór, przygotowany przez Dawida Bera, niewidoczny dla widza w trakcie spektaklu. I znakomicie grała orkiestra — swoje ukłony kieruję pod adresem dyrygenta Marcina Wolniewskiego, którego jakoś nie widać w naszych teatrach. Jasne, to i owo nie wyszło i różne rzeczy należałoby dopracować. Choćby w ansamblach słychać było zadyszkę niektórych śpiewaków, zamazywała się dykcja, nie wszystkie głosy były słyszalne… Warto by pomyśleć nad lepszym zestrojeniem barwy głosów solistów, czy dramaturgicznie lepiej wydobyć scenę przybycia Kalifa i Zobeidy. Warto by także uprzedzić o zmianie w obsadzie — Zemrud grała Mingyi Wang zamiast Angeliki Wyrwał. 

Carl Maria von Weber
Abu Hassan
reż. Hanna Chojnacka
scenografia, kostiumy, charakteryzacja Elżbieta Tolak
światło Wojciech Górniak


sobota, 5 marca 2016

FETYSZ TOLERANCJI

„Co to jest tolerancja? To jest przywilej humanitaryzmu. Wszyscy jesteśmy ulepieni ze słabości i błędów, a więc wybaczajmy sobie wzajemnie naszą głupotę – oto pierwsze prawo natury. Niech na giełdzie Amsterdamu, Londynu, Suratu czy Basry handlują ze sobą gwebr, banian, Żyd, mahometanin, chiński bogochwalca i katolik rzymski, chrześcijanin protestancki i chrześcijanin kwakier; nie będą oni podnosili sztyletu na siebie, by zdobyć duszę dla swej religii. Dlaczego więc wyrzynaliśmy się wzajemnie niemal bez przerwy, począwszy od pierwszego soboru w Nicei?Konstantyn zaczął od wydania edyktu zezwalającego na wszystkie religie; skończyło się na prześladowaniu. Przed nim występowano przeciw chrześcijaństwu tylko dlatego, że zaczęło tworzyć w państwie stronnictwo. Rzymianie tolerowali wszystkie ludy łącznie z żydowskim i egipskim, dla których żywili tak wielką pogardę. Dlaczego Rzym te kulty tolerował? Dlatego że ani Egipcjanie, ani nawet Żydzi nie próbowali tępić dawnej religii imperium, nie przemierzali lądów i mórz, by mnożyć prozelitów. Myśleli tylko, jak zdobyć pieniądze; jest jednak niezaprzeczalne, że chrześcijanie dążyli do tego, by ich religia stała się panującą. Żydzi bynajmniej nie pragnęli, aby posąg Jowisza stanął w Jerozolimie, zaś chrześcijanie nie chcieli, aby pozostał na Kapitolu. Święty Tomasz w dobrej wierze przyznaje, że jeśli chrześcijanie nie zdetronizowali cesarza, to tylko dlatego, że tego zrobić nie mogli. W ich przekonaniu cała ziemia winna być chrześcijańska. Byli więc z konieczności wrogami całej ziemi, póki nie zostanie nawrócona.Byli również sami sobie wrogami we wszystkich punktach dotyczących ich sporu. Najpierw w kwestii, czy trzeba najpierw uważać Jezusa Chrystusa za Boga. Ci, co temu przeczyli, podlegali anatemie jako ebionici, a ci to samo robili w stosunku do czcicieli Jezusa”.

Tymi słowami mój wolnomularski brat Voltaire rozpoczyna hasło Tolerancja w swoim Słowniku filozoficznym. Wydobywa w nich dwa zasadnicze elementy składające się na to, czym jest tolerancja. Jest ona przede wszystkim rodzajem „religijnej cnoty”, która nakazuje znosić w swoim otoczeniu innowierców, a więc współżyć z nimi w sposób pokojowy. Jacques Derrida podkreśla, że z tego powodu „tolerancja jest zawsze po stronie «rozumu silniejszego», gdzie «potęga jest słuszna»; jest ona dodatkowym znakiem suwerenności, jej dobrym obliczem, która ze swojego wzniosłego miejsca mówi innym: «Pozwalam wam być, robię wam miejsce w moim domu, ale nie zapominajcie, że to mój dom…»”. Innymi słowy, tolerancyjność to „cnota” pozwalająca budować społeczeństwo  pokojowe, ale nie pluralistyczne. Prawdziwy pluralizm społeczny opiera się bowiem na próbie zrozumienia innego człowieka, którą można podjąć tylko wtedy, gdy światopoglądu własnego i własnej grupy nie uznaje się za ucieleśnienie absolutnej prawdy. A więc, gdy jest się otwartym na innych, a nie patrzy na nich z wyżyn „rozumu silniejszego” i „najprawdziwszej prawdy”. Różnicę tę wznakomity sposób uchwycono w desce, wygłoszonej na pracach mojej Loży
„Minimalizm moralny, modny i silny w naszych czasach, wynosi tolerancję do poziomu cnoty moralnej najwyższej albo nawet jedynej. Sprawia on także, iż również sam wymóg tolerancji podlega redukcji — do najłatwiejszego minimum, jakim jest tolerancja wobec inności.Co więcej, rzeczony minimalizm obejmuje nie tylko tolerancję, lecz także całą resztę etyki. Etyki prostej, łatwej i przyjemnej, jakby na miarę powszechnego dobrobytu, wesołej zabawy i radosnej konsumpcji bez napięć i konfliktów. […]A tolerancja wobec inności? Niech ją sobie kultywują ludzie bardzo małego serca. Kto dysponuje sercem lub umysłem normalnie rozwiniętym, pójdzie śladem Lessinga i jego mędrca Natana; zawsze życzliwie ciekaw ludzi inaczej niż on sam ukształtowanych, z ich nieznanymi bogactwami, które przeczuwa i będzie odkrywał. Tak czy inaczej, chcąc użyć słowa „tolerancja”, warto pomyśleć, czy naprawdę o nią nam chodzi. Niewykluczone bowiem, że chodzi nam o coś zupełnie innego. Może o akceptację i życzliwość w połączeniu z troską, która wybiega w przyszłość?”.

Doskonałą ilustracją tego, czym jest tolerancja, są słowa: „nie mam nic przeciwko gejom, bo nie zaglądam ludziom do łóżek. Ale po co chwalić się tym publicznie?”. Deklaracje tego typu rozumiem jako deklarację, że gejów nie będzie się bić czy nie będzie się im ubliżać. Niemniej powinny uznać taki a nie inny kształt społeczeństwa, w którym żyją — mają miejsce w tym „społecznym domu”, ale to muszą pamiętać, że to nie ich dom. Odbywa się to za cenę zredukowania tożsamości seksualnej to aktywności seksualnej, tym samym tworzy się normę tego, kim jest „prawdziwy gej”. Czyli mężczyzna podejmujący aktywność seksualną z innymi mężczyznami, na ogół w barach, szaletach, parkach. Do tego w sposób nieumiarkowany co do ilości kochanków.

Takie określenie „prawdziwego geja” było pierwszym, z którym spotkałem się w swoim życiu. Na katechezie, w połowie szkoły podstawowej. Wiedziałem wtedy, że w odróżnieniu od kolegów, zaczynających szkolne miłostki z dziewczynami, tęsknię za bliskością drugiego mężczyzny. Nie wiedziałem jednak, że ma to swoją nazwę i że wiąże się z określonymi zachowaniami. Model „prawdziwego geja”, który poznałem, umocnił fakt, że w kioskach zaczęły pojawiać się homoerotyczne pisma. Jako że był to jedyny widoczny dla mnie „element” homoseksualności w moim otoczeniu, treści przekazane na katechezie wydały mi się prawdziwe. To zaś postawiło mnie przed problemem: czy każda moja potrzeba męskiej bliskości i czułości jest zamaskowaną chęcią uprawiania seksu? A jeśli tak, to gdzie mogę zrealizować swoje prawdziwe „ja”, żeby później wrócić do codziennego życia, w którym o swoich dewiacyjnych potrzebach seksualnych zwyczajnie się nie mówi. Kontakt z literaturą gejowską, a później także z gejami szukającymi partnerów (nie do seksu, do życia), zapoznał mnie z jeszcze jedną figurą „prawdziwego geja”, tym razem związaną z wyglądem zewnętrznym. Nigdy nie dane mi było się do niej dopasować, co — jako problem — noszę w sobie do dzisiaj. Z kolei miejsca „tylko dla miśków i ich wielbicieli” są dla mnie czymś na zasadzie getta, gdzie sprowadza się mnie do mojego wyglądu skorelowanego z potrzebami fetyszystycznymi. Nakłada się na to dalej figura geja jako osoby o zaburzonej tożsamości. Medykalizacja* homoseksualizmu  połączoną często gęsto z promowaniem terapii preparatywnych także może być wyrazem tolerancji — jesteś biedny, cierpisz, a my ci pomożemy. Jeśli zaakceptuje się fakt, że podstawowe egzystencjalne potrzeby to wyraz zaburzeń, doprowadzi się do autentycznej wewnętrznej destabilizacji. Znam ją z autopsji. Była ona we mnie tym silniejsza, że alergolożka lecząca mnie przed laty w CSK w Łodzi (nie wiedziała nic o mojej orientacji seksualnej) zaczęła sugerować, że jestem obojnakiem. Czyniła to aluzyjnie, wysyłała do kolejnych lekarzy, gromadząc chyba materiały do pracy naukowej, ja zaś coraz bardziej rozpadałem się w środku nie wiedząc, czy jestem gejem, czy może dziewczyną.

Po co o tym wszystkim piszę? Dlatego że męczy mnie fetysz tolerancji i fetysz kategoryzacji. Oczywiście, bywają sytuację, w których trzeba pokojowo znosić jakąś odmienność. Przykładem może być tu sytuacja, w której w szkole naucza się słusznie teorii ewolucji, ale nie prowadzi się walki z religijną wiarą w kreacjonizm, pokazując go jako element światopoglądu religijnego i ucząc o różnicy między wiedzą naukową a wiarą. Rzecz jasna, potrzebne są nam również poznawcze szufladki, które pozwalają nam porządkować rzeczywistość. Sądzę jednak, że nigdy nie zbudujemy społeczeństwa ludzi równych, wolnych i zbratanych, jeśli nie odważymy się na próbę zrozumienia inności każdego z nas i na budowę takich ram wspólnego funkcjonowania, które pozwolą nam na maksymalnie swobodną ekspresję siebie. Piszę o tym w kontekście książki Własna tożsamość oczami osób transpłciowych, w której pojawiają się rozważania choćby na temat „prawdziwej transseksualności”. To konstrukt podobny do tożsamości „prawdziwego geja” — pewna normatywna wizja według której prawdziwym transseksualistą jest ten, kto bez cienia wątpliwości utożsamia się z płcią przeciwną niż własna płeć biologiczna, kto cierpi, kto chce zachowywać się jak „prawdziwy” przedstawiciel przeciwnej płci, kto całe życie podporządkował tranzycji i chętnie ponosi wszelkie związane z nią ciężary. Takie osoby transpłciowe można od biedy tolerować, pozostałe jednak winny być postrzegane jako zagrożenie. Wiadomo przecież, że o płci decyduje to, co mamy między nogami, jeśli więc ktoś chce „bawić się w labilność płci” i na korekcie ciała mu nie zależy, nie ma dla niego miejsca w naszej wspólnocie i na naszych warunkach. Jakże inaczej wygląda świat osób transpłciowych, gdy będzie się chciało poświęcić im choć trochę uwagi, wsłuchać w ich historie, poznać problemy w ich funkcjonowaniu. To jednak wymaga odwagi — może bowiem zakwestionować reguły życia społecznego, które uznajemy za jedyne dopuszczalne. Może także zrelatywizować zmedykalizowane kategorie, które tak chętnie uznajemy za wyraz „obiektywnej prawdy” (czy to nie symptomatyczne, że Tomasz Terlikowski, Dariusz Oko i im podobni nieustannie dążą do medykalizacji homoseksualizmu i związaną z tym ofertą terapeutyczną?).

Tolerancja jako zasada życia społecznego polegająca na podporządkowaniu odmieńców „rozumowi silniejszemu” posługuje się chętnie wzorcami „prawdziwych kobiet”, „prawdziwych mężczyzn”, „prawdziwej religii” itd. itp. Wspomaga rozprzestrzenianie się esencjalistycznych wzorców życia, które przyswajamy w trakcie socjalizacji (dlatego obawami napawają mnie próby kategoryzowania każdej odmienności — za nowymi łatkami stoją bowiem esencjalistyczne wzorce zachowań). W ten sposób geje stają się homofobami, osoby transpłciowe bywają dotknięte transfobią, osoby wyznające jakąś religię czują się atakowane zawsze wtedy, gdy próbuje robić się równoprawne miejsce dla osób o odmiennych przekonaniach. W konsekwencji prowadzi to do takiej formy życia społecznego, w której ciężar znoszenia „obcych” jest namacalnie wyczuwalny. To zaś, pod maską pokojowego współżycia, umacnia niechęć, resentyment, doprowadza do wykwitu agresji. Sam wiem, jak zinternalizowany przeze mnie obraz „prawdziwego geja” i religijnie motywowana niechęć do siebie samego wpłynęła negatywnie na relacje z innymi ludźmi, których po wielokroć i bez sensu zraniłem.

Zresztą, dziś nie wiem nawet, co miałoby znaczyć, że toleruję mężczyzn-biseksualistów. Znam takich, którzy chcą byś społecznie uznawani za heteroseksualistów, a na marginesie małżeństw czy związków realizują się seksualnie z mężczyznami. W moim odczuciu prowadzi to do oszukiwania partnerek i partnerów i przedmiotowego ich traktowania. Znam takich, którzy uczciwie budują relacje z partnerami obu płci i niezmiennie mnie to cieszy. Czy są to uczciwe relacje bazujące na seksie czy uczciwe związki nie ma dla mnie znaczenia. A co znaczy tolerować kobiety biseksualne? Zwłaszcza w sytuacji, gdy elementem heteroseksualnego męskiego fantazmaty jest „posiadanie” seksualne kobiet nie stroniących od siebie?
A może jest tak, że „tolerancyjne” społeczeństwa nie specjalnie ciekawe są tego, jak żyją biseksualiści? Jakie elementy systemu społecznego powodują, że nie mogą żyć w pełni transparentnie? Że odmawia się im prawa do uczciwej relacji z więcej niż jedną osobą? Może trzeba namyśleć się nad wzorcem „prawdziwego” bi, żeby społecznie coś przepracować?


*Pisząc od medykalizacji nie kwestionuję dorobku i znaczenia nauk medycznych. Kwestia objaśnienia tego terminu wymagałaby osobnego tekstu. Tu — w ramach ilustracji — posłużę się fragmentem tekstu:
„Diagnoza zaburzenia pozwoli mi zostać mężczyzną nie tylko w mojej głowie, ale i w ciele oraz pod względem prawnym. To było najważniejsze. Mniej ważne stało się, co mi wpiszą w kartotekę. Naprawdę nieważne były nazwy, osie cyfry w katalogu schorzeń. Dążyłem do tego, żeby czuć się dobrze ze sobą i jak najbardziej komfortowo. […] Podczas diagnozy psychologicznej słyszałem o różnych «rodzajach» osób transseksualnych, słyszałem, że płeć to nie tylko genitalia i chromosomy. Usłyszałem też, że jeśli nie będę dążył do wszystkich operacji, też będzie dobrze. Owszem, były osoby, które się nie poddawały korekcie płci, ale przecież transseksualista z prawdziwą diagnozą jest zdeterminowany przejść cały proces, stać się «całkowicie» płcią «przeciwną». Reszta nie spełnia wymogów diagnostycznych, więc «to nie była ta choroba». Coś innego. A jednak psycholog mówiła, że nie trzeba dążyć do wszystkich zabiegów. Wiedziałem o tym wcześniej, ale ostrzegano mnie także: «Jeśli czujesz coś takiego, pod żadnym pozorem nie mów o tym diagnoście, bo wyrzuci cię z gabinetu»”.