piątek, 14 grudnia 2012

GALA Z DROBINKAMI BLASKU

Moje impresje po tzw. premierze spisuję stosunkowo późno. Jest tak tylko dlatego że chciałem wprzódy podyskutować z zaprzyjaźnionymi choreografami, by zweryfikować swoje odczucia odbiorcy.

Konsekwencje są jednak optymistyczne, bo mogę nieco uspokoić PT Dyrektora. Choć bowiem galę baletową konsekwentnie nazywać będę "tzw. premierą" i kolejną zapchajdziurą, to jednak docenię to, co wartościowego wydarzyło się w trakcie wieczoru.

Moje słowa uznania kieruję przede wszystkim pod adresem Moniki Maciejewskiej-Potockas, Gintautasa Potockasa oraz Nazara Botsiy (cóż za hopak!). W ich przypadku cieszyć było można się nie tylko kompetencjami technicznymi, ale także wyraźnymi osobowościami, energią i... szczerością przekazu, o którą jakoś coraz trudniej.   

Ku mojej radości sporo dobrego napisać mogę także o kierowniku baletu Dominiku Muśko, który wraz z Witoldem Biegańskim kapitalnie zatańczył Bejartowskie Tańce greckie

Na osobne wyróżnienie zasłużyła  Bogumiła Sołek. Za odwagę - do ułożonej przez siebie choreografii wybrała muzykę Massive Attack, a także za kapitalną realizację swojego układu (pięknie było patrzeć, jak wzajemnie inspirują się z Botsiy!).

I generalnie tyle pochwał pod adresem Teatru. Pozostałe należą się bowiem uczniom rodzimej szkoły baletowej, których zapał i talent mocno odstawał od sztampy pracujących zawodowo kolegów. 
Niekiedy mogło to wprawić w konfuzję. Poczułem ją choćby w trakcie występu Agnieszki Białous, która nie tylko miała problemy z tańczeniem "w rytm", ale także traciła równowagę robiąc wrażenie, że za moment się przewróci. Aż chciało się zapytać, jakim cudem znalazła się ona w grupie koryfejów? Jeśli miała tego dnia problemy, jako profesjonalistka nie powinna tańczyć; jeśli zaś nie potrafi tańczyć inaczej, podejrzany staje się mechanizm teatralnej kariery.

Po kolejnym wieczorze z Wielkim mam także przemyślenia natury bardziej ogólnej.

Po pierwsze, smuci mnie fakt, że tak mało u nas nowoczesnej choreografii. O tym, że publiczność zmęczona jest już klasyczną sztampą widać było po reakcji na układ zaproponowany przez Sołek.  

Po drugie czymś niezwykle denerwującym jest łódzka tradycja tańczenia do muzyki z taśmy. Niegdy jej nie rozumiałem - muzyka w końcu nie jest dla baletu tłem czy podkładem, ale równoprawnym elementem artystycznego zdarzenia. Gala w Jaraczu miała jeszcze ten minus, że emitowane nagrania były bardzo różnej jakości, co nie stwarzało stosownego komfortu w odbiorze.  

Po trzecie, po raz kolejny przekonałem się, że PT Dyrekcja podjmuje galę nie jakościowo, a ilościowo. Był to kolejny koszmarnie długi wieczór, który nie rządził się żadną wewnętrzną logiką. Tak jak w przypadku wieczoru chóralnego i gali operowej wszystko mogło tu sąsiadować ze wszystkim, wystawiając na próbę nerwy tych, których takie mieszaniny przyprawiają o rozstrój żołądka.

Nieumiejętność oddzielenia ziarna od plew jest jedną z najsłabszych stron aktualnej dyrekcji Wielkiego. A przecież na niej spoczywa obowiązek odróżniania tego, co wartościowe, od tego, co nie przyniesie zespołom uznania. Tutaj wypuszcza się na scenę Agnieszkę Białous, a wycina zapowiedziane wielkie pas de deux z Korsarza, które tańczyć mieli Dominik Muśko i Ekaterina Kitaeva-Muśko. 

Gala baletowa, tak, jak gala operowa, broni się częściowo siłą jednostek, nad którymi nie panują całkowicie siły kierownicze. Im więcej tego wpływu, tym gorzej, stąd moje współczucie dla chóru despotycznie zniewolonego przez nijakiego artystycznie Sutryka.

Jedno wiem na pewno, przypisywane Waldemarowi Zawodzińskiemu "myślenie obrazami" nikomu nie wyjdzie na dobre.   
Bez wewnętrznej logiki w budowaniu artystycznych zdarzeń i bez umiejętności ich merytorycznej oceny, pozostaniemy na etapie długich zapchajdziur. A szkoda!



środa, 12 grudnia 2012

STRACHY NA LACHY. W OBRONIE POSTMODERNIZMU I PRZYJAŹNI

Publicystyka ma swoje prawa odmienne od dyskursu naukowe. W jej ramach czymś zupełnie zasadnym są retoryczne ekstrapolacje, nieco z gruba ciosane tezy czy nieostroże uogólnienia. Mogą bowiem one zaskoczyć czytelnika, zmuszając do przemyśleń i wyrobienia sobie własnego zdania na dany temat.

Niepokojące bywają takie sytuacje, w których publicystyka i dyskurs naukowy idą ręka w rekę, nie tylko forując nieostrożne uogólnienia, ale nawzajem je umacniając. Tak jest w przypadku postmodernizmu, którym w Polsce strszy się ludzi od Pomorza do Tatr zarówno w tekstach akademickich, gazetowych, jak i homiletycznych. 

Proceder ten jest już męczący. Po pierwsze, dlatego że na Zachodzie zaczyna już mówić się o postpostmodernizmie, upratując słabości postmodernizmu w jego niedostatecznym zorientowaniu na to, co poza-ludzkie (zwierzęta, rośliny, rzeczy). Po drugie, dlatego że czyni się z postmodernizmu i postmodernistów wroga naszej wspólnoty, dzięki któremu Polacy mogą zjednoczyć się pod sztandarami wartości, ale pozostają ślepi na prawdziwe źródło swoich problemów: dziki kapitalizm czy konsekwentnie realizowany modernizm.

Dobrą ilustacją moich tez jest szkic Tomasza Kozłowskiego Witajcie w erze postprzyjaźni [publikuje go grudniowa Odra]. Kozłowski pisze w nim o korozji tradycyjnego modelu przyjaźni i przeradzania się jej w wirtualne relacje sterowane facebbokowskimi "lajkami" lub "defriendami". 

Za korozję przyjaźni obwinia Kozłowski postmodernę. A to dlatego że ponowoczesność jest czasem "wiecznej niestabilności", podczas gdy przyjaźń (tradycyjnie rozumiana) wymaga "wspólnoty uobecnianej każdego dnia" i budowanej w stabilnym i długofalowym procesie.  Przyjaźni nie służy zatem częstotliwość zmian pracy, "miejsca zamieszkania, kwalifikacji, nawyków, otoczenia, wspólmałżonka". Nie służy także zmienność systemów wartości (resp. kultury) i sprzyjanie rozporszeniu tożsamości. Płynność postmoderny owocuje bowiem płynnością tożsamości, rozchwianiem zainteresowań i zaprzepaszczeniem zdolności do skupiania się - "młode pokolenie ... nie przyswaja dłuższych komunikatów, nie czyta, a przynajmniej czyta coraz mniej". Ostatnia uwaga może dziwić  w tekście poświęconym przyjaźni. Kozłowski uważa jednak, że obie rzeczy ściśle się łączą - czytanie wykształca empatyczność, rozwija liczne kompetencje społeczne, pozwala odnaleźć swoje hobby, a w końcu uczy znjadowania czasu na rzeczy, które nie posiadają bezpośredniej wartości ekonomicznej czy pragmatycznej.

Wiele z diagnoz Kozłowskiego uznaję za trafne. Nie wiem za to zupełnie, dlaczego mają być one efektem postmoderny.
Problemy z czytaniem są raczej wynikiem nieustannej reformy edukacji, za którą w naszym kraju postmoderniści raczej nie odpowiadają.
Problemy ze skupieniem uwagi, rozproszeniem zainteresowań czy brakiem czasu biorą się z lęku o przyszłość. W kraju, w którym zlikwidowano cały przemysł i w którym nie mysli się o tworzeniu nowych miejsc pracy, elastyczność kompetencji i ciągłe doszkalalnie są raczej wynikiem logiki liberalnego urynkowienia niż postmodernistycznego stosunku do życia.
Postmodernizm - choćby ze względu na jego literackie gry z tradycją - uczy raczej czytania uważnego i detektywistycznego. Kładzie nacisk na budowanie "Ja" maksymalnie wiernego indywidualnym preferencjom i minimalnie poddanego społecznym normatywom. 
W wydaniu choćby Michela Serres'a jest także lekcją samotności (czas dla siebie jest niezbędnym warunkiem "ciekawości świata", a więc warunkiem sine qua non rozwoju jakiegokolwiek hobby) i przyjaźni (spośród żyjących filozofów to chyba jemu zawdzięczamy najpiękniejsze strony dotyczące tego uczucia). 

Atoli problematyczność poglądów Kozłowskiego najlepiej wychodzi w jeszcze innym punkcie. Autor pisze, że przyjaźń jest relacją trudniejszą niż małżeństwo. 
Małżeństwo bowiem jest faktem społeczno-prawnym, przyjaźń zaś rodzi się i umiera w głowie. Jako relacja nieformalna zawisła jest w całości od pamięci i świadomości, które postmoderna jako kultura szybkości, rozproszenia i braku uwagi, destruuje.

Z tezą tą da się dyskutować na wiele sposobów. Pokazując choćby na to, że postmoderniści (jak Frank Ankersmit) dokonali restytucji pojęcia pamięci. Czy wskazując na te koncepcje, które demaskują pustkę związków opartych wyłącznie na gwarancjach prawnych i budują nowy ideał małżeństwa w analogii do dobrowolnych związków osób nieheteronormatywnych.   

Nie twierdzę, że projekt budowany przez postmodernistów, jest do kupienia w całości. Bo nie jest. Pokazują to dobitnie tacy teoretycy jak Ankersmit, Jean-Luc Nancy, Bruno Latour, Serres czy Alain Touraine. Kilkoro z nich przeszło drogę od postmodernizmu do postpostmodernizmu, ma więc wyjątkowo ostrą świadomość postmodernistycznych ograniczeń.

Twierdzę natomiast, że postmodernizm nie jest źródłem ryzyka. Jest raczej lecją wrażliwości oraz otwierania się na inność, zwłaszcza tę, którą każdy nosi  w sobie. 

Postmodernizm jest zatem "strachem na Lachy", potrzebnym tym, którzy próbują odwrócić nasz wzrok od problemów autentycznych. A także tym, którzy - jak ksiądz Mirosław Maliński (wywiad z nim także w grudniowej Odrze) - widzą w demokracji proces równania w dół. Tym potrzebny jest wspólny wróg, dzięki któremu petryfikuje się normatywny i konserwuje wspólnotowe wartości. Tworząc ryzyko, zagrażające Lachom naprawdę.   

wtorek, 11 grudnia 2012

LIST POSTMODERNISTYCZNEGO DIABŁA NA 3 NIEDZIELĘ ADWENTU

[1] Mariaż literatury i akademii udaje się z rzadka. Sam prawie przestałem pisać (poezję i nie tylko poezję) w momencie, gdy zająłem się dyskursem akademickim. Prawie, gdyż wciąż zdarza mi się wiązać mowę poetycką w momencie szczególnych doświadczeń.

[2] Wyjątkowość doświadczenia jest w stanie usprawiedliwić nawet wadliwe strofy. Tak było dla mnie w przypadku poety Jawienia, gdy w jednym z wierszy intymnie opowiadał o swoim doświadczeniu Boga jako doświadczeniu ciszy.
Pomyślałem o tym wracając dzisiaj do Mistrza Eckharta, który lata temu sprawił, że stałem się nieuleczalnym homo religiosus

[3] Eckhart przekonał mnie, że należy wyzbyć się złudzeń, że możemy nadawać Bogu jakieś imię, którym byśmy Go wystarczająco wysławili i wywyższyli, że to, co dusza wypowiada o Bogu, nie zawiera w sobie niczego z właściwej treści Jego bytu; nikt nie może powiedzieć naprawdę, czym jest Bóg. ... Nie jest On tym, co nazywamy bogiem, to zaś, czego o Nim nie mówimy, bardziej Nim jest niż to, o czym mówimy, że to On.  

[4] Eckhart przekonał mnie również, że nie prowadzi to ani do ateimzu, ani do agnostycyzmu. Tak postawić sprawę mogą tylko instytucje, które zainteresowane są bardziej rządem dusz niż szacunkiem dla Tajemnicy. Rządzić, oznacza bowiem wkomponować człowieka w system twierdzeń o tym, co poza człowieka wykracza (o tym, co uniwersalnie, absolutnie i fundamentalnie normatywne). Uczyć szacunku dla Tajemnicy zaś, to uczyć osobistego doświadczenia tego, czego nazwać nie sposobna.

[5] Eckhart przekonał mnie w końcu, że doświadczyć Boga można tylko doświadczając człowieka. W pierwszym rzędzie samego siebie, by poprzez to doświadczenie wyjść do Innych.
Doświadczyć Boga w sobie to doświadczyć głębi własnej duszy, która - jak Bóg - jest ciemna, tajemna, zamknięta, niewyrażalna, naga i czysta; która - innymi słowy - jest ciszą. Zaś doświadczyć wyjścia ku Innym to zrozumieć komunialny charakter ciszy, zrozumieć, że ma ona naturę daru.

[6] Myślę, że można nie być religijnym w żadnym z konfesyjnych znaczeń tego terminu, by doświadczyć ciszy, leżącej u podstaw każdego z nas. Powrót do niej jest drogą autentycznej ascezy, wymaga bowiem wysiłu i determinacji w przebiciu się przez zgiełk, towarzyszący nam na codzień.

Pierwszą z przeszkód jest nasze uwikłanie w logikę użyteczności.  Cisza jest bezproduktywna, nijak nie wiąże się z gromadzeniem środków i sił. Nie sprzyja zatem funkcjonowaniu w świecie pracy, który oddziela nas od własnej głębi zamieniając nasze autentyczne ja w arefakty społecznych ról i oczekiwań.

Drugą z przeszkód jest nasze przeciążenie przeszłością. 
My, ludzie Zachodu, uczyniliśmy z historii egzystencjalny kaganiec - nie tylko nie umiemy nie oglądać się za siebie (jak uczą zarazem Chrystus i Budda) każdy dzień mierząc jego własną miarą, ale nadto nie umiemy doświadczać codzienności i otwierać się na przyszłość w perspektywie innej niż ta, wyznaczana przez to, co minione.
Co gorsza, piszemy naszą przeszłość tak, jakby była czymś obiektywnym i niezmiennym, a do tego złożonym przede wszystkim z wyzwań, niepowodzeń i traum. Przez co, wchodząć w doświadczenia teraźniejszości, nie dostrzegamy często ich prawdziwych znaczeń, które mogą nas zamknąć i skrępować w kontekście tego, co dopiero może nas spotkać.

[7] Nosząc na plecach garb przeszłości możemy jednak cierpieć tylko w ukryciu. Ma rację Friedrich Nietzsche pisząc o (po)nowoczesności jako kulturze znieczulenia. Nie ma jednak racji łącząc to znieczulenie z ucieczką od bólu.
Myślę, że człowiek cierpi dziś bardziej niż kiedyś. Nie ma bowiem szansy dostrzec w cierpieniu drogi rozwoju. Aby móc je tak przeżyć, potrzeba perspektywy innej niż indywidualistyczna. Nowe znaczenia, odmienne perspektywy, wykuwają się bowiem w hermeneutycznym dialogu, pogrążenie w sobie prowadzi zaś tylko do petryfikacji ciemności i traum. Dziś jednak tylko z rzadka szuka się prawdziwego dialogu. Raczej kreatywnie buduje się własne kariery i leczy własne kompleksy. Cudzy ból wykorzystując do poprawy swojego samopoczucia, a często także do wyniszczenia cierpiącego. 
Dlatego rozumiem strach nakazujący to, co smutne, maskować uśmiechem. Rozumiem także nieumiejętność otwierania się na twórcze doświadczenie Innego po tym, jak przez wiele lat żyło się w świecie simulacrów, kolejnych ucieczek i odgrywanych ról.

[8] Wadą naszego świata jest także przywiązanie do tego, co stałe. Towarzyszące nam wyzwania, oczekiwania czy zdrady kształtują w nas tożsamość zawsze silnych, albo zawsze słabych. Poza tym nie umiemy wyobrazić sobie życia jako strumienia (panta rhei jest dla nas raczej konstatacją smutną niż afirmującą); wszystko musi mieć dla nas trwałe jądro, solidny i niezmienny rdzeń. Od naszej tożsamości poczynając, przez przyjmowane przez nas wartości i normatywy, na wybawieniu kończąc.
Mówiąc o wybawieniu mam na myśli miłość, której kult na Zachodzie jest kultem specyficznym. Z jednej strony wszyscy o niej marzymy, marząc o przestrzeni ciepła, bliskości, bezwarunkowego zrozumienia, dobrych emocji. Z drugiej jednak traktujemy miłość jako coś, co wydarza się całe od razu. I co odchodzi w momencie, gdy jakieś doświadczenie jest w naszym odczuciu sprzeczne z tym, czym miłość jest (czy raczej: powinna być według nas). Może dlatego marząc, tak rzadko spełniamy się kochając. Także dlatego że miłość niejedno ma imię, a my zazdrościmy tego wszystkiego, czym inni mogą ubogacić osoby, które kochamy. Logika kompleksu jest logiką zawiści, ta zaś nigdy nie pozwoli wydarzyć się miłości na prawdę i na zawsze.

[9] Doskonałą ilustracją może być tu postać Paula Celana. Przez lata zakochanego w Ingebordze Bachmann, ale tak naznaczonego traumą Szoah, że spetryfikowana przeszłość nie pozwoliła mu otworzyć się na miłość Ingeborgi. Nie pozwoliła mu także otworzyć się na miłość Gisele, miłość szczerą i rozumiejącą do tego stopnia, że akceptującą jego związek z Ingeborgą. 

[10] Nie łudzę się, że garba przeszłości da się pozbyć z dnia na dzień. WIerzę jednak, że miłość jest prawdziwym remedium. Tyle że miłość przeżywana jako proces, a nie jako coś, co wydarza się od razu.
Pisząc to myślę o Mistrzu i Małgorzacie
Myślę o Wolandzie i Jego świecie - o diable jako kimś, kto nie kusi i nie zwodzi, ale kto wydobywa na jaw sens ludzkiego działania
Myślę o Małgorzacie, która - mimo przypisywanej kobietom słabości - nie zlękła się przeszłości Mistrza i nie pozwoliła mu się w niej pogrążyć, ale która swoją miłością potrafiła wykorzystać zło do tego, by zmienić sens wydobywany z ludzkich działań.
I myślę o czasie, który musiał upłynąć, żeby się to stało -  czasie mierzonym prawosławnym Wielkim Tygdodniem, ale też czasie mierzonym metafizyką, który przeziera przez chwile odmierzane czasomierzem.
Myślę o pewności, że czas pracuje na naszą korzyść otwierając kolejne traumy na doświadczenie inności.

[11] Myślę też o tym, że miłość nie zna podziału ról. Bo jest harmonią. To, co we mnie silne dopełnia słabość osoby, którą kocham, a ona swą siłą dopełnia moją słabość.
Mistrz Eckhart pokazał pięknie, że głębię duszy zamieszkuje boska iskierka. 
Garb przeszłości nie gasi jej, ale ukrywa. Chroni przez zgaszeniem przez tych, których słowa nie przechodzą w czyny i których wierność jest tylko grą językową. 
Dialektyka siły-i-słabości jest jedyną drogą miłości prawdziwej, drogą powrotu do iskry, gdzie bliskość Ukochanego jest naszym przewodnikiem i wsparciem. 

[12]  Paradoksalnie najwięcej i najmądrzej o tym, co religijne, mówią Ci, którym nie po drodze z instytucjami. W tej perspektywie prawdę o człowieku niesie to, co złe. Zła, bo niemoralnie otwarta miłość. Zła, bo upominająca się o to, co wykluczone sztuka. Choćby Diamandy Galas. Nikt nie śpiewa poezji Celana tak jak robi to Ona
Jeśli jest ziarno prawdy w przypisywaniu jej satanistycznych predylekcji, to ujawniają się one właśnie tutaj - w umiejętności wydobycia z Celanowskich elips całej grozy diabelskiej historii. Atoli mroczna ekspresja nie służy jej tutaj do petryfikacji tego, co mroczne. Jest raczej sposobem na wywołanie w słuchaczach doświadczenia katharsis i uwolnienia ich od jednego z największych brzemion człowieka Zachodu - od brzemienia przeszłości.





sobota, 8 grudnia 2012

KWARTESENCJĘ W SEKSTESENCJĘ. OD ZARAZ!


Tak jak starożytni, lubię się spieszyć tylko powoli. Wszelakoż nie każde festina lente okazuje się budujące. Wczoraj - gdy wraz z Tomkiem czekaliśmy na mocno spóźniony autobus do Warszawy, a godzina koncertu niemiłosiernie się przybliżała, pośpiech był czymś bardziej niż wskazanym.

Na koncert spóźniliśmy się bite pół godziny. Zmęczeni, zziajani i z wielu powodów w nietęgich nastrojach, wemknęliśmy się na salę radiowego Studia im. Witolda Lutosławskiego i... momentalnie daliśmy się porwać chwili i jej nastrojowi. 
Nie było potrzeby wyciszania się, wciągania w muzyczną narrację, empatycznego wyczuwania krążących po sali energii i emocji. 


Stanisława Celińska, Bartek Wąsik i Royal String Quartet dokonali cudu - włączyli nas w swoją opowieść "a vista". Dokonać takich rzeczy potrafią jeno artyści prawdziwie wielcy, a więc tacy, dla których dźwięk (w tym również cisza) jest medium budującym metafizyczną łączność między ludźmi , a nie tylko egzemplifikacją rzemieślniczo ukształtowanego kunsztu.  

Piosenki warszawskie nigdy nie były moim ulubionym repertuarem. Do wczoraj, gdy mogłem poznać je melorecytowane jednocześnie pełnym wyrazu i prostoty głosem Celińskiej i muzycznie komentowane przez smyczkowców i fortepian. 
To niesamowite, z jak różnym repertuarem potrafią zmierzyć się Royalsi, za każdym razem nasycając muzykę charakterystycznym dla siebie brzmieniem instrumentów i współpracą w zespole.  Takiej klarowności dźwięku, intonacyjnej precyzji, finezji w cyzelowaniu szczegłów czy umiejętności budowania planów Royalsom mogą zazdrościć bodaj wszyscy! 
Niesamowita była także ich współpraca z fortepianem; tu zapamiętaliśmy z Tomkiem zwłaszcza intymny dialog fortepianu i wiolonczeli, toczący się w aurze dopełnienia i harmonii.


Jeszcze bardziej niesamowite jest to, jak można było pomyśleć te piosenki. Bartek Wąsik dowiódł, że polszczyźnie brakuje słowa dla takiej inwencji, albowiem ani aranżacja, ani opracowanie nie oddają tego, co dało się usłyszeć.
Muzyka rozpisana na instrumenty była tu bowiem medium autonomicznym w stosunku do głosu Celińskiej. Wiele dopowiadała, nigdy nie popadając w tanią obrazowość. Słychać w niej było reminescencje z Jana Sebaistiana Bacha, z George'a  Crumba, czuć było ducha Preludium deszczowego Fryderyka Chopina, obycie muzyków z kwartetem Witolda Lutosławskiego czy motywy Vivaldiowskiej Zimy
Co wspaniałe, Wąsik - i realizujacy Jego myśl muzycy - potrafili wydobyć z tych piosenek egzystencjalne dno. Odzierając je z jarmarczności i podwórkowości, pokazali stojący za nimi dramat, także dramat zmierzchu miasta, którego w takim kształcie już nie ma. 
Idealnym przykładem jest tu Bal na Gnojnej ze słowami Stanisława Grzesiuka*. Zabawa rytmem i natężeniem głosu (tak barwy, jak wolumenu), jaki zaprezentowała tu Celińska oraz Jej doskonała współpraca z zespołem spowodowały, że z oczu popłynęły mi łzy. Łzy egzystencjalnego smutku, zatrwożenia i nostalgii że  tak łatwo utracić to, co najważniejsze, maskując tę utratę udziałem w cyrku życia. 


Koncert nosił tytuł Nowa Warszawa. Była nowa, choć nowość nie przyszła tu z przyszłości, a z przeszłości.
Festiwal Royalsów, w ramach którego był ten koncert, nosi tytuł Kwartesencja. I czas go zmienić.
Ze względu na umiejętność uchwycenia sedna muzyki (i czasu, którego muzyka jest najpiękniejszą epifanią!) i nadziemski poziom artystycznego kunsztu dobrym pomysłem byłaby kwintesencja (czyli eter, dla starożytnych piąty, obok wody, ognia, ziemi i powietrza, żywioł, jednoczący cztery pozostałe i wypełniający sferę niebios). To jednak mało. Po wczorajszym proponuję sekstesencję, co muzyków ma nie tylko uwznioślić, ale i mobilizować, skoro Paweł z Tarsu  w mistycznym uniesieniu docierał nawet do siódmego nieba! 

Fotografie © Tomasz Lewandowski


* Tu cenne informacje od Pani Doroty Kozińskiej:

"Panie Marcinie, zgadzam się w pełni, poza jednym: „Bal na Gnojnej” jest piosenką przedwojenną, z tekstem Juliana Krzewińskiego i Leopolda Brodzińskiego, i opowiada o nieistniejącej już knajpie U Grubego Joska, gdzie towarzystwo z najrozmaitszych sfer „dopijało” się, gdy zamknięto już wszystkie inne lokale (z Adrią włącznie). Jednym z jej bywalców był Judel Dan Łokieć, działacz związkowy i polityczny, PPS-owiec, ale też regularny gangster wymuszający haracze (są zresztą odniesienia do tej postaci w tekście). Grzesiuk był tylko jednym z wielu późniejszych wykonawców. Pozdrawiam :-)".

Pięknie dziękuję! :-) 

czwartek, 6 grudnia 2012

LIST POSTMODERNISTYCZNEGO DIABŁA NA 2 NIEDZIELĘ ADWENTU

[1] Max Weber upatrywał w chrześcijaństwie reformacyjnym zasadniczej przyczyny pozwalającej ukształtować się społeczeństwu kapitalistycznemu. Oczywistość tej tezy dotarła do mnie wczoraj przy okazji dyskusji nad tekstem Tadeusza Ślipko dotyczącym etyki zwierząt. Zdałem bowiem sobie sprawę z tego, jak ważnym elementem etyki chrześcijańskiej jest pojęcie środka, podporządkowane logice antropocentrycznej ekonomiki. Uświadmołem też sobie, że nie idzie tu wcale tylko o chrześcijaństwo reformacyjne, ale o całą formację chrześcijaństwa Zachodniego, czyli tego, które zbyt mocno odeszło od mistagogii i sakramentalności, a zbyt mocno związało się z regulowaniem spraw codziennego życia.

[2] O tym, jak przerażająca jest "etyka środków", można przekonać się czytając bezpardonowe wyznanie Ślipki, że zwierzęta "w stosunku do człowieka pełnią rolę środka umożliwiającego realizację zadań dysktowanych mu jego moralną naturą".

Co prawda Autor mityguje się twierdząc, że jego pojęcie środków nie powinno być rozumiane wąsko, jak w utylitaryzmie, ale szeroko, traktując przyrodę jako przedmiot kontemplacji, symbiozy i produkcji, zastrzeżenie to okazuje się jednak czczą retoryką. Albowiem to, co jest tylko przedmiotem nie posiada ani autonomicznej wartości, ani uprawnień podmiotowych. Oznacza to, że i owszem, powinniśmy traktować przedmioty humanitarnie i troskliwie, ale nie ze względu na nie same, a tylko ze względu na nasze dobre samopoczucie. Nie powinniśmy również bać się zadawania im cierpienia we wszystkich tych sytuacjach, gdy korzystamy z nich dla dobra człowieka.

[3] Cierpienie bowiem nie ma samo w sobie charakteru zła moralnego, a jest jedynie złem fizycznym. Dotyczy to zresztą każdego cierpienia, nie tylko zwierzęcego, ale i ludzkiego. Ślipko podkreśla, że zło fizyczne jest wynikiem "ograniczoności i niedoskonałości" wszystkich bytów materialnych, przez co należy do kategorii zjawisk moralnie obojętnych. Zło moralne nadbudowuje się wtórnie nad złem fizycznym jako efekt konkretnych intencji, pobudek "i innych okoliczności, w których człowiek" podejmuje się określonego działania.

[4] Podmiotowość moralna człowieka i przedmiotowe traktowanie zwierząt wynika oczywiście z wyższości człowieka nad zwierzęciem.
Zwierzę wprawdzie czuje, troszczy się o potomstwo, przywiązuje do ludzi, jednakże nie myśli. Porusza się w świecie wyznaczanym granicami poznania zmysłowego i zdeterminowanego przez instynkty. W odróżnieniu od człowieka, który jako istota rozumna posiada (przynajmniej potencjalnie) możliwość wolnego wyboru, będącego warunkiem sine qua non traktowania kogoś jako podmiot moralny.   

[5] Tak uzasadniana wyższość człowieka nad zwierzętami nie jest niczym nowym. Od dawna jest również krytykowana; nie sposób więc zreferować wszystkich argumentów krytycznych, jakie przeciwko tej koncepcji wymierzono. 
Dla moich celów wystaczy poruszenie dwóch spraw.

[6] Pierwszą, jest stosunek Białych do Czarnych.
Biali do dziś uważają się za twórców cywilizacji, gloryfikując rolę Europy jako macierzy wszystkiego, co kulturowo i cywilizacyjnie wartościowe i wzniosłe. Czarni zaś - mimo zewnętrznego podobieństwa do ludzi rozumnych - łatwo traktowani byli/są jako zwierzęta gorsze, ewolucyjnie zacofane, idealnie nadające się więc do realizacji "moralnie zasadnych celów Białych". Przykładów na takie traktowanie mamy co nie miara - poczynając od niewolnictwa, przez medyczne eksperymenty na Afroamerykanach, po traktowanie Afryki jako kontynentu ciemnych barbarzyńców.
Zasadniczo takie nastawienie jest już czymś przeszłym. 
Zasadniczo, wciąż bowiem budowane są naukowe "testy", pokazujące niską inteligencję Czarnoskórych.
Zasadniczo, albowiem nasz stosunek do Czarnych odsłaniają symptomatyczne, a bardzo popularne kawały.

[7] Drugą jest stosunek chrześcijań do homoseksualistów.
Homoseksualistów - o ile chcą być sobą i kochać - nie traktuje się tu bowiem jako autonomiczne źródło moralności, ale jako przypadek dewiacji, wymagającej leczenia. 
Jaskrawym przykładem takiego podejscia jest lubelski ośrodek Odwaga, w którym nie tylko leczy się osoby homoseksualne, wyprowadzając je z moralnego chaosu, ale wspiera (powiedziałbym - indoktrynizuje) ich rodziców. 
Wystarczy poczytać zamieszczone na stronie ośrodka "świadectwa" by zrozumieć, że homoseksualiści są środkiem do rozwijania "zadań heteroseksualnej większości realizującej swoją moralną naturę"; zadań nnadzwyczaj istotnych, zmierzających bowiem do wydobycia moralnej podmiotowości z osób, które w chaosie swojej seksualnej kondycji ją zagubiły. 

[8] Celowo nie dobrałem przykładów dotyczących zwierząt, a ludzi. Na wybranych przeze mnie przykładach widać doskonale, jak ideologicznie obciążone jest chrześcijańskie założenie dotyczące "moralnej podmiotowości człowieka".  Jawny staje się również wąski i normatywny sens charakterystycznej dla chrześcijaństwa Zachodniego i wyrosłej z niego kultury koncepcji "racjonalności" i "człowieczeństwa". 
Jest on wąski i normatywny dlatego że 
- oddziela ludzi od nie-ludzi,
- pozwalana przeprowadzenie podziału wewnętrz ludzkości,
- daje szansę na odrzucenie zdobyczy nauki i uznanie ich za nieracjonalne w każdej sytuacji, gdy praktyka naukowa kwestionuje chrześcijańskie poglądy na moralność (Odwaga jest tu doskonałym przykładem, swoją drogą to ciekawe, że w świeckim państwie może działać ośrodek leczący z czegoś, co nie jest chorobą). 

[9] Wszelkie działania Chrystusa były zawsze inkuzywne. Podkreślał On również opatrzność boską sprawowaną nad zwierzętami. Adwent jest dobrym czasem, by zastanowić się, czy etyka chrześcijańska, którą pokazuje się nam jako jedynie słuszną, jest tak samo inkluzywna i otwarta zarazem na świat ludzi i nie-ludzi. 
Jeśli nie jest (a sądzę, że nie jest - jest ekskluzywistyczna i niszcząca) warto zastanowić się, czy jest sens dalej nią żyć. Zwłaszcza wtedy, gdy chce się wierzyć. 

[10] Refleksyjnych i chętnych zaś proszę o podpisanie petycji
      


poniedziałek, 3 grudnia 2012

O SROMIE, CO PRZESŁANIA OPERĘ, CYRKU ZAWODZIŃSKIEGO I O NIEZWYKŁYM TALENCIE KRYSTYNY RORBACH

Wszystkim dyskutującym namiętnie o prawach autorskich warto przypomnieć, że bez piratów historia muzyki wyglądałaby zupełnie inaczej. Miast krytyki i potępienia zasługują oni na pełne admiracji uznanie, utrwalając w pamięci niezapomniane chwile.
Jak choćby wieczór z 1984 r., gdy na Arenie w Weronie występowała w Lombardczykach Krystyna Rorbach. Nagranie nie grzeszy elegancją dźwięku, cieszy natomiast przechowaniem dla potomnych jednego z najpiękniejszych głosów, jakie dane mi było słyszeć.  

Rorbach skupiła w sobie rozliczne talenty. Piękno głosu, zielonkawego w barwie, doskonale postawionego, o szerokiej skali rozciągającej się od aksamitnego, iście mezzosopranowego dołu (debiutowała zresztą jako mezzosopran), po pełne blasku dźwięki trzykreślne. Głos ten posiadał przy tym siłę i blask sopranu spintowego, połączone z wdziękiem i lekkością czystej koloratury. Precyzja intonacyjna, wspaniała emisja i biegłość w realizacji ozdobników pozwalały artystce cieszyć uszy słuchaczy w repertuarze tak rozległym, jak Łucja z Lamermooru (mam na taśmie scenę obłędu śpiewaną w Łodzi po Polsku, spektakl ten zaowocował zaproszeniem do Werony), Elżbieta w Wagnerowskich Tannahauserze, czy Lady Macbeth w operze Verdiego. Artystka była też wspaniałą odtwórczynią sopranowego solo w Verdiowskim Requiem (w Libera me drżały wtedy teatralne kinkiety) i Abigail w Nabucco. 

Myślałem o Rorbach przechodząc wczoraj przez Plac Dąbrowskiego. Na frontonie Teatru wisiała zapowiedź Gali Baletowej. Pomyślałem sobie, że to jednak kuriozalne - Teatr Muzyczny w trakcie remontu był w stanie grać swój normalny repertuar korzystając ze współpracy z różnymi scenami. Teatr Wielki za nowej dyrekcji tłucze w zasadzie jedno miejsce, dając przede wszystkim różnej maści kolaże i gale.

Słowo gala zobowiązuje, czego kierujący TW mają doskonałą świadomość. Jej odzwierciedleniem są słowa prowadzących galę operową, w której występujących śpiewaków łódzkiej sceny określa się mianem "najwybitniejszych" spośród operowych artystów Polski. Określenie niepotrzebnie zobowiązujące i niekiedy mocno na wyrost. Nie będę się do niego odnosił, skupię się na tym, co w moim odczuciu było na tej gali in plus, a co in minus.

Jasną gwiazdą gali była na pewno Joanna Woś, która dała ostatnio wspaniały popis swojego kunsztu bawiąc się muzyką (kapitalne Casta diva i aria z Anny Boleny). 
Świetnie wypadła Bernadetta Grabias, z mezzosopranem o pięknej, ciemnej barwie, dającej nadzieję na to, że w końcu ukształtuje się u nas następczyni Jolanty Bibel (nie w "skopiowaniu" repertuaru, a miejscu w zespole).
Piękniejszym momentem koncertu był też fragment z Opowieści Hoffmana, gdzie prym wiodła Dorota Wójcik, i kwartet z Rigoletta z kapitalną Agnieszką Makówką jako Maddaleną (wszystko psuł tylko świdrująco-rozedrgany głos Księcia Mantui, o czym niżej). Klasą samą w sobie był też występ Zenona Kowalskiego, który od 25 lat jest niezawodnym odtwórcą wielkich partii barytonowych. Monice Cichockiej udało się zbudować nastrój w Offenbachowskiej Barkaroli i w tym fragmencie na długo Ją zapamiętam. 

Poza tym jakoś tych gwiazd zupełnie się nie czuło. 
Paskudnego psikusa zrobiono Grzegorzowi Szostakowi, eksponując go przede wszystkim w wyimkach z oper francuskich. Jego kompletny brak słuchu do francuskiej fonetyki mścił się bowiem okrutnie we frazowaniu i budowaniu interpretacji.
Rozczarował również występ Patryka Rymanowskiego,  który po niezłej arii Leporella okazał się mało przekonującym Filipem z Verdiowskiego Don Carlosa, a już zupełnie położył słynną arię o plotce.
Obawy wzbudził też we mnie występ Anny Wiśniewskiej-Schoppy. Nie jest to głos, który zniewoliłby mnie swoim pięknem. Znać w nim jednak mistrzowską szkołę Ady Sari, przekazaną Artystce przez Jej mistrzynię - Urszulę Trawińską-Moroz. Schoppa mogła  w wielu fragmentach oczarować postawieniem głosu, jego piękną, głowową emisją. Przy tym jednak zdarzało Jej się brzydko kończyć frazy, śpiewać pozbawionym blasku, płaskim dźwiękiem. I forsować głos. Zafrapował mnie fakt, że odważyła się Ona włączyć do repertuaru całą rolę Elżbiety w Don Carlosie, popisowa aria królowej przekracza bowiem w tym momencie możliwości Jej głosu.  
Dużo do życzenia pozostawiał również tenor Krzysztofa Marciniaka. Znać na nim upływ czasu, choćby w niemiłosiernym już rozwibrowaniu. Górom brakuje swobody i blasku. W sumie Jego największym atutem było to, iż spośród śpiewających Panów był najlepiej ubrany.

Pod batutą Rubena Silvy orkiestra grała nieco lepiej niż kierowana nijaką batutą Waldemara Sutryka. Niemniej i tu zdarzały się wpadki, zwłaszcza blasze. Kuriozum był też fakt opuszczenia estrady przez harfistki po tym, jak skończyły swoją rolę w koncercie.
Sama gala jest stanowoczo za długa i pozbawiona jakiejś idei przewodniej. Nie ma tu problemu z przejściem od scen tragicznych (jak duet Filipa i Inkwizytora z Don Carlosa), do podkasanych. Nie ma także rzetelnego oszacowania możliwości obsadowych. Ewidentnym przykładem jest tu przywołany przed momentem duet. Jego siłą jest obsadzenie w partiach dwóch odpowiednio skontrastowanych basów (vide Ruggero Raimondi i Mikołaj Giaurow), czego w łódzkim wykonaniu nie dało się uświadczyć. Nie to jest jednak najciekawsze...
Najciekawsze jest to, że faktycznie nie była to gala operowa, ale gala słowna. Największymi gwiazdami byli bowiem prowadzący - nie tylko celebrujący każdy swój przemarsz z kulis na środek filharmonicznej estrady, ale także nieprzygotowani do wymowy słów innych niż polskie.

Czepiam się, owszem. Ale czepiam się z troski o Teatr. Mając bowiem w pamięci Krystynę Rorbach pamiętam czasy, gdy dało się w Teatrze zagrać niejedną galę. Rorbach mogli wtedy wspaniale partnerować Jolanta Bibel, Teresa Czyżowska, Danuta Dudzińska,  Joanna Woś, Krzysztof Bednarek czy Tomasz Fitas. Pamiętam też dreszcz emocji, gdy na scenie po raz pierwszy - tuż po Tuluzie - dała się poznać Monika Cichocka.

Cóż, TW nie ma szczęścia do polityki solistycznej. Ale za tej kadencji doszło do pojawienia się pokoleniowej przepaści. Dyrekcja jakoś nie chciała obsadzać w partiach rodzimych śpiewaków, wręczając im potem stosowne wymówienia. (Skandalem jest także fakt, że nikt nie pomyślał o benefisie Kowalskiego. Wspomina się o nim mimochodem przy okazji Galii Operowej, a przecież była czas i miejsce na uczczenie pięknego jubileuszu 25 lecia pracy artystycznej przy okazji premiery Toski. Tyle że wtedy partię Skarpii wolano powierzyć Piotrowi Halickiemu. Znam go z festiwalu belcanta w Nałęczowie i wiem, że jest głosem dobrym na Oniegina, nie na Scarpię). Przez co, zatrudniając śpiewającą młodzież, wrzuciła ją od razu do wykonywania zbyt trudych partii i pozbawiła możliwości uczenia się od starszych kolegów.
Tym samym Joannę Woś widzieć można jako kontynuatorkę pięknych dokonań koloraturowych Krystyny Rorbach. Za to Bernadetty Grabias nijak nie można uznać za spadkobierczynię tradycji Jolanty Bibel.
O tenorach nie wspomnę wcale, bo w zasadzie ich nie mamy. WIdać zdaniem Dyrekcji tenory, zwłaszcza spintowe, nie są nam do szczęścia potrzebne. W końcu subretki mogą śpiewać Santuzzę, więc i słodkie liryczne głosy dadzą sobie radę z wielkim włoskim repertuarem.

Idąc Placem Dąbrowskiego uderzyła mnie jego logika. Długo nie mogłem pogodzić się z tym, że gigantyczny, tryskający wodą srom przesłonił bryłę Teatru.
Teraz wiem, że wszystko jest w porządku. W łódzkiej operze chodzi bowiem o przesłanianie.
Pijarem kondycji Teatru. A prowadzącymi - śpiewaków w trakcie gali.
Włączam Rorbach. I boję się, cóż to za galę wysmażą nam na kolejną premierę...
  

POST SCRIPTUM
Nie wiem, jak sprawa się zakończyła, ale z moimi obserwacjami kapitalnie współgrają informacje z tekstu Cyrk w Teatrze Wielkim w Łodzi.  
  

niedziela, 2 grudnia 2012

LIST POSTMODERNISTYCZNEGO DIABŁA NA 1 NIEDZIELĘ ADWENTU

[1] Żyjemy w dobie, która nie sprzyja ani autorefleksyjności człowieka, ani zachowaniu przez ludzi antropologicznej harmonii. Na naszych oczach każdy dzień musi rozgrywać się coraz szybciej. My zaś musimy coraz spieszniej i coraz liczniej dostarczać owoców naszej kreatywności, których żywotność "mieści się w przedziale wyznaczonym przez okres ważności mleka i jogurtu".
Tym bardziej trzeba podkreślać, że jest coś, co warto zachować z dorobku kultury chrześcijańskiej: poczucie cykliczności czasu. 
Wielka jest mądrość Kościołów w przypominaniu człowiekowi, że konstytutywnym wymiarem ludzkiego życia jest autorefleksyjność. Równie wielką mądrość ta jest także wtedy, gdy przypomina, że skupienie na sobie musi być przełamane czasem zabawy i czasem zanurzenia w codzienności.  

[2] Adwent jest dla mnie czasem "rachunku sumienia". Nie idzie mi jednak o to, żeby drobiazgowo analizować własne błędy, mając za przewodnika zestaw norm podanych przez instytucję. Chodzi mi raczej o to, by skupić się na którymś z konstytutywnych wymiarach bycia i przyjrzeć się temu, jak udaje mi się go na co dzień realizować.

[3] Tego roku wymiarem tym jest dla mnie parrhesia, którą za Michelem Foucaultem chciałbym tłumaczyć jako odwagę prawdy.
Co może mieć wspólnego prawda z postmodernistą? Wydaje mi się, że więcej niż sądzą wojujący krytycy ponowoczesności.
Dla postmodernisty bowiem prawda nie jest układem obiektywnych (a więc niezależnych od człowieka) zdań o świecie. Jest ona wartością angażującą życiowo, a więc wymagającą nie tyle zgodności słów i świata zewnętrznego, ile zgodności słów i egzystencji tego, kto słowa te wypowiada. 

[4] Sposobem dobrej autorefleksji jest zaś - znów Foucaultowska - pomyślenie siebie w sposób radykalnie inny, niż czyniło się to do tej pory. Dystans i różnica pozwalają bowiem dostrzec we własnym życiu aporie i przekłamania. Pozwalają także na nowo ułożyć granice swojego świata. 

[5] Prawda egzystencji wyraża się w człowieku-jako-całości. Nie jest więc prawdą tylko intelektu czy ducha, oderwanych od cielesności. Nie jest też prawdą ciała oderwanego od tego, co duchowe.
Prawda egzystencji objawia się w ciele rozumianym jako miejsce wydarzania się tego, co duchowe. Wskazując na organiczność ludzkiej egzystencji. 

[6] Prawda egzystencji wyraża się w komplementarności
Słów i gestów, wartości i zachowań. 
W umiejęntości rozumienia i nazwania tego, co się czyni, jak i otwartością na poszukiwanie najbardziej nawet ukrytych motywów swoich działań.

Ten wymóg rozumienia i nazywania jest następstem egzystencjalnej indywidualizacji prawdy. W świecie bezdusznej ogólności nasze czyny, myśli i wartości mierzone są bowiem narzuconymi kodeksami, rozumianymi przez wszystkich. Jeśli nie chcemy żyć według nich, nasze myśli czy czyny przestają być intersubiektywne i potrzebują naszego komenatrza.

W pierwszym rzędzie autokomenatrza, pozwalającego nam samo-się-rozumieć.
Ale także komenatrza dla Innych, po to, by mogli przyjąć prawdę naszego życia nie wtłaczając jej w obce nam schematy wartości czy pojęć. 

Rozumienie i nazywanie jest tedy zobowiązaniem wynikającym z odpowiedzialności, za sobie i za Innych, których na siebie otwieramy.

[7] Prawda egzystencji osadzona jest źródłowo w naszym otwarciu na Innych
Otwarta bowiem jest nasza cieleność, będąca znakiem naszych emocji, uczuć, myśli. Znaczące są nasze zachowania i gesty.

Miarą otwarcia jest nasza bezinteresowność. Okazywana nie zawsze i nie przed każdym, świat bowiem dyktuje dziś bezlitosne reguły współ-życia, ale tym bardziej nadająca naszemu życiu piętno suwerenności oraz daru. Okazywana zawsze za pośrednictwem ciała.

Smutne, że trzeba przypominać o tym w kulturze tak silnie naznaczonej chrześcijaństwem, w którym Bóg nie tylko stał się ciałem, ale jako Ciało rozdaje się każdemu z czystej radości ofiarowania.  

[8] Parrhesia jako pytania na Adwent:
- czy jestem całością, czy niekompatybilnym kłębowiskiem czegoś, co ma być duchem i czegoś, co ma być ciałem?
- z czego-się-tworzę, co jest prawdą mojego życia, której odważnie umiem bronić?
- czy będąc sobą, z wyraźnym kręgosłupem przekonań i wartości, umiem pokazać je innym jednocześnie ich nie narzucając, bo nie zakładając, że to, co robię i myślę, musi być oczywiste nie tylko dla mnie? 
- czy umiem odpowiedzialnie zaprosić Innych do swojego świata ucząc Ich jako go interpretować i ucząc się, jak interpretować Ich światy?
- czy umiem dostrzec, że rdzeniem mojego życia jest bezinteresowna suwerenność daru?
- czy umiem dzielić się sobą?
- czy umiem wspierać najbliższych w ich dzieleniu-się-sobą-z-innymi? Dzieleniu, w którym duch urzeczywistnia się w dzieleniu się ciałem?

[9] Parrhesia jako wewnętrzny spokój, który płynie z poczucia własnych wartości i odmienności oraz z konsekwentnego postrzegania życia jako drogi rozwoju. 

Parrhresia jako pozbywanie się małostkowości, której najdoskonalszym wyrazem jest zazdrość.

Parrhesia jako adwentowy test na zazdrość:
Pomyślmy, za Klossowskim, że można dzielić się kochaną osobą z innymi, naśladując Chrystusa dzielącego się swoim ciałem. 
I zbadajmy własny lęk - czy budzi go gest podzielenia, czy noszone w sobie kompleksy sprawiajace, że nie możemy uwierzyć, że ktoś kocha nas naprawdę??


  

sobota, 1 grudnia 2012

O MIKOŁOWIE, SERNIKU, BATAILLE'U I BYCIU SŁOŃCEM

Mikołów za nami. Znaczony w pamięci różnorako, acz pozytywnie. 
Pysznym sernikiem Kasi na przed-wyjazdowy deser.  
Ujmującym rynkiem, przypominającym czeskie miasteczka.
Hotelową gościnnością i serdecznością.
I oczywiście spotkaniem wokół książki Krzysztofa Matuszewskiego o Georges'u Bataille'u.

Miło było czuć, że Autor jest tam osobą wyczekiwaną, a wznowienie Jego książki prawdziwym świętem.

Książka została wznowiona wyśmienicie - wydrukowana na dobrym papierze, elegancką czcionką. Ze stylową okładką zdobną w zdjęcie Matuszewskiego po mistrzowski zrobione przez Tomka.

Rozmowa była gorąca. Temperaturą odmiennych perspektyw, w jakich umieszczamy nasze odczytania Bataille'a. Bardziej apokaliptyczne i uhistorycznione Pawła Pieniążka. Mistyczno-egzystencjalne Krzysztofa. I moje - w jakiejś mierze progresywne, szukające bowiem u Bataille'a narzędzi do mówienia o doświadczeniu współczesnego człowieka.
Rozmawiało się zaś komfortowo. W odpowiednio spektakularnych, ale jednocześnie mocno domowych warunkach. W których najbliżsi znajdowali się pośród słuchaczy (miło bylo puścić oko czy uśmiechnąć się, a nawet porozumieć ruchem warg) i w pamięci - był bowiem z nami przywołany przez Krzysztofa duch Pani Teresy Nowackiej.   

Nieco prowokacyjnie powiedziałem w trakcie panelu, że Bataille'a czytać już nie mogę, za to Krzysztofa piszącego o Bataille'u - jak najbardziej.
Generalnie jest tak rzeczywiście, ale z drobnymi wyjątkami.
Jednym z nich jest Część przeklęta Bataille'a, która spoczywa teraz obok mnie.

Po intensywnej rozmowie z Tomkiem poczułem bowiem, że Bataille'owi i Krzysztofowi zawdzięczam jeszcze jedną ideę, o której do tej pory nie wspomniałem. 
Ideę nieekonomicznej ekonomii, związanej z iście słonczeną rozrzutnością energii. 

***

Ekscentryczne dla współczesnego człowieka wywody na temat ekonomii zasadza Bataille na fundamentalnym przekonaniu, że zasadniczo bogactwem jest energia. Albowiem jej kumulacji i wydatkowaniu służy ostatecznie nasze zaangażowanie w pracę, produkcja i konsumpacja. Zwyczajowo ekonomia zajmuje się takim regulowaniem przepływu owej energii, by w nieskończoność ją kumulować. Stąd nasze przywiązanie do gromadzenia dóbr i ocenianie wartości Innych przez pryzmat ich pozycji materialnej.

W pędzie do kumulowania i w tendencji do wartościowania ludzi ze względu na ich pozycję w "świecie-mieć" dostrzega Bataille czystą aberrację. A to dlatego że naczelną zasadą życia jest dla niego nie gromadzenia, a wydatkowania: świat żyje dzięki słońcu, które bezinteresowanie dzieli się z nami zasobami energetycznymi. Energia słońca jest energią, która się zatraca, służąc rozwojowi roślin i zwierząt. Inaczej jest z energią kumulowaną, której jedynym celem jest rozwój systemu, który nakazuje ją gromadzić. 

Zdaniem Bataille'a każdy z nas jest promieniem słonecznym, powinien więc uczestniczyć w logice wzrostu, dzieląc się sobą aż po zatratę.
Oczywiście, można powiedzieć, że to tylko pobożne życzenie. Dopada nas bowiem codzienność i konieczne relacje z ludźmi wartościującymi świat według innych, materialistycznych kategorii.
Nie chcę temu przeczyć. Ale nie chcę też przeczyć Bataille'owi.

*** 

Najdramatyczniejsze pytanie, jakie usłyszałem ostatnio brzmiało: "po co Ci jestem?"
Odpowiedź na nie wymagałaby wejścia w logikę materialistycznej ekonomii kumulacji. Wymagałoby uprzedmiotowienia osoby, która pyta.

Ale na to pytanie da się również odpowiedzieć okrężnie - Bataille'em. 
Taka odpowiedź mogłaby brzmieć:
- bo jesteś promienień słonecznym, 
- bo spontanicznym zamknięciem mojej dłoni w swojej dłoni pozwalasz mi żyć,
- bo spontanicznym poczochraniem obracasz w perzynę całe zło tego świata,
- bo...

***

Prawdziwej wartości osoby nie da się przeliczyć na akumulowane dobra. Ona rodzi się w spontanicznym dzieleniu się sobą. Jak słońce, taka energia rozgrzewa i rozjaśnia, leczy, uduchawia, przynosi radość. A co najważniejsze, nie wyczerpuje się, więc jej dawanie nie musi budzić zazdrości (ta jest pochodną ekonomii akumulacji). 

By dawać trzeba jednak wiedzieć, że jest się owym słonecznym promieniem, a więc wyzbyć się lęków i kompleksów, które hamują dawanie (sam Jezus mówi, że kochac innych można tylko o tyle i tylko w takim stopniu, w jakim kocha się siebie).  

Bezduszna ekonomia akumulacji przetrąca w nas to poczucie, bo zalęknionym, niesuwerennym człowiekiem łatwiej posłużyć się dla dobra systemu. 

*** 

Myśląc o tym, gdzie między ludźmi zaczyna się miłość, rzekłbym, że zaczyna się w momencie, gdy mimo swojej słabości i zakorzenionym bolączek stać ich na bycie dla siebie promieniami słońca. Cieprliwie przepracowującymi granice, wbudowane w ciała i dusze przez tych, dla których najważniejszy jest system.



czwartek, 29 listopada 2012

SZALEŃSTWA MICHALIKA, CZYLI ADWENTOWY OKÓLNIK

Michałowi P.
za inspirację 

Kończąc ostatni wpis miałem poczucie, że czas na kilka chwil odetchnąć od bloga. Miałem tym samym nadzieję na wyciszenie nadmiaru bodźców, na chwilę słodkiej ciszy, na odrobinę wytchnienia. Ale okazuje się, że nie jest mi to dane - nasz piękny kraj żyje bowiem w iście ponowoczesny sposób akcelerując ilość kuksańców, których nie chce się już puścić płazem.

Jednym z nich jest adwentowy okólnik abpa Józefa Michalika. W sumie nie tyle okólnilk, ile apel, w którym Autor mobilizuje katolików do walki.
Do wali przeciw tym wszystkim, którzy w zmasowany sposób atakują dziś już nie tylko Ewangelię, ale "same podstawy naszego ludzkiego istnienia".

Agresorów jest zasadniczo dwóch: środowiska mniejszościowe i współczesna nauka.
Te pierwsze, próbują podważyć naturalny porządek dowodząc, że małżeństwo nie musi być monogamicznym związkiem kobiety i mężczyzny służącym prokreacji. Ta druga "nie liczy się z morlanością i nieodpowiedzialnie dopuszcza krzyżówki genetyczne między roślinami, zwierzętami, a nawet ludźmi".

Na te i na inne "znaki globalnej nieuczciwości, które konsekwentnie zwrócą się przeciwko ludzkości, bo naruszają ustalony przez Boga porządek natury" katolicy mają obowiązek reagować, zdecydowanie przeciwstawiając się satanizmowi (!), promowanemu przez "ludzi grzesznych i zepsutych".
Satanizmowi, bowiem szatan jest ojcem kłamstwa, a walka o prawa dla mniejszości seksualnych czy zapłodnienie in vitro są właśnie zakłamaniem prawa natury, wpisanego przez Boga w świat.

W normalnym, laickim kraju poglądy promowane przez Michalika można by zbyć uśmiechem politowania. U nas jednak są one wciąż ważna siła polityczną, której nie można lekceważyć.

Boli mnie w nich wiele
- kompletna bezrefleksyjność i brak elementarnej empatii w stosunku do krytykowanych "satanistów";
- brak świadomości historycznej: Kościół palił już naukowców w imię wierności niezmiennemu prawu natury wstydliwie i półgębkiem wycofując się potem ze swoich omyłek;
- pycha, pozwalająca uznać, że grupa ludzi może w sposób adekwatny poznać to, co nieskończone i efekty swojego poznania narzucić innym nawet w sytuacji, gdy nie stoją za nimi intersubiektywnie sprawdzalne argumenty (Tomasz z Akwinu pisał z drżeniem, że nawet jeśli możemy pokazać, że Bóg jest, to już nie możemy wiedzieć, kim jest, dlatego teologię nalezy uprawiać apofatycznie);
- zadufanie, pozwalające uznawać swoich za dobrych, a nie-swoich za złych (Jerzy Klinger napisał kiedyś, że podział na barany i kozły z metaforycznej opowieści o sądzie ostatecznym jest podziałem przebiegającym nie między ludźmi, ale we wnętrzu każdego człowieka);
- dogmatyzm, zapominający o tym, że Polak ma dziś szansę poznać inne nurty chrześcijanstwa i ich - także wywodzone z Biblii - poglądy na kwestie związków partnerskich czy in vitro;
- przekłamywanie faktów: związki partnerskie bowiem mają być zarówno związkami jednopłciowymi, jak i róznopłciowymi, po prostu mają inaczej niż tradycyjne małżeństwo regulować przestrzeń relacji międzyludzkich; poza tym ustawa nie ma na celu kreowania rzeczywistości, ale uznanie tego, co istnieje. 

Nie to jednak budzi mój największy sprzeciw.

Apel Michalika pojawia się bowiem w momencie, gdy w naszym kraju w szczególny sposób eskaluje się agresja. Pomiędzy politykami, ale także wśród obywateli. Czego przykładem są zającia z okazji 11 listopada, nacjonalistyczne akcje na Podlasiu, czy szerzące się w Polsce akce "bij pedała".
Trzeba być wyzutym z wszelkiej ludzkiej przyzwoitości, by w obliczy tych zajść dokładać oliwy do ognia. Bo jak nie bić geja, skoro jest satanistą. I jak nie prześladować dziecka poczętego pozaustrojowo, skoro jest szatańskim pomiotem?

Jeśli tak działać ma instytucja wypisująca na sztandarach hasła miłosierdzia i miłości, to albo znaczy, że nie rozumie swoich haseł, albo zżera ją hipokryzja.

Czuję się chrześcijaninem, choć bliżej mi do prawosławia niż katolicyzmu, a daleko do instytucji. Ale jeśli tak ma być sprawowany rząd dusz, to - dla ocalenia w nas wymiaru religijnego - wolę, żebyśmy wrócili do słowiańskich korzeni. Wzorem mogą nam być tu Litwini.
Powrót do źródeł zrobiłby nam dobrze, nasi praszczurzy byli bowiem o wiele rozumniejsi od nas. Za naturalne uznając nie tylko czczenie bogów i budowanie wspólnoty, ale także symboliczną zmianę płci czy nie-heteronormatywne związki. Przypomniał to kiedyś Paweł Fijałkowski pisząc o słowiańskich grobach, w których pochowano jednopłciowe rodziny.

Lew Szestow ukuł opozycję Aten i Jerozolimy. Trzeba ten slogan nieco przekształcić:
Ateny i Słowiańszczyzna przeciw Jerozolmie.
Dla dobra jednostek, dla dobra wspólnoty i dla dobra religii!
Amen.

DOPÓKI NIE POCZUJESZ, JAK KTOŚ PIĘŚCIĄ ROZBIJA CI TWARZ...


 Dopóki nie poczujesz jak ktoś pięścią rozbija ci twarz, kopie po żebrach gdy leżysz już skulony na ziemi; dopóki nie poczujesz wszechogarniającej cię bezsilności i strachu -nigdy nie zrozumiesz człowieka dotkniętego przemocą. Nie sposób opisać tego na tyle skutecznie, aby czytelnik to zrozumiał.  Musimy jednak spróbować.
- napisali w swoim apelu o bezpieczne, a więc wolne także od przemocy wobec mniejszości seksualnych, państwo Olaf Zmit i Adam Jarecki. Napisali po tym, jak w nocy 25 listopada br. stali się ofiarami tzw. "gay bashingu". Wczorajszy dzień był dla łodzian generalnie niefortunny, poza akcjami typu "bij pedała" doszło także do ruchawki na Placu Wolności, którą szczelnym kręgiem spowił kordon policji.

Trudno nie podpisać się pod apelem o to, by politycy wreszcie wzięli się do roboty i uruchomili instrumenty prawne czy edukacyjne, służące rozładowaniu i twórczemu wykorzstaniu narastającej w naszej wspólnocie agresji. Do ich spostrzeżeń dorzuciłbym jeszcze apel o tworzenie miejsc pracy - nowej, poPRL-owskiej władzy łatwo bowiem idzie niszczenie rodzimego przemysłu. Coraz silniej widać jednak, że pomysł na zbawianie świata poprzez usługi się nie sprawdził, a spadający standard życia czy zawodowa niepewność przekładają na zachowania fobiczne - lękowe, agresywne i coraz bardziej konserwatywne.

Obijanie gejów, w tym jednego mylnie wzietego za żyda, niszczenie nagrobków na łódzkim kircholu jako odpowiedź na Pokłosie - wszystko to akcje zasługujące na napiętnowanie i karę. 
Mimo wszystko nie zgadzam się jednak ze Zmitem i Jareckim, że ktoś, kto nie zaznał pięści na twarzy i kopniaków w żebra, nie wie, czym jest strach.
W ich sytuacji agresja przynajmniej była jawna,  a organa ścigania powinny intensywnie się nimi zająć.
O wiele trudniejsze są dla mnie sytuacje wymuszania strachu w bałych rękawiczkach. A więc takie, w których niszcząc osoby nie robi się tego wprost, ale w imię obrony ideałów, wartości nie mających jakoby wiele wspólnego ze światopoglądem i codziennym życiem.

Myślę tu choćby o różnych romach przemocy symbolicznej, z jakimi spotykamy się ciagle w instytutach naukowych. 

Ile razy tępienie rzekomej indolencji metodologicznej, niezborności wywodu, czy prowadzona per fas et nefas krytyka z pozycji posiadacza obiektywnej prawdy jest tylko sposobem zastraszania osób inaczej myślących, inaczej czujących, inaczej kochających?

Ile razy dotacje ministerialne promują książki, w których roi się od drwin i docinek pod adresem naukowo zaangażowanych kobiet?

Ile razy daje się posłuch jasnym, czarno-białym argumentom, zamykając uszy na głos tych, dla których świat jest bardziej złożony?

Najgorszy jest strach przed tym, co nie tylko nie zostało wypowiedziane jawnie, ale co samo ubiera się jeszcze w szaty męczeństwa i prześladowania. Przed tym, co być może nie da po mordzie, ale zniszczy psychikę i skutecznie utrudni rozwój - duchowy, naukowy, pracowniczy.

Zmit i Jarecki słusznie piszą o grupach młodych, którymi daje się łatwo manipulować.

Żeby to zmienić, trzeba by w końcu na serio wprowadzić demokrację - w państwie, w placówkach naukowych, do niżej edukacji. 
Demokracja opiera się na poróżnieniu, służacym znalezieniu wspólej, intersubiektywnej prawdy.  Demokracja opiera się na komunikacji i kompromisie, który zgniły jest tylko dla ideologów obiektywności, przekonanych o tym, że prawda (transcendentna) jest w ich posiadaniu. I to w całości.

Nie da się rozmawiać, gdy debatujące strony nie mają świadomości przygodnego charakteru swych poglądów. 
Tym bardziej nie da sie rozmawiać, gdy jedna ze stron o tej przygodności doskonale wie. Druga strona bowiem nie tylko jej nie wysłucha, ale namiesza ludziom w głowie budujac poczucie zagrożenia. Udając, że mówiąc o prawdzie, nie używa argumentów ad personam.    

Demokracja może być bądź nie być - tertium non datur. Nie dajmy już sobie wmawiać, że w naszym kraju, gdzie straszą widma absolutów, o demokracji może być mowa!

sobota, 24 listopada 2012

O OPERZE W ŁODZI, A RACZEJ O TYM, ŻE JEJ NIE MA

Ze smutkiem, a nawet z goryczą, potwierdziło się dzisiaj narastające we mnie od dawna przekonanie - nie mamy opery w Łodzi. Mamy budynek, mamy zaangażowanych w inscenizacje muzyczne pracowników administracji, pionu technicznego, muzyków (wokalistów, chórzystów, instrumentalistów, korepetytorów...). Ale nie mamy zespołu. I nie mamy artystów. 

Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy stery Teatru Wielkiego zależą nie od kwestii artystycznych, ale politycznych. 
Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy każda zmiana dyrekcji pociąga za sobą czystki i roszady kadrowe.
Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy teatrem kierują osoby najzupełniej w świecie muzycznie niekompetentnie. 
Nie możemy ich mieć w sytuacji, gdy myśląc o operze, myśli się wyłącznie o solistach.

Trudno pogodzić mi się z takim zarządzaniem Teatrem, w którym Madame Butterfly wystawia się z udziałem dwu solistek jednocześnie, bowiem żadna z nich nie jest w stanie udźwignąć całej roli w czasie jednego wieczoru. Tak samo nie rozumiem zatrudniania na etacie solisty tenora, który nie jest w stanie poradzić sobie z tessyturą partii Alfreda w Traviacie. Przykładów przekraczających moje zdolności poznawcze mógłbym jeszcze mnożyć (dziwi mnie choćby to, że ten sam team kieruje dwoma kompletnie odmiennymi teatrami, które koegzystują w dziwnych zależnościach artystyczno-finansowych). Dziś wolę powiedzieć o przerażeniu.

Doznałem go na dzisiejszym koncercie złożonym z uwertur i chórów operowych.
 
Na estradzie łódzkiej filharmonii zobaczyłem bowiem orkiestrę Wielkiego całkowicie odartą z artystycznej podmiotowości. Braków stricte zawodowych było tu co niemiara - notorycznie fałszujące waltornie, destruujące chór z Aidy trąbki, kwintet smyczkowy pozbawiony jakiejlowiek masy brzmienia, co gorsza, pozbawiony również słyszalnych altówek i wiolonczel. Do tego brak myślenia, że się współ-gra, a nie współ-zawodniczy, że towrzy sie jednej organizm oddychający frazami, cyzelujący szczegóły, bawiący się muzyką. Myślący także o innych - w tym przypadku zwłaszcza o chórze, który musiał dokonywać ekwilibrystycznych sztuczek, żeby próbować przebić się przez niemiłosierny dla uszu hałas blachy. Słuchacz zaś, poza przebiciem się przez duży niekiedy muzyczny absurd, musiał zmierzyć się także z physis muzyków orkiestry. Zwłaszcza dwóch skrzypków, w pozie ludzi mających wszystko głęboko gdzień i czekających na wychylenie puszki piwa, dawało dużo do myślenia.  
Nie uważam jednak, że winna tego jest orkiestra. Winni są Ci, którzy decydują o jej funkcjonowaniu. Ich decyzjami muzyków Wielkiego zamieniono z orkiestry na akompaniatorów, przykutych do kanału orkiestrowego i niewidocznych dla oczu. Odzwyczajono ich od estrady, od związanej z nią estetyki (mówiąc wprost - Teatr powinien ubrać swoich instrumentalistów, o ile chór prezentował się znakomicie, o tyle orkiestra wyglądała, jakby ich stroje wyjęto z kilku lamusów i second-handów) do savoir-vivre'u. Znieczulono na to, że brzmienie - jego nasilenie, barwę - dobiera się w zależności od przestrzeni, w której się gra.  

Na etsradzie zobaczyłem także chórmistrza zupełnie pozbawionego polotu. Nie ważne, czy dyrygował dzisiaj mazurem ze Strasznego dworu, tańcami połowieckimi czy marszem z Aidy. Wszystko było takie samo - ciężkie, pozbawione choćby krztyny ognia, konwencjonalne i bezbarwne. Co gorsza, Waldemar Sutryk nie był w stanie zapanować nad zespołami, w jakikolwiek sensowny sposób doprowadzić do ich zgrania i harmonijnej współpracy. Jako kierownik chóru zadbał o to, żeby chórzyści notorycznie byli zagłuszani przez orkiestrę. Nie potrafił też w sensonwy sposób wybrać spośród nich osób realizujących skormne partie solowe (skandalicznie obsadził zwłaszcza Santuzzę, wymagającą bądź mocnego, spinotwego sopranu, bądź dobrego mezzosopranu, czy nawet altu; na estradzie zmierzyła się z tym wyzwaniem subtelna subretka Karolina Widenka, o ile mnie pamieć nie myli, córka Sutyrka!). Niejak też nie zadbał o to, żeby z chórzystów uczynić podmiot artystyczny, pozwolić im niuansować brzmienie, koloryt, w zależności od wykonywanego numeru. Wszystko było tak jak na szeregowym spektaklu w Wielkim - orkiestra w wirtualnym kanale akompaniowała, a chór był tłem dla nieobecnych solistów.

A szkoda, bo pięknie brzmiały chórowe alty i "drugie" soprany. Satysfakcję można mieć było także ze śpiewu basów. Poza tym chór uzyskał pierwszą od dawna możliwość "solistycznego" pokazania się na scenie.

No cóż, rzuciłem dziś w komenatrzu na przerwie, że "rozwiązałbym to ustrojstwo". 
Tak, z chęcią wręczyłbym wymówienie PT Dyrekcji i kierownictwu muzycznemu.
Z chęcią również wymieniłbym kilku muzyków orkiestry na rozsądniejszych.
Poza tym poszukałbym dyrekcji nie z myślą o kluczu politycznym, ale z myślą o kwestiach artystycznych. I na pewno wymagałbym, by i orkiestra, i chór zaczęli być traktowani jak równorzędny z solistami zespół artystyczny. W przywilejach, ale i w obowiązkach. Wśród nich powinny znaleźć się regularne koncerty symfoniczne orkiestry Wielkiego (jak w MET czy La Scali). Przy Mozarcie, Haydnie czy Lutosławskim musieliby podnieść swoje kompetencje, od nowa rozbudzić artyzm. I odwyknąć od tego, że gra się w kanale. Jednym kanale. Nawet wtedy, gdy gra się poza nim! 


PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...