sobota, 26 listopada 2011

O MASOŃSKIM POLSKI ZMARTWYCHWSTANIU

W listopadowej "Odrze" natknąłem się na ciekawy tekst Wojciecha Giełżyńskiego, poświęcony wkładzie wolnomularzy w polski ruch niepodległościowy dobry 1910-1920. Giełżyński przybliża w nim sylwety Rafała Radziwiłłowicza (pierwowzór Doktora Judyma), Stanisława Patka czy Antoniego Natansona. Opisuje poparcie masonerii dla Józefa Piłsudskiego; wolnomularskie interwencje u Georges'a Clemenceau i lorda Greya w celu przekonania ich do polskiej idei wolnościowej, wymierzonej w końcu przeciwko Rosji, czyli przeciw sojusznikowi Francji i Anglii. Zajmująco charakteryzuje "masońską enklawę prasową" czy udział braci w bitwie warszawskiej.
Tekst warto przeczytać samemu, dlatego nie będę szczegółowo go omawiał. Ale na dwie rzeczy chcę zwrócić uwagę.
Pierwsza, to rzecz o tym, że polski mason to Polak z krwi i kości. "Nie są znane - pisze Giełżyński - motywy ostatecznej decyzji o zaniechaniu pracy lóż. Wiadomo tylko, że ostatnie zgromadzenie masonów odbyło się w mieszkaniu mecenasa Franciszka Paschalskiego. Doszło tam do ostrej wymiany zdań między Zygmuntem Chmielewskim ... (jednym z członków... Ligii Państwowości Polskiej i sympatykiem Sikorskiego), a Patkiem, który stał twardo przy Piłsudskim. Polacy i w dawnych wiekach, i na progu niepodległości, i dziś także ustawicznie walczą z Polakami".
Druga dotyczy kościelnych pomówień o antynarodowe spiski masonerii. Giełżyński wspomina w swoim tekście o Maksymilianie Malinowskim (i ruchu "zaraniarskim"). Celem Malinowskiego było uświadomienie chłopów, walka o ich wolność i wzbudzenie w nich idei własnego państwa. Ruch ten miał zaniepokoić nie tylko władze carskie, ale także polskich biskupów. 'Szczególnie biskupa kieleckiego Łosińskiego, który zajadle tropił i tępił kiełkujące wśród ludu wiejskiego marzenia wolnościowe. Gdy tylko zobaczył w podległych mu parafiach >bakcyle patriotyzmu<, palił na ambonie, w płomieniu świec mszalnych, egzemplarze bezbożnego tygodnika. Nauczał, że Bóg woli zbrodniarzy od >zaraniarzy<, i nakazywał proboszczom, by nie przyjmowali do spowiedzi czytelników >Zarania<, a przynajmniej nie dawali im rozgrzeszenia"...

czwartek, 24 listopada 2011

PO VATTIMIE - ZE SMUTKIEM I WCIĄŻ NIEZBORNIE

Jest mi smutno. Bo mam poczucie zmarnowanej szansy. Vattimo to nie byle kto, a nie  przyciągnął takich tłumów, jak Żiżek. Widać głębia myślenia wciąż nie idzie w parze z zaangażowaniem publiczności.
Choć może to i dobrze. W swojej biografii Vattimo napisał, że nie każdy dialog jest rozmową. Tak było dzisiaj - dialogu było co nie miara, za to nie dosłuchałem się ani krzty rozmowy. Nieprzemyślane pytania. Tak ogólne, że prawie o nic. Tłumaczenie na cztery ręce, gdy prowadzący kwestionował przekład translatorki. I fakt, że gros wypowiedzi wcale nie pojawiło się po polsku. Szkoda, bo sporo z nich Polski bezpośrednio dotyczyło.
Wyszedłem w trakcie. Nie znalazłem Vattima z Jego autobiografii. A mógłbym, co dobitnie pokazywała mowa jego gestów i - chyba -smutna twarz.

środa, 23 listopada 2011

CZEKAJĄC NA VATTIMO (MYŚLI NIEZBORNE)

Chociaż z gorączką i z poczuciem potężnego dyskomfortu, to jednak niecierpliwie wypatruję jutrzejszego wieczoru z Giannim Vattimo. Jestem ciekaw, czy znajdę go tam podobnym do tego, jakiego znajduję w jego (auto)biografii - dowcipnego, znającego nieznośną lekkość własnego bytu, otwartego na dialog, zanurzonego w słuchaniu, otwartego...
Lektura "Nie być Bogiem" jest dla mnie jak deja vu. W wielu momentach mam wrażenie, że Vattimo nie pisze o sobie, a o mnie. I trapi mnie przez to myśl o metafizycznej zbieżności losu.
Wespół w zespół rozumiemy też chyba filozofię - nie jako uprzedmiotawiający dyskurs nauki pełen formalizmów. Ale jako dziejowe rozumienie dokonywane przez człowieka zanurzonego w świat i powiązanego z tym, co od niego inne. Niezgoda na filozofię jako naukę jest przecież niezgodą na to, by "uczucia, lęki, miłość..." uznać za śmieci do wyrzucenia na śmietnisko irracjonalności.
***
Chyba zgodzi się ze mną Vattimo, że jednym z najpiękniejszych momentów filozofowania jest spotkanie. Choćby takie przy kawie czy grzanym winie. Z bliską mi osobą. Gdy w przestrzeni tego, co intymne, wydarza się rozmowa. W niej zaś zjawiają się radości, problemy, uczucia, lęki czy miłości. Zjawiają w odmiennych i licznych horyzontach naszych doświadczeń, zasymilowanych tekstów, przemyślanych tez. Gdy w człowieku pracuje wszystko, co nosi w sobie po to, by dzięki filozoficznemu potencjałowi rozmowy mógł nieść coś innego, bogatszego o kolejny rozbłysk prawdy.
***
Co z tego przecież, ile przeczytało się książek, czy ile kwestii udało się nam sformalizować.Jedno i drugie może być nieuważne, konfrontacyjne, wrogie. A można przecież - jak pisze Vattimo - nie przeczytać żadnej książki , a poza tym nauczyć wielu innych rzeczy. Odsłaniających się wtedy, gdy umiemy rozumieć. Gdy nic nie jest dla nas absolutnie pewne, jasne i obiektywne. Gdy myśl staje się "słaba".
***
Jestem ciekaw, czy znajdę to wszystko jutro u Vattimy. Cieszę się, że znalazłem to u kilkorga dusz, spotkanych na drogach mojego życia. Drogach lasu...

niedziela, 20 listopada 2011

TEOLOGUMENA 2

Święto Chrystusa Króla przypomina mi zawsze o starej mądrości chrześcijaństwa, którą widać jakby coraz mniej, gdyż przesłania ją z feudalnym rozmachem mentalność rodem ze Świebodzina.
Mądrość ta zawarta jest w ikonach Chrystusa Pantokratora, na których nie znajdziemy groźnego władcy, ale zatroskanego Bogoczłowieka jedną ręką błogosławiącego, a drugą trzymającego otwarte Pismo Św.
W Piśmie zaś znajdziemy perykopę przypisaną dzisiejszej uroczystości. Mowa w niej o sądzie nad ludźmi. Tyle że Sędzia nie rozlicza nikogo ani z wyznawanych dogmatów, ani z koncepcji Absolutu, ani z przynależności do instytucji. Rozlicza za to ze stosunku człowieka do człowieka, zwłaszcza tego zepchniętego na margines i nie-prawego: więźnia, chorego czy opuszczonego.
Chrześcijańskie królowanie zatem to umiejętność słuchania i otwartości. To dar rozumienia człowieka w kontekście jego sytuacji i potrzeb. To zdolność odpowiadania na te potrzeby nie w zgodzie z kodeksami, ale w zgodzie z człowiekiem. To wymóg stawiania się po stronie marginesów.
Za tym, że Chrystus Król jadał z celnikami i prostytutkami, że pokazywał, że szabat jest dla człowieka a nie na odwrót, kryje się ważna intuicja. To własnie oni - grzeszni i nie-prawi wiedzą, że świat nie jest czarno-biały, że nie ma reguł bez wyjątków, że sądzić oznacza zrozumieć, a nie ocenić. I to własnie oni - grzeszni i nie-prawi mają szansę być prawdziwą solą ziemi.
Czytając o tym, jak Bóg-król dokonuje sądu oddzielając owce od kozłów warto pamiętać też o przestrodze księdza Jerzego Klingera. Przestrodze przed samozakłamaniem. Mówił on, że ten sąd to nie oddzielenie świętych ludzi kościoła od potępionej reszty, ale podział, który przebiega przez każdego człowieka. Nie ma więc podstaw, by należąc do jakiejkolwiek grupy grzmieć, potępiać i pouczać. Są podstawy do tego, by widząc w sobie i owcę i kozła królować gestem otwarcia na Inne i słuchania raczej tego, co przychodzi do nas z życia drugiego człowieka niźli tego, co jest owocem moralnego i intelektualnego samozadowolenia.

środa, 16 listopada 2011

ROZMYŚLANIA

Jeśli cokolwiek leży u podstaw świata, to jest to muzyka. Przestrzeń, w której teologiczna mowa o przeduchowionym ciele staje się niemal namacalnie zrozumiała.Bo  przecież dźwięk, tak ulotny i nigdzie nie umiejscowiony, jest jednocześnie tak materialnie bogaty. Mieni się kolorami, bywa krągły, niekiedy kanciasty, to.sobą otacza, to od siebie odpycha. Przenika zarazem okna, ściany, drzwi, rozumy i serca...
Jeżeli cokolwiek leży u podstaw człowieka, to tylko muzyka.
Jak wczoraj, na koncercie Hob-Beatsów. Gdy Miłosz Pękala zapraszał w "Rebond B" Iannisa Xenakisa  do zanurzenia się w pulsującej motoryce rytmu. Albo gdy, wraz z Maqgdaleną Kordylasińską, czarowali kolorami w kompozycji Steve'a Reicha. Nastrojenie ich muzyki nastrajało ciało i nastrajało duszę. Pozwalając mi wrócić do domu żywszym, pełnym delikatnej, świetlistej energii.
Albo jak teraz, przy kwartetach Góreckiego. To muzyka bardzo prosta, wsparta na ostinacie, chwilami rozwijająca się, w większości statyczna, jakby bezczasowa, zasłuchana w ciszę. Absolutna.
Absolutna, gdyż otwierająca na obie sfery boskości - transcendentnej i immanentnej światu. Czy jeszcze inaczej: w grze Kwartetu Śląskiego sakralna liturgicznie, w grze Kwartetu Royal sakralna świętością drzew, żywiołów i ciała.
Świetlista w mroku, niczym Mahlerowskie "Pożegnanie".  

poniedziałek, 14 listopada 2011

CMENTARZ W PRADZE

Lubię cmentarze. Ich spokój, pustkę alejek po zmierzchu. Wkomponowaną w nie zadumę. Często gęsto czuję się na nich lepiej, niż na ruchliwych i pozornie wesołych ulicach. Szczególny sentyment czuję do cmentarzy prawosławnych i żydowskich.
Poza cmentarzami lubię też Pragę, a więc- volens nolens - i tamtejsze cmentarze. Z żydowskich więcej serca zostawiłem wśród strzępów grobów niedaleko wieży telewizyjnej na Żiżkowie. Wyglądają wstrząsającą wrzynając się niczym macki w pokomunistyczne realia miasta.
Po tych deklaracjach nie powinno dziwić, że wystarczył tytuł nowej powieści Umberto Eco ("Cmentarz w Pradze"), żebym jak najszybciej zabrał się za jej lekturę.
Książka nie zaskoczyła mnie niczym nowym. Mam wrażenie, że "Imię róży" i "Wahadło Foucaulta" wystarczą do tego, żeby zrekonstruować powieściowy algorytm Profesora Sukcesa. Zwyczajowo więc mamy tu do czynienia z prymatem katalogu (cze encyklopedii) nad fabułą. Przewidywalnie końcówka książki zamienia się w grę fragmentami, choć bricolage i deformacje, jakim podlegała Uczta Cypriana w 'Imieniu róży" są nie do przelicytowania. Niczym nowym nie jest też motyw książki, czyli spiski tajemniczych i mniej tajemniczych organizacji.
Przewidywalność pokazała mi jednak dobitnie, że ciągłe gonienie za nowością samo w sobie nie jest niczym godnym szczególnej uwagi. "Cmentarz w Pradze" czyta się bowiem dobrze: z chęcią lektury na jednym oddechu, a nawet z pomysłami na zaadoptowanie któregoś z rozlicznych przepisów pojawiających się na kartach książki. Jak zwykle tekst skrzy się ironią i swoistym Ecowskim dowcipem (no cóż, pomysł na Niemców znaczących swe terytoria morzem kup ktoś u nas może uznać wcale nie za wyraz dowcipu i ironii, ale co tam!). Bezlitośnie obnaża też mechanizmy stojące za spiskowymi teoriami dziejów.
Summa summarum wymowa książki wydała mi się jednak poważna i gorzka. Nie wiem, jak wygląda sytuacja naszych włoskich pobratymców, ale mam wrażenie, iż gros opisywanych przez Eco teorii spiskowych jest u nas wciąż brana na serio [i to przez intelektualistów, by wspomnieć Krąpca opisującego w wywiadzie-rzecze antypolski spisek wolnomularzy]. A chęć obnażenia stojących za nimi mechanizmów może tylko stanowić kolejny dowód na to, że wszystkim rządzi ogólnoświatowy spisek. Wszystko jedno: żydów, masonów, jezuitów czy pedałów.
  

niedziela, 13 listopada 2011

LEWICOWE SERCE I KUCHENNE REWOLUCJE

Przyznam szczerze, że coraz bardziej nurtuje mnie pewne pytanie: CO DZIEJE SIĘ Z MROŻONKAMI I INNYMI ARTYKUŁAMI SPOŻYWCZYMI TAK BEZTROSKO WYRZUCANYMI NA BRUK, JAK W OSTATNIM ODCINKU? Nie do końca rozumiem niechęć do mrożonek ale akceptuję ją. Za to wyrzucania ich w taki sposób - nie. Jest tyle miejsc, gdzie by to można spożytkować z dobrym skutkiem. Serce boli...
***
Już wiem - ponoć mrożonki zabierają właściciele restauracji. Jedzenie zatem "wyrzuca się" pozornie. Szkoda tylko, że takie symulacje utrwalają niezdrowe skojarzenia. I żerują na dietetycznym nieporozumieniu - zimą mrożonki to skarb [dzięki Ewelinko, że tak ładnie to przypominasz].
Za to serce boleć może z innego powodu. Pouczany przez bezkrytycznych wielbicieli "Kuchennych Rewolucji" zostałem potraktowany jak następuje: 
Niech pana serce nie boli...panie Marcinie ;) aż boję się pomyśleć jak pan zniósł śmierć Hanki Mostowiak....
Mam nadzieję, że takie manewry retoryczne nie są związane z wszystkimi wielbicielami audycji.


czwartek, 3 listopada 2011

NIE BĄDŹMY JUŻ MESJASZAMI!

Jest mi dziś niezwykle smutno. Nie potrafię bowiem zrozumieć, dlaczego polski Kościół potrafi zamykać usta osobom rozsądnym, o szerokim sercu i szerokim spojrzeniu, odpowiedzialnym i zwyczajnie mądrym, nie potrafi natomiast powiedzieć NIE różnej maści antysemitom, kseno-, homo- i wszelkiej innej maści 'fobom'. Decyzja, by uciszyć wreszcie ks. Bonieckiego jest głosem polskiego Kościoła oddanym na rzecz takich osób jak ks. Natanek, ks. Trytek czy o. Rydzyk (i nic to, że nie wszyscy funkcjonują w Kościele na legalu). Nie daj więc Boże, byśmy dalej mieli nieść Europie kaganek religijnej oświaty!
Podsumowaniem sprawy mogą być słowa św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian (X, 12). Ale chyba lepiej zrobi do zdjęcie znalezione dzięki pewnemu Bartkowi na Facebooku [P. T. Autora, którego nie znam, proszę o zgodę na publikację]. 
Czyż nie??

czwartek, 27 października 2011

2K, CZYLI KRZYŻ I (PREZYDENT) KACZYŃSKI

Nasze mass media można by uznać za ucieleśnienie nadrealizmu. Gdyby nie brak ironii. Bez niej mamy raczej do czynienia z serią tanich chwytów, które pod płaszczykiem obiektywności chcą ukryć spojrzenie z bardzo określonej perspektywy.
Nie mogłem dziś wyjść z podziwu oglądając następujące po sobie migawkowe informacyjne reportaże poświęcone tzw. walce z krzyżem i problemom z instalacją popiersia prezydenta Kaczyńskiego w Wołominie.
W sprawie krzyża i Palikota stosowana była oczywiście retoryka irracjonalnej wojny. Tak jakby problem świeckości państwa nie był w istocie problemem ważnym i palącym. Zapomniano - dla przykładu - że zdjęcie krzyża z sejmowej ściany może być wyrazem szacunku dla tego, co religijne [trudno uznać, że wyrazem szacunku są poglądy "obrońców tradycji", dla których krzyż był "substytutem pomnika"]. Że neutralność wcale nie jest z definicji anty-religijnością, ale raczej poważnym traktowaniem tych, co nie wierzą i tych, którzy wiarę traktują jako codzienne doświadczenie. W końcu, że trudno porównywać naszą sytuację do sytuacji Niemców [co proponuje robić Tygodnik Powszechny] - funkcjonowanie Kościołów w obu przypadkach nie pozwala na szukanie analogii i powiązań. 
W sprawie krzyża i Palikota stosowana też była retoryka kpiny i szyderstwa. A to że za inicjatywą stoją były ksiądz i współpracownik Urbana. A to że najlepiej będzie wejść na drabinę i palpacyjnie zdjąć symbol znad drzwi [tak jakby krzyż nie zawisł tam własnie w taki, palpacyjno-samozwańczy sposób].
W sprawie popiersia prezydenta Kaczyńskiego retoryka była inna - pretendująca to obiektywizmu, chłodnego dystansu, rzeczowości. Co prawda podkreślono, że popiersie ma być instalowane bez zgody Autora i bez zgody właściciela parceli, którą już nawet na tę okazję rozkopano. Niemniej w podsumowaniu stwierdzono, że nie ma tu innych błędów poza usterkami proceduralnymi!
Co prawda nie czuję się jak w świecie nadrealistycznym, ale czuje się prawie jak na ulicy Sezamkowej. Rzeczywistością rządzi literka K i cyfra 2. Tyle tylko, że Palikot to prawie Wielki Ptak. Ja zaś boję się braku dostępu do kanapek z musztardą i dżemem, kiedy, wraz z Oscarem, przyjdzie mi zamieszkać w przytulnej puszce na śmieci. Za obrazę tradycji, oczywiście.   

O ZWIĄZKU KRYZYSU Z MINIÓWKAMI. WYPISY Z PRATCHETTA 1

"W końcu osiągniemy pozycję, kiedy nie możemy się ruszyć, ponieważ stoimy sobie na głowach, jak to mówią. [...] Znikają miejsca pracy, ludzie bez oszczędności głodują, spadają pensje, farmy zamieniają się w pustkowia, rozmaite trolle schodzą z gór... [...]
Wierzy Pan, że to wszystko może się naprawdę wydarzyć? - spytał Moist. - Kupa szklanych rurek i kubłów może to przewidzieć?
Są bardzo starannie skorelowane z wydarzeniami [...]. Wie Pan, że ustalonym faktem jest wędrówka spódnic w górę podczas kryzysu?
- To znaczy...? [...]
- Damskie suknie stają się krótsze - wyjaśnił Hubert.
- I to powoduje kryzys gospodarczy? Naprawdę? A jak wysoko wędrują?". 

sobota, 15 października 2011

NARKOTYKI, FIST FUCKING I KONKURS WIENIAWSKIEGO

Foucaultowscy apokaliptycy, których w Polsce wciąż mamy większość, dostrzegają wokół jeno wszędobylską władzę. Heteronormatywną, ciemiężącą i w gruncie rzeczy nieprzekraczalną. Szkoda słów na dawanie odporu takim poglądom. Zwłaszcza, że Foucault mówi jednak trochę co innego i za co innego powinien być krytykowany - nie za katastrofizm czy defetyzm, a za wpisanie strategi oporu w logikę krytykowanego systemu.
Miejscem oporu jest dla Foucaulta ciało. Stanowi bowiem ono wehikuł zachowań przekraczających dominujące aktualnie normy. Jest tedy możliwością doznawania przyjemności dającej odpór logice systemu, miejscem ascetycznej eksperymentacji pozwalającej, poprzez konkretne zachowania i doznania, urabiać w sobie inną - od społecznie (re)dystrybuowanej - formę "duszy".
Techniki ascezy, jakie zaleca Foucault, to destabilizacja racjonalności za pomocą twardych narkotyków oraz destabilizacja seksualności przez zdeseksualizowane formy seksu, czyli sadomasochizm. Oba typy praktyk mają otworzyć człowieka na nowe formy przyjemności poprzez "polimorficzne związki z rzeczami, ludźmi, ciałami".
Trudno odmówić transgresyjnego charakteru i psychonautyce [Marcinowi dziękuję za słówko!] i sadomasochizmowi. Trudno też nie zgodzić się z poglądem, że ich miejsce w oficjalnej kulturze będzie musiało być przemyślane i ułożone od nowa. Jednocześnie jednak trudno odmówić racji Shustermanowi, który twierdzi, że promowane przez Foucaulta techniki cielesnego oporu nie tyle wykraczają poza obowiązującą wizję kultury, ile ją potwierdzają [ale czy temu nie służy w końcu każda transgresja?]. W "Świadomości ciała" Shusterman pokazuje bowiem, że logiką współczesnej kultury jest logika intensyfikacji. Wszystko, czego doświadczamy, musi być dzisiaj coraz bardziej mocne: bardziej intensywne, bardziej głośne, bardziej kolorowe czy silniej pachnące. Owo "coraz bardziej" jest odpowiedzią na tępotę naszych zmysłów. Ogłuszeni i oślepieni jesteśmy w stanie dostrzec już tylko to, co zada nam gwałt swoją radykalnością. Tak samo jest u (dla) Foucaulta - przyjemność musi być dla niego czymś nad miarę intensywnym, obezwładniającym, najlepiej tak dalece, że nie dałoby się jej przeżyć!
"Afirmując wyraźnie najintensywniejsze przyjemności" - pisze Shusterman - Foucault "wyraźnie redukuje nasz zakres przyjemności, zadając kłam swemu deklarowanemu celowi, jakim jest uczynienie nas >nieskończenie bardziej podatnymi na przyjemność< poprzez szersze wykorzystanie jej różnorakich somatycznych modalności". Dziś, zdaniem Shustermana, nie tyle czy nie tylko fist fucking oraz narkotyki mają charakter strategii przekraczających ciemiężące normy kultury. Dziś tym, co pozwala ujść choć na moment wszędobylskiej władzy, są strategie cielesnego wyciszenia, umiejętność czerpania przyjemności z tego, co aseksualne, świadome: spacery, jedzenie, koncerty. Innymi słowy - uświadomione ciało, które może doświadczać więcej i pełniej.
***
W podobnym duchu wypowiada się Jacek Gutorow w kolejnym odcinku "Monaten" [październikowa "Odra"]. Pisząc o Wariacjach Brahmsa zauważa, że dziś nie rozumie się tego, czym jest inwencja. A źródłem tego niezrozumienia jest "wypaczona wrażliwość słuchacza przyzwyczajonego do tego, że w muzyce istotne są oryginalne zwroty i nastroje pobudzające do marzeń". By pobudzały, muszą być odpowiednio intensywne; by były oryginalne, muszą być nieustannie nowe. Wszystko inne zaś będzie tylko niezjadliwą ramotą, jak Bach - nudny i staroświecki w nieskończonym powtarzaniu tych samych motywów.
Zastanawiające, ile racji mają Gutorow i Shusterman. Widać to dobrze na przykładzie tegorocznego Konkursu Wieniawskiego. Z ciekawym wykonaniem repertuaru pozwalającego błyszczeć sprawną techniką, epatować skrajnymi emocjami. Z nieciekawym Bachem, który od skrzypka wymaga wyciszenia i dyscypliny.
Czyżby więc i skrzypkowie wpisali się w logikę "przerostu"? Czyżby szły dziś obok siebie: narkotyki, fist fucking i Wieniawski? A zapewne również i kreatywność czy twórczość? Przecież wszyscy Ci mądrale od ...-logii związanych z "twórczością" nauczają tylko jednego: odnajdywania sensu życia w podbijaniu stawki, w zabijającym wrażliwość rozroście intensywności. 

 

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...