środa, 12 czerwca 2013

CHRONIĄC SŁOWEM MIĘDZY DŹWIĘKAMI

Ewie Obniskiej, Magdalenie Łoś
i
Marii

***
Podobno - zdaje się, że tak twierdzili i Henry Bergson, i Etienne Gilson - każdy filozof myśli jedną ideę.
Tak samo jak kaznodzieja opowiada o jednej prawdzie wiary, której szczególnie doświadczył.
Maria rozprawia o stwórczej mocy słowa i o tym, jak moc tę wykorzystywać do tego, by chronić, strzec, otulać.

Mówi o tym w trudnym, gęstym od metafor, na wskroś poetyckim dyskursie Sporu o język..., trudnym po to, by nie stracić więzi z czytelnikiem i by spowodować, aby doświadczył on prawdy, a nie zobaczył jej przedstawienie.
Rozprawia też przystrojona w uczony język lingwistyki w Funkcji fatycznej słów...
Dając wyraz swojej odwadze (parezji, czyli odwadze prawdy), pozwalając by jej rozważania o performatywnym, nomadycznie fatycznym języku Fryderyka Nietzschego sąsiadowały w wykładami o naturze iście referencjalnej. (Zauważmy na marginesie, że tom Nietzsche i Romantyzm to wydawnictwo szlachetne i warte namysłu, radujące fakturą papieru, krojem czcionki, bezkompromisową ideą Redaktorów w doborze i układzie tekstów).

***
Owej chroniącej uważności wpisanej w słowa było mi dzisiaj wyjątkowo potrzeba.
Współmyślenie z Marią, odkrywanie wraz z nią zapoznanego już nieco kontaktu z Nietzschem, wkraczanie w świat słów, które mają egzystencjalnie porazić prawdą, czyli wyzwoleniem od tego, co nieautentyczne ku prawdzie swojej indywidualności-w-dialogu-z-innymi - pomyślałem o Ewie Obniskiej. O Jej mowie mistyka instygowanego pięknem, o tchnącym z niej spokoju, frazach zawisających na oddechu zamyślenia, szukaniu takiej wypowiedzi, która na moment zawrze w sobie sedno sensu. O Jej szlachetnej prostocie, erudycyjności bez popisu i współbyciu - z rozmówcą, ze słuchaczem - po to, żeby wespół wejść do źródła otwieranego przez muzykę.

Między dźwiękami - radiowa audycja Obniskiej i Magdaleny Łoś to przestrzeń działania słów. To szczera rozmowa, szczera, bo nie tocząca się od marginesu kartki do marginesu kartki, ale będąca spotkaniem horyzontów, stawianiem pytań, przebywaniem drogi.
To rozmowa, której początek i cel stanowi cisza, rodząca doświadczenie tego, czego nie da się przedstawić.
Bez profilu na FB, bez chwytliwych i kontrowersyjnych tematów. Zwykła, tak, jak zwykłe jest autentyczne  piękno, będące znamieniem dobra i łagodności.

***
(S)twórcza, chroniąca, strzegąca moc słów. 
Być może tym, co pozwala ją odczuć, jest "muzyczna natura".
A taką ma - bez cienia wątpliwości - i Maria, i obie Panie Redaktorki.
Pewnie dlatego na wakacyjną ciszę (twórczą, ale bolesną od tęsknoty) wybrały temat arcyważny: wskazówkę Monteverdiego, by muzykę wykonywać w tempie uczucia
Mniej więcej tak, jak Venexiana śpiewa Gesualda czy Monteverdiego.  

wtorek, 11 czerwca 2013

O RUCHU MUZYCZNYM, I POnowoczesnym PRZYNOSZENIU REDAKTORÓW W TECZCE

Czytelnikiem Ruchu Muzycznego jestem od niepamiętnych czasów.
Drzewiej, gdy popularne były jeszcze kioskowe teczki na prasę, ściągany specjalnie dla mnie numer odkładany był dla mnie w osiedlowym, zduńskowolskim kiosku.
Z przerwą, gdy zmienił się dystrybutor pisma i kolejne numery przestały bez uprzedzenia docierać na miejsce.

Czytelnikiem Ruchu jestem wiernym i regularnym, co nie znaczy, że mam na półce każdy numer.
Nie jest też tak, że wszystko mi się w periodyku podoba. 
Choćby w przypadku opery z zainteresowaniem czytam zawsze autorskie, wnikliwe i polemicznie angażujące recenzje Doroty Kozińskiej, w odróżnieniu od nestora, Józefa Kańskiego, w których często gęsto brakuje mi wnikliwszej i głębszej analizy, i które ostatnimi czasy brzmią nazbyt ogólnikowo

Mimo wad, mimo szaty graficznej nie na czasie, nie przesiadłem sie jednak na żadne inne pismo. 
Muzyka 21 od początku dystansowała mnie layoutem, nie do końca mój jest także profil pisma. Podobnie jak w przypadku Glissanda
Do obu tytułów zaglądam, ale na zasadzie dopełnienia i uzupełnienia informacji. I tak o niebo częściej czytając blog Doroty Szwarcman. 

Eseje (pokaźną kolekcję Bohdana Pocieja mam wciąż pod ręką), wnikliwe analizy, spory (choćby wokół Konkursu Chopinowskiego i polskiej pianistyki), współpracujący autorzy tekstów, przekrój przez wydarzenia muzyczne - to wszystko tworzy trwałą wartość Ruchu, nie przelicytowaną przez inne periodyki.

Dwutygodnia Tomasza Cyza nie czytam wcale.
Z prasy kulturalno-literackiej na stałe odbieram inne tytuły (choćby Odrę). 
Powód jest prosty - za piórem Cyza najzwyczajniej nie szaleję. 
Na trwałe i pozytywnie zapamiętałem może ze dwa teksty (w tym o Dionizosie w Zeszytach Literackich), choć nie są one w stanie przesłonić mojego kolosalnego rozczarowania, jakim była jego książka pt. Pasja 20.21. Powroty Chrystusa. Może zbyt wiele od niej oczekiwałem, ale mój apetyt rozbudziły recenzje. 
Jej zdecydowanie "parafrazowy charakter" i manieryczny styl spowodował jednak, że odłożyłem ją na półkę (a dokładniej zostawiłem na dobre w jednym z folderów w tablecie) nie dokończywszy lektury.

 ***
Przywołuję kwestię Dwutygodnika bo jego sprawne prowadzenie było jednym z głównych powodów narzucenie Ruchowi Cyza jako nowego redaktora naczelnego. 
Decyzję podjął szef Instytutu Książki, Grzegorz Gauden, przynosząc - jak dobitnie pisze Dorota Szwarcman - Cyza "'w teczce', bez żadnego porozumienia z zespołem", "w stylu godnym najgłębszej komuny".

Cóż, trudno odmówić Jej racji także wtedy, gdy stwierdza, że posunięcia Gaudena wpisują się w "najlepsze" tradycje PO, która działa podług i tej zasady, że "fachowcy to układy, a kompetencje się nie liczą".

Bardzo smutnym potwierdzeniem tych słów była radiowa audycja (PR 2), w której gośćmi byli Cyz, Gauden, Rafał Augustyn i Mieczysław Kominek.
Językowi argumentów (Augustyn i Kominek), wysuwanych przez ludzi ważnych dla polskiej muzyki, przeciwstawiono bowiem argumenty siły.
Gaudena stać było tylko na krytykę periodyku (Bezruch Muzyczny), krytykę jego redakcji oraz na twierdzenie, że jego decyzje są dobre, bo są dobre.

Wiemy, że nie miał zamiaru wziąć pod uwagę kandydata Redakcji na Naczelnego (był nim Marcin Gmys, w moim odczuciu kandydat lepszy od Cyza), bo wynalazł (sobie) Cyza i jest to wynalazek najlepszej jakości.

Wiemy, że nie miał ochoty na próbę zrozumienia argumentów swoich adwersarzy.

Wiemy, że nie ma zamiaru konsultować się ze środowiskiem (Związek Kompozytorów Polskich wydał komunikat w tej kwestii), bo pismo ma być niezależne od wszystkich, poza feudalną wolą Pana Gaudena. 

Wiemy w końcu, że Ruch ma stać się miesięcznikiem, że obieg informacji bardziej na bieżąco ma się odbywać w Internecie, i że takie postawienie sprawy jest niepodlegającym zaprzeczeniu dobrodziejstwem.

Wiemy skądinąd, że sama Redakcja chciała zmian.
I że trudno je było przeprowadzić także z powodu mizernych dotacji finansowych.
Wiemy, że nastroje w redakcji nie są dobre. Bo jak inaczej odebrać takie słowa:

"Redagowane przez nas pismo nie najlepiej się sprzedaje. Traktuje o sprawach, na których mało kto się zna. Jest staroświeckie, szare i nieatrakcyjne, stanowi przykry dysonans na tle naszych kolorowych czasów. Na górze zarządzono więc zmianę. Nas nie pytano, nie zapytano też tych, których może wypadałoby zapytać. Dość, że czeka nas lifting, którego zakresu jeszcze nie znamy. Kto wie, może w nieodległej przyszłości nowe kierownictwo doprowadzi nas do "Ruchu Muzycznego" równie fascynującego i barwnego, jak fascynujące i barwne jest polskie życie muzyczne? Zanim jednak stanie się sexy i fun, wypadałoby pamiętać, że "Ruch Muzyczny" był zawsze pismem niezależnej krytyki, pismem Kisielewskiego i Mycielskiego. W tej sztafecie nie wolno zgubić pałeczki.


O konieczności zmian w Ruchu nie dyskutuję - były i są potrzebne.
I nie wykluczam, że Cyz sprawdzi się na swoim stanowisku.

Stanowczo sprzeciwiam się takiemu traktowaniu pisma, jego Redakcji i czytelników.
Ruch nie jest własnością feudalnego impertynenta, ale nas wszystkich.
A kultura nie jest po to, by przynosić dochody. No chyba, że pod egidą ekonomizacji chce się wszystkich z kultury wykorzenić!


***

Łódź, 15 czerwca 2013 r.

W. P.
Bogdan Zdrojewski
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Szanowny Panie Ministrze!

Z ogromnym niepokojem śledzę losy wydawanego przez Instytut Książki na zlecenie kierowanego przez Pana Ministerstwa Ruchu Muzycznego.
Mój moralny opór, a także obawy o dalsze losy pisma, budzi sposób, w jaki Pan Grzegorz Gauden dokonał zmiany na stanowisku Redaktora Naczelnego tego periodyku. Nie jestem w tych odczuciach osamotniony. Jak zapewne Pan wie, decyzja Grzegorza Gaudena i sposób jej wcielenia w życie poddany został krytyce choćby ze strony Związku Kompozytorów Polskich czy Doroty Szwarcman.

Atoli niepokoi mnie nie tylko zmiana na stanowisku Naczelnego.
Mój absolutny sprzeciw budzi sposób, w jaki Grzegorz Gauden wyraża się o Ruchu Muzycznym, czego spektakularny przykład dał w audycji na falach Programu Drugiego Polskiego Radia.
Jego wypowiedzi w sposób całkowity deprecjonują merytoryczną wartość periodyku w dotychczasowym kształcie dezawuując pracę Redaktorów, a także spuściznę pisma, na którą składają się prace osób tak znaczących dla polskiej refleksji o muzyce, jak Gwizdalanka, Mycielski, Pociej etc. etc.
W oczach Grzegorza Gaudena pismo jest nienowoczesne, mało poczytne, niewłaściwie redagowane, ukazujące w niedobrym cyklu wydawniczym. Jak ujął to eliptycznie: nie jest Ruchem Muzycznym, lecz Bezruchem Muzycznym.
Stosunek do współdyskutantów, lekceważenie wszelkich argumentów krytycznych, niespójności w wywodzie (z jednej strony Grzegorz Gauden mówi, że propozycja Redakcji, by redaktorem naczelnym został Marcin Gmys napłynęła dla niego za późno, więc nie wziął jej po uwagę, z drugiej podkreślenie, że od 2010 szukał kogoś, kto przerobi pismo podług Jego wizji, a to nie jedyny przykład) powodują, że można pytać, czy Ruch Muzyczny jest „własnością” czytelników, czy też lennem feudała, jakim jest Grzegorz Gauden i Jego wizje.

Skala i sposób negowania wartości pisma, które jako jedyne zajmuje się życiem muzycznym w Polsce, jest zadziwiająca.
Tak samo zadziwiające są metody narzucania pismu linii rozwojowej i kierującego redakcją Redaktora Naczelnego.
Wszystko to uzasadnionym czyni obawę wyrażoną przez Szwarcman – czy Ruch Muzyczny upadnie?
Wszystko to pozwala także stwierdzić, że – abstrahując od merytorycznych kompetencji Tomasza Cyza – Jego wybór na Naczelnego pisma wynika z feudalnych pomysłów Grzegorza Gaudena, a nie z pobudek stricte merytorycznych (Szwarcman pisze wprost o przyniesieniu Naczelnego w teczce.

Proszę przyjąć moje słowa jako wyraz publicznego oburzenia, któremu daję wyraz na swoim blogu.

Z szacunkiem,


Marcin M. Bogusławski



***
A tu odpowiedź Ministerstwa:





I mój krótki mail do Osoby, która przesłała mi wyżej zamieszczony list:

"Szanowny Panie,
odpowiedź otrzymałem.
Przyznaję, iż liczyłem, że dowiem się z niej czegoś więcej niż to, co wiem choćby z audycji radiowej, po której zabrałem głos.
Co do poprawności procedur nie mam wątpliwości, mam za to duże co do działań, które budzą reakcje Związku Kompozytorów, Doroty Szwarcman, Rafała
Augustyna. I które - co Dyrektor IK wyraził expressis verbis - nie liczą się z głosami Redakcji.
Ale cóż, gładkie słowa są w stanie przykryć wszystko.
Tak czy owak - dziękuję. I trzymam za słowo w kwestii przyglądania się przez MKiDN sytuacji w piśmie.
Z poważaniem,
Marcin Bogusławski

poniedziałek, 10 czerwca 2013

NOWE PŁYTY BECZAŁY

Jacek Hawryluk pytał wczoraj Piotra Kamińskiego: po co Piotrowi Beczale opereta?
Ano myślę, że po to, żeby pokazać, iż wie, jak ją śpiewać.
To zjawisko - niestety - coraz rzadsze.
Wpierw uznano za sztukę niższą recitale płytowe (jako przysłowiowy groch z kapustą) i koncerty dla szerokiej publiczności (u nas działo się to przy okazji koncertów Trzech Tenorów), by później wymyślić tzw. crossover.  
Crossoverowych płyt znam wiele, jednak żadna z nich na dłużej nie została mi w pamięci. Tym bardziej szkoda, że wchodząc w mariaż z muzą mocno już lekką zniknęła piękna tradycja śpiewania operetki i songów, tradycja tworzona przez takich mistrzów śpiewu jak Richard Tauber, Jan Kiepura, Rudolf Schock, Nicolai Gedda, Fritz Wunderlich, Wiesław Ochman czy Rene Kollo (mało kto pewnie pamięta i wie, że Kollo zaczynał jako piosenkarz goszcząc w Polsce po raz pierwszy jako gość... Festiwalu w Sopocie).


Beczała wskrzesza swoją płytą czar epoki operetki i przedwojennych filmowych songów. 
Wskrzesza zaiste po mistrzowsku! Śpiewak doskonale czuje styl prezentowanych utworów, jego głos niesie się spokojnie i swobodnie, tak, że zapomina się o wszelkich podparciach, intonacjach, przejściowych dźwiękach, poddając szlachetnemu pięknu interpretacji.
Nie ma sensu szukać porównań, każdy artysta jest bowiem zjawiskiem samym w sobie, ale obok Taubera - któremu płyta jest poświęcona - Beczała nieodparcie przywodzi mi na myśl Geddę. Tym, co łączy obu śpiewaków jest nie tylko podobny rodzaj głosu, ale też podobne mistrzostwo jego prowadzenia i... elegancja, której tak często dzisiaj brak.

Może i w Lippen schweigen wolałbym głos lżejszy od przyciężkiego i rozwibrowanego sopranu Anny Netrebko (tak,  zamarzyły mi się sprzed lat Barbara Nieman i Bogna Sokorska), ale jest to grymaszenie nie całkiem na miejscu. 
Za to niezwykłym i pozytywnym zaskoczeniem może być Du bist die Welt, na którym Beczale towarzyszy... sam Richard Tauber.

Twoim jest serce me należy bowiem do tych płyt, których słuchać można z cielęcym zachwytem i radością - nie wszystko przecież służyć musi niesamowitym egzystencjalnym przemyśleniom.


By oddać Beczale sprawiedliwość wspomnę jeszcze o jego płycie Verdiowskiej. 
Kamiński w przywołanej na wstępie rozmowie stwierdził, że o ile płyta "operetowa" prezentuje najwyższy rodzaj swobody i kunsztu, o tyle przy Verdim słychać nieco napięcia, czuć, że to praca, którą śpiewak musi wykonać.
To prawda - Beczała prezentuje tu bowiem przekrój przez twórczość Verdiego, odważnie sięgając po wyimki z ról, które na scenie byłyby dla niego za mocne. 
Wszystkie one brzmią w jego wykonaniu bardzo dobrze, choć niekiedy słychać, że odpowiednie napięcie musi być tu wywołane bardziej inteligencją i techniką niż odsetkami.
I w tym przypadku nie ma jednak co grymasić. 
Zwłaszcza, gdy człowiek zasłucha się choćby w duet z Trubadura, w którym Beczale towarzyszy jako Azucena Ewa Podleś, mistrzowsko zrobione fragmenty Traviaty, Nieszporów sycylijskich czy Requiem
Wielbicieli znajdzie też duet z Don Carlosa, w którym śpiewakowi partneruje Mariusz Kwiecień, choć sam wolę w roli Posy głosy mocniejsze i bardziej intensywne (bardziej niż na płycie dało się to odczuć w trakcie sobotniego spektaklu z Covent Garden, w którym Kwiecień towarzyszył Jonasowi Kaufmannowi). 

Beczała ma też szczęście do dyrygenta. Na obu krążkach orkiestry (Royal Philharmonic i Polską Orkiestrę Radiową) prowadzi Łukasz Borowicz, będący wrażliwym towarzyszem śpiewaka i równie wrażliwym inspiratorem dla muzyków. 
Słuchając jak może brzmieć "akompaniament" żal, że jego kontakty z łódzką operą okazały się tylko chwilowe. 

***
Płyty Beczały cieszą tym bardziej, że spośród gwiazd współczesnej opery Beczała jest jedną z najbardziej naturalnych, jego sukces nie zależy zasadniczo od marketingu i reżyserii dźwięku, ale od realnych możliwości (cóż, ma szczęście rozwijać karierę w dawnym stylu - nie musiał jako dzieciak zgadzać się na wszelkie propozycje, dane mu było za to spokojne rozwijanie osobowości).
Równie naturalny wydaje mi się Andrzej Dobber, który - szczęśliwie - nagrywa swój pierwszy solowy krążek. Będzie czego wyglądać!




sobota, 8 czerwca 2013

SUBIEKTYWNE I PRZEDWCZESNE PODSUMOWANIE SEZONU

Nim na dobre utknę w papierach dysertacyjnych i artykułowych, czas na krótkie, choć nieco przedwczesne, podsumowanie sezonu operowego.

Mijający  upływa dla mnie pod znakiem belcanto.
Skończyłem w końcu trwającą od dawna lekcję Rossiniowską, utwierdzając się w przekonaniu, że to kompozytor zdecydowanie niedoceniony i za mało - złwaszcza u nas - grany.
Ucieszyłem się również zauważając pojawiające się pomysły na to, by obsadzać główne partie belcantowych oper zgodnie z tym, jak rozumie się dokumenty z czasów, w których żyli kompozytorzy.

Warto bowiem przypomnieć, że rozpowszechniony dzisiaj podział głosów operowych wyglądał w tamtej dobie całkiem odmiennie.
Zwłaszcza w przypadku głosów żeńskich, które dzielono z zasady dychotomicznie na kontralty i soprani sfogati

Zarówno kontralt, jak sopran sfogato to głosy o szerokiej skali, rozpiętej między ciemnym i bogatym niskim rejestrem a jasnymi, swobodnie atakowanymi wysokimi, jasnymi nutami rejestru głowowego. To głosy intensywne, bogate w paletę barw (tym szerszą, że nie stosowano wtedy rozpowszechnionego dzisiaj mieszania rejestrów, budując rolę na barwowym kontraście), silne i dramatyczne. A jednocześnie giętkie, z natury skłonne do realizacji najbardziej zawrotnych ozdobników.
Tym, co różni je od siebie, to leżąca tym głosom tessytura. 
Kontralty dobrze czują się w partiach o tessyturach niższych, będących bazą do pełnych blasków wycieczek "w górę". Soprany sfogato wolą tessytury wyższe, wykorzystując niski rejestr jako środek retorycznego wzmocnienia odmalowywanych afektów i emocji. 

***
Zapewne wielu z nas trudno będzie odzwyczaić od obsadzanych w rolach belcantowych jasnych, wysoko upozowanych sopranów koloraturowych, takich choćby, jak Edita Gruberowa. 
Warto jednak zmierzyć się z Normą śpiewaną przez Cecilię Bartoli (pomimo jej wszystkich ułomności, o których pisałem tutaj). 

Jak też posłuchać Marii Stuardy kreowanej przez Joyce DiDonato.
Miałem szczęście słuchać jej w tej roli w styczniu bieżącego roku w trakcie radiowej transmisji z MET.
Mówię o szczęściu, DiDonato należy bowiem do moich ulubionych artystek. Jest nie tylko dobrą śpiewaczką, ale wytrawnym muzykiem i wdzięczną aktorką. 
Jako Stuarda zademonstrowała idealne wyczucie stylu łącząc ze sobą kapitalną technikę, krągłość dźwięku, umiejętność kolorowania głosek wynikającą zawsze ze zrozumienia tekstu i sytuacji scenicznej, intensywną, ale nie przerysowaną technikę. Jakby mało było piękna samego głosu, przywodzącego mi na myśl prześwietlony słońcem, brązowy cyrkon. Fakt, w kilku momentach mniej podobała mi się nieco zamglona, nosowa barwa jej głosu czy wibracja, artystka posługiwała się nimi jednak jako przemyślanymi środkami wyrazowymi, które we wszystkich sytuacjach dały się obronić.

Podobną, a nawet większą radość, sprawił mi występ Bernadetty Grabias jako Jane Seymour w Annie Bolenie. Łączy ją z DiDonato podobny gatunek głosu, podobna muzykalność, podobna szczerość w kreowaniu roli, w końcu podobnie świadome budowanie artystycznego emploi (może cieszyć, że w dobie pośpiechu obie artystki ani nie rzucają się na partie zbyt mocne, ani nie starają się być specjalistkami od wszystkich operowych stylów).  Jak dla mnie głos Grabias jest jednak piękniejszy i bogatszy kolorystycznie - przywodzi mi na myśl dymny kwarc rozpięty między głębokim brązem a czernią. To artystka jak na swój wiek nadzwyczaj dojrzała, szukająca w nutach nie popisu, ale wyrazu (a mogłaby, nawet najtrudniejsze ozdobniki wydają się bowiem w jej wykonaniu błahostką). 

Trzecim ciemnym, tym razem bardzo ciemnym, niczym onyks czy hematyt, na który zwróciłem uwagę w mijającym sezonie jest Ginger Costa-Jackson, młoda, amerykańsko-włoska śpiewaczka, obsadzona jako Smaragdi w transmitowanej z MET Francesce da Rimini Zandonaia. Mimo że to rola niewielkich rozmiarów, potrafiła zrobić z niej perełkę i sprawić, że to o niej myślałem wychodząc z filharmonii. Warto przyglądać się jej karierze, bo to szlachetny głos, z gatunku kontraltów raczej niż mezzosopranów, a także śpiewaczka w znacznej mierze świadoma jego specyficznego charakteru i rozlicznych walorów. 

Przy ogólnej mizerii spektakli muzycznych w Łodzi żałuję dwóch rzeczy.
Tego, że nie byłem na studenckim spektaklu Krainy uśmiechu w Teatrze Muzycznym (studentom zawsze warto się przyglądać!).

A także tego, że nie dane mi było usłyszeć Kariny Skrzeszewskiej jako Anny Boleny. Entuzjastyczne echa Jej kreacji docierają do mnie cały czas, szkoda więc, że w mijającym sezonie nie zagościła u nas na dłużej (miała śpiewać jeszcze Traviatę).





Z miłych - bo o innych w podsumowaniu sezonu nie chcę pisać - wydarzeń zachowam w pamięci kapitalne wykonanie Casta Diva - Ah! Bello a me ritorna przez Joannę Woś, dramatyczne Acerba volutta Bernadetty Grabias oraz fragmenty z Rigoletta, w których swoją klasę potwierdził Zenon Kowalski (wszystko na Gali Operowej).
Zapamiętam także efektowne kostiumy Marii Balcerek do Anny Boleny.

***
Z płyt najsilniejsze wrażenia wywołały we mnie Dramma Simony Kermes, Bella mia fiamma... Olgi Pasiecznik, Szostakowicz, Szymanowski, Strawiński. Pieśni Jadwigi Rappe (z legendarnym nagraniem Trzech poematów do słów Kasprowicza), a także Misja Cecilii Bartoli, w której poczuć można dawne mistrzostwo włoskiej śpiewaczki.








Z nagrań nieistniejących na oficjalnych płytach na pierwszym miejscu postawić muszę kreacje Jolanty Bibel i Krzysztofa Bednarka. Wśród nich zjawiskowo zaśpiewana aria z Faworyty, pełen niezwykłego napięcia duet z Normy (Va! Crudele), nie mający sobie równych (mimo kiksów orkiestry) finał z Carmen czy finał Otella Verdiego budzą gniew, że interpretacje te nie są powszechnie dostępne na płytach. 


Z operowych odkryć najwyżej stawiam Olimpiadę Josefa Myslivecka.
Zaś ze starszych nagrań niewątpliwy prym wiodła Nelly Miricioiu, przypominając mi za każdym razem (w Rossinim, Pacinim, Donizettim) na czym w istocie polega sztuka belcanto
Sama zresztą potrafi pięknie o tym mówić:

"Śpiewacy z przeszłości nie myśleli w kategoriach belcanto czy weryzm; dbali wyłącznie o muzykę, podczas gdy teatr i orkiestra miały znaczenie znacznie mniejsze. Faktem jest, że nieco zagubiono wtedy prawdziwą szkołę belcanto, w której uczucia wyrażało się poprzez finezyjność legato, barwienie samogłosek oraz natężenie spółgłosek. Gdy zaczyna się uczyć opery, tym, co prowadzi głos, musi być tessitura. Technika pozostaje taka sama, ale jeśli za każdym razem chcesz używać oddechu i mięśni w taki sam sposób, to będziesz mógł mieć problemy. Trzeba mieć odwagę, by być otwartym na potrzeby, jakie rodzi dzieło, w pierwszej kolejności, by przystosować do dzieła swoją technikę i zachować elastyczność „bazy” w kształtowaniu głosu na scenie, stosownie do orkiestry i partnerów.

 Jak wytłumaczyć upadek szkoły belcanto?

 Moje związki z belcanto istniały od zawsze. Ale na początku moje podejście było instynktowne, bez wątpienia tak jak w przypadku Marii Callas czy Montserrat Caballe.  Także dzisiaj są osoby posiadające ten instynkt, ale nowoczesna szkoła śpiewu obsesyjnie skupia się na wolumenie głosu i umiejętności przebijania się ponad orkiestrę, co prowadzi do nieustannej walki. Co więcej, nie pomagają nam również krytycy, którzy będąc po to, aby nas sądzić, nie pozwalają nam eksperymentować, ranią nas. W wyniku tego głos zamyka się. Czy trzeba dużo odwagi by śpiewać prawdziwe legato? To jak skok do głębokiej wody. Jesteśmy w trudnej sytuacji i potrzebujemy wsparcia, miłości, zrozumienia, bo światek operowy jest bezlitosny, panuje w nim ogromna konkurencja, zwłaszcza pośród sopranów. Wszyscy śpiewacy rodzą się z legato, ale je tracą, niekiedy z powodu dyrygenta, który wymaga od śpiewaków większego skupienia na spółgłoskach: obciąża się wtedy gardło szukając w nim oparcia dla dźwięku i nikt nie mówi nam, żeby takiego dyrygenta nie słuchać, że to, co robimy jest dobre i że powinno się raczej szukać kompromisu. Zwłaszcza, że system zrobił się bardziej skomplikowany niż dawniej: dawniej śpiewacy płynąć przez Atlantyk mieli dwa tygodnie odpoczynku, w jednym miejscu pozostawali przez sześć miesięcy. Powtarzali znacznie mniej niż dziś: śpiewając Fiamma Respighiego pracowałam od ośmiu do jedenastu godzin dziennie. Sama nie wiem, jak mogłam wytrzymać do końca [tłumaczenie robocze, moje].
___________
Zdjęcia cytuję za serwisami:
http://www.paulinepark.com
http://www.bbc.co.uk/programmes/galleries/p01670v7
cjg.gazeta.pl
amazon.com
http://old.reymont.pl/koncerty_archiwum.php?mode=time&time=2011-01

SŁOWO DAJĘ W ODPOWIEDZIACH

Wytypowany przez Daję Słowo-Słowo Daję odpowiadam na pytania...

***


1. Gdybyś miał/a możliwość podróży w czasie i przestrzeni to jakie osoby i dlaczego chciałabym/ chciałbym poznać i dlaczego. Proszę wymień przynajmniej sześć Hypatia, Tomasz z Akwinu, Fra Angelico, Jan Sebastian Bach, David Hume, Emily Bronte, Michel Serres…

2. Moje osobiste odkrycie, myśl, sentencja własna, którą chciałabym, chciałbym pozostawić Bliskim to miłość wyklucza tylko wykluczenie (sentencja nie do końca moja, ale ze mną zrośnięta).

3. Marzenie dotyczące sfery życia osobistego (nie zawodowego), które chciałbym/ chciałabym spełnić w ciągu najbliższych siedmiu lat podróż koleją transsyberyjską z Lwem, Renifferem i grupą przyjaciół.

4. Mój skuteczny sposób/ strategia na rozwiązanie trudności to chwila oczyszczenia przy Bachu.

5. Czego chcę się nauczyć rumuńskiego, zdecydowanie rumuńskiego.

6. Płyta (odkrycie muzyczne), która ostatnio mnie zachwyciła to Olimpiada Myslivecka.

7. Gdybym w ciągu roku miał/a żyć o 5% bardziej świadomie to bardziej systematycznie wracałbym do Techniki Alexandra – w głosie i oddechu siła!

8. Osobiste odkrycie (“Błysk” Olśnienie,”Aha” jak zwał tak zwał)  na miarę Nobla, które przyczyniło się do tego, że żyje mi się lepiej dzielenie się miłością rzeczywiście ją powiększa, a nie wyczerpuje, więc nie ma co być zazdrosnym.

9. Rzecz, którą ostatnio zrobiłam w sposób odmienny niż zwykle to zdjąłem okulary i założyłem soczewki.

10. Co sprawia Ci radość? Pisanie o operze, zwłaszcza jeśli może być wyrazem troski o to, co w niej najistotniejsze.

11. Jestem dumna/ dumny z okcydentalistów.

piątek, 7 czerwca 2013

ości ZOSTAŁY RZUCONE. O KSIĄŻE IGNACEGO KARPOWICZA

Podszedłem do ości z lekko ograniczonym zaufaniem.
Po tym, jak po Balladynach i romansach pozostało mi wspomnienie ambiwalentnie pozytywne. 
Generalnie spodobał mi się koncept Balladyn - migawkowa narracja, przecinające się historie bohaterów, przeniesienie ponowoczesnej sfery religijności wprost na ziemię i przetestowanie, jakie (także transgresyjne, a więc ożywcze dla sacrum) efekty może to wywołać. Do tego wyraźny dystans przy jednoczesnej sympatii dla bohaterów i żart, nie zawsze wysokiej próby, ale zazwyczaj wartościowy.
Jasne, mogły drażnić mocno podkręcony, koturnowy język połączony ze stylem niskim, przekraczanie narracyjnego dobrego gustu czy łamanie czytelniczych nawyków. Dla mnie zabiegi te, które kiedyś przypisałem do kampu - dobrze współgrały z budowanym w powieści światem, stając się dobrym narzędziem do obejrzenie wycinka polskiej rzeczywistości. Tyle że pomysłów na ten świat starczyło do 2/3 książki - później wiało już nudą i warsztatową bezradnością: zakładając nawet, że Balladyny miały mieć strukturę otwartą, dodając, że lubię "dzieła otwarte", tutaj nie miałem chęci, by wiązać ze sobą cokolwiek.

***
ości nie przyniosły mi jednak rozczarowania.
Moim zdaniem to powieść lepsza od Balladyn, sprawniejsza warsztatowo (choć pewne manieryczne wstawki ze stylu niskiego drażnią pod koniec tak samo, jak w Balladynach) i dojrzalsza światopoglądowo. O ile...
O ile miało się szczęście przeczytać ją przed rozmową z Ignacym Karpowiczem i Kingą Dunin, która ukazała się w dzisiejszej Wyborczej.

O tym, że gros bohaterów ości posiada swoich realnych antenatów wiedziałem z anteny radia. Ale zupełnie nie zaprzątałem sobie tym głowy poznając świat bohaterów w e-bookowej wersji książki.
I dobrze - nie zgadzam się bowiem z tym, że w ościach dominują poglądy Kingi Dunin (pierwowzoru Ninel Czeczot), co sugeruje zadająca pytania Dorota Wodecka.
Nie zgadzam się również z tym, że ości są promocją świata "cywilizacji śmierci" przeciw "cywilizacji życia", jak zgodnie utrzymują Dunin i Karpowicz. Gdyby tak było, powieść zamieniałby się w tanie ideologizowanie, niewarte - jak większość stereotypów - dłuższej uwagi. Mogą się z nimi obnosić w wywiadach, co też robią na łamach Wyborczej, nie powinni jednak aż tak mocno ukierunkowywać lektury, zwłaszcza w momencie, gdy książka dopiero ukazuje się na rynku.

***
Dla mnie ości są najzwyczajniej w świecie powieścią społeczną, wrażliwym opisem płynnego świat;, świata, którego nie legitymizuje już odwołanie do absolutów, ale który toczy się na mocy wewnętrznych mu, nieuzgadnialnych mechanizmów i reguł.
Karpowicz z dużą dozą empatii pokazuje ludzi naszych czasów, świadomych niespójności swoich poglądów i swoich decyzji, pogubionych emocjonalnie i zawodowo, zakłamanych, utrzymujących pozory normalności, niekiedy zaś nadnormalnych, zbuntowanych, uwikłanych w sytuacje wątpliwe, często - w pierwszym odruchu - podlegające napiętnowaniu.
To świat naszej codzienności, z którym stykamy się na ulicy, w tramwajach, na uczelni.
Dla jednych świat wyzwolenia - walki o poszerzenie praw dla mniejszości, budowania empatii wobec zwierząt.
Dla innych świat nie do pogodzenia z ich religijnością, myloną często z zakorzenionymi rolami społecznymi.

***
Świat zarazem obcy i bliski.

Karpowicz nie kryje jego wad - walcząca o prawa kobiet Ninel wychowuje nadnormalne, a więc emocjonalnie zwichnięte dziecko.
Mąż porzuca żonę i czwórkę dzieci dla sąsiada z góry.
Wysokie kompetencje utrudniają znalezienie pracy.
A osoba, którą się kocha, nie jest ani kobietą, ani Europejczykiem, a przecież jest się homofobem i rasistą.

Babka-tradycyjna katoliczka dogaduje się z wnukiem-punkiem.
A "moherowa" teściowa godzi się z tym, że mąż jej córki jest drag queen, godzi się, bo wie, że jest uczciwym i dobrym człowiekiem.

***
Tym, co dla mnie najcenniejsze w tej książce, jest pokazanie, że dziwny, płynny, ponowoczesny świat, nie różni się w tym, co fundamentalne, od świata bardziej tradycyjnego.
Że ludzie wciąż szukają w nim miłości, lojalności, wierności; że wciąż w cenie może być przyjaźń, że w obliczu śmiertelnej choroby dalej ucieka się w imię uczuć, by nie stać się ciężarem dla bliskich i że bliscy nie akceptują tej ucieczki.
Że pragnienia te - nie ważne, czy rodzą się w sercu "moherowej katoliczki", geja, "starszej" kobiety, osoby mono- czy poliamorycznej - są w zasadzie takie same, łączą nas, a nie dzielą, są nagą ością człowieczeństwa, pozostającą po zdrapaniu naddatków kultury.
Że to właśnie przez te pragnienia powinniśmy stawać się tym, kim chcemy być, nawet jeśli każdy projekt jest tylko tymczasowy.

Tym, co istotne jest także to, że książka Karpowicza - wbrew deklaracjom z wywiadu - nie jest apologią jakiegoś modelu cywilizacji przeciw innemu. Jest apologią odpowiedzialności i szczerości, tego, byśmy świadomie budowali życie.

Nihil novi - można powiedzieć.
Owszem, ale...
... ale warto było pokazać, że we współczesnych czasach, w których niemal wszystko rozpada się na naszych oczach, jest jeszcze coś stałego, co powoduje, że płynność nie niszczy człowieka - miłość, lojalność, przywiązanie, empatia
Warto to było pokazać nie cukrując świata, nie przemilczając jego pęknieć i wad, ale wydobywając światło z serca tego, ci wielu wydaje się mroczne!

_________
Zdjęcie za: ceneo.pl

czwartek, 6 czerwca 2013

TERESA BOGUSŁAWSKA - NAJMŁODSZA POETKA CZASÓW WOJNY

Historia mojej rodziny jest klasycznie meandryczna.
Podobnie niejasne, wielowątkowe są relacje mojej familii z innymi rodzinami, a także - często wspólne - uwikłanie w dzieje Polski.
Po tym uwikłaniu pozostały zresztą różnorakie ślady.
Kawałek rodzinnego grobowca przedstawiający pradziadka, który rzeźbił Hauke-Bosak z młodszej linii Józefa Hauke-Bosaka, jednego z naczelników Powstania Styczniowego.
Wspomnienia i fotografie ciotecznej babki Melanii, opowiadające o bliskich związkach naszej rodziny ze Starzyńskimi, związkach, których oficjalizację uniemożliwiła wojna.
W końcu po prostu wspomnienia, jak te dotyczące Teresy Bogusławskiej, najmniej pewne, bo nie poparte dokumentami.
Ale żywe...


Teresa była zapewne najmłodszą poetką czasów wojny.
Działała intensywnie w Szarych Szeregach, rozlepiając antyniemieckie afisze, w czasie Powstania Warszawskiego szyjąc mundury i opaski. Przeszła przez gestapowskie tortury, a na Pawiaku nabawiła się gruźlicy, która wywołała śmiertelne w skutkach zapalenie opon mózgowych.
Zgasła mając 16 lat.

Został po niej tom wierszy, wydany w 1979 przez Józefa Szypka. 
To własnie on, zatytułowany Wołanie nocy jest tym, co koncentruje i pobudza rodzinną pamięć.

Szczęśliwie nie zapomnieli o Teresie harcerze.
Ucieszyło mnie dziś bardzo internetowe znalezisko - na stronie Świętokrzyskiego Kręgu Harcerskiego znalazłem bowiem elektroniczną wersję wznowionego tomu Teresy, który ukazał się w 2008 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim. Poza wierszami znaleźć w nim można krótki biogram i fotografie.

***
Choć sienkiewiczowski, martyrologiczny model patriotyzmu jest mi daleki, a niekiedy nawet obcy, z tęsknotą patrzę na heroizm i oddanie Polsce, które prezentował Hauke-Bosak, Starzyński czy Teresa.
Oglądając się na ich postawy widać, że Ojczyzna mogła być żywą wartością, a poświęcenie nie miało na celu kultu męczeństwa, ale oddanie budowaniu - budowaniu kraju, który byłby matką dla swoich mieszkańców. 

Przyglądając się dziś wierszom Teresy - niekiedy młodzieńczo naiwnym i słodkim - pomyślałem, jak bardzo potrzeba i dziś takiego herozimu.
Nie po to, by szyć opaski, robić ryngrafy i umierać, ale po to, by w Polsce pozostać i starać się mozolnie budować przestrzeń wspólnego dobra.

Tym, co najbardziej przeraża mnie we współczesnej polityce jest retoryka sukcesu, pod którą skrywa się całkowite wyprzedanie wszystkiego, co składa się na Ojczyznę.
Wyprzedanie języka poprzez obligowanie do uprawiania nauki w językach obcych (żeby było bardziej światowo).
Wyprzedanie bezinteresowności przez promowanie tego, co biznesowo i pragmatycznie użyteczne.
Wyprzedanie solidarności, przez notorycznie stosowany chwyt divide et impera.
Wyprzedania wartości humanistycznych przez ekonomiczną zapaść, rozpoczetą spektakularnie w łódzkiem: to tu Leszek Balcerowicz chwalił przedsiębiorców z Tuszyna by kilka dni później doprowadzić ich do zapaści zamknięciem rynków zbytu.

***
Teodor Adorno pytał kiedyś, czy po Auschwitz możliwa jest poezja?
Idąc jego tropem można pytać, czy pisanie poezji w czasie wojny jest czymś, co godzi się robić?

Postawa Teresy, pełna faktycznego zaangażowania w walkę, pokazuje, że można.
Bo właśnie to, co bezinteresowne, co uwrażliwiające, co kulturotwórcze jest ostatecznie tym, co buduje kulturę, tworzy tradycję, zasila pamięć.

Pamiętam przerażenie, gdy w trakcie lektury jednej z prac Rafała Stobieckiego uświadomiłem sobie, że opis stalinizacji nauki, jaki przywoływał, daje się odnieść do dzisiejszych czasów, wystarczy tylko zmienić nomenklaturę z partyjnej lat 50tych na partyjną chwili obecnej.

Pamiętam niepokój, który opanował mnie na wczorajszych zajęciach ze studentami, którzy przyznali, że to, co bezinteresowne, co jest rozwojem ducha dla niego samego, poznaniem dla poznania, świadczy o tym, że jest się człowiekiem.

Przypominam Teresę w momencie, gdy nakazuje się nam robić wszystko dla pomnożenia kapitału (nie naszego), dla wartości ekonomicznych i doraźnych.

Przypominam Teresę w momencie, gdy niszczy się kulturę i pamięć, jako autonomiczne sfery, wychowujące człowieka do bycia człowiekiem.

"Śpiewałabym Ci piosenkę, piosenkę błękitną,
O tym, jak szczęścia kwiaty gdzieś na łące kwitną.
Śpiewałabym Ci długo, śpiewałabym rzewnie,
O tym jak słońce zaszło już za lasem pewnie.
Jak zapachniały w rosach macierzanki łąki
I jak przysiadły w bruzdach przed nocą skowronki.
O tym, jak blask zachodu poozłacał pola,
Po których chodzi zwolna szara polska dola…
Śpiewałbym Ci długo, śpiewałabym rzewnie,
Aż wszystkie Twoje troski odbiegłyby gniewnie
I aż byś zasnął cicho i śnił, jak tam kwitną

Kwiaty zbudzone w dali przez piosnkę błękitną


poniedziałek, 3 czerwca 2013

MYSLIVECKU, KOCHANECKU..!, CZYLI GDY ZOSTANĘ DYREKTOREM OPERY

Leci liście z drzewa to - w moim odczuciu - jedna z najpiękniejszych, ale i najbardziej dających do myślenia pieśni Chopinowskich. Jest to "wokalny rapsod opłakujący los pokolenia" - pisze Mieczysław Tomaszewski -, na którym niezatarte piętno pozostawiła nieudana walka o wolność kraju.
Rytmy mazurka, krakowiaka, echa pieśni powstańczych - wszystko to tworzy aurę dla tekstu, w którym padają znamienne słowa:
O polska kraino, gdyby ci rodacy,
Co za Ciebie giną wzięli się do pracy
I po garstce ziemi z ojczyzny zabrali,
Już by dłońmi swymi Polskę usypali.

Kto wie, czy właśnie te słowa nie powodują, że Leci liście... jest także najbardziej aktualną pieśnią Fryderyka Chopina.
Stanowi bowiem istotny głos w naszym sporze o model patriotyzmu, w którym nadal dominuje tradycja sienkiewiczowsko-martyrologiczna, brakuje zaś rozumienia patriotyzmu jako codziennej, uczciwej pracy dla dobra siebie, Polaków i kraju.
Pracy, której jednym z wymiarów jest przypominanie o dorobku kulturowym własnej wspólnoty.

Umiejętności przypominania o swoim kulturowym dorobku niemal od zawsze zazdrościłem Czechom. 
Ze swojego dzieciństwa pamiętam kapitalną kolekcję nagrań Emy Destinnovej (czyli Emmy Destin), znaczki z Rafaelem Kubelikiem, z czasów podstawówki pierwsze płyty z muzyką Jana Dismasa Zelenki. 
W sobotę, dzięki retransmisji w Polskim Radio, odkryłem Olimpiadę Josefa Myslivecka 
Operę, która od pierwszych dźwięków przykuła moje ucho do głośników, przypominając, co znaczy entuzjazm i zachwyt.

***
Josef Myslivecek był kompozytorem zaprzyjaźnionym z rodziną Mozartów.
Urodził się prawdopodobnie w Pradze w rodzinie zamożnego młynarza, gdzie studiował filozofię, kompozycję i grę na skrzypcach. Dzięki mecenatowi hrabiego Vincentego von Waldsteina wyjechał na naukę do Włoch, gdzie zaczął robić piękną karierę. Jego opery grały teatry Bolonii, Neapolu czy Parmy. Obok Włoch cieszył się sławą także w Pradze, Wiedniu czy Lizbonie.

Tryumfy święcił nieco ponad dekadę. Jego sława zaczęła gasnąć wraz z postępującą chorobą (amputowano mu nawet nos) skazując go w końcu na samotność i ubóstwo.
Zmarł zapomniany w Rzymie, czego wyrazem jest choćby to, że w rodzinnym młynie Myslivecków znajduje się do 1936 r. muzeum... Bedricha Smetany. 

***
Znam jego dwie opery - Montezumę i właśnie Olimpiadę.
Obie ujmują inwencją melodyczną, kapitalnym opracowaniem afektów, ciekawą, barwną instrumentacją, ale także niezwykłym nerwem dramatycznym i psychologicznym wyczuciem
Odczuć to można zestawiając ze sobą kompozycje Myslivecka i Antonio Vivaldiego (który opracował te same libretta Pietra Metastasia). 
Wrażenie jest takie, jakby porównywało się kapitalne dzieła teatralne z nudnawym koncertem w kostiumach.

Sobotnie, retransmitowane wykonanie Olimpiady nie było doskonałe - nie wszystkie głosy dobrze współbrzmiały, trafiały się niepewności intonacyjne etc. Wszyscy jednak wiedzieli, po co są na scenie i co śpiewają. Nie szło im o to, by było popisowo, wolno i szybko, głośno i cicho, ale o to, by zbudować żywe postaci, malując je tysiącem barw, niuansów dynamicznych i artykulacyjnych. Fenomenalnie wspomagała ich orkiestra pod żywą, wizjonerską batutą Vaclava Lucsa. Obok Lucsa warto wspomnieć o wykonującym partię Clistene Johannesie Chumie, którego wysoki, jasny głos pozwala nam snuć przypuszczenia o tym, jak mogły brzmieć autentyczne kontratenory (o różnicy między kontratenorem a falsecistą pisałem tutaj).

***
Cieszyć może fakt, że we wskrzeszaniu dzieł Myslivecka swój udział mają także Polacy.
W Olimpiadzie żeńską (!) rolę Aminty śpiewał obdarzony szlachetnie brzmiącym tenorem Krystian Adam.
W Montezumie zaś piękną kreację stworzył w 2011 r. Jakub Burzyński

Szkoda tylko, że rodzime opery są tak bardzo przywiązane do żelaznego XIX-wiecznego repertuaru i równie żelaznych obsad, iż słuchać ich możemy raczej poza granicami kraju.
W nocy wyśnił mi się na deskach łódzkiej opery Don Giovanni z Kariną Skrzeszewską (jako Anną), Urszulą Kryger (Elwirą), Bernadettą Grabias (Zerliną), Krystianem Adamem (Ottaviem) i Rafałem Pikałą (Leporellem).
Z chęcią posłuchałbym również Figara z Anną Wierzbicką jako Hrabiną. 

Do tego dorzuciłbym Rossiniowskie Ermione, stworzoną dla głosu Skrzeszewskiej i Woś, Semiramidę z Olgą Maroszek jako Arsace (póki, z braku na polskich scenach repertuaru dla siebie, wysokimi mezzosopranowymi rolami nie popsuje swojego naturalnego kontraltu), czy Podróż do Reims (tu role dla całej plejady śpiewaków).
Intrygującego Don Chisciotte Saverio Mercadantego.
Intymną Śmierć w Wenecji Benjamina Brittena, stworzoną dla Adama,  czy Latającego Holendra  Ryszarda Wagnera z łodzianinem, Tomaszem Koniecznym.
I którąś z oper Georga Handla z Agatą Bieńkowską
A na jubileuszowy deser Otella Giuseppe Verdiego z Krzysztofem Bednarkiem.  

To wszystko - i Myslivecek! - jak zostanę dyrektorem, obiecuję!

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...