sobota, 10 października 2015

OKO-IDALNOŚĆ WYBORCZEJ. CZYLI POLIAMORYCZNYCH NIEPOROZUMIEŃ CIĄG DALSZY

Przyznam się, że nie w pełni rozumiem niechęć ks. Dariusza Oko do Gazety Wyborczej. Wprawdzie Oko mówi o tym, że Wyborcza prowadzi działalność mającą na celu zniszczenie Kościoła rzymsko-katolickiego, atakuje biskupów, nauczanie Magisterium. Nie widzi jednak, że mógłby wykorzystać do własnych celów działalność Wyborczej, która – w kwestiach światopoglądowych i obyczajowych – dziwnie współgra z tym, co Oko mówi społeczeństwu.
Za sobą mamy karnawał tekstów poświęconych przez Wyborczą ks. Krzysztofowi Charamsie, których kuriozalny i homofobiczny charakter obnażali Tomasz Basiuk i Replika.
Po nich Wyborcza zajęła się ponownie kwestią poliamorii, a mówić dokładniej tym, co Wyborcza uważa za poliamorię.
Ks. Oko w wywiadzie dla Do Rzeczy utożsamia poliamorię ze skrajną rozpustą. Obawiam się, że dokładnie to pisze na temat poliamorii Wyborcza. Tyle tylko, że Wyborcza jest bardziej szkodliwa i dla samej idei poliamorii, i dla związanych z nią ludzi. Oko posługuje się językiem silnie emocjonalnie nacechowanym, często wulgarnym, krytykowany jest – choćby przez Karola Tarnowskiego – za niekompetencję. Wyborcza pisze w tonie spokojnym, intelektualnym, pozującym na rzetelne myślenie i naukowy sznyt. Służy temu choćby dobór rozmówców – z tytułami, psychologicznym czy seksuologicznym wykształceniem, pracujących w miejscach, które uwierzytelniają ich tezy. A że tezy są kuriozalne, opinie krzywdzące – to już Wyborczej nie interesuje. Zamknięta jest bowiem na głucho na wszelką polemikę, czego w sposób wyjątkowo wymowny doświadczyli polscy poliamoryści. Bardzo rzetelną i prowadzoną z różnych stanowisk krytykę przeprowadzono w związku z tekstem Bzdury o poliamorii, który ukazał się w Wyborczej w lutym 2014 r. Gazeta nie była zainteresowana ani jej publikacją, ani nawet merytorycznym odniesieniem się do zaprezentowanej w polemice argumentacji. Widać też zupełnie zlekceważyła ten głos, bo tekst Pauliny Reiter Poliamoria: kilka srok za ogon, rozwija idee z inkryminowanego przez poliamorystów tekstu. I w najmniejszym stopniu nie korzysta z poglądów wyrażonych w polemice.

Poliamoria: kilka srok za ogon to wywiad przeprowadzany przez Reiter z Alicją Długołecką. Ta druga jest edukatorską seksualną, pracuje w warszawskiej AWF, w Zakładzie Psychoterapii i Rehabilitacji Seksualnej. Związana jest z Agorą, która opublikowała książkę Seks na wysokich obcasach, będącą… zbiorem rozmów Pań Reiter i Długołęckiej. W wykazie publikacji w CV Długołęckiej nie znalazłem jakiejkolwiek pracy na temat poliamorii, są za to publikacje związane z LGB, w tym w tomie pod redakcją cenionego przeze mnie Grzegorza Iniewicza (dlaczego o tym piszę, za moment). W prezentowanym wywiadzie obie Panie odnoszą się do Puszczalskich z zasadami, która to pozycja okazuje się nawet… podręcznikiem o poliamorii! Ani słowa o ważnej książce Deborah Anapol pt. Poliamoria. Nie ma w zmianki o istotnej stronie poświęconej poliamorii, jaką jest philianizm.pl Nie mówi się o seminarium Wakatu, które poświęcone było temu zagadnieniu. To wygodne, bo Puszczalscy z zasadami pozwalają na mówienie o poliamorii w perspektywie swobodnego seksu, który Oko nazywa we własnym języku skrajną rozpustą.

P. Długołęcka uważa, że synonimem poliamorii jest „wolna miłość”, czyli swoboda obyczajowa stanowiąca zaprzeczenie konserwatywnie rozumianego małżeństwa. Stwierdza także, że w poliamorii ważniejsza jest kwestia seksu niż miłości, czego potwierdzeniem jest jej zdaniem książka Puszczalscy z zasadami. Jest – dalej – związana z fazą niedojrzałości resp. dojrzewania, a to dlatego że osoby starsze (które z założenia mają być bardziej dojrzałe) z większą rozwagą wchodzą w nowe sytuacje, bardziej stawiając na „jakość relacji” niż „krótkotrwałe emocje”. Co więcej, zdaniem Długołęckiej, poliamorię można postrzegać także jako rodzaj „singielstwa”, „ życia osobno, dla siebie, jednocześnie wchodząc w relacje, które nie są oparte na odpowiedzialności za emocje drugiego człowieka”. Podsumowaniem tych teoretycznych dywagacji, które mają jakoś dookreślić czym jest poliamoria, Długołęcka stwierdza, że opozycją wobec poliamorii jest relacja „oparta na olbrzymim zaangażowaniu”. Dalej obie Panie zaczynają dywagować o seksie i o tym, że poliamoria może być formą terapii, w której rozpusta i zdrada stają się bodźcem do odkrywania swojej własnej wartości.

Przytłoczyło mnie nagromadzenie w jednym miejscu aż tylu wątpliwych opinii. Czuję się także bezradny wobec tendencyjnego charakteru tej publikacji i jej oderwania od dyskursu – także naukowego – związanego z poliamorią. P. Długołęcka zdaje się nie odróżniać od siebie swingu, otwartych związków, relacji poliamorycznych, anarchii relacyjnej czy konsensualnej nie-monogamii. Elementarna rzetelność wymagałaby jednak odróżnienia od siebie tych pojęć. Chciałbym się także dowiedzieć, na czym opiera przeświadczenie, że poliamoria to tyle, co „wolna miłość” w sensie, jaki sama nadała swoim słowom. W końcu – warto by powiedzieć, w jakim sensie Puszczalscy z zasadami to podręcznik do poliamorii, skoro same autorki piszą tam wyraźnie, że będą mówić o różnych zjawiskach i różnych stylach życia, dla wygody zebranych w jednym miejscu. 
W 2012 r. pisałem o tej książce między innymi: „Nie jest idealna. Nie dlatego - jak pisze Szumlewicz - że nie dostrzegają trudnych i ciemnych stron poliamorii, ale dlatego że książka pisana jest językiem typowym dla amerykańskich poradników psychologicznych. Momentami zatem trudno odnaleźć w niej głębszą refleksyjność, którą zastępuje powtarzane jak mantra wezwanie do pomnażania przyjemności, bo przyjemność jest szczęściem.
Drażnić może również seksualizacja dyskuru Autorek, ale to już akurat zarzut nie pod ich adresem, ale pod adresem naszej kultury, która - przejmując dominację nad człowiekiem - zniszczyła język erotyki w całości przekodowując go na język zachowań seksualnych. Tedy walka o odzyskanie przez erotykę autonomicznej wartości zawsze musi prowadzić przez język seksualności.

Niecko kłopotliwy może być również sposób, w jaki Autorki rozumieją poliamorię. Łączą bowiem pod tą egidą zachowania bardzo różne - bogate życie seksualne singli, próby budowania związków trzyosobowych, swingowanie, czy tworzenie dwuosobowych związków nieograniczających partnerów w realizacji ich potrzeb seksualnych. 
Sam powiedziałbym zatem, że jest to książka o poliamorii i o polierotyczności, przez poliamorię rozumiejąc relacje angażujące nie tylko seskualnie, ale także emocjonalnie i intelektualnie, a więc niemożliwe, jak sądzę, do realizacji grupowej, a przez polierotyczność - otwarcie na przyjemne doznania płynące z seksu”.
Po publikacji Puszczalskich z zasadami na rynku pojawiła się książka Deborah Anapol zatytułowana Poliamoria. O tej książce pisałem z kolei tak:

Książka Anapol ma znaczną przewagę nad zadomowionymi już w Polsce Puszczalskimi z zasadami
Po pierwsze, jej okładka i tytuł nie odsyła do kontekstu seksualnego, co ważna, jeśli przyjąć, że seksualność jest sferą obecną w wielomiłości, ale niekoniecznie dla wielomiłości konstytutywną.
Po drugie, Anapol ma świadomość swojego usytuowania, wie, że mówi we własnym imieniu - kobiety zasadniczo heteroseksualnej, stroniącej od niektórych form seksualnej aktywności (BDSM), ale także terapeutki mającej kontakt z osobami od siebie odmiennymi (tym bardziej warto podkreślić, że wrażliwie pisze o związkach biseksualnych zdejmując z biseksualistów kulturowe odium).
Po trzecie, nie jest ona hurra optymistką. O ilePuszczalscy są nieproblematyzującą wielomiłości zachętą do tego, by zacząć żyć inaczej, Anapol targają liczne wątpliwości. Ma ona świadomość, że wielomiłość - jak każda idea - ma swoje ciemne strony: jako poręczne pojęcie maskujące seksoholizm, uzależnienie, instrumentalny stosunek do drugiego człowieka.

Zapewne dlatego od samego początku zaleca ostrożność pokazując, że nie każde zachowanie, które deklaratywnie wynikać ma z postawy poliamroczynej, rzeczywiście służy budowaniu wielomiłości.

Zapewne dlatego chodzi jej o pryncypia.
Pryncypia, które powodują, że moralnie neutralne monogamia i wielomiłość, stają się doświadczeniem rozwijającego piękna.

Szczerość i transparentność, dbałość o jakość komunikacji, wrażliwość, empatia, lojalność i oddanie, odpowiedzialność, poczucie własnej wartości, szacunek dla różnorodności, zaangażowanie we własny wewnętrzny rozwój czy samodzielność - to warunki sine qua non osobowości poliamorycznej i udanego wielomiłosnego związku.

Sama wielomiłość zaś to nie hedonistyczne rozpasanie, ale
<wyzbycie się wyuczonych przekonań na temat kształtu miłosnej relacji oraz pozwolenie miłości, by sama wybrała kształt najodpowiedniejszy dla wszystkich stron. Jeśli dwie osoby dobrowolnie utrzymują seksualną wyłączność nie dlatego, że ktoś ich do tego zmusza lub obawiają się konsekwencji innego postępowania, nadal uważałabym tę parę za poliamoryczną – pisze Anapol.

Dla nas – osób, które ukuły termin „poliamoria” – kształt związku ma mniejsze znaczenie niż wartości, które są jego fundamentem. Wolność poddania się miłości i pozwolenia, by miłość – a nie tylko seksualna namiętność, nie tylko normy społeczne oraz ograniczenia religijne i nie tylko reakcje emocjonalne oraz podświadome warunkowanie – nadawała formę naszym intymnym relacjom: oto esencja poliamorii. Poliamoria opiera się na decyzji o poszanowaniu dla rozmaitych dróg rozwoju miłosnych związków. Poliamoria może przybierać wiele form, lecz, zgodnie z pierwotnymi założeniami, jeśli w relacji występują kłamstwa czy przymus albo jeśli zaangażowane w nią osoby w jakikolwiek sposób tracą wewnętrzną uczciwość i prawdę, relacja ta nie jest poliamoryczna, niezależnie od tego, ile osób w jej ramach uprawia ze sobą seks. Te subtelne wartości często giną wśród ekscytacji i magii, jakie towarzyszą otwarciu się na seksualną wolność, lecz pozostają kluczowe, jeśli chcemy zrozumieć głębsze znaczenie poliamorii>”.

Długołęcka ma oczywiście prawo uważać, że to Puszczalscy z zasadami są właściwym opisem poliamorii, tyle tylko, że powinna powiedzieć o odmiennych ujęciach i uzasadnić, dlaczego je odrzuca.

Poliamoria wiąże się dla mnie w sposób nierozerwalny ze związkami budowanymi przez osoby biseksualne. Długołęcka ma na koncie publikacje dotyczące osób nie-heteroseksualnych, powinna zatem orientować się w temacie. Zacząłem się zastanawiać, czy jej zdaniem orientacja biseksualna wyczerpuje się bądź w relacjach seksualnych, bądź w zaangażowaniu w „rodzinę” poszerzone o seksualne ekscesy. Jeśli tak nie uważa i przyjmuje, że biseksualiści mogą tworzyć stabilne, szczere, zaangażowane i satysfakcjonujące związki więcej niż dwuosobowe, to rodzi się z kolei pytanie, dlaczego mają być to relacje nie-poliamoryczne? W moim odczuciu właśnie takie relację są doskonałym exemplum poliamorii, choć sam nie ograniczam możliwości takich związków do grona osób o jednej orientacji seksualnej. Nie wiąże też w sposób konieczny miłości z seksem – traktuję się jako „czynnego” poliamorystę, bo kocham nie tylko partnera, ale także przyjaciół. I nie chcę waloryzować naszej relacji na zasadzie, że jedna postać miłości jest prawdziwsza od innej.

Chyba najwyższy czas, by Wyborcza przestała lukrować się lukrem postępowości. To gazeta neokonserwatywna – skrajnie wolnorynkowa i zachowawcza obyczajowo. W polskim żargonie – neoliberalna. Dobrym sposobem na neokonserwatywny coming out byłaby publikacja tekstu ks. Oko o poliamorii – skoro jest sojusznikiem ideowym środowiska Gazety.
Zachęcam do tego odważnego kroku, tym bardziej, że ks. Oko zafundował mi chwilową sławę jako osoby, której centrum życia stanowi promocja poliamorii – skrajnej rozpusty.

Odwagi Gazeto!

wtorek, 6 października 2015

OŚWIADCZENIE WS. NARUSZENIA DÓBR OSOBISTYCH PRZEZ DARIUSZA OKO W PROGRAMIE MONIKI OLEJNIK

Monika Olejnik
TVN 24

TV REPUBLIKA

Dariusz Oko
via Stanisław kard. Dziwisz

OŚWIADCZENIE

W programie Kopka nad i, emitowanym 5 października 2015 r., ks. Dariusz Oko naruszył moje dobra osobiste. Stwierdził tam, że jestem wojującym gejem, który promuje poliamorię, czyli skrajną rozpustę. Informacja ta nie została w jakikolwiek sposób poddana weryfikacji przez Monikę Olejnik, a zaczęła żyć swoim życiem. Wcześniej pojawiła się także na stronach  TV Republika.

Zdaniem Dariusza Oko wojującym gejem jest każdy, który nie zgadza się na stosowany przez niego język i krytycznie odnosi się do doktryny Kościoła rzymsko-katolickiego. W swoim liście dotyczącym ks. Oko pisałem: „Rzecz nie w tym, jaki jest prywatny stosunek ks. Oko do homoseksualizmu, ale w sposobie, w jakim o nim mówi. Mamy tu do czynienia z niespotykaną wręcz wulgaryzacją dyskursu, a także z intelektualną nierzetelnością. Ks. Oko powołuje się choćby na dane statystyczne, nigdy nie podając, z jakiego źródła czerpie swoje specyficzne wiadomości. Czymś kuriozalnym jest także włączanie do uniwersyteckich tomów pokonferencyjnych tekstów pogadanek, które ks. Oko przedstawia dla wspólnot przyparafialnych. Poza przekazem treści silnie zideologizowanych, pozbawione są one koniecznego aparatu naukowego i samokrytycyzmu. Nieustannie też podkreśla, że pomoc osobom homoseksualnym polega na ich wyleczeniu, mimo że lekarze uznają terapię reparatywną za niemożliwą, a homoseksualizm nie jest chorobą.

W związku z powyższym proszę o wyjaśnienie, w jakim zakresie przytoczone poniżej cytaty realizują obowiązki nakładane przez ks. Oko przez przytoczone wyżej zapisy dokumentów świeckich i Kościelnych”. Jak widać, jest to próba zrozumienia stanowiska ks. Oko w ramach dokumentów prawnych, także Kościoła rzymsko-katolickiego. Tylko tyle i aż tyle.

Ks. Oko unika merytorycznego ustosunkowywania się do argumentów, za to namiętnie stosuje argumenty ad personam. Tak było również w programie Kropka nad i. Owszem, wielokrotnie pisałem o poliamorii. W tym sensie pewnie jestem jej promotorem. Szkoda tylko, że ks. Oko nie przeczytał moich tekstów, chyba że ich nie zrozumiał. Pisałem w nich m. in.:
„. "Ci, którzy w relacjach poliamorycznych chcą widzieć tylko rozwiązłość bez zahamowań nie pytają o motywy, stojące za otwartością relacji, o to, jakie wartości tworzą każdą z nich, na czym polega wierność, stałość, uczciwość, bez której nie da się żyć w żadnej relacji. A przecież tym, co łączy ludzi jest czas, którego owcem są: wspólne doświadczenie, troska, zaangażowanie emocjonalne, intelektualne, fizyczne. Tym, co łączy ludzi są ideały, które powodują, że żyje się ze sobą, a nie obok siebie. Tym, czego koniecznie potrzeba naszemu społeczeństwu, jest wiedza i etyczność. Wiedza, w tym także wiedza o seksualnej stornie naszego życia. Etyka, w tym świadomość, - jak mówił Albus Dumbledore -, że o tym, kim jesteśmy, decydują nie nasze możliwości, ale nasze dojrzałe i odpowiedzialne decyzje". Budowanie relacji, które nie są oparte na dominacji i prawie własności, nie jest proste. "Czym dla mnie jest poliamoria? W przywołanej (bez zrozumienia, a więc może bez lektury) książce Deborah Anapol poliamorią rozumiana jest "pojęcie-parasol", obejmujący sobą różne style kochania - od erotycznych po romantyczne i platoniczne -, które łączy jedno: przekonanie, że podstawą bliskich relacji między ludźmi jest wolność. W jej przekonaniu poliamorystą jest ten, kto wyraża wewnętrzną zgodę na to, by miłość wydarzała się w życiu spontanicznie, by ona sama była wartością. Anapol nie ogranicza miłości do tej formy postaci, którą nadaje jej instytucjonalne, nuklearne małżeństwo. I czyni słusznie. Miłość bowiem niejedno ma imię, a tym, co - w bliskiej mi perspektywie filozoficznej - tworzy jej rdzeń, jest przyjaźń. Rozumiana jako głębokie osobowe zaangażowanie w innego człowieka, jako troska, jako życie wspólnymi ideałami. Jako wspólne-życie. Jestem zadeklarowanym poliamorystą wcale nie dlatego że poza związkiem szukam erotycznych przygód. Ale dlatego że elementem mojego związku jest także przyjaźń. Ani związek, ani przyjaźń, nie są dla mnie wolne od bliskości fizycznej. Nie są wolne od tęsknoty, nie są wolne od potrzeby wspólnego spędzania czasu, czy dawania z siebie tego, co najlepsza. Co więcej, nie dzieli ich perspektywa erotyczna, bo nie jest wcale tak, że w związku eros jest czymś permanentnie ważnym i konstytutywnym. O tym, że kocham, mówię i partnerowi, i przyjaciołom. Zależy mi także na tym, by przyjaźń nie budziła w związku zazdrości. Gdybym przyjął perspektywę Wodeckiej i Łukaszewskiego musiałbym przyjąć, że cała ta sytuacja jest nienormalna, bzdurna, a ja żyję w stanie zakłamania". "Tym, co konstytuuje doświadczenie philia są dla mnie także: megalopsychia, parrhesia, stałość, wzajemność, równość i wolność. Megalopyschia, wielkoduszność, rozumiana jest jako słuszna duma, czyli zdrowy, maksymalnie nieuprzedzony ogląd samego siebie. Człowiek rozpoznawszy swoje cnoty (atuty) posiada do siebie rozsądne zaufanie (co pociąga za sobą dystans i poczucie humoru), zna swoją wartość i pielęgnuje poczucie honoru. Nikim nie gardzi, ale też nikomu nie schlebia, nie potrzebuje poklasku, ale aktywnie zabiega o swoją cześć i ją chroni. Parrhesia to inaczej szczerość czy prawda bycia. Jest przeciwieństwem pochlebstwa, które wprowadza człowieka w relacje oparte na dominacji i interesie. Wyklucza także sztuczki retoryczne, służące nie tyle budowaniu relacji, ile prowadzeniu gry z innymi ludźmi. Parrhesia odsłania ten wymiar miłości, którego stawką jest prawda. Człowiek szczery żyje tak, jak mówi, jego osobowość jest prosta, a kierujące nim wartości stabilne. Parrhesia to także umiejętność mówienia prawdy tak, by ta nie stała się szantażem, by nie zawłaszczała, by pozwalała słuchającemu obejść się bez tego, co mówię, a więc by traktowała go jako osobę samodzielną w decyzjach, uczuciach i przekonaniach [por. Foucault]. Stałość jako cnotą, która - w moim odczuciu - może zastąpić wierność, nazbyt związaną z monogamicznym i zseksualizowanym rozumieniem relacji międzyludzkich. Oznacza ona "złoty środek" między uporem a niestałością. Upór i niestałość wykluczają miłość, są bowiem źródłem zniewolenia. Upór krępuje osobę, której nie pozwalamy zredefiniować relacji. Niestałość jest służeniem zmiennemu pożądaniu, osoba niestała traktuje drugą osobą tylko jako źródło zaspokojenia. Stałość oznacza towarzyszenie sobie w trudnościach i pomimo trudności, zmaganie się o najlepszy i najbardziej satysfakcjonujący kształt łączących nas więzów, trwałą obecność w życiu, wiarygodność składanych obietnic i deklarowanych wartości. Te trzy cnoty połączone z wzajemnością tworzą fundament miłości. Formują bowiem samosterownego człowieka, którym nie kieruje wewnętrzny przymus związania się z innymi, ale który wchodzi w relacje, dlatego że tego pragnie, acz nie przymusza nikogo do kochania. Formują także człowieka, który widzi w innych swoich partnerów - rozpoznając swoje bogactwo, rozpoznaje także swoje braki; podobnie ma się rzecz w ocenie innych, z którymi może się sobą dzielić, i dzięki którym może się ubogacać. Nie krępuje też innych oczekiwaniami ponad miarę - wie, że każdy jest inny, inna zatem będzie "wymiana" pomiędzy każdym z przyjaciół, odmienne będą uczucia i różnorodne kształty relacji. Wszelako we wszystkich realizować się będzie pożądanie i ukochanie piękna. Choć różne będą formy bliskości. Myślę także, że philia zaczyna się od miłości samego siebie: tak jak kształtujemy autorelacje, tak kształtować będziemy również relacje z innymi". 

Nie oczekuję od ks. Oko akceptacji takich poglądów, nie ma w nich jednak nic z promowania skrajnej rozpusty. Co więcej, jestem autorem artykułu naukowego Po co gejowi normy?, w którym polemizuję z teorią queer. Kończę go w następujący sposób: „Czas już bowiem na to, byśmy oderwali kulturę (i procesy jej tworzenia) od doświadczenia seksualnego i spostrzegli, że „kulturę tworzącą różne rodzaje relacji, sposoby istnienia, typy wartości, formy wymiany między ludźmi, które są rzeczywiście nowe, bo nie są ani homogeniczne, ani nałożone na rutynowe formy kultury” [Foucault 2013, 271]. Odejście od normy seksualnej jako źródła kultury pozwoli nam w końcu otworzyć pole nowych relacji, poszerzyć praktyki wolności. Pozwoli nad także dostrzec, że siłą naszej kultury są nie tylko relacje międzyludzkie, ale także te, które łączą nas ze zwierzętami czy artefaktami. I że to, kim jesteśmy, zależy od relacji, w jakie wchodzimy”.



W związku z powyższym domagam się sprostowania fałszywych informacji na mój temat, a także przeprosin od ks. Oko. Nie wykluczam obrony swoich praw przed sądem. 


List niemal identycznej treści wysłałem do tygodnika DoRzeczy.
Różni się on początkiem:

"W opublikowanym przez Państwa wywiadzie z ks. Oko (http://dorzeczy.pl/id,7280/Ks-Oko-jeszcze-przed-coming-outem-ks-Charamsy-identyfikowal-go-
jako-agresywnego-geja.html) znajduje się fragment dotyczący mnie. Ks. Oko stwierdza: "Całkowicie zgadza się z donosami, które w różnych miejscach
złożył na mnie pan Marcin Bogusławski (i wszędzie zostały odrzucone), popiera je i radzi, by składać je na nowo. Jednak pan Marcin jest walczącym
gejem, który w dodatku w centrum swojego życia umieścił propagowanie poliamorii, czyli skrajnej rozpusty. Może więc zobaczymy piękną parę – ks.
Krzysztof i pan Marcin razem przynoszący donosy na mnie we wszelkie możliwe miejsca. Tym bardziej że ksiądz tak bardzo dba o swój wygląd – jak to jest typowe w tym środowisku"". 

Wbrew ks. Oko moje pismo nigdzie nie zostało odrzucone, zwyczajnie nikt na nie nie odpowiedział. 

niedziela, 4 października 2015

MAGISTERIUM O HOMOSEKSUALIZMIE


Mając na względzie to obfite nauczanie, niniejsza Instrukcja nie zamierza zatrzymywać się na wszystkich kwestiach dotyczących obszaru uczuciowości i seksualności, które wymagają dogłębnego rozeznania podczas całego okresu formacji. Zamiast tego, zawiera ona normy dotyczące konkretnej kwestii, która pod wpływem obecnej sytuacji stała się bardziej nagląca, to znaczy: czy przyjmować do seminarium i dopuszczać do święceń kandydatów wykazujących głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne.

Głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne, które spotykane są wśród pewnej liczby mężczyzn i kobiet, są także obiektywnie nieuporządkowane oraz, dla nich samych, często stanowią próbę. Osoby takie trzeba przyjmować z szacunkiem i wrażliwością. Powinno się unikać wszelkich oznak niesprawiedliwej dyskryminacji w stosunku do nich. Są one powołane do wypełnienia woli Bożej w swym życiu i do włączenia w ofiarę Krzyża Pańskiego trudności, których mogą doświadczać.[8]
W świetle takiego nauczania, niniejsza Kongregacja, w porozumieniu z Kongregacją Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, uważa za konieczne oświadczyć wyraźnie, że Kościół, głęboko szanując osoby, których dotyczy ten problem,[9] nie może dopuszczać do seminarium ani do święceń osób, które praktykują homoseksualizm, wykazują głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne lub wspierają tak zwaną „kulturę gejowską”.[10]
Osoby takie, w istocie, znajdują się w sytuacji, która poważnie uniemożliwia im poprawną relację do mężczyzn i kobiet. Nie można w żaden sposób zignorować negatywnych konsekwencji mogących zrodzić się na skutek święceń osób o głęboko zakorzenionych tendencjach homoseksualnych.
Inaczej natomiast należałoby traktować tendencje homoseksualne, które są jedynie wyrazem przejściowego problemu, takiego jak, na przykład, niezakończony jeszcze proces dorastania. Niemniej jednak, takie tendencje muszą być wyraźnie przezwyciężone przynajmniej trzy lata przed święceniami diakonatu.
Kierownik duchowy ma obowiązek ocenić wszelkie cechy osobowości kandydata i upewnić się, że nie występują u niego zaburzenia natury seksualnej, które są nie do pogodzenia z kapłaństwem. Jeśli kandydat uprawia homoseksualizm albo wykazuje głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne, jego kierownik duchowy, a także spowiednik, ma obowiązek odwieść go w sumieniu od podążania ku święceniom.
Nie trzeba tłumaczyć, że sam kandydat ponosi pierwszorzędną odpowiedzialność za swą własną formację.[21] Musi poddać się z zaufaniem rozeznaniu Kościoła, biskupa, który wzywa go do święceń, rektora seminarium, swojego kierownika duchowego i innych wychowawców seminaryjnych, którym biskup lub przełożony wyższy powierzył zadanie formacji przyszłych kapłanów. Byłoby poważną nieuczciwością, gdyby kandydat ukrywał swój własny homoseksualizm, aby podążać, pomimo wszystko, w kierunku święceń. Taka nieszczera postawa nie odpowiada duchowi prawdy, lojalności i dyspozycyjności, który musi cechować osobowość tego, kto uważa, że jest powołany do służby Chrystusowi i Jego Kościołowi w kapłaństwie służebnym.




Stanowisko moralności katolickiej jest oparte na rozumie ludzkim oświeconym przez wiarę i kierowanym świadomie zamiarem pełnienia woli Boga, naszego Ojca. W taki sposób Kościół nie tylko jest w stanie czerpać wiedzę z odkryć naukowych, ale również przekraczać ich zakres; jest przeświadczony, że jego pełniejsza wizja uwzględnia złożoną rzeczywistość osoby ludzkiej, która w swoim wymiarze duchowym i cielesnym została stworzona przez Boga i dzięki Niemu powołana do udziału w dziedzictwie życia wiecznego.
Jedynie w ramach tego kontekstu można jasno zrozumieć, w jakim sensie zjawisko homoseksualizmu, w swoich wielorakich odniesieniach i ze swoimi następstwami dla społeczeństwa oraz życia Kościoła, jest problemem, dotyczącym właśnie troski duszpasterskiej Kościoła. Dlatego wymaga się od jego duszpasterzy uważnego studium, konkretnego zaangażowania oraz uczciwej, teologicznie wyważonej refleksji.
W dyskusji powstałej po ogłoszeniu Deklaracji, zostały jednak zaproponowane interpretacje nadmiernie przychylne samej skłonności homoseksualnej, do tego stopnia, że niektórzy posunęli się do zdefiniowania jej jako obojętnej lub, co więcej, jako dobrej. Należy natomiast sprecyzować, że szczególna skłonność osoby homoseksualnej, chociaż sama w sobie nie jest grzechem, stanowi jednak słabszą bądź silniejszą skłonność do postępowania złego z moralnego punktu widzenia. Z tego powodu sama skłonność musi być uważana za obiektywnie nieuporządkowaną.
Dlatego ci, którzy znajdują się w tym uwarunkowaniu, powinni być przedmiotem szczególnej troski duszpasterskiej, by nie doszli do przekonania, że urzeczywistnianie tej skłonności w relacjach homoseksualnych jest wyborem możliwym do przyjęcia z moralnego punktu widzenia.
Nie oznacza to, że osoby homoseksualne nie są szlachetne i nie składają daru z samych siebie, lecz gdy angażują się w aktywność homoseksualną, wzmacniają w sobie nieuporządkowaną skłonność płciową, która sama przez się charakteryzuje się samozadowoleniem.
Jak ma to miejsce w każdym innym przypadku nieporządku moralnego, także aktywność homoseksualna przeszkadza w realizacji siebie i szczęściu, ponieważ sprzeciwia się stwórczej mądrości Boga. Odrzucając błędne opinie na temat homoseksualizmu, Kościół nie ogranicza, lecz raczej broni wolności i godności osoby, realistycznie i autentycznie rozumianych.
Tymczasem dzisiaj coraz większa liczba osób, nawet wewnątrz Kościoła, wywiera nań niezmiernie silny nacisk, by skłonić go do zaakceptowania skłonności homoseksualnej, tak jak gdyby nie była ona nieuporządkowana moralnie, i do zalegalizowania czynów homoseksualnych. Ci, którzy wewnątrz wspólnoty wiary wywierają nacisk w tym kierunku, mają często ścisłe powiązania z tymi, którzy działają poza nią. Te grupy zewnętrzne są pod wpływem poglądów sprzecznych z prawdą o osobie ludzkiej, która została nam w pełni objawiona w misterium Chrystusa. Ukazują oni, chociaż nie w sposób całkowicie świadomy, ideologię materialistyczną, która neguje transcendentalną naturę osoby ludzkiej, jak również nadprzyrodzone powołanie każdego człowieka.
Słudzy Kościoła powinni troszczyć się, by osoby homoseksualne powierzone ich trosce, nie zostały sprowadzane na błędne drogi przez te opinie, tak bardzo sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Ryzyko przecież jest wielkie i wielu jest takich, którzy usiłują wywołać zamęt w odniesieniu do nauczania Kościoła i powstałe zamieszanie wykorzystać do swoich celów.
9. Także w Kościele powstała tendencja, wytworzona przez różne grupy nacisku o różnych nazwach i różnym zasięgu, która usiłuje uchodzić za przedstawiciela wszystkich osób homoseksualnych, będących katolikami. W rzeczywistości jej zwolennikami są w większości osoby, które bądź lekceważą nauczanie Kościoła albo chcą je w jakiś sposób zmienić. Próbuje się zgromadzić pod egidę katolicyzmu osoby homoseksualne, które nie mają żadnego zamiaru zerwania z zachowaniem homoseksualnym. Jedną ze stosowanych metod jest wykazanie drogą protestu, że jakakolwiek krytyka lub zastrzeżenie wobec osób homoseksualnych, ich działania i stylu życia, jest po prostu formą niesprawiedliwej dyskryminacji.
Z tego powodu w niektórych państwach dochodzi do rzeczywistego manipulowania Kościołem, zyskując nawet poparcie jego pasterzy, podejmowanego często w dobrej wierze w celu zmiany norm prawodawstwa cywilnego. Celem takiego działania jest dostosowanie tego prawodawstwa do poglądów tych grup nacisku, zdaniem których homoseksualizm jest co najmniej rzeczywistością całkowicie nieszkodliwą, jeśli nie zupełnie dobrą. Chociaż praktyka homoseksualizmu poważnie zagraża życiu i dobru wielu ludzi, rzecznicy tej tendencji nie odstępują od swojego działania i nie chcą wziąć pod uwagę rozmiarów ryzyka, które jest w nim zawarte.
Niektórzy uważają, że w pewnych przypadkach skłonność homoseksualna nie jest wynikiem wolnego wyboru i że osoba homoseksualna nie ma alternatywy, ale jest zmuszona do zachowywania się w sposób homoseksualny. Na tej podstawie przyjmuje się, że działałaby w takich przypadkach bez winy, nie będąc rzeczywiście wolną.
W tej sprawie jest konieczne odwołanie się do mądrej tradycji moralnej Kościoła, która ostrzega przed uogólnianiem w osądzaniu indywidualnych przypadków. W określonym przypadku mogły bowiem istnieć w przeszłości lub obecnie istnieją okoliczności zmniejszczające lub nawet uwalniające jednostkę od winy; inne natomiast okoliczności mogą ją powiększać. Powinno się więc unikać bezpodstawnego i upokarzającego domniemania, że zachowanie homoseksualne osób homoseksualnych zawsze podlegałoby przymusowi i dlatego pozostawałoby bez winy. W rzeczywistości także u osób ze skłonnością homoseksualną powinna być uznana owa podstawowa wolność, która charakteryzuje osobę ludzką i nadaje jej szczególną godność. Jak w każdym odwróceniu się od zła, dzięki tej wolności, ludzki wysiłek oświecany i wspomagany przez łaskę Bożą, może powstrzymać te osoby od aktywności homoseksualnej.
12. Co zatem powinna robić osoba homoseksualna, która usiłuje iść za Chrystusem? Zasadniczo osoby te są powołane do pełnienia woli Bożej w swoim życiu, łącząc z ofiarą krzyża Chrystusa wszelkie cierpienia i trudności, których mogą doświadczyć z powodu swojej sytuacji. Dla wierzącego krzyż jest owocną ofiarą, ponieważ z tej śmierci pochodzi życie i odkupienie. Nawet jeśli każde wezwanie do niesienia krzyża lub do takiego chrześcijańskiego rozumienia cierpienia stanie się prawdopodobnie przedmiotem szyderstwa, należałoby przypomnieć, że jest to droga zbawienia dla wszystkich, którzy idą za Chrystusem.


piątek, 2 października 2015

WSPÓLNOTA MIŁOŚCI. KS. CHARAMSA I NADZIEJA

„W środowisku myśli rodzą się nasze radości i nasze cierpienia, lęgną się dobre i złe czyny” – pisze ks. Michał Heller. I dodaje: „Myśl zmienia świat – z moralnie neutralnego w przeniknięty wartościami. […] I nie jest tak, że każda mądrość jest cnotą. Zdarza się mądrość na służbie głupoty”.

Myślę, że sprawdzianem czemu służy mądrość – cnocie czy głupocie – świadczy nas stosunek do drugiego człowieka. Gorący czas, sprowokowany tekstem ks. Krzysztofa Charamsy, na pewno podgrzeje jego wyznanie, że jest gejem. To wyznanie to dla mnie probierz – probierz tego, na ile ewangeliczna jest postawa polskich katolików i języka, którym się posługują.
Sytuacja już nie jest prosta. Ks. Charamsa pisze bowiem, że zdecydował się na coming out ze względu na to, z jakim rodzajem krytyki spotkał się jego tekst. „- Żądam od Kościoła, by zaczął nas traktować na poważnie, by spojrzał nam w oczy, jak czynił z każdym człowiekiem Pan Jezus. Żądam, by przestał nas stygmatyzować, zohydzać w oczach świata, poniewierać nami. Dziś czuję, że jestem księdzem po to, by upomnieć się o prawa tej, wciąż jeszcze u nas upokarzanej, części społeczeństwa i Kościoła” – czytamy w Gazecie Wyborczej*.  
Jezus uczy, że przyjęli Go ci, którzy otoczyli miłością chorych, więźniów, wędrowców, głodnych i spragnionych. Tych, którzy kochają niewidzialnego Boga w widzialnych braciach. Znaczna część krytyki skierowana pod adresem tekstu Charamsy, tak jak i wywiad ks. Dariusza Oko dla fronda.pl, w którym wręcz zrównał się z Chrystusem, przeczy tej ewangelicznej logice. Przeczy także logice Katechizmu Kościoła Katolickiego, który uczy o oddzieleniu krytyki grzechu (co daje się rozciągnąć na dyskusję z poglądami) od ataku na człowieka.

Tomasz z Akwinu uczy, że istnieje „mądrość zła”, której celem ostatecznym są dobra ziemskie. Taką złą mądrością jest napaść na człowieka, która pozwala nam umocnić swój autorytet, potwierdzić własne tezy, posiać nienawiść.
Polski Kościół i osoby go reprezentujące stanąłby na wysokości zadania, gdyby rzeczowo odpowiedział na niezwykle merytoryczne zarzuty, które ks. Charamsa stawia w swym tekście, a nie zajął się atakowaniem człowieka czy podważaniem jego argumentów dlatego że sformułował je gej. Taka postawa wymaga jednak dojrzałości – i wiary, i intelektu. Wymaga tego, by dyskurs Kościoła posłużył cnocie, a nie głupocie.
Kwestia intymnego życia ks. Charasmy winna być sprawą między nim, Bogiem, a instytucją, z którą jest związany. Usłyszana zaś winna być historia człowieka, którego nienawiść, stygmatyzacja, próby zohydzenia oddzielają od żywej wspólnoty miłości i nadziei.

Wyznanie ks. Charamsy ani na jotę nie osłabia wymowy jego tekstu. Moralne myślenie – powtórzę to – wymaga, by odpowiedzieć na ten tekst nie personalnie i bez stosowania sztuczek erystycznych. Ale rzeczowo. Wyznanie to nadaje co najwyżej rys ludzkiego tragizmu temu, że wewnątrz wspólnoty miłości, domu duszy, konieczna jest walka o szacunek, bez którego nie da się głosić Dobrej Nowiny.

Jestem wdzięczny ks. Charamsie za odwagę. Także za to, że obala narrację bliską ks. Oko - nie mówi o seksie i tłokach, ale o godności, stygmatyzowaniu, braku miłości i postawie Jezusa. 
Św. Paweł mówi, że tam, gdzie wzmaga się grzech, tam obficiej rozlewa się łaska. Myślę – przez analogię – że ks. Charamsa odsłaniając to, co dla niego intymne i najłatwiej podatne na zranienie, prowokuje, by pojawiło się więcej nadziei i miłości.

„Ktoś, kto kocha, widzi to, czego inni nie widzą. Miłość otwiera w nas zmysł, który William Johnston – pisze kard. Tagle. - nazwał okiem wewnętrznym lub trzecim okiem – oko serca, oko miłości. To trzecie oko widzi jedynie dzięki miłości. Tak jest z nami wszystkimi. Gdy mi- łość w nas żyje, widzimy więcej, niż ci, którzy nie kochają. Nim ich dzieci zdążą się na coś poskarżyć, rodzice już widzą, że coś jest nie tak. Niektóre kobiety nie potrzebują dowodów niewierności swych mężów, gdyż, doświadczone przez lata miłości, widzą, że w ich małżeństwie dzieje się coś niedobrego. Miłość zwiększa naszą wrażliwość i spostrzegawczość, pozwalając nam dostrzec to, co wykracza poza zwykłe znaki i prawdy. To, co święty Paweł pisał o miłości w Liście do Koryntian, sprawdza się w Ewangelii Jana: miłość „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 7). Gdy kochamy, wierzymy. Nie zawsze jest tak, że, by pokochać, musimy najpierw uwierzyć. Niekiedy jest odwrotnie – miłość pogłębia wiarę. Przykład umiłowanego ucznia dowodzi, że wiara w Chrystusa zmartwychwstałego jest odpowiedzią miłości w takim samym stopniu, w jakim jest ona konsekwencją spotkania ze Zmartwychwstałym. Kto zobaczy Zmartwychwstałego? Ten, kto miłuje Chrystusa. Wyznanie „Pan zmartwychwstał” jest nie tylko wypowiadaną przez nas formułą wiary, lecz także wyznaniem miłości. Jest okrzykiem miłującego – człowieka, który kocha Chrystusa. Filozof Gabriel Marcel miał kiedyś powiedzieć: „Gdy wyznajesz komuś miłość, tak naprawdę mó- wisz mu: «Nie chcę, byś umarł»”. Gdy kogoś kochamy, chcemy, by ukochana osoba żyła wiecznie, by została z nami na zawsze. Dlatego nawet wówczas, gdy umrze, miłość skłania nas do nadziei, że w rzeczywistości nie umarła. Śmierć może położyć kres życiu, lecz nie miłości, gdyż prawdziwa miłość jest silniejsza niż śmierć. W obliczu śmierci ukochanej osoby utwierdzamy się w przekonaniu, że ukochany nie umarł całkowicie. W naszym sercu będzie żyć zawsze. Nigdy nie umrze! Z perspektywy Ewangelii zmartwychwstanie jawi nam się jako wydarzenie miłości. Zadajmy sobie zatem pytanie: „Czy rzeczywiście widzę oczyma miłości Jezusa zmartwychwstałego? Czy spotykam zmartwychwstałego Chrystusa w swojej miłości?”.

W ks. Charamsie spotkałem Chrystusa. Znalazłem go w spokoju jego języka, w nazywaniu tego, co boli, by budować. Nie znajduję Jezusa w języku ks. Oko.



czwartek, 1 października 2015

TEOLOGIA I PRZEMOC. KS. CHARAMSA I KS. OKO

Bp Artur Miziński
Sekretarz Konferencji Episkopatu Polski

 Stanisław kard. Dziwisz
Metropolita Krakowski

Tygodnik Powszechny
Fronda.pl
Gazeta Wyborcza


Lego de touto, hoti hekastos hymon legei, Ego men eimi Paulou, Ego de Apollo, Ego de Kepha, Ego de Khristou. Memeristai ho Khristos? Me Paulos estaurothe hyper hymon, e eis to onoma Paulou ebaptisthete? (1 Kor 1, 113).

Czy Pomazaniec jest rozczłonkowany? Czy jesteśmy Bonieckiego, Charamsy, Rysia. Hosera, Terlikowskiego I Oko? W czyje imię zostaliśmy ochrzczeni? I kto, poza Chrystusem, został za nas ukrzyżowany?

Lektura artykuły Teologia i przemoc była dla mnie doświadczeniem bardzo intensywnym, zarazem bolesnym i budującym, przynoszącym nadzieję. Jest on przykładem szlachetnego braterskiego upomnienia i próbą zdiagnozowania zjawiska, które czyni niewiarygodnym przepowiadanie Dobrej Nowiny w naszym kraju. Charamsa unika piętnowania i stygmatyzowania grup ludzi. Nie rozgrywa swojego tekstu przeciw czasopismom i innym mediom. Precyzyjnie wskazuje nadużycia, których – jego zdaniem – dopuszcza się ks. Dariusz Oko. Wskazuje także konkretne osoby, które winny zareagować po to, by naprawić krzywdę spowodowaną takim mówieniem o przesłaniu Jezusa, które zamiast miłości i nadziei szkaluje, obraża, wyklucza. Działanie naprawcze jest potrzebne tym bardziej, że poglądy głoszone przez ks. Oko, także w katolickich mediach, spotykają się z pełną aprobatą.

Tekst Charamsy spotkał się z reakcją fronda.pl. Na portalu pojawił się wywiad z ks. Oko przeprowadzony przez Tomasza Wandasa (http://www.fronda.pl/a/ks-prof-oko-dla-frondapl-tp-reprezentuje-michnika-nie-kosciol,57811.html). Ton tego wywiadu jest pryncypialny. Niestety, nie przynosi odpowiedzi na żaden z zarzutów postawionych ks. Oko przez ks. Charamsę.

Wydaje się, że ks. Oko czuję się zwolniony z merytorycznej dyskusji. Mówi:
„Ataki Gazety Wyborczej i Tygodnika Powszechnego są zaszczytem – tak mówią mi przyjaciele. Wiadomo, że sądzenie według własnych słów dziennikarzy Gazety Wyborczej i Tygodnika Powszechnego, którzy nieustannie atakują Kościół jest słabe. Dla tych środowisk, jeżeli powiemy jedno zdanie krytyczne na temat gejów czy Izraelitów natychmiast spotkamy się z falą nienawiści. Ataki tych „realistów” są dla mnie zaszczytem, gdyż nie tylko mnie się tam atakuje, ale również Kościół, szczególnie biskupów. […]Kiedy media pełne nienawiści do Kościoła atakują również mnie, czuje się zaszczycony, gdyż potwierdza to, że dobrze wykonuje swoja pracę. Tutaj nie ma miejsca na moje nauczanie a nauczanie Kościoła. Skoro wzbudzam taką nienawiść, to widocznie dobrze to robię”.
Przypomina to strategię opisaną w tekście ks. Charamsy, który zauważa, że ks. Oko publicznie zachęca, by nie czytać autorów, których poddaje bezpardonowej krytyce.
Dalsza część wywiadu staje się gorszącym atakiem personalnym, w którym ks. Oko wykorzystuje swój stały zabieg: nawiązanie do któregoś z totalitaryzmów. Tym razem jest to nawiązanie do socjalizmu i UB.  Oko mówi: „ Był już kiedyś taki ksiądz słynący z ataków na Episkopat Polski – ks. Jan Czajkowski. Po kilku latach wyszło na jaw, że pracował dla UB i donosił na ks. Popiełuszkę”.
Przewina Charamsy jest jednak większa – ostatecznie okazuje się, że atakuje on Jezusa: „Można powiedzieć, że ten atak jest też skierowany na Jezusa. Księdzu Charamsowi nie podobają się mocniejsze sformułowania, a przecież oczywiste jest, że czasem trzeba powiedzieć coś mocniej, aby to dotarło do ludzi. Czy Jezus tego nie robił? Ja staram się go naśladować. Można zatem powiedzieć, że ks. Krzysztofowi Charamsowi nie podoba się Jezus. Krytykując Jezusa stawia się ponad nim. Stawia się też ponad papieża”.
W końcu dyskredytuje Charamsę, który jest doktorem, w odróżnieniu od Oko, który posiada habilitację: „Nie widziałem żadnych publikacji ani jakikolwiek śladów wskazujących na to, by się tą tematyką zajmował. Pytanie na czym on opiera swoje przekonania? Jest doktorem, ja mam habilitację, podczas krytykowania mnie nie odwołuje się do moich publikacji naukowych. Wszystko wskazuje na to, że to, co zrobił było niekompetentne”.  (Charamsa pisze wprost, że ks. Oko nadużywa autorytetu, który sam sobie przypisuje).

Wszystkie te sformułowania posiadają wysoką temperaturę emocjonalną i są wyjątkowo perswazyjne. Można nawet powiedzieć, że ks. Oko doskonale odrobił lekcję erystyki. Stosując argumentację ad auditorem może uniknąć odpowiedzi na jakikolwiek stawiany mu zarzut. Zamiast tego może oddziaływać na odbiorców budując karykaturalny i wrogi obraz przeciwnika, dokonując uogólnień (zamiast dyskutować z Charamsą prowadzi batalię z Tygodnikiem Powszechnym, Gazetą Wyborczą i autorem Teologii i przemocy) czy wspierając się odwołaniem do autorytetów („Ostatnio szef Episkopatu Polski publicznie powiedział, że popiera działalność ks. Oko, ks. kard. Dziwisz i wielu innych zapraszają mnie przecież do siebie, abym wygłaszał wykłady”), przeinaczając poglądy Charamsy (podparte odwołaniami do papieża Franciszka, dokumentów Międzynarodowej Komisji Teologicznej, prawa kanonicznego itd.) po to, by poprzez wpływ na wolę a nie na rozum odbiorców przekonać ich do własnych poglądów (argumentum ab utili).
Nie trzeba szczegółowej wiedzy z retoryki by wiedzieć, że strategia stosowana przez ks. Oko może być efektowna i efektywna, jest jednak miałka poznawczo. Niestety.

Wywiad opublikowany przez fronda.pl nie dość, że nie podważa zarzutów merytorycznych postawionych ks. Oko przez ks. Charamsę, to jeszcze je utwierdza. Prowokuje do postawienia pytań o to, jaką „moralnością myślenia” (nawiązuję do tytułu książki ks. Michała Hellera) kieruje się ks. Oko, jakiego Jezusa głosi i jaki Kościół reprezentuje?
Zacznijmy od moralności myślenia. Ks. Heller wymienia siedem reguł (jak sam pisze – tytułem przykładu, a nie wyliczenia), bez których nie ma mowy o moralnej myśli.
1.      Należy dążyć do ścisłości i informatywności w formułowaniu swoich wypowiedzi.
2.      Należy być otwartym „na dyskusję z innymi. Prawdy na swój własny użytek, prawdy, które nie mogą być przekazywane innym, są z góry podejrzane. Ale dyskusja, jeśli ma spełniać funkcję wyostrzenia krytycyzmu, musi być otwarta. Wstępnym warunkiem otwartości jest: nie narzucać dyskutantowi swojego rozumienia terminów, a jej istotą: wysłuchać go i starać się zrozumieć, co mówi. […] Dyskusja ze z góry powziętym postanowieniem, że nie ustąpię <choćby nie wiem co>, jest najbardziej jaskrawym przejawem irracjonalności”.
3.      Należy być samokrytycznym. Najbardziej bezlitosnym dyskutantem „powinienem być […] sam dla siebie”.
4.      Należy krytycznie rozpatrywać inne możliwości, niż te przyjmowane przez siebie.
5.      Należy dbać o spójność poglądów.
6.      Należy wyciągać wnioski z przyjmowanych przesłanek rozumowania.
7.      Należy być świadomym różnorakich uwarunkowań własnych poglądów i być świadomym własnych ograniczeń językowych. „Kto bowiem twierdzi, - pisze Heller – że jego poglądy są po prostu odbiciem, odzwierciedleniem czy odfotografowaniem rzeczywistości, bez żadnych zabarwień pochodzących od innych czynników, daje tym tylko dowód, że nie został uwarunkowany przez żadną wiedzę nabytą”.

Jestem przekonany, że ks. Oko obce są reguły 1, 2, 3, 4 i 7.
Warto także zastanowić się nad jakością naukową badań ks. Oko nad gender. Tytułem przykładu ks. Oko pisze:
„Dodajmy, że środowiska gejowskie żyją w obrzydliwej rozpuście, zatrważającym promiskuityzmie (pozbawione więzi uczuciowej kontakty seksualne podejmowane z przypadkowymi osobami). Potrzebują ciągle nowych partnerów, szczególnie zaś interesują ich właśnie chłopcy w wieku pokwitania. […] Oni nie traktują  młodych osobników jak ludzi, tylko jak rzeczy do wykorzystania”.

„My mamy obowiązek bronić ludzi przed maniakami seksualnymi. Seks sam w sobie nie jest aż tak ważny dla człowieka normalnego, zdrowego, zintegrowanego. Ale ponieważ idą na nas całe zastępy maniaków seksualnych – współczesnych Hunów o bardzo niskiej kulturze, zdruzgotanych przez seks – to musimy się przed nimi bronić”.

„Starych gejów się nie pokazuje, bo to jest obraz rozpaczy. Pokazuje się młodych, ładnych. Starzy mają zwykle po kilka chorób wenerycznych i zakaźnych”.
To fragment artykuły, który ukazał się w wieloautorskiej monografii naukowej Spór o naturę ludzką (16 tom Zadań współczesnej metafizyki), którą recenzował prof. o. Edmund Morawiec. Dodam tylko, że cały tekst nie posiada ani jednego odnośnika bibliograficznego i pozbawiony jest aparatu naukowego.

Wystąpienia i teksty ks. Oko warto by także obejrzeć przez pryzmat Kodeksu Etyki Pracownika Naukowego uchwalonego przez PAN (http://www.instytucja.pan.pl/index.php/komisja-do-spraw-etyki-w-nauce/skad-komisji).

Boję się odpowiedzieć na pytanie, jakiego Jezusa głosi ks. Oko i jaki Kościół reprezentuje?
Nowy Testament nie pozostawia wątpliwości, że Bóg jest miłością oraz że nie można kochać niewidzialnego Boga jeśli nie kocha się sióstr i braci, których się widzi i z którymi się żyje (por. 1J 4, 19-21). „Nikt nigdy nie widział Boga, ale gdy okazujemy sobie miłość, ludzie mogą Go zobaczyć w naszym życiu – nasze czyny wyrażają bowiem Jego miłość” (1 J 4, 12).
Rozumiem Kościół jako głosiciela nadziei, której źródłem jest Chrystus. Silnie przemawia do mnie nauczanie papieża Franciszka, który stanowczo podkreśla, że Kościół „nie jest jakąś instytucją, która miałaby cel sama w sobie, nie jest stowarzyszeniem prywatnym lub jakąś organizacją pozarządową” (audiencja generalna , 18.06.2014). Kościół, co równie dobitnie podkreśla Papież, nie jest także własnością jakiegokolwiek narodu (audiencja generalna 12.06.2013). Kościół jest matką rodziny ludzkiej, przestrzenią wzajemnej służby i miłości. Franciszek mówił pięknie: „Wszyscy jesteśmy rodziną, mamy wspólną matkę. Kościół jest czymś znacznie szerszym, otwierającym się na całą ludzkość”. I dodaje: „Lubię używać takiego synonimu: chrześcijanie to […] lud błogosławiący. Chrześcijanin, poprzez swoje życie, zawsze powinien błogosławić Boga i błogosławić każdego człowieka” (audiencja generalna, 18.06.2014).  Misją Kościoła zaś jest „niesienie światu nadziei i Bożego zbawienia – bycie znakiem miłości Boga, który wzywa wszystkich do życia w przyjaźni z Nim; bycie zaczynem, który sprawia, że rośnie całe ciasto […]”. Jak rozumieć miłość? To uznanie Boga „za jedynego Pana życia i, jednocześnie, akceptacja drugiego człowieka jako prawdziwego brata, poprzez przezwyciężanie podziałów, rywalizacji, nieporozumień, egoizmów. Te dwie rzeczy idą w parze” (audiencja generalna 12.06.2013).
Czy ideologiczna walka toczona agresywnym, często wulgarnym, językiem, wpisuje się w taką wizję Kościoła? Śmiem wątpić. I czy – jak twierdzi ks. Oko –  taki antychrześcijański Kościół wspiera Episkopat i biskupi?

Pozostaję z pytaniem, czy ks. Oko i fronda.pl mogą ustalać co jest, a co nie jest katolickie.
W Inter Mirifica czytamy:
„Aby właściwie posługiwać się tymi środkami jest rzeczą zgoła konieczną, by wszyscy, którzy ich używają, znali zasady porządku moralnego i ściśle je w tej dziedzinie wcielali w życie. Niech więc zwracają uwagę na treść przekazywaną wedle specyficznej natury każdego z tych środków. Niech też mają przed oczyma warunki i wszystkie okoliczności, jak: cel, osoby, miejsce, czas i inne, w jakich dokonuje się przekazu, a które mogą zmieniać lub wręcz wypaczać jego godziwość. Wchodzi tu w rachubę również sposób działania właściwy każdemu z tych środków, jego siła oddziaływania, która może być tak wielka, że ludzie – szczególnie jeśli są nieprzygotowani – z trudem potrafią ją zauważyć, opanować lub w razie potrzeby odeprzeć” (nr 4).
„Pierwsze z nich dotyczy tak zwanej informacji, czyli zbierania i rozpowszechniania wiadomości. Jest rzeczą oczywistą, że wobec postępu dzisiejszej społeczności ludzkiej i coraz ściślejszych powiązań, łączących jej członków, informacja stała się niezwykle użyteczna, a bardzo często nieodzowna. Publiczne bowiem i szybkie przekazywanie informacji o wydarzeniach i sprawach umożliwia poszczególnym ludziom pełniejszą i stałą ich znajomość, dzięki czemu mogą oni skutecznie przyczyniać się do ogólnego dobra i wspólnie łatwiej wpływać na szeroki postęp całego społeczeństwa. Istnieje więc w społeczności ludzkiej prawo do informacji o tym, o czym ludzie, czy to pojedynczy, czy zespoleni w społeczności, powinni by wiedzieć, odpowiednio do warunków każdego. Właściwe jednak zastosowanie tego prawa domaga się, by co do przedmiotu swego informacja była zawsze prawdziwa i pełna, przy zachowaniu sprawiedliwości i miłości; poza tym, aby co do sposobu była godziwa i odpowiednia, to znaczy przestrzegała święcie zasad moralnych oraz słusznych praw i godności człowieka tak przy zbieraniu wiadomości, jak i przy ogłaszaniu ich. Nie każda bowiem wiadomość jest pożyteczna, „a miłość buduje” (1 Kor 8, 1)”. (nr 5).

Mam wątpliwości, czy wywiad z ks. Oko spełnia wymogi zawarte w powyższych słowach. Wiele poważniejszych wątpliwości budzi we mnie gros tekstów, dotyczących choćby uchodźców, które na fronda.pl można znaleźć.
Jedyne co mogę wobec tych wątpliwości, to trwać w modlitwie.

Z szacunkiem,

Marcin Bogusławski


Przypominam także swój list z lipca 2013 r. wysłany do kard. Dziwisza.
Otrzymałem na niego króciutką odpowiedź, zalecającą mi dyskusję z samym ks. Oko.






piątek, 25 września 2015

MASONI, UCHODŹCY I SPISEK

ZDJĘCIE ZA https://aszera.wordpress.com/2015/09/24/spisek-uchodzczy/


Kryzys humanitarny związany z napływem uchodźców ożywił pogląd, że wolnomularstwo walczy z chrześcijańską Europą. Po wiekach nieudanych walk aktualnie pracuje nad tym, żeby dokonać islamizacji kontynentu.
W Internecie spotkałem się już z pytaniami o to, jakie stanowisko wobec uchodźców prezentuje wolnomularstwo? (Niekiedy zadawane z dobroci serca, niekiedy odwrotnie). Spotkałem się także z krytyką i nazwaniem bezprawnym gromadzenia rzeczy przez masonów, które przekazane zostały organizacjom pomagającym migrantom.

W gruncie rzeczy nic nowego – stare uprzedzenia wykorzystane w aktualnej sytuacji. Niekiedy próba złapania wolnomularzy na jakimś nieostrożnym słowie (a nuż wysypie się sprawa spisku?).
Poza stereotypami znanymi od stuleci zapomina się o tym, że nie istnieje jedna masoneria, choć istnieją jednoczące nas ideały. Pomija się, że  świecie działają poszczególni wolnomularze, a loże – z zasady – są apolityczne. Choćby apel masonów Europy w sprawie uchodźców – jest przypomnieniem fundamentalnych  wartości tworzących kościec naszej kultury – jeśli tak ma wyglądać spisek (a więc tajne porozumienie szeregu osób w celu zrealizowania konkretnego celu) to znaczy, że kiepsko władam językiem polskim. Współbrzmi on zresztą z głosem papieża Franciszka, który w encyklice Laudato Si! jasno mówi o tym, że wszyscy ludzie tworzą jedną rodzinę i pokazuje, że problemy znacznej części globu zależą od polityki i działań gospodarczych państw Zachodnich, co pozwala mu w ramach odpowiedzialności i braterstwa apelować o pomoc i braterstwo w konkretnej kryzysowej sytuacji związanej z migrantami.

Jako wolnomularz liberalny, wierzący chrześcijanin, dyskryminowana mniejszość (gej, ale także osoba „przy kości”) chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami, związanymi z tematem uchodźców, masonerii i spisku.

Tym, co głęboko fascynuje mnie w wolnomularstwie, jest jego przekaz ideowy i metoda pracy nad sobą poprzez symbole. Jako filozofa uderza mnie fakt, że masoneria rodziła się w Wielkiej Brytanii w tym samym okresie, w którym kształtował się liberalizm filozoficzny (na bok odkładam tutaj dyskusję nad starszymi, niekiedy mitycznymi początkami wolnomularstwa). Były to czasy, gdy Wielka Brytania spływała krwią przelewaną w bratobójczych wojnach religijnych. „Do dziś – pisze Ireneusz Krzemiński – w starym Oksfordzie przybysz z Polski może być zaskoczony licznymi pomnikami, które zdobią sąsiadujące ze sobą place czy skrzyżowania ulic, upamiętniając tu setkę, tam dwie setki ofiar bądź jednej bądź drugiej strony bratobójczych walk między katolikami i protestantami”. Loża wolnomularska, która jest symbolicznym odbiciem świata, stanowić miała miejsce spotkania społecznie zwaśnionych stron. Nie po to, by dalej ze sobą walczyli, ale – by dostrzegając w sobie braci – mogli zacząć rozmawiać i walkę zamienić na wspólne budowanie siebie. A w konsekwencji świata wokół siebie (im lepszy człowiek, tym lepsze staje się otoczenie). Zgadzam się, że
„Metoda Wolnomularstwa polega zasadniczo na słuchaniu - słuchaniu w celu kształtowania samego siebie, swojej własnej myśli.
Chodzi o słuchanie każdego, kto wypowiada się w swoim imieniu, cokolwiek by nie powiedział, bez wzgardzania ani odrzucania tego, co mówi, zanim tego nie przemyślę, o zważenie, co mogę z tego wynieść dla siebie i, kiedy nie zgadzam się co do faktów, mogę sprostować, kiedy przyjdzie moja kolej zabrać głos, ale nie jest dozwolone polemizowanie dla samej przyjemności podnoszenia sprzeczności. Chodzi o to, żeby myśl każdego żywiła się myślą innych i, oczywiście, nigdy nie wyciągamy wniosków ostatecznych, ponieważ uważamy, że każda myśl, każda idea może podlegać ewolucji, modyfikacji i doskonaleniu.
Nikt nie posiada całej prawdy i poświęcamy dużo czasu na próby jej zdefiniowania.
Każdy może przynieść coś - chociażby było to niewiele - innym, a godność każdego zasadza się w jego woli postępu.
Żadne słowo nie ma w loży większej wagi niż słowo któregokolwiek z nas, a słowo uczonego, starca, młodzieńca, właściciela waży tyle, ile słowo związkowca, polityka, profesora czy studenta. Oczywiście, nie chodzi tutaj o informacje o charakterze technicznym, ponieważ każdy, w zakresie swoich kompetencji, oświeca myśl innych, ale nie nadaje to szczególnej ważności jego wypowiedziom.
Podkreślamy z naciskiem, że chcemy być najpierw « słuchaczami », a dopiero potem aktywnymi „mówcami”.
Wolnomularstwo ma charakter « progresywny », co znaczy, że postępujemy stopniowo, szczeblami. Tak jak wchodzi się po schodach używając stopni, tak samo my postępujemy drogą stopniowego uczenia się, ponieważ uważamy, że nie da się ogarnąć zbyt wiele jednocześnie i że ryzykuje ten, kto chce zdziałać za wiele naraz. Dlatego pragniemy pozostać wiecznymi „uczniami”. I chodzi tutaj nie tyle o gromadzenie wiedzy, ile o „proces uczenia”, umiejętność słuchania i umiejętności przekazywania”.

Arcyważne wydaje mi się przekonanie, że nikt nie posiada pełnej prawdy. Oznacza to, że rysem duchowości masona jest zdrowy sceptycyzm i skromność. Oznacza to, że nasza postawa wobec świata nie może być dogmatyczna, oparta tylko na wierze w nieomylność jakichś autorytetów, stronnictw. Oznacza to także, że każdy z nas winien być skromny, a więc otwarty na cudze perspektywy, stosowane argumenty. Elementem duchowości masona jest dla mnie przekonanie, że im więcej stanowisk się pozna, tym lepszy i bliższy nieuchwytnej Prawdzie konsens będzie możliwy do zbudowania. Łączy się to z wysiłkiem własnej pracy – wolnomularz zobowiązany jest drogi poprzez własne doświadczenie, nauki czy sztuki, by nie zadowalać się zbyt szybkimi i zbyt łatwymi odpowiedziami. Pomaga w tym, oczywiście, wspólnota Sióstr i Braci. Jako że zawsze ogranicza nas czas, zdobyte wykształcenie, własne możliwości intelektualne – różnorodność Braci i Sióstr jest źródłem pluralistycznych dysput i poszerzania spojrzenia na świat.

Rzekłbym, że zdrowo działająca masoneria realizuje postulat Ralpha Waldo Emersona i Friedricha Nietzschego: nie opłakiwać przeszłości, nie podglądać przyszłości, tylko żyć teraźniejszością twórczą ją budując. W końcu przyszłość będzie taka, jakie jej warunki zbudujemy hic et nunc. Jako mason na swoją teraźniejszość staram się patrzeć przez pryzmat dwóch ideałów: braterstwa (pociąga za sobą wolność i równość ludzi) i adagium ordo ex Chao. Jako wolnomularz wiem, że świat jest chaosem. Wiem także, że nigdy nie było epoki, w której świat by doskonale harmonijny, nie ma więc we mnie nostalgii do odbudowy dawnego ładu. Ufam też Emersonowi, który pisał, że „nie jesteśmy przecież dziećmi ani kalekami w jakimś chronionym miejscu, ani też tchórzami w ucieczce przed rewolucją, lecz przewodnikami, wybawcami i dobrodziejami – posłusznymi wysiłkowi Wszechmocnego w ataku na Chaos i Ciemność”.
Mason – jako osoba wolna, świadoma, otwarta na dialog, którego uczy się w Loży, szukająca porozumienia i nonkonformistyczna, pogodzona z pluralistycznym charakterem świata w którym żyje, próbuje wykuwać porządek konsensu, który sprawi, że będziemy żyć ze sobą jak siostry i bracia. Jest to niemożliwe bez wiary w pokój. Masoneria tedy stanowi sposób wychowywania dla pokoju. Jak ujął to James Anderson: „Mularz […] nigdy nie angażuje się w spiski i konspiracje przeciwko pokojowi i dobrobytowi narodu […]. Ponieważ Mularze zawsze krzywdzeni byli przez wojnę, rozlew krwi i zaburzenia, dawni królowie i książęta skłonni byli popierać owych rzemieślników dla ich pokojowej postawy i lojalności” (Konstytucje, art. 2). Pokój i braterstwo są możliwe dzięki ładowi moralnemu, który staramy się odkrywać i wprowadzać w naszą codzienność. Łączące nas prawo moralne – związane z kondycją człowieka – ma charakter uniwersalny w tym sensie, że nie zostało wyłożone i skodyfikowane raz na zawsze w żadnej doktrynie zawartej w ludzkich pismach. Masoneria nie jest zatem religią. Ale szanuje religie. Br.’. Dawid Steinkeller z GLCS pięknie pisał, że w kufrze na pulpicie Czcigodnego Mistrza wyłożone są święte księgo trzech religii monoteistycznych (a więc także Koran!) i biała księga filozofów.

Zarzuty, że masoneria chce zniszczyć chrześcijańską (a dokładniej katolicką) Europę pojawiły się dość wcześnie. Musimy jednak pamiętać, czego dotyczyły.
Loże, jako miejsca ekumenicznych spotkań, jako kuźnia dialogu i wiary w moralność jako przestrzeń międzyludzkich norm i wartości była zaprzeczeniem przekonania, że państwo winno być teokratyczne, podporządkowane jednej doktrynie religijnej i związanej z nią moralności. Odsyłam do Syllabusa Błędów Piusa IX, który – jak sądzę – rzuci światło na moje słowa. Sam jestem przekonany, że wolnomularstwo ma jednego wroga – fundamentalizm. Co ciekawe, strategia walki fundamentalizmu z masonerią jest próba pokazania, że to wolnomularze są zagrożeniem, spiskowcami, najeźdźcami, destruktorami.

Wracając do uchodźców.
Grzegorz Iniewicz pisze w jednym ze swoich artykułów, że sytuację osób LGB można widzieć podobnie do sytuacji migrantów. O ile jednak migranci przybywają w nowe miejsce ze swoją tożsamością i muszą konfrontować się z zespołem obcych dla siebie norm, o tyle osoby LGB najpierw nabywają stereotypowe role społeczne, żeby następnie próbować się z nich uwolnić, by stać się sobą. Obie sytuacje generują jednak czynniki stresu i skutecznie zakłócają spokojne funkcjonowanie. Jakby na potwierdzenie tych słów – w ramach protestów antyimigracyjnych łączono na plakatach wypowiedzi homofobiczne z antyislamskimi. Być może podobieństwa te spowodowały, że fala nienawiści przelewająca się przez Polskę dotykała i dotyka mnie osobiście. Zaangażowałem się zresztą w sprzeciw wobec mowy nienawiści, co dla wielu osób oznaczało, że chcę islamizować Europę i nie widzę żadnych zagrożeń.
Jest to absolutną nieprawdą. Sądzę jednak, że nie rozwiążemy problemów bez elementarnego szacunku do innych ludzi. Sądzę, że przeszkodą w rozwiązywaniu problemów nie jest braterska pomoc głodnym, topiącym się, konającym z wycieńczenia. Twierdzę też, że w rozwiązaniu problemów nie pomogą memy, nierzetelne artykuły i zmyślone relacje kolportowane w Internecie. Mason na początku swej drogi napotyka symbol Koguta – czyjność, autokrytycyzmu, dystansu. Kogut to idealny przewodnik w świecie, który ze względnego porządku znowu staje się chaosem. Postawa, której uczy symbol Koguta, tworzy warunki do rzeczowej dyskusji, której elementem jest otwartość na wszelkie relewantne argumenty.
Rozumiem, że dla osób, które rozstrzygnęły jak jest chęć dyskutowania może pachnieć spiskiem. Mniej się jednak boję takich „spisków”, niż dogmatycznego urządzania świata według jednej wizji.  


PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...