Wczorajsze
Wesele Figara w warszawskiej Operze Kameralnej to mój pierwszy spektakl
(nie licząc inscenizowanej koncertowej wersji Don Carla w Łodzi) od
początku pandemii.
Spektakl nie przekonał mnie, że
jest sens łączyć ze sobą polskie recytatywy i włoską resztą (przy całej
nieprecyzyjności tego sformułowania). Spokojnie można by wystawić Wesele
w całości po polsku, zwłaszcza, że rodzima wersja Stanisława Barańczaka, to i
owo uwspółcześniając i wyostrzając, współgra z konceptem scenicznym Grzegorza
Chrapkiewicza. Potrzebne by były tylko dwie rzeczy. Primo, przyjrzenie
się miejscom tekstu Barańczaka, które nie układają się pod frazę i lepiej
brzmiałyby np. dzięki zamianie szyku wyrazów. Secundo, znalezienie
obsady, która w całości czytelnie podaje polski tekst. Od dość długiego już
czasu śpiewanie po polsku bywa wyzwaniem dla polskich śpiewaków. Na oglądanym
przeze mnie spektaklu niezrozumiała była choćby większość polskich odzywek Hrabiego,
którego wykonawca do tego z lubością zamiast „y” śpiewał „i’. Ta wokalna
maniera wydaje mi się dzisiaj już nie tylko anachroniczna, ale nieznośna.
Chrapkiewicz postawił na to, że
komedia ma bawić. I jego Wesele faktycznie bawi — czego dowodem był
śmiech widowni. Nie stracił jednak z pola widzenia „rewolucyjnego” potencjału
opery, która opowiada nie tylko o buncie przeciw porządkom feudalnym, uosabianym
przez Hrabiego, ale daje także duże pole do popisu kobietom. W sumie to Wesele
obraca się wokół Hrabiny i Zuzanny, wokół których krążą mężczyźni. Wagi
kobietom dodaje także postać Konstancji, żony Mozarta, w którą wciela się
klawesynistka (na moim spektaklu Barbara Brzezińska). To ją widzimy na początku
opery, to ona wtrąca się w akcję, w końcu jej obecność zdaje się wskazywać, że
jest kreatorką operowego świata i że świat ten widzimy z jej perspektywy. A
jest to świat rozpięty między ekstremami uosabianymi przez Rozynę i Antonia. Hrabina
jest postacią o dwóch komplementarnych twarzach. Reprezentuje świat opery
seria, patetycznych afektów, ale, kiedy trzeba, także wyborną intrygantką, kobietą
działającą w wolności od stereotypów związanych z jej pozycją. To rozdwojenie
widoczne jest w warstwie teatralnego gestu: wymownych spojrzeń, min, grymasów.
Wokalnie przynależy do sfery arystokratów. Karina Skrzeszewska (by nie być
posądzonym o kumoterstwo, odnotujmy nasze bliskie relacje) znakomicie oddaje tę
złożoną naturę. Początkowo nieco spięta, choć pięknie śpiewająca Porgi amor,
kreuje żywą i barwną postać. Pięknie śpiewa legato, oddaje retoryczny sens Mozartowskich
fraz, doskonale podaje polski tekst. Zjawiskowe było Jej Dove sono — pokazujące
prostotę afektów i potrzeb Hrabiny. Antonio Macieja Miecznikowskiego jest jej
dokładnym przeciwieństwem. To postać wulgarna, co podkreśla dyskusyjna barwa
głosu Miecznikowskiego, jego emisja i gra. Jeśli nie zrozumie się, że to
postaci z antypodów, zgodnie z tym, co zadysponowali Mozart i da Ponte, będzie
można na Miecznikowskiego grymasić. Moim zdaniem jest on doskonale na miejscu.
Dzielną sekundantką Hrabiny jest Zuzanna w wykonaniu Marii Domżał — to głos nieco
szklisty, jaśniejszy od Skrzeszewskiej, lżejszy, z jakimś „subretkowym
powidokiem”. Domżał śpiewała swobodnie, otwartym dźwiękiem, nośnie, stworzyła
także bardzo wyrazistą postać.
Podobał mi się również Figaro
Jana Żądło. Moim zdaniem, bliżej mu do basa cantante niż barytona (jak w
programie). Zaśpiewał swoją rolę porządnie, różnicując ekspresję, wydobywając z
Figara zarówno odwagę rzucenia rękawicy Hrabiemu, jak i uwikłanie w
mizoginiczne przekonania. Tomasz Kumięga jako Hrabia bardziej podobał mi się
scenicznie niż wokalnie. Obok kłopotów z polskimi recytatywami, nadmiernie
szafował też wolumenem stwarzając wrażenie, że krzyczy. Doskonałą postacią
sceniczną był Michał Sławecki jako Cherubin. Uważam jednak, że falset nie
sprawdza się w tej roli, do tego nadmiernie przyciskał górne dźwięki i nie
zawsze brzmiał ładnie. Dobrze zaprezentowali się Aleksander Kunach, Krzysztof
Borysewicz i Elżbieta Wróblewska jako Basilio, Bartolo i Marcelina. Nie był to
dobry wieczór Jacka Ornafy, który grał postać Don Curzia: to mały głos,
niekiedy ledwo słyszalny mimo lilipucich rozmiarów WOK, do tego nieprzekonujący
dramaturgicznie. Scena z jego werdyktem zupełnie nie robiła wrażenia.
Podobało mi się brzmienie orkiestry,
w tym smyczków (ukłony dla koncertmistrza Radosława Kamieniarza). Muzycy grali
retorycznie, a więc jak należy.
Wracając do inscenizacji, podobał
mi się minimalizm scenograficzny (Wojciech Stefaniak). Przestrzeń podzielona na
sektory z wymierzonymi wysokościami i szerokościami, mobilne rekwizyty, włącznie
z oknem i kwiatami, przez które skacze, i na które spada Cherubin. Elementy
scenografii pojawiały się dzięki czwórce tancerzy (Patryk Gnaś, Krzysztof
Łuczak, Arkadiusz Jarosz, Jan Kosianko). Ich wprowadzenie jest jednym z
pomysłów reżyserskich, które najszybciej tracą swój potencjał: ich ruchy szybko
stają się przewidywalne i niewiele wnoszą dramaturgicznie.
Katarzyna Szczurowska i Anna
Skupień są autorkami atrakcyjnych kostiumów.
Mimo że marudzę, Wesele było
doskonałym przerywnikiem między pandemicznym zamknięciem i niepewną przyszłością.
Spektakl sprawił mi wiele frajdy i dał dużo powodów do uśmiechu.
Spektaklem dyrygował Piotr
Sułkowski.
Należy odnotować, że spektakl
wszedł na scenę za rządów dr/PhD Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd, a oglądałem go
za rządów dr hab./? Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd.
Genealogia Heldentenora prowadzi
do głosu zwanego baritenore z jednej strony, a z drugiej — do tradycji
śpiewu, którą zapoczątkował Gilbert-Louis Duprez.
Baritenore odróżniany
był od tenore contraltino czy tenore di grazia. Artysta
śpiewający baritenore musiał posiadać umiejętność śpiewania koloratur,poruszał się jednak w niższej tessiturze, miał też charakterystyczne,
ciemne, barytonowe brzmienie w dolnej oktawie, rozjaśniając się w dźwięcznej
górze. Jego głos być cięższy, mówiąc potocznie „bardziej dramatyczny”, jego
właściwym królestwem był nie tyle canto fiorito, ile canto declamato.
Bartitenore był także głosem prowadzonym dwurejestrowo — górne dźwięki
śpiewano mikstem, uruchamiając rezonatory głowowe. Ten typ głosu jest bardzo istotny w operach
Rossiniego, który korzystał z niego do portretowania bohaterów starszych,
zajmujących ważną pozycję w społeczności, dla tenore di grazia rezerwując
bohaterów młodszych, namiętnych, porywczych. Wspaniałym przykładem wykorzystania
różnicy między baritenore a tenore di grazia jest Rossiniowski Otello,
moim zdaniem niesłusznie zepchnięty na bok, zapewne za sprawą dramatu Verdiego
i Boita. Partia Otella pomyślana jest właśnie na baritenore, na prapremierze
śpiewał ją Andrea Nozzari, który dzięki walorom głosu i dobremu aktorstwu był w
stanie oddać sprawiedliwość tej złożonej postaci (szlachetność teatralnego
gestu, nie będącego czymś zwyczajnym, ale novum w wydaniu Nozzariego,
odnotowuje Stendhal, zaznaczając przy tym, że postaci targane skrajnymi
emocjami są do grania łatwe. Warto przy tej okazji podkreślić, że Stendhal
charakteryzując wymogi, które Rossini stawia głosom, umieszcza na pierwszym
miejscu umiejętność szczerego przekazywania emocji, a poprzez to oddziaływanie
na publiczność. Przekonanie, że Rossini to kompozytor brawurowych popisów wokalnych
pozbawionych psychologii to pomysł czasów późniejszych). Z kolei Rodryg, rywal
Otella, jest partią napisaną dla tenore di grazia.
Duprezowi zawdzięcza Heldentenor
śpiew w style de force, ucieleśnianym przez tenore di forza.
Współcześnie terminy tenore di forza zamiennie z tenore robustosą
odpowiednikiem polskiego tenora bohaterskiego (ułomność naszej terminologii,
podług której Verdiowski Otello, Tannhäuser czy Tristan to wszystko
partie na tenor bohaterski po prostu, jest bolesna). John Potter
słusznie zwraca uwagę, że style de force i tenore di forza źródłowo
związane są z jenodrejestrowym prowadzeniem głosu tenorowego, czyli takim, w
którym górne dźwięki śpiewne są nie nikstem, ale rejestrem piersiowym. Wiąże
się to z niskim układem krtani, który odpowiada również za voix sombre.
Poprzez partytury np. Meyerbeera,
nakładanie się obu tradycji, tworzyły się warunki do pojawienia się Heldentenora,
głosu związanego z określonym typem ról, który zawdzięczamy Ryszardowi
Wagnerowi.
John Potter pisząc o trzech
najważniejszych dla Wagnera tenorach — Tichatschku, Schnorrze i Niemannie —
zauważa, że dopiero trzeci z nich był „pierwszym prawdziwymHeldentenorem, rozumiejącym Sprechgesangi”,
tego rodzaju śpiewu deklamacyjnego, którego oczekiwał Wagner. Warto przy tym
podkreślić, że Tichatschek wykształcony został w „conventional Rossinian
technique onto his natural sound”. Schnorr zaś posiadał „extraordinarily
flexible voice, a lyric tenor that could deliver sufficient power when required
to cope with the more strenuous roles of Tannhäuser and
the Steuermann”. Nie powinniśmy zapominać o tych faktach, gdy
myślimy o tym, jak wykonywać muzykę Wagnera. Miażdżąca potęga głosu
zdecydowanie nie jest czymś, co należałoby cenić przede wszystkim. Trzeba także
pamiętać, że Niemann był uczniem Dupreza.
Wagnerowski Heldentenor to
głos związany z rozwijanym przez Wagnera projektem totalnego dzieła sztuki.
Same walory wokalne to tylko część potrzebnych umiejętności dla przekazania
tego, czym jest muzyczny dramat. Z wokalnego punku widzenia ważniejsze niż sama
siła głosu (Bayreuth posiada kryty kanał, teatry operowe były kiedyś mniejsze,
instrumenty ewoluowały) jest umiejętność powiązania śpiewu z mową, zdolność do
śpiewania w niewygodnej tessiturze (długie fragmenty w „passagio between
the chest and head registers”), ale także umiejętności wiązane z włoską szkołą śpiewu,
choćby legato, nieobecne w zdeformowanej wizji Wagnerowskiego śpiewu
realizowanej przez Cosimę Wagner i Juliusa Kniese’a. Działania dwójki ostatnich
doprowadziły zdaniem Pottera do izolacji Bayreuth od reszty świata, jeśli
chodzi o sposób śpiewania i rozwój Heldentenorów (Potter przywołuje
wspomnienie Barnarda Showa z Parsifala w Bayreuth, gdzie bas ryczał, tenor
wrzeszczał, a sopran krzyczał). Wystarczy porównać nagrania Erika Schmedesa i
Jacques’a Urlusa by zdać sobie sprawę, na czym polegała różnica.
Zjawisko, które zbiorczo określa
się mianem Heldentenora łatwiej zrozumieć dzięki Carlowi Marii Verdino-Süllwoldowi,
autorowi między innymi książki We Need a Hero!: Heldentenors from Wagner’s Time
to Present. A Critical History. Syntetyczny tekst tego autora dostępny jest
w sieci na stronie scene4.com Do książki dowołuje się także Potter. Zasługą Verdino-Süllwolda
jest to, że nie ujmuje on Heldentenora jako kategorii statycznej, ale
jako typ głodu, który ewoluuje, wraz ze zmianami kultury, można by rzec. Jeśli
chodzi o cechy formalne, zwraca uwagę na barytonowy tembr, siłę głosu oraz
zakres ok. dwóch oktaw. Są to jednak cechy na tyle ogólne, że niewiele mówią o
tym, jak różnią się same tylko wymagania stawiane przez Wagnera w jego różnych
partyturach, ale także o tym, jakie poza Wagnerowskie role głosy te mogą śpiewać.
Verdino-Süllwold zwraca także uwagę, że w tradycji
niemieckiej różnicowano typu Heldentenora. Jednym z podziałów tego głosu
to podział na echt i schwert. Heldentenor typu schwert ma
ciemną, barytonową podstawę. Echt jest głosem lżejszym i jaśniejszym, a
także bardziej wysuniętym do przodu. Inny podział wyróżnią wśród Heldentenorów
głosu Jungendlicher, związane z młodymi bohaterami. Partie pisane na
ten głos są mniej deklamacyjne, wymagają dźwięku jasnego, promiennego
wyrastającego wprost z włoskiej tradycji śpiewu. W końcu różnicuje się Heldentenory
ze względu na tradycję, którą reprezentują: bardziej włoską, belcantową,
związaną ze śpiewem legato (długie okresy muzyczne, samogłoski) i z tradycją
deklamacyjną (Sprechgesang, bardzo mocna artykulacja tekstu, unikanie portamenti).
Szkoła Cosimy Wagner i Juliusa
Kniesa jest mi zupełnie obca, za to Jacques Urlus, podobnie jak Hermann
Jadlowker to wyjątkowo bliscy mi Heldentenorzy. Z bliższych nam czasów —
Ramon Vinay i Wolfgang Windaggsen, głosy schwer oraz echt. A jeśli
chodzi o tropienie baritenore najlepszym adresem jest Michales Spyres,
nie tylko wybitny Rossiniowski Otello.
Potter, J., Tenor. History of
a Voice, Yale University Press, New Haven-London, 2009.
Stendhal, Vie de Rossini,
ed. De P. Brunel, Gallimard, Paris, 1992.
Verdiano- Süllwold,
C. M, Remembering the Great Heldentenors.
O tym, że Mariusz Kwiecień jest Dyrektorem Artystycznym Opery
Wrocławskiej można się dowiedzieć m.in. z oficjalnej strony tej instytucji, jak
i z materiałów, które udostępniane są choćby na facebookowym profilu tej
placówki.
Przykładowo wskażę trzy posty z załączonymi materiałami
audio-video:
2.z dnia 25 IX 2020 r. ws. ostatnich przygotowań do
Gali Inauguracyjnej;
3.z dnia 18 IX 2020 r. zapis konferencji prasowej z
Marszałkiem Cezarym Przybylskim (który pojawia się również na filmie z 3 X 2020
r_; zgodnie z materiałem Dyrekcja Opery,
w tym Dyrektor Artystyczny Mariusz Kwiecień, sprawują swoją funkcję od dwóch
miesięcy.
Co ciekawe, Dyrektor Halina
Ołdakowska twierdzi, że Mariusz Kwiecień nie sprawował funkcji Dyrektora
Artystycznego Opery Wrocławskiej do dnia 26 X 2020 r.
Z kolei Dyrektor Wydziału Skarg i
Wniosków w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego Magdalena Razik - Trziszka pisze, że
„Zgodnie
z brzmieniem § 5 ust. 2 i 3 Statutu Opery Wrocławskiej, nadanego uchwałą nr
XXXII/934/13 Sejmiku Województwa Dolnośląskiego z dnia 28 lutego 2013 r. w
sprawie nadania statutu Operze Wrocławskiej w Operze mogą zostać utworzone dwa
stanowiska zastępców dyrektora, w tym zastępcy dyrektora ds. artystycznych,
jeśli Dyrektor nie wykonuje tych zadań, powoływanych i odwoływanych przez
Województwo na wniosek Dyrektora z zastrzeżeniem, iż powołanie zastępcy
dyrektora ds. artystycznych wymaga zgody Ministra. Dyrektor Opery Wrocławskiej
nie składał do organizatora wniosku o powołanie zastępcy dyrektora ds.
artystycznych, dlatego też Zarząd Województwa Dolnośląskiego nie powołał
żadnego kandydata na to stanowisko. Dodatkowo również, zawarta pomiędzy
kandydatem na dyrektora i organizatorem umowa w sprawie określenia warunków
organizacyjno-finansowych i programu działania Opery Wrocławskiej zawierała
koncepcję funkcjonowania pionu artystycznego, wobec której kandydatka nie
zobowiązała się do złożenia wniosku o powołanie zastępcy dyrektora ds.
artystycznych Opery Wrocławskiej”.
Podkreślam ostatnią informację,
która wskazuje, że od samego początku koncepcja Ołdakowskiej nie przewidywała
funkcji Dyrektora Artystycznego. Dlaczego zatem Marszałek województwa nie
ustosunkował się do faktu, że Kwiecień przedstawiany jest jako Dyrektor Artystyczny
placówki?
Istotną sprawą jest również dalsza
część odpowiedzi Razik-Trziszki:
„Na podstawieart. 17 ustawy z dnia z dnia 25 października
1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej (Dz. U.
z 2020 r. poz. 194) dyrektor
instytucji kultury zarządza instytucją i reprezentuje ją na zewnątrz. Sposób
świadczenia usług na rzecz Opery przez wykonawców, jak również rodzaj i
charakter wykonywanej pracy na rzecz Opery należą do informacji będących w wyłącznym posiadaniu Opery
Wrocławskiej i z takim wnioskiem należy się zwrócić do Dyrektora tej jednostki”.
To odpowiedź na pytanie o to, w
jakim charakterze i na jakiej podstawie Kwiecień wypełniał
swoje obowiązki — poświadczone choćby w nagraniach, które przywołuję — do dnia
26 X 2020r., gdy jego firma podpisała kontrakt na świadczenie usług Operze
Wrocławskiej. Co do tego okresu Urząd Marszałkowski umywa ręce, Dyrektor
Ołdakowska zaś przeczy temu, co prezentowane jest w materiałach udostępnianych
przez Operę.
Summa summarium, biorąc
pod uwagę wymogi statutu, które podkreślono w piśmie z Urzędu Marszałkowskiego,
Kwiecień nie był i nie jest Dyrektorem Artystycznym Opery Wrocławskiej.
Jak ocenić kształtowanie
wizerunku tej placówki w oparciu o nieprawdziwe informacje, doprawdy nie wiem.
Tak samo jak nie wiem, w jakiej
mierze świadczone na rzecz Opery usługi można uznać za dzieło artystyczne lub
wykonanie artystyczne. Ogłoszenie dotyczące zamówienia na te usługi umieszczono
w Dzienniku unijnym z powołaniem się na unijna dyrektywę 2014/24/UE.
Nic z wymienionych przez Dyrektor
Ołdakowską usług świadczonych przez firmę Mariusza Kwietnia nie podpada pod
dzieło lub wykonanie artystyczne. Na pytanie, czy zamawiano jedno bądź drugie
Dyrektor uchyliła się od odpowiedzi.
Krytyka towarzysząca ma swoje
bolączki, jest także zjawiskiem, które albo jest już zupełnie zamknięte, albo
uległo dość gruntownemu przeobrażeniu (zob. w tej sprawie np. E.
Guderian-Czaplińska, Koniec krytyki towarzyszącej). Trudno także nie
spodziewać się, że chwaląc spektakl, w którego realizację zaangażowanych jest
kilkoro znajomych, nie uniknie się posądzenia np. o stronniczość czy chwalenie
swoich. Choć przynajmniej częściowo nie jest to problemem, biorąc pod uwagę,
jakim powodzeniem cieszą się relacje z podążania za idolami, które często gęsto
zastępują dziś recenzje pisane z potrzebnego dystansu.
Wczorajsza premiera baletowa
Teatru Wielkiego w Łodzi zasługuje na uwagę i pozytywną ocenę, ale niedobrze by
się stało, gdyby wyrażając ją dało się powody do podejrzeń o stronniczość, bo
spotkały się tam osoby mi bliskie, choć w różnym stopniu. Znakomite kostiumy
Zuzanny Markiewicz, świetny występ Dominika Senatora jako Kazusa,
współkonstytuująca Face the Truth muzyka Cezarego Kurowskiego — tak to widzę,
nie mogąc wyciąć elementu personalnego, choć starając się patrzeć z dystansem.
Ale podobnie pozytywnie widzę Nazara Botsyi, Koki Tachibanę, Boglarkę Novak,
Aleksandrę Gryś… Mógłbym zachwycać się sceną Duszy, Sagi i Kazusa z Face the
Truth czy pięknym finałem Hubris.
Dlatego proszę potraktować ten
krótki post raczej jako zachętę, by w kolejnym możliwym momencie obejrzeć
spektakl. Sam czekam na razie na zdjęcia z wczorajszego wieczoru, które pozwolą
zatrzymać na moment jego atmosferę i chcę podzielić się kilkoma przemyśleniami
interpretacyjnymi, nie forując ocen. Z całą pewnością czekam na możliwość
obejrzenia Hubris Joshuy Legge’a i Face the Truth Grzegorza
Brożka na żywo, choć doceniam i uważam za słuszną decyzję, by spektakl
streamingować na żywo. To zawsze ryzykowane, przydałoby się także, żeby osoby
realizujące przekaz precyzyjniej uzgodniły z choreografami co i jak w trakcie
opowieści pokazać. Przekaz jednak był udany, a „żywość” przeżycia, które jest
częścią wykonania, rekompensowało na ile się da fakt, że ekran komputera nie
pozwala na zbudowanie takiej wspólnoty z odbiorcą jak bezpośrednia wymiana
energii pomiędzy sceną a widownią. Jedyne co mogło przeszkadzać, to zapowiedzi
Sławomira Pietrasa. Na bok odkładam kwestię tego, czy sensowne było w ogóle
zapraszanie go do powiedzenia kilku „konferansjerskich” słów. Szkoda, że
pojawiły się wczoraj niezręczności (od wymowy nazwisk artystów po uwagi w
stylu: choreografia jest połączeniem tańca klasycznego i nowożytnego z
uzupełnieniem za chwilę, że choreograf zdecydowanie mniej się zna na tańcu
współczesnym, bo sam tańczy klasyczny). Przeszkadzały mi także wątki personalne
(naprawdę dla samego spektaklu nie ma większego znaczenia, że kierownik zespołu
baletowego tańczył w Poznaniu u Pietrasa, ani to, o czym chce czy nie chce
pamiętać w kontekście Pietrasa Ewa Wycichowska).
Na spektakl złożyły się dwa
balety, wspomniane wyżej. Na pierwszy rzut oka były to spektakle zupełnie
różne. Legge opowiadał mit o Dedalu i Ikarze, Brożek snuł opowieść o
enigmatycznym Kazusie, Duszy i Sadze. Dla mnie — a jestem bardzo ciekaw, czy
żywy spektakl te intuicje potwierdzi — te spektakle dopełniały się na dwóch
różnych poziomach opowiadając historię ludzkiej wolności i zniewolenia,
uwikłanych w relacje jednostka-zbiorowość.
Scena z finału Hubris. Zdjęcie Ewy Ryszkowskiej
Legge operował w swoim balecie na
poziomie archetypów. Jego spektakl był bardzo „klasyczny”: operował pionami i
światłem, potrafił budować odczucie monumentalności i hieratyczności, szalenie
plastyczny, emocjonalnie oszczędny, bogaty w czytelne figury był język tańca
poszczególnych postaci. Moim zdaniem doskonale wpisały się w tę wizję kostiumy,
a muzyka — ułożona z dużym dramaturgicznym wyczuciem — dopełniała narrację.
Przyznam się też — i tu jestem ciekaw, na ile żywy spektakl potwierdzi to
odczucie, a na ile je zmieni — że opowieść Legge’a obudziła we mnie nadzieję.
Mimo że scena końcowa (ustawieni w linii światła tancerze rozkładają ręce tak,
jakby były promieniami słońca czy skrzydłami ptaka, wycofują się tworząc
trójkąt, kolejna aluzja do skrzydeł lub promieni, osamotniony Dedal pada na
ziemię) pokazuje śmierć, to finał nie odbiera w moim odczuciu bohaterowi
poczucia spełnienia. Tak, jak jest jakaś nuta światła w końcu opowieści
Owidiusza:
„Lecz Pallas, nauk matka, w ptaka
go zmieniła,
Bystrość, będąca jego
nieszczęściem i chwałą,
Przeszła w nowego ptaka i nogi i
ciało.
Ale śmiałego lotu nie dostał w
podziele,
Ani na drzew wierzchołkach
gniazdo swoje ściele.
Pomny na swój upadek, w górę się
nie wzbije,
Poziomo tylko lata, w płotach
gniazdo kryje” (przeł. B. Kiciński).
Dusza i Kazus, Face the Truth. Zdjęcie Ewy Ryszkowskiej
Brożek stworzył dla mnie opowieść
o momencie, w którym zawiązuje się konkretna historia człowieka, gdy jego dusza
staje się momentem opowieści (Saga), a opowieść zapuszcza w duszy czas,
skończoność, odniesienie do innych jednostek. To spektakl opowiedziany tańcem
szalenie emocjonalnym, ewokującym dojmujący ból, znakomicie przekazany w
postaci Kazusa, pokazującym dwie strony zniewolenia: spętanie i rozkosz. Można
tę opowieść czytać bardzo „socjologicznie”, pytając choćby o to, na ile
współczesny człowiek może być sobą, gdy staje się kazusem wspólnotowej
przemocy, wyznaczającej, co w nim można zaakceptować, co można pozwalać mu
robić, a jaką część siebie musi wytrzebić. Można to także widzieć w planie
bardziej ogólnym egzystencjalno-hermeneutycznym, a mnie bliższym., w którym nie
da się mówić o jednostkowości, rozpościeraniu się jej życia, (samo)świadomości
poza sytuacją i światem, w których się rodzimy, które na nas oddziałują i na
które my oddziałujemy. Nasza tożsamość, to kim jesteśmy jest w tej perspektywie
nierozerwalnie związana z (auto)narracją, która pozwala nam układać cegiełki
doświadczenia w obraz dziejów: dziejów nas samych i dziejów świata, który
zamieszkujemy. Myślę o tym balecie w kategoriach bardziej ogólnych także
dlatego, że proste, zredukowane kostiumy i momentami transowa, repetytywna,
znakomicie współkonstytuująca tę historię muzyka odrywają od dosłowności. Balet
Brożka jest przy tym dla mnie spektaklem pesymistycznym. Pozostawił mnie z
jakimś niepokojem i smutkiem.
Jestem bardzo ciekaw, czy siedząc
na widowni i zanurzając się w atmosfery tego spektaklu obie choreografie
wywołałyby we mnie podobne afekty? Może byłyby inne?
Naprawdę uważam, że warto będzie
się o tym przekonać. Ale warto będzie wybrać się na ten spektakl, kiedy będzie
mógł pojawić się na scenie, także wtedy, gdy nie obejrzało się streamingu.
Bardzo dziękuję Ewie Ryszkowskiej za udostępnienie mi zdjęć i zgodę na ich publikację.
Wszelkie prawa autorskie należą do Ewy Ryszkowskiej.
Źle się dzieje, jeśli dyrektor
jakiejś instytucji nie tylko nie potrafi budować jej marki, ale nie widzi, że
co najmniej ją osłabia. Tak dzieje się niestety w Teatrze Wielkim w Łodzi.
Zgodnie ze statutem tej placówki (par. 7, punkt 2) „Dyrektor kieruje i
organizuje działalność Teatru, samodzielnie podejmuje decyzje oraz reprezentuje
Teatr na zewnątrz i ponosi odpowiedzialność za realizację działań”.
W niektórych przypadkach
odpowiedzialność dyrektora TWŁ okazuje się podwójna — bywa bowiem pomysłodawcą
i realizatorem niektórych przedsięwzięć.
Choćby w koncercie kolęd, którego
pierwszą część mogliśmy wczoraj obejrzeć, dyrektor jest reżyserem. Można go
zatem krytykować za wizualny kształt tego koncertu — ciemną scenę, brak troski o
estetykę stroju, przesadne pokazywanie jednego rogu sceny, niekorzystne
zbliżenia solistów itp. Trzeba go krytykować za to, że pozwolił ujrzeć światłu
dziennemu nagranie zrealizowane „na kolanie”, wydaje mi się, że bez żadnej
szansy na duble i montaż. Nie potrafię bowiem inaczej wytłumaczyć sobie tego,
że uznani i wieloletni soliści śpiewają na tym nagraniu nieczysto — nie trafiając
w dźwięki, fałszywie prowadząc drugi głos, nie panując zupełnie nad wibracją
głosu tak silną, że nie tylko nieładną, ale wywołującą już problemy z
utrzymaniem właściwej wysokości dźwięku. (Wpadki zdarzają się każdemu, o ile na
żywo mleko zawsze się rozleje, przy nagraniu powinno się je zetrzeć). Można się
również zastanawiać, dlaczego nie położono nacisku na podobny sposób śpiewu —
jedni z artystów (chwała im za to) nie silą się na operowy patos, starają się
podejść do kolęd prościej, z bardziej piosenkarskim zacięciem i emisją. Inni, przeciwnie,
śpiewają z manierą operową i sztywno, jakby połknęli kij, jak na szkolnej
akademii. Prawdziwym „cudem” jest natomiast początek koncertu — zrealizowany w
konwencji echa dialog dwóch tenorów, które choćby z powodu gęstej, ale różnej w
częstotliwości wibracji brzmią jak wołanie upiorów w lesie.
To nie pierwszy raz, kiedy spod
ręki dyrektora wychodzi nagranie pozostawiające dużo do życzenia jeśli chodzi o
czystość śpiewu i niedostatki emisji. Tak samo jest z Nessun dorma,
które nagrano w większym zespole tenorów.
To także kolejny raz, gdy na
szwank wystawiono dobre imię własnych solistów. Koronnym przykładem jest
realizacja Głosu ludzkiego, gdzie z kilku powodów (akustyka nagrania,
przerwanie pokazu przed końcem w telewizji) skrzywdzono i artystów, i zlekceważono
dzieło. I słuchaczy.
Jak na razie Teatr chwali się
dobrymi recenzjami Don Pasquale*. Zespół solistów w tym spektaklu jest
poza-łódzki. Rodzimi soliści mają jak na razie pod górkę. Boję się, że zapowiedziany
pokaz Cosi fan tutte nagrywany był podobnie jak koncert kolęd. Takie
podejście nie służy niczemu dobremu.
*Sam mam tu nieco humorystycznego
dystansu. W recenzji z pokazu przedpremierowego (poproszono o nią? Jakie było
grono i reguły dystrybucji przedpremierowej?) czytaliśmy bowiem, że to, co
czyni barytona rasowym jest fakt, iż uczył się w Bułgarii.
W przypadku telewizyjnej premiery
Głosu ludzkiego Francisa Poulenca sprawdziło się przysłowie nie chwal dnia przed
zachodem słońca. Premiera była zapowiadana z użyciem samych superlatyw,
przekraczając granicę między teatralnym anonsem a PR, który przesądza z góry o
sukcesie przedstawienia. Na dokładkę, tuż przed, pojawił się w łódzkiej Gazecie
Wyborczej materiał Izabelli Adamczewskiej, w której przypomniała sukcesy operowe
Joanny Woś i jej znaczenie dla Łodzi, a samej Artystce pozwoliła opowiedzieć o
bohaterce, którą gra w monodramie Poulenca.
Mogło się zatem wydawać, że premiera, która z
racji decyzji związanych z Covid odbyła się nie na żywo w teatrze, ale na
antenie TVP3 Łódź skazana jest na sukces. Zjawiskowa śpiewaczka, wspaniali
realizatorzy, ciekawy tytuł.
I nastąpiła emisja.
Widz otrzymał do obejrzenia bardzo słaby
spektakl, nagrany na druzgocąco niskim poziomie i przerwany około 10 minut
przed końcem. Artyści, w tym Woś, dostali bolesny policzek, za który, znając
życie, nikt z decydentów nie poniesie konsekwencji. I Artystów jest mi w tym
wszystkim najbardziej żal.
Spektakl Znanieckiego jest próbą jednoczesnego
opowiedzenia historii innej niż ta Cocteau i Poulenca przy boleśnie dosłownym
traktowaniu fragmentów libretta. W myśl deklaracji, interesował go człowiek w
pandemii Sars-Cov-2, dlatego Elle umieścił w pokoju szpitalnym. Na scenę
wprowadził pielęgniarkę i mężczyznę, być może partnera, z którym Elle się rozstała,
które stopniowo okazują się manekinami. Wszystko to sugeruje, że mamy na scenie
obraz majaków, które mogą pojawić się przy Covid, i szaleństw; z tym, że u Znanieckiego
to szaleństwo nie narasta, ale od razu pojawia się w całej pełni i monotonnie
utrzymuje przez spektakl. Oglądając kreację Woś zastanawiałem się, na ile reżyser
miał tylko ogólny pomysł na tę rolę, a na ile był w stanie jakoś ją
ukonkretnić. Odniosłem bowiem wrażenie, że Woś została zostawiona z bohaterką
sama sobie i że budując tę postać korzystała z tego, co wypracowała z Maciejem
Prusem w Tramwaju zwanym pożądaniem. Z całą pewnością w tej części spektaklu,
którą można było obejrzeć, jej kreacja była wiarygodna, budowana i gestem, i sugestywną
mimiką. Logika spektaklu przesądzała jednak, że była to postać zbyt
jednowymiarowa. Pogubiła się jej „wielorakość”, która jest u Cocteau i Poulenca:
łagodność, uwodzicielskość, udawana beztroska…
Kontrapunkt dla Elle stanowiły perypetie
pielęgniarki. Zakładam, że w majakach, Elle widziała ją w sytuacjach erotycznych,
stereotypowo seksistowskich i w gruncie rzeczy wulgarnych. Znaniecki nie
zostawił tu nawet szansy na to, by odbiorca mógł konkretyzować aluzje i emocje,
które przekazuje partia orkiestry i na które nakierowuje libretto (spolszczenie
było wyświetlane w trakcie emisji). To zapełnienie sceny dodatkowymi postaciami
— żywymi i manekinami — niwelowało też ten rodzaj samotności, który obecny jest
w Głosie ludzkim.
Sam spektakl zaś o złożonej sytuacji człowieka
w pandemii nie mówi nic.
O tym, jakim głosem ludzkim była Woś nie
powinno się mówić. Jej wysiłki zniweczyła fatalna rejestracja dźwięku. Jej głos
raz oddalał się, w niektórych momentach
wręcz zanikał, raz wybuchał tak głośno, że „stawiał do pionu”. Pojawiały się
bardzo liczne zakłócenia. Najwierniej zdjęto chyba fragmenty, w których śpiewa
od wyższej średnicy w górę i w wyższej dynamice. Ale Elle to rola oparta na
kontrastach, będąca zasadniczo recytatywem. Oglądając spektakl odniosłem
wrażenie, że Artystka korzysta z rozmaitych form ekspresji, co mogło dać
złożony obraz jej bohaterki. Zapis skutecznie jednak uniemożliwia oddanie Jej
sprawiedliwości. Na ile można to ocenić, in plus wypadła także orkiestra pod
dyrekcją Adama Banaszaka.
TVP3 Łódź przesunęła emisję Głosu ludzkiego
z 19.00 na 19.12 informując o tym w pasku informacyjnym. W kolejnym
informowano, że w operze wystąpią Joanna Woś i Dorota Wójcik (!). Stacja skróciła
także dzieło — o 20.00 przerwała emisję w trakcie frazy śpiewanej przez Woś by
wyemitować reklamę i nadać Szansę na sukces. Spektakl przerwano.
Co więcej, przeprosiny z wymówką w postaci
problemów technicznych pojawiły się za pośrednictwem profilu facebookowego
Teatru. To pokazuje, że Artyści i Teatr traktowani są przez TVP3 z góry: przeprosiny,
oficjalne, powinny pojawić się bezpośrednio w mediach stacji, co najwyżej udostępnione
przez Teatr.
Przy czym nie zmniejsza to odpowiedzialności Dyrektora
Teatru. Telewizja emitowała nagrany spektakl, co powinno oznaczać, że decydenci
teatralni wiedzą, jakiej jakości jest nagranie i udzielają zgody na jego emisję.
Nie wiem tylko, czy powinienem się dziwić, skoro na oficjalnym kanale Teatru na
YT dostępne jest nagranie Nessun dorma, na którym zgromadzeni licznie
tenorzy nie śpiewają nawet na tej samej wysokości dźwięków, a w relacjach TWŁ
pojawiają się fragmenty, w których słychać śpiew daleki od czystości. Przyznam,
że krzywda, którą wyrządzono Joannie Woś, i orkiestrze wraz z dyrygentem, a
także nam, widzom, przelała we mnie czarę goryczy. Z trudem akceptuję to, że
TWŁ stał się instytucją para-religijną, zajętą od miesięcy Janem Paweł II i — w
zgodzie z tym, jak działa fundacja Dyrektora Canto Pro Classica —
prezentującym na swoim profilu fragmenty Abba, Ojcze. O Beethovenie,
którego Rok obchodzimy, jak dotąd ani słowa, choć po mojej interwencji
listownej wiem, że w planach poza wyzyskaniem Ciszy, było koncertowe
wykonanie IX Symfonii oraz … koncert „Beethoven electro”. Z trudem akceptuję również,
że TWŁ stał się miejscem kultywowania pamięci i postaci Dyrektora: emitowano odkupiony
od TVP3 Łódź Napój miłosny z lat 90., Requiem Verdiego, w końcu
wydano pieniądze na nagranie Nessun dorma (czy tylko na to?) jako
zapowiedź koncertu tenorów, do którego nie doszło. Głos ludzki to
kolejny element tej układanki.
Wracając do opery Poulenca:
Artystce, Orkiesrze, dyrygentowi mówię, że mi
wstyd. Przepraszam.
EDIT
Początkowo oszacowałem czas, który został do końca Głosu ludzkiego, chyba zawyżając go. Nie oglądałem spektaklu z nutami w ręku, a jego zapisy ostro wahają się w timingu. Zdecydowałem się na informację, że został przerwany, bo to, a nie minuta w tę czy we w tę, jest tu istotne.
Moja bajka jest tak prawdziwa jak
to, że słońce jest złociste, a niebo co wieczór usiane jest gwiazdami*. Był
sobie raz za siedmioma domami, za siedmioma blokami, piękny lasek brzozowy.
Tam, na uroczej polanie stał śliczny domek, w którym mieszkał chłopiec o
imieniu Isztwanek. Był to chłopiec miły i mądry, żyjący w bliskości natury i w
zgodzie z nią, którego kochały wszystkie leśne zwierzęta i lubili bliżsi i
dalsi sąsiedzi. Zawsze mówił dzień
dobry, nigdy nie złorzeczył, woląc słowa, które otwierały serca na otuchę,
karmił ptaszki, pochylał się nad jeżami. Był tak wyjątkowy, że w dniu jego
dziesiątych urodzin z czubka wysokiego drzewa, jakby z samego nieba, sfrunęła
leśna gołębica przynosząc mu w łapkach flecik. Był to flecik niezwykły, zdolny
pocieszyć każdego strapionego i odgonić nawet najbardziej czarną myśl. Gdy
grał, schodzili się do niego ludzie i zjawiały się zwierzęta, a świat wydawał
się lepszy.
Isztwanek wiedział, że tak
niezwykły flecik dany mu został nie po to, by jego dźwięk zachował dla siebie. Jego
polanka i lasek brzozowy były miejscem pełnym harmonii, w którym światło dnia
rozpraszało się cudownie na listowiu, gałązkach, na jego domku, dając poczucie
ciepła i bezpieczeństwa. Wiedział jednak, że są miejsca gęste od bloków i
domów, w których świat zasnuwa cień, myśli ludzie są ciężkie od trosk. Świat, w
którego centrum stoi wielkie zamczysko, a jego mieszkańcy z pogardą patrzą na
prostego człowieka, żyjącego z natury i dla natury. A przecież — tak rozmyślał
— można by tak zapraszać wiele osób i grać im na fleciku, przynosząc im pociechę.
Isztwanek wyruszył zatem w drogę, drżąc z zimna i lęku ilekroć przechodził
poprzez cienie nie rozświetlone słońcem jak w jego lasku. Wszędzie też budził
nadzieję, dawał pociechę, grając na swoim fleciku. I robił to tak, żeby ludzie
nie pamiętali jego, ale flecik, dar, który dostał darmo i darmo oddawał.
Sława jego instrumentu rosła aż
dotarła do panów na zamczysku. Zaciekawiło ich to zjawisko, kazali więc odnaleźć
grajka i przyprowadzić go do siebie. Isztwanek nie dał się prosić i zjawił się
w zamku. Przyłożył flecik do ust i zaczął grać melodię. Najpierw as powtarzane
raz za razem, potem w górę, piękne es, i znowu w dół… Widział, jak przemieniają
się twarze panów na zamku, jak jaśnieją, jak otwierają się ich ramiona po to,
by przytulić ich do serca. Ofiarowali mu nawet rękę jednej z księżniczek. I tak
został Isztwanek na zamku. Grą na fleciku rozwiązywał konflikty. Przyciągał
także ludzi, trudnych i prostych, bliskich naturze i próbujących ją
przekroczyć. Pocieszał, radował, prostował drogi, które okazywały się nazbyt
pokrętne. Jego dar nie wszystkim przypadł jednak do serca. Nie radował choćby cieni,
rzucanych przez domy i bloki, które musiały ustępować promieniom słońca. Złe i
rozgoryczone postanowiły się poskarżyć Permisywie, złej władczyni, która jako
jedyna mogła coś na to poradzić. I faktycznie, wściekła jak przystało na bestie
z piekieł, Permisywa zaczęła zakradła się do sypialni Isztwanka i księżniczki. Wpierw
sprowadziła na księżniczkę złe sny, w których Isztwanek okazywał się demonem. Były
one tak rzeczywiste i tak silne, że księżniczce zaczęło mieszać się w głowie i
z rana pobiegła wylękniona opowiedzieć o nich rodzicom. Permisywa nie
poprzestała jednak na snach. Jej wampirze zęby pozostawały wprawdzie bezradne
wobec słonecznej mocy Isztwanka, ale udało jej się nadgryźć flecik tak, że jego
dźwięk stał się fałszywy, natrętnie wibrujący i nie mógł nieść pociechy. Gdy
zatem panowie na zamku powiedzieli, że Isztwanek ukoi lęk królewny swą grą, ta podsyciła
tylko jej lęk i sprowadziła niepewność na zamek. Patrząc na to, co się dzieje, nakazano
zaaresztować instrument, który nagle zaczął siać niepokój, a Isztwanka wydalić
z zamku, z krainy domów i bloków. Powrócił więc do swojego domku i lasku
brzozowego.
Tam życie trwało niezmiennie
pogodne, dając szansę na uleczenie złamanego serca Isztwanka. Widząc łzy w jego
oczach, drżące dłonie i wargi, pozbawione fleciku, sąsiedzi wystrugali mu kilka
fujarek, by choć na nich mógł cieszyć uszy ich i okolicznych sąsiadów. Mijały
lata. Złe wspomnienia zacierały się w głowie Isztwanka. Aż pewnej nocy przyśniła mu się leśna
gołębica. Patrzyła na niego siedząc na brzozowej gałęzi, a po chwili przemówiła.
Isztwanku — rzekła — nazywam się Leksjusta, jestem dobrym duchem pochodzącym z
wysoka. Otrzymałeś ode mnie flet, który zniszczyła Permisywa. Wiedz, że ze
światem domów i bloków działo się bardzo źle. Tak, że przyszedł czas, aby go
ratować. Wiele udało nam się zrobić. Ale trzeba odbić zamek. Nie dzieje się tam
dobrze — rozdzierają go konflikty, tworzy się nowego człowieka pokazując mu
nagie ciała i zmuszając do słuchania ciszy pełnej patologicznych obrazów, utrwala
się pogardę dla prostego człowieka w jego jedności z naturą. Nikt inny, tylko
Ty możesz uratować królestwo, ponownie zamieszkując w zamku i
promieniejącą z niego kulturę nocy zamieniając w pogodną kulturę dnia, oświetlającą
wszystkich. Nie bój się przeciwników, moja moc Ci pomoże.
Po tych słowach gołębica
Leksjusta zniknęła. Isztwanek obudził się. Zjadł podpłomyk, który popił wodą ze
studni. Po czym spakował tobołek i ruszył w drogę. Wiedział bowiem, że sen nie
był tylko snem, a Leksjusta zjawiła się naprawdę.
Choć znał drogę i świat, do
którego zmierzał, jego mrok zaskoczył go jednak. Był lepki i gęsty. Światła
słońca nie czuło się tam nawet w dzień, bo jego jasność rozszczepiała się
niczym w pryzmacie. Czuł się bezradny bez swego fleciku, nie mógł bowiem nieść
pociechy. Droga mu się dłużyła, dwukrotnie napadli na niego zbójcy, których
pokonał. Udało mu się w końcu dojść do zamczyska, na którego korytarzach
panował ogromny chaos. Na swoje szczęście napotkał kilka osób, które nie tylko
go pamiętały, ale nigdy nie uwierzyły ani w sen księżniczki, ani w złą moc jego
fleciku. Były wśród nich ważne osobistości zamkowego świata. Uradowali się na
jego widok, a wraz z radością spłynęło na nich także natchnienie — panowie
opuścili zamek i nie było wiadomo, kiedy wrócą. Można więc było rozgłosić, że w
trakcie swej podróży odwiedzili Isztwanka, by przeprosić go za pomyłkę i
poprosić, by pod ich nieobecność zarządzał zamkiem. Gdy ludzie zobaczą, jak
piękny dzięki Tobie stanie się świat — przekonywali — złych panów nie dopuszczą
już ponownie do władania. Isztwanek nie dał się długo przekonywać i wszystko
nastąpiło tak, jak powiedzieli. Nie przewidzieli tylko jednego — zbójcy, z którymi
wcześniej walczył Isztwanek nie byli ludźmi z przypadku. Nasłała ich Permisywa,
która uważnie śledziła powrót Isztwanka do krainy domów, bloków i zamku. Nie
mogąc dosięgnąć Isztwanka bezpośrednio wymyśliła, że zamknie go w zamku
odgradzając od ludzi. Zesłała zatem zarazę, roznoszoną przez nietoperze, a
potem przez ludzkie oddechy. Isztwankowi wydawało się, że pomogą na nią moce,
które kładą kres wampirom, okazało się jednak, że ni czosnek, ni osinowe kołki
nie były władne zabić tego, co przenosiło się wraz z powietrzem. Gdybym miał
chociaż swój flecik — pomyślał Isztwanek. — Może wtedy udałoby się powstrzymać
działania Permisywy. Smutny ułożył się na szezlongu i zapadł w sen, który ponownie
nawiedziła Leksjusta. Nie trap się Isztwanku, usłyszał we śnie. Światło jest
silniejsze od ciemności, wszak nawet nocne niebo pełne jest gwiazd. A moc
mieszka w Tobie, flecik miał tylko ułatwić jej przepływ. Choć usuwałeś się w
jego cień, to Ty byłeś w stanie zdziałać to wszystko. Nieś ludziom pociechę! Budź
pamięć o tym, co z pamięci wyklęte. Mów o bohaterach, przypominaj własne
dzieje, znajdź tych, którzy także dostali fleciki. Razem zwyciężycie, choć nie
nastąpi do szybko i nie będzie łatwe. A teraz zbudź się i pójdź do skarbca, nie
jest to bowiem mamona, której oddaje się cześć, a narzędzie, które wspomóc może
odrodzenie światła. Wydaj dyspozycje, by grupa wiernych ci osób na zamku odnalazła
teatralną trupę, która odegra historię Twej młodości. Stwórz też własną, którą
wychodzić będzie w okolice i opiewać bohaterów. Oddaj też to, co masz cennego —
zamkową opowieść o złej księżniczce i jej okrutnym bogu, którego pokonała
miłość i Bóg prawdziwy. Niechaj wszystko to służy przemycaniu światła poza
zamek, w najdalsze zakątki krainy domów i bloków. Sam zaś rozpuść listy i
złoto, by odnaleźć i przywieźć do zamku innych grajków. Z nimi przezwyciężysz
gęstą i mroczną ciszę nocy, by zatryumfować o świcie!
Wybór Aptekarza Josepha
Haydna jako opery przygotowywanej przez wokalistów-studentów łódzkiej Akademii
Muzycznej we współpracy z Teatrem Wielkim w Łodzi uważam za pomysł kapitalny. W
dziwnym czasie pandemii może służyć ono szlachetnej rozrywce, nie wymagając
skomplikowanych analiz, a przynosząc sporo powodów do radości.
Dziełko ma czytelną intrygę,
prowadzoną konsekwentnie w rejestrze buffo (Haydn zmniejszył liczbę bohaterów
oryginalnego libretto Goldoniego, którego intryga ma charakter mieszany). Ma
wdzięczną muzykę. Jego rozmiar jest idealny na czas Covidu — w gruncie rzeczy
spektakl dałoby się zagrać bez przerwy skracając czas przebywania razem przez
publiczność i pracowników Teatru. (Nie jest to sprawa nieistotna. Teatr
zapewnił nam mierzenie temperatury na wejściu, stanowiska do dezynfekcji rąk, o
zasadach sanitarnych przypominały komunikaty dźwiękowe i wizualne, pracownie i
pracownicy mieli maski i rękawiczki, miejsca wyłączone z użytkowania były czytelnie
oznaczone. Niemniej warunki formalne to jedno, zachowanie ludzi — drugie. Po
zgaszeniu świateł ludzie ściągali maski lub wieszali je sobie pod brodą. Także
osoby zanoszące się kaszlem, wydmuchujące nos i być może dla poprawy wentylacji
z cmokaniem ssące cukierki; jako że wchodząc składa się oświadczenie o stanie
zdrowia i stosowaniu się do regulaminu myślę, że powinno się takim osobom
zwracać uwagę, a gdy trzeba prosić o opuszczenie widowni). Wydaje mi się, że Aptekarz
jest również znakomity pedagogicznie. Jasna konstrukcja, czytelne afekty,
miejsce na improwizację. To partytura, z której można uczyć się retoryki
muzycznej charakterystycznej dla tamtych czasów.
Komfort pracy nad muzyczną stroną
dziełka zapewniła artystom reżyserka Eva Buchmann. W jej ujęciu akcja toczy się
w (i wokół) samochodu, który jest zarazem mobilną apteką, jak i mieszkaniem. Fakt,
że w bagażniku mieści się pralka i rozkładany prysznic, że wnętrze może być
miejscem romantycznych schadzek za zaciąganymi zasłonkami i tak dalej i tym
podobne, dodawał poszczególnym scenom humoru i lekkości. Postaci prowadzone są dynamicznie
i konsekwentnie. Jak słyszałem zza pleców po podniesieniu kurtyny przed drugą
częścią niektórym przeszkadzał fakt, że na scenie nic się nie zmieniło —
scenografia pozostała niemal taka sama (różnice powodowało światło). Nie
odczuwam tutaj jakiegoś specjalnego braku. Akcja toczy się przecież w jednym
miejscu. Buchmann zaaranżowała scenę tak, by wydobyć na pierwszy plan młodych
solistów, nie rozpraszając ani ich, ani widowni.
W jakiejś mierze pomocną „stałość”
wprowadził także dyrygent, Michał Kocimski. Instrumentaliści grali ładnym
dźwiękiem, czysto, zastanawiałem się tylko, czy wyjątkowo delikatny dźwięk
klawesynu był słyszalny na całej widowni (nie jest to kwestia klawesynu samego
w sobie, tylko jego typu; Wielki ma dużą widownię, po remoncie zdecydowanie
popsuła się jej akustyka; chowając klawesyn w orkiestronie powinno się, moim zdaniem,
wybrać — mówiąc schematycznie — typ bardziej „niemiecki” niż „francuski”).
Siedząc tuż przy orkiestronie mogłem ucieszyć się błyskotliwym, momentami
żywiołowym wykonaniem continuo.
W odróżnieniu od Buchmann dyrygent
stawiając na „stałość” i kreskę taktową nie stworzył warunków dla wyrazowej
swobody, koniecznej do realizacji muzycznej retoryki i właśnie ta strona, moim
zdaniem, kulała na spektaklu najbardziej. Jeśli chodzi o kwestie wokalne, różne
rzeczy mogły przeszkadzać. Brudki, schowana emisja, wpadanie głosów w kozią
drżączkę, problemy z tessiturą, zróżnicowanie wolumenów, problematyczna barwa
głosu i inne — wiele z nich jest do technicznego rozwiązania, inne wcale nie
muszą okazać się problemem (uroda głosy jest w jakimś zakresie wrażeniem
subiektywnym; znakomite opanowanie głosu pod kątem wyrazu scenicznego pozwalało
i pozwala śpiewakom o głosach specyficznych na kreacje niezapomniane, wielkie, tak
w operze, jak choćby w Lied, że wspomnę Petera Schreiera). Zwracałbym na
to pewnie mniejszą uwagę, gdyby nie fakt, że odczuwałem silny brak retoryczności
śpiewu. Nie było gry kolorem głosu, nie było ducha swobody, dodania czegoś od
siebie, pokazania, że ciąg zdobień ma coś znaczyć a nie tylko być popisem
umiejętności. W tę muzykę trzeba tchnąć życie, ale rozumiejąc jej zasady.
Bywało, że temperatura emocji podnosiła się, zwłaszcza w recytatywach, ale miałem
wrażenie, że typ ekspresji bliższy jest operze włoskiej „po Rossinim”. Nie winię tu młodych solistów, bo nad tymi
sprawami winni pracować z dyrygentem i pedagogami. Co jednak nie było
dośpiewane, było dograne — scenicznie młodzi artyści pokazali się od dobrej
strony.
Spośród nich chciałbym wyróżnić
Dominikę Stefańską, która występowała w spodenkowej roli Volpina,a to dlatego
że jej śpiew był właśnie silnie retoryczny. Stefańska nie tylko dostrzegała afekty, przekazywane
w muzyce, ale potrafiła oddać je głosem łącząc w jedno śpiew i grę sceniczną. Nawet
jeśli nie było to wykonanie idealne (można by chcieć i większej precyzji
artykulacyjnej, swobodniejszej zmiany rejestrów, mniej ostrego brzmienia, które
jej głos nabierał niekiedy przy górnych dźwiękach, nieściemniania samogłosek,
które niekiedy niepotrzebnie stosowała, itd.), było muzycznie i scenicznie
prawdziwe, a potencjał artystki budzi ciekawość „na zaś”.
Zręczne było spolszczenie
libretta wyświetlana na tablicy w trakcie spektaklu. Pozwalało one większemu
gronu osób docenić żart obecny w słowie i muzyce, choć aria gastrologiczna nie
wzbudziła specjalnego śmiechu na widowni. Czyżby dolegliwości żołądkowo-jelitowe
leczone rabarbarem, goździkami i manną zbyt nam się skojarzyły z pandemią?
Joseph Haydn
Lo speziale/Aptekarz
Teatr Wielki w Łodzi, Akademia
Muzyczna im. G. i K. Bacewiczów w Łodzi
Jadwiga Rappé świętuje
jubileusz czterdziestolecia pracy artystycznej.
To piękny jubileusz, ale trudno
mi w niego uwierzyć. A to dlatego, że interpretacje Jadwigi Rappé są
jednocześnie dojrzałe, mądre, jak i nieustannie świeże, można by rzec, młode,
jakby zupełnie nie imał się ich czas, konieczny do tego, by dojrzewać i nabywać
mądrości.
Jak się to dzieje, najlepiej wie
sama Jadwiga Rappé, ja mogę tylko przypuszczać.
A więc wydaje mi się, że…
… głos w przypadku Jadwigi Rappé nie jest tu
instrumentem, który autonomizuje się względem ciała i jest kiełznany przez
technikę wokalną jak przez swoisty kaftan wokalnego bezpieczeństwa. Głos i
ciało Artystki stanowią jedność, zmieniają się razem wraz z upływem czasu, ale
także wraz z wokalnymi wyzwaniami i zadaniami. Warsztat nie jest bowiem czymś
danym raz na zawsze, ale musi być zgodny zarazem z tym, co dzieje się z
człowiekiem jako istotą psychofizyczną, jak i z tym, czego wymaga partytura.
Jadwiga Rappé podejmowała
wyzwania szalenie różnorakie, pamiętam nawet, iż mówiło się, że nie ma takiej
rzeczy, którą wymyśli współczesny kompozytor, żeby Ona nie potrafiła tego
zaśpiewać. Ta niezwykła umiejętność przekształcania warsztatu i słuchania ciała
powoduje, że nie ma rozdźwięku między ciałem a techniką wokalną, zmianami w
ciele, a wyizolowanym z ciała głosem; nie ma tym samym miejsca na rutynę, którą
zastępuje właśnie odczucie świeżości, młodości, czyli w gruncie rzeczy
cielesno-wokalna szczerość.
Szczerość i prostota to określenia, które
najchętniej odniósłbym do sztuki Jadwigi Rappé. W gruncie
rzeczy mógłbym powiedzieć mocno staromodnie, że dzięki nim dociera Ona do prawdy
dzieła sztuki. Choć na każdej znanej mi interpretacji pozostawia ona swoje
piętno, intensywne i niezatarte, nigdy nie stawia siebie ponad to, co chce
przekazać. Paradoksalnie wydaje się, że indywidualność jej interpretacji bierze
się z braku zakochania w sobie; one są indywidualne, ale nie są egologiczne. Jest
w nich wierność sobie, ale nie ma narcyzmu. Dzięki Niej idę za słowem, rozumiem
retoryczny sen koloratury, rozkochuję w duetach wokalnych, ale nigdy nie szukam
popisu, rywalizacji, pokazania, że jest się lepszym od innych.
Jadwiga Rappé posiadła
szczególną umiejętność operowania muzycznym czasem i otwierania chwili na to,
co jakby pozaczasowe. Za dowód niech służy Urlicht z 2 symfonii Gustava
Mahlera, do którego wracam obsesyjnie, mimo że w nagraniu tej symfonii dla Naxosu
wyjątkowo przeszkadza mi reżyseria dźwięku, czy wejścia Erdy utrwalone na
płytach pod batutą Bernarda Haitinka. Niekiedy stoi za tym dobór tempa
wolniejszego niż standardowe, ale nie zawsze; to raczej sposób narracji,
wyczucia związku słowa i dźwięku, otwarcia na sens, który przekracza przemijanie,
związanie w muzycznej opowieści, jej tu i teraz tego, co minęło z tym,
co nadchodzi.
Tak może wyglądać zarys „laudacji teoretycznej”,
która tylko w promilu pozwala dotknąć zjawiska, jakim jest Jadwiga Rappé. Jest to
Artystka dla mnie bardzo ważna, o czym może świadczyć to, jak trwale zapisały
się w mojej pamięci różne Jej wypowiedzi, spotkania, wykonania.
Dzięki Niej zaczęła się moja miłość do Alfreda
Schnittkego. Kantata Faustowska, którą kreowała wraz z Arturem
Stefanowiczem, po prostu mną wstrząsnęła.
To Ona zwracała uwagę na to, że śpiewacy
potrafią lekceważyć koncerty kolegów po fachu nie chodząc na nie, nawet, jeśli koncertująca
osoba jest wybitna i wiele można by się także z jej wykonania na żywo nauczyć.
To Ona udowadnia, jak ważna jest wierność swoim
możliwościom i muzycznym preferencjom. Przecież jej Ślepa w Giocondzie budzi
tylko chęć, by śpiewała więcej i więcej podobnego repertuaru, a że tego nie
robi i nie robiła, może budzić złość. Staranność w doborze muzyki, troska o
ruchliwość głosu, umiejętność dokonywaniu wyborów tak, by mogła śpiewać muzykę
kompozytorów, których kocha powodują, że zamiast operomaniackiej złości odczuwa
się szacunek.
W moją pamięć wryły się i jej słowa o
Zyglindzie Jessye Norman (w bufecie Radia Łódź w przerwie koncertu), i piękna rozmowa,
gdy z Marcinem Majchrowskim komentowała transmisję z Festiwalu Wagnerowskiego w
Bayreuth, i szczere wywiady.
W duszę wyryły się kantaty altowe Bacha, Abschied
z Pieśni o ziemi Mahlera,
utowry Mossa, Mykietyna, Szymanowskiego, Dvořaka, Wagnera, Szostakowicza i
wielu, wielu innych.
Jadwiga Rappé nie jest dla
mnie po prostu śpiewaczką, ale jest zjawiskiem. Osobnym, choć na szczęście nie
osamotnionym – by wskazać Urszulę Kryger i Elżbietę Szmytkę. To wielkie
szczęście, bo taka sztuka nie tylko cieszy. Taka sztuka czyni świat lepszym.
Lata 50. to prawdziwy embarras de richesse.
Idea postępu, także w sztuce, miała się całkiem dobrze. Dlatego Jarosław
Iwaszkiewicz mógł pisać z pełnym przekonaniem: „Powracanie przy wykonywaniu
utworów Bacha do zwiędłych dźwięków klawikordu czy klawicymbału jest
niepotrzebną i pretensjonalną «stylizacją», jest odrywaniem Bacha od realnego
życia, dla którego przecie tworzył”. Przy tym dźwięk ówczesnych klawesynów
trudno uznać za zwiędły — były to zasadniczo nowoczesne instrumenty, przy
budowie których korzystano z rozwiązań właściwych dla fortepianów.
Można też było wtedy słuchać zarówno wstrząsającej
kreacji Juliusa Patzaka w Pasji Janowej, na przykład pod kierownictwem Fritza
Lehmanna, arcyciekawej interpretacji muzyki Monteverdiego Guida Cantellego, jak
i pierwszego nagrania na dawnych instrumentach Koncertów brandenburskich
z Nicolausem Harnoncourtem, Gustavem Leonhardtem i Eduardem Melkusem, którym
przewodził Josef Mertin.
Jeśli chodzi o wykonywanie muzyki dawnej w sposób
bardziej historycznie zorientowany współistniały ze sobą — jak zauważa Růžičková
— dwa nurty.
Pierwszy reprezentowała Wanda Landowska, którą Růžičková
podziwiała za muzykalność, (samo)świadomość oraz osobowość, za precyzyjną i
przejrzystą architektonikę jej kreacji. Przy tym podejściu znajomość traktatów
z przeszłości, badanie epok, z których pochodziły utwory, nie powoduje
zamknięcia oczu na teraźniejszość — nie istnieją już słuchacze tacy, jak w
czasach Bacha, nie ma jednego, zgodnego z historyczną prawdą, sposobu
interpretacji dzieł dawnych mistrzów. Klawesyn jest w pełni nowoczesnym
instrumentem, który może dalej się rozwijać. A przeszłość jest zawsze
odczytywana przez pryzmat bieżących znaczeń, wartości, preferencji.
Drugi reprezentował Arnold Dolmetsch, rzecznik
historycznej autentyczności zarówno interpretacji, jak i używanych instrumentów.
Růžičková przyznawała się do szkoły Landowskiej
podkreślającwymownie, że była heretyczką.
Nie oznaczało to zamykania oczy na przyrastającą wiedzę na temat muzyki dawnej.
Wręcz przeciwnie. Choćby nagrywając utwory Hanry’ego Purcella konsultowała się
z Thurstonem Dartem z King’s College, znanym i wpływowym muzykiem i
muzykologiem. Wiedza ta służyć jednak miała na sposób romantyczny pojmowanej
twórczej indywidualności. Jej zdaniem każdy artysta powinien wnosić własną
ideę, z którą nie trzeba się zgadzać, ale należy szanować. W jej przypadku było
to szczególne wyczulenie na grę kolorów i architektonikę, resp. strukturę,
utworów. Mahan Esfahani wspomina, że studiowała ona orkiestrację Bacha,
inspirując się charakterystycznym dla niej sposobem użycia muzycznych kolorów.
Sama podkreślała, że piękno muzyki Bacha dostrzegała właśnie w jej strukturze.
„Mam raczej pamięć tektoniczną niż wizualną i w
miarę budowana się melodii, wyobrażam sobie w głowie budynek. Wiem, co jest wyżej, a co niżej. Bachowskie
modulacje pozwalają mi poruszać się jakby po korytarzach. Absolutnie wiem, gdzie
i kiedy skręcić za róg. Instynktownie rozumiem, jak jest to zbudowane. Pojmuję
architekturę, do czego ona prowadzi — korytarze prowadzą do pokoi, schody na
wyższe poziomy, a melodia końcowa doskonale dopełnia strukturę”.
Muzyczna podróż po budynku odbywa się u Růžičkovej (również)
poprzez zmianę rejestrów klawesynu — znakomicie słuchać do w Suitach
francuskich nagranych dla Erato na instrumencie z pracownik Neuperta. To,
jak często zmienia rejestry, jak szuka barw, może drażnić, zwłaszcza osoby
mocno związane z wykonawstwem z ducha Dolmetscha. Wszystkie te zmiany mają
jednak sens — odtwarzają architektonikę tych utworów, pokazują je w
trójwymiarze. Spośród wszystkich instrumentów, które miała do dyspozycji w
ramach projektu Bachowskiego dla Erato właśnie Neupert dawał jej największe
pole do popisu. Był to jeden ze współczesnych instrumentów, których używała w
tych nagraniach, obok dwóch oryginalnie barokowych klawesynów z pracowni
Hemscha. Te ostatnie miały piękne, klarowne brzmienie, co podkreślała.
W kontekście klawesynów zauważała:
„W rzeczywistości nie byłam bardzo zasadniczą (very
strict) wykonawczynią muzyki dawnej. Miałam swoje własne przekonania co do
wykonywania jej i używałam do gry nowoczesny instrument. Lubiłam to, co my,
klawesyniści, nazywamy kolorami. Nie czułam się zbyt swobodnie z małymi instrumentami
francuskimi i tęskniłam za instrumentem z szesnastą*, jakiego używali Händel i
Wanda Landowska. […] Nigdy nie byłam
ortodoksem, ale też nie sprzeciwiałam się, gdy miałam zagrać na instrumencie
historycznym”.
Jej preferencje co do instrumentów spotykały się z
oporem — krytyczny wobec Růžičkovej był
Gustav Leonhardt. „Nigdy go nie atakowałam — wspomina —, ale on napisał do
jednego z moich studentów, że tylko «prymityw» może myśleć o korzystaniu z klawesynu
z szesnastką. Był purytaninem w sprawach, które uważał za historyczne, ale dziś
wiemy, że szesnastka jest autentyczna”.
Inna sprawa, że jej dostęp do instrumentów nie był w
pełni swobodny, a przez dość długi czas sama czuła się artystką samotną, odciętą
w Czechosłowacji od innych osób, które pasjonowały się grą na klawesynie.
Po raz pierwszy o klawesynie i o Wandzie Landowskiej
usłyszała od Marii Provaznikovej-Šaškovej, pianistki, u której uczyła się w
dzieciństwie. Za jej sprawą miała okazję słuchać nagrań Landowskiej, ona także zasugerowała,
że Růžičkova mogłaby wyjechać do niej na naukę do Francji. Plan udaremnił Hitler.
Wojenne losy Růžičkovej i jej rodziny, Terezin, tzw. obóz rodzinny w Auschwitz,
roboty w Hamburgu, na koniec Bergen-Belsen spowodowały, iż mimo że przeżyła,
nie było pewne, że kiedykolwiek wróci do gry. Jej dłonie były zniszczone, ona —
fizycznie i psychicznie wykończona; do tego przerwano jej edukację, tak
muzyczną, jak „zwykłą”. Nauczyciele nie robili większych nadziei. Tak było w
szkole muzycznej w Pilznie, w której profesor Bogdan Gselhofer dopiero z czasem
przekonał się, że jej kształcenia ma sens. Tak było również z Františkiem Rauchem, do
którego zwrócono się o przygotowanie jej do egzaminów do nowoutworzonej Akademii
Sztuk Scenicznych w Pradze.
Rauch, jeden z najwybitniejszych czeskich
(czechosłowackich) pianistów, znakomity odtwórca muzyki Beethovena, Chopina (pięciokrotnie
był jurorem Konkursów Chopinowskich), Liszta czy Vitězslava Novaka, artysta mocno
wyczulony na kolor, o pięknym, skupionym tonie, do tego Pilzneńczyk związany z
Akademią wydawał się doskonałym wyborem. Tyle tylko, że uznał, iż z Růžičkovej
nic już nie będzie. Jej matce powiedział nawet: „Spójrz na Zuzkę, jest śliczna
Kiedyś będzie grać mężowi po obiedzie!”. Ostatecznie zgodził się przygotowywać
ją do egzaminu. Růžičkova wybrała także jego klasę w Akademii — wprawdzie
najpierw zdecydowała się na Albĩna Šĩmę, potrzebowała jednak żelaznej
dyscypliny, by nadrobić stracony czas. Rauch mógł ją zapewnić. Chemii między
nimi jednak nie było. Rauch był krytycznie nastawiony do jej techniki, uważał
też, że jej lęki nie pozwolą jej na karierę estradową. Růžičkova, mimo że uważana
za duszę towarzystwa, ciągle uśmiechnięta, przechodziła depresję. Problemem
było dla niej to, dlaczego przeżyła nazizm, kiedy tylu innych zginęło. Czuła się
bezwartościowa jako człowiek i jako muzyk. Próbowała także się zabić. Tym,
który przejrzał jej „doklejony uśmiech” był późniejszy mąż, Viktor Kalabis. Stosunek Raucha do Růžičkovej zmienił się po
jej pierwszym publicznym występie, do którego ją dopuścił. Później zostali
kolegami z Akademii, mieli nawet „swój żarcik” — Růžičkova przyznawała, że
pomylił się tylko w jednym; mąż nie lubi, żeby grać mu po obiedzie.
Po raz pierwszy miała okazje zagrać na klawesynie w
1949 r. Aż do Konkursu ARD w Monachium w 1956 r. nie była także zdecydowana co
do tego, by porzucić fortepian. Wyjazd do Monachium był dla niej i elementem
terapii — wyjazd do Niemiec — i otwarciem okna na świat. Zasiadająca w jury
Marguerite Rosegen-Champion zaprosiła ją do siebie do Paryża na półroczny kurs.
Růžičkovej udało się z niego skorzystać tylko częściowo — musiała wrócić, żeby
wyjechać mógł jej mąż, którego utwór miał mieć swoją zagraniczną, paryską
premierę. Na konkursie spotkała się też pierwszy raz z Rafaelem Kubelikiem.
Prowadził on wtedy monachijską radiówkę, która miała akompaniować finalistom.
Jako emigrant odmówił występu z osobami zza żelaznej kurtyny. Růžičkova
odegrała więc dwie przygotowane części koncertu Bendy „na sucho”.
Pierwszy klawesyn, który udało się jej kupić,
pochodził z manufaktury Ammera, działającej od 1927 r. w Eisenbergu, a więc po
wojnie na terenie DDR. Służył jej długie lata, także w trasach koncertowych. W
latach 80. kupiła instrument Georga Zahla. Pierwszą kopię instrumentu barokowego
udało się jej kupić dopiero w latach 90., gdy otrzymywane honoraria trafiały
już do niej w całości, bez oddawani ich większej części państwu.
Jej poczucie samotności muzycznej brało się również
z ówczesnej sytuacji w Czechosłowacji. Ostatnim solistą, który dał w Rudolfium
recital klawesynowy, był przed II wojną Frank Pelleg. Komuniści uważali instrument za relikt
feudalny i ucieleśnienie religianctwa. Na szczęście w Akademii pracował Oldřich
Kredba, u którego także się uczyła.
Ojca straciła w Terezinie. Jego organizm pokonała
choroba. W jakiejś mierze duchowym ojcem stał się dla niej Fredy Hirsch, żyd,
gej, Niemiec, znany sportowiec, anioł, który ofiarnie włączył się w pomoc
dzieciom w okupowanej Czechosłowacji, w Terezinie, w Auschwitz. Z powodu
homoseksualizmu wyrzekli się go rodzice, ortodoksi. Jak wspomina Růžičkova z
tego powodu nie miał też łatwego życia w Terezinie – dorośli mężczyźni unikali
go, krążyły plotki. Sama zapytała kiedyś ojca o jego homoseksualizm. Odparł, że
to rzecz zupełnie nieważna, ważne było to, iż Hirsch to dobry człowiek, któremu
można zaufać. W Auschwitz zaskoczyło ją, że nosił różowy trójkąt. Jej ówczesne
doświadczenie rozpięte było między ekstremami. Z jednej strony Hirsch, do końca
myślący o dzieciach i innych więźniach, z drugiej Mengele, które tam poznała.
Nie da się streścić temperatury wspomnieć Růžičkovej
o Hirschu, trzeba przeczytać je samemu. Warto może wspomnieć tylko, że długo po
wojnie czechosłowaccy komuniści próbowali go dyskredytować, zarzucając
kolaborację z nazistami. Już w Czechach Růžičkova z przyjaciółkami, z którymi
przeżywała nazistowskie piekło, postarały się o jego upamiętnienie. Hirschowi
zawdzięczała też swój stosunek do polityki. Wyniosła go z Auschwitz, gdzie ten
były syjonista powiedział jej, że żadne ideologie polityczne nie są ważne,
ważne jest humanistyczne podejście do innych ludzi. Z kolei od ojca nauczyła
się, że nie należy nienawidzić. Zatruwa to bowiem człowieka, nie przynosząc
niczego dobrego.
Jedyną ideologię, którą wyznawała, był Bach i jego
muzyka, która wnosiła porządek w chaos. Jej pomnikowe nagrania utworów Bacha
dla Erato ukazało się w 2016 r. na kompaktach, w starannie wydanym dwudziestopłytowym
boksie. Spiritus movens tego wydania był Mahan Esfahani, ostatni uczeń Růžičkovej.
Wspomina, że jego prośbę o lekcje odrzucała kilkakrotnie. Przybita śmiercią
męża, chora (chemioterapia negatywnie wpłynęła na jej dłonie i stopy), stara.
Odrzuciła też jego prośbę o spotkanie, gdy przyjechał na występ do Pragi.
Godzinę przed nim odebrała jednak telefon, że za dziesięć minut przyjedzie po
nią taksówka, a bilet czeka. Ta bezczelność ją urzekła, a występ, zwłaszcza Wariacje
f-moll Haydna ja urzekły. Tak rozpoczął się pięcioletni okres ich lekcji
czy bardziej spotkań, bo traktowała Esfahaniego jak kolegę. Jej zdaniem także
on należy do szkoły Landowskiej.
Słuchając po latach swych nagrań dla Erato odczuwała
dumę, choć wydały się jej za mało frywolne i nazbyt ciężkie. Swoją drogą, ich
nagrywanie także było niezłą przygodą. Do Paryża wypuszczano ją na trzy-cztery
dni, które były wypełnione pracą. Nigdy nie miała czasu na przesłuchanie z
realizatorami tego, co nagrała. Postprodukcja odbywała się całkowicie poza nią.
W Bergen-Belsen udało się jej ukraść buraki. Jeden
zmuszona była oddać grupie cygańskich kobiet, drugi, nadgniły jadły z matką racjonalizując
porcje. Matka, chora na tyfus, pilnowała, by nikt nie ukradł tego, co zostało.
Ze wspomnień mamy wiem, że babcia kradła buraki, by robić z nich dla niej coś w
rodzaju smoczka na długie godziny niemowlęcej samotności.
W Bergen-Belsen usłyszała też dwie wróżby. Karty
tarota pokazały, że 15 kwietnia znikną z obozu Niemcy. Cyganka wyczytała z jej
dłoni, że będzie sławna i będzie miała męża, z którym bardzo będą się kochać,
ale on umrze wcześniej.
Pisząc korzystałem ze wspomnieć Růžičkovej
opracowanych przez Wendy Holden, One Hundred Miracles. A Memoir of Music and
Survival.