czwartek, 26 czerwca 2014

BERLIŃSKA OPERETKA I WAGNER WPROST Z NIDZICY. O DYNASTII KOLLODZIEYSKICH

Nidzica - malowniczo położone miasto w województwie warmińsko-mazurskim znane m. in. z zamku krzyżackiego czy intrygującego, krzyżackiego mszału z 1499 r. To tutaj 28 stycznia 1878 roku urodził się Elimar Walter Kollodzieyski, znany pod pseudonimem Walter Kollo. Twórca popularnych niegdyś operetek i szlagierów, dziadek wybitnego tenora wagnerowskiego - Rene Kollo.

Był synem kupca Karla i pianistki Jadwigi. Matka potrafiła docenić artystyczne aspiracje syna. Ojciec go za nie wydziedziczył. Elimar postanowił jednak stawić czoła przeciwnościom. Swoja karierę rozpoczął w Królewcu jako korepetytor i dyrygent. A nim zawitał do Berlina przez krótki moment gościł także w Szczecinie. W Królewcu urodził się jego syn, Willy, z którym później miał przez pewien czas współpracować. Uważany jest za ojca berlińskiej operetki, łączącej w sobie niebywałą, piosenkarską wręcz lekkość z kapitalnym rzemiosłem artystycznym. 

Syn Waltera, Willy, podążył śladami ojca. Z rodzinnej tradycji komponowania wyłamał się dopiero Rene, który poświęcił się życiu śpiewaka. Rozpoczynał od operetki i piosenki. Mało kto pamięta, że gościł nawet na konkursie w Sopocie (1964 r.), na którym nie zdobył żadnej nagordy. Debiut operowy Rene miał miejsce rok później, w 1965 roku w Brunszwiku, a sukcesy przyjść miały w latach 70ych. Kollo zasłynął przede wszystkim w repertuarze przeznaczonym dla heldentenora. Nigdy nie przestał jednak stronić od "lżejszej muzy", czego wyrazem może być (między innymi) kapitalne nagranie Opery za trzy grosze.

Muzyczno-teatralną tradycję rodziny rozwijają jeszcze dwie Panie Kollo - Marguerite, córka Williego, oraz śpiewaczka Nathalie

Dlaczego o nich piszę?
Powodów jest kilka.

Primo, warto pamiętać, że ta wybitna rodzina pochodziła z Nidzicy. I że związana jest z Polską nie tylko ze względu na miejsce pochodzenia. W literaturze podkreśla się, że Kollodzieyscy mieli polskie korzenie, niemniej nikt chyba nie podjął się próby dokładniejszego zbadania tej sprawy. Co, niestety, potwierdza tylko smutną prawdę - że sami nie jesteśmy zainteresowani tym, co tworzy najlepszą kulturową tradycję naszej wspólnoty.

Secudno, czas upomnieć się o to, by operetki dynastii Kollo zagościły wreszcie na naszych scenach. Są efektowne i intrygujące, warte poznania i wypromowania. Często-gęsto teatry muzyczne sięgają po rzeczy kiepskiej miary, montuja spektakle z muzyki pisanej dla innych celów etc. Dlaczego zatem nie wrócić do nieznanej u nas klasyki? Dlaczego nie pokazać "operetki berlińskiej"? Tym bardziej, że do Berlina zanieśli ją Polacy.

Tertio, o utworach Kollo milczy tak obszerny przewodnik po teatrze muzycznym, jakim jest Tysiąc i jedna opera Piotra Kamińskiego. Przy czym na łamach tej arcyważnej i arcypięknej pozycji pojawiają się operetki innych kompozytorów. 

Tych, którzy mają ochotę dowiedzieć się o rodzinie Kollodzieyskich nieco więcej, odsyłam do ich rodzinnej strony internetowej. 
Polecam także dokumentalny film Walter Kollo w Nidzicy.
A na deser ciut muzyki - Rene Kollo w melodiach berlińskich.

wtorek, 24 czerwca 2014

ANTYPAŃSTWOWY KULT KONKURENCYJNOŚCI I KREATYWNOŚCI

Przed nami kolejny dzień z aferą podsłuchową. Znów będzie się mówić o zamachu stanu, gangsterce, zorganizowanych grupach przestępczych i kryzysach politycznych. Nie byłoby sensu włączania się w ten dyskurs, zwłaszcza, że dominują w nim emocje, a nie merytoryka. Nie byłoby sensu, gdyby nie fakt, że kryzys jest często najlepszym momentem "do przemyślenia od nowa podstaw ładu społecznego czy wyobrażonej instytucji społeczeństwa" [Wiktor Marzec].
Namysł taki jest konieczny tym bardziej, że - w moim odczuciu - społeczeństwo (podobnie jak naród)  nie istnieje samo w sobie. Jest raczej performatywnie ustanawiane "w akcie opowiedzenie się na jego rzecz". Społeczeństwa nie da się zatem wyprowadzić z żadnych obiektywnych czynników (historycznych, rasowych), ale trzeba je widzieć jako zbiorową samoświadomość, ustanawianą przez "subiektywną, realną i czynną przynależność" [tamże].

Afera podsłuchowa i związane z nią reakcje mówi nam wiele o tak pojętym społeczeństwie. Pokazuje, po pierwsze, że Polska obok USA najbardziej radykalnie i konsekwentnie ucieleśnia strategie neoliberalne (to teza Colina Croucha). Pokazuje także, po drugie, że na gruncie neoliberalnym, społeczeństwa budować się nie da.

***
Dlaczego? Ano dlatego że neoliberazzlizm jest religią, oddającą intensywny kult bożkowi konkurencji. "Żyjemy w świecie, który uważa konkurencyjność za coś bezsprzecznie dobrego. - czytamy w Dzienniku. Gazecie Prawnej - Wielbimy konkurencyjne firmy oraz konkurencyjne gospodarki. Chcemy, żeby konkurowali ze sobą pracownicy, szpitale, urzędy i uczelnie". Niezbyt często jednak zdajemy sobie sprawę z tego, jaką cenę płaci się za kult konkurencyjności.
Ceną tą jest rozpad więzi, atrofia solidarności, zanik poczucia "dobra wspólnego", jako celu motywującego długofalowe działanie polityków i funkcjonariuszy publicznych bez względu na zmieniające się gabinety. Ceną jest także nerwica i depresja, tym częstsze, im częście wymaga się od jednostek bycia nieustannie kreatywnymi.

***
Konkurencyjność to przecież nic innego, jak "wyścig, który zawsze kończy się wyraźnym rozróżnieniem na zwyciężców i pokonanych". Nie motywuje go chęć polepszenia zbiorowej sytuacji, ale zwycięstwo - swoje lub własnej grupy. Nie chodzi też o lepsze i szersze rozumienie świata, ale o zwycięstwo w rankingach i innowacyjność. W efekcie, Innych postrzegać należy jako wrogów, a zagrożenie minimalizować. Jedną z podstawowych reguł wyścigu, jest utrzymywanie w tajemnicy swojej strategii, bo tylko to może gwarantować przewagę. Konsekwencją tej reguły jest rozrost mechanizmów inwigilacji, trudno się bowiem dziwić, że wraże drużyny starają się odkryć tajniki planowanych strategii.

Kult ma to do siebie, że dotyczy nieuchwytnych w empirycznym świecie absolutów. Tak też jest z konkurencyjnością - wyścig nie kończy się nigdy, a cele zawsze okazują się doraźne i zawsze domagają się przekroczenia. Bardzo dobrze widać to w kulcie kreatywności, którą kształtuje się dzisiaj jako podstawową umiejętność i wartość. Nikt nie zastanawia się jednak nad tym, że dla funkcjonowania wspólnoty tak samo ważna jest nowość, jak tradycja, a człowiek nie jest w stanie psychicznie udźwignąć codziennego przekraczania swoich możliwości. Niezmiennie frapuje mnie fakt, że średniowiecze, czyli epoka "powielania" autorytetów i komentowania cudzych tekstów wydała tylu zjawiskowych myślicieli. A obliczone na wyścig (choćby w punktacji, choćby o stypendium czy grant) kreatywne produkcje współczesnych autorów często gęsto nie wnoszą nic nowego, poza ilością zapełnionych stron.

***
Konkurencyjność (wyścig) oznacza także bezpardonowe krzewienie się nierówności. W końcu nie każdy może być zwyciezcą. Różnice te widzimy na każdym kroku - rózni nas dostęp do procedur medycznych, do dóbr kultury, nawet do Internetu. Różni nas - i to drastycznie - poziom życia, którego - w ramach mechanizmów konkurencji - raczej nie będzie się podnosić. "W jednym z programów radiowych "EKG" w radiu Tok FM (21 maja) wysłuchałem ciekawej polemiki na temat płac w Polsce. - pisze Andrzej Szachaj [ten sam DGP]. Pani prof. Hanna Kuzińska (Akademia Leona Kozmińskiego w Warszawie) domagała się ich podniesienia w związku z tym, że produktywność polskich pracowników od bardzo dawna rośnie, a pensje za tym nie nadążają. Panowie Jeremi Mordasiewicz (Konfederacja Lewiatan) i dr Bogusław Grabowski (Rada Gospodarcza przy premierze) wyrażali zdecydowane zdanie, iż na taką podwyżkę jest za wcześnie, gdyż wciąż główna przewaga konkurencyjna Polski polega na niskich płacach. Przy czym dr Grabowski stwierdził w pewnym momencie, iż być może za dziesięć lat będziemy mogli sobie pozwolić na radykalne podnoszenie płac, zaś Jeremi Mordasiewicz powiedział, że musi się ono zawsze odbywać powoli i pod całkowitą kontrolą pracodawców, którzy zawsze lepiej wiedzą, na co ich stać". A zatem według ludzi korzystających z dobrobytu odkładanie na później potrzeb społecznych (jeszcze nie pora na odpoczynek, jeszcze nie pora na spokojne wiązanie końca z końcem) jest warunkiem sine qua non utrzymywania konkurencyjności!

***
Afera podsłuchowa doskonale wpisuje się w ten neoliberalny proces niszczenia społeczeństwa. Idzie w niej o podbcie sprzedawalności "Wprost", o wysadzenie z siodła wrażych polityków, o głosy wrzucone do urn. Racja stanu, dobro państwa, niepokoje społeczne itd. itp. - to tematy nieobecne. Tak, jak nieobecne staje się państwo.
Jeśli przyjąć - jak zrobiłem to na wstępie - że społeczeństwo tworzy się w performatywnych aktach przynależności, to neoliberalizm zamiast społeczeństwa tworzy skonfliktowane enklawy. Wygranych i pokonanych, dotowanych i niedotowanych, leczonych i nie-leczonych, normalsów i wykluczonych. Biegnąć w wyścigu enklawy te działają w oparciu o mechanizmy przemocy.
A ta pleni się coraz bardziej jawnie, podsycana przed media, polityków i... Kościół katolicki (działania polskiego kleru należą w dobie obecnej do najbardziej anty-państwowych i anty-demokratycznych). Zaczynam obawiać się, że eskalacja konfliktów, retoryka wojny, lęk przed nieustannym zagrożeniem, skończy się gwałtownym wyładowaniem. Ale oczadziali neoliberałowie raczej zbyt szybko tego nie dostrzegą. Jest się więc czego bać! 




  

czwartek, 19 czerwca 2014

PÓŁ-DOJRZAŁOŚCI I PÓŁ-TEATRU NA CAŁY JUBILEUSZ

Łódzki Teatr Wielki znów stracił dyrektora artystycznego. Serwis Nasze Miasto donosi, że Warcisław Kunc podał się do dymisji, którą przyjął Wojciech Nowicki. Jako powód odejścia podano oficjalnie "powody osobiste". Ta zgrabna formułka niezmiennie mnie niepokoi. Stosuje się ją bowiem zazwyczaj po to, by pozwolić "odejść z twarzą", czyli przemilczeć rzeczywiste motywy dymisji. A te - wnosząc choćby po komenatrzach pod tekstem - mogą być poważne. Zacytuję kilka z nich:

  • Odchodzacy Dyr ma opinię rządzenia " bo ja tak chce" i jak mówią w naszym świecie żaden Drygent z niego. Metronom to jego frend. Jest tak wspaniałe y że AM tez ma go dość. Bo po skończeniu pod nim dyrygent uruchomić trzeba przez 2 lata uczyć się od nowa jak poprawnie się to robi. 
  • tak samo byłoby z sutrykiem tyle że tam chór teatru wielkiego był zbyt słaby żeby się postawić...ale cóż, jeden dyzma wygrał inny przegrał a na końcu największy dyzma (NOWICKI)pozostaje na stanowisku. PZPR wiecznie żywe 
  • fizdu gwidu :) widzowie wiedza najlepiej :) a kunc zwalnia artystow i obsadza swymi :)
Kunc zasłynął w naszym środowisku muzycznym także aroganckim zachowaniem, lekceważącym członków zespołu i kwestionującym artystyczne osiągnięcia  muzyków. 
Jego odejście, firmowane "powodami osobistymi" jest dla mnie wyrazem dojrzałości pracowników Teatru. Nie wierzę bowiem, że to rozstanie odbyło sie bez ich aktywnego udziału. Postawili jednak na klasę, nie dopuszczając do skandalu i języka agresji w roku jubileuszowym.

Ani Kunc, ani przywołany w komentarzu Waldemar Sutyk, nie są jednak dla mnie największym problemem. Nie oni bowiem kierują Teatrem, nie oni wyznaczają cele, nie oni budują rangę. Główna odpowiedzialność spoczywa na Wojciechu Nowickim, który okazuje się dyrektorem wybitnie nieudolnym. Jak bowiem inaczej nazwać to, że nie potrafi dobierać sobie najbliższych współpracowników? Jak nazwać nieustanną rotację zapraszanych solistów, którzy pojawiają się i znikają z niedocieczonych przyczyn? Jak nazwać dziwną politykę etatową, brak pomysłu na repertuar, nieustanne audycje etc. (chyba jako jedyny Teatr w Polsce TW ma permanentny wakat etatowy, tylko że on musi się z czegoś brać)? 
Do zbudowania zespołu potrzebny jest czas i dojrzewanie, w tym możliwość obcowania z nestorami (ich doświadczenia nie zastąpi absolutnie nic!) Do zbudowania repertuaru - świadome liczenie się z możliwościami oferowanymi przez artystów. Do rozwoju i weryfikowania jakości artystycznej - jasne i podane wcześniej kryteria oceny (ciekawe, czy coś na ten temt powiedziałby nam balet?). Do zbudowania środowiska melomanów - jasna i ciekawa polityka repertuarowa.

To zastanawiające, że Opera Narodowa jest w stanie podać listę premier, występów i spektakli planowanych na nadchodzący sezon (m. in. Projekt P', Wilhelm Tell, 1914, NabuccoLohengrin, Orfeusz i Eurydyka, warsztaty choreograficzne dla młodych twórców, Jousha Bell). 
To zastanawiające, że Teatr Wielki w Łodzi jest w stanie w roku jubileuszowym wykrzesać z siebie zapowiedź Strasznego dworu, balu sylwestrowego i gali operowej. Którym towarzyszyć będzie jeszcze wystawa zdjęć. 

O ile teatralne zespoły wykazują się dojrzałością godną jubilata, o tyle włodarzy cechuje - mówiąc eufemistycznie - niedojrzałość. O ile nie mam wątopliwości, co do potencjału naszych artystów, o tyle boli mnie cień, jaki przysłania ten potencjał. Wynikający także z faktu, że dyrekcja nie kocha swoich artystów. Nie rozumie ich. Nie ma wytyczonych ideałów. Ranga Wielkiego leci na łeb na szyję. Jak sądzę, jedyne, co może uratować Teatr jest zmiana sposobu zarządzania. Czas odejść od rotacji na stanowiskach związanej ze zmianami w Urzędzie Marszałkowskim. Czas także powołać Radę Społeczną przy Teatrze (pracownicy wszelkich teatralnych zespołów, widzowie, krytyka, wytrwani nauczyciele wokalistyki, instrumentaliści etc.). Nie po to, by kierowała zamiast dyrekcji, ale by doradzała, tworzyła kryteria oceny pracowników, wytyczała perspektywy rozwoju. Omawiała aktualne możliwości.

Jako memento przytaczam słowa Sławomira Pietrasa:
"Teatr operowy tworzą trzy pokolenia - nestorzy, którzy nawet jeśli spędzają większość czasu w bufecie, to jednak dają gwarancję autorytetu profesji, pokolenie średnie, najbardziej eksploatowane, gdyż są to ludzie, którzy już potrafią i jeszcze mogą. I wreszcie młodzież, której należy wskazywać szanse, bo scena to domena młodości. Problem dyrektora polega w tym wszystkim na tym, by ukazywał walory swego zespołu, a ukrywał jego mankamenty". 



środa, 18 czerwca 2014

POLAK-KATOLIK, CZYLI NACJONALIZM WYZNANIOWY

"Katolicyzm jest religią olbrzymiej większości ludu polskiego, tak samo, jak jest religią, wyznawaną przez prawie wszystkich Hiszpanów, Włochów, Francuzów, przez bardzo znaczny odłam Niemców. Ale w przedstawieniu naszego chłopa jest on w mierze o wiele bardziej polski, niż powszechny, do tego stopnia, że gra on rolę kryterium narodowości. Dla wielu bardzo włościan naszych, zwłaszcza starszego pokolenia, Polak a katolik, to jedno, podobnie, jak Niemiec i luter, to także jedno. Wie on wprawdzie, że są inne narody katolickie, uważa je jednak za nie w tym samym, co on, stopniu prawowierne, w każdym razie za mniej ściśle zespolone z Kościołem, za mieszczące się bliżej peryferii wspólnoty katolickiej, za bardziej oddalone od Boga i świętych Pańskich, których rodowitym językiem jest w jego przekonaniu język polski. I gdy się znajdzie na obczyźnie, odczuwa on konieczność chodzenia do kościoła, w którym inny język rozbrzmiewa w nabożeństwie dodatkowym, jako krzywdę tak wielką, że niejednokrotnie decyduje się raczej na odstępstwo od powszechnego Kościoła, niż na zespolenie się z miejscową grupą kultową. Wiemy wszyscy o tym, jak zażarte walki staczane bywały przez Polaków z klerem irlandzkim w obrębie parafij katolickich w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, a także o tym, jak dalece werbunek współziomków do sekt, zakładanych przez różnych odszczepieńczych księży Polaków, ułatwiony tam został przez niechęć polskich imigrantów do łączenia się ze współwyznawcami innych narodowości i języków. Odwrotną stroną tego ... nacjonalizmu wyznaniowego, tego przedstawiania sobie religii, jako najdonioślejszej cechy etnicznej, jest uznawanie za coś nie tylko etnicznie, ale także wyznaniowo odrębnego tych członków obcej, uważanej za nie katolicką narodowości, którzy są katolikami. Niemiec katolik to nie prawdziwy Niemiec, to dajczkatolik - jakiś przedziwny twór przejściowy, będący katolikiem niczym Polak, a mówiący językiem lutrów, w gruncie rzeczy istota godna politowania, której czegoś brakuje, by być katolikiem w pełnym rozumieniu tego słowa".

Stefan Czarnocki, Kultura, Warszawa 1946, ss. 126-7.

wtorek, 17 czerwca 2014

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT. KAPITALIZM A POLIAMORIA

Świat, którego bogiem jest Henry Ford, jak ognia boi się bliskości i silnych, emocjonalo-intelektualnych więzi. W sposób wstrząsający pokazał to Aldous Huxley w Nowym wspaniałym świecie, którego motorem jest niekończąca się konsumpacja, a paliwem wspólność, identyczność i stabilność. 
Wspólność polega tu na pełnej wymienialności każdego na każdego - szybki seks, najlepiej po narkotycznej tabletce, uczestnictwo we wspólnych rytuałach, no i poddanie warunkowaniu psychologicznemu, które utrwalać ma porządane zachowania każdej ze społecznych kast.
Identyczność dotyczy upodobań i światopoglądu, w znacznej części także wyglądu i ubioru, w kastach niższych dba się bowiem o potomstwo wielobliźniacze, jako podlegające łatwiejszej stabilizacji.
Stabilność to sprawnie działający system kontroli, w lot wychwytujący przypadki odstępstwa od norm.
Cel - konsumować ciągle od nowa, wszystko, co stare wyrzucając do krematorium niepamięci.

Odpowiedzialność, autonomia, wszechstronny rozwój, zaangażowanie, indywidualność, choroba czy starość, a więc wszystko, co odróżnia nas od innych i wszystko, co silnie w innych nas angażuje, jest wyjęte poza nawias, zakazane. Jest to jednak zakaz niebolesny - warunkowani jak pies Pawłowa obywatele nowego świata nie wiedzą przecież, że odjęto im coś istotnego.

Lekturę Huxleya zafundowałem sobie w miniony weekend. I muszę przyznać, że książka utkwiła we mnie jak cierń. W moim odczuciu zbyt wiele postawionych w niej prognoz spełnia się na naszych oczach. A czynniki, które mogą im przeciwdziałać, zdają się albo nie dostrzegać, na czym polega spustoszenie, albo z pobudek ideologicznych nie mają zamiaru konstruktywnie kiwnąć palcem.

Jestem głęboko przekonany, że naszym zadaniem jest hic et nunc odbudowa solidarności i więzi. W bliskim mi języku filozoficznym mówiłbym o tworzeniu relacji przyjaźni. W równie bliskim języku wolnomularstwa rzekłbym, że naszym zadaniem jest budowanie braterstwa. Sprzyja temu afirmowanie ludzkich (miko)wspólnot i popieranie ich istnienia. Czy będą to małżeństwa, związki partnerskie, związki poliamoryczne, czy pozbawione elementu seksualnego (a nie erotycznego) przyjaźnie. Do ponownego odkrycia jest także relacja mistrza i ucznia, z zamysłu nie autorytarna, ale oparta na dzieleniu się doświadczeniem. Do opowiedzenia jest relacja ludzi i nie-ludzi, oparta nie na wyzysku i konsumpcji, ale na empatii i trosce.


fot. Marcin Kurczych

W znakomitym tekście O wzmacnianiu innych i doborze przyjaciół pisze Jerzy Drewnowski o zaczadzeniu naszej kultury pokusą autorytaryzmu i panowania nad innymi. Jej ślady widać jak na dłoni w relacji ze zwierzętami i dziećmi (troskę o nie sprowadza się często do kwestii jedzenia i zaplecza materialnego), w edukacji, polegającej na tresowaniu w panującej obecnie ideologii i wzmacniania mechanizmów sprzyjających wyścigowi szczurów, w systemie "dogmatycznego monopolu partii" skrytego za parawanem demokracji. 
Nie ma w tym świecie miejsca na "karmienie psychiczne" słabszych, na uczenie tego, jak sensownie wzmacniać samoocenę, na otwieranie życiowych możliwości. Nie ma więc miejsca na kulturę, Bildung, oznaczającą taki sposób działania społecznego, który otwiera życiowe potencjalności każdej z jednostek.

Autentyczna przyjaźń oznacza, między innymi, dbałość o wszechstronny rozwój partnera. Wymaga zatem otwartości, którą w swoim słowniku nazywam poliamorią. Wszechstronny rozwój oznacza bowiem otwarcie na świat, którego zaprzeczeniem jest autorytarna z natury zazdrość. To ciekawe, że przyjaźń jako ideał, zaczęła zanikać w dobie, gdy więzi między ludźmi zarezerowano w naszej wspólnocie wyłącznie dla dwójki osób, a żeby było to łatwiej kotrolować, głębokie zaangażowanie utożsamiono z więzią natury seksualnej. 

Ci, którzy w relacjach jednopłciowych chcą widzieć tylko rzekomo wynaturzony seks nie pytają o to, dlaczego żyjące ze sobą osoby chcą razem spędzać czas, oglądać się w chorobie, odwiedzać w szpitalu, wprowadzać w grono wcześniej zawiązanych przyjaźni etc.

Ci, którzy w relacjach poliamorycznych chcą widzieć tylko rozwiązłość bez zahamowań nie pytają o motywy, stojące za otwartością relacji, o to, jakie wartości tworzą każdą z nich, na czym polega wierność, stałość, uczciwość, bez której nie da się żyć w żadnej relacji.

A przecież tym, co łączy ludzi jest czas, którego owcem są: wspólne doświadczenie, troska, zaangażowanie emocjonalne, intelektualne, fizyczne. Tym, co łączy ludzi są ideały, które powodują, że żyje się ze sobą, a nie obok siebie.

Tym, czego koniecznie potrzeba naszemu społeczeństwu, jest wiedza i etyczność.
Wiedza, w tym także wiedza o seksualnej stornie naszego życia.
Etyka, w tym świadomość,  - jak mówił Albus Dumbledore -, że o tym, kim jesteśmy, decydują nie nasze możliwości, ale nasze dojrzałe i odpowiedzialne decyzje.

Budowanie relacji, które nie są oparte na dominacji i prawie własności, nie jest proste. Ale prosty może być tylko świat, który stawia na sztucznie prokurowaną stabilność (vide Huxley). Moim zdaniem nie ma relacji bez zgody na ból, bez decyzji o tym, że będzie się pracować nad zazdrością, bez chęci przebaczania. Bywam zazdrosny, zaborczy, niekiedy cierpię, niekiedy sam zadaję cierpienie. Ale staram się nie udawać, że tego nie ma. Inaczej, zawsze mam nadzieję, że rozmowa, szukanie kompromisu i wspólne patrzenie w dal pozwolą pójść dalej.
Poliamoryczność czy otwartość to dla mnie zgoda na to, by relacje były budujące, by zasilały mnie samego i wszystkich wokół. Wiele mogę dać i wiele mogę otrzymać. Bez kalkulowania. Wiedza i etyka pozwalają patrzeć na to z krytycznym dystansem, bez obaw. Różne "rzeczy" bowiem są nam potrzebe i nas wzmacniają. Układają się one w różne hierarchie i uobecniają w odmiennych relacjach. W jednych dominantą może być pożądanie i eros, w innych przygoda intelektualna, w jeszcze innych wspólna praca. 

"Tendencji do wzmacniania czyjegoś poczucia mocy i własnej wartości trudno oczekiwać także od ludzi sukcesu. - pisze Jerzy Drewnowski. - To znaczy od osób, które priorytet życiowy uczyniły sobie z rywalizacji i z jej wygrywania. Jak wskazuje obserwacja, wybierając coś takiego, stajemy się niezdolni do sprawnego czynienia wszelkich innych rzeczy. Nie może być dobrym specjalistą, na przykład odpowiedzialnym lekarzem lub politykiem ktoś, kto o pokonanie rywala dba bardziej niż o spełnianie swych powinności wedle zasad sztuki. Niewielkie szanse ma ktoś taki również na to, by stać się spolegliwym wychowawcą lub działaczem społecznym, ale też czyimkolwiek przyjacielem. Nie ulega wątpliwości, że ludzie tego rodzaju bywają podziwiani, naśladowani i pożądani, lecz chcieć mieć w nich przyjaciół lub lojalnych małżonków byłoby rzeczą nierozsądną.
Gdzie zatem i w jaki sposób szukać ludzi? Niekoniecznie ze świecą, z latarką lub z czymś takim. Koniecznie w każdym razie tam, gdzie z uniezależniania innych czerpie się największe radości i satysfakcje. Nie ma tu przy tym znaczenia, czy ktoś taki czyni to z powodu swej genetycznej konstytucji, odebranego wychowania, czy też wieloletnich powiązań z emancypacyjnym modelem kultury. Rozpoznać takich, by tak rzec, emancypacjonistów jest znacznie łatwiej, niżby się wydawało. Po kierunku ich zaangażowań społecznych, ale też po sposobie opowiadania o zwierzętach i dzieciach. Słuchajmy pilnie. Być może znowu urośniemy wszerz i wzwyż przez nową piękną przyjaźń". 


EDDA MOSER. ELECTROLA-RECITALS

Każdy z nas przeżywa chwile, które trudno zapomnieć. 
Jedna z takich chwil wiąże się u mnie z Eddą Moser. Jak dziś pamiętam ciarki biegnące mi po krzyżu, gdy słuchałem jej interpretacji Mozartowskiej Królowej Nocy. Demoniczna moc, gęsty, intensywny dźwięk, majestatyczna i złowroga koloratura. To była prawdziwa Królowa Nocy, nieosiągalna dla jasnych, lekkich, perlistych, subretkowych koloratur. 
Od tego momentu zadurzyłem się w Moser bez pamięci. I odkrywam ją nieustannie na nowo. 


Z nieukrywaną radością polecam Państwu dziewięciopłytowy box z jej nagraniami, wydany w 2013 roku przez EMI. Na srebrne krążki przeniesiono recitale pieśniowe i operowe, które Moser zrealizowała dla Electroli. Możemy zatem cieszyć się pieśniami Johannesa Brahmsa, Hansa Pfitznera, Franza Schuberta, Roberta Schumanna, Ryszarda Straussa czy Hugona Wolfa. Możemy również zanurzyć się w świat opery Ludwiga van Beethovena, Christopha W. Glucka, Jerzego Fryderyka Handla, Wolfganga A. Mozarta, Richarda Straussa, Richarda Wagnera i Carola Marii von Webera. W końcu odsłuchać możemy rozmowy, którą z Moser poprowadził Holger Wemhoff.

Nie ma sensu pisać o tych płytach, trzeba ich posłuchać. Moser jest bowiem prawdziwą czarownicą. Wspaniale buduje narrację, tworzy wyraziste postaci, których psychologię czuje jak mało kto. Ma do tego instrument niezwykły - jej głos jest wyjątkowo pełny i wyjątkowo bogaty. O niezwykłej barwie, będącej mieszaniną tonów ciemnoniebieskich i szarości, choć może trzeba by powiedzieć, że mieni się on subtelnymi tonacjami pruskiego błękitu. Płynie jak wezbrana rzeka, opalizuje, rozjaśnia się, pokrywa cieniem. Jest miękki i słodki, bywa złowieszczy. Zawsze pełen jest mocy i blasku.  Nic nie jest tu zrobione dla popisu, ale zawsze służy "prawdzie" dzieła. Nec plus ultra!

sobota, 14 czerwca 2014

25 LAT DE-DEMOKRATYZACJI (?)

"Demokracja bowiem, w bardzo minimalistycznym rozumieniu (Richard Rorty na przykład) polega na tym, że w rezultacie uczciwej publicznej debaty dochodzimy do porozumienia, kompromisu, a w nielicznych przypadkach nawet do zgody. A wobec tego w demokracji z życia publicznego muszą być wykluczone poglądy, które kompromisowi nie podlegają. Nie jest to racja błaha, gdyż tylko w ten sposób demokracja broni nas przed wojną wszystkich ze wszystkimi, który to stan społeczny zawsze nam grozi - jak uczył mądry Thomas Hobbes. Jeśli wniesiemy do życia publicznego nasze prywatne egoizmy, namiętności i pragnienia, to co miałoby sprawić, iżbym nie chciał mieć ziemi, bydła i żony sąsiada? A zatem dzięki demokracji jesteśmy bezpieczni. Dlatego wszyscy ci, którzy swoje prywatne sumienie przekształcają w oręż do walki  (choćby o sprawy błage), występują przeciwko demokracji. Wszyscy ci, którzy świadomie i celowo zamazują granicę między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, są albo zwolennikami totalitaryzmu, czyli chcą, byśmy w życiu prywatnym oddali się sprawie wspólnej i porzucili nasze osobiste przekonania, albo są zwolennikami radykalnego, antydemokratycznego indywidualizmu, czyli chcieliby, by każdy w życiu publicznym czynił, co mu się tylko spodoba"
- te mocne słowa Marcina Króla wieńczą jego znakomity tekst na łamach Dziennika Gazety Prawnej
Myśląc nad nimi doszedłem do wniosku, że hasło tegorocznej celebry związanej ze zmianą ustroju, czyli 25 lat wolności, jest nadzwyczaj trafne. Rzeczywiście, w ostatnim ćwierćwieczu mamy do czynienia z promocją pewnej wizji wolności. Której konsekwentnie towarzyszy de-demokratyzacja życia społecznego.    

Mówię o "pewnej wizji wolności" dlatego że nie istnieje wolność po prostu. Nam przydarzyła się jej odmiana neoliberalna, skrajnie indywidualistyczna, uwikłana w wyścig o materialną dominację. Wolność antydemokratyczna, zgadzam się bowiem z Marią Szyszkowską, która na wykładzie w trakcie Białych Prac Loży Kultura mówiła stanowczo, że demokracja i neoliberalizm są nieuzgadnialne. 

***
Neoliberalizm zamienił demokrację w formę cyrku. Wiele mówi się bowiem o wartościach, o obowiązkach obywatelskich, o państwie prawa. W gruncie rzeczy chodzi jednak tylko o to, by sprzedać towar. Czy będzie to napój energetyczny, płyta, sprzęt do zabaw S/M czy partia polityczna to kwestia drugorzędna. 
Zniknęło gdzieś przekonanie, że dobro publiczne to nie to samo, co dobro konsumpcyjne. 
Zniknęło przekonanie, że konstytucyjność, równość wobec prawa, wolności polityczne i obywatelskie, autonomia polityczna czy powszechność (lista Wendy Brown), winny być niezależne od dyktatu rynku.
Zniknęło w końcu poczucie, że państwo to sfera publiczna, a nie prywatna i że nie idzie o to, by narzucać wszystkim jeden określony światopogląd, ale o to, żeby regulacje publiczne mogły służyć wszystkim w budowaniu i ochronie ich życia prywatnego.

Piszę o zniknięciu, ale zastanawiam się, czy w ciągu minionych 25 lat, któreś z tych przekonań było autentycznie w naszym państwowym życiu obecne, przecież dla Polaka kompromis jednoznacznie oznacza coś zgniłego. A jak - bez kompromisu - budować porozumienie?

Narasta we mnie poczucie, że jako kraj dobrnęliśmy do momentu paradoksalnego. Górę biorą u nas emocje, resentymenty i egozimy, za którymi stoi mieszanina podejścia totalitarnego i indywidualistycznego. A mówiąc jeszcze inaczej, buduje się w nas kult indywidualizmu, który zakorzeniony jest w myśleniu totalitarnym.

***
Widać to bardzo dobrze w sporze o klauzulę sumienia i deklarację wiary środowisk medycznych. Wydaje się bowiem, że nie istnieje nic bardziej indywidualnego niż własne sumienie i oparty na nim sąd moralny. Jeśli zważymy, że ma stać on wyżej od prawa stanowionego, otrzymujemy indywidualizm w stanie skrajnym. Z drugiej jednak strony wszyscy wiemy, że sumienie jest wolne tylko wtedy, gdy słucha nakazów polskiego episkopatu. To w gremium konkretnej instytucji zapadają decyzje o tym, co uniwersalnie dobre i uniwersalnie złe. W całej wrzawie, która przetacza się dzisiaj przez Polskę, nie mówi sie o tym, że podług nauki katolickiej jednako wiąże sumienie dobre i złe (o czym wnikliwie pisał Tomasz z Akwinu), co zrównuje sumienia lekarzy dokonujących lub nie dokonujących pewnych zapiegów medycznych. O ile działają ideowo szczerze, a nie z pobudek merkantylnych.

Rozgrywanie totalitaryzmu za pomocą indywidualizmu jest skuteczne. Daje bowiem do ręki argumenty zdejmujące odium z instytucji, cała odpowiedzialność przerzucając na zręcznie zmanipulowane działania jednostek. Jednostki zaś spełniają się życiowo w przekonaniu, że realizują słuszną, demokratyczną misję. Nauczone, że nie ma różnicy między prywatnym i publicznym mogą bowiem mówić o przyświecającym im ideale "wspólnego dobra", które nie jest ani wspólne, ani dobre - aby takie było potrzebny jest bowiem kompromis. 

Tygiel neoliberalizmu to tygiel agresji i przemocy. Skoro idzie o wygraną i lepsze miejsce w hierarchii, potrzebny jest jazgot, budzenie strachu, rozgrywaniu jednym przeciwko drugim. Najlepiej w imię "wolności", bo wtedy wszystko, co niewygodne, łatwo pokazać jako dyktatorskie zapędy mniejszości. 

***
Janusz Korwin-Mikke odnosi wyborczy sukces jawnie depcząc takie wartości jak solidarność społeczna, równość w prawie i godności etc. Głosząc podwójnie wolny rynek i podwójnie skrajny indywidualizm.
Janusz Palikot skapitulował przed klerem, przepraszając za wrażenie "walki z religią".
Andrzej Zoll (et consortes) wpadł na pomysł deklaracji wiary dla prawników (to chyba od środka rozsadzi zawód adwokata, bo chyba z pobudek katolickich nie będzie można bronić osób, co wo winy których jest się przekonanym?).
Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zrezygnowało z monitorowania homofobii.
Konstanty Radziwiłł, członek Naczelnej Izby Lekarskiej, popierał wczoraj Bogdana Chazana nic sobie nie robiąc z faktu, że NIL ma zbadań mimo że NIL prowadzi sprawę dyscyplinarną przeciwko Chazanowi.  
A wszystko to w otoczc agresywnego języka i agresywnych działań. Na wolnym rynku konsumpcji. Z wiarą w zwycięstwo swojej korporacji. 

25 lat wolności po to, by de-demokratyzować. 




środa, 11 czerwca 2014

KAROL SZYMANOWSKI I JAZZ

"W każdym razie niegdzie w Harnasiach nie spotykamy 'rytmu samego w sobie' [...]. Niewątpliwie w wejściu harnasiów i ich tańcu, stanowiący ostatni numer, zakończenie grandioso drugiego obrazu baletu, mamy usiłowanie zmiany owego rytmu. Zjawia się tutaj mianowicie samoistny temat rytmiczny, niezależny od struktury melodycznej. Na ten temat rytmiczny nie zwrócił uwagi nikt z badaczy muzyki Szymanowskiego. [...] Powiadają, że przed wielu, wielu laty profesorowie Kotarbiński i Steinhaus wybrali się na przechadzkę. Przez cały czas przechadzki rozmawiali o logice matematycznej. W pewnym momencie profesor Kotarbiński zatrzymał się i zapytał: 'No a co to znaczy jot, a, zet, zet?'.
Mniej więcej taka sama rozmowa odbyła się pomiędzy mną a Szymanowskim w 1921 roku, po jego powrocie z pierwszej podróży do Ameryki. Był zachwycony jazzem i starał się wytlumczyć mi - bez większego powodzenia - na czym to polega. Potem zawsze bardzo lubił muzykę jazzową [...]. Niestety 'jazz', który tyle śladów zostawił w muzyce francuskiej, u 'Szóstki', nawet u Ravela - u Szymanowskiego nie odbił się zupełnie. Jedynie ów temat rytmiczny, synkopowany, nie mający żadnego uzasadnienia w góralskiej muzyce ludowej - to odbicie tych zachwytów. Bardzo krótkotrwałe".

Jarosław Iwaszkiewicz