czwartek, 22 sierpnia 2019

„A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, zamierzam cię wyrzygać (emesai) z mych ust” (Ap 3, 16). Polemika z tekstem Dariusza Rosiaka


Dariusz Rosiak proponuje powołanie Polskiego Ruchy Myślących Samodzielnie. Ma on objąć wszystkich tych, którzy nie chcą brać udziału w wojnie kulturowej, dzielącej społeczeństwo na jakieś „my” i jakichś „obcych”. Wyjątkowo podejrzana jest sugestia, że ludzie, którzy zajmują jakieś stanowisko w sporze, nie myślą samodzielnie. Rosiak rozwija ją w swoim tekście, dając wyraz temu, że używane w niej argumenty nie mają mocy, są preparowane przez ekspertów takich lub owakich, a dowody naukowe dobierane są tendencyjnie. W perspektywie tego tekstu należę do osób, które lokują się po jednej ze stron walki, choć nie mam poczucia, że zawsze myślę niesamodzielnie. Nie mam także poczucia, że argumenty, które podnoszę, zawsze są tendencyjne czy nie mają mocy poznawczej. Jestem za to przekonany, że umycie rąk od tego sporu — mimo ładnego szyldu — jest jak gest Piłata. I że nie pomoże nam dopracować się sensownej sfery publicznej.

1.     Czy marsze równości są polityczne?

Rosiak pisze: „Jest oczywiście teza, popularna zwłaszcza na lewicy, że marsze równości nie są polityczne; wręcz przeciwnie, są apolitycznym wezwaniem do tolerancji i miłości bliźniego”. Z chęcią bym się dowiedział, co rozumie od pod hasłem lewica, a także, co to znaczy, że pogląd o apolitycznym charakterze marszy równości jest na owej lewicy popularny, a więc, jak można rozumieć, dla niej reprezentatywny. Pytanie też, skąd Rosiak o tym wie? Warto by również dookreślić, jak się rozumie polityczność pewnych zjawisk. Uściślenie tej wypowiedzi pozwoliłoby, być może, uniknąć nieporozumień. 

Na rzecz tej polemiki przytoczę trzy rozumienia polityki, by na ich kanwie zastanowić się nad politycznym charakterem marszy równości. 

Przez politykę zatem rozumieć można „stosunki w grupie lub między grupami, których treścią jest walka o opanowanie ośrodka decyzji określającego zachowanie członków grupy lub za jej pośrednictwem zachowania innych grup”. Sformułowanie to pochodzi od Stanisława Ehrlicha i — mam wrażenie — dobrze zdaje sprawę z walki, która toczy się o władzę państwową w Polsce. Patrząc z tej perspektywy trudno uznać marsze równości za polityczne. Celem organizatorów i osób biorących w nich udział nie jest walka o władzę w państwie (czy w jakiejkolwiek grupie), z kolei postulaty społeczności LGBT+ potrafią być dla przedstawicieli partii gorącym przedwyborczym kartoflem. 

Przez politykę można także rozumieć pracę niemalże administracyjną spełnianą przez demokratycznie wybrane władze w oparciu o opracowania dostarczane przez ekspertów, traktowanych jako apolityczni i obiektywni fachowcy. Przy czym rozrost technokracji i przejęcie sfery polityczności przez ekspertów mają liczne konsekwencje, od tzw. „miękkiego autorytaryzmu elit” (sformułowanie Krzysztofa Świrka), po utajnienie negocjacji, nad którymi społeczeństwa nie maja nawet symbolicznej kontroli, jak w przypadku TTIP. W każdym razie także przy tym rozumieniu polityki trudno byłoby nazwać marsze równości zjawiskiem politycznym. 

Przez politykę można w końcu rozumieć sztukę rządzenia wspólnotą tak, by służyła dobru wspólnemu. Troska o owo dobro wspólne jest obowiązkiem wszystkich obywatelek i obywateli, choć w ramach wspólnoty pełnią oni różne funkcje. Przy takim rozumieniu polityki marsze równości są, oczywiście, polityczne. Jako takie stanowią w Polsce wyraz swoistego obywatelskiego nieposłuszeństwa — są sprzeciwem wobec działania władz oraz niektórych instytucji społecznych, które podtrzymują nieuzasadnione formy nierówności prawnych, wobec języka nienawiści, mechanizmów dyskryminacji czy przemocy. Są także sposobem artykułowania pozytywnych postulatów, wskazujących drogę zmian. Przy okazji marszów, Rosiaka gorszą Zachodnie pluszowe penisy (etc.), może warto tu przypomnieć, że zmagania społeczności LGBT+ z opresją polegały także na przejęciu języka stereotypu i wykluczenia, na rozbrajających jego negatywny potencjał przerysowaniach. Z takich strategii, zwanych subwersywnymi, biorą się takie zjawiska jak camp czy drag. Należy o tym pamiętać, gdy chce się dokonywać estetycznych ocen tego, co dopuszczalne, a co nie, na platformach przejeżdżających przez ulice Warszawy.  

Przy tak pojmowanej polityce istotną kwestią stają się mechanizmy ucierania porozumienia społecznego. Dla teoretyków takich, jak Habermas, istotna będzie społeczna deliberacja, z której nie może być wykluczony żaden obywatel, tak niewierzący, jak wierzący. Niemniej, Habermas uważa, że argumenty, które formułuje się w debacie publicznej, muszą być zrozumiałe dla wszystkich. Na osoby wierzące nakłada to obowiązek przekładu pojęć religijnych, zrozumiały w ramach danej instytucji religijnej, na pojęcia intersubiektywnie zrozumiałe. Nie ma on także wątpliwości, że istotnym punktem odniesienia w debacie musi być wiedza dostarczana przez nauki.

2.     Co z nauką?

Rosiak pisze: „W krajach zachodnich walka podjęta przed laty przez (swoją drogą podzielone i często skłócone wewnętrznie) środowiska LGBT+ jest w zasadzie wygrana. Na przykład naukowcy i intelektualiści, którzy publicznie kwestionują tezę, że płeć jest wyłącznie konstruktem kulturowym, albo twierdzą, że istnieją różnice w budowie mózgu kobiet i mężczyzn, bywają traktowani jak barbarzyńcy”. Utrzymuje też, „że ludzie wybierają tylko takie dowody naukowe, które potwierdzają to, w co i tak wierzą” oraz że cechą naszych czasów jest traktowanie jako dziwactwa „zainteresowanie drugim człowiekiem, wysłuchanie tego, co ma do powiedzenia, podzielenie się z nim życiowym doświadczeniem, wreszcie nauczenie się czegoś”. Postawiona tu diagnoza jest dość złowieszcza: oto okazuje się, że mimo wewnętrznej niespójności, społeczność LGBT+ ma taką siłę, żeby wykluczyć z Zachodniej debaty publicznej niechciane poglądy naukowe. Być może jednym ze sposobów osiągnięcia takiego celu jest wybiórcze traktowanie dowodów naukowych, np. pomijanie „mnóstwa poważnych opracowań naukowych” na temat biologicznych różnic między mężczyznami a kobietami. Nie sądzę jednak, by diagnoza Rosiaka była trafna. 

Zacznijmy od kwestii różnic między mózgami kobiet a mózgami mężczyzn. Paradoksalnie, problemem nie są tu wcale same „różnice w budowie”, ale zjawisko, które Cordelia Fine nazywa neuroseksizmem, czyli posługiwaniem się językiem neuronauk i odpowiednio dobranymi badaniami, dla legitymizowania tez uznawanych za seksistowskie, a dotyczących zdolności poznawczych kobiet i mężczyzn, ról społecznych, które w związku z uposażeniem biologicznym mogą pełnić itd. Fine w gruncie rzeczy zwraca uwagę na to, że podkreślaniu różnic między mózgami kobiecymi i męskimi  często towarzyszy niedostrzeganie ich podobieństw, że intensywnie projektowano badania mające na celu znalezienie tych różnic, a także na to, że

„[s]amo wskazywanie na istnienie różnic nie prowadzi, zwłaszcza w zwykle ostrożnym, specjalistycznym żargonie naukowym, do wartościowania mózgu którejś z płci. Niemniej na podstawie uproszczonej wersji takich twierdzeń proklamuje się istnienie istotowej, biologicznej różnicy między płciami, która przekłada się na zdolności poznawcze, funkcjonowanie emocji, możliwość wykonywania zawodów i odgrywania ról społecznych” (A. Derra).


Przejdźmy do płci. Być może w sformułowaniu Rosiaka chodzi o refleksję nad płcią uprawianą w ramach konstruktywizmu społecznego. W takim razie trzeba by dodać, że teorie naukowe czy pojęcia nauki, jak płeć, traktowane są tu jako konstrukty społeczne. Wydaje mi się, że czasy szczególnej popularności konstruktywizmu społecznego przypadały na lata 90. minionego wieku. Ważnym punktem odniesienia polskiej socjologii queer była choćby książka Andrzeja Zybertowicza Poznanie i przemoc. Wtedy też pojawiły się studia Judith Butler, przyjmowane — o czym trzeba pamiętać — krytycznie, a nie na kolanach. Konstruktywizm społeczny był popularny, dlatego że pozwalało odsłonić mechanizmy naturalizacji społecznych elementów tożsamości płciowej, a także zobaczyć, w jaki sposób buduje się obraz nieheteroseksualności jako patologii i silnej tożsamości. Feminizm, gender studies, studia lesbijskie i gejowskie czy queer nigdy nie były jednak przestrzenią jednorodną, przypominającą jakąś szkołę myślenia, jak tomizm lubelski. Biologia, mówiąc hasłowo, jest z całą pewnością ważnym punktem odniesienia dla wszelkich prób rozumienia transpłciowości, które jednak nie mogą abstrahować od wiedzy z zakresu nauk społecznych (psychologia, socjologia, prawo) czy humanistycznych (np. filozofia). Przykładem może być tu studium Renaty Ziemińskiej Niebinarne i wielowarstwowe pojęcie płci, gdzie autorka stara się skorygować tradycyjne, binarne rozumienie płci tak, by uwzględnić doświadczenie osób niebinarnych. Nie oznacza to, że neguje istnienie osób cispłciowych, ale — wychodząc od biologicznego procesualnego rozumienia płci, omawiając kwestie związane z chromosomami, gonadami, hormonami, odczuwaniem płci, sportowymi kryteriami płci itd. pokazuje, że płeć to w zasadzie spektrum, gdzie cis-kobiecość i cis-męskość są ekstremami. 

3.     Co z debatą?

Wspomniałem wyżej, że Rosiak maluje dość złowieszczy obraz społeczności LGBT+, która siła presji politycznej zamknęła usta intelektualistom i naukowcom. Dość podobny argument pada w odniesieniu do depatologizacji homoseksualizmu. Mianowicie, twierdzi się, że wykreślenie homoseksualizmu z listy zaburzeń APA i WHO spowodowane było wyłącznie naciskiem ze strony aktywistów. Poza nawias wyrzuca się przy tym raporty z badań Evelyn Hooker czy rosnący sprzeciw wobec metodologii badań homoseksualizmu w ramach paradygmatu dewiacji (mówiąc z grubsza, do takich badań gejów rekrutowałoby się np. wśród prostytutek, pacjentów oddziałów wenerycznych czy bywalców plenerowych miejsc spotkań i zestawiało z grupą kontrolną — „normalnymi” heteroseksualistami). Bezpodstawna depatologizacja homoseksualizmu ma być przyczyną negowania tzw. terapii konwersyjnych. W takim duchu działa lubelski ośrodek Odwaga, który do swoich dokumentów programowych włącza Oświadczenie Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy USA. Materiały o takiej treści zamieszczają portale i czasopisma katolickie i prawicowe (fronda, PCH24, Opcja na prawo i inne). W końcu w sposób podtrzymujący patologiczny obraz homoseksualizmu wypowiedzieli się lekarze, którzy podpisali list otwarty do prezydenta Płocka ws. organizacji marszu równości. Z lekceważeniem standardowej dziś wiedzy o osobach LGBT+ mamy też do czynienia w dokumencie watykańskim Mężczyzną i kobietą stworzył ichPrzytoczę dwa ragment dokumentu dotyczące transpłciowości: 

Further, the concept of gender is seen as dependent upon the subjective mindset of each person, who can choose a gender not corresponding to his or her biological sex, and therefore with the way others see that person (transgenderism)” (nr 11).  The process of identifying sexual identity is made more difficult by the fictitious construct known as “gender neuter” or “third gender”, which has the effect of obscuring the fact that a person’s sex is a structural determinant of male or female identity. Efforts to go beyond the constitutive male-female sexual difference, such as the ideas of “intersex” or “transgender”, lead to a masculinity or feminity that is ambiguous, even though (in a self-contradictory way), these concepts themselves actually presuppose the very sexual difference that they propose to negate or supersede. This oscillation between male and female becomes, at the end of the day, only a ‘provocative’ display against so-called ‘traditional frameworks’, and one which, in fact, ignores the suffering of those who have to live situations of sexual indeterminacy. Similar theories aim to annihilate the concept of ‘nature’, (that is, everything we have been given as a pre-existing foundation of our being and action in the world), while at the same time implicitly reaffirming its existence” (nr 25). 

Mając na względzie wiedzę wyniesioną choćby z lektury podręcznika LGB. Zdrowie psychiczne i seksualne, książki Ziemińskiej czy O płci od nowa. Własna tożsamość oczami osób transpłciowych (to element słuchania osobistego doświadczenia, o którym pisze Rosiak) chciałbym zapytać, na czym polega zajęcie postawy centrowej wobec nienaukowych i lekceważących naukę opinii i dokumentów, o których wspomniałem wyżej? Na czym polega postawa centrowa wobec psychiatry czy seksuologa, który wbrew standardom uważa homoseksualizm za patologię? Co  z wiedzą o genach lub hormonach w przypadku Mężczyzną i niewiastą…? Co z uchwałami samorządów, które chcą być wolne od LGBT+, a których przedstawiciele potrafią wykluczać homoseksualność jako sprzeczną z ewolucjonizmem, o czym można przeczytać w reportażu Lepiej by było, gdybyś wyjechała… z „Dużego Formatu”? (Swoją drogą Fine gromadzi także argumenty na rzecz tego, że seks ludzi ewolucyjnie nie służy tylko prokreacji). A co począć z argumentami z prawa naturalnego, które w wyrafinowanej formie ujmowane jest tomistycznie (prawo natury uczestniczy w boskim w prawie wiecznym), a popularnie mówi o tym, że zgodne z naturą są związki, w których dochodzi do rozmnażania się? 

I co począć z żywym w Polsce podejściem do odróżniania Kościoła od państwa w duchu Immortale Dei Leona XIII, czyli uznaniu, że Kościół nie miesza się do ustroju państwowego, ale „państwa nie mogą bez zbrodni tak sobie postępować, jak gdyby Boga zupełnie nie było, lub odrzucać od siebie troskę o religię, jako niepotrzebną i do niczego nieprzydatną, lub wreszcie obojętnie dobierać sobie z wielu religii to, co się właśnie podoba; lecz mają ścisły obowiązek w ten sposób Boga czcić, w jaki sam Bóg nauczył, iż chce być czczony”. Leon XIII pisze wprost: „Bo przede wszystkim katolicy, ilu ich jest tej wiary godnych, powinni tego chcieć, iżby prawdziwie przywiązanymi synami Kościoła i byli i okazywali się; a więc powinni bez wahania potępiać to czego niepodobna z zaszczytnym tym mianem pogodzić; używać ustaw krajowych, o ile się godzi do obrony prawdy i słuszności; usiłować, żeby wolność nie przekraczała miary wskazanej prawem przyrodzonym i Boskim; starać się przekształcić całe państwo na ten chrześcijański wzór i modłę, którąśmy opowiedzieli. Sposoby wiodące do tego celu, nie łatwo ująć w jedno ogólne prawidło, bo winne być zastosowane do szczególnych miejsc i czasów, które wielce różnią się między sobą. Przede wszystkim wszakże trzeba zachowywać zgodę i jednomyślność i starać się o jednolite działanie. A tego wszystkiego dopiąć będzie łatwo, jeżeli każdy uzna za prawidło życiowe przepisy Stolicy Apostolskiej i podda się biskupom …”. Ostatnie zdanie przywodzi mi na myśl cytat z Fides et Ratio Jana Pawła II: „W istocie, wiele kwestii filozoficznych — takich jak zagadnienie Boga, człowieka i jego wolności oraz postępowania etycznego — stanowi bezpośrednie wyzwanie dla Kościoła, ponieważ dotyka prawdy objawionej, powierzonej jego opiece. Kiedy my, biskupi, dokonujemy takiego rozeznania, mamy być «świadkami prawdy», pełniącymi posługę pokorną, ale wytrwałą, której wartość powinien docenić każdy filozof, gdyż jest ona oparciem dla recta ratio, to znaczy dla rozumu rozmyślającego właściwie o prawdzie” (nr 50).

Na czym ma polegać zajęcie postawy „po środku” w sytuacji, gdy jakaś instytucja domaga się uznania, że to ona i tylko ona gwarantuje rozeznanie prawdy, która jest oparciem dla prawego rozumu, porządku prawnego itd., ale argumenty na rzecz tego roszczenia wymagają wiary? A może, o ile chce się myśleć o debacie, a nie walce, potrzebne jest, by ludzie Kościoła stali się otwarci na dialog, potrafili odróżniać koncepcje teologiczne od naukowych, widzieć różnice między nimi, godzić się, że nie można narzucać innym teologicznej wizji człowieka? W imię szacunku do człowieka, w imię poszanowania wiedzy, a nie funkcji, w imię doktryny Kościoła (Gaudium et Spes, Dignitatis Humanae i inne)? Pozytywna odpowiedź na to pytanie nie oznacza w polskich warunkach wygodnej pozycji w centrum, ale skazuje człowieka na pozycję w wojnie. W wojnie, na którą wielu z nas jest skazanych i w której wiele działań ma charakter reaktywny. Tego Rosiak także nie widzi, co ilustruje jego wywód o znaku Polski Walczącej na tęczowym tle. Zapewne by się nie pojawił, gdyby nie próba łączenia homofobii z Powstaniem Warszawskim. Symbol ten, podobnie jak „sugestie, że warszawscy powstańcy walczyli o prawa społeczności LGBT+” wyrażają prostą myśl. Wyraziła ją Powstanka, Wanda Traczyk-Stawska: My w Powstaniu walczyliśmy przede wszystkim o odzyskanie niepodległości naszej ojczyzny, ale także o to, co było dla nas najważniejsze. O to, żebyśmy byli traktowani nie jak podludzie, tylko żeby każdy z nas był człowiekiem godnym szacunku. O naszą godność ludzką. I każdy, kto wie, czym jest ludzka godność, musi pamiętać, że jej podstawą jest wolność. Że nie wolno nikogo nie szanować dlatego, że ma inny kolor skóry, inne poglądy czy orientację seksualną. O ile nie wyrządza nikomu krzywdy ma prawo taki być”.

Jak mam uwierzyć, że wojna, którą charakteryzuje Rosiak, to wojna między Pepsi i Colą?

wtorek, 30 lipca 2019

WAGNER JAK CZECHOW



Nakładem Polskiego Wydawnictwa Muzycznego ukazała się książka Twarze Wotana. To wywiad-rzeka, przeprowadzony z Tomaszem Koniecznym przez Jacka Marczyńskiego. Czytelnik znajdzie w niej informacje biograficzne, dowie się, jak wysoko ceni Petera Seifferta (dzięki lekturze poznałem głos Frodego Olsena), jakie ma podejście do teatru reżyserskiego. Konieczny szeroko komentuje dzieła Richarda Wagnera i Richarda Straussa, mówi o specyfice pracy w Bayreuth, szkole gry aktorskiej Wołkońskiego, Wyspiańskim, specyficznych problemach tzw. dużych głosów. I tak dalej. Wywiad czyta się bardzo dobrze, a lekturę wzbogacają fotografie. Poniżej poświęcę parę słów wyłącznie kilku kwestiom Wagnerowskim.
To, co mnie nie satysfakcjonuje to styl, który przyjął w rozmowie Jacek Marczyński. Nie jest to rozmówca, który drąży, stawia znaki zapytania, wodzi się z Koniecznym po to, by jakąś kwestię można było lepiej zrozumieć. A szkoda, bo rozmowa zyskałaby na wartości. 

Z kwestii, które warto by rozjaśnić, wspomnę przykładowo problematykę typologii głosów. W wypowiedziach Koniecznego pojawiają się takie określenia, jak basso cantante, Heldenbariton, bas-baryton, baryton niemiecki, mowa jest o barytonie Verdiowskim itd. Czytelnik dowiaduje się, że Konieczny zaczynał jako bas. W tekście odnosi do swojego głosu określenia takie jak bas-baryton i Heldenbariton. Wspomina, że niemieckie barytony ciążą w stronę basso cantante, przyznaje też, że rozwój jego głosu właśnie od basso cantante zaczął się oddalać. O żadne z tych określeń Marczyński jednak nie dopytuje. Osoba, która ma niewielki kontakt z systemami podziału głosów operowych może poczuć się zakłopotana. Niekoniecznie pomogą jej wiadomości znalezione w Internecie, bo choćby Wikipedia w haśle Bass-baritone podaje, że termin ten jest „z grubsza synonimem basso cantante z włoskiej klasyfikacji głosów”. Poświęcenie miejsca »rozważaniom nad bas-barytonem« wydaje mi się ważne z jeszcze jednego powodu — to specyficznie Wagnerowski typ głosu, podobnie jak sopran, który Dorota Kozińska określa dawnym terminem soprano falcon. Idzie tu o głos leżący jakby między sopranem a mezzosopranem, zadysponowany dla wielu znaczących Wagnerowskich bohaterek, by wspomnieć Ortrudę czy Kundry. Swoistość muzyki Wagnera wiąże się także ze specyficzną tessiturą poszczególnych ról, o czym Konieczny mówi (podobnie jak wspomina właśnie o tych pośrednich mezzo/sopranowych rolach) i warto by w te kwestie wejść nieco głębiej. 

Nieco prowokującej dociekliwości Marczyńskiego brakuje mi z kolei we fragmencie, w którym Konieczny mówi o współczesnym sposobie śpiewu. Konieczny twierdzi, że sprawą drugorzędną jest dziś „specyficzna barwa głosu oczekiwana przez widza. Ona stała się elementem mniej istotnym”. Oczekiwana barwa wiąże się, jak sądzę, nie tyle z indywidualną kolorystyką głosu śpiewaka, ile z odejściem od przyciemniania głosu na rzecz głosów jasnych, oraz akceptowania głosów o niekoniecznie ładnej barwie, o ile śpiewacy potrafią z ich pomocą coś powiedzieć. Wyrazistość i prostota wyrazu — te cechy łączy Konieczny z artystami współczesnymi i je ceni. Utrzymuje także, że im dalej w przeszłość, tym głosy były ciemniejsze. 

Marczyński nie opatruje tych uwag żadnym komentarzem ani pytaniem, a szkoda i to z kilku powodów. Po pierwsze, barwa głosu i panowanie nad nią jest jednym z głównych środków wyrazowych. Faktycznie, obecnie technicznie śpiewa się z krtanią położoną wyżej niż wcześniej. Niższe położenie krtani dodawało głosom ciemniejszej barwy, ale z techniką tą wiązało się także operowanie wyrafinowanym światło-cieniem, którego dzisiaj niekiedy brak. Sprzyjanie jasnym głosom wiąże się też dziś z tendencją do rozjaśniania głosów (wyraźnie słychać to w chórze Festiwalu w Bayreuth), sprzyjania głosom wybielonym, na poły anielskim, cenionym także w niemieckojęzycznym obszarze operowym. Efektem mogą być glosy szkliste i nieco nijakie. Przykładem prawdziwie ekstremalnym jest Klaus Florian Vogt cieszący się w Niemczech wielkim szacunkiem. Bardzo jasna, wręcz anielska barwa, śpiewanie falsetem, brak właściwego podparcia oddechowego — po tegorocznym Lohengrinie z Bayreuth pisze się o brylowaniu w roli, w grupach na FB o śpiewie przyszłość.  Sam miałem nadzieję, że Vogt da radę dośpiewać do końca… Dobrze mieć w głowie takie extremum jako rodzaj przestrogi. Kolejnym poważnym problemem jest stała i szeroka wibracja znakomitej części śpiewaków wykonujących Wagnera, by wspomnieć Evelyn Herlitzius, Irene Theorin, Iris Vermillion, Albrechta Dohmena itd. To poważny minus nie tylko z powodów estetycznych, ale szeroka wibracja zamazuje także czytelność rytmiczną. Często brak dziś głosom śpiewającym Wagnera również wymaganej elastyczności — ze święcą choćby szukać artystki, która śpiewa tryle napisane przez Wagnera dla Brunhildy (ale z trylami nie radzą też sobie wykonawczynie Azuceny). Wzorcowe ich wykonanie zostało utrwalone przez Friedę Leider w… 1927 r. Osobny problem to ten, że w gruncie rzeczy pewna ujednolicona „szkoła śpiewu wagnerowskiego” wykształciła się po II wojnie światowej. Na przełomie XIX i XX wieku na terenie samych Niemiec Wagnera śpiewano bardzo różnie, od liryzmu i kantyleny w Dreźnie, przez specyficzny dla Cosimy kult „szczeku”, bo chłodniejszy i mniej bogaty kolorystycznie styl berliński. Wagnera śpiewano „po włosku”, z werystycznymi łkaniami i innymi dodatkami emocjonalnymi, ale też śpiewały go głosy francuskie, specyficznie jasne, świetliste (to cecha szkoły francuskiej), jak Georges Thill, Raoul Jobin czy Rene Maison. Ucieczka od portamenti, nawet tych zapisanych wprost w partyturach, szeroka wibracja, „rozmycie” rytmiczne i dykcyjne, ciężkie frazowanie — myślę, że od tego winniśmy dziś odejść.

To tropy, którymi poszedł bym rozmawiając z Koniecznym, który mówi o śpiewie wagnerowskim wiele interesujących rzeczy, w tym słusznie demitologizuje wyobrażenie o tym, że zawsze muszą być to głosy gigantycznych rozmiarów. W wielu kwestiach novum, które akcentuje, bliskie wydaje mi się czasom mocno dawnym. Nie czepiam się także Marczyńskiego tylko dlatego że nie drąży kwestii, które wydają mi się ciekawe. Choćby kwestie dotyczące rzemiosła śpiewaczego i estetyki śpiewu, sprawy związane z oceną nagrań (audio, DVD i BlueRay) rozsiane są po całej książce, niekiedy pozostają ze sobą w relacjach raczej napięcia niż prostej zgody. Do prowadzącego wywiad należy wyłapanie takich momentów i stworzenie odbiorcy szansy na w miarę pełne zrozumienie kwestii.

Bardzo ciekawe są dla mnie rozważania Koniecznego o postaciach z dzieł Wagnera. Bardzo bliskie jest mi to, co mówi o Wotanie i Alberichu. Zgadzam się, że to Wotan jest w Ringu największym złoczyńcą, co nie przekreśla szczerości jego uczuć do córki w finale Walkirii. Dla Koniecznego Wotan to żaden mędrzec, raczej, jak twierdzi, oligarcha czy mafioso, który opętany jest żądzą odzyskania utraconego pierścienia. Alberich zaś to postać, która wybiera władzę po tym, jak została wyszydzona. W punkcie wyjścia to bohater ambitny, który uchodzi z ojczyzny, bo chce być kimś lepszym. Jest też prawdomówny, co powoduje, że płaci za to określoną cenę. Interesującą wydaje mi się także interpretacja Parsifala, którą daje Konieczny, pokazując, że obecna jest w tym dziele Wagnerowska wiara w potrzebę nadejścia religii opartej na człowieczeństwie. Czytelnik znajdzie w książce także zajmujące rozważania na temat Hansa Sachsa, Holendra, Króla Marka czy Kurwenala (ciekawe spojrzenie na jego specyficzne współdziałanie z Tristanem, które powoduje duże obciążenie fizyczne śpiewaka). W wywód wkradł się przy tym błąd — Konieczny łączy postać Erdy z mitologią grecką, gdyż jego zdaniem mitologia starogermańska nie znała bogini personifikującej Ziemię. Taką boginią jest choćby nordycka Jörð, samo imię Erda znalazł zaś w Mitologii germańskiej Jacoba Grimma.

Na zakończenie — cytat, który lapidarnie i celnie ujmuje to, co w Wagnerze intrygujące:
„… Wagner przypomina Czechowa, którego bohaterowie mówią o czymś, ale w ich wnętrzu dzieje się coś innego, a istotnego”.



PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...