niedziela, 25 czerwca 2017

KRYTYKA I JEJ GRZESZKI

Dzięki wybitnej (co piszę z pełnym przekonaniem, a nie dlatego że łączą nas serdeczne więzi) polskiej śpiewaczce Karinie Skrzeszewskiej miałem możliwość poprowadzenia we wrześniu ubiegłego roku warsztatów, które zatytułowałem Po co nam krytyka operowa? Pytanie to męczy mnie od dawna, swego czasu próbowałem nawet wywołać dyskusję na ten temat na niedziałającym już portalu opera.info.pl Z planów tych nic nie wyszło. Warsztaty z kolei przyniosły mi wiele radości i satysfakcji. Sam problem pozostaje wciąż aktualny. Asumpt by wrócić do niego na blogu dała mi recenzja (?) Izabelli Adamczewskiej z koncertu Angeli Gheorghiu w łódzkim Teatrze Wielkim, a także dyskusje na Facebooku związane (1) z moją krytyką tej recenzji oraz (2) z reakcjami na negatywną opinię (nie moją, na spektaklu jeszcze nie byłem, lecz Małgorzaty Andrzejewskiej-Psarskiej) o pokazywanym w Łodzi Spartacusie.

Co nie podoba mi się w tekście Adamczewskiej. Po pierwsze to, że nie pokusiła się nawet o jedno zdanie, w którym zajęłaby się sztuką wokalną Gheorghiu. Czytelnik opiniotwórczego w końcu dziennika nie dowie się zatem nic na temat kondycji wokalnej śpiewaczki, jej techniki, sposobu, w jaki kształtowała poszczególne arie czy duety. Otrzyma za to pakiecik plotkarskich informacji odnoszących się do tego, jak zachowywała się gwiazda. Być może taki styl relacjonowania pobytu jednej z najważniejszych współczesnych artystek opery w Łodzi pasowałby do tabloidów, być może mógł być suplementem do oceny tego, co najważniejsze —występu. Pozostaje mi gdybać. Po drugie, Recenzentka nie odniosła się do umiejętności dyrygenckich Cipriana Teodoraşcu, a te są zdecydowanie ponadprzeciętne. Jedyna uwaga stricte estetyczno-artystyczna dotyczy w tekście Adamczewskiej tenora Călina Brătescu, dla Adamczewskiej — największego odkrycia wieczoru. O gustach wprawdzie się nie dyskutuje, ale w recenzji warto podać argumenty na rzecz takiej opinii. Adamczewska pisze tylko, że porwał publiczność ariami z Carmen i Madamy Butterfly. To prawda, co nie zmienia faktu, że jego występ był problematyczny: problemy z legato, głos pozbawiony blasku, siłowo brana góra, głos źle brzmiący w niższej dynamice itd. O usterkach pisałem w swoim sprawozdaniu z koncertu zaznaczając, że w drugiej części wieczoru tenor nieco się rozśpiewał.

(Z recenzjami Adamczewskiej od dawna mi nie po drodze. O swojej bezradności pisałem choćby na Facebooku w kontekście jej recenzji z premiery Wielkiej Księżnej Gerolstein. We wcześniejszym tekście Autorka zrobiła nawet z tej operetki operę komiczną, choć opera-bouffe w odniesieniu do Offenbacha z całą pewnością nie jest nazwą opery komicznej).

Wyrażone przeze mnie na FB zdziwienie tekstem Adamczewskiej spotkało się ze zdziwieniem Jana Makarewicza, który uznał, że koncert był wspaniały i wyszedł ukontentowany. W trakcie wymiany opinii przyznał jednak, że „Tenor rzeczywiście miał drobne wpadki ale składam to na karb niedyspozycji w tym dniu - wszak to jest tylko żywa materia.Tak się jakoś dziwnie w Polsce składa, że im lepszy koncert tym dotkliwsza krytyka .Z iluż to koncertów mniej udanych robi się wydarzenie !!! .Ot taka Polska specyfika”.   W moim odczuciu problemy tenora były większe niż drobne, związane także w kwestami technicznymi, czego nie da złożyć się na karb gorszego dnia. Zupełnie nie wiem natomiast, kto dokonał dotkliwej krytyki koncertu wykazując się „polską specyfiką”. Jeśli dobrze zrozumiałem, że była do aluzja pod moim adresem, to sam z entuzjazmem pisałem i o Gheroghiu i o Teodoraşcu. Krytykowałem zaś Adamczewską za brak jakiejkolwiek sensownej wzmianki o poziomie artystycznym Śpiewaczki i Dyrygenta oraz za brak uzasadnienia kontrowersyjnej opinii o tenorze. Przyznaję, że zupełnie bym się nie czepiał, gdybym miał do czynienia z wyrażoną w poście opinią Recenzentki, innymi kryteriami mierzę bowiem zawodowe recenzje, innymi opinie widzów czy słuchaczy.

Z taką opinią mieliśmy do czynienia z przypadku Spartacusa. Była emocjonalna i ironiczna, miała formę Facebookowego posta -listu widza adresowanego do określonych teatralnych decydentów. Po prawdzie taki styl mieści się w również tradycji działalności recenzenckiej (acz tu z recenzją nie mieliśmy do czynienia, co podkreślam jeszcze raz, bo niektórzy tak ten post potraktowali). Wystarczy sięgnąć do zbioru Romana Jasińskiego Koniec epoki, by przeczytać, iż wg Piotra Rytla Grzegorz Fitelberg „nie orientuje się w istotnych walorach muzycznych”, o czym świadczy fakt, iż wykonał VI Symfonię Mahlera. Z kolei Zbigniew Domaniewski tak pisał o Pieśni o Ziemi: „Symfonię Mahlera nazwać można »blagą o artystycznej głębi« […]. Dla mnie osobiście  nie ma nic głębokiego, nic »niebo i ziemię poruszającego« na przykład  w zdaniu, że »życie jest ponure jak śmierć«, jeżeli zdanie to wyśpiewywane jest na dźwiękach, które […] nic nie mówią, a zwłaszcza, gdy pięćdziesiąt taktów w przód i wstecz od tego zdania panuje anemia muzycznej inwencji, zręcznie kompozytorskim sprytem zamaskowana. […] Jeżeli zapominamy o wszystkich zdwojeniach, papierowych figuracjach itd., to pozostanie coś, co ma wszelkie cechy chamskiej nagości, ubranej w intelektualny polor artystycznego biznesmena”. Takie już życie recenzenta, że czas rewiduje poglądy i często gęsto obnaża „niski poziom” recenzenckiej roboty. W jednym czy drugim przypadku trudno by było jednak inkryminować autorów zamiast obalać poglądy z recenzji. Podobnie, wydaje mi się, ma się rzecz z opiniami, a gdy wypowiadają je osoby nieprzypadkowe, warto zastanowić się nad nimi i nad tym, jak w trybie rzeczowej argumentacji a nie ad personam osłabić lub obalić ich opinię. Pamiętać przy tym należy, że do opinii na temat dzieła prawo ma każdy widz i należy z podejść do tej opinii z szacunkiem.

Po co o tym wszystkim piszę? Bo odróżnienie recenzji od opinii wydaje mi się ważne. Pozwala ono choćby zobaczyć, że gros prasowych recenzji to faktycznie opinie. Spora ich część obejmuje także powtarzanie materiałów prasowych dostarczanych przez placówki artystyczne. Osobnym problemem jest nierzetelne i uszczypliwe odnoszenie się do koleżeństwa po fachu, unikanie samodzielnej oceny wykonania i zastąpienie takiej oceny opowieścią o reakcji publiczności (vide opinia o Brătescu). Artyści bywają również oceniani przez pryzmat ich wcześniejszych dokonań — niekiedy podobnie brzmiące zdania pojawiają się na przestrzeni lat, z krzywdą dla artystów, często o wybitnych umiejętnościach. Podaję niżej zestawienie „grzechów krytyki” i ich ilustrację z prezentacji, którą przygotowałem na warsztaty. Przykłady czerpię od jednego z recenzentów ważnego ogólnopolskiego dziennika, cytaty zestawiam zaś z fragmentami innych recenzji czy wypowiedzi twórców spektakli.


Przykład nieuzasadnionej uszczypliwości (fragment 1) w stosunku do uargumentowanych i świadomych własnych uwarunkowań recenzji (fragmenty 2 i 3).
Zestawienie fragmentu recenzji i wypowiedzi realizatorów spektaklu.


Jaka powinna być, moim zdaniem, dobra recenzja?



Zakończę wyjaśnieniem, co rozumiem przez brak „fetyszyzowania partytury”. Idzie mi o to, że partytura jest zawsze czymś otwartym, wskazującym rozmaite drogi konkretyzacji dzieła. Trzeba ją jednak znać. Wystarczy choćby przestudiować partyturę Nabucca i mieć obeznanie we włoskich dziełach tamtego czasu by wiedzieć, jak liczne związki łączą tu Verdiego z tradycją belcanta. Olbrzymi szacunek należy się tym choćby tym śpiewaczkom, które tę tradycję, zagubioną przez głosy super ciężkie i mało ruchliwe, wskrzeszać, ale z całą pewnością służą one temu, co odnaleźć można w partyturze, a nie tworzą coś z niczego. Tak jest w przypadku Kariny Skrzeszewskiej — w czytanych przeze mnie recenzjach podkreślano, że Jej Abigaille była nie tylko wspaniała, ale bliska estetycznie wielkim heroinom belcanta (choć zdziwienie niektórych recenzentów świadczy o tym, że z partyturą i historią opery u nich średnio). Tak jest w przypadku Nelly Miricioiu, nad której Abigaille można mocno krytycznie dyskutować, ale która w końcu śpiewa tryle w cabaletcie z II aktu. Można by to było uznać za tendencję do autorskich zdobień. Wystarczy zerknąć w nuty.




czwartek, 15 czerwca 2017

UŁ I HYBRIS POMIANOWI

Wielką radość sprawiła mi uroczysta promocja Krzysztofa Pomiana na doktora honorowego UŁ. Promotorem doktoratu honoris causa była Prof. Elżbieta Jung z Katedry Historii Filozofii UŁ. Wydarzenie odbyło się 24 maja 2017 r. Pomian mówił wtedy między innymi:

„Musimy zdecydowanie przeciwstawić się upolitycznieniu uniwersytetów. Wymaga to zaangażowania całej społeczności akademickiej i opinii publicznej. Autonomia uczelni potrzebna jest nam wszystkim”. 

Wkrótce po uroczystej promocji opublikowany został nowy numer Internetowego Magazynu Filozoficznego Hybris, który wydawany jest przy Instytucie Filozofii UŁ. Nosi on tytuł Polish Philosophical Revisionists in Marxism. Zamieszczono w nim artykuł Marcina Leszczyńskiego poświęcony Pomianowi pod tytułem Historiography After Revisionism. Remarks On Pomian’s Idea Of Writing History. Muszę się przyznać, że właśnie Leszczyński uświadomił mi, że nie da się pominąć Pomiana w kontekście rewizjonizmu w polskim marksizmie. Pierwszy raz rozmawialiśmy o tym w trakcie Zjazdu Filozoficznego w Poznaniu w 2015 r. Rozmowa dotyczyła głównie problemów związanych z czasowością i narracją historyczną. Pomian wracał w naszych rozmowach wielokrotnie — Leszczyński (i Tomasz Lewandowski) towarzyszyli mi bowiem i inspirowali mnie w trakcie pracy nad rozdziałem doktoratu dotyczącym pojęcia historii. W artykule Leszczyńskiego szczególnie istotne są dla mnie wątki dotyczące etycznych aspektów rewizjonizmu i epistemologii Pomiana, a także podkreślenie, że dla Pomiana przeszłość ma ważne znaczenie dla teraźniejszości. Leszczyński pisze m. in.:

I believe that the reason for such an idea is Pomian’s understanding of what revisionism was, apart from its philosophical background. Its political dimension forced everyone involved to choose and formulate an explicit ethical position.

It seems that the idea of meaningful past is consistent with what Schaff said about Engels’ historiography. Of course, the main problem concerns the question of critique: what do we want to show? Pomian does not express his ethical position robustly, but we can assume that he maintains values that can be labelled as liberal or leftist. It is not unimportant, given the fact that Goldmann acknowledges a primarily ethical point of departure of every historian. And he concludes that the only acceptable one is the thesis of emancipation of the working class. From this the choice of methodology should be obvious (Pomian, 2006, p. 125). Pomian rejects it and shows not only that we can maintain a progressive ethical position and write history in different ways (probably not all possible). He also gives the reason to make that ethical choice. Our present situation is relevant as is the past that shaped it. Historical and ethical preconditions of a discipline are unavoidable. Acknowledging that may help social sciences and humanities to overcome the crisis they are in (Pomian, 2010, p. 33-35).

Pomian is sure that the past “persists in the present” and shapes its every aspect (Pomian, 2013, p. 84). The problem, then, is the question of making the past important on existential level. Here Pomian stresses the need to change the way history is taught. In order to show how the past is valid today, one should tell the history both from the past to the present and from the present to the past (Pomian, 2013, s. 89, 92). More importantly, what should also be showed is the multi-layered construction of the past and its meaningful relation to the present (Pomian, 2013, p. 86).

Wątki te są dla mnie szczególnie ważne ze względu na moje rozumienie nauk humanistycznych. Jak pisałem w pracy doktorskiej:

W perspektywie ontologii kulturowej humanistyka jest dla mnie ostatecznie Derridiańskim „polem bezwarunkowej wolności zapytywania i przedkładania propozycji, a nawet prawa do publicznego głoszenia tego wszystkiego, czego wymagają badania, wiedza i myślenie prawdy” (Derrida 2015, s. 12).  W tym sensie humanistyka oznacza praktykowanie krytycznego oporu wobec wszystkich pojęć, wartości, idei czy kulturowych tendencji po to, by nie przekształciły się one w zawłaszczające dogmaty i ideologie (Derrida 2015, s. 17-8). Jest tedy nie tylko rozumieniem i rozjaśnianiem, ale także — a może nade wszystko — praktyką, której skuteczność płynie z tego, że jest  nieobiektywistyczna i performatywna: odsłania, choć zawsze tylko częściowo, sensy, które wprowadza do przestrzeni publicznej, oddziałując na inne praktyki wspólnotowe (Derrida 2015, s. 18, 20)”.

W moim głębokim poczuciu Pomian uprawia swą działalność właśnie w takim duchu, czego przykładem może być choćby jego książka Europa i jej narody, czy wystąpienie na konferencji Ateizm po polsku. W pełni zgadzam się także z Jung, że Pomian „To jeden z największych intelektualistów we współczesnej Polsce”. Czas dać temu stosowny wyraz choćby w polskiej Wikipedii.  




niedziela, 11 czerwca 2017

GHEORGHIU JAK SZAFRAN


Obchody 50-lecia TWŁ uświetnił dziś koncert Angeli Gheorghiu. Wydarzenia tego typu kojarzą mi się ze składem kolonialnym, gdzie z szarym mydłem, proszkiem do zębów, rodzynkami, mniej bądź bardziej aromatycznymi owocami sąsiadować mógł szafran, nie zawsze autentyczny. W tym przypadku szafran był prawdziwy.

Nie będę krył, że jestem entuzjastą Angeli Gheorghiu i że wliczam ją w poczet najważniejszych śpiewaczek minionego i obecnego stulecia. (Zaliczam ją także w poczet klejnotów rumuńskiej szkoły śpiewu obok Magdy Ianculescu, Virginii Zeani, Teodory Lucaciu, Marii Slatinaru, Ileany Cotrubaş czy Nelly Miricioiu). Klasę jest w stanie pokazać nawet w takim koncercie, gęsto przetykanym orkiestrowymi interludiami i utworami wykonywanymi przez partnera. Gheorghiu należy moim zdaniem do bardzo wąskiego grona śpiewaków obdarzonych darem „dobitnego wyrażania, trafnego unaoczniania treści «fabularnej» afektu”*. W jej śpiewie nie idzie o same walory wokalne, ale o dramaturgię, która wyrasta z melodyki słów i ich znaczenia. Tu spór o to, czy w operze ważniejsze jest słowo czy muzyka, zostaje unieważniony: śpiew rodzi się ze słowa, a słowo znajduje właściwy sens, dlatego że osadzone jest w śpiewie. Kreacja wyrasta z logiki frazy zakorzenionej w „rytmie serca”. Jestem w stanie założyć się, że z tego powodu występ Gheorghiu położy dyrygent-metronom, niewolniczo pilnujący kreski taktowej. Na koncercie śpiewała fragmenty Adriany Lecouvreur, Madamy Butterfly, Toski, Manon Lescaut oraz La Wally (na bis O mio babbino caro oraz w duecie pieść rumuńska i Granada). Każdy z numerów był zamkniętą całością dramatyczną, a Gheorghiu — czy w ariach, czy w duetach — budowała pełną sceniczną postać. Jej głos był klarowny, przepięknie wyrównany w całej skali. Dźwięki piersiowe swobodne, góry miękkie i okrągłe. W bardzo przemyślany sposób brała oddech, co pozwalało jej budować bardzo długie frazy. Głos mienił się kolorami, a charakter postaci współtworzyła drobnymi zmianami w emisji głosu czy odmiennym atakiem jakiegoś dźwięku. Jedyne, co może przeszkadzać, to niekiedy zbyt głośny oddech. Śpiew szedł w parze z grą, zupełnie pozbawioną sztuczności i operowego koturnu.

Niestety, dobrego wrażenia nie zrobił na mnie towarzyszący jej tenor — Călin Brătescu. Bardzo źle wypadł zwłaszcza w części I koncertu. Sporo było dźwięków branych siłowo, w niższej dynamice głos tracił na blasku, grzązł w gardle czy zbytnio „wchodził w nos”. Góry artysta śpiewał histerycznie, w wysokiej dynamice, często siłowo. Tęskniło mi się choćby do tak wspaniałego tenora rumuńskiego, jakim był Ludovic Spiess — nagrodę jego imienia w 2003 r. otrzymał Brătescu. Próżno szukać było niuansów, gry kolorem czy gry scenicznej. Lepiej wypadł w części II, zwłaszcza w duecie z Toski i w bisach (Non ti scordar di me, Granada).

Absolutną rewelacją był za to dyrygent Ciprian Teodoraşcu. Za jego sprawą orkiestra TWŁ grała więcej niż rewelacyjnie — poszczególne grupy brzmiały selektywnie, frazy były potoczyste, pojawiały się zawieszenia, migotały barwy poszczególnych instrumentów. W końcu też słychać było autentyczne emocje. Dyrygent i orkiestra porwali publiczność Rapsodią rumuńską George'a Enescu. 
Gdy widzowie gorączkowali się Granadą moje myśli krążyły wokół innej kwestii — tego, by Gheroghiu i Teodoraşcu mogli wystąpić nie na koncercie z „mydłem i powidłem”, ale w ramach spektaklu. Choćby Toski. To do takiego dania pasowałby szafran, a nasze zespoły artystyczne i dyrektor artystyczny mogliby wtedy wiele się nauczyć!

Ogromny żal, że nie do końca dopisała frekwencja. Duże połacie parteru, amfiteatru i balkonów świeciły pustkami. Zakładam, że zaporę stanowiły ceny biletów, zdecydowanie wygórowane, także pod kątem układu samego koncertu (myślę o ilości wstawek i takiej a nie innej mojej ocenie Brătescu). Żałuję też, że nie wystąpił chór TWŁ — wieczór otworzył walc z Fausta Gounoda, jak żywo nie czysto instrumentalny.


*Cytat z tekstu Macieja Jabłońskiego Podleś triumfująca. Inspirowała mnie także wypowiedź Jerzego Marchwińskiego.


sobota, 10 czerwca 2017

OFIARY "STRAŻNICY"

Począwszy od 2014 r., 26 lipca obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ofiar Strażnicy (MDOS).
26 lipca to nie data przypadkowa — 26 lipca 1931 r. na kongresie w Columbus (Ohio, USA) przyjęto rezolucję, na mocy której spośród grup Badaczy Pisma Świętego wyodrębniono Świadków Jehowy.  W intencji pomysłodawców MDOS jest dniem żałoby i szacunku dla wszystkich ofiar polityki religijnej uprawianej przez Strażnicę. W Internecie prowadzona jest strona poświęcona temu wydarzeniu, z którą powiązano profil na portalu społecznościowym Facebook (linki na końcu tekstu). 
Kim są ofiary Strażnicy?

To między innymi dzieci, które padły ofiarą pedofilów. Świadkowie Jehowy wymagają, by zarzuty czynu pedofilskiego zostały potwierdzone przez „dwóch lub trzech naocznych świadków grzechu”, zanim zostanie wszczęta procedura przesłuchania przed prowadzącymi komitety sądownicze starszymi zboru. Jako kara przewidziane jest wykluczenie z kongregacji. Nie należy także zgłaszać czynów pedofilskich stosownym instytucjom publicznym, co więcej, informacje na ten temat powinny być ukrywane. Logika działania jest tu identyczna jak w przypadku tej, którą opisywał rzymsko-katolicki dokument Crimen sollicitationis: ważne jest dobre imię instytucji i jej funkcjonariuszy, a nie los młodocianych ofiar molestowania seksualnego (warto pamiętać o tym podobieństwie, bo chociażby portal fronda.pl przyrównuje zachowanie Świadków Jehowy do postępowania muzułmanów). Co do skali zjawiska, zacytuję fragment artykułu Roberta Rienta: „W Australii 1006 pedofilów wśród świadków Jehowy dokonało gwałtów na przynajmniej 1857 ofiarach, 170 z nich to dzieci do pięciu lat. Gdy sprawcą był starszy zboru, często pozostawał na swoim stanowisku. W 276 przypadkach wykluczony pedofil okazywał skruchę i wracał do zboru. Jeden został wykluczony cztery razy. Żadna sprawa nie została zgłoszona na policję.
Na świecie jest 8 milionów świadków Jehowy. W Polsce - 124 tysiące. O tym, ilu pedofilów funkcjonuje w zborach, wiedzą zarządzający organizacją”.


Kolejną grupą ofiar są osoby dotknięte przemocą domową. I znów narzuca się analogia z konserwatywnym rzymskim katolicyzmem: kobiety, które doświadczają przemocy ze strony męża są nakłaniane do tego, by przy nim pozostać, a także, by „bardziej go kochać” i być „bardziej uległymi”. Inicjatorzy wymieniają następnie ofiary gwałtów. Jeśli osoba gwałcona nie krzyczy i nie walczy, „może zostać wykluczona ze zboru” za to, że wyraziła „zgodę na przemoc”. Każdorazowo wymagane jest „rozeznanie sytuacji”, a sąd sprawowany jest, jak wspomniałem, przez starszych zborów, którym brakuje przygotowania psychologicznego czy kryminologicznego do kompetentnej oceny zajścia. Wśród ofiar znajdują się również osoby zmarłe na skutek odmowy transfuzji krwi czy przeszczepu organów (do 1980 r., w Polsce do 1982 r., przeszczepy uznawano za „ludożerstwo”, z czego wycofano się, odwrotnie niż w Krk, gdzie walka z transplantacją przybiera na teologicznym znaczeniu). A także ludzie dotknięci ostracyzmem, „czyli odrzuceni przez rodzinę, znajomych i przyjaciół z powodu wykluczenia” ze zboru. A wykluczonym można być choćby za czytanie niewłaściwych książek — zwłaszcza, gdy chodzi o lekturę tekstów krytycznych, napisanych przez byłych Świadków Jehowy. Powodem wykluczenia jest także rozpasanie, a więc, jak pisze Rient, „«czyny, które odzwierciedlają bezczelną, jawnie lekceważącą postawę. Uwidacznia się ona w braku szacunku lub nawet w pogardzie dla władzy, praw oraz norm Boga». […] Publiczne krytykowanie nauk «Strażnicy» albo starszych zboru, opowiadanie na zebraniu o swoich wątpliwościach, zadawanie pytań podważających autorytet mężczyzn świadczy o rozpasaniu. Jest nim również: […] «dobrowolne, ustawiczne i nieuzasadnione utrzymywanie kontaktów z wykluczonymi niebędącymi członkami rodziny» […]”.

Osoby uczestniczące w MDOS składają kwiaty, kartki czy pluszowe misie przy tzw. Salach Królestwa. Ci, którzy chcą pozostać anonimowi, mogą to uczynić w innym miejscu, na przykład w parku czy na przystanku. Znakiem poparcia dla akcji jest żółta wstążka. Inicjatorzy zachęcają również, by o MDOS informować drogą internetową. Do uczczenia ofiar Strażnicy zachęcają zaś wszystkich ludzi dobrej woli, inne związki wyznaniowe, organizacje antyprzemocowe itp. 

Odsyłam Państwa do stron internetowych, z których można dowiedzieć się znacznie więcej niż z mojego krótkiego tekstu:



niedziela, 4 czerwca 2017

PIĘĆDZIESIĄTNICA I NARÓD NASZ CODZIENNY


W tym roku w wigilię Zesłania Ducha Świętego odbyła się w Warszawie Parada Równości. Tegoroczne hasła dotyczyły niepełnosprawnych, uchodźców, osób LGBT+. Myślę sobie, że to bardzo symboliczna koincydencja, bo też w apelach o równość przejawia się duch Zielonych Świąt (tak tak, znam wypowiedzi Pawła, w których piętnuje seks homogenitalny; pamiętam także, że zakazywał kobietom odzywać się w kościołach; jednocześnie pisał o jedności wszystkich w Chrystusie. Zakaz dotyczący kobiet Kościół przezwyciężył, może warto więc, by pochylił się nad wiedzą o orientacjach psychoseksualnych, o których w czasach Pawła nic nie wiedziano). O wiele bardziej niż w polsko-katolickiej teologii narodu.

***
„Myśmy zatrzymali muzułmanów, bolszewików i gender. Myśmy nawet Clinton zatrzymali. Polak potrafi” —przywołuję w pamięci wypowiedź Dariusza Oko przytoczoną w Tygodniku Powszechnym. Przypomina mi się scena, którą widziałem tej zimy. Punkt z kebabem. Za ladą uwija się pracownik, na moje oko Arab. Klientem jest chłopak ubrany w bluzę z serii „odzieży patriotycznej”. Choć obaj są spokojni, w scenie tej — widzianej z boku — jest jakiś dysonans. Do głowy przychodzą mi pytania: to spokój równorzędnych partnerów? A może spokój taktyczny? Lub wyraz kapitulacji przed polską dumą z tego, że zatrzymało się „muzułmanów, bolszewików i gender”? Jaki komunikat chce wysłać klient ubierając się w „bluzę patriotyczną” i kupując w niej kebab?
Chcąc tego, czy nie, jego bluza konotuje znaczenia, które składają się na pewną wizję narodu polskiego i dumy z bycia Polakiem. Jest wyrazem „przeświadczeni[a] o podstawowej wartości ojczyzny”. Stanowi afirmację podmiotu zbiorowego, który został ochrzczony, bierzmowany, który posiada życie osobowe nierozerwalnie związane z chrześcijaństwem i Kościołem rzymsko-katolickim, choć to nie Kościół jest drogą narodu, ale naród jest drogą Kościoła (Bartnik, s. 19, 12-13). Tak pojmowanego narodu nie da się zastąpić pojęciem „społeczeństwa obywatelskiego”, bo jest to „fenomen płytki, materialny, bezosobowy, którym da się rządzić przez mass media, pieniądz, towar, technikę”, a Kościół uznaje się jedynie za „«dopuszczalny»” wtedy, „gdy będzie poddany nie hierarachii, lecz «świeckim elitom postępowym», które «zmodernizują» jego naukę i podstawę” (idem, s. 14). Tak pojmowany naród jest także obcy marksistom i socjalistom, liberałom, indywidualistom i subiektywistom, którzy toczyli i toczą z nim wojnę (idem, s. 13). 
Czy jednak taka wizja narodu nie jest efektem reifikacji tego pojęcia? Czy nie jest także mitem, który kształtuje wyobraźnię społeczną? Czy jako mit, nie jest narzędziem polityki, nie posiadając dostatecznej legitymizacji w pismach biblijnych? I czy daje się on pogodzić z pryncypiami chrześcijaństwa? A może tylko zaszczepia się na dyskursie religijnym? Dopisuje do niego niespecjalnie chrześcijańskie konotacje?
Polska teologia wypracowała teologiczne pojęcie narodu. Uważam je za pojęcie mityczne — jego sens nadbudowany jest bowiem zarazem nad tradycją chrześcijańską, jak i nad pozateologicznymi, często nacjonalistycznymi koncepcjami narodu. Teologiczne pojęcie narodu pozwala nam oswajać naszą codzienność — służy m. in. wydobyciu wyjątkowości Polaków, pomaga w określaniu scalającego polską wspólnotę wroga, w mobilizowaniu sił i nadawaniu sensu walce, którą toczy się w imię obrony prawdziwej polskiej i europejskiej tożsamości.  Ale czy staje się pomocne w chrześcijańskiej posłudze drugiemu człowiekowi?

***
W gruncie rzeczy chrześcijaństwo powstaje wraz z zesłaniem Ducha Św. Doświadczenie pięćdziesiątnicy jest doświadczeniem „globalizacyjnym” — wyjściem poza elitarystyczną, zawężoną do określonego etnosu, wizję wspólnoty religijnej. „Przebywali wtedy w Jeruzalem pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod niebem. Kiedy więc posłyszeli ten szum, tłum zgromadził się i zdumiał, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Byli zaskoczeni, dziwili się i pytali: Czy ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jak więc każdy z nas słyszy swoją mowę ojczystą? Partowie, Medowie, Elamici, mieszkańcy Mezopotamii, Judei, Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie — słyszymy ich, jak  w naszych językach głoszą wielkie dzieła Boga” (Dz 2, 5-11). Jak wielkim zaskoczeniem był ten dar uniwersalnej równości świadczyć może fakt, że jedni nie wiedzieli co myśleć, a inni drwili z apostołów zarzucając im upicie młodym winem. Mówię o darze uniwersalnej równości, uformowane przez Ducha Świętego chrześcijaństwo znoi nierówność między ludźmi różnych narodów. Co więcej, znosi także nierówność między ludźmi wynikającą z płci, religii czy statusu społecznego. Czytamy w Liście do Galatów: „Wszyscy bowiem dzięki wierze w Chrystusa Jezusa jesteście synami Boga. Wy przecież, którzy zostaliście zanurzeni w Chrystusa, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety. Wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 26-28). [Nowy Testament zna kilka scen posłania Ducha Świętego, o czym drobiazgowo pisał Yves Congar OP we Wierzę w Ducha Świętego. Jedną z nich jest moment, gdy z otworzonego włócznią boku ukrzyżowanego Jezusa wypływa krew i woda. Tomasz z Akwinu w komentarzu do Ewangelii Jana widzi w tym konsekrację Kościoła, który tworzy się tak, jak kobieta została stworzona z boku Adama. Warto nieustannie przypominać, że kobieta jest figurą Kościoła właśnie, a jej płeć jest w gruncie rzeczy androgyniczna, skoro ciałem Kościoła-kobiety jest Jezus i wszyscy wierni]. Znosi także nierówności majątkowe: „Jedno serce i jeden duch ożywiał wszystkich wierzących. Nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne”  (Dz 4, 32). Nie mogło zresztą być inaczej —biblijny diabeł to ten, kto dzieli. Jeśli chrześcijaństwo opiera się na Chrystusowym pokonaniu diabła, musi odrzucić to wszystko, co sprzyja podziałom.



środa, 10 maja 2017

"KAMIEŃ WĘGIELNY"


Czytam właśnie Kamień węgielny Krzysztofa Charamsy. Nie jest to książka, którą byłbym w stanie zrecenzować. Nie recenzuje się bowiem zapisu intymnego doświadczenia, którego konstytutywną częścią jest ból, samotność, wyzwolenie i miłość. A książka Krzysztofa jest właśnie zapisem takiego intymnego doświadczenia, choć nie przedstawia go w języku tak „prywatnym” jak choćby Robert Rient. Świadek Rienta był lekturą dla mnie wstrząsającą. Ale egzystencjalnie bliższa jest mi książka Krzysztofa. Czytając ją mam wrażenie, jakbym czytał o sobie. Podobnie bowiem uciekałem od swojej homoseksualności w lektury i pracę naukową, z książek budując swoją tarczę i puklerz. Doświadczyłem podobnej traumy przy spowiedzi, w której trakcie oskarżałem się o przeżywaną miłość. Podobnie nie lubiłem lekcji W-F, podobnie interesuję się operą, teatrem czy innymi formami sztuki. Tak samo wierzyłem we wspólnotę wiary i rozumu, wierzyłem w spójność doktryny Kościoła katolickiego, a za wzorzec przyjąłem tomizm. Miałem również podobne zapędy inkwizytorskie, sądząc, że z tym, co w doktrynie katolickiej najbardziej tradycyjne, posiadam prawdę, która pozwala mi oceniać innych. Podobne też miejsce widziałem dla siebie w strukturach Kościoła.  Obaj staliśmy się przedmiotem ataków Dariusza Oko, który wbrew etosowi akademickiemu manipuluje słowami, dokonuje fałszywych uogólnień i siłę argumentów zamienia na argumenty ad personam. Nawet znaczenie Narcyza i Złotoustego jest dla nas podobne.  
Wszystko to powoduje, że książkę Krzysztofa czytam niespiesznie, pogrążając się we własnych wspomnieniach, dokonując rozliczeń ze swoją przeszłością i samym sobą. Ale odkrywam też te obszary, które nas różnią. Na kilka z nich chciałbym zwrócić uwagę poniżej.

Krzysztof pisze: „Z żadnym z przyjaciół nie spałem ani nie odbywałem z nimi stosunków seksualnych, ale… kochaliśmy się i to nie były takie same przyjaźnie, jakie zdarzają się między mężczyznami heteroseksualnymi. To były głębokie przyjaźnie między gejami, o dynamice i wrażliwości właściwym homoseksualistom”. 
Przyznaję, że jego doświadczenie jest mi obce. Prywatnie sądzę, że przyjaźń jest zjawiskiem rzadkim i niezależnym od orientacji seksualnej. Jej jakość i głębia — by być górnolotnym i powołać się na Arystotelesa — zależy od przymiotów osób, które przyjaźń budują. Sam — rozpatrując sprawę chronologicznie — najwięcej o przyjaźni nauczyłem się od przyjaciół heteroseksualnych, a to, co dzięki nim wyniosłem, pozwala mi lepiej bądź gorzej budować związek z partnerem, dla którego podstawą ma być przyjaźń. Tęsknota, pragnienie fizycznej bliskości, która nie musi być bliskością seksualną, wierność, niekiedy zazdrość — te i wiele innych elementów współwystępują w moich przyjaźniach bez względu na to czy dotyczą osób hetero- czy homo-seksualnych. Podobnie odbieram ich głębię i znaczenie, które w bardzo namacalnym sensie trzyma mnie przy życiu (przeżywam ostatnio trudny czas, którego elementem bywa pragnienie odejścia; właśnie głębia przyjaźni, której chciałbym ofiarować coś na jej miarę, powoduje, że pragnienie to jest czysto nostalgiczne). I mówię przyjaciołom, że ich kocham, bo przyjaźń jest przecież formą miłości.

Moje doświadczenie nie potwierdza innego doświadczenia Krzysztofa — że wielu gejów jest szczególnie otwartych na transcendencję i uwrażliwionych na to, co duchowe. „Wielość” jest oczywiście kwestią względną. Ale w życiu spotkałem chyba tyle samo uduchowionych hetero-, co homo-seksualistów, a równie wiele osób obojętnych na transcendencję czy duchowość. Są to dla mnie kwestie indywidualne, z którymi nie łączę orientacji seksualnej.
Ważną rolę w moim życiu pełni idea intersekcjonalności, czyli zwracania uwagi na wykluczenie wielokrotne. Pisałem o tym choćby w mojej odpowiedzi na list polskich gejów, w którym zachęcano do coming outu. „Wrażliwość intersekcjonalna” jest w końcu sposobem uwrażliwienia się na wykluczenie po prostu. A wśród wykluczanych są osoby z niepełnosprawnościami intelektualnymi, chorobami i zaburzeniami psychicznymi. Skandaliczne wypowiedzi z tego obszaru mają na swoich kontach Jarosław Kaczyński, Grzegorz Schetyna czy Piotr Nowak. Dlatego zabolały mnie fragmenty książki Krzysztofa, w których pisze: „O dziesiątej w nocy kazano gasić światło, jak w internacie dla nieletnich, do tego upośledzonych umysłowo” oraz „To, czego najbardziej nienawidziłem w seminarium, to ta atmosfera akademii wojskowej połączona z podejściem rodem z ośrodka dla upośledzonych umysłowo”. Podobnie odebrałem słowa Krzysztofa odnoszące się do Cyganów: „W pewnym momencie Kościół uznał za stosowne okazać polityczną miłość Cyganom, spośród których wielu, choć oczywiście nie wszyscy, żyje z okradania innych biednych, tych, którzy codzienne jeżdżą komunikacją publiczną. Papieski kardynał wikariusz potępił aż dwukrotnie, z prędkością światła, tych, którzy pobili jednego Cygana, i tych, którzy napastowali pewną Cygankę. Dostojnicy z pałaców współczuli miłosiernym spojrzeniem… Szkoda tylko, że w tym samym czasie doszło do napaści na homoseksualną parę, której postanowili dać nauczkę dobrzy katoliccy chłopcy. Dostojnicy z kościelnych pałaców milczeli”. Sądzę, że na podobną reakcję zasługiwały obie sytuacje, nie rozumiem też oceny sformułowanej wobec Cyganów i reakcji na pobicie Cygana.

Być może z powodu mojego „rysu intersekcjonalnego”, odmiennie od Krzysztofa traktuję również sprawę „męskości”. Wspomina on w swojej książce choćby o tym, że dziś geje bywają bardziej męscy od heteroseksualistów. Pisze też o swoim chodzeniu na siłownię, uprawianiu sportów walki itp. Rozumiem, że ma to zachwiać pewnym stereotypem. Mnie kojarzy się jednak także z ważnym dla konsumpcjonizmu zjawiskiem kultury „dobrego samopoczucia”. Określony obraz męskości i męskiego ciała bywa źródłem dyskryminacji, której doświadczają choćby osoby z nadwagą. Z tym typem dyskryminacji miałem okazję spotykać się często ze strony gejów. Jego dobitny wyraz znaleźć można w wielu anonsach na portalach mniejszościowych. Itede itepe. Jak farmakon, zarazem lekarstwo i trucizna, także ten ruch emancypacji, wykroczenia poza stereotyp zniewieściałości ma obok pozytywnego awersu, swój ciemny rewers.
W końcu mam bardziej ambiwalentne podejście do teorii queer. Pisałem o tym tutaj i tutaj. Swoją drogą, w kontekście historycznych badań nad seksualnością i tożsamościami płciowymi nie umiem uzasadnić takiego anachronizmu: „Z drugiej strony jako człowiek wykształcony, który dobrze znał świat starożytnej Grecji, wiedział, że tam stosunki homoseksualne między dorosłym mężczyzną a dużo młodszym chłopcem były zupełnie naturalne. Jednak w tym przypadku jego potępiający ton dotyczył raczej pederastii, a nie zdrowej homoseksualności znanej dzisiaj”. Nie wiem, dlaczego właśnie znany dzisiaj homoseksualizm ma być zdrowy i dlaczego społeczne zachowania Greków mają być niezdrowe. Nie sądzę także, by w taki sposób dało się odróżniać homoseksualność od pedofilii, przy mojej jednoznacznie negatywnej ocenie tej drugiej. 


Nie piszę tego, aby pomniejszać znaczenie doświadczenia Krzysztofa czy odmawiać mu prawdziwości. Jedno i drugie pozbawione by było sensu. Chcę raczej do jego doświadczenia dołożyć swoje, do jego wrażliwości dodać moją wrażliwość. Nie wiem, czy będzie to ważne dla kogokolwiek, ale na pewno pozwoli skomplikować perspektywę patrzenia. 
Po książkę Krzysztofa warto sięgnąć z jeszcze jednego powodu: jest ona doskonałą opowieścią o hipokryzji Kościoła rzymsko-katolickiego, w tym Kongregacji Doktryny Wiary. 

sobota, 29 kwietnia 2017

DERRIDA BLISKI POPPEROWI?

Tytułowe pytanie jest, rzecz jasna, prowokacją intelektualną. Myślę jednak, że w pewnych kwestiach Derridzie i Popperowi nie jest do siebie zbyt daleko. (Swoją drogą to ciekawe, że hipotetyzm Poppera nie spotkał się z zarzutami o usuwanie fundamentów i niszczenie kultury, podczas gdy łatwo szermuje się takimi zarzutami pod adresem Derridy; nie sądzę też, by powodem była Popperowska koncepcja trzeciego świata). Problem w tym, że myśl Derridy nazbyt często funkcjonuje w polskim dyskursie w odczytaniach skrajnie uproszczonych, które sprowadzić można do haseł „skrajny relatywizm” czy „wszystko wolno” (warto zerknąć do książki Tomasza Markiewki Literaturoznawczy spór o interpretację, w której pokazuje nie-obiegowy obraz dekonstrukcji).

Jeśli miałbym — prowizorycznie — wskazać płaszczyznę, na której Derrida może spotkać się z Popperem, wskazałbym płaszczyznę „krytycznego racjonalizmu”*. Wiąże się to z przekonaniem, że nie istnieje wiedza, która jest z zasady nie do obalenia. I tym różni się ona od różnej maści „ideologii”, które nie tylko proponują kompletne rozwiązanie jakiegoś problemu, ale zgłaszają także roszczenie do absolutnej pewności i uniwersalności. 
O krytycyzmie jako działaniu przeciwstawionemu ideologizacji jasno pisał Derrida choćby w Uniwersytecie bezwarunkowym. Pozwolę sobie na stwierdzenie, że krytycyzm Derridy jest racjonalizmem w tym sensie, że nie oznacza on po prostu negacji dla negacji i nie stanowi ucieleśnienia zasady antything goes . Derrida — wbrew szablonowym odczytaniom — działalność krytyczną wiąże także z kwestią prawdy i prawdziwości; przy czym prawda ma w jego filozofii wymiar zarówno epistemologiczny jak etyczny: prawda zobowiązuje. Właśnie inspiracje Derridańskie skłoniły mnie do uznania, że wszelkie akty rozumienia są zarazem aktami aksjologicznymi: to znaczy nie tylko stwierdza się w nich pewne sensy, ale jednocześnie afirmuje się je (lub nie) jako prawdziwe.

„Prawda jest bowiem jedną z wartości, która „w swej roli ontologicznej” strukturuje bycie, a „w swej ontycznej roli” jest wartością przeżywaną i korelatem „zaangażowania indywidualnego oraz społecznych (kulturowych) instytucji i systemów normatywnych” (Tuchańska 2012a, s. 302).  Na poziomie ontycznym doskonale widać chociażby etyczny wymiar prawdy. Dochodzi on do głosu w tych sytuacjach życia codziennego, w których „oczekujemy od innych informacji zgodnych ze stanem faktycznym, szczerych wypowiedzi, zobowiązania prawdziwościowego”. Wiemy również, że na straży prawdy „stoją różnorodne przepisy i normy prawne (na przykład chroniące przed oszustwem, karzące za poświadczenie nieprawdy czy krzywoprzysięstwo), obyczajowe (przysięga) oraz etyczne, bo prawdomówność bywa traktowana jako wartość etyczna, na straży której stoi dekalog” (Tuchańska 2012a, s. 286). Zobowiązanie prawdziwościowe pełni bardzo ważną rolę w praktyce naukowej. Nie ma przesady w stwierdzeniu Tuchańskiej, że „sprzeniewierzenie się nakazowi dążenia do prawdy jest pogwałceniem sensu poznania naukowego, w tym znaczeniu, że unicestwia normatywne kryterium, które odróżnia poznanie naukowe od innych form poznawczego «oswajania» rzeczywistości” (Tuchańska 2012a, s. 284). Przy czym zauważa ona, że „[w] obrębie twórczej działalności naukowej warunkiem przejawiania się prawdy jako wartości jest jej rozumiejące przeżywanie i zobowiązywanie siebie oraz innych do dążenia do niej” (Tuchańska 2012a, s. 278). Akt rozumienia, w którym odsłania się prawda, ma zatem charakter konstatująco-afirmujący, zarazem pozwala nam coś stwierdzić, jak i afirmuje prawdę jako wartość”
— pisałem w pracy doktorskiej. W kontekście samego Derridy zauważałem z kolei:
„Afirmację traktuję jako Derridiańską „deklarację performatywną", czyli jako akt rozumienia, który nie jest niezaangażowanym konstatowaniem czegoś, ale opowiedzeniem się za czymś,  a więc również opowiedzeniem się przeciw czemuś”.

Piszę o tym, dlatego że etyczny wymiar poznania wydaje mi się dziś szczególnie ważny, nie tylko na terenie działalności naukowej. Uświadomienie sobie, że „prawda zobowiązuje” i że oznacza to także konieczność trwania w postawie krytycznej, może być jednym z narzędzi ułatwiających sobie poradzenie ze społecznie szkodliwymi ideologiami. Wśród nich wymienić można prawdopośrodkizm czy brak refleksji nad konsekwencjami swoich działań. Przykładowo, popierając Kukiz’15 popiera się Roberta Winnickiego i innych działaczy nacjonalistycznych i homofobicznych. Samemu jednak deklarować można postawę akceptacji dla mniejszości i daleką od nacjonalizmu. Dalej, można popierać ponowne unarodowienie polskiej gospodarki. Problem w tym, co miałoby to znaczyć? Wystarczy spojrzeć np. na polskie firmy drobiarskie, by uświadomić sobie, że warunki pracy w Polsce potrafią być podobne do niewolniczej pracy w Bangaldeszu, a także, że polski przemysł drobiarski stoi zatrudnionymi weń imigrantami (polecam znakomity tekst Ilony Rabizo w kwietniowym Le Monde Diplomatique). Wymaga to pilnej interwencji, która może wyglądać na antynarodową. Następnie wymienić można poglądy, które mają być całościowym, prostym i uniwersalnie ważnym rozwiązaniem danego problemu. Tak jest choćby w przypadku ideologii altmedowych, w których jeden środek ma być lekarstwem na —traktowane jako jedna! — różnorodne choroby. Medycyna przy tym ma być domeną spisków, w tym firm farmaceutycznych. W końcu ideologią jest także przekonanie, że wszelkie poglądy są równie ważne, a więc, że na rynku informacyjnym mamy do czynienia z równosilnymi opiniami. Do czego prowadzi takie podejście pokazuje przykład RT (Russia Today). Problem z tym medium, to nie problem z kremlowską propagandą, jak często utrzymuje się w Polsce. Nie stroni się tam bowiem od mówienia o faktach dla Kremla niewygodnych. Jak pokazuje Maxime Audinet w Le Monde Diplomatique, problemem jest „poznawczy nihilizm”. W ramach strategii wspierania wpływów rosyjskich RT wspiera rozmaite postawy: od lewicowych po nacjonalistyczne i ksenofobiczne, w zależności od rozpoznania potrzeb w danym kraju. W ten sposób w praktyce zrównuje wszystkie poglądy, ich słuszność uzależniając od celów pragmatycznych. Wyznawanie zasady, że wszystko jest opinią i że wszystkie opinie są równie dobre, prowadzi w konsekwencji do zrównania nacjonalizmu i postaw akceptacji oraz tolerancji; poglądy o płaskiej Ziemi stają się równe poglądom im przeciwnym; wspieranie kampanii antyszczepionkowych jest tak samo dobre, jak popieranie szczepień, itd. itp.
 Ucieczka od „zobowiązującej mocy prawdy”, a więc także od krytycyzmu, ma swoje konsekwencje również w kwestii tego, czym jest lojalność, np. polityczna. W moim przekonaniu, polityk lojalny musi być przede wszystkim wobec obywateli. Elementem lojalności zaś jest także krytycyzm wobec własnej formacji i publiczne wyrażanie takiej krytyki, gdy jest to potrzebne. Jak sądzę, dziś funkcjonuje raczej lojalność rozumiana jako posłuszeństwo wobec zwierzchnich polityków, a więc konsekwentne granie „w jednej drużynie” odarte z możliwości autokrytyki. Buduje się w ten sposób ideologiczną opowieść o działaniu politycznym własnego rządu, koalicji partyjnych czy partii, karmiąc społeczeństwo wybranymi i dobranymi informacjami, komentarzami i poglądami. W moim odczuciu dzieje się to wbrew interesom społeczeństwa. A na pewno wbrew zasadzie amicus Plato, sed magis amica veritas


*Cudzysłów wskazuje, że nie chodzi mi o koncepcję Poppera. Idzie raczej o postawę, na którą składają się m. in. otwartość na dyskusję, krytycyzm, w tym autokrytycyzm, świadomość ograniczeń językowych czy znajomość innych możliwości. Przyjmując taką postawę porzuca się pewność, rozumianą jako przekonanie o posiadaniu poglądów cechujących nie niepowątpeiwalną, raz na zawsze ustaloną prawdziwością. Do zmiany poglądów dochodzi jednak nie na drodze perswazji i emocji, ale racjonalnych argumentów (zob. M. Heller, Moralność myślenia).. W tak nakreślonej perspektywie "racjonalizmu krytycznego" mieści się, moim zdaniem, i stanowisko Poppera, i praktyka Derridy poprzez praktyk dekonstrukcji usuwał pewność na rzecz otwierania nowych możliwości i dokonywał krytyki kulturowych "pewników".