sobota, 9 lutego 2013

DIALOG - JAKI I PO CO? ODPOWIADAJĄC NA APEL AKO


Lwu,
miłośnikowi polilogów

Dzisiejszy Apel o kulturę wypowiedzi w dyskursie publicznym niezwykle mnie ucieszył.
Jak bowiem może nie cieszyć przypomnienie prawd elementarnych, że mamy dziś do czynienia z zalewem wypowiedzi 
"skrajn[ych], chamski[ch], zawierając[ych] inwektywy i wyzwiska pod adresem adwersarzy. (...) Zastępują one rzeczową argumentację,  podnoszą temperaturę wypowiedzi, antagonizują przez prostackie obrażanie, uniemożliwiają jakąkolwiek rzeczową rozmowę, próbę określenia swoich poglądów, wyłożenia racji. Bez tego elementarnego poziomu przekazu w procesie komunikacji nie ma mowy o jakimkolwiek porozumieniu, o poszukiwaniu kompromisu, miejsc stycznych, możliwości dialogu. Nawet jeśli sprawa ma charakter głęboko moralny i kompromis jest niemożliwy – zawsze można jasno określić przesłanki i uwarunkowania swojego sposobu rozumowania, swojego stanowiska, nie przyjmując poglądów adwersarzy, starać się je rozumieć.
Mówiąc w skrócie oświadczenie to jest przypomnieniem prawd doskonale znanych Tomaszowi z Akwinu, który - jak podaje Henryk Kiereś-  w swojej Summie teologii uznaje, że dialog jest podstawą społecznej miłości, al. solidarności.

Bez dialogu zatem nie ma społeczeństwa, o ile to zbudowane ma być poprzez więzi przyjacielskie, sprzyjające solidarnej pracy dla dobra wspólnoty.  

Czymże jednak jest dialog? Jakimi regułami się rządzi?
Kiereś wskazuje, że istnieją trzy rodzaje takich "uniwersalnych i neutralnych światopoglądowo" reguł czy warunków.
Są to:

po pierwsze, musi mieć na celu dobro osoby, z zastrzeżeniem, że osobą jest się niezależnie od uwarunkowań ekonomicznych, rasowych, płciowych, zdrowotnych czy od pozycji społecznej;

po drugie,  musi toczyć się w perspektywie prawdy, tzn. musi być rzeczowy i poważny, oparty o koherentne rozumowania, w których wykłada się rzeczywiste powody akceptowanych przez strony tez, eo ipso musi być szczery;

po trzecie, strony dialogu muszą cechować się dobrą wolą, której wyznacznikami są: otwartość, tolerancja, zaufanie do partnera dialogu czy wyrozumiałość dla potknięć w jego argumentacji. Za Aldoną Pobojewską dorzuciłbym jeszcze pokorę.

Jak pięknie pokazuje Pobojewska, dobra wola nie istnieje bez pokory, jako że bez pokory nie może istnieć otwartość. 
W postawie otwartości zakłada się bowiem to, że przyjmowane przez siebie poglądy nie muszą być prawdziwe w sensie absolutnym. Właśnie taki punkt wyjścia stwarza miejsce dla poglądów współ-dyskutanta, otwiera także na doświadczenie dialogu jako wspólnego poszukiwania prawdy
W tym sensie nie może istnieć dialog bez zachwiania poczucia tego, że wiem, bez odważnego spojrzenia w oczy kruchości własnych przekonań, oszacowania ich racji i odkrycia skrywanej za nimi niewiedzy.

Dialog tedy jest sztuką akceptowania pluralizmu, sztuką budowania bliskości mimo różnic, sztuką budowania solidarności ponad podziałami, sztuką właściwą dla skończonych, pozbawionych perspektywy boskiego oka, ludzi. 

***
O tym, że dialog jest podstawą wspólnoty, jestem bardziej niż przekonany.
Pisałem już resztą o tym we wcześniejszych postach.

Nie jestem jednak przekonany, co do tego, że tak rozumiany dialog propagowany jest przez członków AKO. I - szerzej - przez środowisko, które reprezentują. Akceptacja dialogu jako źródła wspólnotowej więzi jest bowiem w ostatecznym rozrachunku akceptacją relatywizmu. Ten nie musi oznaczać nieistnienia wartości, wystarczy, by oznaczał, że dziejowym ludziom nie są one dostępne w sposób uniwersalny i ponadziejowy. Taka perspektywa wprowadza bowiem uzasadnioną wielość perspektyw i różnorodność sytuacji aksjologicznych, w jakich na co dzień funkcjonujemy. Jest również podstawą do negocjowania takich praw, które sprzyjają realizacji jak największej ilości odmiennych spojrzeń i aksjologicznych przeżyć. 
Potwierdzenie swojej wątpliwości znajduję u Kieresia, który mówi wprost, że dialog oznacza brak tolerancji dla fałszu i odbywa się zawsze w perspektywie jednej jedynej, uniwersalnej prawdy na dany temat. Zaś koncepcje dialogu, w których nie przyjmuje się takiego ograniczenia, nazywa ideologiami, ich wyrazu szukając zwłaszcza w postmodernizmie i filozofii dialogu (!). Pisze tak choćby (wyróżnienie moje):
"Wbrew intencjom twórców filozofii dialogu (czy filozofii życia), kierunek ten pozostaje w nurcie myślenia kartezjańskiego, zakłada bowiem dualizm ontologiczny, czego skutkiem jest tzw. teoria dwóch prawd: prawdy naukowej (osiąganej w naukach przyrodniczych) i prawdy egzystencjalnej (dialogicznej, konsensualnej), której źródłem jest decyzja międzypodmiotowa, wspólne postanowienie lub głosowanie (o prawdziwości rozstrzyga przewaga głosów). Takie ujęcie problemu prawdy jest skażone błędem non sequitur (nie wynika) (z postanowienia większości głosów nie wynika prawda), a w konsekwencji skazuje kulturę na pragmatyzm, relatywizm, metodę prób i błędów. W zakresie społecznej teorii filozofia dialogu sprzyja, a nawet stanowi myślową podbudowę i moralną legitymację dla socjalizmu liberalnego i związanej z nim demokracji większościowej.
Co to za dialog, można zapytać, skoro jedna ze stron już zna prawdę??

Mój brak przekonania wynika jednak z jeszcze kilku innych rzeczy, które da się sprowadzić do dwóch.

Po pierwsze, członkowie AKO zarzucają swoim adwersarzom manipulowanie wypowiedziami, jak domyślam się, mając na myśli wypowiedzi Krystyny Pawłowicz i własny list poparcia dla niej. Wzywają także do jasnego wykładania racji i uwarunkowań własnego rozumowania.

Odpowiadając im mogę powiedzieć, ze są to słowa, które winni skierować przede wszystkim pod własnym adresem. Ocenę manipulowania wypowiedziami i naginania ich interpretacji pozostawiam wszystkim czytającym ze zrozumieniem. Nie darują sobie jednak uwagi, że racje stojące za ICH (czyli nie tylko członków AKO, ale środowiska, którego bronią) rozumowaniami są absolutnie niejasne. Egzegeta znaleźć w nich bowiem może teleologicznie zinterpretowany ewolucjonizm, zadziwiające interpretacje artykułów prawa (ze słynnym "przecinek jest spójnikiem"), głosy poparcia dla prawicowej posłanki, tytuły profesorskie. Konia z rzędem jednak, kto znajdzie proste stwierdzenie - piętnujemy związki partnerskie z powodów religinych (al. metafizycznych). Tak poucza nas objawienie. Przekonania dotyczące homoseksualizmu są składnikiem naszej wiary etc.
Przyznanie jednak, że uwarunkowania ich przekonań są z gruntu teologiczne, byłoby jednak niewygodne. Lepiej budować konstrukcje czarujące wiedzą medyczną czy biologiczną, od innych wymagając tego, czego nie robi się samemu.

Po drugie, członkowie AKO sprzeciwiają się eskalacji negatywnych emocji, posługiwania się inwektywami, wywierania presji (w tym ostatnim sekunduje im Pawłowicz, obciążając moralnie przeciwników za ewentualne skutki ich zmasowanego ataku).

Odpowiadając im chciałbym zapytać, kto - przede wszystkim - odwołuje się do języka przemocy? 
Zaangażowane społecznie wpisy na blogu, podobnie jak pozostający bez odpowiedzi list ws. lubelskiej Odwagi, stały się moją reakcją na skandaliczny list abpa Józefa Michalika, który w orędzi na adwent wzywał do krucjaty przeciw satanizmowi, promowanemu przez wszystkich myślących inaczej niż polski episkopat. 

Wzmożona zaangażowanie stało się z kolei wynikiem opowieści prawicowych o jałowości związków osób tej samej płci, czy szyderczemu kpieniu z Anny Grodzkiej. Wszystkie one - dostępne w lekturze, często także na wizji - godzą nie tylko w istotę dialogu, ale także w chrześcijańską moralność. Miałem już okazję o tym pisać w kontekście Katechizmu Kościoła Katolickiego, nie będę się więc powtarzał.
Zdziwnienie, że na taki poziom agresji, szyderstwa czy niekompetencji budzą się skrajne reakcje jest doprawdy zdziwieniem świadczącym o małej przenikliwości. 
Upominanie innych zaś staje się - mówiąc najbardziej delikatnie - kompletnym nieporozumieniem. 

O tym, jak ostatecznie wygląda szansa na dialog ze środowiskiem symbolicznie reprezentowanym przez AKO, swiadczy robiący karierę na FB fragment dokumentu kościelnego z 2003 r. Episkopat kontestuje w nim zapis o niedyskryminowaniu pracowników z powodu orientacji seksualnej (przydał się - w oparciu o ten zapis skutecznie walczył o swoje prawa pracownik NETTO). Z kolei przy okazji Krajowego Programu na Rzecz Kobiet episkopat stwierdza iście dialogicznie - "dokument ten wymaga pilnej weryfikacji". A my powiemy Ci jak go zmienić - aż chce się dodać. 
Niech Państwo skonfrontują te pomysły z wyliczonymi przez Kieresia warunkami dialogu...

***
Szanowni Państwo,
całym sercem jestem za społecznym dialogiem, albowiem tak jak Akwinata, Kiereś, członkowie AKO, postmoderniści i hermeneuci uważam dialog za sposób budowania i realizowania wspólnego świata.
Nie da się jednak dialogować wprowadzając cichcem reguły kończące dialog.
Nie da się również dialogować, swoje winy przeprojektowując na innych.

Jeśli AKO adresuje swój apel wpierw do swojego środowiska, potem do adwersarzy (w myśl zasady, by wpierw widzieć belkę w oku własnym, a potem drzazgę w oku brata), mogę ten apel nawet podpisać!




LA SCALA - WIELKI W ŁODZI. WCZORAJ I DZIŚ


Przekonania apokaliptyczne są mi zasadniczo obce, pewnie dlatego odczuwając w kwestiach operowych zasadniczy dyskomfrot, daleki jestem od wróżenia końca opery i od mówienia, że nie ma dziś prawdziwie wybitnych głosów.

Owszem, są. I nie na tym polega problem. Leży on raczej w tym, że zbyt często
"nie mają szansy osiągnięcia dojrzałości, bo dziś rzadko kto znajduje pracę w dobrym zespole teatralnym, w którym młody śpiewak przechodzi z ról lżejszych do trudniejszych, a system stagione eksploatuje głosy w pojedynczych rolach bez określonych perspektyw. Dopóki młody śpiewak ma jeszcze siły i pewne górne dźwięki - pozwala mu się śpiewać, często ponad możliwości techniczne, a potem, gdy już jest wypalony - mówi się do widzenia i bierze następnego. 
Odnosząc się już wprost do głosów sopranowych typu dramatycznego Hanna Lisowska dodawała:
"Wszystkie soprany dramatyczne (Callas była wyjątkiem, ale też zapłaciła za to okropną cenę) osiągają szczyty kariery po czterdziestce i tak powinno być.

Funkcjonowanie w dobrym teatrze operowym poza głosem kształci także inną kluczową umiejętność - "opanowanie sztuki scenicznej". Rolę przecież kształtuje się nie tylko głosem, ale także ciałem, inteligentnym zrozumieniem partii, muzykalnością. rzadko kto zaś jest od razu wspaniały Learem, nie terminując wcześniej w skromniejszych partiach.

(Nawiasem mówiąc, sytuacja opisana przez Lisowską ma jeszcze jedną, być może najciekawszą odmianę - połączenie etatu z logiką stagione. Widać to dobrze po części rodzimych teatrów, które od lat nie oferują jakiejkolwiek polityki repertuarowej, ale nieustannie raczą słuchaczy tymi samymi samograjami. Zmiany w zespole są w tym przypadku kwestią zatrudniania młodych artystów do obsadzania ról, w których doświadczeni członkowie zespołu nie mają szans odnaleźć się z racji wieku. Starsi zatem nie mają tam dla siebie miejsca, młodsi nie mogą terminować. A gros repertuaru leży w ciemnicy czekając na lepsze czasy, które być może nie nastąpią).

Siła słów Lisowskiej dotarła dziś do mnie w dwójnasób.

Wpierw dzięki konfrontacji z nagraniem legendarnego tournee La Scali w Moskiwe (1964r.). 
Włoski teatr, słusznie stający wtedy w szranki o palmę pierwszeństwa, przywiózł do Moskwy między innymi takich śpiewaków, jak Mirella Freni, Renata Scotto, Fiorenza Cossotto, Giulietta Simionato, Birgit Nilsson, Bruno Prevedi czy Carlo Bergonzi.
Część z nich - jak Nilsson czy Simionato - miała już status pełnoprawnych gwiazd, a na koncie bogate doświadczenie sceniczne. 
Część - jak Cossotto, Freni czy Scotto - startowały do kariery.
Połączenie ich razem obliczone zaś było nie tylko na wspaniały efekt artystyczny, ale także stanowiło też wyraz troskliwej "pedagogii": nic tak nie motywuje młodych talentów, jak współpraca z czołówką uznanych kolegów, od których można się uczyć choćby przez samo podpatrywanie.
Dobrze, że występy te zostały utrwalone. Mogą dziś bowiem cieszyć uszy nie tylko głosami wielkiej urody i sprawności technicznej, ale także kreacjami: arie zmieniają się tu w studium roli, co możliwe było tylko dzięki scenicznemu obyciu śpiewaków, bez pośpiechu przesiadających się z roli na rolę (prym wiedzie tu Nilsson: jest nie tylko wstrząsającą Turandot w ducecie z Prevedim, ale także mistrzowską Lady Macbeth; piękne to były czasy, gdy właśnie w tej roli słuchac można było Nilsson i Leonie Rysanek!).

Następnie dzięki nagranym na taśmy Wieczorom Operowym Marii Hoffmann, które emitowało dawno temu Radio Łódź. 
Sięgnąłem po te nagrania w momencie, gdy Teatr przenosi się powoli do remontowanego budynku. A więc w momencie kolejnego symbolicznego początku. Ma to swoje uzasadnienie - Wieczory te pojawiły się na antenie z okazji 31. rocznicy otwarcia TW. I ja byłem ich pomysłodawcą (co Redaktor Hoffmann podkreślała na antenie), dopominałem się bowiem o to, by rozgłośnia regionalna nie tylko promowała nagrania operowe dostępne w świecie, ale by przede wszystkim przypominała o tym, co wartościowego wydarzało się w rodzimej operze.

Trzyczęściową audycję wypełniła Redaktor Hoffmann nagraniami wielkiej urody. 
Potwierdzającymi fakt, że nasz TW był kiedyś jednym z tych mądrych i dobrych zespołów, w których talenty mogły liczyć nie na eksploatację, ale na rozwój.
Ucząć się zaiste od najlepszych. 
Wywołującymi jednak również smutek - smutek, że w odróżnieniu od uznanych teatrów nie dbało się u nas i nie dba o publikowanie nagrań co wartościowszych głosów. Uderzyło mnie to zwłaszcza w przypadku Zenona Kowalskiego, którego jubileusz przeszedł w warunkach mało chwalebnych, a który w tamtej dobie (1998 r.) prezentowany był w radio w wyimku z utrwalonej ze sceny Parii (sekundowali mu Lisowska i Krzysztof Bednarek), jako że - jak z bólem skonstatowała to Redaktor Hoffmann - nie miał szans na nagranie płyty.

Gdyby jednak przyszło komuś do głowy zerknąć do archiwów i coś z nich pokazać światu, mieliby pod ręką najlepsze być może nagranie arii Halki dokonane przez Zofię Śliwińską.
Mieliby wspaniałą Aidę Haliny Romanowskiej, gorący wieczór z powracającą z METu Teresą Kubiak w roli Toski. W kolecji znaleźć można urokliwe nagranie arii Olympii zrobione przez Marię Szczucką (darować jej można drobne nieścisłości intonacyjne), elegancką interptetację Cortigiani zrobioną przez Rafała Songana, kapitalne O don fatale śpiewane przez Jolantę BibelE strano  wpierw w interpretacji Romy Owsińskiej, później we fragmencie, w konkursowej realizacji Doroty Wójcik itd., itd.
Najcenniejsza dla mnie jest jednak sceną obłędu Łucji kreowana przez niazapomnianą (choć już zapomnianą) Krystynę Rorbach - jeden z nielicznych, autentycznych soprano drammatico d'agilita.

Pięknie wspomina się to, co minione. Zwłaszcza, gdy na co dzień ma się do czynienia raczej z sytuacją opisaną przez Hannę Lisowską.
Ale i dziś byłoby co utrwalać - w pierwszym rzędzie Joannę Woś i Bernadettę Grabias.
Wierząc, że przyjdzie czas i na to, by zespół nie tylko odmładzać, ale przede wszystkim budować. 
A także na to, by kultywować teatralną pamięć. Coraz bardziej mam bowiem wrażenie, że z Wielkim jest jak z polityką, każda ekipa dyrektorska zachowuje się tak, jakby losy Teatru rozpoczynały się od niej...


  

czwartek, 7 lutego 2013

ONIRYCZNE MOBILE. O LUTOSŁAWSKIM (I NIE TYLKO) ROYALSÓW

Mamie i Lwu,
i tym wszystkim, z którymi mogę
słuchać muzyki, o muzyce milczeń i o niej rozmawiać


De iure płyta mogłaby być dla mnie o połowę krótsza.
Z Krzysztofem Pendereckim mam bowiem taki sam problem, jak z Czesławem Miłoszem:
jestem w stanie zaciekawić się, a niekiedy zachwycić, czymś z ich wczesnej twórczości, jednakże im dalej w las, tym więcej nieznośnego patosu, nadętej retoryki, dopieszczania własnego ego i poczucia, że wszystko, co niby nowe, dawno już było: i u nich, i u innych.
Nic zatem dziwnego, że tekst Andrzeja Chłopeckiego, będący symbolicznym rozliczeniem z neo-neoklasycznym Pendereckim nie tyle mnie zbulwersował, ile pozwolił odczuć, że ktoś myśli podobnie do mnie.


De facto płyta nie powinna być krótsza.
Atoli czego nie dotknie Royal String Qartet, to zmienia się w złoto. Nawet utowry Pendereckiego. 
Nie wszystkie jednak "złocieją" w ten sam sposób.


























Nie będę krył, że urzekł mnie w ich wykonaniu I Kwartet.
Royalsi doskonale odnaleźli się w zwartej, siedmiominutowej formie, pokazując, że nieszablonowe sposoby artykulacji zastosowane przez Pendereckiego nie są wykoncypowaną ideą, ale środkiem pozwalającym przesycić materiał muzyczny feerią barw i emocji.

W wielu miejscach podobał mi się również II Kwartet.
W wielu, jako całość jawi mi się bowiem jako nieco przegadany.
Non plus ultra wydał mi się zwłaszcza początek kompozycji: opowieść o tym, jak z klasteru półtonów rodzi się wszechświat!. Piękna gra barw, niesamowite wrażenie echa, niezwykłe doświadczenie przestrzenności muzyki...

Co więcej, bezboleśnie przeżyłem III Kwartet
W moim przypadku, nie jest to smutna konstatacja, ale komplement: 
bo choć lubię diariusze czy zbiory listów, to jednak serwowana przez Pendereckiego sentymentalna podróż po imaginarium "niezapisanego dziennika" jest zdecydowanie nazbyt wtórna. Szanuję fakt, że kołaczą Mu się po głowie melodie huculskie, że z szacunkiem pochyla się i eksploatuje melodię śpiewaną (nuconą?) przez Jego ojca. Romantyzmu wolę jednak szukać u romantyków, a Góreckiego u Góreckiego.
W kiepskim wykonaniu kwartet ten byłby niestrawny, Royalsi sprawili jednak, że nawet taka "powtórka z rozrywki" wchodzi w ucho w sposób szlachetny, niekiedy frapując wydobytą przez muzyków fakturą.





















Największym przeżyciem okazał się jednak kwartet Witolda Lutosławskiego.
To kompozycja dla mnie szczególna, okazała się bowiem dla mnie najtrudniejsza i najwięcej czasu zajęło mi docenienie nie tylko jej strony formalnej, ale także "materialnej", brzmieniowej.
Niespecjalnie pomógł mi w tym Kwartet LaSalle, który zdecydowanie przeakcentował konceptualną stronę utowru, zaniedbując jego warstwą teatralną i emocjonalną. Potwierdzając niejako przekonanie o hermetycznym i intelektualnych charakterze twórczości Lutosławskiego.

Klucz Royalsów jest zdecydowanie inny. Na pierwszy plan wysuwają się u nich emocja i udramatyzowanie (czym pięknie potwierdzają pogląd Charlesa Bodmana Rae, iż parateatralny charakter łączy Kwartet smyczkowy z Koncertem wiolonczelowym), rodzące się z niepowtarzalnej indywidualności każdego z muzyków. 
Panuje tu idealna harmonia między intelektem a zmysłami, solistycznością a współpracą, przypadkiem a planowością. Royalsi grają Lutosławskiego tak, jak odczytywał go Chłopecki, jako kompozytora integralnego czy holistycznego.

By niczego nie przegadać i to, co najważniejsze pozostawić samej muzyce, chcę zwrócić Państwa uwagę na tylko na cztery rzeczy.

Najpierw na otwierające i zamykające Część wstępną Kwartetu sola kolejno pierwszych skrzypiec i wiolonczeli. Pełnią one w utworze podobną funkcję - "monologu (określenie Lutosławskiego) na stronie", skupiającego w sobie niczym soczewka "niezdecydowany i pełen wahań" (Rea) charakter tej części. Mimo  iż oba sola pełnią podobną funkcję, grane są w sposób niezwykle zindywidualizowany. Izabella Szałaj-Zimak w niezwykły sposób wykorzystuje ciszę jako element znaczący - niedomówienia, zawieszenia, pauzy są tu elementem retoryki, macierzą pozwalającą nadać sens pojawiającym się dźwiękom. Michał Pepol z kolei swój monolog buduje przede wszystkim brzmieniem i barwą instrumentu - wiolonczela brzmi tu chropawo, "pierwotnie", by nie rzec - po ludowemu.

Następnie warto wsłuchać się w sposób, w jaki muzycy realizują strukturyzujący Część wstępną sygnał "złożony z powtarzanych oktaw dźwięku c". Lutosławski do perfekcji wykorzystał tu umiejętność zaskakiwania słuchacza - mimo że "sygnał wykorzystuje ustalone wysokości dźwięków, jego rytmika i ekspresja stale się zmieniają". Zamysł ten znalazł w Royalsach idealnych odtwórców, którzy nie dość, że kapitalnie oddają stało-zmienny charakter sygnału to jeszcze grają go dźwiękiem chropawym i brutalnym, nieco "z góralska", przy czym jest to góralszczyzna zasadniczo mroczna.

Dalej warto zwrócić uwagę na zakończenie Części głównej - funebre, zapowiedziane przez piękny, grany senza vibrato łącznik. Dzieje się ono jakby poza czasem, wprowadzając, po smutku łącznika - jakieś melancholijne, tęskne, wyczekujące i bolesne piękno (symptomatycznie estetyka Zachodu okazuje się tu nieprzydatna, w odróżnieniu od estetyki Wschodu, gdzie smutek jest jedną z cech Piękna).

Royalsi pięknie realizują także ideę mobili. Mobilami nazwał Lutosławski fragmenty ad libitum, pozwalające muzykom na swobodne gospodarowanie czasem (od nich bowiem zależy dlugość pauz i zmiany agogiczne).   
Nazwę zaczerpnął Lutosławski od Alexandre'a Caldera. Wskazywał jednak, że w jego przypadku inspiracja ma charakter czysto fromalny, dotyczący "ruchomości" elementów utworu.
Zważywszy jedak surrealistyczne zaplecze Caldera i niezwykłe, "architektoniczne" wyczucie muzycznych planów przez Lutosławskiego można zasadnie pytać, czy rzeczywiście pomysł na mobile wyczerpuje się tylko w warstwie formalnej. 

Słuchając Royalsów odpowiem, że nie.
Kwartet w ich wykonaniu jest bowiem szalenie oniryczny i niezwykle sensualny.
Zadając kłam wszystkim piewcom hermetycznego intelektualizmu utworów Lutosławskiego.

Owszem, intelektualne przygotowanie dużo daje przy odbiorze tej muzyki.
Ale można się nią po prostu cieszyć. I rozkoszować. Pozwalając, by po prostu budziła w nas emocje i uczucia.







środa, 6 lutego 2013

DEKONSTRUKCJA, DAR I PASOŻYTY. O NOWOCZESNEJ WSPÓLNOCIE

Gdybym miał dziś powiedzieć, za co cenię dekonstrukcję, czy szerzej: filozofię relacji odparłbym bez namysłu, że za jej niejednoznaczność.
Owszem, wypracowane w jej ramach narzędzia okazują się operatywne w badaniach "empirycznych", czego kapitalnym przykładem jest Latourowska ANT, komentowana i aplikowana kompetentnie przez - wybaczcie etykietę - "środowisko toruńskie".
Atoli poza walorami opeartywnymi ma dekonstrukcja (filozofia relacji) szczególny potencjał: wydobywania na jak spraw pilnych dla naszej wspólnoty, pokazywania tkwiącego w tych sprawach 'dialektycznego' dynamizmu i pozostawiania czytelnika bez gotowych recept. 
Dla jednym będzie oznaczać to słabość myślenia, dla mnie natomiast jest wyrazem filozofii dojrzałej: otwarcie perspektyw, dostarczenie argumentacji, odczucie i uwrażliwienie na problem. Po to, by w konsekwencji samodzielnie, z poszanowaniem własnej wolności, ale i z pełną świadomością odpowiedzialności, podejmować decyzje i działać.

W zalewie papki krytykującej postmodernizm (do którego z chęcią zalicza się dekonstrukcję (filozofię relacji)), Polska ma szczęście do wrażliwych przewodników. 
Na niwie filozofii francuskiej wskazać wystarczy Tomasza Załuskiego, Marię Kostyszak, Małgorzatę Kowalską czy Barbarę Markowską, którzy z niezwykłą wrażliwością i drobiazgowością odsłaniają z "relacyjnego" punktu widzenia splot etyki z polityką pokazując, że możliwe jest jednoczesne myślenie wolności i odpowiedzialności, jednostkowości i wspólnotowości, i to takie myślenie, które służy budowaniu i ekskluzji przemocy (kontekst dla ich refleksji zbudował, jak sądzę, Krzysztof Matuszewski, udostępniając polskiemu czytelnikowi prace o Pierre Klossowskim i Georges'u Bataille'u).

Na niwie filozofii po prostu wspomnieć też trzeba o Barbarze Tuchańskiej, w duchu francusko-hermeneutycznym opisującej nie tylko fenomen nauki, ale także fenomen prawdy, tej naukowej, ale także tej istoczącej się w sztuce i życiu codziennym.

Wdzięczny im (i nie tylko im, ale wszystkich wymienić się nie da) i stojącym za Nimi Inspiratorom (Bataille, Jacques Derrida, Michel Foucault, Hans-Georg Gadamer,Martin Heidegger, Klossowski, Latour, Jean-Luc Nancy...) chciałbym wspomnieć w swoim poście autora chyba mi najbliższego - Michela Serres'a.
I to w kontekście szczególnym: etyki-i-polityki.

Okazja ku temu jest dobra, czas jakiś temu bowiem Lewica 24 udostępniła jego - istotną w moim odczuciu - wypowiedź o związkach międzyludzkich. 
Piękna sama w sobie wypowiedź ta odsłania jednak głębię dopiero wtedy, gdy zrozumie się ją w szerszym kontekście myśli Serres'a.

***
Namysł nad etyką-polityką koncentruje Serres - podobnie jak Derrida - na pojęciu daru
W sensie fundamentalnym dochodzi również do podobnych wniosków, choć jego rozważania mogą, na pierwszy rzut oka, wydawać się odległe od rozważań Derridy (Julian Yates kładzie to na karb odmiennego zaplecza ich filozofii: Derrida wyrasta z nietzscheanizmu i fenomenologii, Serres zaś z nauki i filozofii nauki). 
Derridzie będzie bowiem szło o to, by pokazać dar jako coś inherentnie niemożliwego do ofiarowania, plasującego się więc poza obszarem ekonomii.
Serres z kolei przekonany jest o tym, że dar i związania z nim wymiana są nieusuwalne ze społeczeństwa. Problemem dla niego nie jest sama "ekonomiczność" daru, ale przekonanie o tym, że ktoś bezinteresowanie może nam go ofiarować. Nie - powie Serres - dar nie czeka na ofiarowanie, albowiem już dawno został ofiarowany. 
Własnie to przejście - od ujęcia daru jako czegoś-dopiero-do-ofiarowania, do ujęcia go jako ofiarowanego i krążącego stanowić będzie dla Serres'a odskocznię do opowiedzenia o dwóch rodzajach wspólnot i dwóch rodzajach etyki-polityki.

***
Wspólnota pierwsza jest wspólnotą pasożytów. Posiada wyraźne centrum i daje się opisać jako spójny system.
Oparta jest na relacjach dominacji i władzy, które umożliwiają budowanie łańcuchów wspólnotowych zależności. Aktorzy są elementami tych łańcuchów, pełniąć w nich każdorazowo rolę podporządkowanego i zwierzchnika. 
Tak zbudowana wspólnota wspiera się na dwóch zasadniczych rozstrzygnięciach.
Piersze ma charakter epistemologiczny i mówi, że poznanie odbywa się w ramach relacji podmiot-przedmiot.
Drugie ma charakter ontologiczny i mówi, że świat dzieli się na sferę wewnętrzności i zewnętrzności.

Obie te zasady mają swoje konsekwencje etyczno-polityczne. Pozwalają nam bowiem sprowadzić każdego Innego do roli przedmiotu, który poznajemy przypisując mu zestaw odpowiednich cech. Pozwalają również wprowadzić do naszej wspólnoty pojęcie daru:
pasożytniczość - jak w bajce LaFontaine'a o szczurach - polega bowiem wyłącznie na czerpaniu, a zatem dobra , które są konsumowane, muszą pochodzić skądinąd i być nam ofiarowane w sposób niezobowiązujący, choć ofairodawcy muszą żyć ułudą przynależenia do wspólnoty. 

Niech przykładem będzie tutaj sytuacja osób homoseksualnych i osób rządzących (w wykładni, którą wszyscy poznają bez przeszkód).
Ci pierwsi, o ile są uczciwymi obywatelami, finansują tych drugich regulując swoje zobowiązania wobec Państwa. Są jednak poza systemem, przychodzą z zewnątrz - ich celem jest oddawanie, nie mogą jednak - jako jałowi - oczekiwać czegokolwiek w zamian.

Niech przykładem będzie też sytuacja artystów i polskich instytucji finansowych.
Artysta, dajmy na to malarz, ma tworzyć po to, by - w momencie, gdy "wyrobi sobie nazwisko" - stać się sposobem na rozreklamowanie banku.
Gdy jednak stara się o kredyt podając swoje prace jako zabezpieczenie, zwyczajowo odchodzi z kwitkiem.

***
Taki model wspólnoty jest - zdaniem Serres'a - skażony strukturalną hipokryzją.
Nie jest bowiem tak, że dla darczyńcy należą do jakiegoś świata zewnętrznego wobec świata pasożytów. Ich wyłączenie ze wspólnoty możliwe jest tylko dlatego że są jednocześnie do niej włączeni. (Włączenie więc, mimo chęci "pasożytów", ma charakter nie widmowy, a zupełnie realny).
Skoro tak, nie przynoszą niczego z zewnątrz. 
Wręcz przeciwnie, należą do tego samego, dynamicznego systemu cyrkulacji dóbr, powinny być więc jednocześnie dającymi-i-obdarowanymi.

Poręcznym wytłumaczeniem różnic między tymi dwoma modelami wspólnot jest figura Don Juana.

***
Serres odnosi się wprost do sztuki Moliera, traktując ją jako źródło wiedzy o nowożytnym społeczeństwie. Nazywa wręcz sztukę Moliera "kompletnym traktatem o darowaniu i przeciw-darowaniu".

Don Juan pełni w tym rozważaniu rolę porte-parole  nowoczesnego człowieka i budowanego przezeń społeczeństwa ("Nie jestem hipokrytą" - mówi jego ustami Serres. - "to całe społeczeństwo jest oszustwem").

Jest wszędobyliski, inteligentny (potrafi wykorzystywać różne dyskursy do realizacji z góry założonych celów), z chęcią wchodzi w interakcje społeczne... 
Wiele też obiecuje i ofiaruje, otrzymując w zamian dary od innych. 
Problem polega jednak na tym, że między przyjmowanymi darami, a tym, co ofiarowuje sam, jest zasadnicza asymetria.
Don Juan bowiem kolekcjonuje bowiem to, co otrzymuje, w zamian ofiarowując tylko pozór (zgromadzone dobra wykorzystując na realizację własnych kaprysów).
Co gorsza, udaje mu się ten pozór inscenizować tak skutecznie, że kreowane przez siebie zaasady gry sprzedaje jako uniwersalne (także moralnie): ktoś, kto nie przyjmie jego zaproszenie, staje się winowajcom - nie tylko sprzeciwia się logice gościnności i daru, ale wręcz wypowiada im wojnę. 
   
***
Serres przekonany jest jednak i o tym, że taki, "hipokrytyczny", jak powiedziałby Tomasz Polak, model wspólnoty musi ulec zagładzie. Tak jak zagładzie uległ Molierowski Don Juan.

Szansą na ocalenie jest dokonanie przewartościowań.
Pierwszym z nich jest uświadomienie sobie, że dla wspólnoty nie ma zewnętrza.
Skoro zaś tworzymy ją wszyscy (wszyscy, a więc nie tylko ludzie, ale i nie-ludzie), wszyscy uczestniczymy w rytuale wymiany darów.
Drugim jest uświadomienie sobie odpowiedzialności, która tkwi w ofiarowywaniu:
trzeba bowiem tak samo odpowiedzialnie przyjmować, jak obdarzać.
Trzecim jest uświadomienie sobie, że tylko formalnie dar jest zawsze tym samym. Krążąc po sieci-wspólnocie przemienia się. Nie chodzi więc o to, żebyśmy odpłacali pięknym za nadobne, ale byli otwarci na odmienność tego, co otrzymujemy, i tego, co sami możemy ofiarować.

Jest coś niezwykle chrześcijańskiego w tej wizji.
Wspólnota ogarnia tu bowiem cały glob (skoro nie ma zewnętrza, nie ma naszej wspólnoty i innych wspólnot) przypominając organizm. Tyle że organizm pozbawiony sztywno ustawionego centrum.
Aby mogła współpracować, musi być oparta na zaufaniu, to zaś płynie z postaw szczerych i odpowiedzialnych.
Musi być też wolna od wykluczania i przemocy:
chore bowiem jest to ciało, w którym jeden organ chciałby wykluczyć inny tylko dlatego że różnią się od siebie. 
tak samo chore jest ciało, którego jeden organ chciałby, żeby inne - bez względu na swoją specyfikę - robiły to, co on chce.
Jej logiką jest raczej logika troski i miłości - miłości, w której miłość do innych płynie z miłości do samej siebie.

***
Właśnie w tym duchu interpretować można figurę Don Juana. Widząc w nim nie tylko zakłamanego birbanta, ile osobę szukającą tego, co bezinteresowne i skazaną na zagładę przez pasożytniczych współ-obywateli.
Taka reinterpretacja, jak i wizja Serres'a, wydają się jednak skazane na społeczne niepowodzenie.
Albowiem wymagają od nas zbyt wiele.
Zmuszając do otwarcia pasożytniczych modeli
rodzin (opartych na zazdrości i wyłącznym przynależeniu);
zakładów pracy;
wspólnot religijnych (tu znów wyborną ilustracją jest sytuacja w naszym kraju: oficjalnie Episkopat nie miesza się do polityki i zachowuje neutralność względem państwa, polityka i państwo są mu jednak potrzebne w postaci Funduszu Kościelnego, czy po to, nie nie tylko odzyskać dobra, ale jeszcze odpowiedzialność za nieprawidłowości w działaniu Komisji Majątkowej zrzucić na stronę nie-kościelną) czy
dyscyplin naukowych (o tym, na czym polega zagrożenie z tej strony instruktywnie piszą filozofowie z UMK).  

Wymagają także tego, byśmy bez lęku podjęli indywidualne zobowiązania, a więc takie, których nikt za nas nie może sformułować. Tak, jak nikt poza nami nie może sformułować reguł pozwalających te zobowiązania zrealizować. Z poszanowaniem Innych.

***
Serres ma świadomość niemożliwości wpisanej w jego wziję. 
Godzi się więc, by nazywać jego etykę - etyką błędną
Błędną z punktu widzenia świata pasożytów, ale błędną w sensie, w jakim błądził błędny rycerz. Niemożliwą, ale realizująca się. Choćby po to, by uwrażliwiać.

Trzeba mieć jednak świadomość, że to uwrażliwianie boli. 
Boli, bo uprzytamnia, że tym, co nieosiągalne, jest zwykła współpraca i solidarność, spajające ludzi różnych opcji politycznych, światopoglądowych, religijnych czy seksualnych.
Przynajmniej tak według Hołuszko, która w imię takiej solidarności walczyła o wolność.
Doświadczając wykluczenia, gdy z Marka stała się Ewą. 



Pisząc korzystałem z:
Michel Serres, The Parasite, Baltimore 1982.
Julian Yates, 'The gift is a given. On the Errant Ethics of Michel Serres, [w:] Mapping Michel Serres, N. Abbas (ed.), Ann Arbor 2005.

poniedziałek, 4 lutego 2013

APPENDIX O PAWŁOWICZ, KŁAMSTWIE, SEKSUALNOŚCI I WSPÓŁPRACY

Dyskusje na temat Krystyny Pawłowicz i środowiska, którego - wraz ze skrycie działającym Jarosławem Gowinem - jest Ona porte-parole czas skończyć.
Poświęciłem i poświęciliśmy na nie wystarczająco czasu, a wszystkie argumenty intelektualnie relewantne zdaje się zdążyły już paść. 
Na zakończenie chcę jeszcze skomentować dwie sprawy.
I zrobić jedno wyznanie.

***
W dzisiejszym numerze Naszego Dziennika pojawiło się oświadczenie Pawłowicz.
Napisała w nim, między innymi, co następuje:
"Zarzuca mi wymyślone przez sygnatariuszy zdarzenia i sytuacje (np. „porównanie człowieka do małpy”), bezpodstawnie i absurdalnie pomawia o antysemityzm, o „sprzeniewierzenie się prawdzie” czy „wielokrotne obrażanie posłanki Anny Grodzkiej”. Celem autorów, którzy w swym Liście jaskrawie mijają się z prawdą i łatwo sprawdzalnymi faktami, jest sterroryzowanie i zastraszenie mnie, jak też innych osób chcących rozmawiać o regulacji prawnej związków homoseksualnych. Celem autorów Listu jest też uniemożliwienie nam korzystania z konstytucyjnej wolności wypowiedzi.

Dodała również, że
"Oświadczam więc, że jeśli wezwania sygnatariuszy Listu do przemocy, będące formą szczucia, spowodują jakąkolwiek krzywdę pracownikom mojego biura i mnie osobiście, będzie to obciążało moralnie każdego z tych sygnatariuszy z osobna.

Byłyby to słowa twarde i słuszne, gdyby stały za nimi jakiekolwiek fakty. Niestety, świadczą jedynie o tym, że Pawłowicz i Jej środowisko cierpi na syndrom oblężonej twierdzy.
Problem polega na tym, że rzeczone insynuacje mają potwierdzenie nie tylko w sejmowych stenogramach, ale również we fragmentach programów publicystycznych czy dostępnych w Internecie nagrań. 
Znam ze swojego podwórka przypadek osoby o poglądach zbliżonych do Pawłowicz, która próbuje wszystkim wokół wykazywać działania mające na celu zastraszenie czy szantaż. Reaguje ona tak samo jak posłanka - w świetle faktów, świadczących, że zarzucane innym metody stosuje ona sama, kwituje niepamięcią bądź posądzaniem o napaść ideologiczną.

W odróżnieniu od Pawłowicz nie jestem prawnikiem, nie będę więc przypominał Jej i Jej środowisku, że konstytucyjna wolność słowa nie jest placetem dla obrażania i naruszania godności innych osób.
Jako chrześcijanin ze smutkiem przypomnę za to Jej i Jej środowisku, że mowa nasza ma być tak tak, nie nie, bo wszystko co nadto, od złego pochodzi. Utrzymywanie, że nie zrobiło się tego, co się zrobiło (i co zostało utrwalone!) nie jest chyba zgodne z tym ewangelicznym zaleceniem. Jest raczej mową na opak, czyli kłamstwem, a - jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego - "wykroczenia przeciw prawdzie - przez słowa lub czyny - wyrażają odmowę zobowiązania się do prawości moralnej; są poważną niewiernością Bogu (...)" [2464].

Złamaniem ewangelicznych porad jest również osądzanie i naruszanie godności innych ludzi.
Odnośnie pierwszej kwestii wystarczy przywołać słynne słowa Jezusa nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.
Odnośnie drugiej ponownie przytoczę Katechizm: "Znaczna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Osoby takie nie wybierają swej skłonności homoseksualnej; dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie.  Powinno się traktować je z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji" (co nie oznacza chyba, że istnieje dyskryminacja słuszna) [2358].

***
Komentując na FB mój post Katarzyna napisała:
"Nie jestem uczestnikiem bloga, więc nie mogę skomentować bezpośrednio. Pokłosiem dyskusji między stronami pro-hetero i pro-homo jest to, że się zawęża pojęcie miłości do stricte erotycznego kontekstu. W celu obrony własnego stanowiska intensyfikuje się podziały i wysnuwa interpretacje czarno-białe - z jednej i drugiej strony. Radykalna pro-LGBT'owska argumentacja wkurza mnie swoją jednostronnością (co przybliża to stanowisko do stanowiska tzw. radiomaryjnych katoli). Miłość osób tej samej płci musi być homoerotyzmem, co więcej - pierwiastek erotyczny musi być w niej zawarty. Nie może kobieta kochać innej kobiety i być jednocześnie heteroseksualistką. Takie odcienie miłości, jak miłość przyjacielska, miłość ucznia do nauczyciela (i vice versa), miłość dwóch osób złączonych jednym celem bądź ideą przestają istnieć. Jest już tylko seksualizm, homo bądź hetero. Jakże ten opis nie oddaje ludzkiej emocjonalności!

Do odpowiedzi, której Jej udzieliłem dodałbym, że nikt ze środowisk LGBT nie redukuje miłości do seksualności. Nawet, gdy mówi o erotyzmie (to chrześcijaństwo dokonało zawężenia w rozumieniu erosa; sam, gdy piszę o erastai [kochankach] czy o erosie myślę zawsze o Platońskim, szerokim znaczeniu tych terminów).
Wystarczy zobaczyć, o co walczą osoby LGBT - o możliwość prowadzenia wspólnego gospodarstwa, o dostęp do informacji medycznej i prawa kierowania leczeniem, o możliwość dziedziczenia, pełnego udziału w rytuale pochówki etc. Nie mówi się nic o pożyciu, przestrzegając konstytucyjnego zapisu o ochronie życia prywatnego (art. 47). 
Także Konstytucja nie mówi nic na temat pożycia, jako warunku koniecznego do tego, by związek uznać za legalny.
Odmiennie jest właśnie w katolicyzmie, gdzie warunkiem integralności małżeństwa jest prokreacja i gdzie non consummatum czy bezpłodność może być argumentem na rzecz unieważnienia sakramentu. 

***
Nie jest wcale tak, że uważam, że bycie katolikiem czy bycie prawicowcem jest złe.
Jednym z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia była przyjaźń z Panią Teresą.
Prawicowcem, wyrastającym z tradycji AK. I prawą osobą, rzekłbym świętą.
To ona właśnie - mimo dzielącej nas różnicy wieku (gdy ją poznałem) była po 70tce - uświadomiła mi, że miłość nie dzieli się na hetero- czy homo-. Miłość dzieli się na prawdziwą i taką, która nigdy nie była miłością.
Często dyskutowało się z nią wiedząc, że poglądy są niewspółmierne.
Często wspólnie czytało poezję.
Ale zawsze szanowało się to, co piękne w człowieku, było otwarte na jego odmienność. I zawsze szukało się wspólnych wartości i celów.

Pani Teresa pokazała mi, na czym polega piękno współpracy. Pomimo różnic, a może nawet dzięki nim.
Dziś właśnie tego nie potrafimy. Nie myślimy o tym, co państwo może zrobić dla wszystkich obywateli, tak samo, jak nie myślimy o tym, co możemy zrobić dla siebie.
Nieważne różnice zamieniamy w różnice-nie-do-przyjęcia. 
W efekcie żyjąc w państwie, które coraz bardziej pogrąża się - w gąszczu zawłaszczających przepisów, przemilczanych raportów odsłaniających nieprawidłowości w działaniu komisji kościelnej, symbolicznej walki o Smoleńsk.
A wystarczy, byśmy szanowali, że wspólnota składa się z wielu mikrowspólnot. Nie do wszystkich musimy należeć. Ale w tym, co ważne dla wszystkich możemy współdziałać.
W przestrzeni prawa, która pozwala żyć nam wszystkim!

  

sobota, 2 lutego 2013

CYWILIZACJA SMIERCI CZY KATOLICKI LAGER? WYZNANIA MOCNO OSOBISTE

Swój trafny komentarz do wydarzeń minionego tygodnia Krzysiek zakończył w taki sposób:

"Ale do czego ja zmierzam? Ano do tego, że “cała” Polska żyje tym, że jedna pani obraziła drugą panią. Samo w sobie jest to rzeczą skandaliczną i pokazuje tylko, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni, degrengoladę naszego życia publicznego i siłę zapiekłego w nienawiści polskiego zaścianka. Nie zmienia to jednak faktu, że “cała” Polska żyje spektaklem. Powtórzę raz jeszcze, nie zamierzam zaprzeczać, że pokazuje to, jak pod pewnymi względami jesteśmy nietolerancyjni, jak i temu, że tak obrzydliwe zachowanie nie przystoi osobom publicznym – posłom i akademikom. Nie przystoi nikomu. Nie w tym rzecz, a w tym, że polska opinia publiczna zarządzana jest właśnie poprzez spektakl, a jak rzekł Guy Debord: “W świecie rzeczywiście odwróconym prawda jest momentem fałszu”. Oburzenie skrywa nieczyste sumienie, a witalność jest objawem choroby. Dziś wszyscy znają posłankę Pawłowicz, niewielu zaś zna treść proponowanych ustaw o związkach partnerskich.
To prawda - spektakl nakręca cała Polskę. 
To prawda, wiele miejsca poświęca się w nim Krystynie Pawłowicz.

Na szczęście jest to spektakl z dwójką głónych bohaterów - jeśli nie zapomni się o Jarosławie Gowinie, to w nagrodę otrzyma się serię dyskusji prawnych i szansę na poznanie projektów ustaw.
Na szczęście jest to spektakl cenny, pokazuje bowiem, jak wiele osób graną od lat telenowelę chce wybuczeć i obrzucić pomidorami.  

***
Zdarzyło mi się w tym czasie być polemistą bardziej stanowczym i zasadniczym, niż kiedykolwiek wcześniej. Tych, których to zaskoczyło czy dotknęło, przepraszam.
Trudno jednak zachować spokój, gdy jest się publicznie znieważanym.
Jeszcze trudniej zachować jest spokój w momencie, gdy zniewagi legitymizowane są naukowo. (Aż dziw bierze, że kolektyw "wybitnych naukowców" protestujących przeciw szkalowaniu poseł Pawłowicz nie zauważył, że wymierzona w Posłankę reakcja nie dotyczy  ewolucjonizmu, ale zwykłego braku kultury oraz naruszania przez Nią dóbr osobistych, w tym godności osobowej).
Najtrudniej w końcu - przynajmniej dla mnie - jest być znieważanym przez ludzi odwołujących się do chrześcijańskiej aksjologii. 

***
Pochodzę z małego miasta, w którym dorastałem w czasach transformacji ustrojowej. 
Nigdy nie miałem problemu z określeniem swojej orientacji seksualnej. Odkąd pamiętam, wiedziałem, że jestem inny. Nie fascynowały mnie rozmowy kolegów o koleżankach, nie wciagały oglądane ukradkiem heteroseksualne filmy erotyczne. Za to pociągali mnie koledzy. I to o nich myślałem zasypiając.

W tamtych czasach - a wcale nie było to dawno - o homoseksualizmie albo się nie mówiło, albo mówiło się źle. Nie mówiło się wcale w przestrzeni mojej rodziny, w mediach (tabu przełamywał Mariusz Szczygieł). Źle mówiło się na przywróconych świeckiej szkole lekcjach religii. Jak dziś pamiętam moment, gdy katecheta rozdał nam powielane chyba samizdatowo broszurki przestrzegające chłopców przez następstwami masturbacji, a także przed homoseksualistami. Homoseksualiści zrównani zostali z pedofilami, broszurka instruowała bowiem, że ich patologiczność polega nie tylko na tym, że pociągają ich osoby tej samej płci, ale także na tym, że jedynym zajęciem w ich życiu jest próba seksualnego wykorzystania nieletnich.
Dzięki tej lekturze po raz pierwszy pomyślałem o sobie jako o homoseksualiście, choć większość treści była obca mojemu doświadczeniu.

Źle mówiło się także na kazaniach w kościele. Przy czym nie tylko piętnowało się tam homoseksualistów. Generalnie piętnowało się wszelkie pożądanie, poza tym, jakie realizuje się - w celach prokreacyjnych - w małżeńskiej alkowie. Z tym samym kościołem wiąże się także gorzki smak słowa pedał. Zapalczywy proboszcz nazwał tak jednego z tzw. kandydatów do bierzmowania bijąc go w twarz. Następnie zbeształ matkę chłopca, która przyszła wyjaśnić sprawę. W końcu - bez jakichkolwiek kościelnych konsekwencji - został skazany przez sąd, co skomentowane zostało, jako wyrok ideologiczny, rodem z minionej już wtedy epoki.

Wyniosłem z tej doby dwa przeświadczenia. 
Po pierwsze, że jestem jakimś błędem stworzenia, wybrakowanym człowiekiem.
Po drugie, że bycie gejem sprowadza się do wyłącznie do zachowań seksualnych.

Z piewrszego powodu unikałem równieśników i generalnie skazałem się na samotność.
Z drugiego, realizowałem się kupując Nowego Mana i czując sobą w krótkich chwilach erotycznego spełnienia, którego zacząłem doświadczać z własnej woli tym wcześniej, im wcześniej uwierzyłem, że tylko w taki sposób mogę praktykować prawdę o sobie samym.

***
Samotność, w okresie dorastania, jest jednak patologiczna.
Połączona z wiarą we własne wybrakowanie doprowadziła mnie do głębokiej neurozy, z której w jakiejś mierze nie mogę wyjść do dzisiaj.

Przystankiem w moim rozwoju była jedna z katolickich wspólnot. 
Pociągała mnie w niej widziana z zewnątrz radość jej członków. A także budowana przez nich bliskość, ofiarność, jednym słowem - przyjacielskość.
Zatęskniłem za tym, żeby i mnie ktoś rozumiał, żebym miał z kim porozmawiać, żebym mógł na kogoś liczyć. 
Zatęskniłem również za tym, żebym ja mógł kogoś rozumieć, żeby ktoś chciał porozmawiać ze mną i żeby ktoś mógł liczyć na mnie.

Z biegiem czasu zacząłem jednak zdawać sobie sprawę, że wszystko to, za czym tęskniłem, jest reglamentowane. Nie dotyczy ludzi w ogóle, ale tych, którzy wyznają ten sam światopogląd i mają podobne, standardowe problemy. Wszystko, co inne, musiało zostać albo dostosowane do normy, albo wykluczone.

Właśnie wtedy po raz pierwszy spotkałem w swoim życiu osobę transseksualną. 
Patrząc z boku, długo budowała z nami więzi, niczym nie epatowała. Na wyznanie dotyczące jej życiowego dramatu i szczęścia, jakie daje poczucie po latacg swojego ciała, musieliśmy czekać. I nagle okazało się, że osoby deklarujące przyjaźń, chrześcijańską miłość, otwartość i pomoc, zobaczyły w niej innego człowieka, obcego, nie zasługującego już na przynależenie do wspólnoty. Jej dramat, wewnętrzne rozdarcie, trudne decyzje nikogo nie obchodziły. Wszystko to uznano za fanaberie, powodujące, że przestaje być się członkiem jednej, opartej na miłości bliźniego drużyny.
Moje wenętrzne rozterki, potrzeba miłości, fizycznego ciepła, obchodziła zaś grono przyjaciół. Dla kierujących wspólnotą ważne było, żebym nie uprawiał seksu, do rozmowy o tym, co egzystencjalne nie przywiązywano żadnej wagi. 

Traf chciał, że w tamtej dobie poznałem Ishbel. 
Wiele zawdzięczam jej ciepłu i cierpliwości. A także umiejętności dyskutowania.
To dzięki niej zrozumiałem, że bycie gejem nie oznacza uprawiania seksu. Dzięki niej zrozumiałem także, że spowiadanie się z tego, że się kocha i że chce się być kochanym, jest patologiczne.

Traf chciał nadto, że w tamtej dobie intensywnie zacząłem czytać Emmanuela Levinasa. 
Jego filozofia Innego, wynikająca z niej lekcja odpowiedzialności i zobowiązania płynącego ze spotkania z Twarzą, zrobiły na mnie nadzwyczaje wrażenie.

Zaczynałem wtedy rozumieć, że niewielką część katolików interesuje Inny (do wyjątków należał Józef Tischner - wystarczy zapytać "prawdziwego katolika" co o nim myśli).
Jasne stało się dla mnie także to, że zobowiązania moralne nie płyną tam z podmiotowej godności człowieka, ale z tego, że człowiek uprzedmiatawia się dostosowując do norm i praw przyjętych na wiarę skądinąd. 

Uświadomiłem też sobie, że przed potrzebą miłości nie da się uciec. Moje zabiegi "katolickiego egzorcyzmowanie" siebie nie prowadziły do ukojenia samotności, raczej ją potęgowały, wpływając w konsekwencji na nienormalną i krzywdzącą zaborczość w stosunku do osób, które stały mi się bliskie.

W końcu zrozumiałem, że moja miłość i moje pragnienia nie różnią się niczym od moich heteroseksualnych równieśników. Tęskniłem za wiernością, bliskością, budowaniem domu. Widząc analogie, przestałem rozumieć, co w moim pragnieniu jest patologicznego.

***
Liceum pozwoliło mi jednak zrozumieć o wiele więcej.
Zrozumiełem, że odwołania do "miłości bliźniego", służą nie tylko egzystencjalnemu wykluczeniu i stygmatyzowaniu Innych, ale także wykluczeniu politycznemu.
Pomógł mi w tym Stanisław Brzozowski, który stał się moim pierwszym przewodnikiem po mojej niechęci do tradycji Sienkiewiczowskiej.

Mieczysław Alber Krąpiec napisał, że
"Granice między patriotyzmem i nacjonalizmem oglądane z boku przez członka innego niezaangażowanego narodu są niezmiernie trudne, gdyż to wszystko, co dla członka jakiegoś narodu jawi się jako przeżycie patriotyczne, dla kogoś z innego obcego może się wydawać już nacjonalizmem. [...] Można osądzać te zjawiska tylko na podstawie wyników przeżywania tych wartości przez poszczególne osoby. Jeśli wartości narodowe przyczyniają się do uszlachetnienia człowieka, to można mówić o przeżyciu patriotyzmu; jeśli natomiast wartości narodowe przeżyte przez kogoś deformują i upadlają danego człowieka, to mielibyśmy niewątpliwie do czynienia z nacjonalizmem.

Tak sformułowany pogląd stał się zgrabną filozoficzną legitymizacją zaangażowania religii w świeckie państwo. Wystarczyło przypominać, że to Kościół podgrzewał wartości patriotyczne w okresie rozbiorów, że pokazywał prawdę o człowieku w dobie PRL, ze tylko na KUL i w środowisku katolickiej inteligencji uprawiano ideologicznie niezafałszowaną nauke, by pokazać, co oznacza "uszlachetnianie człowieka" i na czym polegać ma patriotyzm.
Kult narodowego męczeństwa, przywiązanie do absolutystycznych roszczeń swojego poglądu, a także syndrom walki (My przeciwko Nim) zaowocowały podziałem Polski na Polaków i masonów, Polaków i Żydów, Polaków i gejów, Polaków-katolików i łże-katolików etc.
Symptomatycznym elementem tego zjawiska jest zawłaszczenie przez prawicę związaną z Kościołem wszystkiego, co wiąże się z walką o zmianę ustroju. Prawica, często ręka w rękę z hierarchami, stoczyła batalię przeciw Adamowi Michnikowi, Bronisławowi Geremkowi, Jackowi Kuroniowi, żeby tylko pokazać, że lewica nie ma jakichkolwiek zasług w demokratyzacji kraju.

***
Nie to jednak wpłynęło na mój zasadniczy dystans względem Kościoła oraz polityków takich jak Gowin czy Pawłowicz.
Filozoficznie wychowałem się na neoscholastyce, przez co wyrosłem w przekonaniu, że rozum i wiara są rzeczywistościami dopełniającymi się.
Stawiając pytania o takie, a nie inne elementy nauczania Kościoła, o takie a nie inne decyzje polityków, w końcu o takie a nie inne zachowanie ludzi ze wspólnoty doszedłem do wniosku, że polski katolicyzm należy do czołówki dyskursów postmodernistycznych (w negatywnym sensie, nadanym temu terminowi przez środowisko, o którym piszę). A to dlatego że jest on kompletnie niespójny. Argumenty wytyczane w dyskusjach są z przeróżnych parafii i służą doraźnie po to, by reotrycznie pogrążyć przeciwnika.

I tak, "wybitni naukowcy", którzy podpisali list poparcia dla posłanki Pawłowicz, odwołują się do syntetycznej teorii ewolucji po to, by wykazać anormalność homoseksualistów. 
Pomijając już ich wykładnię teorii ewolucji (a także liczne i ważne argumenty krytyczne stawiane ewolucjonizmowi przez samych biologów), zgodzę się tymczasowo na takie ustalenie.
W takim jednak razie równie niepożądane z ewolucjonistycznego punktu widzenia są te jednostki ludzkie, które rodzą się niepełnosprawne.  Gdybym jednak sformułował tę tezę na serio, środowisko prawicowo-katolickie rzuciłoby się do mojego gardła. Choćby dlatego że otworzyłbym drzwi do bezwarunkowej legitymizacji aborcji.
Ten sam tok rozumowania służy zdyskredytowaniu homoseksualistów czy transseksualistów i obronie organizmów z defektem. W pierwszym przypadku nadużyciem nie jest używanie sformułowań łamiących elementarne zasady dobrego wychowania, w drugim przypadku mówi się o niezbywalnej godności i świętości życia.

Zmieńmy perspektywę.
Argumentem przecie legalizacji związków partnerskich ma być jałowość homoseksualnego pożycia. Przemilczę fakt, że płodzenie dzieci wcale nie musi być najważniejszą formą wkładu jednostki w dzieje wspólnoty (vide przywołany przez Daniela w dyskusji na FB Alan Turing), to jak wytłumaczyć ochronę bezżenności funkcjonariuszy Kościoła? Ochronę, której elementem jest opłacany z moich podatków fundusz kościelny?


Przykładów takich paradoksalnych rozumowań przytoczyć można chyba nieskończenie wiele...

***
Tischner spopularyzował w rodzimym dyskursie termin homo sovieticus.
Określał nim osobę podporządkowaną kolektywowi, w tym przede wszystkim jego liderom, pozbawioną umiejętności samodzielnego i krytycznego odnoszenia się do rzeczywistości, uciekającą od odpowiedzialności i wolności przez podporządkowanie się zewnętrznie ustalanym normom i wartościom, często również agresywną wobec słabszych. 
Homo sovieticus zatem to jednostka radykalnie antydemokratyczna, budująca swój świat na przynależności do grupy, której zewsząd zagrażają inni.

Smutne i paradoksalne wydaje mi się to, że homo sovieticus lepiej pasuje do polskiej prawicy i funkcjonowania Kościoła, niż do osób kojarzonych z minionym ustrojem czy lewicowością. A że - wbrew deklaracjom - to oni grają główne role w granym w RP spektaklu, nie ma szans na zbudowanie wspólnoty.
Ta wymaga bowiem zaufania, szacunku dla odmienności, umiejętności negocjowania, kooperacji. Solidarności.
Straszenie gejami, Żydami, teczkami i antychrystem nie ma w sobie nic z powyższych elementów, jest raczej środkiem antagonizowania i sposobem kreowania wroga. 
Wymyślanie problemów służy wprowadzaniu do przestrzeni publicznej niezdrowej dawki przemocy, służy replikowaniu opartej na sprzeciwie tożsamości, ale nie służy państwu, które trawione jest przez rzeczywiste, ale mało spektakularne problemy. Jak wymieranie i starzenie się naszego społeczeństwa.
Czystą demagogią jest wmawianie opinii publicznej, że związki partnerskie mają moc pogłębienia tych problemów przez to, że kwestionują tradycyjny model rodziny.


Nie wiem, ale wydaje mi się, że chęć legalizowania związku jest raczej dowodem na przywiązanie do tradycji. Do budowania związku opartego na wspólnym pożyciu duchowym i fizycznym, na wsparciu, zaufaniu, wspólnym rozwiązywaniu problemów.
To raczej ucieczka polityków od regeneracji polskiego przemysłu, dezerterowanie od ustaw wspomagających gospodarkę w dobie kryzysu czy przykładanie rąk do rozpowszechnienia umów śmieciowych powoduje, że młodzi nie chcą (czy nie mogą) decydować się na dzieci al. życie inne niż singielskie.


***
Napisałem wyżej, że duża część publiki w końcu rzuca w aktorów pomidorami.
Mam nadzieję, że jednym z powodów jest to, że dostrzegamy coraz bardziej, iż standardy polskiej prawicy (podkreślmy, tak Pawłowicz, jak i Gowina)  prowadzą do niesterowności państwa. 
Wchodzimy w czas, który Europa przeżyła dekady temu.
Jednym z jego wyznaczników jest świadomość, że człowiek jest podmiotem prawa, a nie przedmiotem sterowanym przez prawo. To zaś zakotwiczone jest w przekonaniu o ludzkiej wolności, godności i równości.
Życie społeczne jest więc efektem działań podmiotów, a nie przestrzenią istniejącą od nich niezależnie i im zadaną.

Wchodzimy w czas, w którym wiarygodne są prawa człowieka, a nie prawo naturalne. 

Nie możemy już bowiem dłużej godzić się na dyktowanie nam w ramach niespójnych doktryn zespołu metafizycznych nakazów i zakazów.
Nie możemy godzić się na demagogię.
Nie możemy  akceptować polsko-katolickiej wersji postmodernizmu!
Nie możemy koniunkturalnie skazywać się na życie w prawicowo-katolickim lagrze, nawet jeśli do wyboru mamy tylko cywilizację (wynikającej z indywidualnej wolności) śmierci!
Możemy za to aformować prawo, którego źródłem jest wolny, racjonalny, demokratyczny podmiot!







 

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...