wtorek, 1 września 2015

NEOPOGAŃSTWO KSIĄŻĄT KOŚCIOŁA. FUNERALIA WESOŁOWSKIEGO

„Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem” – uczy Jezus. Nie jestem bez winy, a rzucania kamieni się boję. Doświadczyłem takiej sytuacji raz – gdy kamień potoczył się za mną jako wyraz sprzeciwu wobec tego, jak zamieciono w Poznaniu sprawę abp. Juliusza Paetza.

Czytam właśnie – przy porannej kawie – wypowiedź abp. Stanisława Nowaka:
„Nawiązując do współczesnych czasów abp Nowak zaznaczył, że „boimy się czasów, w których człowiek chce być stwórcą” i zawołał: „Maryjo ratuj Polskę. Niech nie zagubi się w neopogaństwie i genderyzmie”.
Przypominają mi się także słowa Stanisława kard. Dziwisza:
„Drodzy pielgrzymi! Prawdziwy chrześcijanin, prawdziwy uczeń Jezusa nie będzie nigdy korzystał z niegodziwych i niemoralnych praw, nawet uchwalonych w majestacie demokratycznego państwa. Prawdy i dobra nie ustala się w głosowaniu. Obowiązują one wszystkich, niezależnie od wyznania i przynależności politycznej. Te prawa nie mogą nas zmuszać do niegodziwego postępowania”. 

A wszystko to w sytuacji, w której egzekwie nad Józefem Wesołowskim przebiegają z pełnymi honorami przynależnymi księciu kościoła, jak kiedyś nazywano arcybiskupów. Rzecz jasna, mszy nie może przewodzić szary ksiądz, odprawi ją zatem papieski jałmużnik, abp. Konrad Krajewski.

Dla polskiego Krk genderyzm jest, między innymi, homoterroryzmem. Pomijając kuriozalność tego sformułowania i jego obraźliwy charakter, można się zastanawiać czy pogrzeb Wesołowskiego nie jest przykładem nie tyle homo- co pedoterroryzmu. Skandalicznej strategii, która obowiązywanie wydumanych praw etycznych rozciąga na świeckich, ale wyłącza spośród nich przedstawicieli kościelnej hierarchii. Można także – i zasadnie – pytać, czy genderyzm i neopogaństwo to nie elementy praktyki Kościoła? A zarzucanie jej innym to wygodna zasłona dymna?

Przed nami dziwne czasy. Prezydent Polski, jakby nigdy nic, krytykuje kraj, którego jest przedstawicielem, przed prezydentem innego kraju. Mówi o braku sprawiedliwości i własnym mesjanicznym posłannictwie. Jego słowa idealnie wpisują się w perspektywę, przywołaną tu poprzez słowa Dziwisza. Związki środowiska politycznego Dudy z Krk są jawne. Pewnie o rozciągnięcie na Polaków „godziwych praw” stanie się jego misją. Czy – biorąc pod uwagę genderyzm i neopogaństwo szerzone w Krk – nie będzie to – z punktu widzenia Polski i moralności – piąta kolumna?

***
"Rzeczywiście, w Dominikanie panuje swoisty kult dotyku. Tym dotykiem Dominikańczycy pokazują, że cię lubią, ufają. Niekoniecznie musi w tym być podtekst erotyczny. Biali ludzie odbierają to jednak często podobnie jak Wesołowski".
"Wojtek (ks. Wojciech G.) zaangażował polski GOPR i organizował wyprawy wspinaczkowe. Nie było w tym nic podejrzanego. Zabierał tam wprawdzie tylko chłopców, ale nikogo to nie dziwiło, bo przecież to męska przygoda".
***
Te słowa - Katarzyny Izydorczyk, honorowego konsula Dominikany w Polsce i założycielki fundacji 'Moja Dominikana' - nie opuszczają mi od wczoraj.
Jak na dłoni widać tu, ile dobrego może przynieść dobra analiza genderowa. Może gdyby nie jasny podział na pasje męskie i żeńskie, dałoby się szybciej wychwycić praktyki pedofilskie?
Może gdyby umiejętnie zdystansować się wobec zwyczajów kraju dałoby się szybciej odróżnić dotyk ufności od dotyku seksualnego?
***
Pomyślałem też o smucie kultury Zachodniej. To zadziwiające, jak mocno powiązaliśmy ciało z seksem. Rodzice, obligowani do mycia dzieci w rękawiczkach, żeby nie posądzić ich o molestowanie. Przytulenia i misie widziane dziwnie jeśli nie dotyczą partnerów. Dotyk, który nigdy nie jest zupełnie seksualnie niewinny.
Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że hoduje to patologiczną samotność.
Jako dorastający nastolatek ukrywałem się ze swoją potrzebą uczuć. Przyznanie się w małym mieście - także przed sobą - do homoseksualizmu, to była duża sprawa. Miałem wrażenie, że jestem sam jeden, inny, dziwaczny. Pamiętam emocje, jakie budziło widzenie koleżanek i kolegów tworzących pary, pocałunków, bliskości. Jedyne, co na temat swoich potrzeb miałem dostępne pod ręką, to pisemko pornograficzne w kiosku. I tak zamykało się koło, potrzebie dotyku i bliskości nadając wymiar seksualny.
Trudna też była potrzeba kochania, którą się przed sobą usprawiedliwiało. Konsekwencja była taka, że potrafiłem zręcznie wymuszać gesty miłości i zawłaszczać ludzi. Bo nijak nie mogłem liczyć na spontaniczność - o tym, że są inni geje i mogą okazywać uczucia dowiedziałem się dużo później, w dorosłym życiu.
***
Mam poczucie, że nasz kulturowy system wciąż reprodukuje takie patologiczne zachowania. I że perspektywa genderowa wnosi tu nieco światła, podważając jedyne słuszne style życia, zachowania, orientacje. Zarzuca się gejom chęć manifestowania się publicznie. Mam wrażenie, że nie idzie tu o manifestowanie, a prawo do dojrzewania - emocjonalnego, partnerskiego itd. Miłości trzeba się uczyć, tak samo, jak budowania relacji, opieki.
Skazywanie na frustrację, krycie się, seksualizowanie wszelkiej cielesnej intymności temu nie służy zbyt skutecznie.
Słusznie piętnujemy pedofilię, przymus w relacjach itd.
Ale czy nie wspieramy kultury, która pozwala tym patologiom krzewić się z określonych powodów?


środa, 26 sierpnia 2015

CHWAŁA BOGA Z MASOŃSKIEJ SZKOŁY. MSZE HAYDNA I LESSLA

Uniwersytet Warszawski opublikował dwupłytowy album zawierający kompozycje Józefa Haydna i Franciszka Lessla. To wydawnictwo jest mi bliskie z kilku powodów.

Po pierwsze, z powodów wolnomularskich. Nie możemy zapominać, że jednym z inicjatorów powstania UW był brat Stanisław Kostka Potocki, a farmazoni należeli do osób zasłużonych na niwie nauki i kultury. Wolnomularzem był także Józef Haydn, nauczyciel Franciszka Lessla. A także Wincenty Lessel – ojciec Franciszka, kapelmistrz na masońskim "dworze" książąt Czartoryskich w Puławach.

Po drugie, z powodów „mało-ojczyźnianych”. Franciszek Lessel pochowany jest na cmentarzu w Piotrkowie Trybunalskim. Nadto na płycie śpiewa Patryk Rymanowski, solista Teatru Wielkiego w Łodzi.

Po trzecie, z powodów poznawczych. Lessel – jeśli w ogóle – kojarzony jest jako pianista i kompozytor piszący na fortepian. Jego dorobek twórczy był jednak zdecydowanie szerszy – obejmował symfonie, operę, balet czy kwartety smyczkowe. Niestety, do dziś zachował się tylko nikły ułamek jego partytur. Nie pamięta się również o pasji „archeologicznej” Lessla – wraz z Elsnerem czy Kurpińskim (wolnomularzami!) żywo interesował się on przeszłością muzyki polskiej, prowadząc poszukiwania w zbiorach bibliotecznych Wawelu, Gniezna czy Jasnej Góry. Zresztą Jasna Góra symbolicznie odwdzięczyła się Lesslowi – nuty zebranych na płycie graduale Benedicta et venerabilis, offertorium Ave Regina i Msza polska B-dur pochodzą ze zbiorów jasnogórskich. Ich opracowania podjęła się Katarzyna Płońska, za co należą się słowa szczerego uznania!
Dobrze się stało, że muzyki Lessla posłuchać możemy „w kontekście”, którym jest dla nich msza Haydna. Szkole Haydnowskiej – jak pisze Alina Nowak-Romanowicz – zawdzięczał Lessel niespotykaną w skali Polski „umiejętność pracy motywicznej”. Wzorem Haydna nie stroni Lessel od polifonii, a także – co podkreśla Płońska – „rozczłonkowuje” formę, traktując jako samodzielne całości nie tylko poszczególne ogniwa mszy, ale także ich fragmenty.
Warto podkreślić, że „Jest to druga z kolei zachowana msza z tekstem polskim[858]. Jej karta tytułowa nosi zapis: Fr. Lessel /Missa a 4 vocibus et Organo obligatis / 2 Cornibus, Clarin., Tromb. non obligats[859] / Varsoviae 1813, zaś po nim Recensere errores minimum / Maximum est emendare opus / Perficere inceptum oraznaklejony ekslibris: „De la Collection de Musique de Monsieur François Lessel”[860]. Msza Lessla różni się środkami języka muzycznego nie tylko od mszy Cybulskiego, ale również i od późniejszych mszy tzw. ludowych czy wiejskich Elsnera i Kurpińskiego. Odpowiedzialny za to był z jednej strony dystans ideologiczny, jaki zrazu dzielił Lessla od haseł głoszonych przez Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk, zaś z drugiej – jego talent i szkoła, którą przeszedł u Haydna. Lessel wszystkie części mszy przekomponowuje, traktując z całą swobodą strukturę poezji Wężyka. Niejednokrotnie buduje on formę muzyczną na wydzielonych ze zwrotki wersach; postępuje tak przede wszystkim w Gloria i Sanctus, ale także i w dwuzwrotkowym Agnus Dei: A = Adagio, oparte ma tekście obu zwrotek + B = Allegro, oparte na dwóch ostatnich wersach drugiej zwrotki, powtarzanych przemiennie (wersy: IV, III, IV, III, IV). W odróżnieniu od Cybulskiego, który w całej mszy operuje tylko chórem, Lessel wprowadza oprócz chóru i partie solowe, a i głosy chóru prowadzi w sposób urozmaicony (na przykład w Kyrie – unisono z towarzyszeniem instrumentów, na początku Credo wprowadza głosy sukcesywnie). W partii sola wokalnego w Credo („On z Maryi”) również obserwujemy efekt powierzania kolejnych wersów tekstu coraz to innemu głosowi: sopranowi, tenorowi, altowi i basowi. Specyficzny koloryt orkiestry uzyskuje Lessel wyłączając z jej obsady skrzypce i altówki, przez co z instrumentów smyczkowych wysuwa się na plan pierwszy głos wiolonczeli. Lessel nie eliminuje, jak Cybulski, techniki polifonicznej, lecz chętnie się nią, nawet już w Kyrie, posługuje. Obok licznych, krótszych lub dłuższych fugat, traktowanych przemiennie z partiami o fakturze homofonicznej, Lessel wprowadza 4-głosowy kanon w  Offertorium (od t. 9 „Daruj nam za grzechy karę”). W jego polifonii obserwujemy typowe dla epoki klasycyzmu silne oddziaływanie faktury homofonicznej” (Alina Nowak-Romanowicz, Historia muzyki polskiej. Klasycyzm).

Muzykę zebraną na płytach wykonują Anna Karasińska, Agnieszka Rehlis, Karol Kozłowski, Patryk Rymanowski, Orkiestra Akademii Beethovenowskiej i Chór Akademicki UW. Przewodzi im dyrygentka Irina Bogdanovich.
Jasne, purystom może przeszkadzać, że to nie nagranie „historycznie poinformowane”. Nie mam z tym problemu, bo wciąż słucham choćby Haendlowskiego Mesjasza w nagraniu sir Thomasa Beechema ze zjawiskową Moniką Sinclair i wspaniałym Jonem Vickersem. Sądzę też, że źle się stało, iż orkiestry symfoniczne oddały repertuar XVIII-wieku zespołom „historycznie poinformowanym”. To nie tylko morze wspaniałej muzyki, ale i świetna szkoła dla muzyków. Dobrze, ze sytuacja sie zmienia.
Orkiestra Akademii Beethovenowskiej brzmi bardzo dobrze. Instrumentaliści współtworzą z chórem i solistami jeden organizm, rozwijając narrację klarowną dramaturgicznie. Brzmienie orkiestry jest stopliwe i dość ciemne, pozbawione emocjonalnych przerysowań czy koturnowego patosu. Pięknie brzmi chór na czele z sopranami przywodzącymi mi na myśl prześwietlony słońcem, różowy fluort. Chórzyści śpiewają ze szlachetną powściągliwością, wyjątkowo klarownie odsłaniając fakturę utworów. Nie kryję, że frajdę sprawia mi także fakt, że w przypadku Haydna i opusculi Lessla, nie podają tekstu mszalnego we włoskiej wymowie łaciny.

Bardzo się cieszę, że wśród solistów znalazł się Karol Kozłowski. To artysta szalenie wrażliwy, posługujący się niuansami w budowaniu nastroju i ekspresji, sam głos zaś to świetny tenor, o gęstej i wyrazistej barwie butelkowej zieleni. Przepięknie współbrzmi z pełnym, dźwięcznym, ciemnobrązowym, swobodnie prowadzonym basem Patryka Rymanowskiego (jak dobrze, że znalazł się na tym albumie!). Szlachetnym, niekiedy „mrocznym”, gęstym brzmieniem głosu i elegancją frazy ujmuje Agnieszka Rehlis. Annie Karasińskiej należą się słowa uznania za czytelność muzycznej retoryki, dzięki której jej śpiew nigdy nie staje się koloraturowo-pusty. Domine Deus z Mszy Cellensis Haydna repetowałem, mimo że nie lubię rozrywać muzycznej całości powtórkami określonych ścieżek.

Płońska w szkicu zamieszczonym w książeczce do albumu podkreśla, że Msza Polska nie należy do najlepszych utworów Lessla. Podkreśla jej użytkowy charakter i konieczność liczenia się z realiami muzycznymi. Zapewne wszystko to prawda, ale emocjonalne kontrasty, specyficzna melancholijna prostota wielu fragmentów, dbałość o to, semantyczne związki muzyki ze słowem czynią powodują, że kompozycje Lessla są wyjątkowo atrakcyjne estetycznie i ewidentnie „modlitewne”. Ich atmosfera (jakże piękne jest solistyczne „On z Maryi” w Credo!) całkowicie mnie wciągnęła odsuwając na bok kwestie „techniczne”.

 Szkoda, że w książeczce znalazł się tylko szkic dotyczący Lessla. Choć rozumiem, że to on jest głównym bohaterem tego albumu. 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

HOSER, TICHNER, NADZIEJA. JAK ŻYĆ?

„Nasza religijność jest religijnością wydarzeniową, religijnością zogniskowaną wokół wydarzeń i ich dziejowych reperkusji, a nie wokół trwających prądów myślowych, inspirującą te prądy i żyjącą w nich. Ojciec Kolbe to wielkie wydarzenie. Ale tylko wydarzenie. Nie towarzyszy mu żadna wielka myśl filozoficzna i teologiczna o człowieku, o ludzkim etosie, o sposobie naprawy rzeczy, które są wspólne. (...) Są imiona, bez których uwzględnienia współczesne chrześcijaństwo nie może myśleć, nie potrafi zrozumiale mówić, czytać. Nazwiska takie są rdzeniem jego logosu. (...) Wśród tych nazwisk - przedstawicieli chrześcijańskiego logosu - nie widać nikogo znad Wisły”.

„Nie mam zamiaru ratować nadziei Niemców, pokazując im Husserla, ani Francuzów, ucząc ich Bergsona czy Ricoeura. Ja sam jednak nie mogę nie znać tych panów. Powinienem ich znać, bo z tego może być pożytek przy szukaniu odpowiedzi zrodzonych na tej ziemi. Egoizm jest zawsze źródłem ciasnoty. Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów”.

Te dwa cytaty z pism Józefa Tischnera przyszły mi dziś do głowy, gdy czytałem fragmenty homilii abp. Henryka Hosera:

„W dzisiejszej dobie media mają coraz większą władzę stając się największą potęgą która kształtuje oblicze ziemi. Tyle że nie czyni ona tego pod wpływem Ducha Świętego który miał zstąpić, ale pod działaniem ducha ciemności który wciąga w nie ludzi z nich korzystających. Wielu bowiem nie potrafi dziś już odróżnić produktu zatrutego od zdrowego”.

„W związku z tym przed Kościołem stoi dziś ogromne zadanie aby powołać takie środki przekazu które nie tylko mówią prawdę o człowieku, ale także uczą jak żyć, jak wzrastać w człowieczeństwie, jak nabywać jakości prawdziwego życia”.

Dla biskupa uczyć jak żyć, to przepowiadać Jezusa. W końcu to Jezus powiedział, że jest drogą, prawdą i życiem. I że nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przez Niego (J 14, 6).
Co ważne, do Ojca przychodzi się przez czyn, a nie przez quasi-naukową wiedzę o Bogu. Bo przecież „Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył” (J 1, 18).

Pouczenie Jezusa jest wymowne i szalenie proste – do Ojca idzie się kochając bliźniego. Co to znaczy? Znaczy to między innymi to:

J 8: 3 Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: 4 «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. 5 W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować2. A Ty co mówisz?» 6 Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć3. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. 7 A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». 8 I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. 9 Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. 10 Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» 11 A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!». 

Mt 25: 31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie".
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" 40 A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili".
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie [odnieśmy to do głosów katolików ws. uchodźców];
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie."
44 Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?"45 Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

Łk 10: 30 Jezus nawiązując do tego, rzekł: «Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. 31 Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. 32 Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.33 Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: 34 podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.35 Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: "Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał". 36 Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?» 37 On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie». Jezus mu rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie!» .

J 2: 13 Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. 14 W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. 15 Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. 16 Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!» 

Przesłanie Jezusa jest przesłaniem nadziei. Jest także postawieniem przed chrześcijanami konkretnego zadania – żyj tak, by pomnażać miłość i budzić nadzieję. To dla mnie oznacza wskazywanie drogi, która wiedzie do życia. A nie uczenie jak żyć – życie bowiem to nieustanny proces, którego nie da się ogarnąć jakąś narzuconą z zewnątrz i niezmienną doktryną o tym, co wolno, a czego nie. Widać to dobrze choćby w katolickiej reinterpretacji nauczania Pawła o kobietach. Dziś nikt już nie zabrania im milczeć w kościele, choć sytuacja kobiet wciąż daleka jest od prawdziwej równości. Postęp w wiedzy – biologicznej, medycznej, psychologicznej, prawnej etc., pomnaża naszą świadomość biedy, wykluczenia. Sprawia, że inaczej rozumiemy człowieczeństwo. Choć warunki się zmieniają, przesłanie Jezusa pozostaje niezmienne – pomoc najmniejszym. Podtrzymywanie nadziei. Miłość. Nie zaś denominacja kościelna i czystość doktryny. Gdyby liczyły się te ostatnie, wzorem nigdy by nie stał się Samarytanin – dla Żydów heretyk, pokazany jako wzór w odróżnieniu od zachowującego przepisy instytucji religijnej kapłan czy lewita.

„Tischner był też księdzem i kaznodzieją. Tyle że kapłaństwo nie stanowiło dla niego celu życia, a jedynie środek do celu, którym było ratowanie ludzkiej nadziei. Tak samo zresztą jak Kościół nigdy nie był dla niego celem jego księżowskiej posługi, ale jedynie środkiem do ratowania kruchych więzi, jakie łączą człowieka z Bogiem. Świadectwem tej hierarchii wartości jest dowcip, jaki ksiądz Tischner opowiedział kiedyś na swój temat, ściągając jednocześnie na siebie święte oburzenie. Pytany, czy bardziej czuje się księdzem, czy filozofem, rzucał: „Najpierw czuję się człowiekiem, potem filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem”.
Czy jednak nie był to tylko kolejny błyskotliwy bon mot krakowskiego księdza?
Tych, którzy znali Tischnera, nie muszę przekonywać, że to nie pusty frazes. Krakowski ksiądz nigdy nie mówił kazań tonem nieznoszącym sprzeciwu. On nie tyle mówił do ludzi czy ponad głowami ludzi, ile w czasie kazań z ludźmi rozmawiał. Jak człowiek z człowiekiem.
Wierzył, że przepowiedni Dobrej Nowiny nie można sprowadzić do powtarzania utartych formuł wypracowanych przez formalistyczną teologię moralną, nauczanie papieży czy odczytywania listów biskupich. Dobra Nowina w jego interpretacji jest próbą odpowiedzi na bóle, jakie nosi w sobie człowiek, na dramaty, które sprawiają, że ziemia usuwa mu się spod nóg, na cierpienie, które w żaden sposób nie uszlachetnia, a zawsze miażdży i niszczy człowieka.
Czy więc zadanie kaznodziei ma sprowadzić się do tego, by człowieka w tych cierpieniach i grzechach pognębić i poniżyć, czy też rzucić mu koło ratunkowe?
W niedzielę w kościele słyszymy zazwyczaj, jacy to źli jesteśmy, jak bardzo nikczemni i grzeszni. Bo kaznodzieja, mówi Tischner, wchodząc na ambonę, widzi przed sobą nie tyle wiernych, nie tyle człowieka z krwi i kości, ile przede wszystkim notorycznych grzeszników. To tak, jak dentysta, który -
gdy widzi człowieka - od razu, z racji profesji, dostrzega ubytki w uzębieniu.
Taki rodzaj zawodowego zwichnięcia. Tyle że to „zwichnięcie zawodowe” w przypadku kapłanów nie jest niewinne.
Gdzie skrywa się zło? Mamy przed sobą krzyż. Idea kazania jest taka: zobaczcie, jakimi jesteście grzesznikami, skoro to wasze grzechy przyczyniły się do ukrzyżowania Syna Bożego. Ta scena krzyża staje się dla księdza dodatkową okazją do poniżania człowieka. Ale przecież możliwe jest inne odczytanie tej biblijnej sceny. Zobaczcie ludzie, jacy wy jesteście cenni, jacy wielcy i ważni, skoro Bóg umiera za was na krzyżu. Można więc do tej samej sceny biblijnej podchodzić tak, że się człowieka karci i poniża, ale można i tak, że się go wywyższa. Tischner był zwolennikiem tej drugiej pedagogii”

- pisze o Tischnerze Jarosław Makowski.


Czy Tischner uczył, jak żyć? Nie sądzę. Wskazywał drogi, otwierał problemy. Ale pozostawiał przestrzeń dla człowieka i jego wyborów. Bo z perspektywy chrześcijanina uczyć, jak żyć, może tylko Bóg. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

BEZDOMNOŚĆ NA KREDYT. MIESZKANIÓWKA, EKONOMIA, POLITYKA


Bez relacji, prób, różnic, bez przekształceń jakichś stanów

rzeczy nie da się nic sensownego powiedzieć na temat danego podmiotu

ani stworzyć jakiejś ramy odniesienia.

Bruno Latour



…najbardziej uderzającym odkryciem nauk społecznych jest to,

że inne czynniki, nad którymi nie mamy kontroli, sprawiają,

że czynimy pewne rzeczy.

Bruno Latour



W naszych czasach nie mamy świadomości prowadzenia prawdziwej

Wojny przeciw światu. […] Dziś jednak istnieje poważne ryzyko,

 że wygramy tę wojnę. Straszne jest, że będzie to pyrrusowe zwycięstwo,

bowiem w tym samym momencie będzie naszą porażką …

Michel Serres



Lektura „13 Pięter” Filipa Springera zajęła mi dwa popołudnia tylko dlatego że znajdowałem na nią czas po obowiązkach zawodowych i domowych. Gdyby nie to, skończyłbym ją „za jednym podejściem”, czując w sobie czytelniczy przymus nie pozostawiania niczego na później.

Uważam ją za znakomicie napisaną. Język Springera ma odpowiednią temperaturę i „wrażliwość”. Książka jest znakomicie skomponowana. Dużo satysfakcji sprawia mi także sposób, w jaki Springer patrzy na temat.



Jak to w reportażu, Springer nie kryje swojego punktu widzenia. Unika jednak stronniczości. Pewnie dlatego że książka ta nie jest prostą, linearną opowieścią o ludziach i ich problemie. „Mieszkaniówka” – by posłużyć się takim wygodnym skrótem-emblematem – jest raczej węzłem splecionym z wielu elementów: polityki, ekonomii, moralności, budynków, działek, klasowego charakteru społeczeństwa, towarzystw budownictwa społecznego, deweloperów, banków, polityków, wzorców dobrego życia, bezdomności, higieny, państwa itede itepe.  Złożoność tę stara się oddać w swej narracji Springer, snując – jak pająk – sieci złożone z dynamicznych relacji, pozwalając mówić różnym ludziom, pokazując, jak działają w naszym życiu bankowe prospekty, zadłużone działki czy środowiskowe wzorce sukcesu. Książka ta jest także „heterochronią” – Springer opowiada w niej nie tylko o teraźniejszości, ale także o polskim międzywojniu i pokazuje, jak to, co minione obecne jest w teraźniejszości.



Książkę zamykają takie słowa:

„Największym graczem na rynku kredytów hipotecznych w Polsce jest bank PKO BP. Jego siedziba znajduje się w trzynastopiętrowym biurowcu przy ulicy Puławskiej w Warszawie. Biuro prezesa mieści się na ostatnim piętrze. Wśród warszawskich drapaczy chmur ten nie jest nawet średniakiem, ale wystarczy, by spoglądając z okien swego gabinetu, prezes Zbigniew Jagiełło mógł poczuć, że cały kraj leży u jego stóp.

Ale Zbigniew Jagiełło się nie cieszy. W czerwcu 2014 roku wypowiada słowa, które w ustach prezesa banku czerpiącego gigantyczne zyski z kredytów hipotecznych brzmią co najmniej zadziwiająco. „Zachłysnęliśmy się wszyscy wolnością – mówi. – Moim zdaniem to, że można było uzyskać sto procent finansowania na mieszkanie bez własnych oszczędności, było złe. Dziś ma pan zdolność kredytową i zaciąga kredyt po uszy. Odmawiając sobie pójścia z kolegami na piwo i mecz, żonie wyjść do kawiarni, a całej rodzinie wakacji. Niby fajnie jest zamieszkać na swoim, ale po dwóch, trzech latach okazuje się, że tak się nie da żyć. Cierpimy”.

Prezes postuluje, by zachęcać Polaków do oszczędzania, żeby skoro już muszą kupić mieszkania na własność, nie zadłużali się przy tym ponad swoje możliwości. „Nie chcę być prezesem bogatego banku w biednym kraju” – oznajmia.

Jego argumenty nie przebiją się do opinii społecznej jeszcze przez kilka miesięcy. Zwłaszcza te dotyczące oszczędzania. Wrócą dopiero na fali frankowej paniki na początku 2015 roku jako postulat utworzenia kas budowlano-mieszkaniowych, które pozwolą Polakom gromadzić kapitał na przyszłe mieszkania. Podobne rozwiązanie proponowane było w Nowym ładzie mieszkaniowym, ale nigdy nie weszło w życie. Minister finansów Mateusz Szczurek rozprawia się z tym pomysłem szybko i dość bezpardonowo. Z wysokości sejmowej mównicy oznajmia, że „kasy to zaproszenie do kryzysu” i rozwiązanie „makroekonomicznie nieodpowiedzialne”. Nazywa je „piramidą finansową”, z której rządowi będzie „trudno się wykręcić”.

„W takim razie pan minister powinien ostrzec rządy jedenastu krajów, w których działa tego typu system oszczędzania – komentuje Jacek Furga, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości przy Związku Banków Polskich. – W Niemczech ma on już ponadstuletnią tradycję, co oznacza, że jest sprawdzony i bezpieczny”.

W wypowiedzi ministra Szczurka pobrzmiewa coś, co stanowi motyw przewodni polityki mieszkaniowej w Polsce. Niechęć państwa do podejmowania długoterminowych zobowiązań. Widać ją nawet w ewolucji rządowych programów: w ramach Rodziny na Swoim państwo dopłaca do odsetek przez kilka lat, w ramach Mieszkania dla Młodych wykłada całą kasę na początku i zapomina o sprawie. A problemu mieszkaniowego nie da się rozwiązać, nie planując działań na kilka, a nawet kilkanaście lat do przodu.

– Z tego samego powodu problem mieszkalnictwa nie jest atrakcyjny politycznie – mówi Piotr Mync. – Nie da się go załatwić w perspektywie jednej kadencji. No bo ile tanich mieszkań można wybudować w cztery lata? Niewiele. Nawet jeśli kilka tysięcy, to grupa ich szczęśliwych lokatorów nic nie znaczy w ogólnym przedwyborczym rachunku. Politycy wolą stosować rozwiązania bardziej efektowne, ale zupełnie nieefektywne. Niechętnie patrzą w przyszłość dalszą niż cztery lata.

– Ile nas ta niechęć kosztowała?

– Koszty finansowe nie są najgorsze, trudno je zresztą policzyć – odpowiada Mync. – Nie rozwiążemy problemu bezrobocia bez poprawy mobilności Polaków. A ci nie będą chcieli się przemieszczać, jeśli będą uwiązani kredytami do swoich mieszkań. Nie pokonamy kryzysu demograficznego, jeśli potencjalni rodzice nie będą mieli pewności, że nikt nie wyrzuci ich z domu miesiąc po narodzinach dziecka. Ale dla mnie najgorsze jest to, że wykastrowano mentalnie całą generację, wmawiając jej, że kredyt to jedyne rozwiązanie. Mieszkanie przestało się kojarzyć z obywatelskim prawem. Ludzie uwierzyli, że zaspokojenie tej potrzeby zależy tylko od ich ciężkiej pracy. Jeśli nie mają gdzie mieszkać, to znaczy, że zbyt słabo się starają. Takie postawienie sprawy jest po prostu nieludzkie. To jest największy koszt”.



To koszt, który płacimy także za związanie polityki z neoliberalną szkołą w ekonomii. A mówiąc jeszcze dokładniej – z uznaniem, że neoliberalizm jest nauką, bezstronną, obiektywną, zdolną do wyjaśniania „całego świata”. Autentyczną science. Zgadzam się jednak z Ha-Joon Changiem, że tak nie jest. Pisze on:

„Rzeczy mają się tak głównie dlatego, że (szczególnie w ciągu ostatnich dziesięcioleci) ludzi skłoniono do wiary, że podobnie jak fizyka czy chemia, ekonomia to „nauka” i na jej polu istnieje jedna prawidłowa odpowiedź na każde pytanie. Ci, którzy nie są ekspertami, powinni po prostu zaakceptować „konsensus profesjonalistów” i przestać o tym myśleć. Profesor ekonomii z Harvardu i autor jednego z najpopularniejszych podręczników w tej dziedzinie, Gregory Mankiw, mówi: „Ekonomiści lubią przybierać pozę naukowców. Wiem, bo sam często to robię. Kiedy uczę studentów, bardzo świadomie opisuję dziedzinę ekonomii jako naukę, żeby żaden z nich nie rozpoczynał zajęć z przekonaniem, że angażuje się w jakieś miałkie akademickie przedsięwzięcie”.

Jak się jednak przekonamy na stronach tej książki, ekonomia nigdy nie będzie nauką w takim sensie, w jakim jest nią fizyka czy chemia. Istnieje wiele rozmaitych teorii ekonomicznych. Każda z nich podkreśla znaczenie innych aspektów złożonej rzeczywistości, dokonuje odmiennych osądów moralnych i politycznych, a także formułuje różne wnioski. Poza tym teoriom ekonomii co rusz nie udaje się przewidzieć rozwoju wydarzeń zachodzących w rzeczywistym świecie, nawet w dziedzinach, w których się specjalizują – choćby z tego powodu, że ludzie, w przeciwieństwie do cząsteczek chemicznych czy fizycznych przedmiotów, dysponują wolną wolą”.



Fuzja polskiej polityki z neoliberalizmem doprowadziła do sytuacji, w której wartość człowieka i sens jego „obywatelstwa” wiążą się ściśle z sukcesem materialnym. Springer – oddając głos swoim rozmówcom – pokazuje, jak silnie powiązaliśmy dorosłość z posiadaniem kredytu, dzięki któremu kupiliśmy dom, samochód, wakacyjną podróż. Wiele do myślenia dają słowa bohaterów, którzy opowiadają o tym, że stracili znajomych dlatego że nie chcieli wziąć kredytu hipotecznego, a więc „dorosnąć”, „wziąć na siebie odpowiedzialność”. „zmierzyć się z wyzwaniami”.

Pokazuje także rolę ekonomicznych ekspertów w budowaniu zaufania do kredytów we frankach. Choćby Ryszard Petru, kreujący się dziś na możliwego zbawcę Polski od jej problemów, w 2008 roku – gdy kryzys ekonomiczny nie był już tylko mrzonką – zapewniał: „Złoty będzie się wzmacniał. Kredyty we frankach jeszcze długo pozostaną bezpieczne i opłacalne”.

Na wielu stronach jego opowieści dom (na kredyt) okazuje się kulą u nogi, czynnikiem destabilizującym życie, ograniczeniem wolności, klatką, w której przebywa się z eks-partnerem.



Springer jasno pokazuje, że zaangażowanie rządu w programy takie jak Rodzina na Swoim czy Mieszkania dla Młodych są tylko pozornie troską o obywateli. Najważniejszym beneficjentem pozostają tutaj deweloperzy.



Iza, pracownica wysokiego szczebla w deweloperskim biurze sprzedaży, mówi Springerowi:

„Klient, bo to on jest w tym układzie najsłabszy. Nie ma naszej wiedzy, nie ma naszych pieniędzy, nie ma naszego czasu. To wszystko go z miejsca stawia na gorszej pozycji. My nie ponosimy prawie żadnego ryzyka. I nie mówię tego, żeby się chwalić; to wynika z umowy, którą daliśmy klientowi do podpisania. Bank? Owszem ryzykuje, ale minimalnie. Ma zespół ekspertów, którzy tego delikwenta prześwietlą. Jak się pojawi problem, to najwyżej bank puści człowieka z torbami, wyśle komornika, żeby ściągał z niego tę kasę do końca życia. Bank odzyska pieniądze, najwyżej trochę później. Człowiek jest w tym wszystkim najmniejszy. Ale to nie znaczy, że zawsze zostanie puszczony z torbami. Nie. Przecież miliony ludzi kupiło mieszkania i nikt ich nie wystawił do wiatru. Można było to zrobić, ale przecież naszym celem nie jest oszukiwanie, tylko budowanie mieszkań i zarabianie na tym.

– Iza, a dlaczego ty mi to wszystko w ogóle mówisz?

– To, co napiszesz, i tak nie zepsuje nam interesu”.

I dalej:

„Potwierdza to Iza z szóstego piętra, ta, która pracuje w biurze sprzedaży dewelopera. Kiedy rząd uruchomił Mieszkanie dla Młodych, w firmie otworzyli szampana.

– W Rodzinie na Swoim można było kupić też lokal używany, ale w Mieszkaniu dla Młodych już tylko nowy, od dewelopera, czyli od nas. W pierwszym miesiącu działania programu sprzedaż skoczyła nam mniej więcej o trzysta procent.

Iza przyznaje, że obowiązujące w Mieszkaniu dla Młodych wysokie limity na cenę za metr lokalu sprawiają, że większość deweloperów podnosi ceny.

– Myśmy od razu to zrobili, gdy tylko je ogłoszono. Bo dlaczego mamy sprzedawać metr za pięć i pół tysiąca, skoro państwo zgodzi się dopłacać do tego samego lokalu sprzedawanego za sześć tysięcy? Idiota by nie skorzystał”.



Poważne kontrowersje budzi także Fundusz Mieszkań na Wynajem, który niedawno uruchomiono. Czytamy u Springera, że

„w ciągu pięciu lat zainwestuje aż pięć miliardów złotych w lokale do wynajęcia. Ma ich być dwadzieścia tysięcy. Według pierwszych zapowiedzi czynsz ma być konkurencyjny wobec stawek rynkowych. Na pierwszy rzut oka jest to krok w dobrą stronę. Gdy jednak wspominam o tym Irenie Herbst, ta prawie wyrzuca mnie za drzwi.

– Pięć miliardów złotych na zakup, powtarzam: zakup, dwudziestu tysięcy mieszkań w pięć lat! – denerwuje się. – TBS-y za cztery miliardy wybudowały tych mieszkań pięć razy więcej. To ma pana zdaniem jakikolwiek sens?

Kontrowersje budzi też fakt, że fundusz będzie skupował mieszkania od deweloperów. Ci zresztą zareagowali na to z wielkim entuzjazmem. Mają na rynku kilkadziesiąt tysięcy lokali, które na skutek przykręcenia przez banki kurka z kredytami trudno im sprzedać. Nic dziwnego, że zaczynają się prześcigać w ofertach. Chcą nie tylko sprzedać to, co już mają, ale też budować nowe. Zostają podpisane pierwsze umowy. W styczniu Fundusz Mieszkań na Wynajem wystawia w Poznaniu do wynajęcia pierwsze mieszkania. I tu rozczarowanie. Lokale wcale nie są tańsze od tych, które można wynająć na rynku, a w niektórych przypadkach kosztują nawet więcej”.



Być może ma to swój głęboki sens polityczny. Marek Wielgo mówi w książce:

„zwraca uwagę, że budowanie klasy średniej w oparciu o kupowane na kredyt mieszkania własnościowe ma też głębokie uzasadnienie polityczne. Ludzie ze zobowiązaniem na trzydzieści lat są mniej podatni na ekstremizmy. Głosują na partie środka, bo chcą mieć pewność, że władze niczym ich nie zaskoczą. Są przewidywalni, wiadomo, jak zyskać ich poparcie w wyborach”.



Springer dopomina się w swojej książce o politykę mieszkaniową i mieszkania czynszowe. Nie wpisuje się jednak w prostą figurę anty-wolnorynkowca, przywoływaną przez ludzi pokroju Leszka Balcerowicza. Ustami Ireny Herbst, współtwórczyni Memoriału Mieszkaniowego, mówi o tym, że w demokratycznym państwie trzeba wyważyć kwestie wolnorynkowe z zaangażowaniem państwa. Mieszkanie – nie jako luksus, ale podstawowe dobro obywatelskie – winno być dostępne dla wszystkich, ale na różnorodnych zasadach. Pokazuje – na przykładzie stargardzkiego TBS – sens budownictwa społecznego. Są nim choćby mieszkania wspomagane dla seniorów.

Udaje mu się boleśnie uchwycić stosunek Polaków do bezdomności i biedy. Robi to na przykładzie poznańskich kontenerów, zestawiając upiorne deklaracje Ryszarda Grobelnego o karze dla wyrzutków społecznych z bardziej skomplikowanymi realiami.



Pisze także o czyścicielach kamienic, między innymi z Poznania. W tym kontekście pojawia się także następująca opowieść:

„Na to się jednak chyba nie zanosi. W połowie 2012 roku Paweł Łukaszewski z Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego napisał do wielkopolskich parlamentarzystów list z prośbą o wprowadzenie w prawie zmian, które umożliwiłyby pracownikom PINB szybsze podłączanie mediów do czyszczonych kamienic. Z projektem wystąpił poznański poseł Tadeusz Dziuba. Propozycja blisko półtora roku czekała na opinię. W końcu sejmowi prawnicy orzekli, że wodę zawsze można przynieść z zewnątrz. Nikt też nie powiedział, że myć trzeba się we własnej łazience, można to przecież robić u przyjaciół lub znajomych. W ostateczności można się też wyprowadzić.

Potem poprawki posła Dziuby trafiły pod obrady specjalnej podkomisji sejmowej. Nagranie z jej posiedzenia jest jednym z najbardziej przerażających, jakie można znaleźć na stronach polskiego parlamentu, a konkurencja w tej kategorii jest niemała. Posłanka Krystyna Sibińska (PO – dop. MMB) tłumaczy, że poprawki zaproponowane przez Dziubę nie są potrzebne, bo odcięcie wody nie stwarza „bezpośredniego zagrożenia życia””.



Rozważania o współczesnej Polsce poprzedza opowieść o międzywojniu. O lewicowych korzeniach spółdzielczości mieszkaniowej (współtwórcą WSM był Bolesław Bierut). O torpedowaniu planów mieszkaniowych dla robotników przez SARP w momencie, gdy zdominowali go ludzie związani z ONR. O popieraniu ówczesnej „deweloperki”, kredytowaniu kamienic budowanych dla establishmentu. Piekle schronisk dla bezdomnych.

To opowieść o wojnie, jaką toczy zwycięska część społeczeństwa przeciw tej, której materialnie się nie udało. Co nie znaczy, że przeciw tej, która się leni. Bieda często związana jest z pracą ponad siły, wyzyskiem, społeczną niesprawiedliwością.



Sądzę, że warto pochylić się nad tą książką. Spróbować spojrzeć na świat poprzez jej pryzmat –  bez względu na własne preferencje polityczne, moralne czy ekonomiczne. Bo, jak rzekł Michel Foucault, czasem warto popatrzeć na świat inaczej, by móc powrócić do tego, kim się jest.

środa, 12 sierpnia 2015

LIBERALNA PORNOGRAFIA, SOCJALISTYCZNY PURYTANIZM


Piotr Napierała opublikował tekst, który – jak głosi tytuł – ma być odczarowaniem pornografii.
Zasadniczo powinienem przyklasnąć takiemu postawieniu sprawy. Albowiem jestem przekonany, że potrzebujemy odczarowania erotyki i pornografii. W myśl idei wyrażonej przez Jerzego Nowosielskiego, iż pornografia jest tworem stricte okcydentalnym, stanowiąc produkt demonizacji erosa, uprzedmiotowienia ciała, sztywnego oddzielenia tego, co duchowe, od tego, co cielesne. Nowosielski lubił przywoływać hinduskie sakralne wyobrażenia seksu – mimo swej intensywności nie konotują one znaczeń, które ludzie Okcydentu wiążą z pornografią.  Dlatego bliskie są mi praktyki, które sięgają do pornografii, by wykorzystać jej potencjał w sposób twórczy. Robi tak choćby Michel Lucas, szef Lucas Ent., aktor porno, prawnik, aktywista na rzecz tolerancji religijnej i osób LGBT, krytyk polityki ocierającej się o totalitaryzm (w tym Putina) etc. Jest on także „żywym przykładem” na lojalność i wierność w związku – swój status osoby życiowo związanej z partnerem manifestował choćby przez to, że nie zdejmował obrączki na planach filmów, w których zagrał. Bliskim mi przykładem redefiniowania cielesnych i erotycznych relacji między ludźmi jest także projekt Pornceptual. "Jako artysta, który zajmuje się porno i znaczeniami pornografii byłem wielokrotnie cenzurowany. Prawda jest taka: porno wciąż bywa oceniane negatywnie. W ostatniej chwili zrywano umowę ze mną i moimi modelami, byłem wyrzucany z platform internetowych […]. Nie mogę nawet pokazać większości materiału, który wyprodukowałem" – pisał na FB Chris Phillips, pomysłodawca Pornceptual. Ten złożony projekt dokumentuje polityczne i społeczne formy opresji wobec ekspresji cielesnej i seksualnej. Służy także upodmiotowieniu osób angażujących się w relacje erotyczne, kwestionując bariery wieku, wyglądu, orientacji seksualnej.

Moja reakcja na tekst Napierały nie jest jednak pozytywna. Z kilku powodów.

Po pierwsze, poruszamy się tu w gąszczu dziwacznie brzmiących terminów, których autor nawet nie próbuje dookreślić. Pisze choćby o  feministkach typu purytańsko-radykalno-socjalistycznego, o przeciętnej kobiecie porno, całym szeregu budów ciała. Momentami brzmi nie po polsku, momentami sugeruje istnienie podgatunku homo sapiens, jakim jest kobieta porno…

Po drugie, nie bardzo wiadomo, na podstawie czego formułuje Napierała charakterystyki „przeciętnych kobiet” – porno i zwykłych. Wspomina wprawdzie o tym, że robiono jakieś badania. Pytanie, kto robił? Jakie były to badania? Jaka była próba? Metodologia? Czy badania te krytykowano? W tekście nie uświadczy się takich informacji.

Po trzecie, tekst przypomina apologię heteroseksualnych filmów porno robionych przez zagorzałego widza. Pornografia to jednak przemysł nie tylko heteroseksualny. Skoro mamy ją odczarować, warto odnieść się szerzej do tego zjawiska. Zwłaszcza, że wychylenie się poza „heteroseksualną optykę” może doprowadzić do niuansowania własnych tez.

Po czwarte, tekst jest niespójny. Z jednej strony Napierała krytykuje ludzi, którzy uznają cała pornografię za skandal. Sam jednak stawia tezę skwantyfikowaną wielkim kwantyfikatorem: „kobiety w branży porno nie są wykorzystywane” i sam tę tezę falsyfikuje: „chyba, że chodzi o jakieś niszowe bandyckie produkcyjki, ale to wtedy problemem jest nie porno lecz bandytyzm, wiele z nich zarabia tyle co modelki, a nie muszą znosić nawet połowy wyrzeczeń i upokorzeń modelek”.

Po piąte, kwestia porno jest pretekstem do pochwały feminizmu liberalnego i wyśmiania wariatek prezentujących feminizm purytańsko-radykalno-socjalistyczny. Rzecz jasna, nie padają jakiekolwiek nazwiska. Nie ma mowy o kontekstualnym osadzeniu poglądów jakiejkolwiek feministki czy feministy. Jest opinia, dobrze znana czytelnikom Napierały – liberalizm jest fajny, socjalizm jest fe. W ramach rozegrania przeciw sobie feminizmu liberalnego i purytańsko-radykalno-socjalistycznego Napierała pisze:
„Jak ktoś peroruje, że w każdym pornofilmie kobieta jest uległa a samiec władczy, albo że w każdym jest przemoc, to od razu wiem, że w życiu nie obejrzał ani jednego filmu, albo natknął się na jakiś jeden ostry i przestraszył na amen. Są filmy porno, które tylko wyrazistością organową różnią się od łagodnych ckliwych erotyków dla sentymentalnych pań, oraz liczne filmy z dominacją żeńską”.
Zachwyca się także Niemcami i Holandią, gdzie – dzięki legalności prostytucji – nie ma problemu z HIV czy mafiami pornograficznymi (to znów tezy kwantyfikowane dużym kwantyfikatorem, więc bardzo łatwe do obalenia).

Czytając te wynurzenia przypomniały mi się ta zwane sexual wars. Jednym z podstawowych zjawisk, o które toczono boje, był sadomasochizm. Upatrywano w nim ekspresji myślenia patriarchalnego – z mężczyzną jako stroną aktywną, dominującą, agresywną. I kobietą, jako stroną pasywną, oczekującą, by w sposób stanowczy czy wręcz agresywny ją zdobywać. Efektem tych sporów było choćby doprecyzowanie tego, czym jest „konsensualna przemoc”, a więc relacje BDSM budowane z poszanowaniem wolności i równoprawności wszystkich partnerów. Zadawano wtedy ważne pytania o to, czy wiara w konsensualny sadomasochizm nie jest naiwna? Czy – pomimo zgody partnerów – sama relacja S/M nie replikuje „heteroseksualnej” dynamiki władzy. W toku debaty uczestnicy sporu uświadomili sobie, że sposób, w jaki się spierają, jest jałowy. Zaczęto choćby zastanawiać się nad symulacyjnym a nie replikującym charakterem relacji S/M.
Wszystko to wydaje się dość abstrakcyjne, a może nawet śmieszne. Musimy jednak pamiętać, w jakim kontekście toczyły się te spory. Kontekstem tym była psychiatria, w kwestii seksualności mocno zadłużona w wieku XIX i w pracy Richarda Krafft-Ebinga. To właśnie on wprowadził w obieg w pojęcia sadyzmu i masochizmu. Pierwszy związał z (super)męskością. Męska psychika była jego zdaniem źródłem agresji, bo to mężczyzna przez wieki musiał brać udział w wojnach, walczyć o pożywienie i zdobywać kobiety. Z kolei masochizm uznał Krafft-Ebing za istotowo kobiecy. Nie oznaczało to, że mężczyźni nie są masochistami. Wręcz przeciwnie – tyle tylko, że masochizm męski jest inwersją płciowości (okropny gender!), a masochista to dewiant seksualny.

Napierała może oczywiście śmiać się z takiego stawiania tematu, niemniej i psychiatria, i imaginarium społeczne tak właśnie widziało (i widzi?) kobiecość i męskość.

Napierała może także wyśmiewać tych wszystkich, którzy uważają, że pornografia uprzedmiotawia kobiety. Nie jestem pewien, czy fakt, że kobieta występuje jako strona dominująca automatycznie oznacza jej upodmiotowienie. Jest to raczej odpowiedź na potrzeby męskiego widza, którego podnieca odwrócenie ról. Aktywność aktorki porno ma więc charakter przedmiotowy – dostarcza przyjemności. Ważnym wątkiem w kwestii uprzedmiotowienia kobiet w pornografii są wątki lesbijskie. Stanowią one integralną część filmów uznawanych za… pornografię heteroseksualną. Biseksualność w pornografii wiąże się z mężczyzną. Powinno to dawać do myślenia – badania gender i queer pokazują, że erotyka lesbijska jest częścią męskiego fantazmatu, co odziera ją ze swej „specyfiki” i czyni podporządkowaną spojrzeniu heteroseksualnego mężczyzny.
Nie twierdzę, że aktorki nie zarabiają na filmach, ani że nie "rozdają kart".  Pewnie niektóre tak, inne nie. Ale można być wyemancypowaną aktorką, która wspiera przekaz stereotypowych znaczeń, utrwalających określone wizje męskości i kobiecości. Do tego dochodzi jeszcze kwestia odbiorcy, którego "stan świadomości" i akceptowane przedsądy nie są bez znaczenia. 

Na jeszcze dwie kwestie chcę zwrócić uwagę.
Pierwsza, to kwestia „bezpiecznego seksu”. Najbardziej rozpowszechnił się on w pornografii homo i biseksualnej. Zasadniczo w filmach heteroseksualnych nie używa się prezerwatyw. 
Druga, to popularny w „nurcie” homoseksualnego porno bareback – brak prezerwatywy stał się tutaj rodzajem fetyszu, mającemu przywrócić praktyce seksualnej jej „naturalność”. Zwłaszcza w USA obecny był także nurt świadomych zakażeń HIV – zarówno w życiu codziennym, jak i w pornografii. Symbolicznym rzecznikiem takiego podejścia może być Jeff Palmer, aktor od dawna chorujący na AIDS. Jego zdaniem, nie jest to już straszna choroba, a odkąd jest zarażony, może czerpać swobodną radość z seksu, wolna od niepokojów o zdrowie. 

Efektywne narzędzia do opisu procesów normalizacji, dyscyplinowania pożądania seksualnego, znaczeń realizowanych w ramach pornografii dostarczyli Michel Foucault, Gilles Deleuze, Judith Butler i inni. Dodajmy Herberta Marcusego, którego wpływ na ruchy emancypacyjne był znaczny. Czy prognozowany cyberfeminizm Donny Haraway, a zobaczymy złożony obraz sceny, którą Napierała zapewne uznałby za socjalistyczną. O tym, jak narzędzia te się sprawdzają, mogą przekonać się Państwo sięgając choćby do pracy magisterskiej Wiktora Marca, zatytułowanej Konsensualny sadomasochizm – spór o przemoc. Autor tej pracy odczarowuje wiele rzeczy, nie kpiąc przy tym z żadnego z referowanych stanowisk.
Zresztą, dobre odczarowanie to takie, które pokazuje plusy i minusy. A nie wpada w apologetykę. 


wtorek, 11 sierpnia 2015

HETEROTOPIA TĘCZY. WOJNA O ŁUK PRZYMIERZA


I rzekł Bóg: „Oto znak przymierza, który ustanawiam między Mną a wami, i między każdą istotą żyjącą, co z wami była, na czasy wieczne!
Łuk Mój kładę na obłokach, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. I będzie gdy oblokę obłokiem ziemię, a ukaże się łuk na obłokach;
Wtedy wspomnę na przymierze Moje, co między Mną a wami, i każdem jestestwem żyjącem, w wszelkiem ciele; a nie staną się już wody potopem, aby zniweczyć wszelkie ciało. I będzie łuk w obłokach, i spojrzę nań, abym wspomniał na przymierze wieczne między Bogiem, a każdem jestestwem żyjącem w wszelkiem ciele, które jest na ziemi” (Księga Rodzaju, tłum. rabbi Izaak Cylkow).   



Yi-Fu-Tuan twierdzi, że „>nasz< świat, kulturę, czyniącą z nas wspólnotę, tworzą miejsca, z których świat ten nam się składa. Miejsca, których znaczenia formują się w nieustannych rytualizacjach, mogą być przyjazne (topophilia), ale także mogą odstraszać, zniechęcać (topophobia).  Gra między nimi rozgrywa się w przestrzeni”


- pisze Maria Mendel w książce reprezentującej tzw. „pedagogikę miejsca”. Osią tych badań jest przekonanie o fundamentalnym znaczeniu dla tożsamości człowieka, wspólnoty, instytucji publicznych relacji między ludźmi a miejscami i przestrzeniami. Człowiek zajmując przestrzeń, żyjąc w przestrzeni, kierując procesami, które w niej zachodzą, a w końcu konstruując przestrzeń (do)określa swoją egzystencję, uczy się troski, zażyłości, współpracy, bycia u siebie, zamieszkiwania. Może otworzyć się na przyswajanie obcości. Ale potrafi także budzić w sobie niechęć, nieżyczliwość, agresję, przemoc.


Innymi słowy – bez odniesienia do miejsc, nie da się opowiedzieć ludzkiego życia. Przestrzeń zaś to „wynik wspólnego ustalania i podtrzymywania znaczeń. To społeczna i jednostkowa wiedza, do której dochodzi się poprzez nadawanie jej elementom określonych sensów i znaczeń, przez negocjacje”.
Szczególne znaczenie w kontekście wspólnoty posiadają heterotopie.

Mendel rozumie przez nie „miejsca miejsc”, to znaczy takie miejsca, w których przecinają się, wchodzą ze sobą w interakcje spojrzenia należące do różnych osób. Heterotopie są miejscami spotkania, w których spotykają się niekompatybilne ze sobą znaczenia, sprzeczne czasy i sprzeczne, zwielokrotnione miejsca. Heterotopie wyzwalają te napięcia, a skupiając je jak w soczewce pozwalają na krytyczny namysł. Jego efektem jest rozpoznanie stanu wspólnoty, ale także szansa społecznej zmiany poprzez oddziaływanie na procesy (rytualizacje), które w ramach heterotopii się dokonują.


Jedną z ważniejszych polskich heterotopii jest dla mnie warszawski Plac Zbawiciela z zainstalowaną na nim Tęczą. To miejsce gęste od różnorodnych znaczeń, ale także od procesów rytualizacyjnych – od demonstracji, marszów, po regularne akty spalenia.
Tęcza stanowi stary symbol pokoju i przymierza. Tak postrzega ją judaizm i chrześcijaństwo, odnosząc się do tekstu Księgi Rodzaju. Ważne miejsce znajduje tęcza w chrześcijańskim malarstwie, gdzie przywoływana jest jako symbol bożego miłosierdzia, tron Mesjasza, czy wyraz świętości (mandorla, aureola).
Tęczowa flaga symbolizowała lepszy świat dla niemieckich chłopów, którzy w XVI wieku wypowiedzieli walkę panom feudalnym. W 1921 r. tęczowa flaga stała się symbolem spółdzielczości, na mocy decyzji Międzynarodowego Kongresu Liderów Spółdzielczości. W mitologii skandynawskiej z kolei tęcza to most łączący świat bogów i ludzi. Jest też tęcza znakiem osób LGBT. Z tęczą związana jest Sahasrara, czakra reprezentująca najwyższy stopień świadomości mistycznej. I tak dalej. I tym podobne.


„Jedyna różnica, jaką da się wyznaczyć pomiędzy społecznością zwierząt na naszą własną, leży, jak często mówiłem, w pojawieniu się przedmiotu. Nasze relacje [relationships], więzi społeczne, byłyby ulotne jak chmury, gdyby istniały tylko umowy między podmiotami. Faktycznie, to przedmiot, charakterystyczny dla Hominidów, stabilizuje nasze relacje i spowalnia czas rewolucji. W niestabilnych grupach pawianów zmiana społeczna wybucha [flaring up] co minutę.   Każdy [z nich] może opisać swoją historię jako niczym nie skrępowaną. Co do nas, przedmiot, dokonuje spowolnienia naszej historii”

- pisał Michel Serres.


Dla heterotopii Placu Zbawiciela oznacza to, że wraz z demontażem tęczy unicestwione zostanie miejsce krzyżujących się znaczeń, społecznej diagnozy i kuźni zmian.


Przy czym sam fakt demontażu tęczy – odkładając na bok uzasadnienie prawne – to wymowny przykład ucieczki władzy od tego, co heterotopia ta diagnozuje. Czymś niezwykłym jest bowiem, że symbol pokoju, przymierza, mistycznej świadomości, lepszego jutra, ludzkiej równości demaskuje rzeczywistość niepokoju i kulturowej wojny, kształtującego naszą współczesną tożsamość poczucia zagrożenia „obcością”, ale także głębokiej nieumiejętności prowadzenia dialogu. W końcu Tęcza diagnozuje także fałsz skryty w słowach reprezentantów POPiSu. Ucieczka od problemu – symbolicznie wyrażona w planowanym demontażu tęczy, mniej symbolicznie choćby w losach ustawy o związkach partnerskich – stawia bowiem pod znakiem zapytania zarówno hasło Ewy Kopacz Słucham. Rozumiem. Pomagam, jak i deklaracje Prezydenta o tym, że jego celem jest dialog i zakopywanie podziałów.


Mówić można wiele, ale o prawdzie władzy świadczą raczej decyzje i rytuały. Ucieczka od symbolu tęczy, dlatego że obnaża złą kondycję naszej wspólnoty, jest tutaj bardzo wymowne. Wpisuje się jednak w taktykę PO, której elementem politycznym stał się choćby Roman Giertych. Polityk ze szczególnie groźną przeszłością, ideologiczny przeciwnik wszystkiego, co nie pasuje do konkretnej wizji polskiej tożsamości, czy będą to ludzie, książki czy Unia Europejska.


Ponad ulotnymi słowami wspólnota potrzebuje miejsc, które diagnozują jej stan. Dialektyka topophobii i topophilii skupiona wokół heterotopii – a więc nie rozlewająca się dowolnie – daje nam szansę na lepsze zrozumienie siebie samych. A także na próbę wpływania na kształt wspólnoty. Tworzące heterotopię przedmioty podtrzymują naszą pamięć, noszą na sobie ślady krzywd i porozumień. Dlatego rzeczy są bardziej niebezpieczne niż książki – podręczniki do historii można zmienić, ale przedmioty pamiętają i dzielą się swoją pamięcią.


Tęcza – znak sprzeciwu wobec przemocy, obrosła przemocą. Jest jak wyrzut sumienia. I nadzieja na społeczeństwo bardziej fair. Dlatego powinna zostać tam, gdzie jest. Pewnie nie zostanie – co, w kontekście prawdy wyrażanej przez rytuały władzy – samo powinno stać się elementem naszej wspólnotowej pamięci.






czwartek, 6 sierpnia 2015

PREZYDENCI I DIALOG

„Fundamentem dalszego rozwoju wolnej Polski jest właśnie dialog prowadzony pomiędzy obywatelami. Dialog, który łączy ludzi o odrębnych, a często sprzecznych interesach czy dążeniach. Bez dialogu trudno jest o kompromis, a bez zdolności do zawierania kompromisu nie ma dobrej demokracji”
- mówił Bronisław Komorowski na antenie telewizji publicznej w swym ostatnim przemówieniu.

„Jestem zwolennikiem otwarcia debaty nad nową  Konstytucją i zaproszenia do niej wszystkich  obywateli Rzeczpospolitej. Obowiązująca Konstytucja z 1997 roku została napisana w innych politycznych realiach. Jesteśmy dzisiaj w NATO i w Unii Europejskiej. Musimy lepiej zabezpieczyć naszą suwerenność, zadbać o zachowanie tożsamości kulturowej, a także naszych interesów ekonomicznych. Mocniejszych gwarancji wymagają również prawa obywatelskie 
Będę prezydentem dialogu i porozumienia, a celem mojej prezydentury będzie praca na rzecz odbudowy wspólnoty Polaków. Polityczne spory, które są częścią demokratycznej debaty, nie mogą wzmacniać istniejących podziałów społecznych, osłabiać naszej wspólnoty ani działać destrukcyjnie na instytucje państwa. Szczególnie liczę na pomoc Waszego środowiska w osiągnięciu tego zamierzenia” 
- pisze Andrzej Duda w liście do czytelników Gazety Polskiej Codziennie.

Choć nie należę do entuzjastów Komorowskiego, zestawienie tych dwóch publicznych wystąpień jest dla mnie wstrząsające. Odchodzący Prezydent mówi w medium publicznym do wszystkich obywateli.
Zaprzysięgany jutro Prezydent po raz kolejny wyróżnia wśród obywateli „tych lepszych”, do nich szczególnie kierując swoją ofertę zmiany konstytucji, walki o tożsamość kulturową rozumianą w tym środowisku jako tożsamość polsko-katolicka i dialogu. Dialogu, który akurat z tym środowiskiem w praktyce nigdy nie okazał się możliwy.

Po wygranej Dudy spodziewałem się zmiany nastroju i tonu debaty publicznej. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to w tak lawinowym tempie. Nie byłem także świadom, jak mocno infiltruje polskie mózgi ideologia głoszona przez określone środowiska, która pozwala nie tylko zawłaszczać przeszłość (casusu Powstańców Warszawskich i kazania Marka Jędraszewskiego czy Naczelnego GPC, Tomasza Sakiewicza), ale dialog pojmuje jako walkę z „kozłem ofiarnym”. 


W przeciągu zaledwie kilku dni pod swoim adresem przeczytałem:

„Dorosnij człowieku..Ty masz unikalna wieź ale z głupotą. I nie wypowiadaj sie na tematy o których nie masz zielonego pojecia. Ja w sądach spedziłem wiele lat. I nie ucz mnie co ma zwiazek z czym. Bo własnie te Twoje feministki dażą swoim postepowaniem do rozkładu rodziny..Tak jak gender i inne rzeczy. Ale to dyskusja nie miedzy nami...Bo trzeba miec pojacie na te tematy. A Ty człowieku nie masz pojecia o czym piszesz. A jak dla Ciebie człowieku wyzwiskiem jest "gieroj" to winszuje "wielkosci"... Moca moich argumentów jest moje życie i to co przezyłem, czego doznałem..A Ty z tą swoja paplanina to mozesz sie popisywac wsród przedszkolaków... Jasnie panie, przepraszam ze uraziłem... Bezmózgu! Teraz sie czuj obrazony.Chcesz dyskutowac na poważne tematy to najpierw pokaz twarz a nie niedzwiadka w kwiatuszkach na łace...Bo kultura tego wymaga, ze jak sie rozmawia to sie wie z kim. To tyle. Pajacu. Przepraszam ze uraziłem waszą WYSOKOSC ale tak rozmawiam z ludzmi którzy wyzej srraja niz dupe maja a poza tym nic soba nie reprezentują! I jak na razie to nie odpowiedziałes mi na pytanie...Bo TWOJA WYZSZOSC urazona nie pozwoliła i wzieła góre...Pozdrawiam, Wykształciuchu.
 Od kultury to Ty zacznij...Powiedziałem. Jak sie wypowiadasz na jakis temat to pokaz twarz a nie jak tchórz, jak szczur..Kazdy człowiek powazny Cie oleje..Bo nikt nie lubi tchórzy...Twoje feministki na zdjeciu twarz pokazuja w pochodzie a Ty szczurze sie ukrywasz. Bo gówno jestes a nie chłop. Zegnam... Rozmawiam z prawdziwymi facetami...”.

„Relatywizmem się brzydzę, dziś to plaga. „Prawda leży tam, gdzie leży, i bardzo rzadko jest pośrodku” – śpiewa pewien bard. Jak ktoś nie chce prawdy widzieć albo zakłada, że może mieć ona sto obliczy, to jego problem. Zalecałabym wiersze Zbigniewa Herberta, dobrze leczą tę przypadłość. Za wolnością powstańcy opowiedzieli się w pierwszych dniach walki, później całkiem inne wartości realizowali. No i u mnie „pars cóś tam” jest wielkim błędem, a u Pana „jeden znajomy powstaniec” wystarczy jako powalający argument. Za zwolennika PO uznaję Pana, bo nie usunął Pan swojego tekstu po tym, jak Tomasz Piątek podjął ten sam temat. Ja bym się wstydziła występować z nim w jednym chórze. I w ogóle jest Pan podejrzany. Ja nie znam żadnego arcybiskupa (biskupa też nie), nikt mnie nawet nie poklepie po ramieniu za to, że czegoś bronię czy coś krytykuję. (Z drugiej strony nie muszę się niczego obawiać, bo nigdy się nie sprzedałam). A Pan wiesza list w szmatławej gazecie (list pełen „błyskotliwych” sofizmatów) i dołącza do gromady kopiących w kościół i jego hierarchów, podkreślając wielką swoją fachowość w tym kopaniu. Mam wierzyć, że to obrona powstańców? To ideologiczna walka i Pan w niej zamierza błysnąć (na pewno poklepią). Ma Pan prawo robić, co Pan chce, ale nic nie powinno być przez nas podejrzliwiej obserwowane niż nasze własne motywacje".
„Jakoś jednak nie zmieniłam opinii o Pana liście. (Na wszelki wypadek przeczytałam go jeszcze raz). Dla mnie to czysta demagogia. Założenie, że arcybiskup nie miał prawa przypisywać powstańcom swojego systemu wartości, jest moim zdaniem zupełnie błędne, bo jednoznacznie opowiedzieli się Oni za prawdą, dobrem, pięknem, życiem, ludzką uczciwością i solidarnością. I każdy ma prawo mówić „byli podobni do mnie”, jeśli oczywiście z tymi wartościami się zgadza. Problem w tym, że arcybiskup nie odnajduje tych wartości w działaniach, którymi dziś próbują zmieniać społeczną rzeczywistość politycy i media. I do tego też ma prawo, bo ma prawo oceniać świat, jak poucza Levinas. („Pokój nie jest tym zatem samym, co koniec walk, które ustają z braku jednej z walczących stron, w wyniku klęski jednych i zwycięstwa drugich, to znaczy na cmentarzach lub w globalnych imperiach przyszłości"). A „intelektualna rzetelność” wymagałaby, żeby rzeczywistość analizować w całości pod kątem dobra człowieka. Na Zachodzie pokój osiąga się niestety dzięki unicestwieniu jednej z walczących sił, bo tam już żaden biskup się na otwartą krytykę nie odważy. Więc niech Pan się nie zasłania mądrymi cytatami, bo bierze Pan udział w unicestwianiu jednej ze stron dialogu. Chrześcijańska kultura pewnie niedługo i u nas legnie w gruzach, zastąpiona przez pseudokulturę wznoszoną na fundamentach fałszywych ideologii, jak gender. Do tego wykorzystuje Pan swój talent i wiedzę. No to proszę bardzo: na horyzoncie już widać „cmentarz” i „globalne imperia przyszłości".


Nie sądzę, by było to zaproszenie do dialogu. Tak samo, jak nadal nie uważam, że da się podciągnąć Powstańców-syndykalistów czy Armię Ludową biorącą udział w Powstaniu Warszawskim pod projekt realizowany przez prawicę i hierarchów Krk. Pewnie dlatego mój dystans do listu Dudy jest wielki, a kierowanie go tylko do wybranego środowiska (wcześniej podkreślał, że lepszymi obywatelami są katolicy) jest dla mnie naganny.

Agresja budzi jednak agresję, a pseudodialog pożera jedną ze stron. Nie chcę brać w tym udziału, na stracie ustawiony po stronie tych gorszych Polaków. Jest to bowiem sytuacja odbierania języka, pozbawienia szans na merytoryczne wyłożenie swoich racji. Krzyczenie nie specjalnie mnie bawi, a agresja nie leży w mojej naturze. Wiem za to, jak takie „pseudodyskusje” podbijają emocje. I powodują, że pisze się to, co w spokojnej rozmowie miałoby zupełnie inną językową postać.

***
Przed 17.00 na stronach internetowych Wyborczej pojawił się list Andrzeja Dudy do jej czytelników. Jest on niemal dokładnie taki sam, jak ten wysłany do czytelników Gazety Polskiej Codziennie. Pojawia się on także w wersji drukowanej Wybroczej z czwartku 6 sierpnia. 
To dobrze, że Prezydent elekt dostrzegł potrzebę skierowania swoich słów do większego grona obywateli. Acz mój niesmak pozostaje.

Po pierwsze, nie rozumiem, dlaczego listy nie pojawiły się  w tym samym czasie. Chronologia uprzywilejowuje GPC, a list do Wyborczej wygląda jak reakcja na internetowe krytyki.
Po drugie, wciąż nie rozumiem, dlaczego nie jest to list do ogółu obywateli. Choćby tych czytających Tygodnik Przegląd, Trybunę, Tygodnik Powszechny. Czy te środowiska nie istnieją? 

Andrzej Duda nie jest moim prezydentem. Jest za to prezydentem mojego kraju.
To oznacza szacunek dla urzędu. I dla wyborców, którzy na niego głosowali.
Życzę Mu więc owocnej kadencji, która nie będzie dzielić Polaków na środowiska, ale wsłucha się w interes wszystkich. Który bywa inny od własnych poglądów i preferencji.