niedziela, 6 stycznia 2019

O GIERTYCHU, GENERAŁACH, OPOZYCJI I DEMOKRACJI


Autor listu otwartego opublikowanego w Wyborczej pod tytułem PanieZandberg. Panie Biedroń. Nie teraz! pisze, że obu polityków łączy jedno:

„brak świadomości, że są poniekąd politycznymi samobójcami. W czasie krwawej brutalnej wojny, przed decydującym starciem, jeden na uboczu buduje swoje dywizje, by ich użyć w bliżej nieokreślonej przyszłości, a drugi pragnie zostać generałem, zapraszając do siebie z trudem zaciąganych żołnierzy innego generała.

Tymczasem ich jedyną racjonalną drogą jest podjęcie już teraz walki u boku innego generała, bo tylko w przypadku jego zwycięstwa będą mieli szansę na istnienie. Jeśli za sprawą swoich działań przyczynią się do sukcesu drugiej strony – zginą. Bo to czas zabijania”.

Roman Giertych z koleiw odniesieniu do Biedronia stawia następującą diagnozę:
„Pan Biedroń nazywa mnie przebranym obrońcą demokracji. Panie Radny! Od kilku miesięcy (odkąd porzucił Pan swoją dawną miłość - Słupsk) robi Pan wszystko, aby rozwalić opozycję i wzmocnić PiS. To Pan przebierasz się za obrońcę demokracji, gdy tymczasem jest Pan ostatnią nadzieją JK”.

Na kanwie tych dwóch wypowiedzi można postawić sobie pytania, czy Biedroń rzeczywiście jest potrzebny, by osłabić opozycję? oraz u boku jakiego generała Biedroń z Zandbergiem mogliby wystąpić?

Na pierwsze pytanie potrafię odpowiedzieć wyłącznie negatywnie, jeśli przez opozycję rozumieć opozycyjne ugrupowania parlamentarne na czele z PO, dzięki której Giertych próbuje wrócić do polityki. Ugrupowania opozycyjne robią tak wiele, by osłabiać się wzajemnie, że nie trzeba im jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Symbolicznym przykładem takich działań może być przejście części polityków .Nowoczesnej do Klubu Parlamentarnego Platforma Obywatelska – Koalicja Obywatelska. Ale przykładów jest o wiele więcej, choćby rozłam w samej .Nowoczesnej, któremu zawdzięczamy nowy twór — Teraz! czy dystansowanie się Grzegorza Schetyny od propozycji Barbary Nowackiej ws. praw reprodukcyjnych.

Na pytanie drugie odpowiedzieć nie potrafię. Z całą pewnością Biedroń nie jest politykiem, którego przyjmuję bez zastrzeżeń. Mam ich trochę, zwłaszcza po ostatnich wyborach samorządowych. Jest jednak dla mnie o wiele lepszym kandydatem na generała niż Grzegorz Schetyna, który raczej będzie dbał o to, by nie wyrosła mu konkurencja wśród członków Koalicji Obywatelskiej. Nie marzy mi się również powrót Donalda Tuska, który od początku objęcia władzy przez PO w 2007 r. okazał się politykiem łatwo zmieniającym poglądy i niechętnym zmianom równościowym. Pozwolę sobie zacytować Wikipedię, z racji jej popularności:

„Pomimo wcześniejszej krytyki PiS i wcześniejszego pełnego poparcia dla Karty praw podstawowych, 23 listopada 2007 podczas swojego exposé, Donald Tusk stwierdził, że rząd podpisze traktat reformujący, ale z uwzględnieniem protokołu brytyjskiego o ograniczeniu stosowania Karty praw podstawowych w Polsce: pojadę do Lizbony i Brukseli podpisać traktat reformujący z uszanowaniem efektów negocjacji moich poprzedników. Decyzja Tuska została uznana za pozytywną i rozsądną przez biskupów.

Krytycznie o decyzji Tuska wypowiadali się między innymi:
prof. Zbigniew Hołda, który nazwał decyzję Tuska „porażką państwa praw człowieka”.
prof. Bronisław Geremek, który zaapelował do Tuska o „nieuleganie szantażowi ws. Karty”. Stwierdził, że „Polska „Solidarności”, Polska europejska, tolerancyjna i otwarta chce Karty”.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która zaapelowała do Tuska w otwartym liście „o podjęcie wszelkich starań w celu przyjęcia przez nasz kraj pełnej treści Karty praw podstawowych Unii Europejskiej, będącej integralną częścią nowego traktatu tworzącego ramy jej funkcjonowania”.
prof. Marek Safjan, który stwierdził, że powodami ograniczenia Karty dla polskich obywateli są „fobie i przesądy” oraz niezrozumienie podstaw konstrukcji prawa wspólnotowego”.

Jakich innych generałów autor listu otwartego mógłby wskazać?

Na koniec ekskurs dotyczący Romana Giertycha. Bardzo zabolały go słowa Biedronia, który napisał: „Jeśli nie dziwi nas Roman Giertych w przebraniu obrońcy demokracji i w najpopularniejszych opozycyjnych mediach, to tym bardziej nie dziwmy się, że w obecnym rządzie znajdują miejsce jego polityczne dzieci”. 

Niestety, Giertych ma taką a nie inną przeszłość. To on reaktywował Młodzież Wszechpolską w 1989 r., która jako swoje podstawowe zasady przyjęła etykę katolicką, w sferze ekonomii akceptację własności prywatnej z jednoczesnym hamowaniem nadmiaru obcego kapitału w Polsce, narodowe rozumienie polityki (Polska jako państwo-spadkobierca cywilizacji łacińskiej rządzone przez Polaków) i przeciwdziałaniu zagrożeniu niemieckiemu jako reguła polityki zagranicznej. Z tego środowiska wyrasta Adam Andruszkiewicz, który była nawet prezesem Młodzieży Wszechpolskiej.

MW uważana była także za młodzieżowe zaplecze Ligii Polskich Rodzin, z której list działacze weszli do sejmu (m. in. Krzysztof Bosak).  Władze LPR odcięły się od MW w 2006 r., po doniesieniach, że członkowie tej organizacji mieli brać udział w imprezie neonazistowskiej. W czerwcu 2017 r. Giertych odciął się od organizacji, po tym, jak pobito członków KOD w Radomiu. Nie było to jednak odcięcie ideowe, ale zdystansowanie się wobec „nacjonalistycznych radykałów, którzy biją ludzi, dlatego że demonstrują”. Otwarte pozostaje pytanie, czy Giertych nie powinien się wstydzić tego, że do urobienia takich radykałów się przyczynił. Przypomnę kilka jego wypowiedzi:

„Jestem tu po to, by przeciwstawić się wstrętnym pederastom” (Marsz dla Życia i Rodziny 2007). W Kropce nad „i” Giertych „uroczo” skomentował te słowa: „To była prywatna wypowiedź. Publicznie bym tego nie powiedział”.

„Próba anarchizacji życia publicznego poprzez organizowanie manifestacji w stolicy musi znaleźć swoją kontrę. Musi być odpowiedź na te działania, które mają charakter destabilizujący i naruszający spokój społeczny” (październik 2006, po zapowiedzi PO, że zorganizuje manifestację w Warszawie).

 „To, co powoduje wściekły atak i na rząd, i na działania w Ministerstwie Edukacji Narodowej, to jest koniec waszego monopolu. Przez 16 lat środowiska liberalne i socjalistyczne albo nawet lewackie utworzyły sobie w polskiej szkole, a szczególnie w Ministerstwie Edukacji Narodowej, siedlisko i przede wszystkim wielką przepompownię pieniędzy. (…) nie mówiąc o innych waszych przybudówkach, jak Kampania przeciw Homofobii z panem Biedroniem (…). Za pieniądze polskiego szkolnictwa uczono polską młodzież, że płeć jest sprawą umowną, że można ją zmieniać… że można ją zmieniać parę razy w życiu” (mowa sejmowa).

„Korzenie Polski tkwią w katolicyzmie. Naród nasz powstał w wyniku procesu. w którym wychowawczą rolę odegrał Kościół. Zrozumienie tej rzeczywistości prezentowali w przeszłości nawet ateusze. Wielu z nich, mimo że wątpiło w Boga bądź nie uznawało Kościoła katolickiego, zauważało, że polskość jest nierozerwalnie związana z katolicyzmem” (z Kontrrewolucji młodych).

„Nasze ideały, nasz honor jest bezkompromisowy, gdyż nic możemy zgodzić się na to, żeby zrezygnować z części tego, w co wierzymy i co stanowi o naszym charakterze. Pójście na kompromis w sprawach Wiary, ideałów, honoru oznaczałoby, że nie mamy Wiary, ideałów i honoru. Oznaczałoby, że nie wierzymy w prawdę. Jeżeli ktoś wie, że dwa plus dwa to cztery, to nie zgodzi się w tej sprawie na żaden kompromis. Jeśli stwierdzamy, że istnieje prawda, to za pomocą rozumu odkrywamy, jaka ona jest. Jeżeli to odkryjemy, musimy być o tym przekonani, gdyż w przeciwnym wypadku wykazalibyśmy się brakiem zaufania do własnego rozumu. Nie możemy więc iść w sprawie naszych przekonań na kompromis lub uznawać kompetencję innych (np. TV) do określania, co jest, a co nie jest prawdą. Musimy domagać się od wszystkich życia zgodnego z prawdą, gdyż tylko prawda wyzwala człowieka z niepewności i daje mu fundament pod prawdziwe życie” (z Kontrrewolucji młodych).

„Należałoby zapytać skąd więc tak dużo tych "niezależnych autorytetów" wmawia światu, a przede wszystkim Polakom, że są nietolerancyjnymi ciemniakami, szowinistami, ksenofobami itp. Sprawa wydaje się w tym wypadku bardzo prosta, jest to stary system wykorzystywany przez złodziei - ukraść i krzyczeć: "Łapać złodzieja!" Przypatrzmy się dlaczego domagają się tolerancji i jak ją rozumieją nasze "niezależne elity". (…)

Dzisiejsze "postępowe" prądy umysłowe, rodzące się na Zachodzie, nakazują tolerować wszystko, a więc nie mają już charakteru wyrozumiałości, ale często akceptacji, a nawet współuczestnictwa. Różni lewacy żądają od nas, normalnych ludzi, nie tolerancji, a właśnie akceptacji. Jeżeli bowiem ja widząc, że anarchiści wołają "Nie chcemy iść do wojska!", mogę taką postawę ewentualnie tolerować, to już w sytuacji, gdy ci sami ludzie palą flagę mojej Ojczyzny, nie mogę tego tolerować i powinienem wezwać policję lub sam czynnie przeciwstawić się takiemu postępowaniu. Nie będzie to przykład nietolerancji, gdyż ja powinienem wobec pewnych rzeczy być tolerancyjny (wyrozumiały), a wobec innych nie muszę albo wręcz nie mogę. Mogę z własnej woli tolerować człowieka, który bije mnie w twarz, i na to nie zareagować. Mogę również mu oddać albo pozwać go do sądu. Jeżeli natomiast ktoś uderzy moją matkę, to tolerancja takiego czynu z mojej strony byłaby podłością i hańbą. Człowiekowi, który toleruje taką rzecz, nie należy podawać ręki. Dzisiaj w świecie próbuje się stworzyć coś w rodzaju terroru tolerancji. Wszystko mamy tolerować. Głupota posunęła się do tego stopnia, że w niektórych elementarzach na Zachodzie, np. w Anglii, przedstawia się rodzinę w trzech formach: tatuś i mamusia, tatuś i tatuś, mamusia i mamusia. Pod pozorem więc tolerowania inności, akceptuje się odchylenia od normy, czyli zboczenia. Te zboczenia przedstawia się na równi z normalnością i uczy się tego dzieci. Kto natomiast powiedziałby w Anglii publicznie, że homoseksualizm to zboczenie, może wylądować za kratkami. Dla takiego nie ma bowiem tolerancji, gdyż narusza "normy" wypracowane przez lewaków.

W Polsce do takich absurdów jeszcze nie dochodzi, ale wszystko wskazuje na to, że ku temu zmierzamy. Chciałbym tutaj wrócić do tego, co powiedziałem o charakterystycznej metodzie działania złodziei, którzy wołają "łapaj złodzieja". Ci, którzy tak wiele krzyczą o tolerancji, są najczęściej najmniej wyrozumiali w stosunku do innych poglądów i postaw. Ludzi, którzy się z nimi nie zgadzają, nazywają ciemnymi, zacofanymi itp.

Musimy sobie jasno powiedzieć, że tolerancja jest to wyrozumiałość dla poglądów, wierzeń, pomyłek i nieszkodliwych dziwactw. Nie ma jednak i nie może być tolerancji, która byłaby akceptacją zła. Akceptacja zła jest bowiem złem, zło natomiast należy zwalczać, a nie akceptować. Jeżeli natomiast zła nie będziemy zwalczać, to się rozpleni. Nie możemy folgować złu. Musimy walczyć o prawdziwą tolerancję, która jest wyrozumiałością” (z Kontrrewolucji młodych).

Wybór cytatów zakończę taką złotą myślą:
„Jeśli ktoś myśli, że polityka polega wyłącznie na ideałach, a nie biznesie, to się do polityki nie nadaje” („Rzeczpospolita”, 25 maja 2004).

Coda

Związki Romana Giertycha z Opus Dei były wielokrotnie wspominane na łamach prasy. Nie będę tutaj snuł rozważań o katolickiej mafii, sekcie itp. Traktuję Opus Dei jako konserwatywną frakcję obecną w katolicyzmie rzymskim. Z tego środowiska wywodzą się szkoły zakładane przez stowarzyszenie Sternik, do których Giertych posyłał  dzieci. Kiedyś tak tłumaczył swój wybór, odnosząc się do sytuacji ze starszą córką: „Powód wyboru tej placówki był prosty, wręcz oczywisty: szkoła ma program wychowawczy, który mi odpowiada. Nie jest koedukacyjna, dziewczęta i chłopcy mają zajęcia w osobnych budynkach, chodzą w mundurkach. Poza tym szkoła została założona przez rodziców, wielu z nich to moi bliscy przyjaciele. I to właśnie rodzice decydują o życiu tej szkoły”.


We wrześniu 2017 r. mówił w wywiadzie, że postulaty równych praw dla osób LGBT w Polsce przeszkadzają w walce opozycji o zwycięstwo nad PiS. Uznał też wtedy, że „przeszkadza mu walka o prawa LGBT. Dziennikarka pyta, dlaczego. – Nikomu nie bronię wygłaszania swoich poglądów, tylko że w tej sprawie myślę racjonalnie – wysuwanie dzisiaj takich postulatów na pierwszy plan jest nieproduktywne, jeśli chodzi o obalenie PiS - mówi Giertych.

I dodaje, że takie postawy mogą doprowadzić do zwycięstwa PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych. Zdaniem Giertycha, jeśli da się Polakom wybór, czy są za PiS, czy za opozycją, która mówi o LGBT i aborcji, to część ludzi zagłosuje na PiS, mimo że są przeciwnikami dyktatury. – W opozycji powinniśmy unikać tematów ideologicznych – podsumowuje. 


Dziennikarka pyta, czy mecenas ma coś przeciwko wspólnemu rozliczaniu się par homoseksualnych. Giertych twierdzi, że "postulaty przywilejów dla par homoseksualnych są dyskryminacją przyjaźni pomiędzy ludźmi tej samej płci, które nie są oparte na seksie". Dziennikarka nie zgadza się z politykiem, argumentując, że organizacje LGBT chcą tylko tych samych praw, które mają inni.

Giertych jednak próbuje dowodzić, że jest to postulat ekonomiczny, w ogóle nie odnoszący się do programu LGBT i że "tak ustawiony program" oznacza przywileje podatkowe dla dowolnej grupki ludzi. Zdaniem Giertycha, brakuje tam przyczyny takiego przywileju, którym powinien być "oczywisty trud ponoszony przez rodziców w wychowaniu dzieci"”.

Myślę, że są powody, by zastanawiać się, czy Giertych, jako obrońca demokracji, zasadniczo zmienił poglądy. Uważam, że tak nie jest. Odcięcie się od brutalnego nacjonalizmu mieści się doskonale w jego poglądach wyłożonych w Kontrrewolucji młodych („Katolicyzm i wiara w prawdziwego Boga jest źródłem umiłowania Ojczyzny. Patriotyzm bez Boga czasami przeradza się w nacjonalizm, a potem w szowinizm. Jak już wspominałem, patriotyzm do nacjonalizmu ma się tak, jak miłość do szału miłosnego. Każdy szał natomiast jest nierozumny, niszczący oraz postępujący. Stąd też szowinizmy (wywodzące się z nacjonalizmu), które skojarzyły się z ateistycznym komunizmem, doprowadziły do największych zbrodni w dziejach ludzkości, jakimi były stalinizm i hitleryzm”). Sądzę również, że nadal pozostaje konserwatywnym katolikiem, niezmienione jest też jego podejście np. do problemu praw LGBT. Jeśli w jego poglądach da się zauważyć ciągłość, to pamiętać trzeba, że wcielając je w życie polityczne, doprowadził np. do wprowadzenia do sejmu reprezentantów Młodzieży Wszechpolskiej. Środowisko to ukształtowało również Andruszkiewicza. Jeśli MW — poza brutalnymi ekscesami — wyznaje światopogląd bliski Giertychowi, to warto zastanowić się, jakiej demokracji on broni. I czy chcemy za generała Schetynę i PO (ale też Tuska, Giertych reprezentuje go prawnie), których flirt z Giertychem powinien budzić zastanowienie.


wtorek, 25 grudnia 2018

O KATOLICYZMIE I NACJONALIZMIE POLSKIM. GĄDECKI, GŁÓDŹ, BOCHEŃSKI


To moje pierwsze Święta jako apostaty. Cieszę się z tego, bo jeśli Jan Teolog ma rację, że nie da się kochać niewidzialnego Boga nie kochając widzialnych i obecnych ludzi, nic z sakralnego wymiaru Świąt nie tracę. Tracę za to związek z antychrześcijańskimi elementami Świąt, które obecne są na kościelnych ambonach.

Z nóg zwalił mnie Sławoj Głódź, któremu głos drży co najwyżej przy nadmiarze promili. Na pasterce głosił:

"Dziękując za tę posługę, cichą, spokojną, niewidoczną, za świadectwo jednoczenia z Jezusem, za jedność z biskupem. A także za hart ducha – a często, kiedy godność kapłańska – zarówno żyjących, jak i zmarłych – przez środowiska wrogie Kościołowi stawiana jest pod pręgierzem oskarżeń, zarzutów, pomówień, często na wyrost, na oślep, dla medialnego także efektu".
Trudno nie pojąć aluzji do sprawy Henryka Jankowskiego.

Stanisław Gądecki prawił z kolei:

"Miękki totalitaryzm stara się zmarginalizować chrześcijan i chrześcijaństwo w imię fałszywego szacunku dla tych, którzy nie są chrześcijanami. W ostatnim czasie nawet w Poznaniu w niektórych placówkach oświatowych podjęto próbę ograniczenia religijnej oprawy świąt, a dyrektorzy wyrazili zamiar spotkań świątecznych zamiast tradycyjnych jasełek oraz zamiar rezygnacji z dzielenia się opłatkiem w trakcie szkolnej wigilii, chociaż organizowanie w szkołach takich wydarzeń jak jasełka jest zgodne z polskim prawem".
"Ustawa zasadnicza zakłada, że władze publiczne zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, zapewniając jednocześnie swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Ponadto Konstytucja stwierdza, że polska kultura jest zakorzeniona w chrześcijańskim dziedzictwie narodu, a strzeżenie jej stanowi obowiązek władz publicznych. Co więcej, prawo oświatowe zakłada, że nauczanie i wychowanie powinno się odbywać z poszanowaniem chrześcijańskiego systemu wartości ".

Chciałbym te wywody umieścić w pewnym kontekście — jest nim książeczka dominikanina Józefa M. Bocheńskiego Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim. Teksty pochodzą z lat 30. XX wieku, sam korzystam ze wznowienia z roku 1999.


Bocheński odrzucał rasowe definicje narodu, proponując w zamian, by pojmować naród „jako klasę ludzi złączonych wspólnymi relacjami ku pewnym określonym wartościom kulturowym”. Uznawał wręcz, że „same wartości specyficzne narodu są racją jego istnienia. One go definiują, dają mu jedność, one decydują o kierunku i uprawnieniu jego działań”. Szło mu przy tym głównie o wartości najwyższe, które należy pielęgnować i rozwijać.

Jeśli Włosi — twierdził Bocheński — upatrywali swojej specyfiki „w wielkości łacińskiej kultury”, a Niemcy w „urojonej wyższości kulturowej”, to specyfiką narodu polskiego, „czego nam nikt w tej części Europy odmówić nie potrafi: byliśmy i jesteśmy bastionem chrześcijaństwa”. Dodawał również: „Jeśli chcemy mieć nacjonalizm silny i logicznie przemyślany, musimy celowo oprzeć go na przemyślanej koncepcji państwa chrześcijańskiego, państwa, którego celem będzie służba Bogu: wprost i bez wykrętów. W tym Polska góruje nad innymi, pod tym względem jest państwem jedynym i ma moralne prawo żądać, by wszystkie inne narody takie hasło poszanowały”. 

Kultura polskiego katolicyzmu jest tym, co tworzy polski naród, nadając choćby rodzimej etyce charakter „rycerski i bojowy”. Sam katolicyzm zaś jest antyliberalny i antysocjalistyczny, jest katolicyzmem nacjonalistycznym, który ideologią katolicką nasącza organizację państwową.

Kreśląc taką wizję Bocheński rozprawiał się jednocześnie z katolicyzmem francuskim i Jacques’em Maritainem. Szczególnie ostro występuje przeciw idei równości religijnej obywateli, oparcia relacji społecznych na przyjaźni, wadzi mu francuski humanitaryzm, który odchodzi od katolicyzmu walczącego i tryumfującego, na rzecz uczciwego życia wierzącego, które poświadcza wartość religii bez prozelityzmu i państwowego nacisku. Z lekceważeniem też wyraża się Bocheński o pacyfizmie, liberalizmie, „głupawej demokracji” czy „słodkiej «cnotliwości»”. Atakuje kręgi polskie kręgi postępowego katolicyzmu, jest za to sojusznikiem „Prosto z mostu”, dodatku do ONRowskiego „ABC”, a od 1935 r. tygodnika narodowca Stanisława Piaseckiego. Bocheńskiemu przeszkadzał wprawdzie rasizm obecny w tym środowisku, który nie był, jego zdaniem, właściwym uzasadnieniem słusznych idei nacjonalistycznych, z tych samych powodów uważał, że publikowana w „Prosto z mostu” krytyka Maritaina jest intelektualnie zbyt słaba.

***

Bocheński aż w dwóch miejscach wznowionej książeczki o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim dystansuje się wobec swoich poglądów. Pisze też, że wiele zmieniło się w samym Kościele. W polskim chyba tak wiele się nie zmieniło. Dzięki Wyszyńskiemu i jego niechęci do Vaticanum II, a także przekonaniu, że przaśny, narodowy katolicyzm pokona komunę, przyprawiające o ciarki na plecach poglądy młodego Bocheńskiego wciąż są żywe, wciąż są realizowane, a państwo z pewnością nie jest światopoglądowo neutralne. Sam tekst Bocheńskiego pozwala, moim zdaniem, lepiej rozumieć, co się dzieje.


poniedziałek, 12 listopada 2018

Legitymizacja (anty-podmiotu i anty-ruchu społecznego) a pragnienie. Polemika (w formie notatek) z Michałem Sutowskim


[1] Myślę, że nie powinniśmy patrzeć na wczorajszy Marsz przez pryzmat rac, flag z falangą czy palenia flagi Unii Europejskiej. To obrazki i bolesne, i efektowne. Ale nie one stanowią problem. Wyobraźmy sobie, że środowiska nacjonalistyczne stawiłyby się na Marszu wyłącznie z flagą Polski — czy to w jakikolwiek sposób umniejszałoby skandaliczność faktu, że dogadały się z nimi władze RP? Czy oznaczałoby to, że środowiska te realnie zmieniły poglądy? Odeszły od własnych deklaracji ideowych? Oczywiście — nie! Czy manewr z wydzieleniem strefy buforowej zdejmuje odpowiedzialność z władz RP lub ją umniejsza? Czy pozwala mówić o dwóch marszach? Także nie! O tym, że Marsz był jeden pisała na Twitterze choćby polska Policja.


[2] Jeśli negocjatorzy z ramienia PiS, w tym Andrzeja Dudy (nie potrafię wyłączyć go jako prezydenta z tej formacji) siadali do stołu z przedstawicielami Marszu Niepodległości licząc, że „ugrają cokolwiek”, mogę uznać to wyłącznie defekt rozumu politycznego, który dyskwalifikuje do sprawowania władzy. Owszem, mogli mieć pragnienie, o którym pisze Michał Sutowski, ale obok pragnienia powinni mieć wiedzę, gdzie własnego pragnienia nie ugaszą. 


Nie ma powodu, by sądzić, że cokolwiek utrudniło im zdobycie stosownej wiedzy. Udokumentowane są ekscesy na marszach z poprzednich lat, wiemy, jakich gości zapraszano, mamy do dyspozycji Twitty czy działające strony internetowe z jawnie podawanymi do wiadomości deklaracjami ideowymi. Przedstawiciele władzy negocjujące ze środowiskami odpowiedzialnymi za organizację Marszu Niepodległości dokonały państwowej legitymizacji tego dyskursu. Nie ma tu mowy o przegranej walce czy o odgryzieniu ręki, którą środowiska skrajnej prawicy miałby głaskać po głowie Andrzej Duda. O walce nie mogło być tu mowy. Nie może być też mowy o umniejszaniu znaczenia gestu władz w kontekście poparcia ruchów nacjonalistycznych, a metaforyka niezaspokojonego pragnienia, przegranej czy odgryzania ręki takie umniejszenie przynajmniej dopuszcza. 


[3] Z pełnym przekonaniem twierdzę, że Andrzej Duda i PiS swoją decyzją, by dogadać się ze środowiskiem skrajnej prawicy dokonało legitymizacji antyruchu społecznego w rozumieniu francuskiego socjologa Michela Wieviorki (o żydowsko-polskich korzeniach). 

Wyznacznikami antyruchu społecznego są: (1) sekciarski charakter działania, a więc reprezentowanie wąskiej grupy ideologicznej, (2) zastąpienie krytyki przeciwników społecznych nieprzejednaną walką z diabolizowanym, a częściowo urasowionym wrogiem oraz (3) dążenie do konfrontacji, czyli uznanie, że relacja z przeciwnikiem to „czysty stosunek sił”, przemoc i destrukcja (zob. Wieviorka 2011, s. 91). 

Organizatorzy Marszu Niepodległości, z którymi do porozumienia doszedł Andrzej Duda i PiS, reprezentują katolicką część rasy białej o poglądach prawicowych, nienawistnie odnoszą się do Żydów, osób LGBTQIA, opartych na tolerancji wartościach UE; uznają, że „zachowanie homogeniczności etnicznej” służy zachowaniu stabilności i pokoju społecznego państwa (nowa Deklaracja Ideowa ONR, z którego wywodzi się Robert Bąkiewicz, szefujący Stowarzyszeniu Marsz Niepodległości) , a walkę prowadzić należy m. in. z tolerancjonizmem i zagrożeniami narodu i Kościoła rzymsko-katolickiego (deklaracja ideowa Młodzieży Wszechpolskiej). Sam Bąkiewicz w wywiadzie udzielonym onegdaj Gazecie Prawnej mówił: „Ale nie można tworzyć dogmatów, że demokracja jest jedynym systemem możliwym do zaakceptowania. Przecież to jest jeden z najgłupszych systemów, jakie stworzył człowiek”. 

Członkowie Forza Nuova, którzy — zaproszeni! — uczestniczyli wczoraj w Marszu Niepodległości, dążą między innymi do zniesienia przepisów, które zabraniają propagandy faszyzmu.

[4] Wieviorka, który jest chyba czołowym przedstawicielem socjologii zajmującej się terroryzmem i przemocą, wyróżnił pięć typów podmiotu, który posługuje się przemocą. Do antyruchu społecznego takiego, jak Marsz Niepodległości, ONR, Młodzież Wszechpolska i Forza Nuova pasuje typ nazwany przez Wieviorkę Anty-Podmiotem.

„Anty-Podmiot to ta twarz Podmiotu — twierdzi Wieviorka —, która nie przyznaje drugiemu prawa do bycia Podmiotem i która może się tworzyć tylko poprzez zaprzeczenie człowieczeństwu innemu” (Wieviorka 2011, s. 149). Anty-Podmiotowość cechuje się odwróceniem na nice wszystkich wartości wiązanych z humanizmem (i nie chodzi tu np. o poszerzenie pola o zwierzęta poza-ludzkie), ale o dehumanizację przeciwnika, którego należy zdestruować (w języku Achillego Mbembe mielibyśmy tu do czynienia z nekropolityką). Aby tego dokonać jednocześnie przypisuje się przeciwnikowi cechy nad-ludzkie (spisek gejów, ekologów, Żydów) i pod-ludzkie — skoro wzorcem człowieczeństwa jest rzymski katolik rasy białej.

[5] W przypadku ONR, Młodzieży Wszechpolskiej, środowisk skrajnej prawicy odpowiedzialnej za Marsz Niepodległości, Andrzeja Dudy i PiS, którzy ich legitymizowali, mamy też do czynienia ze skrzyżowaniem ruchów lokalnych i ruchów globalnych. Dąży się tu do (od)budowy nowego świata, homogenicznego aksjologicznie (tu: religijnie), wolnego od „lewaków”, feministek, gejów (Pana Dudę uwiera choćby domniemana propaganda homoseksualna), świata państw narodowych we współpracy z innymi nacjonalistycznie pojmowanymi narodami z „naszego” Regionu(zob. punkt 12 nowej Deklaracji Ideowej ONR pt. Federacja Państw Europy Środkowo-Wschodniej przyszłością Cywilizacji Łacińskiej). Forza Nuova obok Narodowego Odrodzenia Polski należy także do Europejskiego Frontu Narodowego, w którego deklaracji czytamy;

„Na progu Trzeciego Millenium Europa znalazła się w cywilizacyjnym odwrocie. Narody i państwa narodowe poddawane są obecnie potężnej presji demoliberalnych sił Nowego Porządku Świata, dążących do zniszczenia podstaw naszej Chrześcijańskiej Cywilizacji.


Jako przedstawiciele sił patriotycznych swoich narodów, uznając konieczność współdziałania na rzecz rozwoju i obrony wspólnych nam wartości, podpisujemy niniejsze porozumienie o współpracy. Celem głównym, jaki sobie stawiamy, jest odbudowa i utrzymanie suwerennych państw narodowych, opartych na silnej rodzinie i narodowej własności. Jego realizację prowadzić będziemy poprzez:

- przeciwdziałanie niszczącej państwa i narody polityce Nowego Porządku Światowego - tak w jej wymiarze lokalnym (Stany Zjednoczonych Europy), jak i globalnym (Stany Zjednoczone Świata);

- zwalczanie inspirowanych przez globalistów quasi-narodowych separatyzmów, rozbijających unitarność państwa narodowego;

- aktywną politykę oporu wobec Stanów Zjednoczonych AP, roszczących sobie prawo do narzucania światu metodami terrorystycznymi własnego przywództwa;

- ochronę Europy przed zalewem pozaeuropejskiej imigracji.


Mając świadomość, że tylko współpracujące ze sobą na płaszczyźnie wspólnoty ideowo-politycznej i wzajemnego szacunku narody są w stanie sprostać postawionym zadaniom, wyrażamy nadzieję, iż nasze porozumienie będzie zaczynem Europejskiego Frontu Narodowego - ruchu, który kierując się wspólnymi nam wartościami, będzie w stanie stać się siłą zdolną pokonać niszczące nasze narody siły Nowego Porządku Światowego”.


[6] Andrzej Duda, co najwyżej Prezydent Wielkiej Białej Katolickiej Heteroseksualnej Polski, wsparł i anty-podmiotowość i anty-ruch społeczny. Jakiekolwiek formy unikania odpowiedzialność są wyłącznie żenujące. Mogło nie być flag, symboli, rac. Odpowiedzialność pozostałaby nie zmieniona. 

Nie ma tu głaskania po głowie i pragnienia. Jest za to odpowiedzialność: polityczna i moralna. 









Literatura:

Wieviorka M., Dziewięć wykładów z socjologii, przeł. A. Trąbka, NOMOS, Kraków 2011.

http://wyborcza.pl/7,75398,24150736,andrzej-duda-zainteresowany-ustawa-zakazujaca-propagandy-homoseksualnej.html?fbclid=IwAR1agZ0tmsktb9wnVvw-fmWaDE22hQyS6szMeu8nx-1lnPxNr8-lkzpTZn4

http://www.nop.org.pl/old_www/?artykul_id=158

https://www.onr.com.pl/deklaracja-ideowa/

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1016579,robert-bakiewicz-onr-homoseksualizm-demokracja-rigamonti.html

http://mw.org.pl/about/deklaracja-ideowa/

sobota, 13 października 2018

PLAKATY WYBORCZE NA KOŚCIELNYCH OGRODZENIACH. LIST

ARTUR G. MIZIŃSKI
Sekretarz Generalny Konferencji Episkopatu Polski


Do wiadomości mediów*

Szanowny Panie,
gdy w minioną niedzielę znalazłem się na Placu przy kościele pw. Narodzenia NMP* w Konstantynowie Łódzkim wpadłem w autentyczną konsternację.
Z megafonu na plac niosła się msza, część wiernych zgromadzonych przed kościołem klęczała, a obramowaniem dla tego liturgicznego gestu były plakaty wyborcze, w dużej liczbie wiszące na kościelnym ogrodzeniu.

Choć nie należę do wspólnoty Kościoła rzymsko-katolickiego moje wyczucie sacrum doznało wstrząsu, mógłbym nawet powiedzieć, że doznałem obrazy uczuć religijnych.

W pamięci mam nauczanie Vaticanum II. Gaudium et Spes w punkcie 76 stanowi:

„KDK 76. (Wspólnota polityczna a Kościół). Jest sprawą doniosłą, żeby zwłaszcza w społeczeństwach pluralistycznych doceniano właściwy stosunek między wspólnotą polityczną a Kościołem i by jasno rozróżniano to, co czynią wierni, czy to poszczególni, czy też stowarzyszeni, we własnym imieniu jako obywatele kierujący się głosem sumienia chrześcijańskiego, od tego, co czynią wraz ze swymi pasterzami w imieniu Kościoła.

Kościół, który z racji swego zadania i kompetencji w żaden sposób nie utożsamia się ze wspólnotą polityczną ani nie wiąże się z żadnym systemem politycznym, jest zarazem znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru osoby ludzkiej.

Wspólnota polityczna i Kościół są w swoich dziedzinach od siebie niezależne i autonomiczne. Obydwie jednak wspólnoty, choć z różnego tytułu, służą powołaniu jednostkowemu i społecznemu tych samych ludzi. Tym skuteczniej będą wykonywać tę służbę dla dobra wszystkich, im lepiej będą rozwijać między sobą zdrową współpracę uwzględniając także okoliczności miejsca i czasu. Człowiek bowiem nie jest zacieśniony do samego tylko porządku doczesnego, ale żyjąc w historii, zachowuje w całości swoje wieczne powołanie. Kościół zaś oparty w swoich podstawach na miłości Zbawiciela przyczynia się do tego, by w granicach narodu i między narodami szerzej krzewiła się sprawiedliwość i miłość. Kościół głosząc prawdę ewangeliczną i rozjaśniając światłem swej nauki i świadectwem okazywanym przez wiernych wszelkie dziedziny aktywności ludzkiej, szanuje również i popiera polityczną wolność i odpowiedzialność obywateli".

Zrozumiałe jest dla mnie, że osoby duchowne są obywatelami, posiadają zatem przekonania polityczne. Na ile jednak rozumiem to, czym według nauczania Kościoła jest on sam, wszelkie działania, które wprowadzają różnice między wiernymi z powodu ich przekonań politycznych, są naganne. Wywieszanie na terenach kościołów plakatów wyborczych jest także zaprzeczeniem tego, że Kościół nie utożsamia się z żadnym porządkiem politycznym. Nie da się tutaj, jak sądzę, odwołać do zasady współdziałania porządku kościelnego i politycznego, o którym jest mowa w dalszej części p. 76 Gaudium et Spes

O sprawie powiadomiłem kurię archidiecezji łódzkiej, wcześniej interweniując ws. baneru wyborczego na ogrodzeniu parafii na łódzkim Radogoszczu Wschodzie.
Wprawdzie nie otrzymałem żadnych odpowiedzi od Grzegorza Rysia, łódzki baner zniknął. Plakaty w Konstantynowie Łódzkim wiszą jednak w najlepsze. Jako potwierdzenie, załączam wykonane przed momentem fotografie.

Chciałbym prosić o Pana komentarz do takiej formy włączania się Kościoła w akcję polityczne dokonany w odwołaniu do soborowych dokumentów dotyczących funkcjonowania Kościoła.

Poniżej udostępniam zdjęcia wykonane w Łodzi (parafia NMP Królowej Polski, Radogoszcz, parafia pallotynów przy ul. Łagiewnickiej) i Konstantynowie Łódzkim.

*List przesłałem do Bez Dogmatu, Gazety Wyborczej, portalu Laickie.pl, Tygodnika Powszechnego
*W pierwotnej wersji listu napisałem błędnie, że chodzi o parafię pw. Miłosierdzia Bożego, sugerując się informacjami na nekrologach wiszących w przykościelnej gablocie. Szybko jednak to sprostowałem.










Pallotyni, Łódź



Radogoszcz

Radogoszcz



poniedziałek, 1 października 2018

TRAMWAJ 2.0 CZYLI INNE POŻĄDANIE


„Aktorzy, śpiewacy i tancerze nie stwarzają trwałych, autonomicznie istniejących «dzieł» […]. To co powstaje w trakcie przedstawień, jest ulotne i przemijające, bowiem uczestnicy mają do dyspozycji jedyne w swoim rodzaju tworzywo — własne ciała albo, jak sformułował to filozof Helmuth Plessner, «materię własnej egzystencji»”.  
Erika Fischer-Lichte

Wczorajszy (majową drugą premierę recenzowałem tutaj) spektakl Tramwaju zwanego pożądaniem w moim odczuciu znakomicie potwierdza zasadność odróżniania od siebie pojęcia inscenizacji i przedstawienia. „Inscenizacja — pisze Fischer-Lichte — obejmuje wszystkie strategie służące wyznaczeniu początku, czasu trwania i sposobu pojawiania się ludzi, rzeczy i dźwięków w danej przestrzeni. Pod pojęciem «przedstawienie» kryje się natomiast wszystko to, co dzieje się w jego trakcie — a więc całość oddziałujących na siebie wydarzeń na scenie i reakcji widzów”.
Maciej Prus przygotował inscenizację otwartą na różnorodność potencjalnych przedstawień. Symbolicznym wyrazem tego otwarcia może być fakt, że od momentu otwarcia widowni scena nie jest zasłonięta kurtyną. Słuchacz-i-widz wkracza zatem do przestrzeni, której naturalnym przedłużeniem jest skryta w mroku fasada domu z Nowego Orleanu. Rozmowy, przeciskanie się między rzędami foteli, napływający ludzie nie są biernymi obserwatorami scenicznego świata „jak gdyby”, ale współuczestnikami historii, która de facto już się dzieje, a która — być może — jest wyłącznie opowieścią egzystencjalną, widmem nawiedzającym psychikę, o czym dalej.

Od czasu prapremiery operę Previna ujmuje się jako studium „postępującego obłędu głównej bohaterki”. Tak też odczytałem spektakl majowy. Anna Wierzbicka pokazała, że nie jest to ani jedyna, ani najbardziej słuszna interpretacja tak postaci Blanche DuBois, jak i operowej wersji dramatu Tennessee Williamsa. W jej interpretacji Blanche nie musiała ześlizgnąć się w szaleństwo, a katalizatorem jej postępującej psychicznej degradacji wcale nie był prymitywny mucho — Stanley Kowalski. Blanche Wierzbickiej jest bardzo wielowymiarowa. Potrafi „matkować”, co bardzo poruszyło mnie w scenie przywitania się ze Stellą. Potrafi być bardzo kobieca, uwodzicielska i liryczna. Potrafi być gorzko ironiczna. Tego, czego szuka, jest stabilizacja, widać to doskonale w relacji, którą buduje z Mitchem. Doskonale wie, że dzielą ich fundamentalne różnice klasowe, ale wie też, że samotność, związana z rozpamiętywaniem przeszłości i próbą oczyszczenia się z iście religijnego poczucia winy (notoryczne kąpiele Blanche były jak ciągle ponawiane próby skutecznego chrztu, który mógłby zmyć poczucie winy, a przez to przywrócić bohaterce egzystencjalny pion). Dlatego wkłada w ich relację odrobinę magii, ucząc Mitcha manier, romantycznych gestów, uciekając od realności. Tyle tylko, że magia jest ułudą — tak, jak ułudą są chwile psychicznego spokoju, pewności siebie, irytującego Stanleya odgrywania zadowolonej kobiety z lepszych sfer. Wierzbicka w wielu momentach drobnymi gestami pokazywała, jak Blanche „odkleja się” od sytuacji, jak czuje się nieswojo, plastikowo nie wiedząc, w jaką stronę skierować sytuację sceniczną. Znakomicie pokazała również, jak silnie Blanche potrzebuje bliskości innych bohaterów. Gdybym miał wskazać na dramaturgiczną oś wczorajszego spektaklu wskazałbym na dwie długie rozmowy: Blanche i Stelli (Patrycja Krzeszowska-Kubit) w pierwszym akcie oraz Blanche i Mitcha (Tomasz Piluchowski) w akcie drugim.

Rozmowa ze Stellą zaczyna się, jak napisałem, niemalże od matkowania, gdzie starsza siostra w pełnym ciepła uścisku zamyka bliską sobie osobę, później strofuje ją jak niesforne dziecko czy wyładowuje swoją frustrację niczym rodzic wkurzony, że dziecko nie postępowało tak, jakby on chciał. Miłość, rozczarowanie (świat Stelli mocno odbiega od standardów Blanche), zazdrość, troska, chęć rywalizacji: postawa Blanche względem Stelli skomponowana jest z bardzo sprzecznych uczuć. Uczucia Stelli wydają się prostsze: jest młoda, wręcz dziewczęca, pozytywnie nastawiona do świata, zakochana. Przeżywa emocje tu i teraz: cieszy się, denerwuje, pożąda, martwi, ale żadnej z tych emocji nie pozwala się zapiec, trwać, gdy wywołująca ją sytuacja przeminęła. Tyle tylko, że w jej zachowaniu, zwłaszcza wobec Stanleya, dostrzec można podobieństwo do Blanche: ona także szuka stabilizacji, płacąc za to: nie ubarwia miłości magią, ale godzi się na to, by przemoc domową i niedopasowanie intelektualne (świat jej i świat Kowalskiego są bardzo odmienne) nieustannie „puszczać mimo uszu”. Nie jestem pewien, czy nie zapłaci za to ceny podobnej jak ta, którą zapłaciła Blanche. (Bardzo symboliczne wydaje mi się w tym przypadku zakończenie: Blanche w białej ślubnej sukni leży przed fasadą domu, a w uliczce czeka na nią doktor, niezmiennie kojarzący mi się z Freudem — czy wydarzenia, które oglądaliśmy, wydarzyły się naprawdę? czy Blanche weszła kiedykolwiek do domu Stelli? A może przedstawienie opowiada od tym, co dzieje się w naszym wnętrzu?).

Z kolei w rozmowie z Mitchem Blanche najbardziej duchowo się obnaża. Na jego proste zaloty i rosnące pożądanie Blanche odpowiada „nauką romantyzmu” i opowieścią o swoim małżeństwie: w młodości związała się z ukrytym homoseksualistą, który wkrótce po tym, jak odkryła rodzaj relacji wiążący go ze starszym przyjacielem, popełnił samobójstwo. W scenie tej odsłania przez Mitchem swoje poczucie winy, samotność, potrzebę bliskości i odrealnione czy nawet przeczące realiom otwarcie na „romantyczność”. Ta scena buduje silną, intymną, metafizyczną więź między bohaterami, wiążąc ich nadzieją wspólnej przyszłości, uciszającej wewnętrzne lęki, ale również odpowiadającej na potrzeby społeczne (np. matka Mitcha chce dożyć jego ślubu). I to właśnie w kontekście tego porozumienia takie wrażenie robi kolejne spotkanie Mitcha i Blanche. Po tym, jak Stanley zdemaskował kłamstwa Blanche i opowiedział Mitchowi o jej nieobyczajnym zachowaniu ten przychodzi powiedzieć jej, co o tym wszystkim myśli. Ale na tym ni poprzestaje — czyni wyrzutu z powodu niemoralności bohaterki, a sam staje się niemoralny: nie chce jej już za żonę, ale nie przeszkadza mu to w chęci zmuszenia ją do seksu, na który czekał długi czas. To w tym momencie wyzwala się obłęd Blanche, z którego nie ma już powrotu do świata „normalnych”. Próba gwałtu ze strony Stanleya co najwyżej utrwala rozpoczęty proces degradacji, ale z całą pewnością nie jest jego motorem. Blanche może bać się Kowalskiego, ale jest on zbyt prymitywny, nazbyt jednowymiarowy, by jego agresja mogła zachwiać światem głównej bohaterki. Do tego potrzeba subtelniejszego agresora, którym okazuje się rzekomo prostoduszny, lepszy niż reszta (tak ocenia go Blanche) Mitch. W kontekście tego przedstawienia ta jednowymiarowość i prymitywizm Stanleya szczególnie rzucały się w oczy.

O Stanleyu Szymona Komasy mogę tylko powtórzyć superlatywy z wcześniejszej recenzji. O ile jednak w maju spektakl „należał” do niego i Blanche, o tyle wczoraj jego postać „wróciła do szeregu”. Główny dramat toczył się właśnie między Blanche, Stellą i Mitchem. Wierzbicka jest głosem idealnie pasującym do tej roli — do duże lirico czy nawet lirico-spinto, o bardzo skoncentrowanej ciemnej, jednolitej w całej skali barwie i gęstym brzmieniu. Artystka znakomicie wykorzystuje wyrazowo rezonans piersiowy, świetnie też porusza się między śpiewem, mową i Sprechgesang. Kontrastowały z nią jasne głosy Patrycji Krzeszowskiej-Kubit (sopran) i Tomasza Piluchowskiego (tenor). Krzeszowska wchodząc w kolejna partię na scenie TWŁ po raz kolejny udowodniła, że jest obecnie jednym z filarów tej sceny: nienagannie przygotowana wokalnie, w przemyślany sposób zbudowała też przekonującą sceniczną postać. Podobnie było z Piluchowskim, którego Mitch był zabawny w swej prostodusznej naiwności, szczery w wyrażaniu niewyszukanych życiowych aspiracji, ale też groźny, gdy siłą próbował wziąć od Blanche to, co rzekomo mu się należało.

Nie byłoby tego Tramwaju, gdyby nie orkiestra i Marta Kosielska.  Zadanie dyrygentki było nawet trudniejsze, niż zwykle: poza trudnościami partytury i debiutem Anny Wierzbickiej, stała przed orkiestrą, którą dzień wcześniej w tej samej muzyce przewodził Tadeusz Kozłowski. Zapewne bardziej komfortowe byłoby dla niej, gdyby mogła muzycznie odpowiadać za oba wieczory. Na początku czuć było nieco nerwowości, a niesprzyjająca akustyka w lewym skrzydle amfiteatru dodała brzmieniu orkiestry suchości (drugą część oglądałem z parteru). Ale stres szybko odpuścił, narracja potoczyła się bardzo przejrzyście, była czytelna dramaturgicznie. Kosielska powyciągała też wszystkie smaczki tej partytury, z jej idiomami bluesowymi, jazzowymi, filmowymi, powidokami Richarda Straussa etc.  

Andre Previn
Tramwaj zwany pożądaniem
Teatr Wielki w Łodzi
30 września 2018 r.

Spektakl grany po raz 5.

Blanche Dubois: Anna Wierzbicka
Stanley Kowalski: Szymon Komasa
Stella Kowalski: Patrycja Krzeszowska
Harold Mitchell (Mitch): Tomasz Piluchowski
Steve Hubbel: Andrzej Kostrzewski
Kobieta: Agnieszka Białek
Lekarz: Adam Grabarczyk
Pablo: Waldemar Stańczuk
Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi
pod dyrekcją Marty Kosielskiej
inspicjenci: Zbigniew Pawełczyk, Andrzej Kowalik