czwartek, 26 czerwca 2014

BERLIŃSKA OPERETKA I WAGNER WPROST Z NIDZICY. O DYNASTII KOLLODZIEYSKICH

Nidzica - malowniczo położone miasto w województwie warmińsko-mazurskim znane m. in. z zamku krzyżackiego czy intrygującego, krzyżackiego mszału z 1499 r. To tutaj 28 stycznia 1878 roku urodził się Elimar Walter Kollodzieyski, znany pod pseudonimem Walter Kollo. Twórca popularnych niegdyś operetek i szlagierów, dziadek wybitnego tenora wagnerowskiego - Rene Kollo.

Był synem kupca Karla i pianistki Jadwigi. Matka potrafiła docenić artystyczne aspiracje syna. Ojciec go za nie wydziedziczył. Elimar postanowił jednak stawić czoła przeciwnościom. Swoja karierę rozpoczął w Królewcu jako korepetytor i dyrygent. A nim zawitał do Berlina przez krótki moment gościł także w Szczecinie. W Królewcu urodził się jego syn, Willy, z którym później miał przez pewien czas współpracować. Uważany jest za ojca berlińskiej operetki, łączącej w sobie niebywałą, piosenkarską wręcz lekkość z kapitalnym rzemiosłem artystycznym. 

Syn Waltera, Willy, podążył śladami ojca. Z rodzinnej tradycji komponowania wyłamał się dopiero Rene, który poświęcił się życiu śpiewaka. Rozpoczynał od operetki i piosenki. Mało kto pamięta, że gościł nawet na konkursie w Sopocie (1964 r.), na którym nie zdobył żadnej nagordy. Debiut operowy Rene miał miejsce rok później, w 1965 roku w Brunszwiku, a sukcesy przyjść miały w latach 70ych. Kollo zasłynął przede wszystkim w repertuarze przeznaczonym dla heldentenora. Nigdy nie przestał jednak stronić od "lżejszej muzy", czego wyrazem może być (między innymi) kapitalne nagranie Opery za trzy grosze.

Muzyczno-teatralną tradycję rodziny rozwijają jeszcze dwie Panie Kollo - Marguerite, córka Williego, oraz śpiewaczka Nathalie

Dlaczego o nich piszę?
Powodów jest kilka.

Primo, warto pamiętać, że ta wybitna rodzina pochodziła z Nidzicy. I że związana jest z Polską nie tylko ze względu na miejsce pochodzenia. W literaturze podkreśla się, że Kollodzieyscy mieli polskie korzenie, niemniej nikt chyba nie podjął się próby dokładniejszego zbadania tej sprawy. Co, niestety, potwierdza tylko smutną prawdę - że sami nie jesteśmy zainteresowani tym, co tworzy najlepszą kulturową tradycję naszej wspólnoty.

Secudno, czas upomnieć się o to, by operetki dynastii Kollo zagościły wreszcie na naszych scenach. Są efektowne i intrygujące, warte poznania i wypromowania. Często-gęsto teatry muzyczne sięgają po rzeczy kiepskiej miary, montuja spektakle z muzyki pisanej dla innych celów etc. Dlaczego zatem nie wrócić do nieznanej u nas klasyki? Dlaczego nie pokazać "operetki berlińskiej"? Tym bardziej, że do Berlina zanieśli ją Polacy.

Tertio, o utworach Kollo milczy tak obszerny przewodnik po teatrze muzycznym, jakim jest Tysiąc i jedna opera Piotra Kamińskiego. Przy czym na łamach tej arcyważnej i arcypięknej pozycji pojawiają się operetki innych kompozytorów. 

Tych, którzy mają ochotę dowiedzieć się o rodzinie Kollodzieyskich nieco więcej, odsyłam do ich rodzinnej strony internetowej. 
Polecam także dokumentalny film Walter Kollo w Nidzicy.
A na deser ciut muzyki - Rene Kollo w melodiach berlińskich.

wtorek, 24 czerwca 2014

ANTYPAŃSTWOWY KULT KONKURENCYJNOŚCI I KREATYWNOŚCI

Przed nami kolejny dzień z aferą podsłuchową. Znów będzie się mówić o zamachu stanu, gangsterce, zorganizowanych grupach przestępczych i kryzysach politycznych. Nie byłoby sensu włączania się w ten dyskurs, zwłaszcza, że dominują w nim emocje, a nie merytoryka. Nie byłoby sensu, gdyby nie fakt, że kryzys jest często najlepszym momentem "do przemyślenia od nowa podstaw ładu społecznego czy wyobrażonej instytucji społeczeństwa" [Wiktor Marzec].
Namysł taki jest konieczny tym bardziej, że - w moim odczuciu - społeczeństwo (podobnie jak naród)  nie istnieje samo w sobie. Jest raczej performatywnie ustanawiane "w akcie opowiedzenie się na jego rzecz". Społeczeństwa nie da się zatem wyprowadzić z żadnych obiektywnych czynników (historycznych, rasowych), ale trzeba je widzieć jako zbiorową samoświadomość, ustanawianą przez "subiektywną, realną i czynną przynależność" [tamże].

Afera podsłuchowa i związane z nią reakcje mówi nam wiele o tak pojętym społeczeństwie. Pokazuje, po pierwsze, że Polska obok USA najbardziej radykalnie i konsekwentnie ucieleśnia strategie neoliberalne (to teza Colina Croucha). Pokazuje także, po drugie, że na gruncie neoliberalnym, społeczeństwa budować się nie da.

***
Dlaczego? Ano dlatego że neoliberazzlizm jest religią, oddającą intensywny kult bożkowi konkurencji. "Żyjemy w świecie, który uważa konkurencyjność za coś bezsprzecznie dobrego. - czytamy w Dzienniku. Gazecie Prawnej - Wielbimy konkurencyjne firmy oraz konkurencyjne gospodarki. Chcemy, żeby konkurowali ze sobą pracownicy, szpitale, urzędy i uczelnie". Niezbyt często jednak zdajemy sobie sprawę z tego, jaką cenę płaci się za kult konkurencyjności.
Ceną tą jest rozpad więzi, atrofia solidarności, zanik poczucia "dobra wspólnego", jako celu motywującego długofalowe działanie polityków i funkcjonariuszy publicznych bez względu na zmieniające się gabinety. Ceną jest także nerwica i depresja, tym częstsze, im częście wymaga się od jednostek bycia nieustannie kreatywnymi.

***
Konkurencyjność to przecież nic innego, jak "wyścig, który zawsze kończy się wyraźnym rozróżnieniem na zwyciężców i pokonanych". Nie motywuje go chęć polepszenia zbiorowej sytuacji, ale zwycięstwo - swoje lub własnej grupy. Nie chodzi też o lepsze i szersze rozumienie świata, ale o zwycięstwo w rankingach i innowacyjność. W efekcie, Innych postrzegać należy jako wrogów, a zagrożenie minimalizować. Jedną z podstawowych reguł wyścigu, jest utrzymywanie w tajemnicy swojej strategii, bo tylko to może gwarantować przewagę. Konsekwencją tej reguły jest rozrost mechanizmów inwigilacji, trudno się bowiem dziwić, że wraże drużyny starają się odkryć tajniki planowanych strategii.

Kult ma to do siebie, że dotyczy nieuchwytnych w empirycznym świecie absolutów. Tak też jest z konkurencyjnością - wyścig nie kończy się nigdy, a cele zawsze okazują się doraźne i zawsze domagają się przekroczenia. Bardzo dobrze widać to w kulcie kreatywności, którą kształtuje się dzisiaj jako podstawową umiejętność i wartość. Nikt nie zastanawia się jednak nad tym, że dla funkcjonowania wspólnoty tak samo ważna jest nowość, jak tradycja, a człowiek nie jest w stanie psychicznie udźwignąć codziennego przekraczania swoich możliwości. Niezmiennie frapuje mnie fakt, że średniowiecze, czyli epoka "powielania" autorytetów i komentowania cudzych tekstów wydała tylu zjawiskowych myślicieli. A obliczone na wyścig (choćby w punktacji, choćby o stypendium czy grant) kreatywne produkcje współczesnych autorów często gęsto nie wnoszą nic nowego, poza ilością zapełnionych stron.

***
Konkurencyjność (wyścig) oznacza także bezpardonowe krzewienie się nierówności. W końcu nie każdy może być zwyciezcą. Różnice te widzimy na każdym kroku - rózni nas dostęp do procedur medycznych, do dóbr kultury, nawet do Internetu. Różni nas - i to drastycznie - poziom życia, którego - w ramach mechanizmów konkurencji - raczej nie będzie się podnosić. "W jednym z programów radiowych "EKG" w radiu Tok FM (21 maja) wysłuchałem ciekawej polemiki na temat płac w Polsce. - pisze Andrzej Szachaj [ten sam DGP]. Pani prof. Hanna Kuzińska (Akademia Leona Kozmińskiego w Warszawie) domagała się ich podniesienia w związku z tym, że produktywność polskich pracowników od bardzo dawna rośnie, a pensje za tym nie nadążają. Panowie Jeremi Mordasiewicz (Konfederacja Lewiatan) i dr Bogusław Grabowski (Rada Gospodarcza przy premierze) wyrażali zdecydowane zdanie, iż na taką podwyżkę jest za wcześnie, gdyż wciąż główna przewaga konkurencyjna Polski polega na niskich płacach. Przy czym dr Grabowski stwierdził w pewnym momencie, iż być może za dziesięć lat będziemy mogli sobie pozwolić na radykalne podnoszenie płac, zaś Jeremi Mordasiewicz powiedział, że musi się ono zawsze odbywać powoli i pod całkowitą kontrolą pracodawców, którzy zawsze lepiej wiedzą, na co ich stać". A zatem według ludzi korzystających z dobrobytu odkładanie na później potrzeb społecznych (jeszcze nie pora na odpoczynek, jeszcze nie pora na spokojne wiązanie końca z końcem) jest warunkiem sine qua non utrzymywania konkurencyjności!

***
Afera podsłuchowa doskonale wpisuje się w ten neoliberalny proces niszczenia społeczeństwa. Idzie w niej o podbcie sprzedawalności "Wprost", o wysadzenie z siodła wrażych polityków, o głosy wrzucone do urn. Racja stanu, dobro państwa, niepokoje społeczne itd. itp. - to tematy nieobecne. Tak, jak nieobecne staje się państwo.
Jeśli przyjąć - jak zrobiłem to na wstępie - że społeczeństwo tworzy się w performatywnych aktach przynależności, to neoliberalizm zamiast społeczeństwa tworzy skonfliktowane enklawy. Wygranych i pokonanych, dotowanych i niedotowanych, leczonych i nie-leczonych, normalsów i wykluczonych. Biegnąć w wyścigu enklawy te działają w oparciu o mechanizmy przemocy.
A ta pleni się coraz bardziej jawnie, podsycana przed media, polityków i... Kościół katolicki (działania polskiego kleru należą w dobie obecnej do najbardziej anty-państwowych i anty-demokratycznych). Zaczynam obawiać się, że eskalacja konfliktów, retoryka wojny, lęk przed nieustannym zagrożeniem, skończy się gwałtownym wyładowaniem. Ale oczadziali neoliberałowie raczej zbyt szybko tego nie dostrzegą. Jest się więc czego bać! 




  

czwartek, 19 czerwca 2014

PÓŁ-DOJRZAŁOŚCI I PÓŁ-TEATRU NA CAŁY JUBILEUSZ

Łódzki Teatr Wielki znów stracił dyrektora artystycznego. Serwis Nasze Miasto donosi, że Warcisław Kunc podał się do dymisji, którą przyjął Wojciech Nowicki. Jako powód odejścia podano oficjalnie "powody osobiste". Ta zgrabna formułka niezmiennie mnie niepokoi. Stosuje się ją bowiem zazwyczaj po to, by pozwolić "odejść z twarzą", czyli przemilczeć rzeczywiste motywy dymisji. A te - wnosząc choćby po komenatrzach pod tekstem - mogą być poważne. Zacytuję kilka z nich:

  • Odchodzacy Dyr ma opinię rządzenia " bo ja tak chce" i jak mówią w naszym świecie żaden Drygent z niego. Metronom to jego frend. Jest tak wspaniałe y że AM tez ma go dość. Bo po skończeniu pod nim dyrygent uruchomić trzeba przez 2 lata uczyć się od nowa jak poprawnie się to robi. 
  • tak samo byłoby z sutrykiem tyle że tam chór teatru wielkiego był zbyt słaby żeby się postawić...ale cóż, jeden dyzma wygrał inny przegrał a na końcu największy dyzma (NOWICKI)pozostaje na stanowisku. PZPR wiecznie żywe 
  • fizdu gwidu :) widzowie wiedza najlepiej :) a kunc zwalnia artystow i obsadza swymi :)
Kunc zasłynął w naszym środowisku muzycznym także aroganckim zachowaniem, lekceważącym członków zespołu i kwestionującym artystyczne osiągnięcia  muzyków. 
Jego odejście, firmowane "powodami osobistymi" jest dla mnie wyrazem dojrzałości pracowników Teatru. Nie wierzę bowiem, że to rozstanie odbyło sie bez ich aktywnego udziału. Postawili jednak na klasę, nie dopuszczając do skandalu i języka agresji w roku jubileuszowym.

Ani Kunc, ani przywołany w komentarzu Waldemar Sutyk, nie są jednak dla mnie największym problemem. Nie oni bowiem kierują Teatrem, nie oni wyznaczają cele, nie oni budują rangę. Główna odpowiedzialność spoczywa na Wojciechu Nowickim, który okazuje się dyrektorem wybitnie nieudolnym. Jak bowiem inaczej nazwać to, że nie potrafi dobierać sobie najbliższych współpracowników? Jak nazwać nieustanną rotację zapraszanych solistów, którzy pojawiają się i znikają z niedocieczonych przyczyn? Jak nazwać dziwną politykę etatową, brak pomysłu na repertuar, nieustanne audycje etc. (chyba jako jedyny Teatr w Polsce TW ma permanentny wakat etatowy, tylko że on musi się z czegoś brać)? 
Do zbudowania zespołu potrzebny jest czas i dojrzewanie, w tym możliwość obcowania z nestorami (ich doświadczenia nie zastąpi absolutnie nic!) Do zbudowania repertuaru - świadome liczenie się z możliwościami oferowanymi przez artystów. Do rozwoju i weryfikowania jakości artystycznej - jasne i podane wcześniej kryteria oceny (ciekawe, czy coś na ten temt powiedziałby nam balet?). Do zbudowania środowiska melomanów - jasna i ciekawa polityka repertuarowa.

To zastanawiające, że Opera Narodowa jest w stanie podać listę premier, występów i spektakli planowanych na nadchodzący sezon (m. in. Projekt P', Wilhelm Tell, 1914, NabuccoLohengrin, Orfeusz i Eurydyka, warsztaty choreograficzne dla młodych twórców, Jousha Bell). 
To zastanawiające, że Teatr Wielki w Łodzi jest w stanie w roku jubileuszowym wykrzesać z siebie zapowiedź Strasznego dworu, balu sylwestrowego i gali operowej. Którym towarzyszyć będzie jeszcze wystawa zdjęć. 

O ile teatralne zespoły wykazują się dojrzałością godną jubilata, o tyle włodarzy cechuje - mówiąc eufemistycznie - niedojrzałość. O ile nie mam wątopliwości, co do potencjału naszych artystów, o tyle boli mnie cień, jaki przysłania ten potencjał. Wynikający także z faktu, że dyrekcja nie kocha swoich artystów. Nie rozumie ich. Nie ma wytyczonych ideałów. Ranga Wielkiego leci na łeb na szyję. Jak sądzę, jedyne, co może uratować Teatr jest zmiana sposobu zarządzania. Czas odejść od rotacji na stanowiskach związanej ze zmianami w Urzędzie Marszałkowskim. Czas także powołać Radę Społeczną przy Teatrze (pracownicy wszelkich teatralnych zespołów, widzowie, krytyka, wytrwani nauczyciele wokalistyki, instrumentaliści etc.). Nie po to, by kierowała zamiast dyrekcji, ale by doradzała, tworzyła kryteria oceny pracowników, wytyczała perspektywy rozwoju. Omawiała aktualne możliwości.

Jako memento przytaczam słowa Sławomira Pietrasa:
"Teatr operowy tworzą trzy pokolenia - nestorzy, którzy nawet jeśli spędzają większość czasu w bufecie, to jednak dają gwarancję autorytetu profesji, pokolenie średnie, najbardziej eksploatowane, gdyż są to ludzie, którzy już potrafią i jeszcze mogą. I wreszcie młodzież, której należy wskazywać szanse, bo scena to domena młodości. Problem dyrektora polega w tym wszystkim na tym, by ukazywał walory swego zespołu, a ukrywał jego mankamenty". 



środa, 18 czerwca 2014

POLAK-KATOLIK, CZYLI NACJONALIZM WYZNANIOWY

"Katolicyzm jest religią olbrzymiej większości ludu polskiego, tak samo, jak jest religią, wyznawaną przez prawie wszystkich Hiszpanów, Włochów, Francuzów, przez bardzo znaczny odłam Niemców. Ale w przedstawieniu naszego chłopa jest on w mierze o wiele bardziej polski, niż powszechny, do tego stopnia, że gra on rolę kryterium narodowości. Dla wielu bardzo włościan naszych, zwłaszcza starszego pokolenia, Polak a katolik, to jedno, podobnie, jak Niemiec i luter, to także jedno. Wie on wprawdzie, że są inne narody katolickie, uważa je jednak za nie w tym samym, co on, stopniu prawowierne, w każdym razie za mniej ściśle zespolone z Kościołem, za mieszczące się bliżej peryferii wspólnoty katolickiej, za bardziej oddalone od Boga i świętych Pańskich, których rodowitym językiem jest w jego przekonaniu język polski. I gdy się znajdzie na obczyźnie, odczuwa on konieczność chodzenia do kościoła, w którym inny język rozbrzmiewa w nabożeństwie dodatkowym, jako krzywdę tak wielką, że niejednokrotnie decyduje się raczej na odstępstwo od powszechnego Kościoła, niż na zespolenie się z miejscową grupą kultową. Wiemy wszyscy o tym, jak zażarte walki staczane bywały przez Polaków z klerem irlandzkim w obrębie parafij katolickich w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, a także o tym, jak dalece werbunek współziomków do sekt, zakładanych przez różnych odszczepieńczych księży Polaków, ułatwiony tam został przez niechęć polskich imigrantów do łączenia się ze współwyznawcami innych narodowości i języków. Odwrotną stroną tego ... nacjonalizmu wyznaniowego, tego przedstawiania sobie religii, jako najdonioślejszej cechy etnicznej, jest uznawanie za coś nie tylko etnicznie, ale także wyznaniowo odrębnego tych członków obcej, uważanej za nie katolicką narodowości, którzy są katolikami. Niemiec katolik to nie prawdziwy Niemiec, to dajczkatolik - jakiś przedziwny twór przejściowy, będący katolikiem niczym Polak, a mówiący językiem lutrów, w gruncie rzeczy istota godna politowania, której czegoś brakuje, by być katolikiem w pełnym rozumieniu tego słowa".

Stefan Czarnocki, Kultura, Warszawa 1946, ss. 126-7.

wtorek, 17 czerwca 2014

EDDA MOSER. ELECTROLA-RECITALS

Każdy z nas przeżywa chwile, które trudno zapomnieć. 
Jedna z takich chwil wiąże się u mnie z Eddą Moser. Jak dziś pamiętam ciarki biegnące mi po krzyżu, gdy słuchałem jej interpretacji Mozartowskiej Królowej Nocy. Demoniczna moc, gęsty, intensywny dźwięk, majestatyczna i złowroga koloratura. To była prawdziwa Królowa Nocy, nieosiągalna dla jasnych, lekkich, perlistych, subretkowych koloratur. 
Od tego momentu zadurzyłem się w Moser bez pamięci. I odkrywam ją nieustannie na nowo. 


Z nieukrywaną radością polecam Państwu dziewięciopłytowy box z jej nagraniami, wydany w 2013 roku przez EMI. Na srebrne krążki przeniesiono recitale pieśniowe i operowe, które Moser zrealizowała dla Electroli. Możemy zatem cieszyć się pieśniami Johannesa Brahmsa, Hansa Pfitznera, Franza Schuberta, Roberta Schumanna, Ryszarda Straussa czy Hugona Wolfa. Możemy również zanurzyć się w świat opery Ludwiga van Beethovena, Christopha W. Glucka, Jerzego Fryderyka Handla, Wolfganga A. Mozarta, Richarda Straussa, Richarda Wagnera i Carola Marii von Webera. W końcu odsłuchać możemy rozmowy, którą z Moser poprowadził Holger Wemhoff.

Nie ma sensu pisać o tych płytach, trzeba ich posłuchać. Moser jest bowiem prawdziwą czarownicą. Wspaniale buduje narrację, tworzy wyraziste postaci, których psychologię czuje jak mało kto. Ma do tego instrument niezwykły - jej głos jest wyjątkowo pełny i wyjątkowo bogaty. O niezwykłej barwie, będącej mieszaniną tonów ciemnoniebieskich i szarości, choć może trzeba by powiedzieć, że mieni się on subtelnymi tonacjami pruskiego błękitu. Płynie jak wezbrana rzeka, opalizuje, rozjaśnia się, pokrywa cieniem. Jest miękki i słodki, bywa złowieszczy. Zawsze pełen jest mocy i blasku.  Nic nie jest tu zrobione dla popisu, ale zawsze służy "prawdzie" dzieła. Nec plus ultra!

sobota, 14 czerwca 2014

25 LAT DE-DEMOKRATYZACJI (?)

"Demokracja bowiem, w bardzo minimalistycznym rozumieniu (Richard Rorty na przykład) polega na tym, że w rezultacie uczciwej publicznej debaty dochodzimy do porozumienia, kompromisu, a w nielicznych przypadkach nawet do zgody. A wobec tego w demokracji z życia publicznego muszą być wykluczone poglądy, które kompromisowi nie podlegają. Nie jest to racja błaha, gdyż tylko w ten sposób demokracja broni nas przed wojną wszystkich ze wszystkimi, który to stan społeczny zawsze nam grozi - jak uczył mądry Thomas Hobbes. Jeśli wniesiemy do życia publicznego nasze prywatne egoizmy, namiętności i pragnienia, to co miałoby sprawić, iżbym nie chciał mieć ziemi, bydła i żony sąsiada? A zatem dzięki demokracji jesteśmy bezpieczni. Dlatego wszyscy ci, którzy swoje prywatne sumienie przekształcają w oręż do walki  (choćby o sprawy błage), występują przeciwko demokracji. Wszyscy ci, którzy świadomie i celowo zamazują granicę między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, są albo zwolennikami totalitaryzmu, czyli chcą, byśmy w życiu prywatnym oddali się sprawie wspólnej i porzucili nasze osobiste przekonania, albo są zwolennikami radykalnego, antydemokratycznego indywidualizmu, czyli chcieliby, by każdy w życiu publicznym czynił, co mu się tylko spodoba"
- te mocne słowa Marcina Króla wieńczą jego znakomity tekst na łamach Dziennika Gazety Prawnej
Myśląc nad nimi doszedłem do wniosku, że hasło tegorocznej celebry związanej ze zmianą ustroju, czyli 25 lat wolności, jest nadzwyczaj trafne. Rzeczywiście, w ostatnim ćwierćwieczu mamy do czynienia z promocją pewnej wizji wolności. Której konsekwentnie towarzyszy de-demokratyzacja życia społecznego.    

Mówię o "pewnej wizji wolności" dlatego że nie istnieje wolność po prostu. Nam przydarzyła się jej odmiana neoliberalna, skrajnie indywidualistyczna, uwikłana w wyścig o materialną dominację. Wolność antydemokratyczna, zgadzam się bowiem z Marią Szyszkowską, która na wykładzie w trakcie Białych Prac Loży Kultura mówiła stanowczo, że demokracja i neoliberalizm są nieuzgadnialne. 

***
Neoliberalizm zamienił demokrację w formę cyrku. Wiele mówi się bowiem o wartościach, o obowiązkach obywatelskich, o państwie prawa. W gruncie rzeczy chodzi jednak tylko o to, by sprzedać towar. Czy będzie to napój energetyczny, płyta, sprzęt do zabaw S/M czy partia polityczna to kwestia drugorzędna. 
Zniknęło gdzieś przekonanie, że dobro publiczne to nie to samo, co dobro konsumpcyjne. 
Zniknęło przekonanie, że konstytucyjność, równość wobec prawa, wolności polityczne i obywatelskie, autonomia polityczna czy powszechność (lista Wendy Brown), winny być niezależne od dyktatu rynku.
Zniknęło w końcu poczucie, że państwo to sfera publiczna, a nie prywatna i że nie idzie o to, by narzucać wszystkim jeden określony światopogląd, ale o to, żeby regulacje publiczne mogły służyć wszystkim w budowaniu i ochronie ich życia prywatnego.

Piszę o zniknięciu, ale zastanawiam się, czy w ciągu minionych 25 lat, któreś z tych przekonań było autentycznie w naszym państwowym życiu obecne, przecież dla Polaka kompromis jednoznacznie oznacza coś zgniłego. A jak - bez kompromisu - budować porozumienie?

Narasta we mnie poczucie, że jako kraj dobrnęliśmy do momentu paradoksalnego. Górę biorą u nas emocje, resentymenty i egozimy, za którymi stoi mieszanina podejścia totalitarnego i indywidualistycznego. A mówiąc jeszcze inaczej, buduje się w nas kult indywidualizmu, który zakorzeniony jest w myśleniu totalitarnym.

***
Widać to bardzo dobrze w sporze o klauzulę sumienia i deklarację wiary środowisk medycznych. Wydaje się bowiem, że nie istnieje nic bardziej indywidualnego niż własne sumienie i oparty na nim sąd moralny. Jeśli zważymy, że ma stać on wyżej od prawa stanowionego, otrzymujemy indywidualizm w stanie skrajnym. Z drugiej jednak strony wszyscy wiemy, że sumienie jest wolne tylko wtedy, gdy słucha nakazów polskiego episkopatu. To w gremium konkretnej instytucji zapadają decyzje o tym, co uniwersalnie dobre i uniwersalnie złe. W całej wrzawie, która przetacza się dzisiaj przez Polskę, nie mówi sie o tym, że podług nauki katolickiej jednako wiąże sumienie dobre i złe (o czym wnikliwie pisał Tomasz z Akwinu), co zrównuje sumienia lekarzy dokonujących lub nie dokonujących pewnych zapiegów medycznych. O ile działają ideowo szczerze, a nie z pobudek merkantylnych.

Rozgrywanie totalitaryzmu za pomocą indywidualizmu jest skuteczne. Daje bowiem do ręki argumenty zdejmujące odium z instytucji, cała odpowiedzialność przerzucając na zręcznie zmanipulowane działania jednostek. Jednostki zaś spełniają się życiowo w przekonaniu, że realizują słuszną, demokratyczną misję. Nauczone, że nie ma różnicy między prywatnym i publicznym mogą bowiem mówić o przyświecającym im ideale "wspólnego dobra", które nie jest ani wspólne, ani dobre - aby takie było potrzebny jest bowiem kompromis. 

Tygiel neoliberalizmu to tygiel agresji i przemocy. Skoro idzie o wygraną i lepsze miejsce w hierarchii, potrzebny jest jazgot, budzenie strachu, rozgrywaniu jednym przeciwko drugim. Najlepiej w imię "wolności", bo wtedy wszystko, co niewygodne, łatwo pokazać jako dyktatorskie zapędy mniejszości. 

***
Janusz Korwin-Mikke odnosi wyborczy sukces jawnie depcząc takie wartości jak solidarność społeczna, równość w prawie i godności etc. Głosząc podwójnie wolny rynek i podwójnie skrajny indywidualizm.
Janusz Palikot skapitulował przed klerem, przepraszając za wrażenie "walki z religią".
Andrzej Zoll (et consortes) wpadł na pomysł deklaracji wiary dla prawników (to chyba od środka rozsadzi zawód adwokata, bo chyba z pobudek katolickich nie będzie można bronić osób, co wo winy których jest się przekonanym?).
Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zrezygnowało z monitorowania homofobii.
Konstanty Radziwiłł, członek Naczelnej Izby Lekarskiej, popierał wczoraj Bogdana Chazana nic sobie nie robiąc z faktu, że NIL ma zbadań mimo że NIL prowadzi sprawę dyscyplinarną przeciwko Chazanowi.  
A wszystko to w otoczc agresywnego języka i agresywnych działań. Na wolnym rynku konsumpcji. Z wiarą w zwycięstwo swojej korporacji. 

25 lat wolności po to, by de-demokratyzować. 




środa, 11 czerwca 2014

KAROL SZYMANOWSKI I JAZZ

"W każdym razie niegdzie w Harnasiach nie spotykamy 'rytmu samego w sobie' [...]. Niewątpliwie w wejściu harnasiów i ich tańcu, stanowiący ostatni numer, zakończenie grandioso drugiego obrazu baletu, mamy usiłowanie zmiany owego rytmu. Zjawia się tutaj mianowicie samoistny temat rytmiczny, niezależny od struktury melodycznej. Na ten temat rytmiczny nie zwrócił uwagi nikt z badaczy muzyki Szymanowskiego. [...] Powiadają, że przed wielu, wielu laty profesorowie Kotarbiński i Steinhaus wybrali się na przechadzkę. Przez cały czas przechadzki rozmawiali o logice matematycznej. W pewnym momencie profesor Kotarbiński zatrzymał się i zapytał: 'No a co to znaczy jot, a, zet, zet?'.
Mniej więcej taka sama rozmowa odbyła się pomiędzy mną a Szymanowskim w 1921 roku, po jego powrocie z pierwszej podróży do Ameryki. Był zachwycony jazzem i starał się wytlumczyć mi - bez większego powodzenia - na czym to polega. Potem zawsze bardzo lubił muzykę jazzową [...]. Niestety 'jazz', który tyle śladów zostawił w muzyce francuskiej, u 'Szóstki', nawet u Ravela - u Szymanowskiego nie odbił się zupełnie. Jedynie ów temat rytmiczny, synkopowany, nie mający żadnego uzasadnienia w góralskiej muzyce ludowej - to odbicie tych zachwytów. Bardzo krótkotrwałe".

Jarosław Iwaszkiewicz


wtorek, 27 maja 2014

"O wysokości i wiecznym znaczeniu życia erotycznego nie stanowi jego szczupłość i wyłączność". MARIA DĄBROWSKA I POLIAMORIA

Zacząłem wielomiesięczny zapewne, przedsenny romans z Dziennikami Marii Dąbrowskiej (lektura XIII tomów to wszelakoż wyzwanie!). Trudno powiedzieć, że da się je zwyczajnie czytać - Dąbrowska to rzadkiej klasy obserwator, jest szalenie przenikliwa i swymi uwagami daje wiele do myślenia. 
Wyzwaniem jest także jej nieszablonowa osobowość, dzięki której przez długi czas łączyła ze sobą szalenie głębokie i intymne uczucia do Stanisława Stempowskiego i do Anny Kowalskiej.

Mam poczucie, że widziała świat szeroko, że nie chciała go szufladkować. Wiedziała także doskonale, że autentyczne zaangażowanie w egzystencję swoją i wspólnoty (a była społecznicą) wymaga świadomej "polityki przyjaźni" i "polityki wrażliwości", w której oddanie nie jest synonimem zawłaszczenia. 

Niemalże na początku formułuje dwie uwagi, które z chęcią zwiążę z poliamorią, a które warte są spokojnego namysłu. Zwłaszcza, gdy konserwatyści biją w tarabany, a wolność relacji, odejście od zaborczości, pokazywane są jako upadek kultury.

Ecce:

"Czy zawsze przezwyciężanie siebie w rzeczach miłości w kierunku rezygnacji z najbujniej niosących porywów jest przezwyciężeniem twórczym, zbliżającym nas do prawdy życia, do rzeczy nieprzemijających? Czy czasem nie należy przezwyciężać swój lęk przed głębinami, trudnościami wejścia w szerokie bujne życie miłosne? O wysokości i wiecznym znaczeniu życia erotycznego nie stanowi jego szczupłość i wyłączność, ale wistocie jego wysokość, szczerość i jego znaczenie dla pełnego, najpełniejszego rozwoju i rozkwitu linji życia, zawsze tylko na tej wysokości, na której się buduje każdym uczynkiem przyszłość i wielkość".

"Skończył się dla mnie okres w którym małżeństwo było dla mnie najbardziej zasadniczą formą życia, było życia wykładnikiem, barwą, nadającą koloryt innym rzeczom i kamieniem węgielnym tego, 'co jest jedyną niezaprzeczalną rzeczywistością - społeczeństwa' (Brzozowski). Myśl moja przerosła tę formę ludzkiego pożycia, odnajduję sens współżycia właściwego w tysiącu innych stosunków. A co dziwne, to, że to jakby powrót moich uczuć z dzieciństwa. Życie jest nad wszelki wyraz rozmaite i małżeństwo, to jeno jego epizod, który może w pewnych okresach - dla niektórych zawsze - jest wszystkim, ale nie wszystkim ono być ma, nawet w miłości. Bo właśnie o to mi tu chodzi. A pod nazwaniem małżeństwo rozumiem współżycie całkowite z połączeniem zachodów życia materjalnego, duchowego, zwyczajowego i. t. d.".


piątek, 23 maja 2014

TEATRALNE AGGIORNAMENTO, CZYLI JUBILEUSZ OPERY W ŁODZI


Teatr to nie budynek.
Teatr to nawet nie zespół czy grupa zespołów.
Teatr to sfera idei i przestrzeń wartości, które wyrażają się i w kształcie zespołów, i w architekturze gmachu. To sfera idei i przestrzeń wartości, których najkrótszym wyrazem jest Bildung, pragnienie kształtowania człowieka poprzez wychowywanie we wrażliwości. Wrażliwość zaś powoduje, że ograniczona ludzka egzystencja otwiera się na nieskończoną wielość światów, języków, możliwości.

Wiem, brzmię utopijnie i nie na czasie, bo ponoć czas rządzi się logiką kapitału.
Wiem, brzmię utopijnie i nie na miejscu, skoro Łódź jest miastem artystycznie trudnym, lubiącym klasykę w klasycznym wydaniu.

A jednak - dzieje Opery Łódzkiej i Teatru Wielkiego pokazują, że kryzys pojawiał i pojawia się zawsze wtedy, gdy dyrekcje nie dochowują wierności ideom i wartościom, które powołały w naszym mieście teatr muzyczny.

Wprawdzie Opera Łódzka powstała 1 lipca 1954 r., na wpisy jubileuszowe wydaje się zatem być za wcześnie. Takie rozważanie legitymizuje jednak fakt, że 13 kwietnia 1954 r. zawiązało się Stowarzyszenie Przyjaciół Opery, bez którego teatr muzyczny w Łodzi by nie powstał. 
Poza tym zbliżający się koniec sezonu i perspektywy nowego dodatkowo usprawiedliwiają podjęcie takich rozważań. 
A zatem, jakie idee legły u podstaw Opery Łódzkiej i Teatru Wielkiego? O czym powinniśmy pamiętać? Co może pomóc nam w odnowie?

Wskaże na trzy, według mnie najważniejsze. To:

  1. osadzenie w lokalnej społeczności
  2. równość i demokratyzm
  3. otwartość.
.Ad 1.

Ziemowit Wojtczak pisał, że działalność Opery Łódzkiej "jest dla nas świadectwem na to, jak konstruktywne planowanie aktywności słuchaczy wyższych szkół muzycznych [...] może prowadzić w społeczeństwie, które coraz częściej postrzegamy jako typowo konsumpcyjne, do kreowania świadomości artystycznej". 

Rzeczywiście, macierzystym środowiskiem łódzkiej opery była PWSM i PŚSM, z której rekrutowało się gros muzyków, tworzących pierwszy zespół operowy powojennej Łodzi. Oczywiście, nie stroniono od artystów z zewnątrz, często dawali się u nas słyszeć choćby Bogdan Paprocki i Andrzej Hiolski, w Łodzi właśnie debiutował Jerzy Artysz, a Violettę w Traviacie kreowała sama Leyla Gencer (tak, tak!, tylko kto o tym pamięta!). Nie przeszkadzało to jednak bliskiej współpracy z rodzimymi uczelniami, opartej nie tylko na więziach personalno-kierowniczych, ale także na zaufaniu do tego, że nauczająca kadra kształtuje autentycznych artystów. Korzystanie z lokalnego muzycznego potencjału było bardzo świadome. Repertuar kształtowano tak, by dać młodym szansę rozwoju, a nie wyeksploatować ich w ciągu dwóch sezonów. Kształtowano go także i w ten sposób, by przyciągać i wychowywać publiczność, oferując zarazem klasykę, jak i muzykę współczesną, zagraniczną i polską. W tych najwcześniejszych latach łodziane słyszeć mogli i Don Pasquala, i Cyrulika Sewilskiego, i Traviatę. Ale obok nich odnaleźć można było Komediantów Artura Malawskiego, Sprzedaną Narzeczoną Bedrzicha Smetany, Tajemnicę Zuzanny Ermana Wolffa-Ferrariego czy Legendę Bałtyku Feliksa Nowowiejskiego. 

Niezwykła intuicja pozwoliła rozwinąć się takim artystom, jak Zdzisław Klimek (wychowanek Grzegorza Orłowa), wspaniały baryton, które da się usłyszeć na kilku płytach; Delifna Ambroziak (także studentka Orłowa) czy Halina Romanowska. Ale był to także czas pozyskania Feliksa Parnella, któremu nie tylko dano wolną rękę w kształtowaniu zespołu baletowego i jego repertuaru (efektem były, m. in. dwie Parady Parnella), ale zlecono misję utworzenia łódzkiego szkolnictwa baletowego.
Dziś brakuje mi świadomej i wizjonerskiej współpracy TW z Akademią Muzyczną. Brakuje wyczulenia na lokalne talenty. Nie rozumiem, dlaczego ciekawy i z gruntu łódzki musical Łódź Story nie został przygarnięty przez scenę przy Pl. Dąbrowskiego, nie rozumiem, dlaczego starano się raczej ograniczyć niż otworzyć możliwości Michała Kocimskiego. 

.Ad 2.

Idea demokratyczności i równości przejawiała się w zyciu Teatru na wielu poziomach.
Podstawową płaszczyznę tworzy przekonanie, że teatr to organiczny zespół, który funckjonować może tylko jako całość. U samych początków było to rozumiane bardzo dosłownie - Opera Łódzka nie znała podziału na solistów i chór. Artyści wykonywali partie solowe na zmianę, raz tworząc kreacje indywidualne, raz występując jako śpiewak-chórzysta. Dokumentują to zdjęcia - i jako chórzystę, i jako solistę, da się chociażby wypatrzeć Tadeusza Kopackiego

Idea demokratyczności i równości obejmowała rzecz jasna także dyrekcję i sposób kształtowania zespołów. Mądrze mówił o tym Sławomir Pietras, podkreślając, że dobry operowy zespół ma trzy filary - pokolenie najstarsze, które nawet jeśli tylko siedzi w bufecie, to służy sprawie swoim doświadczeniem i autorytetem. Pokolenie średnie, najbardziej eksploatowane, bo dojrzałe artystycznie. I młodzież, która przechodzi szczeble kariery stopniowo, zgodnie z predyspozycjami, ucząc się od doświadczonych kolegów "z życia", z "teatralnego życia". Poza tym wiedział Pietras, że dyrektor nie moze być tyranem i megalomanem, ale musi mieć szacunek dla "gwiazd na szczycie, gwiazd tuż obok i dla solidengo fundamentu". 

Szacunek oznacza tu wiele rzeczy. Choćby dostrzeganie potencjału zespołu, który przekuwa się na dobór repertuaru i poszerzanie pola artystycznych możliwości. Choćby na nieodpuszczaniu, by artyści utknęli w rutynie, ale na trosce o to, by ciągle pięli się w górę. Choćby w szacunku dla ich dokonań - zupełnie niedorzeczne jest obnoszenie się dyrektorów ze swoim dogmatyzmem i rozstawianie po kątach solistów, których się nie lubi, niszczenie ich uznanego dorobku publicznymi uwagami o tym, że "nie umieją", "źle robią", że zamiast bawić się w artystów winni wrócić do szeregu. Choćby w upamiętnianiu ważnych dla teatru artystów - Pietras wprowadził zwyczaj umieszczania ich fotografii we foyer, zwyczaj zniesiony przez aktualną dyrekcję.

Idea demokratyczności i równości oznacza w końcu i to, że wobec sztuki wszyscy jesteśmy tacy sami. Znajduje to piękny wyraz w osobliwości architektonicznej Wielkiego. Tak pisała o tym Halina Cywińska:
"Na pewno dostrzeżecie Państwo, że ten teatr nie ma lóż! Ani honorowych, ani służbowych. I nie ma też specjalnych wejść na widownię. Nawet najbardziej szanowani i szacowni goście, aby dotrzeć na przeznaczone dla nich miejsca muszą bezpośrednio zetknąć się z widowanią. [...] na widowni nie ma równych i równiejszych. Są, naturalnie, gorsze i lepsze miejsca, ale ze wszystkich dobrze widać, a słychać nawet bardzo dobrze". 

.Ad3.

Z przekonania, że wszyscy jesteśmy równi wobec sztuki, wynika idea "otwartości" teatru. Idzie o to, że dyrekcja traktuje publiczność po partnersku, nie jako artystycznych "przygłupów", którym nalezy serwować wyłącznie "klasykę", ale jako środowisko zróżnicowane i podatne na oddziaływanie oraz kształtowanie. "Polityka wrażliwości" uprawiana była przez Operę Łódzką od początku. Dbano o nią także w dobie Teatru Wielkiego. Przywołany wcześniej Pietras dbał o zróżnicowany repertuar - grano wtedy Edwarda Bogusławskiego, Juliusza Łuciuka, Gian-Carla Menottiego, pojawiały się spektakle tak fenomenalne, jak Próba, znalazło się miejsca dla baletu do muzyki zespołu Republica. Pietras wprowadził również Warsztaty Operowe, kórych rola środowiskowa do dziś nie daje się przecenić. 

Intrygujące jest to, że łódzka opera popadała w kłopoty zawsze wtedy, gdy dochodziło do odstępstwa od powyżej naszkicowanych ledwie idei. Tak było w latach 70tych, które pamięta się jako dobę składanek baletowych. Tak było na początku lat 90tych. Stanisław Dyzbardis, próbując wskrzesić Wielki i jego renomę, wskazał jako swoje zadanie powrót do "teatru otwartego". W efekcie przyciągnął do Łodzi ponownie artystów tej miary, co Jolanta Bibel, Joanna Woś, Krzysztof Bednarek czy Piotr Nowacki

Jubileusz zawsze powinien oznaczać odnowę, aggiornamento. Jest ona niemożliwa bez powrotu do źródeł, to idei i wartości, które tworzyły naszą operę od jej zarania.
Trzeba odbudować solidarność i wspólnotę, trzeba nauczyć się słuchać Łodzi i nie bać się jej kształtować. Trzeba doceniać tych, którzy budowali i budują renomę naszej sceny. Trzeba w końcu otwierać drzwi na gości i na młodych - wszystko to funkcjonowało kiedyś bez zarzutu, może zatem tak samo funkcjonować i dzisiaj. 

W końcu nie da się zapomnieć o tym, kto i co poruszało i porusza wrażliwość słuchacza. 
Nie można nie marzyć.
Nie można niepamiętać. Także o tym, że wierny swym ideom Teatr prowokował -"pociągi muzyczne" i "rajdy teatralne". Które - jak wierzę - mogą wrócić.


niedziela, 18 maja 2014

BÓG I MASONERIA. NA MARGINESIE KSIĄŻKI NORBERTA WÓJTOWICZA

Skończyłem czytać książkę Norberta Wójtowicza Wielki Architekt Wszechświata. Teologiczna krytyka masońskich koncepcji Boga, która ukazała się we Wrocławiu w 1999. Mimo upływu lat to ciągle jedyna pozycja tego typu. Do tego bardzo wartościowa (co dla mnie oznacza także - zachęcająca do dyskusji). Pomyślałem tedy, że podzielę się kilkoma refleksjami.

W intencji Wójtowicza, praca ma być "próbą ukazania i porównania masońskich wizji Boga z objawieniem chrześcijańskim. Podjęcie tej problematyki Autor dysertacji uzasadnia aktualnością podejmowanych zagadnień, pisząc, że z jednej strony uważa się masonerię za „teorię światowego spisku”, przypisując jej mniej lub bardziej wyimaginowane znaczenie, na czym faktycznie rzecz biorąc kończy się wiedza na temat wolnomularstwa, z drugiej zaś strony potrzebę tą podtrzymują sami wolnomularze, którzy w ostatnich latach prowadzą ożywioną działalność, o czym informują za pośrednictwem środków masowego przekazu (s. 5-6, 16-17)" (M. Krasnodębski). Ważnym celem dysertacji jest także podjęcie pytania, 'czy możliwe jest pogodzenie masonerii i Kościoła katolickiego?'.

***
Na ostatnie pytanie Wójtowicz odpowiada jednoznacznie negatywnie. Jego zdaniem światopogląd wolnomularski jest nie do pogodzenia z katolicyzmem, a to dlatego że nie do pogodzenia są zakładane w nich wizje Boga. Masoński naturalizm etyczny, wywodzący moralność z "natury" człowieka, synkretyzm w posługiwaniu się symbolami, akcentowanie wolności intelektualnej i odrzucenia skrępowania dogmatami, w końcu przyjmowanie do lóż osób zarazem niewierzących, jak i zaangażowanych w różne konfesje (a więc afirmatywne podejście do pluralizmu religijnego) ma stać w sprzeczności z katolickim przekonaniem, że Nie istnieje nic poza naszym Panem Jezusem Chrystusem: Non est in alio aliquo salus, aby nas zbawić nie zostało nam dane na ziemi inne imię oprócz imienia naszego Pana Jezusa Chrystusa (cytat z Marcelego Lefebvra, s. 119). Wójtowicz stwierdza nawet, że pogodzenie masonerii z katolicyzmem możliwe będzie tylko wtedy, gdy zniknie jeden z tych systemów (s. 119). 

***
Wszystkie te uwagi są prawdziwe w perspektywie przyjmowanej przez Wójtowicza. Ale nie jest to jedyna możliwa perspektywa. Budzi ona także kilka wątpliwości. Zakłada się tu bowiem, że wolnomularstwo jest instytucją z gruntu przesiąkniętą doktryną teologiczną, jakimś ucieleśnieniem religijności, które da się porównywać z innymi instytucjami religijnymi. Tak chyba jednak nie jest*. W moim doczuciu wolnomularstwo to próba znalezienia tego, co łączy ludzi w wysiłku etycznego i społecznego doskonalenia, pomimo różnic w ich światopoglądach, także religijnych. Wszelkie elementy teodycei, które da się odkryć w doktrynie masońskiej, są raczej wyrazem szacunku względem tego, co jest aktem indywidualnej decyzji i jednostkowej wiary (która, jak wierzą chrześcijanie, zawsze jest łaską), a jednocześnie afirmacją przekonania, że każdemu człowiekowi należy się szacunek. 

Postawa taka stoi w sprzeczności z katolicyzmem tylko wtedy, gdy przyjmiemy jako katolickie przekonanie, że:
- bez afirmacji instytucjonalno-katolickiej wizji Boga niemożliwe jest życie etyczne;
- człowiek w postępowaniu moralnym związany jest bezwarunkowo autorytetem Kościoła nauczającego;
- możliwe jest prawdziwe i pełne poznanie Boga doczesnym rozumem, podane przez instytucję Kościelną w postaci formuł dogmatycznych, które należy bezwarunkowo akceptować.

***
Z wszystkimi elementami przedstawionymi wyżej można jednak dyskutować. 
Po pierwsze, najważniejszą instancją w postępowaniu moralnym jest dla chrześcijanina jego własne sumienie. Przy czym sumienie nie jest - wbrew obiegowej opinii - głosem z zaświatów, ale sądem rozumu, wydawanym na podstawie wrodzonych pryncypiów moralnych i zdobytej wiedzy na temat tego, co dobre i tego, co złe. Sąd sumienia jest zawsze indywidualny i nie daje się przekształcić w algorytm. Jest zawsze ograniczony realiami czasów, w których żyje moralnie działający człowiek (jak bardzo zmieniła się wiedza psychologiczna, biologiczna, seksuologiczna, którą dziś winniśmy brać pod uwagę podejmując nasze decyzje, od tej, którą mieli nasi dziadkowie!).
O tym, jaką rangę ma sąd sumienia, świadczą słowa klasyka, czyli Tomasza z Akwinu: "... wola będzie zła, kiedy chce zła, i to nie tego zła, które jest złe samo przez się, lecz tego, które jest zle akcydentalnie, tj. ze względu na takie ujmowanie rozumu. Podobnie wierzyć w Chrystusa jest dobre samo przez się i konieczne do zbawienia, lecz wola nie lgnie do tego dobra inaczej jak tylko ze względu na to, jak ujmuje je rozum. Stąd jeśli rozum ujmuje je jako złe, wola lgnie ku temu jako ku czemuś złemu (...) wszelka wola nie zgadzająca się z rozumem, czy to prawym, czy fałszywym, zawsze jest zła".
W takiej perspektywie akcentowanych jest kilka elementów bardzo bliskich masonom. Przekonanie, o wywodliwości etyki z "natury" człowieka (można by tu przywołać także Mistrza Eckharta z jego przekonaniem, że Bóg mieszka - dosłownie - w człowieku, będąc grodem ludzkiej duszy), idea moralności jako kierowania się  rozumem, a w końcu idea wolności od dogmatu. Oczywiście, moralność podlega kształtowaniu. Oczywiście, nie idzie tu o anarchię, ale moralność opartą na rozumie (vide Immanuel Kant). Odpowiedzialność jest jednak zawsze po stronie jednostki, a jej zobowiązanie etyczne wynika zwyczajnie z faktu bycia człowiekiem.

Po drugie, symptomatyczne jest to, że w książce Wójtowicza nie pojawia się w ogóle kwestia teologii apofatycznej, w której nacisk kładzie się na niepoznawalność Boga skończonym rozumem. Poetycko i lapidarnie istotę tej teologii wyraził Anioł Ślązak:

Zatrzymaj się! Cóż znaczy Bóg?
nie duch, nie ciało, nie światło,
nie wiara, nie miłość,
nie mara senna, nie przedmiot,
nie zło i nie dobro,
nie w małym On, nie w licznym,
On nawet nie to, co nazywa się Bogiem.
Nie jest On uczuciem, nie jest myślą,
nie jest dźwiękiem, a tylko tym,
o czym z nas wszystkich nie wie nikt.


Apofatyczny sposób myślenia bliski jest chrześcijańskiej starożytności. Stanowi także serce refleksji teologicznej Tomasza z Akwniu, choć musiało upłynąć wiele wody, by kwestia ta mogła ujrzeć swiatło dzienne. Bóg nie jest przedmiotem poznania, który daje się opisać w ludzkim języku. Jeśli tak, to nie opisują go także dogmaty, jak zauważył Hans Urs von Balthasar, dogmaty są raczej szkiełkami składającymi się na witraż - zapraszają do tego, by poprzez nie patrzeć i kontemplować, a nie do tego, by zatrzymywać się na nich samych. 
Apofatyczne chrześcijaństwo także bliskie będzie myśleniu masońskiemu - jeśli istnieje transcendencja, to nie na ludzką miarę. Myśleć o niej możemy poprzez symbole, ale nigdy nie uchwycimy jej samej. W takim razie różnym przekonaniom i  odmiennej wrażliwości religijnej należy się szacunek, o ile nie chce się być religią optującą za jednym rozwiązaniem. Ale taki sam szacunek należy się niewierzącym, zwłaszcza, że jako się rzekło, wiara jest łaską.

***
U Wójtowicza nieobecny jest także kluczowy dla mnie aspekt teologii Nowego Testamentu. "Boga nikt nigdy nie widział" - pisze św. Jan Teolog. - I dodaje: "kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi".  
Miłość braci to podstawowe zadanie masona. Dla chrześcijanina zatem (którym mason być może, ale nie musi) wolnomularz to ten, kto z gruntu powołany jest do miłowania Boga.

Jestem wdzięczny Wójtowiczowi, że swoją pracą zachęcił mnie do przemyśleń i krótkiej polemiki. Państwa zaś - o ile jeszcze nie znacie tej pozycji - zachęcam do lektury. Książka ta jest niwątpliwie ważna i dobrze napisana. I cenna!

___________
* Jak każde uogólnienie, także wywód następujący dalej ma ograniczoną ważność i jest modelowym wyostrzeniem. Symbolicznie jako kwestię problematyczną można wskazać ryt szwedzki. Kwestięeteologii, Boga i rytu szwedzkiego należałoby jednak zbadać i osobno, i dogłębnie. 

czwartek, 15 maja 2014

BALETOWY ONIEGIN, CZYLI TRYUMF DOMINIKA SENATORA

"Oniegin" w Teatrze Wielkim to spektakl bardzo tradycyjny i bezwstydnie romantyczny, nietknięty przez jakiekolwiek zabiegi dodające nowoczesności, a pod względem tanecznym swobodny i naturalny. I w tym tkwi siła przedstawienia
- przeczytać można w Dzienniku Łódzkim. A mnie w duszy kołacze się zdanie plus creatio quam vis! Bo muszę przyznać, że mam z tym spektaklem duży problem. Natury zasadniczo koncepcyjnej.

Boję się bowiem przedstawień, tworzonych lekką ręką z kawałków nie swoich kompozycji. Boję się tym bardziej, gdy kreowany spektakl posiłkuję się muzyką twórcy świadomego sceny. A takim niewątpliwie był Piotr Czajkowski. Na nieszczęście pomysłodawców, nie tylko doskonale czuł balet, mając świadomość, że spektakl jest zawsze wypowiedzią całościową, mającą swoją logikę, dramaturgię, strukturę i przebieg, ale na dodatek opracował Oniegina operowo, zostawił więc wyraźny zapis tego, jak rozumie poemat Aleksandra Puszkina, co wydaje mu się dramaturgicnie ważne, pokazał, jakimi niuansami i barwami wypełnia postaci i łączące je relacje. 

Takiej dramaturgicznej całości łódzki Oniegin dla mnie nie tworzy. Realizatorzy powiązali ze sobą fragmenty rozmaitych dzieł orkiestrowych Czajkowskiego (mamy tu i Franceskę da Rimini, i koncert fortepianowy G, i kawałki powyrywane z symfonii). Kluczem był pewnie potencjał ilustracyjny muzyki, tyle tylko, że wyrywając ją z "naturalnego", zaplanowanego przez kompozytora kontekstu, pozbawiono ją głębi, znaczenia, sensu. Ale tak to już jest, gdy zapomina się o tym, że dzieło muzyczne to pewna ontologiczna całość, której naruszenie musi być guntownie przemyślane i uzasadnione. 
Mimo piękna samej muzyki w żadną taką narracyjną całość dla mnie się nie układała. Nie było naturalnych, swobodnych łuków dramaturgicznych. Była za to przegadana kolekcja obrazów, zwyczajne potpourri, a więc bigos czy mieszanina rzeczy. Przegadana, realizatorzy nie zaufali bowiem nawet zmysłowi dramaturgicznemu Czajkowskiego, który kończy swoje "sceny liryczne" duetem Oniegina i Tatiany. Tutaj wracamy na bal, nie specjalnie wiadomo po co. 

Siłą nie była dla mnie także "beczelnie" dosłowna scenografia. Nie dość, że nie wszystkie malunki zbiegały się w perspektywie, a scengorafia nie była zbudowana z taką samą pieczołowitością w całej przestrzeni okna scenicznego, to liczba landszaftów, sztucznych drzewech kołyszących się przy każdym poruszeniu solistów i upiornych, budujących scenografię "malunków" (vide bal u Łariny) powalała karykaturalnym realizmem. A można było rozegrać wszystko mniej dosłownie, bardziej intymnie, jak w sceniach alkowianych (pomysł na sypialnię Tatiany był kapitalny!). Problematyczna była dla mnie także scena snu Tatiany, gdy na scenie pojawiły się nocne mary. Kostiumy rodem z estetyki campu, lasery i dymy nijak nie chciały mi połączyć się w spójną całość z "beczelnym romantyzmem sielskiej wsi Mateczki Rosji". 

Być może niedostatki koncepcyjne przełożyły się także na warstwę muzyczną i wykonawczą. Orkiestra - jeśli idzie o stronę techniczną - grała zasadniczo dobrze pod batutą Piotra Wajraka (choć poczepiać się czego jest), ale jakoś ciężko, bez koloru, lekkości, potrzebnego ażuru. Tancerze zaś i owszem, tańczyli, ale trudno było dopatrzeć się między nimi scenicznej chemii.

Z jednym wszelako wyjątkiem. Dominik Senator zachwycił mnie jako Leński, nie tyle tańcząc, ile tworząc tańcem kreację osoby bogatej charakterologicznie. Jego mimika, gest, spojrzenie i oczywiście taniec pełne były wyrazu, znaczeń. Scena - nazwijmy ją umownie - pojedynku z Onieginem, szalenie tragiczna, zapadła mi głęboko w pamięć. Była to kreacja stricto sensu. (Szkoda, że nie zawsze miał korzystny kostium, choćby w pierwszej scenie brak pasa nadawal jego ciału niewiarygodne, zdeformowane proporcje).

Słowa uznania kieruję także pod adresem Moniki Maciejewskiej-Potockas za poruszającą, szalenie liryczną i intymą scenę pisania listu (psuł ją tylko wściekle brzydki obraz wiszący nad biurkiem, nijak nie pasujący do reszty scenografii). 

Mam wewnętrzne przeświadczenie, że spektakl ten sprzeda się i będzie się sprzedawał, znajdzie bowiem swoich odbiorców. Sam czuję się z nim dziwnie. Ceniąc Gintautasa Potockasa, Dominika Muśko czy Ekaterinę Kitaevą chciałbym zobaczyc ich jednak w dziele scenicznie "naturalnym", bo to zawsze uskrzydla. I chciałbym, żeby był to spektakl mniej dosłowny. W końcu mimesis to nie kopiowanie natury, ale naśladowanie jej w kreacyjnych mocach!  

P. Czajkowski/W. Miedwiediew Oniegin
 Premiera z Expressem
13 maja 2014 r.

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...