Na półce z tuzami robi się coraz bardziej pusto. Odszedł dziś kolejny - Jerzy Kmita.
Od dobrych kilkunastu miesięcy Jego myśl towarzyszyła mi regularnie - często doprowadzając do szału swoją zawiłą i mało niekiedy zgrabną stylistyką, zbytnią skrótowością w objaśnianiu pojęć, scholastycznym zamiłowaniem do dystynkcji czy poczuciem, że styl maskuje słaby punkt systemu i jest taki a nie inny po to, by trudno było się przez niego przebić. Trudno było mi również zaakceptować Kmitowską koncepcję kultury - wbrew wysiłkom Autora wydawała mi się ona bowiem częścią dyskursu nazbyt obiektywistycznego. Poza tym na jej gruncie (a to już wina obranej przez Kmitę perspektywy filozoficznej) nie dało się sensownie pomyśleć wspólnoty. Kmita głuchy był też niekiedy na to, co do powiedzenia ma filozofia kontynentalna (Derridy choćby, czy Foucaulta moim zdaniem nie rozumiał).
Denerwując się czy nie zgadzając zawsze jednak doceniałem wielkość Kmity jako filozofa - dość pokornego, by dłubać przy rozwiązywaniu konkretnych problemów, i dość "szalonegp" by budować całościową perspektywę. Ujmował mnie poza tym chwalebną próbą znalezienia trzeciej drogi między fundamentalizmem (obiektywizmem) a tanią, bo nihilistyczną wersją relatywizmu czy wysiłkiem włączenia historii do namysłu nad nauką. Miał też instynkt do stawiania i dyskutowania problemów nie tyle modnych, ile ważnych.
Choć nie znałem go osobiście, będzie mi go brakowało. Bo nie był tylko jednym z twórców "metodologicznej szkoły poznańskiej" - być może był najwybitniejszym jej przedstawicielem (po czasie widać, o ile jego koncepcje były ciekawsze i bardziej filozoficznie zasłuchane niż Leszka Nowaka). Poza tym był twórcą polskiego kulturoznawstwa, ojcem i opiekunem wielu naukowych karier. No i bywał filozofem (bo filozofem się bywa, nigdy się nim nie jest), co jakoś coraz rzadsze!
wtorek, 24 lipca 2012
czwartek, 19 lipca 2012
TEILHARD, MADONNA, ICONOCLASH
Wyciągając dziś z półki kolejną porcję papierów doktorskich wpadła mi w ręce niepozorna, rozsypująca się książeczka w szarej płóciennej okładce. Autorem pomieszczonych w niej tekstów jest Pierre Teilhard de Chardin. Spośród jego pism to właśnie ten zbiór czytałem jako pierwszy - opowiadał mi o nich Wojtek, potem podrzucił do pożyczenia, a w końcu podarował. Pamiętam moje lekturowe wrażenia: niechęć pomieszana z fascynacją. Niechęć, bo w zamierzchłych czasach - za cenę negacji siebie, za to z poczuciem przynależenia do wspólnoty, przekonaniem, że umiem nazwać to co dobre i to co złe oraz z wytyczoną (pozornie) słuszną drogą rozwoju swojej tożsamości - hołdowałem dość niewolniczo tradycyjnej (czytaj: polskiej) wersji katolicyzmu, a w filozofii - pod płaszczykiem Tomasza z Akwinu, którego cenię do dziś - integrystycznej wersji neoscholastyki. Perspektywa Teilhardowska z jej umiłowaniem nauki, sakralizowaniem materii, procesualnym widzeniem świata, czy panteistyczną retoryką była z nimi nie do uzgodnienia. Ale - z drugiej strony - właśnie dlatego mnie fascynowała, niczym oścień zmuszając do krytycznego podważania akceptowanych przeze mnie "prawd" czy "oczywistości".
Dziś, jak przed laty, czytanie Teilharda też nie przychodzi mi łatwo. Ale teraz z zupełnie odmiennych powodów. Drażni mnie jego naiwna wiara w postęp, lekceważenie (jakże scholastyczne!) aktywnego charakteru zła, czy naszpikowany naukowym żargonem styl. Cenię jednak jego przekonanie o organicznej jedności świata, w której człowiek przewodzi kosmicznej liturgii stworzeń (to piękny, głęboko prawosławny trop, na który zwrócił moją uwagę Jerzy Klinger), dostrzeganie boskości w tym, co najbardziej materialne (np. w kawałku żelaza), dowartościowanie immanentności Boga względem kosmosu czy przekonanie, że nie można obrażać się na świat i jego zmiany, bo wszystko, co powoduje w nim duchowy rozwój (nawet jeśli sprzeczne z literą podaną przez instytucje) jest dobre.
Myślę, że doświadczenie Teilharda było jednym z milowych kroków w moim przejściu od dających poczucie wewnętrznej równowagi neoscholastyki i integryzmu, do jątrzącego postmodernizmu. Jątrzącego, bo zrozumiałem, że na tym świecie wszelkie algorytmy wyznaczające co dobre, a co złe są tylko wyrazem ludzkiej pychy; że każda decyzja dzieje się w skomplikowanej i niejednoznacznej sytuacji, a więc wymaga dojrzałej odpowiedzialności; że przywiązanie do perspektyw meblujacych świat w czerni i bieli niszczy, a w konsekwencji zabija żywe doświadczenie i Boga, i innych ludzi (bez których, jak uczy św. Jan, jakiekolwiek doświadczenie Boga nigdy nie jest możliwe).
Wszelakoż myślałem o tym wszystkim w kontekście nie do końca związanym z Teilhardem. Zasadniczo bowiem refleksje te przyszły mi przy okazji zbliżającego się, warszawskiego koncertu Madonny. Nie mogę zupełnie o nim nie myśleć, jako że nie pozwoli mi na to polska prawica, dudniąca gdzie się da o obrazie uczuć religijnych, nieszanowaniu rocznicy Powstania Warszawskiego i tak w koło Macieju. Męcząca to retoryka i męczące skutki - skonfundowała mnie informacja, że przed koncertem Madonny emitować będą film o Powstaniu.
Nie czas to i nie miejsce ani na doszkalanie z historii, ani na terroryzowanie historią - mając szacunek dla powstańców i ich rodzin (także mojej) mam dość wmawiania mi, że muszę uznać słuszność decyzji o wybuchu powstania. Obawiam się więc, że decyzja o projekcji filmu w takim a nie innym kontekście może przynieść skutki dokładnie odwrotne od planowanych.
Natomiast czas to na takie eventy i cieszę się, że Madonna świadomie wybiera tak prowokacyjne terminy swoich polskich występów. Cieszę się, bo tak jak niegdyś dla Baudelaire'a (a odmiennie od wielu polskich sprawiedliwych), tak dla niej świat symboli chrześcijańskich jest nadal żywy - bez tego wszelka transgresyjność jej gestów nie byłaby możliwa. Miast rzucać na nią kalumnie, wolę podejść do niej tak, jak kiedyś Bataille podszedł do Sade'a - studiujmy ją uważnie, badajmy, co i dlaczego nas boli, abyśmy po takim doświadczeniu wyszli inni niż byliśmy, bardziej żywi i bardziej krwawiący autentycznością swoich wyborów. I nie rzucajmy pierwsi kamieniem, skoro nie jesteśmy bez winy.
A całej prawicy, krzyczącej o obrazie uczuć religijnych, z chęcią powiem w twarz, że o ile Madonna jest dla mnie sposobem na ascezę mojej religijności, o tyle moje religijne uczucia obrażają właśnie oni. Choćby pychą, butą i poniżaniem drugiego człowieka , nie licującym ani z deklarowaną przez katolików, niezbywalną godnością osoby, ani z doświadczanym przez każdego tragizmem życia (niech przykład będzie spektakularny - Anna Grodzka i stosunek do Niej naszych sprawiedliwych). Cóż, zawsze łatwiej widzieć drzazgę niż belkę; cóż, po co pamiętać, że sprawdzianem naszego katolicyzmu jest wszystko to, co zrobimy najmniejszemu z naszych braci..?
Dziś, jak przed laty, czytanie Teilharda też nie przychodzi mi łatwo. Ale teraz z zupełnie odmiennych powodów. Drażni mnie jego naiwna wiara w postęp, lekceważenie (jakże scholastyczne!) aktywnego charakteru zła, czy naszpikowany naukowym żargonem styl. Cenię jednak jego przekonanie o organicznej jedności świata, w której człowiek przewodzi kosmicznej liturgii stworzeń (to piękny, głęboko prawosławny trop, na który zwrócił moją uwagę Jerzy Klinger), dostrzeganie boskości w tym, co najbardziej materialne (np. w kawałku żelaza), dowartościowanie immanentności Boga względem kosmosu czy przekonanie, że nie można obrażać się na świat i jego zmiany, bo wszystko, co powoduje w nim duchowy rozwój (nawet jeśli sprzeczne z literą podaną przez instytucje) jest dobre.
Myślę, że doświadczenie Teilharda było jednym z milowych kroków w moim przejściu od dających poczucie wewnętrznej równowagi neoscholastyki i integryzmu, do jątrzącego postmodernizmu. Jątrzącego, bo zrozumiałem, że na tym świecie wszelkie algorytmy wyznaczające co dobre, a co złe są tylko wyrazem ludzkiej pychy; że każda decyzja dzieje się w skomplikowanej i niejednoznacznej sytuacji, a więc wymaga dojrzałej odpowiedzialności; że przywiązanie do perspektyw meblujacych świat w czerni i bieli niszczy, a w konsekwencji zabija żywe doświadczenie i Boga, i innych ludzi (bez których, jak uczy św. Jan, jakiekolwiek doświadczenie Boga nigdy nie jest możliwe).
Wszelakoż myślałem o tym wszystkim w kontekście nie do końca związanym z Teilhardem. Zasadniczo bowiem refleksje te przyszły mi przy okazji zbliżającego się, warszawskiego koncertu Madonny. Nie mogę zupełnie o nim nie myśleć, jako że nie pozwoli mi na to polska prawica, dudniąca gdzie się da o obrazie uczuć religijnych, nieszanowaniu rocznicy Powstania Warszawskiego i tak w koło Macieju. Męcząca to retoryka i męczące skutki - skonfundowała mnie informacja, że przed koncertem Madonny emitować będą film o Powstaniu.
Nie czas to i nie miejsce ani na doszkalanie z historii, ani na terroryzowanie historią - mając szacunek dla powstańców i ich rodzin (także mojej) mam dość wmawiania mi, że muszę uznać słuszność decyzji o wybuchu powstania. Obawiam się więc, że decyzja o projekcji filmu w takim a nie innym kontekście może przynieść skutki dokładnie odwrotne od planowanych.
Natomiast czas to na takie eventy i cieszę się, że Madonna świadomie wybiera tak prowokacyjne terminy swoich polskich występów. Cieszę się, bo tak jak niegdyś dla Baudelaire'a (a odmiennie od wielu polskich sprawiedliwych), tak dla niej świat symboli chrześcijańskich jest nadal żywy - bez tego wszelka transgresyjność jej gestów nie byłaby możliwa. Miast rzucać na nią kalumnie, wolę podejść do niej tak, jak kiedyś Bataille podszedł do Sade'a - studiujmy ją uważnie, badajmy, co i dlaczego nas boli, abyśmy po takim doświadczeniu wyszli inni niż byliśmy, bardziej żywi i bardziej krwawiący autentycznością swoich wyborów. I nie rzucajmy pierwsi kamieniem, skoro nie jesteśmy bez winy.
A całej prawicy, krzyczącej o obrazie uczuć religijnych, z chęcią powiem w twarz, że o ile Madonna jest dla mnie sposobem na ascezę mojej religijności, o tyle moje religijne uczucia obrażają właśnie oni. Choćby pychą, butą i poniżaniem drugiego człowieka , nie licującym ani z deklarowaną przez katolików, niezbywalną godnością osoby, ani z doświadczanym przez każdego tragizmem życia (niech przykład będzie spektakularny - Anna Grodzka i stosunek do Niej naszych sprawiedliwych). Cóż, zawsze łatwiej widzieć drzazgę niż belkę; cóż, po co pamiętać, że sprawdzianem naszego katolicyzmu jest wszystko to, co zrobimy najmniejszemu z naszych braci..?
piątek, 13 lipca 2012
ŁAGIEWNIKI, DAROCH, PAPANDOPULO
Mamie, Zuzie, Krisowi i Lwu
Po raz kolejny przekonałem się, iż najpiękniejsze koncerty to te, w których muzyka spotyka się z miłością. Nie tylko do muzyki, ale również pomiędzy ludźmi, którzy na koncert się wybrali - wspólne skupienie i zasłuchanie, radość z bycia razem, szansa na wymianę myśli, emocji czy odczuć to elementy, które dobry koncert potrafią zamienić w koncert nadzwyczajny. Pretekstem do przypomnienia sobie tej starej prawdy był dzisiejszy wieczór na Festiwalu w łódzkich Łagiewnikach. Ekipą stawiliśmy się na nim w pierwszym rzędzie, by posłuchać wiolonczelisty Tomasza Darocha. Z którym dzielnie współzawodniczył organista Michał Olszewski.
W odróżnieniu od wielu łagiewnickich koncertów ten nie przypominał "sałatki z różnych kawałków mięsa" (tyle dosłownie znaczy potpourri, ale był starannie przemyślany pod kątem konstrukcji. Olszewski prezentował utwory eksplorujące technikę wariacji ostinatowych. Były więc rozmaite passacaglia i chaconnes., których taneczność tworzyła continuum z repertuarem wybranym przez Darocha, na który złożyła się III Suita wiolonczelowa Jana Sebastiana Bacha i Rapsodia Borisa Papandopulo.
W recitalu Olszewskiego najbardziej urzekły mnie Ciacona Johanna Pachelbela oraz Passacaglia i fuga c-moll Bacha. Były wyrafinowane kolorystycznie (piękna, pełna wyobraźni registracja), szlachetne konstrukcyjnie, a do tego zagrane z polotem, by nie rzec - z odrobiną (jakże dziś potrzebnego) szaleństwa. W przypadku Darocha gwoździem programu nie okazał się Bach, a Papandopulo. Wiolonczelista wspaniale prowadził narrację podkreślając wyraźne, ale subtelne zapożyczenia z folkloru, uwypuklając inspiracje bachowskie, precyzyjnie wygrywając flażolety, rozwijając przed słuchaczami cała paletę barw swojego instrumentu (jakżesz pięknie niusanował bogactwo brzmienia w odcinkach akordowych!). Chylę przed nim czoła za wprowadzenie na festiwal mało znanego w Polsce kompozytora (sam dokształcałem się wczoraj wraz z youtube). Chylę tym niżej, gdyż wprowadzenie to było zaiste mistrzowskie.
Tak piękny muzycznie wieczór powinien znaleźć dopełnienie. Mój na szczęście znalazł, ale tej opowieści nie będę już snuł w tym miejscu! Miast tego rzeknę: dobranoc!
poniedziałek, 9 lipca 2012
RIMBAUD, MON ANGE GARDIEN
Co można robić, słuchając Messiaena? Marzyć o heliotropach i myśleć o poetach, których połączyły te kwiaty - o Iwaszkiewiczu i o Rimbaudzie, tłumaczonym (także) przez Iwaszkiewicza.
Zawsze myślałem, że najtrudniej przyjdzie mi pisać i mówić o miłości i o Celanie, który stał się dla mnie metonimią śmierci. A więc o dwóch egzystencjalnych istnościach, które dotknęły mnie i naznaczyły w sposób szczególny. Obu jednak odwdzięczyłem się i słowem, i - w jakiejś mierze przynajmniej - życiem. Zupełnie bezradny zaś czuję się w przypadku Rimbauda.
Odkryłem go dawno temu. Jako cezurę dzielącą to, co dawne od tego co nowe, język zrytmizowanej i przegadanej poezji od języka skrótu, zgęszczenia emocji, przemilczenia.
Odkryłem go jako (po)nowoczesnego poszukiwacza własnego ja. Nie bojącego się przekraczania granic wytyczonych przez petits bourgeois, zagubienia w konwulsyjnej malignie własnych doznań, odczuć, synestezyjnego obcowania ze światem.
Odkryłem go jako przestrogę przed tym, by nie igrać z uczuciami drugiego człowieka, tego że granica mojej wolności musi się kończyć tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
Odkryłem go jako znak niezgody na osamotnienie, ale także jako symbol heroizmu - pójścia w osamotnieniu aż po kres, przed którym się nie ucieka.
Pamiętam, jak płakałem na Całkowitym zaćmieniu tęskniąc za zgodą na siebie, za choćby chwilą spełnienia, za wiecznym spokojem.
Pamiętam też, jak broniłem Rimbauda przed tymi, którzy chcieli pierwsi rzucić kamieniem.
Wciąż nie umiem o nim pisać, choć przy Livre du St.-Sacrament widzę - tak ostro, jak być może nigdy wcześniej - Go jako mysta wtajemniczającego mnie w drogi sacrum.
"Kryształ szarego nieba. Osobliwe zarysy mostów, jedne proste, drugie wygięte w łuki..." i Leo Ferre. Śpiewający strofy Rimbauda...
http://www.youtube.com/watch?v=eTRvvd8V--4&feature=related
Zawsze myślałem, że najtrudniej przyjdzie mi pisać i mówić o miłości i o Celanie, który stał się dla mnie metonimią śmierci. A więc o dwóch egzystencjalnych istnościach, które dotknęły mnie i naznaczyły w sposób szczególny. Obu jednak odwdzięczyłem się i słowem, i - w jakiejś mierze przynajmniej - życiem. Zupełnie bezradny zaś czuję się w przypadku Rimbauda.
Odkryłem go dawno temu. Jako cezurę dzielącą to, co dawne od tego co nowe, język zrytmizowanej i przegadanej poezji od języka skrótu, zgęszczenia emocji, przemilczenia.
Odkryłem go jako (po)nowoczesnego poszukiwacza własnego ja. Nie bojącego się przekraczania granic wytyczonych przez petits bourgeois, zagubienia w konwulsyjnej malignie własnych doznań, odczuć, synestezyjnego obcowania ze światem.
Odkryłem go jako przestrogę przed tym, by nie igrać z uczuciami drugiego człowieka, tego że granica mojej wolności musi się kończyć tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
Odkryłem go jako znak niezgody na osamotnienie, ale także jako symbol heroizmu - pójścia w osamotnieniu aż po kres, przed którym się nie ucieka.
Pamiętam, jak płakałem na Całkowitym zaćmieniu tęskniąc za zgodą na siebie, za choćby chwilą spełnienia, za wiecznym spokojem.
Pamiętam też, jak broniłem Rimbauda przed tymi, którzy chcieli pierwsi rzucić kamieniem.
Wciąż nie umiem o nim pisać, choć przy Livre du St.-Sacrament widzę - tak ostro, jak być może nigdy wcześniej - Go jako mysta wtajemniczającego mnie w drogi sacrum.
"Kryształ szarego nieba. Osobliwe zarysy mostów, jedne proste, drugie wygięte w łuki..." i Leo Ferre. Śpiewający strofy Rimbauda...
http://www.youtube.com/watch?v=eTRvvd8V--4&feature=related
sobota, 30 czerwca 2012
POCHWAŁA REQUIEM (GLOSA DO PEWNEGO ARTYKUŁU)
Lwu
Moja sympatia do Verdiego nie wygasła. Zwłaszcza, gdy mam okazję słuchać któregoś z moich ulubionych nagrań, które mam w sumie dwa: pod Carlem Marią Giulinim z Nicolaiem Geddą, Nicolaiem Giaurowem, Elisabeth Schwarzkopf i Christą Ludwig oraz pod Aleksandrem Mielnikiem-Paszajewem z Galiną Wiszniewską, Iriną Archipową, Władimirem Iwanowskim i Iwanem Pietrowem. Nie uważam już jednak, że opracowanie Verdiego wyrażą coś, co można by nazwać "istotą requiem". Widzę je raczej w perspektywie wypaczonego romantyzmu, wypaczonego, czyli dającego prymat ślepemu uczuciu, które - by pojawiać się wciąż z równie intensywną siłą, musi być stymulowane bodźcami o coraz większej mocy. Nic zaś nie stymuluje tak, jak groza i horror, której owocem stała się koncepcja Boga jako hegemonicznego suwerena z satysfakcją wymierzającego sprawiedliwość niepokornym.
Myślę, że Mozart, a przed nim Jan Dismas Zelenka i plejada kompozytorów barokowych, umieli myśleć jeszcze o człowieku jako jedności uczucia-i-rozumu. Stąd zapewne niezrównana równowaga ich dzieł, w których najintensywniejsze emocje budzone są zawsze w sposób subtelny, wynikając z niuansów, rozłożenia akcentów, subtelnych napięć.
Myślę również, że potrafili oni widzieć Boga nie jako śmiercionośnego i budzącego lęk satrapę, a jako cel, dający człowiekowi nadzieję. Pewnie dlatego w barokowych opracowaniach requiem tyle wewnętrznego światła (jakżesz pięknie wplata się wtedy w tkankę mszy żałobnej instrumenty dęte!) i intymności, widocznej w dykcji muzycznej eksplorującej na wielką skalę regiony mowy sotto voce i mezza voce. To muzyka orientująca na światło, w którego perspektywie chce się dobrze, godnie, autentycznie przeżyć swoją codzienność. Tak odmienna od muzyki orientującej na grozę, której perspektywa zastrasza i wymusza działanie w taki, a nie inny sposób.
Dziś słuchać czy mówić o requiem to dla mnie słuchać czy mówić o nadziei. Nadziei płynącej z kresu - zgadzam się bowiem z Heideggerem, że świadomość swojej skończoności dodaje sił do tego, by uczynić swoje życie dziełem sztuki.
Requiem jest więc dla mnie liturgicznym i muzycznym odpowiednikiem memento mori, wezwaniem do pamięci nie o tym, że kiedyś umrę, ale o tym, że odradzać trzeba się każdego dnia.
Nawet jeśli Boga nie ma, nawet jeśli nie istnieje żadna transcendencja, requiem otwiera perspektywę, którą w języku Heideggera można by nazwać ontologiczną:
Tu i teraz (ontycznie) tworzy nas nasza przeszłość - jesteśmy tacy, jakie było nasze życie. Ontologicznie jednak tworzy nas to, co będzie, wzywająca nas przyszłość; jesteśmy więc tacy, jacy zdecydujemy się stać. Nasza decyzja może zaś być autentyczna - zgodna z nami, a także z tym, co w danym momencie przynosi nam życie, bądź nieautentyczna - zależna od mody, chęci przypodobania się, od zamykających i petryfikujących traum... Dlatego też w nadziei requiem trzeba nieco apokalipsy - przestrogi przez tym, że wprawdzie zawsze możemy być, ale nie zawsze będziemy w tym sobą.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
PRZECIW CARITAS, ZA EROSEM
Peter Brown - poprzez swoją książkę - tłumaczył mi kiedyś powody i źródła chrześcijańskiej niechęci do ciała. Obrazowo odmalowywał sytuację późnego antyku, gdzie asceza i negatywny stosunek do ciała warunkowane było chorobami czy śmiertelności wynikającą z wojen. Po części kupiłem tamten obraz. Po części, bo mogłem zrozumieć historyczne uwarunkowania refleksji tamtej doby. Nijak jednak nie mogłem i nie mogę pojąć nienawiści do ciała, która w kulturze chrześcijańskiej pozostała do dzisiaj. Sam padłem jej łupem lata temu, gdy jako dość młody człowiek nie miałem jeszcze argumentów zbijających poglądy, że ciało jest przybytkiem grzechu, że ciało to tylko popędy, a pokora to widzenie, że wszystko, co dobre nie zależy ode mnie, w przeciwieństwie do tego, co złe. Z biegiem czasu udało mi się jednak zanegować te głupoty, ze smutkiem jednak patrzę na osoby, którym się to nie udało i których nie bulwersuje nic a nic pesymistyczna oraz resentymentalna antropologia wpisana nie tylko w przestrzeń konfesyjnej filozofii, teologii, ale także w ordo mszy.
Proszę wybaczyć mi wzburzenie, ale wciąż nie umiem przejść obojętnie obok dyskursu, który - w moim odczuciu - fundamentalnie krzywdzi ludzi wpychając ich w nerwice, budząc kompleksy i odwodząc od kalokagathii, czyli tego typu wychowania, który wynikał z wiedzy, że tylko jednoczesny rozwój piękna ciała i piękna ducha może owocować doskonałym etycznie człowiekiem oraz że siłą tego wychowania jest eros, bałamutnie sprowadzony w refleksji konfesyjnej do roli nieokiełznanej energii libidalnej.
Bezpośrednim powodem mojego dzisiejszego wzburzenia jest tekst ks. Jana Pazgana Przyjaźń w refleksji filozoficznej, zaproponowany mi przez studentkę do rozmowy w trakcie kolokwium. Autor rekonstruuje w nim poglądy na przyjaźń Platona, Arystotelesa, Ojców Kościoła i Tomasza z Akwinu. Jest to jednak rekonstrukcja osobliwa - od początku zakłada się w niej bowiem wyższość refleksji chrześcijańskiej nad niechrześcijańską i do tej pierwszej dogina się teksty autorów greckich. Widać to chociażby przy okazji Platona, który - zdaniem Pazgana - wyklucza z przyjaźni wszelkie formy relacji między ludźmi, które oparte są na sile erosa. Autor popada przy tym w niekonsekwencje - wykazując wyższość chrześcijańskiej caritas nad starożytnymi formami przyjaźni/miłości stwierdza bowiem, iż "Tego typu relacja przyjacielska jednoczy z drugim człowiekiem nieskończenie głębiej niż antyczny eros , bo dotyka wnętrza osobowego człowieka, a nie tylko jego zewnętrzności i dotyczy nie tylko czasowości, ale też wieczności". Mechanizm tego porażającego działania zasadza się na sublimacji i przemienianiu uczuć naturalnych: w konsekwencji przyjaźń rozgrywa się "poza polem seksualności" i polega na wspólnym przeżywaniu wartości duchowych.
Zapewne dobrze, że Platon nie może czytać wywodów tego typu. Byłby bowiem nie tylko zdziwiony, ale i wystraszony skalą niezrozumienia swoich tekstów. Powiedzieć bowiem, że opisana w Biesiadzie przyjaźń nie dotyka wnętrza człowieka, czy utrzymywać, że nie polega ona na przemieniającej drodze ku temu, co Idealne, może ktoś, kto nie rozumie tego tekstu na poziomie podstawowym. Myślę jednak, że nie to byłoby największym szokiem dla Platona - być może najbardziej przerażające byłoby dla niego stwierdzenie, że przyjaźń nie ma natury erotycznej. To bowiem znaczyłoby, że jest nieludzka, czyli mająca źródło w zanegowaniu najbardziej twórczej energii skrytej w człowieku, w oślepieniu czy znieczuleniu człowieka na Piękno, będące katalizatorem wędrówki ku mądremu i dzielnemu życiu. Nie chcę powtarzać ani tego, co napisał Platon, ani tego, co ostatnimi czasy spisałem na blogu. Zainteresowanych wolę odesłać pod oba wskazane adresy. Wolę skończyć pytaniem na poły retorycznym: czy dojrzała i stabilna przyjaźń to ta osiągana na drodze zaprzeczenia własnej cielesności, czy ta wychodząca od ciała i wraz z nim postępująca wzwyż? A więc czy ta, która wyprowadza poza pole erosa czy ta, która od początku buduje na erosie wiedząc, że piękno to tylko inne imię prawdy i dobra?? Jeszcze inaczej: czy autentyczna miłość jest nie-ludzka (resentymentalna, neurotyczna i oślepiona) czy też afirmująco-rozwijająca to, co w człowieku najbardziej człowiecze?? I wreszcie: Czy drogą do świętości jest biczowanie się do krwi w imię miłości bliźniego (a to zasługa błogosławionego, o którym słyszałem wczoraj w radio) czy bycie z bliźnimi - ciepłe, rozumiejące, wstrzymujące się od pochopnych ocen i pełne gotowości do niesienia pomocy, bo ciału starczy na nią sił?
Proszę wybaczyć mi wzburzenie, ale wciąż nie umiem przejść obojętnie obok dyskursu, który - w moim odczuciu - fundamentalnie krzywdzi ludzi wpychając ich w nerwice, budząc kompleksy i odwodząc od kalokagathii, czyli tego typu wychowania, który wynikał z wiedzy, że tylko jednoczesny rozwój piękna ciała i piękna ducha może owocować doskonałym etycznie człowiekiem oraz że siłą tego wychowania jest eros, bałamutnie sprowadzony w refleksji konfesyjnej do roli nieokiełznanej energii libidalnej.
Bezpośrednim powodem mojego dzisiejszego wzburzenia jest tekst ks. Jana Pazgana Przyjaźń w refleksji filozoficznej, zaproponowany mi przez studentkę do rozmowy w trakcie kolokwium. Autor rekonstruuje w nim poglądy na przyjaźń Platona, Arystotelesa, Ojców Kościoła i Tomasza z Akwinu. Jest to jednak rekonstrukcja osobliwa - od początku zakłada się w niej bowiem wyższość refleksji chrześcijańskiej nad niechrześcijańską i do tej pierwszej dogina się teksty autorów greckich. Widać to chociażby przy okazji Platona, który - zdaniem Pazgana - wyklucza z przyjaźni wszelkie formy relacji między ludźmi, które oparte są na sile erosa. Autor popada przy tym w niekonsekwencje - wykazując wyższość chrześcijańskiej caritas nad starożytnymi formami przyjaźni/miłości stwierdza bowiem, iż "Tego typu relacja przyjacielska jednoczy z drugim człowiekiem nieskończenie głębiej niż antyczny eros , bo dotyka wnętrza osobowego człowieka, a nie tylko jego zewnętrzności i dotyczy nie tylko czasowości, ale też wieczności". Mechanizm tego porażającego działania zasadza się na sublimacji i przemienianiu uczuć naturalnych: w konsekwencji przyjaźń rozgrywa się "poza polem seksualności" i polega na wspólnym przeżywaniu wartości duchowych.
Zapewne dobrze, że Platon nie może czytać wywodów tego typu. Byłby bowiem nie tylko zdziwiony, ale i wystraszony skalą niezrozumienia swoich tekstów. Powiedzieć bowiem, że opisana w Biesiadzie przyjaźń nie dotyka wnętrza człowieka, czy utrzymywać, że nie polega ona na przemieniającej drodze ku temu, co Idealne, może ktoś, kto nie rozumie tego tekstu na poziomie podstawowym. Myślę jednak, że nie to byłoby największym szokiem dla Platona - być może najbardziej przerażające byłoby dla niego stwierdzenie, że przyjaźń nie ma natury erotycznej. To bowiem znaczyłoby, że jest nieludzka, czyli mająca źródło w zanegowaniu najbardziej twórczej energii skrytej w człowieku, w oślepieniu czy znieczuleniu człowieka na Piękno, będące katalizatorem wędrówki ku mądremu i dzielnemu życiu. Nie chcę powtarzać ani tego, co napisał Platon, ani tego, co ostatnimi czasy spisałem na blogu. Zainteresowanych wolę odesłać pod oba wskazane adresy. Wolę skończyć pytaniem na poły retorycznym: czy dojrzała i stabilna przyjaźń to ta osiągana na drodze zaprzeczenia własnej cielesności, czy ta wychodząca od ciała i wraz z nim postępująca wzwyż? A więc czy ta, która wyprowadza poza pole erosa czy ta, która od początku buduje na erosie wiedząc, że piękno to tylko inne imię prawdy i dobra?? Jeszcze inaczej: czy autentyczna miłość jest nie-ludzka (resentymentalna, neurotyczna i oślepiona) czy też afirmująco-rozwijająca to, co w człowieku najbardziej człowiecze?? I wreszcie: Czy drogą do świętości jest biczowanie się do krwi w imię miłości bliźniego (a to zasługa błogosławionego, o którym słyszałem wczoraj w radio) czy bycie z bliźnimi - ciepłe, rozumiejące, wstrzymujące się od pochopnych ocen i pełne gotowości do niesienia pomocy, bo ciału starczy na nią sił?
środa, 20 czerwca 2012
SINE NOMINE
Przyznaję szczerze, że za Zeszytami Literackimi specjalnie nie przepadam. Jakoś nie umiem odnaleźć się ani w ich formule, ani w ich - powiedzmy - endogennym charakterze. Numery tedy kupuję wybiórczo, motywowany jakąś szczególną okolicznością. Tak jak teraz - nowy wolumin kupiłem dla dwóch osób: W. G. Sebalda i Julii Hartwig.
Autorów tych łączy fundamentalne podobieństwo - ciekawość nakierowana nie na własne stany psychiczne, ale na otaczający ich świat. I Sebald, i Hartwig, jak mało kto, potrafią przebywać pośród rzeczy, odsłaniać ich imiona, chwytać w języku feerię zmian, jakim podlega wszystko na tym świecie. I również jak mało kto potrafią mówić o tym językiem pięknym w swojej prostocie, niezwykle sensualnym, zdawałoby się - a ten pozór zaczynam cenić coraz bardziej - że codziennym.
Z biegiem lat łączy ich również melancholia, obecna u Sebalda od zawsze, u Hartwig coraz bardziej i coraz piękniej dochodząca do głosu.
Nie zdziwił mnie tedy pomieszczony w Zeszytach fragment wyznania Hartwig dotyczący Sebalda. Pisała: Nie myślałam, że potrafię się jeszcze odnaleźć we współczesnej prozie. Wiem, że to zbyt pochopne, ale wynikało z rodzaju doznawanego nieustannie zawodu i rezygnacji. A jednak pojawił się dla mnie pisarz, nieżyjący już co prawda, bo zginął przed kilku zaledwie laty w wypadku samochodowym. Myślę o pisarzu niemieckojęzycznym - W. G. Sebaldzie - i o dwóch jego książkach, które mnie 'zagarnęły'.
Nie zdziwiła mnie również aura Jej nowych wierszy. Może nie najlepszych na tle innych, ale jak zwykle przejmująco wrażliwych na tajemnicę przemijania . W jednym pisze Ona:
Autorów tych łączy fundamentalne podobieństwo - ciekawość nakierowana nie na własne stany psychiczne, ale na otaczający ich świat. I Sebald, i Hartwig, jak mało kto, potrafią przebywać pośród rzeczy, odsłaniać ich imiona, chwytać w języku feerię zmian, jakim podlega wszystko na tym świecie. I również jak mało kto potrafią mówić o tym językiem pięknym w swojej prostocie, niezwykle sensualnym, zdawałoby się - a ten pozór zaczynam cenić coraz bardziej - że codziennym.
Z biegiem lat łączy ich również melancholia, obecna u Sebalda od zawsze, u Hartwig coraz bardziej i coraz piękniej dochodząca do głosu.
Nie zdziwił mnie tedy pomieszczony w Zeszytach fragment wyznania Hartwig dotyczący Sebalda. Pisała: Nie myślałam, że potrafię się jeszcze odnaleźć we współczesnej prozie. Wiem, że to zbyt pochopne, ale wynikało z rodzaju doznawanego nieustannie zawodu i rezygnacji. A jednak pojawił się dla mnie pisarz, nieżyjący już co prawda, bo zginął przed kilku zaledwie laty w wypadku samochodowym. Myślę o pisarzu niemieckojęzycznym - W. G. Sebaldzie - i o dwóch jego książkach, które mnie 'zagarnęły'.
Nie zdziwiła mnie również aura Jej nowych wierszy. Może nie najlepszych na tle innych, ale jak zwykle przejmująco wrażliwych na tajemnicę przemijania . W jednym pisze Ona:
Słuchajcie jak echo śpiewa
swoją triumfalną pieśń
nas już nie ma a ono wciąż jeszcze żyje
drzewom powierza nasze tajemnice
a Księżyc kiedy na niego patrzę
tak samo wygląda jak wtedy
W bladym świetle widać resztki przedmiotów
znaki zatrudnień i życia ludzi którzy tu za dnia bywali
miejsca i obrazy czekają na swoje zaistnienie
ja także kiedy odejdę w ciemności zaświecę
Zdziwił mnie natomiast krótki szkic Hartwig o Paulu Celanie. W postscriptum wyjawia Ona, że miała problem z ogarnięciem Celanowskiej poezji. Wiele to tłumaczy, bo jej tekst - rwany (także na poziomie stosowanych czasów), meandryczny, sprawozdawczy - nie wiadomo dokąd zmierza i czemu służy. W moim odczuciu nie ujmując nic z tajemniczej duszy Celana. Widać każdy ma swoją granicę wrażliwości, limes swojego języka, który wiele oferując, wyklucza jednak całe połacie doświadczenia. Omnis determinatio est negatio (dicit Spinoza). By być jednostką, by być indywidualnym, trzeba nie być wszystkim innym.
Na deser tekst Pietra Citatiego o Sebaldzie. Pisany ze swadą, roziskrzony odniesieniami, pełen świata i światła, jednocześnie otwarty na melancholię. Citatiego nauczyła mnie Odra i cieszę się z tego. Bo lektura jego felietonów przywraca mi na moment zapomniane już prawie doświadczenie - radości czytania po nic, czyli dla niego (czytania) samego.
Melancholijny Citati jest jednak szczęśliwcem - należy do tych piszących, którzy wiedzą, że jego teksty nie trafiają w próżnię i że pisanie może być wciąż dla niego pasją i misją.
A sama melancholia? Jestem człowiekiem zarazem spod znaku Marsa i Saturna. Rozkoszowanie życiem i umiejętność walki o nie jest mi tedy tak samo bliska, jak melancholia. Budzi się zwłaszcza wtedy, gdy postrzegam ludzi tak pięknych, jak Sebald czy Michel Serres: oddanych Ziemi, empatycznych, otwartych. I jednocześnie samotnych, być może nieskończenie samotnych. Tak jakby uważność na wszystko wokół zabierała im szansę na zaznanie takiej samej uważności. Melancholijny staję się wtedy, gdy sam doświadczam właśnie takiej samotności. Cóż począć? Przecież omnis determinatio est nagatio - ego dixit.
sobota, 16 czerwca 2012
O CMENATRZACH (PRZECIW BAUMANOWI)
Łamię dziś głowę nad Zygmuntem Baumanem. Łamię, ilekroć bowiem go czytam, mam wrażenie, że nie obcuję ani z socjologiem, ani z filozofem (kultury), ale z apokaliptykiem, który z powodów znanych tylko sobie obwieszcza dokonującą się zagładę kultury. Jego teksty tedy mają dla mnie raczej charakter religijny czy profetyczny, niż akademicko opisująco-diagnostyczny.
Współczesny świat jest w oczach Baumana autentyczną cywilizacją śmierci - wszystko jest w nim ulotne, na moment, "do czasu", do "się zobaczy". To rzeczywistość, w której "najlepiej wiedzie się osobnikom, których swobody ruchu nie krępuje precyzyjna specjalizacja, którzy
nie mają zwyczaju koncentrowania uwagi zbyt długo na jednym przedmiocie, nie przywiązują
się nadmiernie do spraw, jakimi wypada im się zająć w tej czy innej chwili i zachowują dystans i wstrzemięźliwość emocjonalną
wobec tego, czym się w każdym momencie zajmują. Osobowość iście ponowoczesna wyróżnia się brakiem toż s a mości". To także czas epizodycznych
kontaktów i szybkich miłości – „związków
międzyosobowych nie zawiera się na ogół z myślą,
że trwać będą „aż śmierć nas rozdzieli". Coraz częściej się zdarza, że
zamierza się ich tymczasowość z góry, i oblicza się je na tak długo tylko, jak trwać będzie zadowolenie z nich
czerpane. Związki nie zaopatrzone w klauzulę wymówienia, związki jakich nie
można zerwać, nawet gdy motywy ich zawiązania utraciły moc, wydają się równie
sprzeczne z rozsądkiem, jak
podpisanie czeku bez wpisania sumy, na jaką opiewa, odczuwane są jak gwałt zadany niezbywalnej autonomii podmiotu. Anthony Giddens ukuł termin ‘miłość współbieżna’
(confluent love) dla określenia postaci, jaką coraz
częściej i coraz powszechniej przybierają dziś intymne stosunki międzyludzkie. Romansu, powiada
Giddens, nie utożsamia się dziś ze stałością uczuć; miłość współbieżna kłóci się z
wizją „miłości
jedynej i niepowtarzalnej", „miłości na wieki", jaka właściwa była miłości romantycznej, będącej
wzorem idealnym dla związków intymnych ery nowożytnej. Zawiera się dziś związki nie „po to
aby", nie z myślą o tym, aby służyły
one czemu innemu niż one same - ale gwoli korzyści, jakie ma się nadzieję wydobyć ze związku samego: gwoli satysfakcji,
jaką dostarczyć ma partner w toku
intymnego obcowania. Miłość współbieżna jest wedle Giddensa emocjonalnym aspektem „czystego stosunku", tzn.
stosunku, który jest swoim własnym celem i którego nie obciążają funkcje instrumentalne wobec
jakichkolwiek innych dziedzin życia. Byłoby wiec bezsensowne domaganie się, by miłość taka, a tym
bardziej związek, któremu przestała ona towarzyszyć, trwały dłużej niż satysfakcje,
jakich
dostarczają sobie nawzajem partnerzy. Współbieżna miłość nie ma żadnych innych racji poza
zadowoleniem, jakiego przysparza partnerom”.
A wszystko to poprzez miasto i dzięki miastu: "Obcy obracali się tu wśród
obcych; w tłumie, jak wiadomo, łatwo
się ukryć, ale też trudno znaleźć swoje miejsce - przez wszystkich uznane, nie podawane w wątpliwość,
zapewnione na przyszłość".
Ponowoczesność jako czas miasta, w którym koczuje się anonimowo w miejscu-bez-miejsca.
Jest w tym wywodzie zarazem wiele prawdy i wiele nieprawdy. Potakując głową w trakcie lektury, chce się jednocześnie ostro dyskutować z autorem, pokazywać uproszczenia takiego postawienia sprawy, przerysowania, czy zakłamania. Można to robić na wiele sposobów. Nie chcę bawić się dzisiaj w zręczne konstruowanie argumentów, chcę raczej powiedzieć o doświadczeniu zupełnie obcym światu Baumana - o doświadczeniu cmentarza. To jedno z tych miejsc, które pozwala koczownikowi się zakorzenić, które nie migoce pustką znaczeń, w którym nic nie jest na chwilę. Jest tak pewnie dlatego że cmentarz jest raczej przestrzenią żywych niż zmarłych, pozwalającą przeszłości i tradycji odżywać w coraz to nowych konstelacjach znaczeń, aktualizującą nowe i zmienne w tym, co niezmienne i stałe.
Myśleć tak o cmentarzu wcale nie jest łatwo - przez zbyt wiele lat spychaliśmy te miejsca na granice świadomości i miast. Z zupełnym niezrozumieniem patrzyliśmy na Cyganów barwnie świętujących ze swymi zmarłymi, czy na prawosławnych, zanoszących im jajka i kieliszek wódki. Z bezpardonowym uporem konserwowaliśmy ich (cmentarzy) coraz bardziej rustykalny charakter - afirmując obrządki definitywnie odcinające nas od tego świata poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku.
A jednak cmentarz jest przestrzenią naszych potrzeb - psychicznych, emocjonalnych, egzystencjalnych czy estetycznych. Jest sferą naszych spotkań z tymi, którzy ciągle dla nas są, żyjąc wraz z naszą pamięcią (dlatego nie umiem myśleć o moich odwiedzinach u p. Teresy inaczej niż o odwiedzinach właśnie, dlatego - ze względu na miejsce, jakie miała w moim życiu - przyprowadzam do niej najważniejsze dla mnie osoby po to, by metafizycznie ich sobie przedstawić). Jest sferą spotkań z ceremoniałem i muzyką, które są wyrazem szacunku dla zmarłych i formą ich upamiętnienia, językiem naszych emocji i lekarstwem na nasze smutki. Jest sferą doświadczania genius loci, którego spokój sprzyjać może nauce, rodzącemu się uczuciu czy pełniejszemu odbiorowi dzieła sztuki - przestrzeń nekropolii bowiem jak żadna inna przekształca nasze doświadczenie estetyczne otwierając je na wzniosłość tego, co metafizyczne.
Autentyczne doświadczenie cmentarza jest jednoczesnym doświadczeniem tradycji i nowości, anachronizmu i futuryzmu, zakorzenienia i koczowania. Wbrew Baumanowi daje ponowoczesnemu człowiekowi pamięć, ale taki jej rodzaj, który nie zniewala i nie obciąża, ale jest raczej uobecnieniem bliskości i paliwem dla trudów samookreślania się. A że nie widać tego w Polsce? Cóż, sądzę, że jest tak nie dlatego że przesłania to kondycja ponowoczesna, ale dlatego że zakrywa to całkiem wypaczona tradycja "katolicka", niechętna wszelkim zmianom i petryfikująca funeralne barbarzyństwo, oraz legislacyjna indolencja.
Nie jest jednak tak źle, skoro mogę podzielić się swoim - wymierzonym w apokalipsę Baumana - doświadczeniem. A mogę to zrobić dzięki Tomaszowi Lewandowskiemu, który niestrudzenie i w piękny sposób pisze o nekropoliach przyszłości, jak ewangeliczny mędrzec wplatając w swe teksty rzeczy stare i nowe. Jego ponowoczesna odwaga, swada, i gawędziarskie zacięcie (mam szczęście nie tylko go czytać, ale również słuchać, a nawet razem odwiedzać nekropolie) pokazały mi, jak fascynująco pięknym zjawiskiem jest cmentarz. Przekonały także, że nasza kultura wróciła do źródeł - jeśli wierzyć archeologom i lingwistom (jak Andrzej P. Kowalski czy Emile Benveniste) słowo śmierć wywodzi się w naszej kulturze od snu. Pierwotnie więc miejsca odosobnienia zmarłych nie były miejscami odejścia, a drzemki. Miejscami żywych, które zakorzeniają - jak pewnie powiedziałby Lewandowski.
*Pisząc korzystałem a artykułu T. Lewandowskiego pt. Pamięć przywołana muzyką. Obok niego warto wspomnieć o innych Jego tekstach, np. Pamięć zapisana w kamieniu, Forms of necropolis in the computer era, czy Nowe formy organizacji przestrzennej nekropolii w Europie.
piątek, 15 czerwca 2012
O CZŁOWIEKU MISTYCZNYM I POTRZEBIE RELIGII CIELESNEJ
Droga Ingeborg - pisała Gisele Celan - Dziś wieczorem po raz pierwszy czytałam Pani wiersze, bardzo długo. Wstrząsnęły mną. Dzięki nim zrozumiałam wiele rzeczy, i wstydzę się reakcji, do jakich byłam zdolna, kiedy Paul wrócił do Pani. Od tego wieczoru wydaje mi się, że znam Panią trochę lepiej. Rozumiem, ile musiała Pani wycierpieć przez te sześć lat. Przy czytaniu wielu z tych wierszy płakałam, Ingeborg. Zrozumiałam i było mi za siebie wstyd. Doprawdy, świat obszedł się z Panią zbyt niesprawiedliwie. Jak fatalnie jest to wszystko urządzone.
Wie Pani, że cierpiałam w poczuciu, że Paul oddala się tak daleko... po powrocie z Kolonii w październiku, ale Pani cierpiała o tyle bardziej. O tyle bardziej.
Chciałabym uścisnąć Pani rękę, Ingeborg.
Dla Gisele - odpowiedziała dedykacją Ingeborg - wśród cieni: róże.
Pierwszy wiersz Ingeborgi Bachmann, jaki spolszczyłem, to właśnie Róże cienie róże. Nie mając wtedy pojęcia, że wikłam się tym tekstem w relację trudnej miłości, w posłannictwo wiersza od kochanki dla żony, które utwierdziło ich solidarność w otwarciu na innego poetę - Paula Celana. Mimo braku pojęcia ten wiersz, ta relacja naznaczyła mnie na całe życie:
- ucząc i w teorii, i w praktyce (choć wciąż w pierwszej jestem lepszy, niż w drugiej) otwarcia, zaufania, szczerości, dekonstruowania stereotypów w imię człowieka;
- uświadamiając, że w życiu wszystko ma jakiś sens, dostępny w rozbłysku intuicji.
Moje ostatnie wpisy samoczynnie układają się w pewną całość poświęconą człowiekowi. Niejako na zwieńczenie, chwilowe domknięcie przemyśleń, chciałbym napisać słów kilka o mistyce. Kwestia ta nurtuje mnie od wczoraj, przywołana listem od Emi.
Nauczono nas myśleć, że mistyka jest czymś nadnaturalnym, wydarzającym się z rzadka i zarezerwowanym wyłącznie dla wybranych. Nauczono nas myśleć, że mistyki nie należy widzeć w swoim życiu, żeby nie popaść w pychę czy egocentryzm. Od lat nie godzę się na taką perspektywę - mistyczność jest normalnym elementem duchowej wędrówki, dostępnym dla każdego, kto chcę tę wędrówkę podjąć. Przy czym mistyczność nie polega na doznawaniu wizji i słyszeniu głosów, polega na udziale w tajemnicy świata, otwierającej się poprzez cichość i delikatność, miłość i oddanie sobie oraz innym, zamyślenie i intuicję. Na powrocie do pierwotnej jedni, poczuciu wspólnoty z całością świata. Mistyczność nie jest niczym spektakularnym - jest codziennie prosta i pokorna, stymulująca do przekraczania granic własnej skończoności, oderwana od egotyzmu permanentnej wiwisekcji swoich doznań, emocji i stanów.
Nauczono nas myśleć, że mistyczność jest ascetyczna i czysta, wspólnotowa i religijna. I taka jest, ale nie tylko taka. Istnieje również mistyczność cielesna i erotyczna, w której do piękna duchowego nie idzie się przez negację świata, ale w której wyłuskiwanie piękna z tego, co materialne, staje się motorem wznoszenia do tego, co dla piękna materii źródłowe. Mistyka ascezy jest drogą trudną - jak wszystko, co szczerze angażujące. Mistyka ciała wydaje mi się jednak trudniejsza - wykluczona z naszej kultury została zapomniana, utożsamiona z rozwiązłością i deficytem cnót. Brakuje nam zarówno (teoretycznego) kontekstu, by ją rozumieć i akceptować, jak i mistrzów, którzy przykładem swojej praktyki mogliby inicjować nas w tę drogę cielesno-duchowej wędrówki. Praktykowanie mistyki ciała skazane jest więc na drogę po omacku, ryzykowne eksperymenty, które równie dobrze prowadzić mogą ku obranemu celowi, jak i spychać z tej drogi. Owszem, pomocą może być Bataille, Klossowski, tantra. Są to jednak głosy tak inne, tak sprzeczne z normami naszej kultury, że trudno przełożyć je i na bezpośrednie doświadczenie , i na pojęcia, uformowane w naszych głowach.
Jest jeszcze prawosławie bogate w cielesność i w swoim wymiarze oficjalnym, i w heterodoksyjnym. Nauka o Bożych energiach, kontemplacja ikon, blask świec, zapach kadzidła, śpiew, zaangażowanie ciała w liturgię czy modlitwę Jezusową pokazują, że ciało jest nieodzownym elementem rozwoju duchowego, wręcz jego nośnikiem. Chłystowskie liturgiczne orgie czy waga przykładana do wolnych związków (skoro Duch Święty-Miłość jest wolnością, wszelkie przysięgi krępujące wolność są jego zaprzeczeniem) odsłaniają z kolei sakralny i tajemniczy charakter tego, co najbardziej ludzkie w człowieku.
Nie chcę deprecjonować mistyki ascetycznej, przed którą w zachwycie chylę czoła. Nie chcę też promować rozwiązłości i użycia pod przykrywką krągłych słów (złudny jest pogląd redukujący ciało do doświadczenia erotycznego, które jest tylko jednym z elementów somatyczności; mistycy ciała mówią często o erotyzmie pewnie dlatego że właśnie on był najbardziej wykluczony kulturowo). Chcę tylko, by mistyka ciała znalazła należne jej miejsce w naszej kulturze - byśmy potrafili nie tylko ją akceptować, ale dzięki temu nauczyli się także jej ścieżek. Nie łudźmy się, przez manicheizm, przez zarażone nauką św. Augustyna chrześcijaństwo, przez Kartezjusza, wykluczyliśmy ciało z ludzkiego doświadczenia redukując człowieka do (nieśmiertelnej) duszy pojmowanej jako rozum. Już czas, byśmy przestali zgadzać się na takie połowiczne życie. Przyglądam się mym bliskim, którzy poprzez mistykę ciała, w doznaniu materialnego piękna, rozwijają się duchowo. Czy raczej chcą się rozwijać, bo kulturowe normy i społeczne stereotypy piętnują ich, wyrabiają poczucie lęku, bądź jednoznaczną negatywną samoocenę. I wiem, że to właśnie ich i ich doświadczenie chcę chronić, chcę stwarzać mu szansę na realizację, chcę pomagać zrozumieć. Tym bardziej, że - jak każde autentyczne doświadczenie - rozwija ono i ubogaca nie tylko ich, ale także świat dokoła. A przecież, jak mówi pismo, po owocach ich poznacie.
Pomyśleć na nowo ciało, pomyśleć na nowo mistykę i pomyśleć na nowo religię, by i ta stała się bardziej cielesna - to kilka zadań, które w naszej kulturze stały się nadzwyczaj palące. Tak myślę!
Wie Pani, że cierpiałam w poczuciu, że Paul oddala się tak daleko... po powrocie z Kolonii w październiku, ale Pani cierpiała o tyle bardziej. O tyle bardziej.
Chciałabym uścisnąć Pani rękę, Ingeborg.
Dla Gisele - odpowiedziała dedykacją Ingeborg - wśród cieni: róże.
Pierwszy wiersz Ingeborgi Bachmann, jaki spolszczyłem, to właśnie Róże cienie róże. Nie mając wtedy pojęcia, że wikłam się tym tekstem w relację trudnej miłości, w posłannictwo wiersza od kochanki dla żony, które utwierdziło ich solidarność w otwarciu na innego poetę - Paula Celana. Mimo braku pojęcia ten wiersz, ta relacja naznaczyła mnie na całe życie:
- ucząc i w teorii, i w praktyce (choć wciąż w pierwszej jestem lepszy, niż w drugiej) otwarcia, zaufania, szczerości, dekonstruowania stereotypów w imię człowieka;
- uświadamiając, że w życiu wszystko ma jakiś sens, dostępny w rozbłysku intuicji.
Moje ostatnie wpisy samoczynnie układają się w pewną całość poświęconą człowiekowi. Niejako na zwieńczenie, chwilowe domknięcie przemyśleń, chciałbym napisać słów kilka o mistyce. Kwestia ta nurtuje mnie od wczoraj, przywołana listem od Emi.
Nauczono nas myśleć, że mistyka jest czymś nadnaturalnym, wydarzającym się z rzadka i zarezerwowanym wyłącznie dla wybranych. Nauczono nas myśleć, że mistyki nie należy widzeć w swoim życiu, żeby nie popaść w pychę czy egocentryzm. Od lat nie godzę się na taką perspektywę - mistyczność jest normalnym elementem duchowej wędrówki, dostępnym dla każdego, kto chcę tę wędrówkę podjąć. Przy czym mistyczność nie polega na doznawaniu wizji i słyszeniu głosów, polega na udziale w tajemnicy świata, otwierającej się poprzez cichość i delikatność, miłość i oddanie sobie oraz innym, zamyślenie i intuicję. Na powrocie do pierwotnej jedni, poczuciu wspólnoty z całością świata. Mistyczność nie jest niczym spektakularnym - jest codziennie prosta i pokorna, stymulująca do przekraczania granic własnej skończoności, oderwana od egotyzmu permanentnej wiwisekcji swoich doznań, emocji i stanów.
Nauczono nas myśleć, że mistyczność jest ascetyczna i czysta, wspólnotowa i religijna. I taka jest, ale nie tylko taka. Istnieje również mistyczność cielesna i erotyczna, w której do piękna duchowego nie idzie się przez negację świata, ale w której wyłuskiwanie piękna z tego, co materialne, staje się motorem wznoszenia do tego, co dla piękna materii źródłowe. Mistyka ascezy jest drogą trudną - jak wszystko, co szczerze angażujące. Mistyka ciała wydaje mi się jednak trudniejsza - wykluczona z naszej kultury została zapomniana, utożsamiona z rozwiązłością i deficytem cnót. Brakuje nam zarówno (teoretycznego) kontekstu, by ją rozumieć i akceptować, jak i mistrzów, którzy przykładem swojej praktyki mogliby inicjować nas w tę drogę cielesno-duchowej wędrówki. Praktykowanie mistyki ciała skazane jest więc na drogę po omacku, ryzykowne eksperymenty, które równie dobrze prowadzić mogą ku obranemu celowi, jak i spychać z tej drogi. Owszem, pomocą może być Bataille, Klossowski, tantra. Są to jednak głosy tak inne, tak sprzeczne z normami naszej kultury, że trudno przełożyć je i na bezpośrednie doświadczenie , i na pojęcia, uformowane w naszych głowach.
Jest jeszcze prawosławie bogate w cielesność i w swoim wymiarze oficjalnym, i w heterodoksyjnym. Nauka o Bożych energiach, kontemplacja ikon, blask świec, zapach kadzidła, śpiew, zaangażowanie ciała w liturgię czy modlitwę Jezusową pokazują, że ciało jest nieodzownym elementem rozwoju duchowego, wręcz jego nośnikiem. Chłystowskie liturgiczne orgie czy waga przykładana do wolnych związków (skoro Duch Święty-Miłość jest wolnością, wszelkie przysięgi krępujące wolność są jego zaprzeczeniem) odsłaniają z kolei sakralny i tajemniczy charakter tego, co najbardziej ludzkie w człowieku.
Nie chcę deprecjonować mistyki ascetycznej, przed którą w zachwycie chylę czoła. Nie chcę też promować rozwiązłości i użycia pod przykrywką krągłych słów (złudny jest pogląd redukujący ciało do doświadczenia erotycznego, które jest tylko jednym z elementów somatyczności; mistycy ciała mówią często o erotyzmie pewnie dlatego że właśnie on był najbardziej wykluczony kulturowo). Chcę tylko, by mistyka ciała znalazła należne jej miejsce w naszej kulturze - byśmy potrafili nie tylko ją akceptować, ale dzięki temu nauczyli się także jej ścieżek. Nie łudźmy się, przez manicheizm, przez zarażone nauką św. Augustyna chrześcijaństwo, przez Kartezjusza, wykluczyliśmy ciało z ludzkiego doświadczenia redukując człowieka do (nieśmiertelnej) duszy pojmowanej jako rozum. Już czas, byśmy przestali zgadzać się na takie połowiczne życie. Przyglądam się mym bliskim, którzy poprzez mistykę ciała, w doznaniu materialnego piękna, rozwijają się duchowo. Czy raczej chcą się rozwijać, bo kulturowe normy i społeczne stereotypy piętnują ich, wyrabiają poczucie lęku, bądź jednoznaczną negatywną samoocenę. I wiem, że to właśnie ich i ich doświadczenie chcę chronić, chcę stwarzać mu szansę na realizację, chcę pomagać zrozumieć. Tym bardziej, że - jak każde autentyczne doświadczenie - rozwija ono i ubogaca nie tylko ich, ale także świat dokoła. A przecież, jak mówi pismo, po owocach ich poznacie.
Pomyśleć na nowo ciało, pomyśleć na nowo mistykę i pomyśleć na nowo religię, by i ta stała się bardziej cielesna - to kilka zadań, które w naszej kulturze stały się nadzwyczaj palące. Tak myślę!
środa, 13 czerwca 2012
WYRAZIĆ CIEMNOŚĆ
Pierre'owi Berge
Theophanisowi Lambourkasowi
Ingebordze
I tym, którzy (nie)odpowiedzieli na ich miłość
"Jak Orfeusz gram śmierć
na strunach życia,
w piękno ziemi
i twoich oczu władających niebem
umiem powiedzieć tylko to, co ciemne.
Nie zapominaj, że ty także
tego ranka, gdy twoje posłanie
było jeszcze mokre od rosy a goździk
spał na twoim sercu,
ujrzałeś nagle mroczną rzekę
płynącą obok ciebie.
Nastroiłam strunę milczenia
na falę krwi
i chwyciłam twoje rozbrzmiewające serce.
W widmowe cienie nocy
były zmienione twoje włosy,
ośnieżały ci twarz
czarne płatki ciemności.
A ja nie należę do ciebie.
Uskarżamy się teraz oboje.
Lecz jak Orfeusz poznałam życie
po stronie śmierci,
błękitnieją mi
twoje na zawsze zamknięte oczy".
Ingeborga Bachmann
poniedziałek, 11 czerwca 2012
O CZŁOWIEKU MIĘDZY-ZMYSŁOWYM
Filozofię Michela Serres'a poznawałem w dwóch podejściach. Pod koniec studiów, już z pewnym doświadczeniem w (post)strukturalizmie i filozofii różnicy, przeczytałem spolszczenie Nauk. Tekst odrzucił mnie wtedy swoją dziwaczną hermetycznością łączącą wywód o geometrii z uwagami o czereśniach i fusach od kawy. Nawykły do myślenia analityczno-linearnego (mimo entuzjazmu dla późnego Derridy, mimo zafrapowania Nanacym) nie mogłem, czy nie chciałem poszukać w tekście uzasadnienia takiej, a nie innej strategii pisarskiej.
Nie była to jednak lektura bezowocna. Serres pozostał mi z tyłu głowy jako intrygująca zagadka, a może jako biblijny oścień, który dając o sobie znać obliguje do namysłu? Tak czy owak, coś wewnętrznego przymusiło mnie do tego, by wrócić do Jego myśli. I tym razem spotkanie to wzbudziło we mnie entuzjazm i zachwyt. Zdałem sobie sprawę, że wbrew pozorom dziwny styl Serres'a jest szalenie zdyscyplinowany i celowy. Po prostu Serres stara się zdać poprzez niego sprawę z fundamentalnych mądrości dotyczących człowieka i świata, które racjonalność mająca swe korzenie w Rzymie i Jerozolimie odsunęła na dalszy plan, a w dużej mierze całkowicie wykluczyła z horyzontu sensu. Zrozumiałem też, że stawką jego myśli jest przywrócenie człowiekowi i światu pełni, zachwianej przez podział na to, co naturalne i kulturowe, na to, co przyrodoznawcze i humanistyczne, na to, co pomnaża wiedzę i na to, co pomnaża sztukę. Nie ma tych opozycji, zdaje się mówić Serres, wszystko jest jednością dynamicznych relacji, komunikowania się, przekładu, przepływu.
Atoli, żeby zmienić perspektywę patrzenia na świat, trzeba zmienić najpierw perspektywę patrzenia na człowieka. Nie można już dłużej dzielić go na część duchową, jakoby lepszą, i część cielesną, wymagającą karcącej ascezy i utemperowania. Trzeba raczej zdać sobie sprawę, że ciało jest rewersem ducha tak, jak duch jest rewersem ciała i że być-w-świecie-poprzez-intelekt znaczy dokładnie tyle, co być cieleśnie osadzonym w świecie. Cieleśnie, czyli zmysłowo, a mówiąc dokładniej między-zmysłowo. Serres bowiem odrzuca jako fałszywą taką perspektywę, która mówi o określonej ilości zmysłów i mówi o nich z osobna, w izolacji. Jego zdaniem zmysły mogą osadzać w świecie tylko dzięki temu, że nieustannie się ze sobą komunikują, a doznawane przez nich sensy są wzajemnie na siebie przekładalne. Wbrew zatem kulturowym dogmatom słuchać muzyki znaczy także ją widzieć, tak, jak widzieć można zapachy, czy czuć zapach odwiedzanego domostwa.
Człowiek tedy zamieszkuje świat między-zmysłowo i tylko dlatego może ów świat rozumieć. Jak w hermeneutyce rozumienie nie jest więc tutaj operacją logiczną, zimnym algorytmem opisującym sposób funkcjonowania umysłu. Jest raczej sposobem istnienia, strukturą intymnego i dynamicznego obcowania z sieciami znaczeń.
Dynamicznego, bowiem zmysły mogą chwytać sens(y) tylko o tyle, o ile nie są skrępowane miejscem, unieruchomione. Przestrzeń nie czeka na nas gotowa, ale wymaga od nas współudziału: obrót głowy, skierowanie spojrzenia w inną stronę, wyciągnięcie rąk by dotknąć tego, co za naszymi plecami - to właśnie sprawia, że świat dany jest nam w całości swych wymiarów, w bogactwie wypełniających go rzeczy, w śladach rozproszonego piękna. Zbyt mocno przywiązani do miejsc unieruchamiamy zmysły, pozwalamy ludziom i rzeczom zjawiać się tylko z jednej strony, tylko w jednym wyglądzie... Zbyt mocno przywiązani do miejsc zamrażamy sensy i znaczenia, skostniałe schematy podnosząc do rangi uniwersalnych prawd. Budując świat przewidywalny i ekonomiczny. Przewidywalny, bo akceptujemy ludzi tylko o tyle, o ile poddają się reżymowi norm, etykiet, savoir-vivre'ów... Ekonomiczny, bo oparty na jasno zdefiniowanych relacjach własności. Pewnie dlatego pozwalamy sobie na obcowanie z rzeczami i innymi tylko za pośrednictwem odpowiednio wychłodzonego wzroku - pozwala on bowiem na dystans, nie zawłaszcza jak dotyk, pocałunek, skosztowanie smaku. Te zarezerwowane są już tylko dla tego, co nabyliśmy: od jabłek z rynku poczynając, na żonie czy partnerze kończąc. Tak jak namiętność zarezerwowana jest już tylko dla alkowy.
Człowiek między-zmysłowy jest dla naszej kultury niebezpieczny. Żyje bowiem w ciągłym doświadczeniu zmienności - oscyluje między tym, co zapamiętał i tym, co zapamiętuje, między tradycją, a tym, czego jeszcze nie ma. Człowiek między-zmysłowy nie żyje w teraźniejszości, ale w chwili, w której łączą się wszystkie wymiary czasu. Przeszłe zbiega się w nim z tym, co nadchodzi, a teraźniejszość jest chwilą jednakowego szacunku dla obu tamtych biegunów. Człowiek między-zmysłowy żyje naruszając prawa własności - wie bowiem, że kalkulujący wzrok widzi świat tylko fragmentarycznie, nie warto więc na nim poprzestawać. Tym bardziej, że świat intryguje, rodząc w człowieku namiętność rozumienia. Żyjąc namiętnie zaś, człowiek między-zmysłowy żyje ciałem i poprzez ciało, ono bowiem zanurza w żywioł życia i ono strukturuje możliwość rozumienia ("ciało jest Bogiem, a Bóg jest ciałem", napisze Serres); żyje miłością wiedząc, że jedyne, co warto wykluczyć, jest samo wykluczenie. Nieokiełznany i zmienny, człowiek między-zmysłowy jest jednocześnie lojalny i wierny - na innym jednak (dla mnie fundamentalnie głębszym) poziomie i w innej postaci niż wierność i lojalność doceniane w świecie ekonomii i przewidywalności.
Człowiek między-zmysłowy w końcu to człowiek twórczej mądrości, "ekspert od wiedzy formalnej czy eksperymentalnej, dobrze zorientowany w naukach przyrodniczych [...], bezpiecznie czujący się w naukach społecznych [...]. Przedkładający czyny nad stosunki, bezpośrednie ludzkie doświadczenie nad pomiary i dokumenty. Podróżnik przez naturę i społeczeństwo. Miłośnik rzek, piasków i gór. Obieżyświat, którego zachwycają odmienne sposoby zachowania i różnorodne krajobrazy. [...] Znawca języków starożytnych, tradycji mitycznych i religijnych. Wolny duch [...]. Człowiek zarazem archaiczny i nowoczesny, tradycyjny i futurystyczny [...] osoba śmiała i rozważna", a nade wszystko "płonąca miłością do Ziemi i do ludzkości". Trubadur wiedzy.
Nie była to jednak lektura bezowocna. Serres pozostał mi z tyłu głowy jako intrygująca zagadka, a może jako biblijny oścień, który dając o sobie znać obliguje do namysłu? Tak czy owak, coś wewnętrznego przymusiło mnie do tego, by wrócić do Jego myśli. I tym razem spotkanie to wzbudziło we mnie entuzjazm i zachwyt. Zdałem sobie sprawę, że wbrew pozorom dziwny styl Serres'a jest szalenie zdyscyplinowany i celowy. Po prostu Serres stara się zdać poprzez niego sprawę z fundamentalnych mądrości dotyczących człowieka i świata, które racjonalność mająca swe korzenie w Rzymie i Jerozolimie odsunęła na dalszy plan, a w dużej mierze całkowicie wykluczyła z horyzontu sensu. Zrozumiałem też, że stawką jego myśli jest przywrócenie człowiekowi i światu pełni, zachwianej przez podział na to, co naturalne i kulturowe, na to, co przyrodoznawcze i humanistyczne, na to, co pomnaża wiedzę i na to, co pomnaża sztukę. Nie ma tych opozycji, zdaje się mówić Serres, wszystko jest jednością dynamicznych relacji, komunikowania się, przekładu, przepływu.
Atoli, żeby zmienić perspektywę patrzenia na świat, trzeba zmienić najpierw perspektywę patrzenia na człowieka. Nie można już dłużej dzielić go na część duchową, jakoby lepszą, i część cielesną, wymagającą karcącej ascezy i utemperowania. Trzeba raczej zdać sobie sprawę, że ciało jest rewersem ducha tak, jak duch jest rewersem ciała i że być-w-świecie-poprzez-intelekt znaczy dokładnie tyle, co być cieleśnie osadzonym w świecie. Cieleśnie, czyli zmysłowo, a mówiąc dokładniej między-zmysłowo. Serres bowiem odrzuca jako fałszywą taką perspektywę, która mówi o określonej ilości zmysłów i mówi o nich z osobna, w izolacji. Jego zdaniem zmysły mogą osadzać w świecie tylko dzięki temu, że nieustannie się ze sobą komunikują, a doznawane przez nich sensy są wzajemnie na siebie przekładalne. Wbrew zatem kulturowym dogmatom słuchać muzyki znaczy także ją widzieć, tak, jak widzieć można zapachy, czy czuć zapach odwiedzanego domostwa.
Człowiek tedy zamieszkuje świat między-zmysłowo i tylko dlatego może ów świat rozumieć. Jak w hermeneutyce rozumienie nie jest więc tutaj operacją logiczną, zimnym algorytmem opisującym sposób funkcjonowania umysłu. Jest raczej sposobem istnienia, strukturą intymnego i dynamicznego obcowania z sieciami znaczeń.
Dynamicznego, bowiem zmysły mogą chwytać sens(y) tylko o tyle, o ile nie są skrępowane miejscem, unieruchomione. Przestrzeń nie czeka na nas gotowa, ale wymaga od nas współudziału: obrót głowy, skierowanie spojrzenia w inną stronę, wyciągnięcie rąk by dotknąć tego, co za naszymi plecami - to właśnie sprawia, że świat dany jest nam w całości swych wymiarów, w bogactwie wypełniających go rzeczy, w śladach rozproszonego piękna. Zbyt mocno przywiązani do miejsc unieruchamiamy zmysły, pozwalamy ludziom i rzeczom zjawiać się tylko z jednej strony, tylko w jednym wyglądzie... Zbyt mocno przywiązani do miejsc zamrażamy sensy i znaczenia, skostniałe schematy podnosząc do rangi uniwersalnych prawd. Budując świat przewidywalny i ekonomiczny. Przewidywalny, bo akceptujemy ludzi tylko o tyle, o ile poddają się reżymowi norm, etykiet, savoir-vivre'ów... Ekonomiczny, bo oparty na jasno zdefiniowanych relacjach własności. Pewnie dlatego pozwalamy sobie na obcowanie z rzeczami i innymi tylko za pośrednictwem odpowiednio wychłodzonego wzroku - pozwala on bowiem na dystans, nie zawłaszcza jak dotyk, pocałunek, skosztowanie smaku. Te zarezerwowane są już tylko dla tego, co nabyliśmy: od jabłek z rynku poczynając, na żonie czy partnerze kończąc. Tak jak namiętność zarezerwowana jest już tylko dla alkowy.
Człowiek między-zmysłowy jest dla naszej kultury niebezpieczny. Żyje bowiem w ciągłym doświadczeniu zmienności - oscyluje między tym, co zapamiętał i tym, co zapamiętuje, między tradycją, a tym, czego jeszcze nie ma. Człowiek między-zmysłowy nie żyje w teraźniejszości, ale w chwili, w której łączą się wszystkie wymiary czasu. Przeszłe zbiega się w nim z tym, co nadchodzi, a teraźniejszość jest chwilą jednakowego szacunku dla obu tamtych biegunów. Człowiek między-zmysłowy żyje naruszając prawa własności - wie bowiem, że kalkulujący wzrok widzi świat tylko fragmentarycznie, nie warto więc na nim poprzestawać. Tym bardziej, że świat intryguje, rodząc w człowieku namiętność rozumienia. Żyjąc namiętnie zaś, człowiek między-zmysłowy żyje ciałem i poprzez ciało, ono bowiem zanurza w żywioł życia i ono strukturuje możliwość rozumienia ("ciało jest Bogiem, a Bóg jest ciałem", napisze Serres); żyje miłością wiedząc, że jedyne, co warto wykluczyć, jest samo wykluczenie. Nieokiełznany i zmienny, człowiek między-zmysłowy jest jednocześnie lojalny i wierny - na innym jednak (dla mnie fundamentalnie głębszym) poziomie i w innej postaci niż wierność i lojalność doceniane w świecie ekonomii i przewidywalności.
Człowiek między-zmysłowy w końcu to człowiek twórczej mądrości, "ekspert od wiedzy formalnej czy eksperymentalnej, dobrze zorientowany w naukach przyrodniczych [...], bezpiecznie czujący się w naukach społecznych [...]. Przedkładający czyny nad stosunki, bezpośrednie ludzkie doświadczenie nad pomiary i dokumenty. Podróżnik przez naturę i społeczeństwo. Miłośnik rzek, piasków i gór. Obieżyświat, którego zachwycają odmienne sposoby zachowania i różnorodne krajobrazy. [...] Znawca języków starożytnych, tradycji mitycznych i religijnych. Wolny duch [...]. Człowiek zarazem archaiczny i nowoczesny, tradycyjny i futurystyczny [...] osoba śmiała i rozważna", a nade wszystko "płonąca miłością do Ziemi i do ludzkości". Trubadur wiedzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”
Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...
-
Moje impresje po tzw. premierze spisuję stosunkowo późno. Jest tak tylko dlatego że chciałem wprzódy podyskutować z zaprzyjaźnionymi choreo...
-
About Kalabis and Kahánek If* he were alive, Viktor Kalabis would not be an artist for our times. Nor was he, I dare say, an artist ...

