czwartek, 27 września 2012

O (PO)NOWOCZESNEJ SAMOTNOŚCI

"Świat i światło są samotnością - pisał Emmanuel Levinas. - Dane przedmioty i odziane istoty są, co prawda, czymś ode mnie różnym, ale zarazem są moje. Rozjaśnione przez światło są sensem, a więc tak jakby pochodziły ode mnie. W zrozumiałym świecie jestem sam, to znaczy jestem zatrzaśnięty w istnieniu, które definitywnie jest jedno".

Upiorna moc tych słów dotarła dziś do mnie z niespotykaną siłą uświadamiając mi, że jeśli za coś naprawdę nie lubię (po)nowoczesności, to właśnie za kult indywidualizmu, który jest w istocie kultem alienacji, samotności, zamknięcia w sobie samym. I nie ma tu w zasadzie różnicy między tym, co nazywamy nowoczesnością a tym, co określamy jako ponowoczesność: choć bardziej kolorowa, nastawiona na kreowanie odmienności i pluralizmu ponowoczesność nie potrafi w zasadzie mówić o wspólnocie. Jest tak samo alienująca jak nowoczesność, tak samo - choć w milszej retoryce i w większej palecie odcieni - skazująca jednostkę na bycie tylko (z) samą sobą. 

Levinas rozumiał to doskonale, starając się ile tchu w piersiach nie poddać się grozie pierwotnego odkrycia i szukając wydarzenia transcendencji, które wyprowadzi jednostkę poza  nią samą ku rozkoszy współistnienia z Innym. Szansę znalazł w rozmowie, dlatego że transcendencja wydarza się w rozmowie poprzez związek mowy i miłości. 

Levinasowskie rozumienie miłości ma sporo raf i nie idzie mi o to, ani żeby je tutaj streszczać, ani żeby w całości promować. Chcę tylko powiedzieć, że nikt tak ostro jak Levinas (i może Jean-Luc Marion) nie przypomniał naszej kulturze kilku kwestii. 

Po pierwsze tej, że miłość jest przygodą, czyli "wyborem tego, czego nie wybraliśmy". Nie jest bowiem sztuką trwać przy kimś, kto budzi w nas tylko pozytywne emocje, kto nie ma (udaje, że nie ma) problemów, kogo okiełznamy na tyle, że staje się dla nas przewidywalny. Aliści - jeśli wszystko idzie pod nasze dyktando, to zamiast wydarzenia transcendencji doświadczamy czegoś, co zasługuje na miano (auto)kazirodztwa.

Po drugie, że miłość najbardziej zwraca się ku Innemu wtedy, gdy zwraca się ku Jego słabości. W tym sensie, że gorszy czas, budzący głupią reakcję ton głosu czy poróżnienie, jest szansą na to, by słabość Innego odsłoniła także naszą własną słabość, obnażyła nasze sposoby reakcji, nasz ton głosu, by wyprowadziłą nas poza samozadowolenie osadzenia w swoim istnieniu. W tym sensie rację miał Jean-Francois Lyotard pisząc, że warunkiem konsensu jest dyssens - doświadczenie słabości może być wyzwalające, może być szansą na przekroczenie granic, których byśmy bez doświadczenia słabości nigdy nie dostrzegli. Może, gdyż wszystko zależy od otwartości, od tego, czy w sytuacji poróżnienia chce się trwać po to, by słuchać.

Po trzecie, że - używając słów Mariona - "miłość nie musi być, ona 'się daje'". Zatrzaśnięcie w istnieniu, zamknięcie w swej indywidualności, poczucie, że trzeba być, by kochać, są z punktu widzenia miłości zupełnie niepotrzebne. Aby kochać, nie trzeba być okrelonym w sobie indywiddum, lecz trzeba się oddać, wejść w polaryzację miłości, w jej obieg jako daru. Porządek serca tedy nie jest porządkiem substancji, tego co trwałe i niezmienne, ale porządkiem relacji, współistnienia, oddania, daru; porządkiem otwartości.

Les extremes se touchent twierdził Blaise Pascal. Potwierdza to fakt, ze refleks tej otwartości przechował się zarazem w refleksji chrześcijańskiej i postawie hippisowskiej. W pierwszej otwarciem jest nakierowanie miłości na posiadanie potomstwa. W drugiej, umiejętność podzielenia się partnerem i z inną osobą/innymi osobami. Z perspektywy hippisa otwarcie chrześcijańskie jest pozorne - prowadzi bowiem do egozimu we troje. Dla chrześcijanina zaś życie hippisowskie jest bezrefleksyjnym oddaniem się chuci. Zapewne obie mają rację - i otwarcie na dziecko, i swinging, i poliamoria mogą być  budującym i pięknym wydarzeniem transcendencji. Mogą być jednak tylko kalekim doświadczeniem (auto)kazirodztwa. 
Obok nich jednak szczególnie warto przypominać, że najbardziej codziennym doświadczeniem otwarcia, prześwitem transcendencji, jest przyjęcie słabości Innego i wykorzystanie jej nie do destrukcji, ale do współnego przekraczania granic, których inaczej nie sposób wypatrzeć.    







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

JĘDRASZEWSKI I MATKA ZIEMIA

„Ta siostra [matka ziemia – odniesienie do Kwiatków św. Franciszka — M. M. B.] protestuje z powodu zła, jakie jej wyrządzamy nieod...