TEMATY

środa, 20 sierpnia 2014

NIE KRZYWDŹMY RADIOWEJ DWÓJKI. LIST DO "W SIECI"

Szanowna Redakcjo!

Omnis determinatio est negatio – ta niemłoda już formuła Barucha Spinozy wydaje mi się wyjątkowo cenna. Zwłaszcza w kontekście publicystyki. Wymusza bowiem dyscyplinę wypowiedzi, strzeże przed zgubnymi uogólnieniami. Zmusza także do zastanowienia się nad tym, czemu służyć ma dany tekst i do jakich konsekwencji prowadzić. Zastanawiam się nad tym wszystkim po lekturze tekstu Krzysztofa Logana Tomaszewskiego Magiczne pudełko.
Autor bowiem mówi w nim o medium szczególnie mi bliskim, czyli o radiu. Zgadzam się z Nim w pełni, że posiada ono szczególną magię. Co więcej, w moim przypadku jest medium podstawowym. Zupełnie nie odczuwam braku telewizji, prasa towarzyszy mi w wybrane dni. Radio natomiast towarzyszy mi codziennie, otwierając – jak napisał Tomaszewski – „na cały świat”.
Gdybym chciał użyć języka Autora, powiedziałbym, że słucham Polskiego Radia. Takie sformułowanie jest jednak nieprawdziwe – Polskie Radio nie jest bowiem jakimś osobnym bytem. To raczej wygodna forma mówienia o zbiorze kolektywnym, złożonym z poszczególnych stacji, posiadających własny profil. Spośród nich słucham Programu Drugiego, czyniąc wycieczki w stronę audycji Trójki.

Dlaczego towarzyszy mi głównie radiowa Dwójka? Z kilku powiązanych ze sobą przyczyn.
Po pierwsze, niezwykle cenię „Dwójkowy spokój”. Zakotwiczony jest on w nieźle zbilansowanej ramówce, w braku reklam, w kapitalnym stosunku muzyki do słowa mówionego. I w dbałości Redaktorów o spokojną dykcję. Niektórzy z nich swoje wyczulenie na spokój, ciszę i pauzę rozwinęli w stopniu wręcz metafizycznym. Tak pisałem kiedyś na blogu o audycji „Między dźwiękami” – „radiowa audycja Obniskiej i Magdaleny Łoś to przestrzeń działania słów. To szczera rozmowa, szczera, bo nie tocząca się od marginesu kartki do marginesu kartki, ale będąca spotkaniem horyzontów, stawianiem pytań, przebywaniem drogi.
To rozmowa, której początek i cel stanowi cisza, rodząca doświadczenie tego, czego nie da się przedstawić.
Bez profilu na FB, bez chwytliwych i kontrowersyjnych tematów. Zwykła, tak, jak zwykłe jest autentyczne piękno, będące znamieniem dobra i łagodności”.
Po drugie, niezwykle cenię zaangażowanie Dwójki w namysł nad literaturą. Programy krytyczno-literackie, sensownie zrealizowana „Wakacyjna czytelnia”, wspaniałe słuchowiska. Mogę się przyznać, że nie wyobrażam sobie niedzielnego wieczoru bez wysłuchania kolejnej adaptacji Sherlocka Holmes’a. Dzięki nim mogłem przypomnieć sobie choćby głos Hanny Skarżanki, skutecznie nieobecnej gdzie indziej.
Po trzecie, niezwykle cenię zaangażowanie Dwójki w namysł nad rodzimym językiem, nad problemami życia społecznego, towarzyszenie nauce. Wymieniać można jak z rogu obfitości – audycje Małgorzaty Tułowieckiej, Hanny Marii-Gizy, kącik Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej itd.
Po czwarte, szalenie cenię Dwójkowe przywiązanie do tradycji i otwarcie na współczesność. Niech za symbol służą tu „Duża Czarna’ Przemysława Psikuty i audycje Ewy Szczecińskiej.
Po piąte, niezwykle cenię troskę Dwójki o muzykę ludową. Nie wyobrażam sobie, by mówić o ludowości bez „Źródeł” czy Marii Baliszewskiej.

W niedzielną noc nie zasnę, jeśli nie posłucham choćby początku „Czterech strun świata” Piotra Matwiejczuka. Tęskni mi się za Tomaszem Szachowskim, gdy zbyt długo nie udaje mi się go usłyszeć. Gdy tylko mogę, nie omijam porannego przeglądu prasy. Notatki z audycji Marcina Majchrowskiego pieczołowicie przechowuję i do nich wracam.
A przecież to wszystko tylko przykłady. Przykłady programu, w którym znaleźć można klasykę, jazz, piosenkę poetycką, muzykę etniczną, literaturę, publicystykę.
Jak odnieść do tego wyraziste i bezpardonowe oceny Tomaszewskiego?
Choćby tę, o skandalicznym poziomie dykcji i degrengoladzie języka redaktorów Polskiego Radia?
Lub tę, że PR prezentuje trzeciorzędnych wykonawców, niemających pojęcia o muzyce.

Jak sądzę, Autor nie pisze o Dwójce, ale konkretne programy wskazane są tylko raz, w jednym, lokalnym kontekście. Tekst zaś dotyczy Polskiego Radia w całej jego ogólności (rozgrywa się bowiem w kręgu ogólnych pytań: Czym powinno być publiczne radio? „Jakie powinno mieć przesłanie?”, itd.). Wyjątkowo niefortunnie dobrany też został lead. Nie wiem, kto ponosi odpowiedzialność za tę manipulację. Fragment ów w tekście zasadniczym odnosi się do Jedynki i Trójki, w leadzie dotyczy zaś Radia tout court.

Czytelnik może odnieść wrażenie, że Polskie Radio toczy rak, że nie ma w nim nic (lub jest wyjątkowo niewiele) dobrego. I że nie spełnia misji, jaka spoczywa na publicznych mediach.
I tu wracamy do początku – gdyby Tomaszewski świadomie oddzielał po to, by dookreślać, zobaczyłby, jak wiele krzywdy taka teza może przynieść temu, co dobre. Choćby Dwójce. Której misja jest wielka, a w lwiej części niewidoczna – myślę tu choćby o etnologicznej pracy w terenie, o dokumentacji kultury.
Słuchaczom pozostałych stacji pozostawiam odparcie tez Tomaszewskiego, bo brzmią mi zbyt radykalnie, ale moje doświadczenie jest tu wyrywkowe.
Reasumując, ten tekst nie służy to ani Radiu, ani słuchaczom. I niepotrzebnie zaciemnia temat.
Z szacunkiem,

Marcin Bogusławski

PS. A jeśli koniecznie uprzemy się, by pytać ogólnie o to, jakie winno być Polskie Radio odpowiedź jest jedna - różnorodne. Inaczej nie spełni swojej funkcji. Radio to medium masowe, nie elitarne. Nie zwalnia go to z misji kulturotwórczej i z odpowiedzialności (choćby) językowej. Ale "Kultura masowa" Antoniny Kłoskowskiej wystarczy do tego, by wiedzieć, że takiej misji i takiej odpowiedzialności bez (fakt, dobrze zbilansowanej) różnorodności się nie osiągnie.

UCIECZKA OD POLUCJI, CZYLI WAKACJE SPUSZCZALSKICH MŁODZIEŃCÓW


"Oko błędne, przyćmione, słabe i często zaczerwieniona, obolałe, kaprawe, zawsze zwilgotniałe, powieki opuchnięte, twarz zgrzybiała, pożółkła i wychudzona, zmęczenie, któremu żaden wypoczynek zadośćuczynić nie zdoła, trawienie trudne, kał nieczęsty, uryna zgęstniała, zbielała, najczęściej smrodliwa, skłonność do rzygania częsta, a rzygi tłuste, wielka słabość nerek oraz nóg, trzęsionka nieustająca, głos ochrypły, wątły i głuchy, czasami zupełnie zgasły, poty nadzwyczaj obfite, nawet bez przypodziewku, skóra nieuchronnie wysuszona i rozogniona, kaszel urywany, suchy, nieodkrztuśny, stękania, częste ziewania. Oto, Szanowny Panie, skutki onanizmu [...].
...jednak musi Pan wiedzieć, że niekiedy można się pomylić, posądzając osoby zdradzające wiele spośród powyższych symptomów o uprawianie niecnych praktyk. Nie trzeba więc wydawać zbyt pospiesznych sądów, o czym zapewne już się Pan przekonał. Osoby prowadzące siedzący tryb życia, pracujące w biurach albo gabinetach lektury zdradzają tak często objawy właściwe skutkom masturbacji, że łatwo ich pomylić z owymi nędznikami. Jeszcze częściej owe symptomy rozpoznaje się u osobników zżeranych rozpaczą i przewlekłym smutkiem". 

A zatem futerła wyściełany skórą na penisa, jądra do kąpieli z lodem, a resztę ciała na urlop. 
Na nieszczęście z książką ... choć nie w gabinecie!


________
Cytaty z kapitalnej książeczki dr. medycyny J.-L. Doussin-Dubreuila, Niebezpieczeństwa onanizmu

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

SAVE THE DATE. SAMOTNOŚĆ (SZTUKI) SEKSU


Przez rodzimy Internet zaczyna przewijać się informacja o nowym projekcie artystycznym Miszy Badasyana. Nosi on nazwę Save the Date i polegać ma na tym, że każdego dnia przez 365 dni Artysta sypiać będzie z innym mężczyzną. Nie idzie mu, rzecz jasna, o sam seks. Nie idzie także o pornografię. Obawiam się jednak, że w polskich warunkach właśnie te elementy wysuną się na plan pierwszy. Nawet już to widać. Bartosz Świderski swoją notatkę na natemat.pl zatytułował Promiskuityzm staje się sztuką. Fakt.pl wybija kawałek wypowiedzi Badasyana, że „zrobi to w imię sztuki”. W miniaturowej notce referowane są także głosy krytyczne, zarzucające Artyście m. in. egoizm. Performance Badasyana może – oby nie! – stać się pożywką dla środowisk związanych z fronda.pl i Naszym Dziennikiem. Choć są one kiepsko przygotowane do odbioru sztuki współczesnej i niezbyt często to robią. Dlatego pomyślałem, że napiszę kilka słów.

Mnie bowiem pomysł Badasyana zafrapował i – przyznaję to bez udawanej pruderii – odebrałem jego zapowiedź bardzo pozytywnie. Chciałbym także, żeby w Polsce sensownie, rzetelnie i regularnie projekt ten był komentowany. W kwestii świadomości ciała czy racjonalnego podejścia do sfery erotyki jesteśmy bowiem karłami spychanymi w ciemności Mordoru. Widać to dobrze w kampaniach przeciwko edukacji seksualnej, skandalicznych plakatach wywieszonych w polskich miastach i skandalicznym projekcie ustawy zmajstrowanym przez środowisko „Stop pedofilii”, czy polskich przesądach ws. masturbacji, według wielu prowadzącej do pomieszania zmysłów i przedwczesnej śmierci.

Ciało, także w swym wymiarze najbardziej fizjologicznym, stoi nie tylko w centrum naszego życiowego doświadczenia, ale także w jednym z centralnych miejsc współczesnej sztuki i humanistyki. Do moich ulubionych „soma-artystów” należy Helen Chadwick, tropiąca niuanse ludzkiej tożsamości w sposób wyjątkowo empatyczny i głęboki.
Ważnym medium opowiadającym o człowieku via ciało stała się także pornografia. U nas oficjalnie się ją egzorcyzmuje. Za to w rękach tak wizjonerskiej osoby jak Michel Lucas  stała się ona pretekstem do opowiadania o religijnym fundamentalizmie, do krytyki totalitarnych zapędów Władimira Putina, czy do opowiadania o tym, jak mogą żyć i kochać osoby zakażone HIV.



Badasyan swoim pomysłem wpisuje się w cały ten złożony kontekst. Poprzez swój projekt chce zwrócić uwagę na destrukcyjną siłę pustki i osamotnienia, które próbuje się neutralizować szybkimi relacjami z seksem jako sednem spotkania. Nie dziwię się, że w tym celu zdecydował się na performance. Tylko w ten sposób mógł uniknąć moralizatorstwa i patrzenia na innych z bolesną wyższością. Performance bowiem to działanie, w którym nie ma różnicy między teorią a praktyką – opowieść o pustce samotności jest tu równoznaczna z doświadczeniem i odegraniem tej pustki. Zarzut egoizmu stawiany Badasyanowi wydaje mi się wydumany, jego decyzja jest raczej aktem odwagi. Zgoda na zaangażowanie, pochłonięcie przez nicość szybkiego seksu i krótkich relacji stanowi bowiem wyzwanie dla podmiotowości artysty; jakie będą tego efekty dowiemy się zaś po zakończeniu całej akcji. Być może długo po jej zakończeniu.

Ważna wydaje mi się również rama intelektualno-aksjologiczna, którą wybrał Badasyan jako punkt wyjścia swojej eksploracji. Jest nią koncepcja nie-miejsc Marka Augé’go.  Koncepcja wyjątkowo mi bliska naukowo i dydaktycznie – zapoznaję z nią gros swoich studentów w przeświadczeniu, że bardziej owocnie będą mogli odnieść się do współczesnego świata.
Nie-miejsca – jak referowałem to onegdaj – to „sfery tranzytowe, w których "wszystko zaczyna przypominać wszystko". Choć udają one tradycyjne przestrzenie symulując i szacunek dla odwiedzających je ludzi, i szacunek dla gestów budujących "wspólnotę miejsca", są obszarami niczyimi - służąc tylko przyspieszającemu wciąż przepływowi, zmienności i wydajności. I nic tu nie pomogą wysiłki "architektów" wpisujących w galerie handlowe czy lotniska "ławeczki, fontanny, kierunkowskazy" - nie-miejsca nie staną się przez to "centrami, z których "czerpie się inspirację", w których "bierze się na serio innych ludzi" czy traktuje jako punkt wyjścia do zadania pytania o miejsce, z którego przychodzi do nas Inny.


Nie-miejsca to strefy nadmiaru przestrzeni, kształtujące jednostki narcystyczne i samotne. Samotność jest wynikiem przyspieszenia i nieustannego przepływu, tego, że nie-miejsca umożliwiając nieustanny tranzyt zakazują jednocześnie jakiegokolwiek wiążącego zaangażowania. 
Narcyzm - jak twierdzi Wojciech Eichelberger - bierze się właśnie "z braku doświadczenia głębokiej emocjonalnej więzi z ważnymi osobami z dzieciństwa" i - jak myślę - z braku prawdziwie bliskich osób w dalszym życiu. Jest tak, albowiem przepływ, ruch, brak przynależności emocjonalnej, terytorialnej, czy środowiskowej budują poczucie przelotności, bycia na chwilę, które nie wymagają angażowania się, za to budzą konieczność sprostania coraz to nowym okolicznościom.  

Nie-miejsca sprzyjają tedy tworzeniu ludzi bez właściwości, żyjących w nieustannym napięciu i lęku przed odarciem ich z noszonych przez nich masek. Bo właśnie maski, czy jak mówi się obecnie "wizerunek", są jedyną rzeczą, jaką dysponują i nad którą chcą zachować pełną kontrolę. Nikt obcy nie może bowiem wiedzieć, że ich pozłotka (stanowisko, finansowy sukces, oczytanie) skrywa pustkę. "Życie narcyza - pisze Eichelberger - polega na nieustannym podtrzymywaniu iluzji", na zabieganiu o to, żeby wizerunek jawił się jako niezmienny, a więc na kontroli otoczenia - "lustra cudzych oczu, serc i umysłów". Kontrola otoczenia oznacza również wykluczenie miłości czy przyjaźni - te bowiem zakładają zakorzenienie, autentyzm i wzajemność. Narcyz zaś musi dominować, rozsiewając wokół mityczny blask własnego ja”.

Badasyan chce pokazać, że takim nie-miejscem stało się dzisiaj nasze łóżko. I my sami.
To diagnoza przerażająca, lepiej by więc było, by performatywne działania Artysty jej zaprzeczyły. Sądzę jednak, że tak nie będzie. Logika libero-kapitalizmu jest bowiem logiką wywłaszczenia człowieka poprzez ciało, które staje się medium rozbudzania konsumenckich potrzeb. By świat pędu i ruchu (piekielny aspekt ruchu wygrywał – z dystansem – w Aniołach w Ameryce Tony Kushner, zajmuje się nim również dromologia Paula Virilio) nie zatrzymał się, by towary cyrkulowały, zaspokojenie potrzeb musi być tylko chwilowe. A to, czy będą to potrzeby związane z technicznymi gadżetami, zdrowym jedzeniem, czy doświadczeniem cielesności innego człowieka nie stanowi zbyt wielkiej różnicy.

Czas zerwać z zakłamaną tabuizacją seksu. I czas przestać zatrzymywać się na samym seksie (fiksacja Polaków jest tu znamienna, najbardziej znamienna jest zaś fiksacja grup, które z seksem winny mieć do czynienia tylko w teorii; ich zamiłowanie do opowiadania o perwersjach językiem perwersyjnym i lubieżnym, jak u Dariusza Oko, winno dawać do myślenia!).
Z seksem jest bowiem tak, jak z religijnymi dogmatami. Nauczono nas, że na dogmacie trzeba się zatrzymać i – broń boże – nie próbować go zmieniać. A przecież jest on tylko przekładem języka doświadczenia wiary, na propozycjonalny język rozumu. Seks także jest przekładem – nas na świat. Ale także świata na naszą tożsamość.   

Warto także, żebyśmy mieli świadomość, że ogólność (ewentualnej) diagnozy Badasyana nie oznacza jej uniwersalności. Dzisiejszy świat, choć zdominowany logiką prędkości i nie-miejsc, posiada także swoje heterotopie, które mogą przynieść zmiany. Należy do nich choćby poliamoria. Ale, ufam, nie tylko ona!


piątek, 15 sierpnia 2014

PO, CZYLI BUT NA ZWIERZĘ ZWANE OBYWATELEM

Platforma
według Słownika Języka Polskiego to:
1. «płaska pozioma powierzchnia czegoś»
2. «dziedzina wspólnego działania»
3. «przednia lub tylna część wagonu kolejowego lub tramwajowego dawnego typu, w której nie ma miejsc siedzących»
4. «nadwozie ciężarowe pojazdu z pomostem ładunkowym bez ścian; też: pojazd o takim nadwoziu»
5. «ilość towaru mieszczącego się na takim nadwoziu»
6. «duża część skorupy ziemskiej składająca się ze sfałdowanego podłoża i osadzonej na nim pokrywy osadowej»

7. «bardzo gruba podeszwa; też: but o takiej podeszwie».

Obywatelski:
1. «dotyczący obywateli jakiegoś państwa lub regionu»
2. «właściwy dobremu obywatelowi, pożądany społecznie».

Platforma Obywatelska zatem to dziedzina wspólnego działania dobrych obywateli, choć dotycząca wszystkich obywateli danego państwa.


Obywatel:
1. «członek społeczeństwa danego państwa mający określone prawa i obowiązki zastrzeżone przez konstytucję»
2. «stały mieszkaniec jakiegoś regionu lub miasta»
3. «urzędowa forma zwracania się do kogoś».

Konstytucja RP:
Art. 68.
1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.
2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.
3. Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym
wieku.

Art..74.
1. Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom.
2. Ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych.
3. Każdy ma prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska.
4. Władze publiczne wspierają działania obywateli na rzecz ochrony i poprawy stanu środowiska.

Politycy PO to autentyczny fenomen, który powinien stać się przedmiotem badań z zakresu socjologii i psychopatologii. W ostatnich dniach popis erudycji i postawy pro-obywatelskiej dali choćby Stefan Niesiołowski i Jan Filip Libicki. Obaj uczynili to w proframie Tak jest, nadawanym w TVN24.

Niesiołowski zaproszony został jako ekspert od eksperymentów na zwierzętach. Pretekstem zaś był przyjęty przez rząd projekt ustawy o ochronie zwierząt, która zdaniem wielu ekspertów cofa ustawodastwo o lata świetlne, otwierając drogę niekontrolowanym eksperymentom. 
TVN24 wywołał Niesiołowskiego bardziej jako profesora biologii niż polityka, choć dziś jest on raczej profesorem w stanie spoczynku. Bodaj ostatnia Jego publikacja naukowa pochodzi z 2006 roku, a regularne publikacje wyczerpują się w roku 1997. Od tego czasu wiele się w nauce zmieniło, także jeśli chodzi o świadomość etycznej strony prowadzonych badań. Zaznaczę także, że wśród publikacji naukowych Niesiołowskiego nie ma ani jednej poświęconej etyce i eksperymentom na zwierzętach, zajmując się muchówkami zapewne nie był tymi kwestiami zainteresowany w sposób szczególny.
Kontrrozmówcą Niesiołowskiego był prof. Andrzej Elżanowski, zoolog, członek Polskiego Towarzystwa Etycznego, czynny naukowiec, który od wielu lat prowadzi badania z zakresu eksperymentów nad zwierzętami.
Elżanowski reprezentował stanowisko, że przyjęty projekt ustawy jest niedobry i wsteczny, a działanie państwa winno dążyć do minimalizacji cierpienia zwierząt. Starał się rozrózniać płaszczyzny dyskusji, przytaczał wyniki badań, pokazujących, że przenoszenie wyników badań medycznych z jednego gatunku na inne jest często gęsto zupełnie nierealizowalne w sposób wiarygodny etc.
Niesiołowski "kontrargumentował", nazywając ekologów kwestionujących ten projekt krzykliwymi ideologami, którzy by chcieli, żeby delfiny siedziały na ławkach na basenie, a przez obręcze skakali ludzie... Argumenty Elżanowskiego odpierał kwestią "nie wierzę". Utrzymywał, że eksperymenty na zwierzętach są konieczne (i już). I że nie mieści mu się w głowie, żeby cierpienie zwierząt przedkładać ponad człowieka. Wpisał się tym samym w nurt postaw osób skupionych wokół PiS i takich periodyków jak Gość Niedzielny, wskazujących, że badania w ramach animal studies są zagrożeniem dla człowieka, a poza tym cierpienie dzieli się na dwa rodzaje: duchowe (świadome) i fizyczne. Zwierzęta doświadczają tylko drugiego, więc dla dobra człowieka można je zadawać. (Można poczytać o tym u ks. Ślipko).

Libicki błyszczał w innej materii - zbrojeń i polskich emerytów. Omawiana była oczywiście kwestia zwolnienia z opłat za leki osób powyżej 75 roku życia, otrzymujących dochody ledwo przekraczające 800 złotych. Libicki orzekł butnie, że gdyby - jako polityk - dysponował aktualnie grubszą kwotą (jej dokładnej wysokości nie pamiętam), wolałby w dzisiejszej sytuacji wydać ją na zbrojenia a nie na emerytów i rozwiązywanie ich problemów. 
To ważny głos, bo jest głosem partii od dawna rozbudzającej w Polakach poczucie zagrożenia wojną z Rosją i w głupi sposób aktywnej politycznej w kwestii Ukrainy. 
To ważny głos także z tego powodu, że senator Libicki, jako osoba niepełnosprawna, dostaje 6000 zł. miesięcznie dodatku na swojego asystenta, o czym można przeczytać we wczorajszych Faktach i Mitach. 

Politycy mają obowiązek troszczyć się o ludzi starszych. Mają także obowiązek troski o ochronę środowiska - której konstytutywnym elementem jest troska o to, by zwierzęta głupio nie cierpiały. Zachodzę w głowę, na czym polega obywatelskość Panów Niesiołowskich i Libickich.
I dochodzę do jednego wniosku:

Platforma Obywatelska w Polsce - to but o bardzo grubej podeszwie, który dla dobra jednych obywateli depcze innych.

czwartek, 14 sierpnia 2014

SOLA SCRIPTURA. BÓG, WIARA I HISTORIA

Przeto całkowicie odrzucam jako herezję zmyśloną teorię ewolucji dogmatów, które z jednego znaczenia przechodziłyby w drugie, różne od tego, jakiego Kościół trzymał się poprzednio. 

Teologia, która nie byłaby aktualna, byłaby błędna.
Henri Bouillard SJ

1. Ten wpis jest eksperymentem. Psychologicznie koniecznym – noszę bowiem w sobie przymus spowodowany ponowną lekturą starego szkicu Jacka Salija Rozwój dogmatów w Kościele katolickim. Ale świadomym swojej ułomności czy cząstkowości. Często zdarza mi się polemizować z nietzscheanistami, którzy za mistrzem powielają krytykę chrześcijaństwa po prostu. Wydaje mi się, że coś takiego jak chrześcijaństwo po prostu nie istnieje, a wszelkie uogólnienia mają sens tylko wtedy, gdy potraktujemy je jako weberowskie „typy idealne”, mając świadomość, że materiał empiryczny jest bogaty i wiele z naszych sądów może zakwestionować. Nie będę pisał wprawdzie o chrześcijaństwie w ogólności, niemniej będzie tu wiele generalizacji. Nie chcę nikogo nimi urazić, dlatego zastrzegam, że to rozważanie jest eksperymentem, który – mam nadzieję – może zwrócić uwagę na coś istotnego. Za cenę schematycznych deformacji.

2. Salij zwraca uwagę na dziejowość jako kluczowy aspekt doświadczenia religijnego. Gdyby doświadczenie to nie miało charakteru historycznego, niemożliwe byłoby wzrastanie w wierze, a więc niemożliwe byłoby dojrzewanie czy kształtowanie własnej osobowości. Przeczy temu Biblia, jasno ukazując dorastanie apostołów do Jezusowego zwiastowania. O tym, że doświadczenie wiary nie jest wydarzeniem jednorazowym, ale rozłożonym w czasie procesem, Nowy Testament mówi zresztą dość często. Salij wskazuje przy tej okazji Mk 4,8, 1Kor 3,6, 2P 3,18, Kol 1,10, J 16, 12 itd.
Dziejowy charakter doświadczenia religijnego (wzrastanie w wierze) nie jest, rzecz jasna, doświadczeniem wyłącznie jednostek. Wnoszą je one do doświadczenia wspólnoty kościoła. Już Nowy Testament przekazuje nam informacje o wyzwaniach, jakie stały przed wspólnotą chrześcijan: przykładowo pytano o to, czy można do wspólnoty włączać pogan, czy osoby te będą zobowiązane do przestrzegania zwyczajów żydowskich. Paweł piętnował praktyki kościelne, w których faworyzowano ludzi z pieniędzmi i pozycją, zapominając o fundamentalnym dla chrześcijaństwa braterstwie.
Świadczy to – jak pisze Salij – „że nie było jeszcze pokolenia, w którym by Kościół nie stanął przed jakimiś nie znanymi dotychczas, a nieraz nawet nie przeczuwanymi problemami. Co więcej, zazwyczaj bywa tak, że do jasnego i jednoznacznego ich rozstrzygnięcia Kościół dochodzi w trakcie długich poszukiwań i polemik”. Sobór Watykański II tak naucza w tej kwestii w Gaudium et spes: „33. Człowiek zawsze starał się swoją pracą i pomysłowością rozwijać swoje życie; dziś zaś, zwłaszcza dzięki wiedzy i technice, rozszerzył swoje panowanie i wciąż je rozszerza na całą prawie naturę. I tak głównie dzięki zwiększonym środkom różnorakiego kontaktu między narodami rodzina ludzka stopniowo uświadomiła sobie i stworzyła jedną na całym świecie wspólnotę. Dzięki temu człowiek wytwarza sobie dziś własnym trudem wiele dóbr, których przedtem oczekiwał przede wszystkim od sił wyższych.
W obliczu tego ogromnego wysiłku, ogarniającego już cały rodzaj ludzki, budzą się wśród ludzi pytania: jaki jest sens i jaka wartość tych wysiłków? Jak należy używać tych wszystkich rzeczy? Do jakiego celu zmierzają wysiłki czy to poszczególnych ludzi, czy ich społeczności? Kościół strzegący depozytu słowa Bożego, z którego bierze zasady religijnego i moralnego porządku, nie zawsze mając na poczekaniu odpowiedź na poszczególne zagadnienia, pragnie światło Objawienia łączyć z doświadczeniem wszystkich ludzi, żeby oświetlać drogę, na jaką świeżo wkroczyła ludzkość” (nr 33).

3. Widziana w takiej perspektywie wiara jest dynamicznym ukierunkowaniem na szukanie Boga jako ukochanego. Nie jest zbiorem formuł, które poprawnie się rozumie. Nie jest także zlepkiem nadekspresyjnych emocji, w których pogrążamy się w niektórych okolicznościach. Jeśli Bóg jest bytem powszechnym, w którym „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”, to otwarcie na Niego jest decyzją egzystencjalną. Oznacza wejście na drogę odkrywania nieskończoności, w której znakami Boga są stworzenia – tak samo w Nim zanurzone. Ten wymiar wiary regularnie odsłaniał Jezus, pokazując, że porządek miłości ma pierwszeństwo względem porządku poznawczego. To pomoc biednym, chorym, więźniom, to pocieszanie smutnych, a nie instytucjonalna czystość przekonań i wierność formułom są owocami wiary. Formuły nabierają sensu tylko w perspektywie miłości. Naszym celem nie jest zatrzymywanie się na ich literalnej postaci, ale szukanie Tego, który jest poza nimi. Tomasz z Akwinu ujął to w formie przestrogi: „Najpierw jednak pragnę cię upomnieć, abyś w dyskusjach z niewiernymi o artykułach wiary nie dążył do tego, by wiarę udowodnić racjami koniecznymi. To pomniejszyłoby wzniosłość wiary, która przekracza nie tylko umysły ludzkie, ale nawet aniołów. […] Tak jak wiary nie da udowodnić się koniecznymi racjami, gdyż przekracza ona ludzki umysł, tak samo […] niemożliwa jest taka racja konieczna, która dowodziłaby niesłuszności wiary” (De rationibus fidei).

4. Salij uznaje, że katolicyzm świadomy jest tej historyczności, w odróżnieniu od protestantyzmu. Zasadę sola scriptura pojmuje jako wyraz fundamentalistycznego przekonania, że cała prawda zawarta jest w wyrwanym z dziejowości tekście Biblii, której bezpośredni sens uchwycić ma czytelnik. Takie postawienie sprawy wydaje mi się co najmniej kontrowersyjne, jeśli nie zupełnie błędne.
Mam bowiem głębokie poczucie, że w znacznej[i] mierze to właśnie protestantyzm posiada doskonałe wyczucie dziejowości. W odróżnieniu od kształtu, jaki w nowożytności przybrał Kościół katolicki.
Mam głębokie poczucie, że nowoczesna idea wiedzy pewnej, uniwersalnej i koniecznej mocno skaziła Kościół rzymski. W jej wyniku doszło do zamiany wiary jako egzystencjalnego zaangażowania, poszukiwania i wzrostu, w doktrynę, na którą składa się szereg zdań mówiących o Bogu, świecie i moralności. Autentyczność wiary przybiera postać wierności określonym formułom, które uważa się za racjonalnie dowodliwe, wręcz naukowe. Pisał o tym Tadeusz Bartoś w Końcu prawdy absolutnej oraz Tomasz Sieczkowski w artykule Nieuczeni w Piśmie, nie będę zatem rozwijał tego wątku. Przyjęcie takiej postawy całkowicie zabija dziejowy charakter Kościoła i chrześcijanina – rodzące się społecznie problemy nie są rozważane w sposób świeży, a przyrastająca wiedza o człowieku i świecie nie staje się powodem do reinterpretacji doktryny. Wbrew Gaudium et spes Kościół na ogół zachowuje się tak, jakby miał na podorędziu odpowiedzi na wszelkie nowe wyzwania, nie szukając Tego, kto stoi za korpusem Pism i teologicznych komentarzy, ale poprzestając na literze, zaakceptowanej doktrynalnie. Daje się to pogodzić z mówieniem o dziejowości chrześcijaństwa, przez dziejowość rozumiejąc proces kumulujących się prawd doktrynalnych. Przekonanie o tym, że proces dziejowy jest kumulatywny i ciągły towarzyszy choćby Salijowi. A przecież historiografia współczesna ma świadomość, że dzieje są nieciągłe, pełne zerwań, heterogeniczne.

5.Mój olbrzymi szacunek dla nurtów chrześcijaństwa otwartych przez Lutra i Kalwina bierze się stąd, że pozwalają one człowiekowi żyć zanurzonym w jego czasy. Nie trzeba tu rozdwajać historii na historię świecką i kościelną w tym sensie, że codzienność interpretowana jest tu w świetle chrześcijańskiego przesłania, a przesłanie to stawiane jest przed pytaniami generowanymi przez doczesność. Sola scriptura to nie koniecznie wyraz fundamentalistycznego przywiązania do litery. Zasadę tę można widzieć jako wyraz niechęci do pseudo-uniwersalnych formuł narzucanych na rzeczywistość, które nie pozwalają rozumieć świata jako drogi ku odkrywaniu Boga. To także wyraz przekonania, że odpowiedzi trzeba szukać nieustannie, na nowo, godząc się na życie w paradoksie, na zerwania i nieciągłości – co dobitnie pokazał Kierkegaard czy Rudolf Bultmann.

6. Nowożytność zainfekowała katolicyzm propozycjonalną koncepcją wiary i Boga (używam określenia Sieczkowskiego). Oznacza to zamianę „wierzę” na „wiem”, a egzystencjalnego zaangażowania, które ma początek, ale nie ma końca, na akceptację nauczanej, rzekomo uniwersalnej, a więc ahistorycznej, doktryny. Protestantyzm zrodził się dla mnie jako wyraz sprzeciwu wobec tych tendencji, podkreślając, że wiara jest egzystencjałem, a będąc rysem osoby, od początku do końca zanurzona jest w dziejach.

7. Koniec prawdy absolutnej nie oznacza końca prawdy. A powrót katolicyzmu do perspektywy nakreślonej w tekstach Gaudium et spes czy pracy Akwinaty nie oznacza końca wiary, ale przywrócenie jej właściwemu żywiołowi egzystencji. Oznaczałoby to jednak egalitaryzację instytucji, zgodę na to, że wszyscy jesteśmy kapłanami i teologami. Oznaczałoby w końcu zgodę na życie w niepewności, gdyż problemy współczesności należałoby wnikliwie badać, a nie odrzucać u startu. Ale czy nie takiego katolicyzmu uczy Vaticanum II? Katolicyzmu świadomego, że wiara wymaga wzrostu, a wzrost wymaga czasu. Ciągłego w nieciągłości.






[i] Zasadniczo, mam bowiem pełną świadomość istnienia fundamentalistycznych wspólnot protestanckich rozwijających geologię młodej Ziemi, odrzucających ewolucjonizm w imię dosłownej interpretacji Hexaemeronu, czy odrzucających medycynę w imię modlitwy o uzdrowienie. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

POLSKO-POLSKA WOJNA EMOCJI. RZECZ O CNOCIE STAŁOŚCI

Są oczywistości tak oczywiste, że zupełnie przestajemy je dostrzegać. 
Są bodźce tak regularnie się powtarzające, że znieczuleni przestajemy na nie świadomie reagować.
Stanowią one często narzędzie wykorzystywane w gre o rząd dusz. 

Przy pewnym poziomie wrażliwości trudno nie być zmęczonym sytuacją w Polsce. Nie sposób nie widzieć, że na rodzimym podwórku toczy się podsycany nieustannie konflikt, przesłaniający często gęsto problemy ważne, acz wymagające długofalowych działań, by je rozwiązać. Zamiast tego - skoro doraźne interesy polityków nie toczą się w perspektywie dobra wspólnego lecz kadencyjności - skutecznie jest odwoływać się do tego, co sprawdzone - divide et impera!

A dzielić by rządzić można wtedy, gdy podsyci się emocje w tłumie ludzi, którzy nie mają całościowego spojrzenia na życie, ale nałożone klapki specjalizacji. 

Patrząc na wpisy w mediach społecznościowych, programy telewizyjne, teksty na blogach (także na moim) umacniam się w przekonaniu, że żyjemy w domie podkręcania emocji uwolnionych spod karbu rozumu. Argumentacja wydaje nam się zbyt zimna i podszyta hipokryzją, w odróżnieniu od krzykliwych haseł, przerysowań, inwektyw, gorączkowego wurzucania emocji. W imię głoszonej przez psychologię emocjonalnej szczerości i uczciwości. Etykietujemy świat za pomocą słów nasączonych emocjami, tak by spokojna i rzeczowa dyskusja była z góry niemożliwa. 
Przecież dyskutowanie z podejściem pro-life z góry zakłada trudne emocje, wynikające z negowania życia. 
Przecież trudno odmówić prawa do emocjonalnej satysfakcji z powodu spalenia tęczy (jaki racjonalny argument można wymierzyć w stwierdzenie: "Ale fajnie!"?). 
Przecież trudno się nie mobilizować i nie poświęcać dla demokracji, skoro nie waidomo, czy dzieci pierwszego września pójdą do szkoły.

Strach jest uczuciem potężnym, a przejaskrawiane różnice i problemy budzą badź zniechęcenie, bądź chęć do walki. Do walki motywować może pokazywanie możliwości unicestwienia źródeł lęku, wskazywanie konkretnych narzędzi i działań pozwalających wewnętrznie się uspokoić. Co ciekawe, często gęsto i źródeł problemu, i sposobów jego rozwiązania nie szukamy na własną rękę. Zwyczajnie nie jesteśmy w stanie tego zrobić - edukacja nastawiona na specjalizację nie dostarcza nam bowiem wszechstronnych narzędzi do tego, by krytycznie rozumieć świat. Brakuje nam umiejętności analizy, znajomości erystyki, wrażliwości na konteksty i sytuacje. Ufamy wtedy instytucjom, które łaszą się do naszych emocji i przywdziewamy na nos podrzucone przez nie okulary, przez które rzeczywistość zaczyna nabierać wyraźnych, acz z góry przesądzonych kształtów. Boimy się i biegniemy zbawiać świat, wszystko, co inne traktując jako kolejne zagrożenie, które należy zwalczyć.

Z klasycznego dziedzictwa filozofii brakuje mi dotkliwie trzech rzeczy:
świadomości, że wybór celów (dóbr) jest kwestią rozumu, nie kalejdoskopu odczuć i emocji;
świadomości, że nasze poznanie i działanie warunkowane jest emocjami, warto więc dbać o to, by współgrały z całym naszym osobowym życiem;
świadomości, że etyka, pedagogika i psychologia dotykają wspólnego obszaru praktycznego życia człowieka i że winny współdziałać w kształtowaniu osób odpowiedzialnych, oddziałując kompelementarnie na sferę intelektu i uczuć.

Mam silne wrażnie, że nasz system edukacyjny uczuć nie kształci wcale. Wciąż nabywamy informacje, być może nieco więcej współpracujemy w grupie. Ale uczucia - w jedności z rozumem - pozostają na boku. Zapomnieliśmy choćby o edukacyjnych walorach sztuki, symbolu, przestrzeni wyobraźni, w których człowiek spełania się jako cielesno-duchowa, emocjonalno-rozumowa całość.


Zapomnieliśmy także o tym, że podstawową cnotą w życiu człowieka jest stałość. Stałość, czyli umiejętność dążenia do rozumienie obranego dobra, pomimo przeszkód i trudności, jakie niesie codzienne życie. Jest ona złotym środkiem między niestałością a uporem.
Niestałość oznacza chwiejność, brak wyrazistości, nieumiejętność podejmowania wiążących decyzji. Pierwsza trudność, silniejszy nacisk otoczenia, komformizm itd. itp. powodują, że człowiek jest w stanie przyjąć każdy pogląd i uzsadanić wszelkie postępowanie, gubiąc w tym indywidualne rysy własnej tożsamości. Panuje tu nieustanna zmienność i brak konsekwencji, tak że podjęte działania nie prowadzą zazwyczaj do zakładanego spełnienia, końca.
Upór oznacza nierozumną nieustępliwość, tak silne przywiązanie do własnej wizji życia, wartości, sensów, znaczeń, że nic nie jest w stanie go podważyć. Mniej ważne jest tu dobro, o wiele ważniejsze jest "ja chcę".
Stałość leży pośrodku między nimi. A związana jest przede wszystkim z uczuciami - opanowuje uczucia przykre, bolesne, trudne tak, by wysłuchawszy ich racji nie doprowadzić do tego, że uczucia przesłonią czy zniszczą możliwość realizacji dobra, o które w skutek rozumnej decyzji zabiegamy. Stałość tedy pozwala przekroczyć mocarne uczucie zazdrości. Staje się źródłem przebaczenia. Nadaje człowiekowi rys spokojnego dystansu wobec świata tak, by mógł działać samodzielnie i odpowiedzialnie, a nie pod presją uczuć, którymi łatwo daje się manipulować.

Brakuje mi dzisiaj także klasycznego przekonania, że człowiek nie rodzi się cnotliwy, ale kształtuje w sobie cnoty, pojmowane jako trwałe dyspozycje do działania. A więc, że człowiek nie jest gotowy, ale jego zadaniem jest stanie się określonym kimś. Życie jest procesem, także moralnym, intelektualnym, emocjonalnym. A cnoty kształtuje i umacnia w nas sposób, w jaki żyjemy.
Nie jesteśmy gotowi. Nie jesteśmy źli albo dobrzy. Nie przekreśla nas upadek czy niekonsekwencja. 
Nie jesteśmy też tylko rozumem (działka specjalizacji) bądź tylko emocjami (reszta świata). 
Winniśmy zabiegać o komplementarność, winniśmy dyskutować z argumentami. Winniśmy zabiegać o stałość, bez której przyjaźń, relacje prarterskie czy sytuacja społeczna są - konstruktywnie - nie do pomyślenia.





poniedziałek, 11 sierpnia 2014

RÓŻNOBARWNY GROPIUS


W chwilach wolnych od pracy poczytuję Waltera Gropiusa, którego teksty w piękny sposób udostępniło Wydawnictwo Karakter.
Poczytuję je z rosnącym entuzjazmem, bo Gropius należy do wciąż zbyt wąskiego grona osób, które potrafią snuć refleksję wielowarstwowo, wielopłaszczyznowo, wieloperspektywicznie.  Posiada też ginącą dziś cechę łączenia, a nie przeciwstawiania. Dzięki temu widzi konieczne związki rzemiosła i sztuki, rękodzieła i przemysłu, ducha i maszyny, przeszłości i wychylonej w stronę tego, co ma nadejść, teraźniejszości.


Imponuje mi jego przenikliwość społeczno-polityczna. Zaledwie kilka akapitów poświęconych demokracji więcej mówi niż niejeden przydługi filozoficzno-polityczny tekst. Gropisu wie, że u źródeł prawdziwej demokracji leży różnorodność. Ale wie również, że źródłom tym zagrażają dochodzace do głosu "doraźne cele, jak sprzedaż agresywna, uproszczenia organizacyjne czy zysk będący sam w sobie celem". Jego zdaniem upośledziły one "zdolność jednostki do poszukiwania i rozumienia większego potencjału w życiu".
Tym, co upośledza ten potencjał, jest także nadmierne przywiązanie do algorytmicznego pojmowania dobra i zła. Przeczy ono demokracji, w której liczy się kontekst, sytuacja. Tylko rozumiejąc okoliczności, szukając właściwych proporcji, biorąc pod uwagę "kondycję całej struktury społecznej" możemy szacować to, co aktualnie negatywne i pozytywne wiedząc jednocześnie, że dzisiejsze zagrożenia jutro mogą nimi przestać być.

Architekt w wizji Gropiusa jest demokratą z krwi i kości. Jego działanie ma sprzyjać życiu, otwierać potencje, polega zatem nie na konserwatywnym oderwaniu od realiów, ale na uważnym patrzeniu na otaczający świat. Po co? Po to, by spod powierzchni chaosu wydobywać cenny kościec znaczeń, wartości, lokalności. Bo lokalność jest tutaj bardzo ważna - Gropius stanowczo i jednoznacznie podkreśla, że nie ma żadnych styli międzynarodowych, nie ma gotowych konstrukcji aksjomatycznych narzucanych na świat. Architekt słucha świata po to, by realizować w nim to, co współgra  z życiem. Jego praca jest jak drzewo, które zamieszkują różnorodne gatunki ptaków. Jego ulubionym kolorem jest "różnobarwny".

Tyle ogółu - jako zachęty do lektury, którą sam wciąż prowadzę. A jest w tych pismach co odkrywać.

Ważna jest choćby wskazówka, że w dobie przemysłowej architekt musi "rękodzielnie" znać materiały, w których będzie tworzył. O powrocie do fizycznego kontaktu z materiałami, o "ucielesnionym" projektowaniu zaczyna się dziś mówić jako o palącym problemie - kreślenie w AutoCadach zabiło bowiem sensoryczność, zbyt zwirtualizowało świat.

Cenna jest demokratyczna wrażliwość, stojąca za pomysłem na bloki i blokowiska, o której tak często zapomina się w ferworze krytyki PRL (a szło w tej idei i o "lewicowe" podniesienie w godności dużej częsci społeczeństwa, i o nacisk na wspólnotę, na to że - jak wierzono - w końcu nadchodzi era współpracy i prawa wspólnotowego).

Ważna jest wiara, że różnorodność i jedność dają się pogodzić. W tym kontekście Gropius był przeciwnikiem rozplenionego dziś "prefabrykowania" całych budynków, które unifikują przestrzeń i unifikują człowieka.

W końcu nie do przecenienia jest jego wskazówka, że "Architektura wymaga silnych przekonań i zdolności przywódczych. Jej kształt nie może być określony przez klientów czy badania opinii publicznej, których wyniki najczęściej sprowadzają się do pragnienia zachowania tego, co wszyscy świetnie znają". A w architekturze, jak w życiu, "nie ma końca - jest tylko ciągła zmiana". 

Walter Gropius
Pełnia Architektury
Przekład Karolina Kopczyńska
Wyd. Karakter
Kraków 2014.