sobota, 24 listopada 2012

PUSZCZALSCY. Z ZASADAMI!

Reagując na mój wpis o poliamorii Maja Chmura podesłała link do recenzji Piotra Szumlewicza z książki Puszczalscy z zasadami. Recenzja, nosząca prowokacyjny tytuł Czy poliamoria nas wyzwoli, na tyle ciekawie opowiada o pracy Dossie Easton in Janet Hardy, że postanowiłem ją przeczytać.

Były z tym pewne perturbacje, bo pytanie o nią w księgraniach czy - w końcu - odebranie w EMPiKu od razu budziły uśmiechy księgarzy. Bo niby jak puszczalscy mogą mieć zasady? I kim musi być człowiek kupujący "Praktyczny przewodnik dla miłośników poliamorii, otwartych związków i innych przygów"?

Warto jednak przejść przez taką lekcję wiele znaczących uśmieszków, książka bowiem wszystkie je zrekompensuje i to z nawiązką. 
Nie jest idealna. Nie dlatego - jak pisze Szumlewicz - że nie dostrzegają trudnych i ciemnych stron poliamorii, ale dlatego że książka pisana jest językiem typowym dla amerykańskich poradników psychologicznych. Momentami zatem trudno odnaleźć w niej głębszą refleksyjność, którą zastępuje powtarzane jak mantra wezwanie do pomnażania przyjemności, bo przyjemność jest szczęściem.
Drażnić może również seksualizacja dyskuru Autorek, ale to już akurat zarzut nie pod ich adresem, ale pod adresem naszej kultury, która - przejmując dominację nad człowiekiem - zniszczyła język erotyki w całości przekodowując go na język zachowań seksualnych. Tedy walka o odzyskanie przez erotykę autonomicznej wartości zawsze musi prowadzić przez język seksualności.

Niecko kłopotliwy może być również sposób, w jaki Autorki rozumieją poliamorię. Łączą bowiem pod tą egidą zachowania bardzo różne - bogate życie seksualne singli, próby budowania związków trzyosobowych, swingowanie, czy tworzenie dwuosobowych związków nieograniczających partnerów w realizacji ich potrzeb seksualnych. 
Sam powiedziałbym zatem, że jest to książka o poliamorii i o polierotyczności, przez poliamorię rozumiejąc relacje anagażujące nie tylko seskualnie, ale także emocjonalnie i intelektualnie, a więc niemożliwe, jak sądzę, do realizacji grupowej, a przez polierotyczność - otwarcie na przyjemne doznania płynące z seksu.   
Rozumiem jednak strategię Autorek - w kulturze, która mocno zakłamała naszą erotyczność/seksualność twierdząc, że sama w sobie jest ona destrukcyjna i nabiera sensu wyłącznie w ramach ścisłej kontroli i reglamentacji, trzeba pokazać piękno, sensowność i pozywtyność szerokiego spectrum odmiennych potrzeb i zachowań.  

Czytając książkę Easton i Hardy miałem w głowie fragment z Dzienników Witolda Gombrowicza, w którym pisarz przeciwstawia się etykieowaniu ludzi i marzy o tym, żeby każdy mógł być w społeczeństwie po prostu swoim "Ja". 
Podobne podejście prezentują bowiem Autorki. Mocno przeciwstawiają się one stereotypowemu opisywaniu ludzi przez etykiety orientacji seksualnej, pokazując, że między krańcami hetero- i homo-seksualnymi rozciąga się prawdziwe kontinuum naszych potrzeb i fascynacji. Wracają tedy do czasów sprzed dziewiętnastowiecznego dyskursu psychiatrycznego, który wynalazł i skodyfikował nasze seksualne tożsamości.
Sprzeciwiają się one również mechanizmom ujarzmiania, wpisanym w naszą kulturę, prowokacyjnie twierdząc, że książka spełni swoje zadania wtedy, gdy skłoni czytelnika do okreśelenia swoich granic w kontekście otwarcia erotycznego, zrozumienia, skąd te granice się wzięły i zdecydowania, czy warto je przesunąć.

Aby czytelnik mógł tego dokonać Autorki otwierają przed nim bogactwo możliwości.
Piszą o możliwych sposobach realizowania polierotyczności - o klubach, miejsach schadzek, strategiach szukania kochanków. Piszą o ruchach eksponujących element przyjemności-szczęscia płynący z seksu, ale także o grupach, dla których zespolenie erotyczne ma funkcję sakralną. Piszą o potrzebie celibatu (sic!), o pięknie monogamii, o ile jest ona kwestią decyzji partnerów. Piszą w końcu o tym, że poliamoria i polierotyczność są czymś zupełnie innych w przypadku singli i osób związanych.

Inność ta wynika z podstawowej zasady, która powinna kierować zachowania poliamorycznymi i polierotycznymi - niekrzywdzenia partnerów, z którymi wchodzimy w relację. 
Ma to szczególne znaczenie w przypadku osób, które chcą budować silne więzi rodzinne, otwarte na miłość czy doświadczenia seksualne z innymi osobami.
Autorki bardzo przkonująco pokazują, że - wbrew utartym opiniom - takie otwarcie może być czymś budującym oraz rozwijającym zarówno dla związku jako całości, jak i dla samych partnerów. Potencjał ten jednakże może ujawnić się tylko wtedy, gdy partnerzy dbają o szczerość, zaufanie, troskę i szczęścię między sobą. Stabilność związku, umiejętność bycia ze sobą, pozwalają bowiem dostrzec w "doświadczeniu poli" otwarcie na rozwijającą Inność, a nie próbę realizacji na boku czegoś, czego partnerowi niedostaje.
"Bycie poli" angażuje związek w sposób szczególny - uczy szczerości i dogłebności rozmów, uczy akceptowania potrzeb wpisanych w innego człowieka, ale przede wszystkim uczy mówienia o swoich słabościach. Autorki są świadome, że - zwłaszcza na początku - otwartość prowadzić może do zazdrości czy innego typu psychicznego dyskomfortu. Traktuja to jednak jako szansę na przepracowanie negatywnych uczyć, na naukę cierpliwego słuchania i podchodzenia do takich trudnych sytuacji jako do momentów, w których współpartner uczy zazdrosnego jego wartości i niezwykłości nie przez podporządkowanie się negatywnym emocjom, ale przez wyzwolenie od nich.
"Bycie poli" pozwala również zrozumieć, co daje związkowi poczucie bezpieczeństwa. Ustalenie takiego "pasa ochronnego" Autorki uważają bowiem za element konieczny dla etycznego, a więc odpowiedzialnego, otworzenia związku. 

Książka zawiera wiele celnych spostrzeżeń i wartościowych wskazówek pozwalających inaczej spojrzeć na siebe i na swój związek. Szczególnie cenne jest to, że Autorki co i rusz przypominają, że każdy z nas jest inny, a więc inna musi być również każda poliamoria i polierotyczność. Nie oferują tedy klucza do zbudowania związku, ale oferują perspektywę, w której każdy z nas może nadać swoim relacją wyzwalający i indywidualizujący charakter.

Gdybym nie był przekonany o tym, że "doświadczenie poli" może być doświadczeniem wartościowym, Easton i Hardy na pewno by mnie przekonały [przy czym więcej przekonania mam do poliamorii niż do polierotyczności, ta druga bowiem prowadzi do niebezpieczeństw wspomnianych przez Szumlewicza (urodyzm, seksizm, replikowanie struktur podporządkowania etc.)]. Jak każde wartościowe doświadczenie, także "doświadczenie poli" nie jest łatwe. Ale chyba to, co życiowo istotne proste być nie może.
Na poliamorię i polieriotyczność warto spojrzeć przychylnie, ale bez apologetyzowania. I w takiej perspektywie "Domagajmy się pełnego prawa do wielości form życia  emocjonalnego i seksualnego. Relacje poliamoryczne istnieją, a ludzie spełniają się w nich tak samo, jak w związkach i innych układach monogamicznych albo jako single". 

1 komentarz:

  1. Znam autorki, a Twój post potwierdził moje wątpliwości. Jeśli interesuje Cię kwestia seksualności polecam książkę "Na początku był seks". Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.