piątek, 19 lutego 2016

AIDA

Los nie sprzyjał mi, jeśli chodzi o obecność na spektaklach Teatru Wielkiego w Łodzi. W końcu udało mi się wybrać na Aidę w reżyserii Marka Weiss-Grzesińskiego. Mam z tą inscenizacją dobre wspomnienia. Pamiętałem jej dużą urodę plastyczną, piękne choreografie, przykuwające uwagę kostiumy. Przekonał mnie też wtedy pomysł, bo pokazać Aidę jako rodzaj zabawy ze starożytnością, podejmowaną w przestrzeni muzealnych sal. Zapamiętałem też kreacje wielkiego formatu, jak Amneris śpiewaną przez Jolantę Bibel. 

Byłem ciekaw, czy wspomnienia te znajdą potwierdzenie. Plastycznie, scenograficznie i reżysersko spektakl wytrzymał próbę czasu. Patrzy się na niego z prawdziwą przyjemnością, choć sporo szczegółów zostało nie dopracowanych. Większej uwagi wymaga choćby choreografia, zwłaszcza w scenie w komnacie Amneris. Warto dopracować ruch sceniczny żołnierzy ścigających Amonasra i Aidę, charakterystyczny, rozkołysano-żołnierski ruch artystów w 1 akcie, gdy ogłaszana jest nominacja Radamesa na dowódcę wojsk czy zadbać o lepsze dopasowanie kostiumów (faraon przesadnie tonął w swoich szatach). 
Gorzej było dla mnie ze stroną muzyczną tej Aidy.

Spektakl — moim zdaniem — trzymali Monika Cichocka i Zenon Kowalski. Oboje mają głosy właściwego gatunku, stworzyli także wiarygodne postaci. Cichocka mocno „zebrała” głos, przez to jej średnica zrobiła się nieco bardziej głucha, ale za to mocno powściągnęła wibrację. Budowała frazę idąc za słowem, co zawsze niezwykle cenię. Podobała mi się artykulacja przednutek w arii O patria mia! Mistrzowsko zbudowała kulminacją na c3, które zabrzmiało prawdziwie słodko. Brakowało mi za to nieco dźwięczności w głosie w obrębie c1-e1. Patryka Rymanowskiego z chęcią bym usłyszał jako Ramfisa. Raz, że faraon wymaga, w moim odczuciu, głosu o ciemniejszej barwie. Dwa, że Robert Ulatowski śpiewał nieczysto i — jak dla mnie — nie zbudował przekonującej roli. Rymanowskiego zaś znam nie tylko jako dobrego śpiewaka, ale i aktora. Dużą pracę nad głosem wykonała Agnieszka Makówka — jej góry są teraz zdecydowanie lepsze. Bardzo podobała mi się nieszczera słodycz jej głosu, gdy deklarowała Aidzie swą rzekomą przyjaźń. Tak czy owak, głos Makówki to, na moje ucho, zdecydowanie liryczny mezzosopran. Za mały, by sprostać partii Amneris. Często gęsto głos zupełnie zakrywała orkiestra. Niskie dźwięki były albo głuche i słabe, albo miały barwę odstającą od „reszty” głosu (tak było choćby ze skokiem na głowie venga w akcie IV). Przeszkadzała mi również nadmierna wibracja. Tomasz Kuk był chory, nie będę więc pisał o stronie wokalnej jego występu. Niestety, nie przekonał mnie także jako aktor. Ładnie wypadła Patrycja Krzeszowska jako Kapłanka, czego nie mogę, niestety, powiedzieć o Krzysztofie Marciniaku jako Posłańcu. Ciepłe słowa kieruję pod adresem chóru, który walnie budował, także scenicznie, atmosferę poszczególnych scen. Tadeusz Kozłowski wiedział, co chce przekazać, ale orkiestra po ostatnich trudnych latach musi jeszcze popracować nad formą.

Po spektaklu towarzyszą mi różne emocje. Także smutne. Jeszcze nie tak dawno korpus solistów pozwalał na w miarę swobodne obsadzanie różnorodnego repertuaru, od pozycji lżejszych, przez wielkie belcanto, po partię wymagające głosów zdecydowanie mocniejszych. Teraz czuć, że niektórych ról zwyczajnie nie ma komu śpiewać. Mimo to jako premiera zapowiedziana jest Turandot, która utrzyma się w repertuarze tak długo, jak długo będzie nas stać na honoraria dla artystów z zewnątrz, przy czym pamiętać trzeba, że najlepsze aktualnie (co podkreślam, samemu uciekając raczej do nagrań śpiewaczek z minionych pokoleń) wykonawczynie roli Turandot raczej do Łodzi nie zawitają.


czwartek, 18 lutego 2016

WOLNOŚĆ SŁOWA




Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice (Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ, art. 19).









Każdy człowiek oskarżony o popełnienie przestępstwa ma prawo, aby uznawano go za niewinnego dopóty, dopóki nie udowodni mu się winy zgodnie z prawem podczas publicznego procesu, w którym zapewniono mu wszystkie konieczne środki obrony 
(Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ, art. 11.1).











Władza, która faktycznie traktuje społeczeństwo jako suwerena spełnić musi co najmniej trzy wymogi.
Po pierwsze, musi budować państwo odpowiadające na potrzeby i umożliwiające wspólne życie wszystkim obywatelom, którzy są suwerenem pospołu. W Polsce jest z tym kiepsko od początku zmian ustrojowych, niech za przykład posłużą problemy pracownicze, nieistniejąca polityka mieszkaniowa, brak systemowych rozwiązań w kwestii tzw. „polityki prorodzinnej”, kłopoty, na które w szkolnictwie napotykają ateiści czy dyskryminacja ze względu na orientację seksualną.

Po drugie, musi mieć do siebie dystans, a więc także poczucie humoru. Śmiertelna powaga w celebrowaniu władzy i siebie jako jej wyraziciela za powiada kłopoty ze słuchaniem oponentów, których głosu w demokracji liberalnej lekceważyć nie wolno. Testem na dystans i ironię władzy mogą być prace artystów, jak w Czechach prace Davida Černego. Jedną z jego prac tak opisuje Mariusz Szczygieł:
Olbrzymie nogi i wypięty tyłek. Pochylony do przodu tułów ginie w murze na pierwszym piętrze. Na podwórku galerii Futura stoją dwa białe nogotyłki. Obie rzeźby są po to, żeby zajrzeć im w otwory odbytowe. A dokładniej — włożyć tam głowę. Do każdego otworu wchodzi się po drabinie. W odbycie Polak obejrzał film: prezydent Klaus jako siwa staruszka  karmi kaszą drugą siwą staruszkę — dyrektora Kniażnika. A w drugim tyłku na odwrót.
Po trzecie, musi sprzyjać wolności słowa. Wolność słowa bowiem, z którą nierozerwalnie związana jest wolność mediów, gwarantuje kontrolę suwerena nad tymczasowo rządzącą reprezentacją większości osób uczestniczących w głosowaniu. Przywiązanie do wolności słowa i do wolności mediów oznacza dla mnie, między innymi, troskę o przejrzystość wszelkich działań publicznych, które mediów dotyczą. Obywatele muszą wiedzieć, dlaczego określone działania są konieczne i w jaki sposób wpływają one na podtrzymywanie wolności słowa i wolności mediów. Zupełnym zaprzeczeniem takiego działania była akcja CBŚ w redakcji „Faktów i Mitów”. Według oświadczenia prokuratury — wydanego z bardzo znacznym poślizgiem — akcja ta nie ma nic wspólnego z pracą dziennikarzy i samą gazetą. Trudno jednak pojąć, dlaczego w takim razie przeszukiwano biurka dziennikarzy czy kopiowano dyski ich redakcyjnych komputerów. Trudno także mieć zaufanie do działań służb w sytuacji, w której dokonuje się politycznych czystek kadrowych, a posłowie PiS, jak choćby Stanisław Pięta, jawnie deklarują, że „kto nie popiera PiS, to zdrajca, kretyn albo niedostatecznie poinformowany w najłagodniejszym przypadku” oraz że „Są ludzie, do których ja siebie zaliczam, którzy uważają, że prawa człowieka nie istnieją. Istnieją obowiązki człowieka i lepiej definiować człowieka poprzez jego obowiązki. Wtedy te rzekome prawa nigdy nie będą naruszane”.

„Fakty i Mity” są gazetą wpisującą się w PiSowską figurę „zdrajcy, kretyna” i — co gorsza — rozprzestrzenia się w nich informacje skutecznie podkopujące konstruowany przez tę partię model polskości. „Faktom i Mitom” zawdzięczamy między innymi cykl artykułów o polskich wolnomyślicielach, o Polakach, którzy nie byli katolikami, a wnieśli niebagatelny wkład do naszej kultury. W tym piśmie Bogusław Parma, biblista ze Zborów Bożych Chrześcijan Dnia Siódmego, prowadzi cotygodniowe rozważania nad Pismem Św. To „Fakty i Mity” jako pierwsze pisały o s. Bernadetcie i innych bolączkach polskiego Kościoła. A także o ciemnych stronach polityki, w tym ostatnio m. in. właśnie o Stanisławie Pięcie, jego kradzieżach i dorobionej do tego ideologii.  „Fakty i Mity” zatem to konglomerat niepoprawności politycznej, której elementem jest dziennikarstwo śledcze. A więc mnóstwo wrażliwych danych, dostęp do których może być pokusą dla ekipy rządzącej. Przypomnijmy, że ustawa o prawie prasowym stanowi:
Art. 15 ust. 2. Dziennikarz ma obowiązek zachowania w tajemnicy:danych umożliwiających identyfikację autora materiału prasowego, listu do redakcji lub innego materiału o tym charakterze, jak również innych osób udzielających informacji opublikowanych albo przekazanych do opublikowania, jeżeli osoby te zastrzegły nieujawnianie powyższych danych,wszelkich informacji, których ujawnienie mogłoby naruszać chronione prawem interesy osób trzecich.
Akcja CBŚ, uznana przez samą redakcję „Faktów i Mitów”, budzi we mnie wątpliwości, których, jak do tej pory, nikt nie rozjaśnił.

I jeszcze jedna kwestia — osoby podejrzane, ale nie skazane, zazwyczaj ukrywano pod inicjałem nazwiska. W przypadku Romana Kotlińskiego nie próbowano nawet tego robić. Ostro oddzielam sprawę gazety od osoby jej Naczelnego, bo tak trzeba. Piszę w tym tekście o swoich wątpliwościach związanych z działaniami CBŚ w stosunku do redakcji „Faktów i Mitów”. Niemniej, by być uczciwym, i na ten personalny aspekt muszę zwrócić uwagę.



niedziela, 7 lutego 2016

(MOJA) PODRÓŻ ZIMOWA

„«Dobranoc» bardzo często kończy opowieść, czyż nie? Mówimy je dzieciom, kiedy czas kończyć bajkę przed snem” — pisze Ian Bostridge. U Schuberta Dobranoc rozpoczyna opowieść. I podróż.

Cisza. Potem szum, jakby stukot kół, ale wypychany ze świadomości hałas miasta. Lodowate „punkty nut”, układające się w marznące krople łez. Wraz z tą płytą rozpoczynam moją podróż zimową. Jak przed laty, gdy uciekałem z małego miasta do Łodzi. Wsiadałem do pociągu, porzucając figurę ukochanego. Do którego tęskniłem, o którym marzyłem, ale którego nie było w małym mieście, którego nie umiałem znaleźć, który był tym bardziej nieobecny, im bardziej byłem rozpoznawalny jako mieszkaniec. Niezmiennie mówiłem w myślach: „kocham”, i niezmiennie nie dostawałem odpowiedzi. Wiedziałem, że trzeba ruszyć w drogę, choć raz na jakiś czas. Bo „Miłość i wędrówka idą w parze — taki jest odwieczny porządek*”.

Barbara Kinga Majewska, Emilia Sitarz i Michał Libera czerpią z Schuberta, by zainscenizować świat, po którym ja — jako uczestnik ich projektu (bo nie tylko słuchacz płyty) — wyruszam w taką podróż. Spotykam na swej drodzy ludzi i zdarzenia, tak samo samotnych i tak samo szukających ciepła, miłości, swojego miejsca, jak ja przed laty. Odrętwiałych i zamarzniętych serc nie ożywia tu nadzieja na to, że kiedyś odtają (Majewska nie śpiewa dwóch ostatnich wersów Erstarrung). Pociechy nie daje jarmarczny świąteczny śpiew pod choinką (tak, właśnie jak śpiew na jarmarku pod choinką w centrum handlowych brzmi dla mnie Der Lindenbaum), który łudzić ma poczuciem bliskości i wspólnoty.  I łudzi, tworząc jedną z najbardziej destrukcyjnych egzystencjalnie iluzji. Pociechy nie daje też błędny ognik upojenia — żaden fosfor i żadne toksyczne a upajające środki. Największą pociechę daje chyba ironiczny dystans, umiejętność przekształcenia życia w kabaret. Tak jak w Der gresie Kopf. Śpiew Majewskiej przywodzi mi tu na myśl przedwojenny berliński kabaret, ewokowany dzisiaj w występach  Ute Lemper. Ale prawda, kabaretowa prawda, o tym, że „szron szybko znikł, i znów mam czarne włosy, ze zgrozą pomyślałem o mej młodości — jakże daleko mi do grobu” w naszych czasach nie daje się przyswajać zupełnie na trzeźwo. Może dlatego Wasserflut przywodzi mi na myśl stan zapijaczenia, gdzie pozornie topnieją wewnętrzne lody, smutek rozpuszcza się, do uszu dociera rozmyty, przesłonięty dźwięk tego samego kabaretowego występu, ale w sercu ostrzegawczo kracze wrona.  

Pamiętam twarze mężczyzn spotykanych na ścieżkach w parku, gdy przedzierałem się przez pikietę. Nieśmiałe, zalęknione. Pamiętam nadzieję w ich oczach, że będą mogli na chwilę zapomnieć o tym, że potrzeba ciepła i namiętności w ich przypadku została wyrzucona na społeczny margines. Pamiętam swoją podróż na randkę umówioną przez Internet. Nadzieję, potem czas udawania, że jest miło. I długie, nocne samotne godziny na dworcu w oczekiwaniu na powrotny pociąg. Przez głowę wędrują mi twarze zapłakanych ludzi spotykanych na ulicach i przedświąteczny obłęd w centrach handlowych — „aniołki” z opłatkami, krzyczące karty z gotowymi życzeniami pełnymi patetycznych słów, wywoływany tkliwą muzyką nastrój tkliwości. I szukam w tłumie lirnika, który intonując pieśń dziadowską rozbije tę wydmuszkę, stawiając ludzi wobec świata takiego, jakim jest. Prawdziwą pieśń dziadowską nosimy w swoich piersiach. Bicie serca jak bicie zegara — raz za razem. Dudniący akord, który na skutej lodem rzece tworzy kręgi, jak kamyk—kaczka. Kręgi, które w końcu rozbiją lód, moje serce.


To nie jest ładna płyta. To płyta prawdziwa. 


Populista presents
Barbara Kinga Majewska and Emilia Sitarz
play 
Franz Schubert Winterrreise
Bołt Tecords 2015.

*Fragmenty tekstów Winterreise podaję w tłumaczeniu Karola Kozłowskiego. 

czwartek, 21 stycznia 2016

GEJE PAPIEŻA FRANCISZKA

„Podoba mi się, że się mówi o osobach homoseksualnych: najpierw jest osoba, w swojej integralności i godności. A osoba nie jest definiowana tylko poprzez swoje skłonności seksualne: nie zapominajmy, że wszyscy jesteśmy stworzeniami kochanymi przez Boga, odbiorcami Jego nieskończonej miłości. Chciałbym, by osoby homoseksualne przychodziły się spowiadać, by pozostały blisko Pana, by można było razem się modlić”
— mówi papież Franciszek w opublikowanym właśnie wywiadzie-rzece. Słowa te robią już medialną karierę, jako wyraz papieskiej teologii miłosierdzia. Miłosierdzie budzi we mnie pozytywne reakcje, natomiast papieska wypowiedź wywołuje raczej niepokój. 

Papież jasno oddziela tu osobę z przyrodzoną jej godnością od orientacji seksualnej. O ile bycie osobą zasługuje na szacunek i jej przedmiotem miłości Boga, o tyle seksualna skłonność stanowi raczej powód do spowiedzi, po to, by można było razem „trwać w modlitwie blisko Pana”. Gej zatem winien pogodzić się z faktem, iż jego tożsamość seksualna wprowadza w jego życie metafizyczne nieuporządkowanie, które — o ile go nie pokona — odłączy go od wspólnoty w modlitwie i od bliskości od Boga. Franciszek powtarza zatem to, co o mniejszościach seksualnych naucza Kościół rzymsko-katolicki. I temu nie należy się dziwić — w końcu jest zwierzchnikiem tej instytucji i strażnikiem doktryny. (Dziwić za to można się wierze, że da się wypreparować czystą osobowość i oddzielić ją od tożsamości seksualnej). Niemniej zapraszając gejów do spowiedzi i modlitwy warto by było zastanowić się, czy rachunek krzywd nie wymaga jednak także postawy pokutnej od samego Kościoła i symbolicznych choćby przeprosin. Myślę tu głównie o sposobie budowania negatywnego obrazu mniejszości seksualnych, który uzasadnia się nie tyle (czy nie tylko) doktryną, ale argumentacją roszczącą sobie prawo do naukowości i powszechności. Robi się to przy tym przez odwołanie się do prac mieszczących się w nurcie „studiów nad dewiacjami”. Przyjmuje się tu (milcząco lub jawnie) w punkcie wyjścia, że heteroseksualność stanowi normę moralną i społeczno-kulturową, co badania nad homoseksualistami powinny potwierdzić. Jako próbkę badawczą wybiera się osoby ze specyficznych środowisk, jak nocne kluby czy publiczne toalety i na tej podstawie dokonuje się uogólnień, mających opisywać osoby homoseksualne po prostu. Stosuje się również wątpliwe metodologicznie kryteria badania. W końcu konstruuje się także wyimaginowany, pozytywny punkt odniesienia dla negatywnie scharakteryzowane życia osób LGBT.

Tytułem przykładu można podać pracę Lenzoffa i Westley z 1956 r. pt. The Homosexual Community. Osoby do próby badawczej rekrutowano z barów gejowskich, a łączna liczba badanych wynosiła 28 osób (!). „Na podstawie skąpego i jeszcze bardziej skąpo udokumentowanego ‘materiału badawczego’ — podsumowuje Jacek Kochanowski — autorzy dokonują uogólnień dotyczących homoseksualistów jako takich, sprawiając wrażenie, jakoby dokonali ‘obiektywnej’ charakterystyki wszystkich gejów (…)”.

Skandalicznych manipulacji dopuszcza się Paul Cameron, guru konserwatywnych katolików, zagorzały zwolennik tzw. „terapii preparatywnej”. Cameron nie tylko spotkał się z uzasadnionym ostracyzmem ze strony Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego i Towarzystwa Psychologicznego Stanu Nebraska, ale także ze strony Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego. Wystarczy zerknąć do polskiej Wikipedii, by przeczytać: „W 1986 Amerykańskie Towarzystwo Socjologiczne skrytykowało Camerona za nieustanne nadinterpretacje socjologicznych materiałów badawczych[19]. Jednocześnie Towarzystwo stwierdziło, że wystarczy pobieżna analiza działalności Camerona, aby dojść do wniosku, że nie ma ona nic wspólnego z nauką. Nauka jest jedynie przykrywką działalności ideologicznej. (...) Niektórzy socjologowie są zszokowani poziomem nadużyć pana Camerona”. Cameronowi zawdzięczamy tezę, że gej ma średnio od 106 do 1105 partnerów rocznie, mimo raku dowodów na jej rzecz. Sformułowana jest ona w elektronicznej wersji dokumentu Medical Consequences of What Homosexuals Do i jest chyba błędem typograficznym. W wersji książkowej bowiem czytamy o licznie od 10 do 110 partnerów rocznie, przy czym ta liczba nie została ustalona przez Camerona. Przywołuje on tu pracę Coreya i Homesa, którzy oparli się na przykładzie 96 osób hospitalizowanych w szpitalu zajmującym się chorobami przenoszonymi drogą płciową. Cameron celuje zresztą w dobieraniu „reprezentatywnych” prób w barach i nocnych klubach, sex-klubach czy parkach (zob. tekst Jima Burrowaya, którego fragment zreferowałem).

Fundamentalne wątpliwości budzi badanie Marka Regnerusa, począwszy od źle skonstruowanych kryteriów (wspomniane przez dziecko jakieś kontakty seksualne rodzica z osobą tej samej płci wystarczały do uznania, że dana osoba ma orientację homoseksualną, nawet jeśli były to kontakty epizodyczne) bo wyidealizowaną grupę kontrolną — rodziny heteroseksualne, których życie pozbawione zostało jakichkolwiek zaburzeń (zob. 1 i 2) Dokładnie tak samo czyni Tomasz Terlikowski z książce Herezja kardynałów. Z jednej strony przedstawia wyłącznie negatywny obraz homoseksualistów oraz ich związków, z drugiej strony idealizuje trwałe i sakramentalne związki heteroseksualne. Homoseksualiści w perspektywie Terlikowskiego mają zresztą na sumieniu cierpienie nie tylko wychowywanych przez siebie dzieci, ale dzieci po prostu. Z legalizacją związków jednopłciowych wiąże on fakt, że pary heteroseksualne, w których dochodzi do poczęcia, przestały się pobierać (!). „Oznacza to, pisze Terlikowski, że dzieci w nich się rodzące są o wiele mocniej narażone na stres związany z porzuceniem ich przez rodzica, niż te wychowywane w małżeństwie”. Przy czym przywołuje Gertrude Himmelfarb by zaznaczyć dobitnie, że „wpływ rozwodu i samotnego rodzicielstwa na dziecko jest o wiele bardziej subtelny i dalekosiężny niż wpływ fizycznego molestowania”. Być może  tego powodu w jego książce nie mówi się o patologiach w małżeństwach heteroseksualnych, które są pozytywnym punktem odniesienia niejako z definicji.  

Specyficzny rodzaj homofobicznego dyskursu legitymizowanego pseudonaukowymi argumentami jest dla mnie powodem do tego, by oczekiwać wyznania win przez religijną instytucję, która tego typu dyskursem się posługuje. Odrzucenie czy krytyka, aby była uczciwa, musi dokonywać się w imię konkretnej doktryny religijnej, bo nie w imię całego chrześcijaństwa. I nie w imię nauki. Osobną kwestią jest kolportowanie przerażających opinii, pomniejszających zło fizycznego molestowania dzieci, w celu krytyki samotnego rodzicielstwa, rozwodów czy legalizacji związków jednopłciowych.
Nigdy też dość przypominania, że niechęć do osób nie-heteronormatywnych, charakterystyczna dla nurtów religii księgi, nie jest kulturową regułą. By pozostać na naszych, słowiańskich terenach, zakończę takim oto cytatem:

„W obrządku pogrzebowym wielu neolitycznych kultur europejskich obowiązywała zasada chowania zmarłych mężczyzn na prawym boku, a zmarłych kobiet na lewym. Jednakże na licznych cmentarzyskach stwierdzono wyjątki od tej reguły. (…) Na cmentarzyskach wielu ludów neolitycznych występują pochówki podwójne, przy czym niekiedy są to groby dwóch mężczyzn lub dwóch kobiet. Jak się możemy domyślać, przynajmniej w części kryją one szczątki par homoseksualnych, zmarłych na przykład podczas epidemii. Na cmentarzysku w Żernikach Górnych, użytkowanym przez ludność kultury ceramiki sznurowej, żyjącą na ziemiach polskich w okresie 2900-2050 p. n. e., odkryto 12 pochówków zbiorowych, z czego jeden grób dwóch kobiet i dwa groby dwóch mężczyzn. W grobie 78. jedna z kobiet spoczywała na lewym boku, druga — na prawym. Z kolei w grobie 85. jeden z mężczyzn został ułożony na lewym boku, drugi — na prawym. Przy pierwszym z nich znaleziono zarówno narzędzia typowe dla pochówków męskich: siekierka krzemienna, dłuto kościane i osełka, jak i przedmioty typowo kobiece: rozcieracz kamienny i 79 paciorków kościanych. Cmentarzysko to było następnie użytkowane przez ludność kultur Chłopice-Vesele i mierzanowickiej (2300/1950-1600 p. n. e.). Pośród 22 grobów męskich tej fazy, jeden krył szczątki mężczyzny ułożonego na lewym boku i wyposażonego w 34 paciorki kościane. Odkryto również grób kobiety spoczywającej na prawym boku i zaopatrzonej w typowo męskie atrybuty: topór kamienny, miedziana i kościana tarczka. (…) Niezwykle ciekawy grób dwóch młodych mężczyzn należących do ludności kultury  mierzanowickiej odkryto na cmentarzysku w Iwanowicach w Małopolsce. Młodszy z nich (16-17 lat) spoczywał wyprostowany na wznak (pozycja wyjątkowa), starszy (17-18 lat) — na lewym boku, z kolanami ułożonymi na nogach starszego. Ich twarze były zwrócone ku sobie, a prawe dłonie pozostawały splecione w uścisku” (Paweł Fijałkowski, Seksualność, psyche, kultura). 



środa, 20 stycznia 2016

POLSKA W KLINCZU POPULIZMU

Jak podaje Słownik Języka Polskiego populizm to „popieranie lub lansowanie idei, zamierzeń, głównie politycznych i ekonomicznych, zgodnych z oczekiwaniami większości społeczeństwa w celu uzyskania jego poparcia i zdobycia wpływów lub władzy”. Działania populistyczne posługują się, moim zdaniem, kłamstwem społecznym, o którym pisałem już w Medium Publicznym. Gwoli przypomnienia, z kłamstwem społecznym mamy do czynienia, „gdy jakaś społeczność jest oszukiwana lub przynajmniej dochodzi do próby wprowadzenia jej w błąd przez jednostkę”, a także „kiedy jakaś grupa społeczna, np. mafia, partia, sekta czy kierownictwo sekty, okłamuje jednostkowe osoby albo inną społeczność” (Wojciech Chudy, Filozofia kłamstwa).

Z populizmem i kłamstwem społecznym mieliśmy niewątpliwie do czynienia w związku z wczorajszą debatą na temat Polski w Parlamencie Europejskim. Wystarczy przypomnieć, że jako sukces RP w kwestii polityki migracyjnej Beata Szydło wskazała przyjęcie miliona uchodźców z Ukrainy. Twarde dane są jednak inne: „W trakcie największe napływu wniosków o nadanie statusu uchodźcy, to jest w latach 2014 i 2015, wniosków tych było odpowiednio 2318 i 2298. Trochę mniej tych wniosków rozpatrzono pozytywnie (…).To nie jest tak, że Polska w ogóle nie przyjmuje uchodźców. W 2013 i 2015 roku wydano po dwie decyzje o nadaniu statusu uchodźcy obywatelom Ukrainy. Po prostu przy liczbie wniosków w 2014 i 2015, liczba "2" uległa takiemu spłaszczeniu, że nie widać jej na powyższym wykresie.
No i chociaż pani Szydło przeszacowała o około milion liczbę ukraińskich uchodźców w Polsce, mówiąc o milionie ukraińskich uchodźców w Polsce, to przecie na przykład 11 osobom pozwolono w 2014 na pobyt tolerowany*. Podobnie kłamliwe są zapewnienia, że działania PiS mieszczą się w ramach wyznaczonych Polsce przez Konstytucję. Przypomnę kilka artykułów:
Art. 1: Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Art. 2: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Art. 25: 2. Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Art. 32: 1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
Mimo tych zapisów Beata Szydło jasno deklaruje, że „Polska jest państwem, które broni wartości. My mówimy bardzo silnie: kultura chrześcijańska i społeczna nauka Kościoła powinny być realizowane i nie wstydzimy się tego”. Deklaracja ta realizowana jest choćby przez PiSowski Pełnomocnik ds. Równego Traktowania będzie korzystał z pomocy Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris we wskazywaniu obszarów dyskryminacji w Polsce. Problem z tym, że Ordo Iuris to „jedna z najbardziej agresywnych, skrajnie homofobicznych i transfobicznych organizacji, aktywnie promująca uprzywilejowanie religijnych, skrajnych fundamentalistów w życiu publicznym”. Rząd wstrzymał również pracę nad prawem mającym chronić mniejszości seksualne przed mową nienawiści*
Internauci bezlitośnie tropią inne kłamstwa, wygłaszane wczoraj w Parlamencie Europejskim. Tytułem przykładu podam jeszcze dwa. I tak, na FBkowym profilu Żałosna Logika można przeczytać: „Prof. Legutko w czasie debaty pytał się gdzie byli posłowie europarlamentu gdy poprzedni rząd po objęciu władzy masowo wyrzucał dziennikarzy z mediów publicznych. Na podstawie wikipedii, odtworzyłem jak PO w 2007 roku, od razu po objęciu władzy wyrzucała gwiazdy niepokornego dziennikarstwa:
Jacek Karnowski - Po reorganizacji w telewizji Puls (2008-przyp.mój) został kierownikiem redakcji nadawanej w TVP2 Panoramy. W latach 2009-2010 był szefem Wiadomości TVP1.
Rafał Ziemkiewicz - W TVP Info od października 2007 do 2008 prowadził program „O co chodzi?”, a po jego zastąpieniu w latach 2008–2011 cotygodniowy „Antysalon Ziemkiewicza” (niedziela, godz. 10:00), tudzież „Poranek Info”.
Bronisław Wildstein - Od 2008 ponownie w TVP jako autor i prowadzący Cienie PRL-u. Przez 2 lata, od września 2008 do października 2010, prowadził w TVP1 autorski program Bronisław Wildstein przedstawia.
Jan Pospieszalski - Od 2004 do lutego 2011 prowadził w TVP2, a później w TVP1 program publicystyczny Warto rozmawiać. Od listopada 2011 tworzy audycję o identycznej formule zatytułowaną Jan Pospieszalski: Bliżej emitowaną w TVP Info.
Anita Gargas - w 2007 awansowano na szefową [redakcji publicystyki TVP], zaś w 2009 objęła stanowisko zastępcy dyrektora TVP1. 3 lutego 2010 audycja Misja specjalna wróciła na antenę TVP. Po 10 kwietnia 2010 reportaże Misji specjalnej wielokrotnie dotyczyły śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Program był emitowany do 19 października 2010
Michał Karnowski - Od września 2006 do lutego 2009 oraz ponownie od lutego 2010 do września 2011 prowadził w Programie III Polskiego Radia Salon Polityczny.
Joanna Lichocka - W latach 2007–2009 prowadziła, najpierw w TVP1, następnie w TVP Info, program Forum. Do 2010 bywała także komentatorką w programie publicystycznym Antysalon Ziemkiewicza nadawanym w TVP Info. W 2010 prowadziła w TVP1 programy Z refleksem i Kwadrans po ósmej. W tym samym roku była wśród prowadzących obie debaty prezydenckie między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim. Rada Etyki Mediów uznała jej postawę w czasie jednej z tych debat za stronniczą.
Marzena Paczuska (nowa szefowa Wiadomości) - Paczuska była w przeszłości związana z „Wiadomościami” - w latach 2009-2010 była zastępcą ich ówczesnego szefa Jacka Karnowskiego, przez chwilę też kierowała programem. Wcześniej przez wiele lat była wydawcą „Wiadomości”, poza tym była też wydawcą w TVP Info. W 2011 roku przeszła do redakcji reportażu TVP1”.
A Krzysiek Łoś zauważył, że Beata Szydło kłamała  „mówiąc, że w polskim parlamencie osoby na widowni mogą klaskać. Tymczasem Zarządzenie nr 1 Marszałka Sejmu z dnia 9 stycznia 2008 r. w §65 wyraźnie tego zabrania (http://www.sejm.gov.pl/kancelaria/zarz1_2008.pdf).”.

Trudno zatem nie zgodzić się z Leszkiem Balcerowiczem, który komentując obniżenie ratingu dla Polski Balcerowicz uznał aktualnie rządzących za polityków populistycznych, niekompetentnych, a nawet fanatycznych. Problem z tym, że samego Balcerowicza oraz wiernych jego wizji polityki i państwa polityków, także uznać można za fanatyków i populistów. Mój zasadniczy problem z osobami pokroju Balcerowicza, ale także Ryszarda Petru, wiąże się z dwiema powiązanymi ze sobą sprawami. Po pierwsze, z przyjmowanym przez nich założeniem, że neoliberalny model gospodarki nie jest jednym z wielu modeli, ale modelem obiektywnym, bo rzekomo „naukowym”. Po drugie, z prezentowaniem własnego stanowiska jako dotyczącego ściśle właśnie gospodarki. Neoliberalizm, w czym zgadzam się z Andrzejem Szahajem, nie jest jednak „tylko zespołem poglądów na gospodarkę”. Uznać go raczej trzeba za „cały światopogląd, którego wyznawcy bezkrytycznie wierzą w pewne dogmaty, tak jak wierzy się w dogmaty religijne, i nie są ich w stanie przekonać żadne argumenty nawiązujące do historii i faktycznej praktyki społecznej”. Właśnie wiara w porządek neoliberalny powoduje, że inne modele gospodarki uważa się z góry za błędne, nie podejmuje się więc z nimi dyskusji, ale odrzuca. A dogmatów tych wskazać da się wiele, by wspomnieć o tzw. „teorii skapywania”, o wierze w uzdrawiającą moc prywatyzacji i mierzenia wzrostu współczynnikiem PKB, czy niechęci do związków zawodowych i przywilejów pracowniczych. Nie kto inny, ale właśnie Balcerowicz uznał sformułowanie „umowa śmieciowa” za mowę nienawiści, a Ryszard Petru uderzył w tony antyzwiązkowe koncentrując się na ręcznikach i karmie dla psa Piotra Dudy. Balcerowicz nie zauważył choćby tego, że Polska jest rekordzistą w UE jeśli chodzi o zatrudnianie pracowników na „śmieciówkach”, co wytknęła nam Komisja Europejska. Petru z kolei nie zauważył, że potrzebna była batalia przed Trybunałem Konstytucyjnym, żeby wszystkich pracowników w Polsce objąć prawem do zrzeszania się. Pewnie i tak nie spowoduje to wielkich zmian, polscy przedsiębiorcy bowiem negatywnie postrzegają działalność związków zawodowych. (Warto przypomnieć, że w badaniu SGH na próbie 600 właścicieli i menedżerów małych i średnich firm, 35proc. uznało, „że związki w ogóle nie powinny działać w firmach, a 26 proc. chciałoby je widzieć jedynie w przedsiębiorstwach publicznych”*). PKB nie uwzględnia z kolei prac domowych, pracy „na czarno”, wolontariatu czy „«kosztu» niszczenia dóbr «oferowanych darmo» przez przyrodę”, czyli nieodwracalnego zubożenia stanowiących wspólne dziedzictwo dóbr naturalnych. PKB w końcu nie mówi nic o dystrybucji bogactwa, a jego wzrost nie oznacza, że wszyscy odnoszą korzyści (zob.Gilbert Rist, Urojenia ekonomii). Perspektywa przyjmowana przez Balcerowicza i Petru sprzyja sytuacji, w której pracownik widziany jest głównie jako przykry koszt, a nie cenny zasób, by przywołać opinię Szahaja. Sprzyja także utrwalaniu „kultury upokorzenia”, której wyrazem są choćby folwarczne relacje łączące pracodawców i pracowników w korporacjach. Odnotuję tu jeszcze jeden problem — retoryka „sprzyjania przedsiębiorcom”, która rozpowszechnia i umacnia określone stereotypy, de facto wyraża interesy takich grup jak Bussines Center Club czy Lewiatan, reprezentantów dużych graczy, których sytuacja jest skrajnie odmienna niż choćby mikroprzedsiębiorców. Zgadzam się z Szahajem, że ortodoksyjni wyznawcy neoliberalizmu, jak Balcerowicz, Janusz Lewandowski czy Jan Krzysztof Bielecki włączyli się w procesu budowy klimatu neoliberalnego „przyzwolenia dla gargantuicznego rozdęcia sektora finansowego gospodarki; spekulacji finansowej na wielką skalę jako normalnego narzędzia potęgowania zysków; wymykania się korporacji spod prawodawstwa państwowego, objawiającego się przede wszystkim bezkarnym redukowaniem wymiaru płaconych podatków do minimum; potęgowania ryzykowności poszczególnych działań do poziomu przekraczającego wszelkie granice rozsądku; rozpowszechnienia się podejścia preferującego natychmiastowy zysk bez oglądania się na długotrwałe konsekwencje (…); zachwiania kruchej równowagi między kapitałem a pracę na rzecz tego pierwszego; wzrostu społecznych nierówności”. Wszystkie te zjawiska doprowadziły do ostatniego kryzysu finansowego, który jednak nie spowodował, że ludzie pokroju Balcerowicza czy Petru w jakiś zasadniczy sposób dokonali korekty swoich poglądów.

Demokracja w kształcie opisanych przez polską Konstytucję ma być systemem akceptującym społeczny pluralizm. A więc także wielość interesów, które winno się oceniać w perspektywie sprawiedliwości społecznej. Rządy, które uznałbym za dobre, to takie, które są w stanie odpowiedzieć na tę wielość. Populizm, posługujący się kłamstwem społecznym, polega dla mnie na tym, że wizerunkowo akceptujemy wielość i liczymy się z nią, w praktyce działamy na rzecz ściśle określonej grupy. PiS — mimo obietnic i deklaracji — rządzi w imieniu i dla dobra części społeczeństwa, uznanego przez tę partię za prawdziwie polską. Balcerowicz i Petru — mimo retoryki obrony demokracji i wolności — widzą państwo przez pryzmat zwycięzców na neoliberalnym wolnym rynku. Ma to dla mnie niewiele wspólnego z demokracją, a więcej z „teorematem dyktatury” (sformułowanie Pierre’a Rosenstiehla i Jeana Petito, czyli ze wskazaniem „uniwersalnego przyjaciela społeczeństwa”, który na barkach wielu realizował będzie swoje korzyści.


sobota, 9 stycznia 2016

DO BISKUPA MERINGA

Wiesław Mering
Biskup Ordynariusz Włocławski


Jako Biskup Ordynariusz Włocławski wystosował Ksiądz list do Martina Schulza, opublikowany na oficjalnym portalu diecezji włocławskiej. Reakcje na to pismo są bardzo różne. Jedni uznają, że jest to słuszny i mocny głos w sprawach Polski, inni zwracają uwagę na mało stosowny język i rażące błędy w przekładzie listu na niemiecki czy na zaangażowanie polityczne Księdza po stronie obecnie rządzącej w Polsce partii. Każdy obywatel i każdy człowiek — w tym Martin Schulz — posiada niezbywalne prawo do posiadania własnej opinii i wyrażania jej. Polska zaś, przynależąc do struktur Unii Europejskiej, musi także liczyć się ze stanowiskiem zajmowanym przez reprezentantów instytucji unijnych. Głos Księdza wybrzmiał donośnie i spotkał się z żywymi reakcjami — tak, jak powinno być w państwie o ustroju demokratyczno-liberalnym. Problem w tym, że w swoim liście nie wypowiada się Ksiądz jako obywatel, ale jako urzędujący biskup Kościoła włocławskiego. Nie stanowi on zatem prywatnej opinii. Zasadne staje się więc pytanie, jaki status posiada ten list? Czy jest elementem nauczania zwierzchnika Kościoła włocławskiego? Jeśli tak, to jakie zobowiązania nakłada na wiernych? I czy nie dokonuje podziału wiernych w oparciu o kryterium polityczne? W końcu, w jakim stosunku pozostaje ten list do nauczania Soboru Watykańskiego II?

Soborowa Konstytucja Gaudium et spes stanowi jasno:

Jest sprawą doniosłą, żeby zwłaszcza w społeczeństwach pluralistycznych doceniano właściwy stosunek między wspólnotą polityczną a Kościołem i by jasno rozróżniano to, co czynią wierni, czy to poszczególni, czy też stowarzyszeni, we własnym imieniu jako obywatele kierujący się głosem sumienia chrześcijańskiego, od tego, co czynią wraz ze swymi pasterzami w imieniu Kościoła.
Kościół, który z racji swego zadania i kompetencji w żaden sposób nie utożsamia się ze wspólnotą polityczną ani nie wiąże się z żadnym systemem politycznym, jest zarazem znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru osoby ludzkiej.
Wspólnota polityczna i Kościół są w swoich dziedzinach od siebie niezależne i autonomiczne.
 

Wiąże się z tym niezależność władz duchowych od władz państwowych, o czym mówi Dekret o pasterskich zadaniach biskupów w Kościele Christus Dominus w punkcie 19.

Ten sam Dekret stanowi:

Ponieważ do Kościoła należy nawiązywanie dialogu ze społecznością ludzką, w której żyje, ciąży przede wszystkim na biskupach obowiązek zbliżania się do ludzi, szukania ich i podtrzymywania rozmowy z nimi. By w tych zbawiennych rozmowach zawsze prawda szła w parze z dobrocią, a zrozumienie z miłością, musi je cechować jasność wyrażania się łącznie z pokorą i delikatnością, a nadto należyta roztropność, połączona jednak z zaufaniem, które zaskarbiając przyjaźń wytwarza więź duchową.

Braci odłączonych niech darzą miłością, przykazując również wiernym, by odnosili się do nich z wielką uprzejmością i miłością, udzielając zarazem poparcia ekumenizmowi w rozumieniu Kościoła: Nawet nieochrzczonych winni darzyć sercem, by również im przyświecała miłość Jezusa Chrystusa, którego biskupi są świadkami wobec wszystkich.


Ojcowie Soborowi jednoznacznie uznają, że Kościół jest instytucją apolityczną. Odrzucają także wyznaniową koncepcję państwa. Zastrzegają jednak, że duszpasterze mają prawo do moralnej oceny „nawet w kwestiach dotyczących spraw politycznych, kiedy domagają się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz” (Gaudium et spes) czy skłaniania wiernych „do uległości wobec słusznych spraw i do szacunku dla prawnie ustanowionej władzy” (Christus Dominus). Tomasz P. Terlikowski pisze słusznie, że Sobór zakazuje biskupom wszelkich form uczestniczenia w bieżącej polityce. Mimo że budowanie partii, tworzenie czy zrywanie koalicji czy realizowanie pragmatycznych celów z wykorzystaniem polityków może być fascynujące i może przynosić doraźne efekty, to jednak „Na partyjnym zaangażowaniu biskupów tracą także oni sami”. I Kościół. „… wejście do bieżącej polityki zamknął przed biskupami i księżmi Sobór Watykański II. Nie dlatego, że domagały się tego liberalne czy lewicowe media, chcące zamknąć Kościół w kruchcie, ale dlatego, że rozgrywki partyjne przeszkadzają w wypełnianiu powołania pasterza wszystkich wiernych. Zaangażowanie biskupa we wspieranie jednej partii bez wątpliwości nie buduje ponad- i pozapolitycznej jedności Kościoła. Trudno też nie dostrzec, że zaangażowanie polityczne osłabia moralne znaczenie słów biskupa. Pasterz, który buduje koalicje czy partie, popiera jednych polityków przeciwko drugim, nie może bowiem później odgrywać roli zewnętrznego autorytetu moralnego. Jego głos przestaje być głosem zewnętrznego obserwatora, a staje się opinią jednego z wielu uczestników gry politycznej czy debaty publicystycznej”. Potwierdzeniem tych słów jest list Księdza, bez cienia wątpliwości angażujący się w grę polityczną po jednej ze stron. List ten jest ponadto nieroztropny. Pomija bowiem całkowicie opinię znacznej części polskich obywateli, w tym zapewne także wiernych Kościoła włocławskiego, których aktualny stan Polski niepokoi z określonych, a nie wymyślonych, powodów. Jednoznaczne opowiedzenie się przeciwko głosom niepokoju co do sytuacji Państwa odbiera Księdzu mandat do moralnej — a nie politycznej — oceny wydarzeń; stanowi także wyraz ślepoty na decyzje i wypowiedzi władz, które godzą w sprawiedliwość społeczną. Mam tu na myśli choćby drastyczną podwyżkę cen leków i wykreślenie z listy leków refundowanych dwóch preparatów przyjmowanych przez osoby po przeszczepach. Myślę o niezrealizowanej przez Prezydenta obietnicy pomocy tzw. frankowiczom, którzy w ramach protestu dali wyraz, że czują się oszukani. Myślę o wypowiedzi Ministra Waszczykowskiego na temat „mieszania ras i krwi” czy wypowiedziom Jarosława Kaczyńskiego o uchodźcach — obie nie dają się obronić w perspektywie nauki społecznej Kościoła rzymsko-katolickiego. Myślę o sprzeczności, jaka istnieje między oceną zrównoważonej gospodarki przez Waszczykowskiego a encykliką Laudato si papieża Franciszka. Listę wątpliwości mógłbym mnożyć, mógłbym oceniać je przez pryzmat nauczania Kościoła. Ksiądz swoim listem odebrał sobie do tego prawo.

czwartek, 7 stycznia 2016

DO ARCYBISKUPA JĘDRASZEWSKIEGO


Marek Jędraszewski
Arcybiskup Metropolita Łódzki

Ze smutkiem stwierdzam, że archidiecezja łódzka pod kierownictwem Księdza traci tożsamość chrześcijańską. Koronnym tego przykładem jest wczorajsza uroczystość Objawienia Pańskiego i towarzyszący jej tzw. Orszak Trzech Króli.
Objawienie Pańskie należy do najstarszych i najważniejszych świąt obchodzonych przez chrześcijan. Jest pamiątką wyjawienia światu boskości Jezusa, co podkreśla zwłaszcza tradycja Zachodnia, i hierofanii Trójcy Świętej, stanowiącej centrum liturgii chrześcijaństwa Wschodu, które Objawienie Pańskie wiąże z chrztem Jezusa. Św. Tomasz z Akwinu wybierając teksty Ojców Kościoła do Catena Aurea z fragmentem Ewangelii wg św. Mateusza: Gdy się tedy narodził Jezus w Betlejem Judzkim, za dni króla Heroda, oto przybyli Mędrcy ze Wschodu do Jerozolimy wiąże między innymi dwa cytaty zaczerpnięte od św. Augustyna:
„Magowie stanowią pierwociny pogan. Izraelscy pasterze i pogańscy magowie, jedni i drudzy przybiegli do kamienia węgielnego”.
„Jezus nie objawił się ani uczonym, ani sprawiedliwym. Pasterze byli ludźmi prostymi, a praktyki magów były przeważnie bezbożne. Jednych i drugich przyciągnął do siebie kamień węgielny: Ten, który przyszedł wybrać to, co głupie, aby zawstydzić mądrych. Ten, który wzywa nie sprawiedliwych, ale grzeszników. Niech nikt z wielkich się nie wynosi, żaden słaby niech nie rozpacza”. To nie faryzeusze, kapłani, ludzie uchodzący za religijnie sprawiedliwych, ale bezbożni magowie rozpoznają w Jezusie króla (złoto), Boga (kadzidło) i żertwę (myrra).

Co z tej tajemnicy Objawienia Pańskiego znalazło się we wczorajszym kazaniu Księdza? Niestety — nic. Co gorsza, kazanie to stanowi zaprzeczenie sensu obchodzonej uroczystości. Zamiast jednoczyć ludzi przy Bogu, po raz kolejny dokonywał Ksiądz podziałów politycznych. Zamiast mówić o tym, że Bóg przychodzi nie do tych, co uważają się za wielkich i religijnych, ale do prostych i bezbożnych, opowiadał Ksiądz o lewakach i snuł analogie między PRL a czasami współczesnymi. Mówił też Ksiądz: „A ja, patrzę na was drodzy siostry i bracia i na większości waszych głów widzę korony, które symbolizują, właśnie tę radosną i pełną ufności postawę owych mędrców ze wschodu, którzy usłyszeli, że jest zbawiciel świata, którzy przejęli się tą cudowną prawdą o Nim zawartą w Ewangelii, którzy chcą żyć nakazami miłości Boga i bliźniego, którzy chcą oddać Mu pokłon”.  Słowa te — jeśli odnoszą się do ochrzczonych katolików — nie mają uzasadnienia ewangelicznego, chyba że wierni archidiecezji łódzkiej są bądź bezbożni, bądź prości jak pasterze. Legitymizują za to wydarzenia, które rozegrały się w trakcie przejścia orszaku Trzech Króli. „Śmierć wrogom Ojczyzny” czy wykrzykiwanie hasła „To jest jakaś obca nacja, to z widłami demokracja” stanowią nie tylko profanację uroczystości Objawienia Pańskiego, ale są jawnym zaprzeczeniem tego, czym ma być Kościół katolicki. Doskonale wpisują się za to w treść wygłoszonego przez Księdza kazania.

„Kościół nie jest stowarzyszeniem o charakterze socjalnym, kulturalnym bądź politycznym, lecz idzie i działa w historii” — twierdzi papież Franciszek. A w innym miejscu pyta: „Czy jesteśmy Kościołem, który wzywa i przyjmuje z otwartymi ramionami grzeszników, który daje odwagę, nadzieję, czy też jesteśmy Kościołem zamkniętym w sobie? Czy jesteśmy Kościołem, w którym żyje się miłością Bożą, w którym poświęca się uwagę drugiemu, w którym jeden modli się za drugiego?”. Czy „Należę do tych, którzy «prywatyzują» Kościół dla swojej grupy, dla swojego kraju, swoich przyjaciół? Smutkiem napawa widok Kościoła «sprywatyzowanego» przez takie egoizm i brak wiary. To smutne!”. „Pokora, cichość i cierpliwość, miłość — by zachować jedność! To właśnie takie są drogi, prawdziwe drogi Kościoła”.

Biorąc to wszystko pod uwagę, zwracam się z prośbą o wyjaśnienie, czy reprezentuje Ksiądz Chrystusa, czy instytucję polityczno-religijną? Proszę także o wyjaśnienie, czy związki Księdza z określonym polskim środowiskiem politycznym oznacza, że bycie członkiem Kościoła łódzkiego jest równoznaczne z określeniem polityczno-partyjnym? W końcu proszę o odpowiedź na pytanie, jak ma się głoszona przez Księdza nauka do nauczania papieża Franciszka?  


środa, 6 stycznia 2016

IMPERIALIZM POLSKIEJ KRWI. KILKA SŁÓW O MINISTRZE WASZCZYKOWSKIM


Zacząłem pisać ten tekst w poniedziałek, późnym popołudniem. Przyznaję, że po tym, jak rano na stronach Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzecznik Prasowy wyjaśniał stanowisko Ministra Witolda Waszczykowskiego ws. polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii liczyłem, że pojawi się również sprostowanie odnoszące się do wywiadu Waszczykowskiego dla Bilda. Nic takiego jednak się nie stało. Oznacza to, że ani Bild niczego nie przekłamał, ani Waszczykowski nie znalazł nic nagannego w słowach: „Chcemy tylko uleczyć nasz kraj z niektórych chorób. Poprzedni rząd wdrażał lewicową koncepcję, jak gdyby świat musiał zgodnie z marksistowskim wzorcem poruszać się tylko w jednym kierunku: w stronę mieszanki kultur i ras, świata rowerzystów i wegetarian, który stawia jedynie na odnawialne źródła energii i zwalcza wszystkie formy religii. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami*. Co gorsza, Waszczykowski zdążył powiedzieć, że był to wywiad dla tabloidu, a tam mówi się w lżejszym językiem

Dla mnie te słowa dyskwalifikują go i jako polityka, i jako człowieka. Przy czym nie uderzyły mnie aż tak bardzo jego wypowiedzi o cyklistach, wegetarianach czy zrównoważonym rozwoju. Są one kuriozalne i niemądre. Ale bardziej niepokoi mnie pogląd, że „nic wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami” nie ma mieszanie kultur i ras, pokazane jako element destrukcyjnej polityki neomarksistów. Minister polskiego rządu wraca w tej wypowiedzi do retoryki przypominającej język nacjonalistów z dwudziestolecia międzywojennego, w tym język nazistów. Mówi tak w wywiadzie dla niemieckiego pisma. Sam określa to jako „mówienie lżejszym językiem”. A poza chlubnymi wyjątkami, jak JustynaSamolińska, media i użytkownicy portali społecznościowych skupiają się na rowerzystach i wegetarianach do tego stopnia, że ten gorszący fakt skutecznie umyka ich uwadze. 

Gdy czytałem wypowiedź Waszczykowskiego przypomniała mi się książeczka, którą w 1921 r. wydał Florian Znaniecki. Nosi ona tytuł Upadek Cywilizacji Zachodniej. Znaniecki zajął się w niej kilkoma zjawiskami, które — w jego opinii — grożą zniszczeniem kultury i cywilizacji zachodniej. Wymienia wśród nich tryumf materializmu czy przekształcanie demokracji w ochlokracje — rządy motłochu niechętnego arystokratom ducha. Sądzę, że konserwatywny i elitarystyczny charakter tych rozważań byłby światopoglądowo bliski Waszczykowskiemu, PiS i osobom z ich środowiska. Tym bardziej uderzający powinien być fakt, iż za największe zagrożenie uznaje Znaniecki „imperializm rasowy”, którego przejawy dostrzega w wielu międzywojennych społecznościach. Tropi go także wśród Polaków, „wbrew naszym antyimperialistycznym tradycjom i ideałom”. 
W ujęciu Znanieckiego „imperializm rasowy” jest zaprzeczeniem „ideału narodowego”. Pierwszy wiąże się z „panowaniem instynktów zwierzęcych”, drugi wiąże się z kulturotwórczą działalnością człowieka. 


„Ideał rasowy” i związana z nim koncepcja narodu „opiera się (…) na owych elementarnych instynktach, w których zakorzeniona była solidarność hordy pierwotnej. Instynkty owe, są to: 1) «świadomość wspólności gatunkowej» (…) oparta na jednorodności etnicznej; 2) nieufność względem obcego, tem większa, im trudniej go zrozumieć, i nienawiść ku niemu, spotęgowana przez wspomnienie dawnych walk z grupą, do której on należy; 3) instynktowne przywiązanie i poczucie wspólnej własności względem zajmowanego terytorium”. Budowanie wspólnoty, której rdzeniem jest imperializm rasowy i „niższy typ nacjonalizmu” pociąga za sobą trwałą nienawiść, masowe gwałty czy świadome niszczenie wartości kulturowych. Tak uformowane społeczeństwo jest skrajnie egoistyczną grupą rasową, nastawioną na walkę i wyzysk innych narodów.


Z kolei rdzeniem „ideału narodowego” jest przekonanie, że podstawą narodu nie jest ani biologia, ani wspólnota terytorialna (geografia), ale wspólnota duchowa. Znaniecki — jasno i mocno konserwatywnie — twierdzi, że istotą narodu jest wspólne rozumienie i ocenianie „tego samego kompleksu wartości kulturalnych, przekazanych z przeszłości, i w solidarnej pracy twórczej. (…) Tylko ci członkowie, którzy przyjmują i cenią tradycyjne wartości narodowe i są zdolni do uczestniczenia w twórczości narodowej, są istotnie składnikami dodatnimi z punktu widzenia ideału narodu jako przedstawiciela pewnej cywilizacji (…)”. Przynależność do danego narodu nie ma zatem nic wspólnego z rasą czy pochodzeniem etnicznym. Nie do końca też oznacza zamknięcie w zaklętym kręgu „tradycyjnych wartości narodowych”. Znaniecki zauważa bowiem trzeźwo, że „Im bardziej specyficznie narodowa jest jakaś cywilizacja, tem bardziej potrzebuje innych cywilizacji dla swego dopełnienia”. Uzasadnienie takiego poglądu może być zupełnie pragmatyczne: społeczeństwa zamknięte prędzej czy później zaczną umierać, utracą bowiem potencjał twórczy. Nowożytna cywilizacja zachodnia ma szanse na żywotność dlatego że jest kombinacją cywilizacji budowanych przez różne narody, które mogą się nawzajem inspirować. 

Wspomniałem wyżej, że według Znanieckiego tradycja polska jest antyimperialistyczna. To teza mocno dyskusyjna. Można jej jednak bronić wskazując, że „naród polski” od samego początku nie był niczym więcej, niż skrzyżowaniem cywilizacji tworzonych przez różne grupy narodowe. Znakomicie pokazuje to Andrzej Zieliński w książce Sarmaci, katolicy, zwycięzcy. Rozdział drugi zaczyna on od mocnej deklaracji, że „polski naród”, „polski ród” to mit, który jest „wypadkową wszystkich polskich mitów. Jak w soczewce skupiają się w nim, niemal podręcznikowo, polskie nieprawdy i tezy naciągane pod konkretne nasze potrzeby. A wszystko razem starannie podlane gęstym, ksenofobicznym sosem”. Wystarczy spojrzeć na drzewo genealogiczne polskich władców, w którym spotykają się ze sobą Słowanie, Niemcy, Węgrzy, uszlachcone dzieci Kazimierza Wielkiego z Żydówką Esterą itd. Nie wolno nam także zapominać o jeńcach branych w walkach, dzieciach spłodzonych przez Tatarów w trakcie najazdów, emigrantach jak Ormianie czy Wołosi. Pamiętajmy też, że na pięciu polskich średniowiecznych świętych polskim rodowodem poszczycić może się jeden — Stanisław ze Szczepanowa. Patron Polski św. Wojciech był Czechem, Jadwiga Śląska i Bruno z Kwerfurtu reprezentują Niemcy, Jadwiga zaś to, mocno upraszczając, Węgierka. Sama Polska zaś to twór państwowy zbudowany z reprezentantów różnych plemion, z których Polanie pojawili się najpóźniej. Zieliński przypomina, sama nazwa „Polska” ma niepolskie pochodzenie. Nazwę tę ukuł włoski opat Jan Kanapariusz, a na dworze Chrobrego starał się rozpropagować Bruno z Kwerfurtu. Udało mu się to połowicznie, skoro Kazimierz Wielki na wybudowanym symbolicznym sarkofagu Chrobrego nakazał wyryć inskrypcję, że ten był królem Słowian i Gotów. „Łacińskim słowem Polonia określono w zasadzie dopiero państwo Mieszka II. — pisze Zieliński. — W dodatku tylko w kilku niemieckich kronikach. Ciągle byliśmy dla sąsiadów krajem bez imienia lub stosowano w odniesieniu do naszego państwa nazwy odplemienne – Wiślanie, Goplanie, Lędzianie, Lachowie… najczęściej jednak odbierano nas na zewnątrz po prostu jako państwo Mieszka czy też Bolesława Chrobrego. Od imienia władców. Warto jednak zastanowić się, skąd się ci Polanie wzięli na naszych ziemiach.
Nie dla wszystkich w Europie byliśmy jednak Polską. Dla Węgrów po dziś jesteśmy Lengyelország, dla Litwinów – Lenkija, dla Rusi Kijowskiej – Lachija, dla Turków – Lechistan (dotyczyło Polski przedrozbiorowej), dla Ormian – Lechastan… (prawdopodobnie są to nazwy pochodzące od plemienia Lędzian, zamieszkującego w przeszłości południowo-wschodnie rejony Polski)”. Warto także pamiętać o wzmiance związanej „z gminą żydowską w kraju Mieszka II, na ziemi „Polin”. Dotyczy ona pierwszego w Polsce pogromu dokonanego przez ludność miejscową na tamtejszej społeczności żydowskiej. Lakoniczna wzmianka nie precyzuje, czy powodem tego pogromu była wrogość do tych, którzy ukrzyżowali Jezusa, czy też lokalne przyczyny finansowe”.

W świetle tego wszystkiego można powiedzieć, że jest dokładnie na odwrót niż chce Waszczykowski — bez mieszania kultur i ras nie byłoby Polaków i Polski. A zatem „mieszanie”, czyli otwartość na ludzi o różnym etnicznym pochodzeniu i odmiennych światopoglądach jest elementem konstytuującym „polskie wartości”. Co potwierdza zdanie Znanieckiego, że nie należy utożsamiać narodu z rasą. Chyba że chce się opowiedzieć historię Polski bez Platerów, Kolbergów, Hauke-Bosaków, Manteufflów, Chopinów…
Tylko po co?

Bo chyba nie po to, by powtarzać „mądrości” bliźniaczo podobne do pewnego Führera: „Mieszanie krwi i wynikłe stąd rasowe zanieczyszczenia są jedynym powodem upadku starożytnych cywilizacji. Narodów nigdy nie rujnują wojny, lecz utrata sił odpornościowych, będących przymiotem wyłącznie czystej, rasowej krwi”.
A może po to — jak słusznie zauważył mój kolega — by w końcu jasno powiedzieć, jakie są prawdziwe cele polityczne PiS? 



sobota, 2 stycznia 2016

PRZEWODNIA SIŁA NARODU

O nocnej akcji Antoniego Macierewicza w Centrum Eksperckim Kontrwywiadu NATO słyszeliśmy wszyscy. Ale czy wiedzą Państwo cokolwiek o nowym pełnomocniku MON ds. utworzenia CEK — Bartłomieju Misiewiczu?
Oto garść informacji:

„Nowy pełnomocnik — Misiewicz — ma 25 lat. Jest absolwentem XII LO im. Henryka Sienkiewicza w Warszawie (2009). Gdy w 2008 roku jako uczeń klasy IIb ubiegał się o funkcję przewodniczącego samorządu uczniowskiego, napisał w prezentacji: «Obecnie pracuję w Kancelarii Sejmu jako asystent społeczny posła Artura Zawiszy (…). Marzy mi się, aby nasze liceum brało udział w organizacji imprez o charakterze masowym, np. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy». Miał szczęście, że jego późniejszy patron nie dowiedział się o tych marzeniach… W 2014 roku Misiewicz bezskutecznie starał się o mandat radnego sejmiku województwa mazowieckiego. Oto jego ówczesna wizytówka (pisownia oryginalna): «Urodziłem się w Warszawie w rodzinie o poglądach prawicowych (…). Dzięki temu przez 13 lat byłem lektorem najpierw w Kościele na Chomiczówce, a następnie w Kościele pw. Św. Krzysztofa na warszawskich Bielanach. Aktualnie od kilku lat mieszkam w Łomiankach pod Warszawą. Studiuję prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (…). Na przełomie 2006 i 2007 roku rozpocząłem pracę z Ministrem Antonim Macierewiczem. Dziś już moja blisko osiem lat jak pracuję z człowiekiem, który jest dla mnie największym politycznym autorytetem». Wygląda na to, że zasłużony ministrant nie umie liczyć do 10 lub nie odróżnia Zawiszy od Macierewicza. Dalece minął się też z prawdą w kwestii studiów, bo — jak ustaliliśmy — na UKSW nikt o nim nie słyszał. Misiewicz uchyla się od udzielenia informacji dotyczących swojego wykształcenia. Gdy niedawno próbował dostać się do Sejmu, wpisał do kwestionariusza rejestracyjnego, że z zawodu jest ‘administratywistą’. Czyli dyplomowanym absolwentem co najmniej I stopnia studiów na kierunku Administracja. Dokładnie sprawdziliśmy i okazało się, iż żaden Bartłomiej Misiewicz nie obronił od 2010 roku do 22 grudnia 2015 r. ani pracy licencjackiej, ani magisterskiej na UKSW”.
[Marcin Kos, Chłopcy kontrwywiadowcy, Fakty i Mity nr 53 (826)/2015 r.].




Środowiska zatroskane o polską kulturę alarmują: teatr sięgnął dna. Dominuje niszczenie tradycji, dekonstrukcja polskości, antykatolicyzm, obscena. Widzowie oczekują zmian.
— To jest bardzo trudny temat z uwagi na to, że jest grupa ludzi, którzy uważają, że potrzebny jest teatr eksperymentalny, elitarny. Muszę tu być ostrożny. Uważam, że są pewne granice eksperymentowania i dałem temu wyraz, protestując w sprawie zapowiadanej pornografii w Teatrze Polskim we Wrocławiu, choć chcę z całą mocną podkreślić, że w ogóle nie oceniałem sztuki. Oceniałem tylko to, że ktoś chce wprowadzić elementy porno do publicznego teatru, i to za państwowe pieniądze. (…)
Nastąpi zmiana kryteriów przyznawania funduszy na dzieła artystyczne? Gdy środowisko prowokatorów artystycznych odetnie się od państwowych środków, skandalicznych praktyk będzie mniej.
— Na pewno będzie korekta. Nie ma powodu, żeby grupy zmierzające do dekonstrukcji kultury, tradycji, tożsamości polskiej były faworyzowane tak jak dotychczas. (…)
Będziemy na pewno wspierać Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Realizujemy też projekt Muzeum Piłsudskiego w Sulejówku. Ale pamiętamy też o inicjatywach Muzeum Ziem Zachodnich, Muzeum Kresów w Lublinie czy Muzeum Sybiru w Białymstoku. One też znajdą nasze poparcie”.
[Korekta w kulturze wywiad Małgorzaty Rutkowskiej z Piotrem Glińskim, Nasz Dziennik, 2-3 stycznia 2016 r.].


poniedziałek, 28 grudnia 2015

ŻEROWANIE NA TRUPACH I REFUNDOWANIE LEKÓW. PIS I TRANSPLANTACJE

Na stronach Radia Maryja odnaleźć można tekst Agnieszki Żurek, w którym czytamy między innymi:

Kiedy rozmawiamy o cywilizacji śmierci, myślimy na ogół o eutanazji,
aborcji bądź uzależnieniach od alkoholu czy narkotyków. Rzadko kiedy umieszczamy w tym kontekście zjawisko problemów transplantologii. Dawstwo organów kojarzone jest na ogół pozytywnie, jako przejaw wielkoduszności i bezinteresownego działania na rzecz drugiej osoby.
aborcji bądź uzależnieniach od alkoholu czy narkotyków. Rzadko kiedy umieszczamy w tym kontekście zjawisko problemów transplantologii. Dawstwo organów kojarzone jest na ogół pozytywnie, jako przejaw wielkoduszności i bezinteresownego działania na rzecz drugiej osoby. Tymczasem podobnie jak próbuje się relatywizować moment początku życia, aby w ten sposób próbować szukać usprawiedliwienia dla zabijania dzieci poczętych, manipulacje stosuje się także odnośnie do orzeczenia jego końca. Jeden z pragnących zachować anonimowość lekarzy badających zjawisko śmierci mózgowej stoi na stanowisku, że nie ma martwych dawców. – Popieram natomiast z całego serca przeszczepy od żyjących dawców spokrewnionych – mówi. Symboliczny rok 1968
Obok rewolucji obyczajowej, rozwoju ruchów lewackich i innych zjawisk odrywających kulturę europejską od jej chrześcijańskich korzeni, w tymże właśnie roku doszło także do zmiany definicji śmierci. Do 1968 r. za śmierć uznawano ustanie czynności oddechowych i akcji serca. W 1968 r. natomiast zaproponowano zdefiniowanie na nowo zjawiska śmierci poprzez wprowadzenie kategorii śmierci mózgowej. Ta definicja pojawiła się w tzw. deklaracji z Sydney sformułowanej na 22. spotkaniu Światowego Stowarzyszenia Lekarzy. Tego samego dnia także specjalna komisja powołana na Uniwersytecie Harvarda zaproponowała uznanie śmierci mózgu za kryterium wystarczające do orzeczenia zgonu. Redefinicja pojęcia śmierci związana jest z rozwojem transplantologii. – W nowej definicji śmierci mówi się wprost lub pośrednio o pobieraniu narządów do przeszczepów – zwraca uwagę ojciec dr Jacek Norkowski, autor głośnej książki podejmującej zagadnienia etyczne dotyczące orzekania śmierci pt. "Medycyna na krawędzi". Warto również zauważyć, że ciałem doradczym w sporządzaniu harwardzkiego dokumentu była organizacja Transplant Advisory Panel, co zdaniem ojca dr. Norkowskiego wskazuje na to, iż mógł on powstać na zamówienie lekarzy transplantologów. Tekst harwardzkiego dokumentu nie zawiera żadnego medycznego uzasadnienia zmiany kryteriów orzekania zgonu. Wprowadza jednak istotne zmiany dotyczące sposobu postępowania wobec pacjentów, otwierając niejako furtkę do relatywizacji w sposobie podejścia do chorych. Od tamtej pory zaczęto używać enigmatycznego terminu "zwłoki z bijącym sercem", co w jednoznaczny sposób sugerowało, że mamy do czynienia z osobą nieżyjącą”. 
Przywołany w tekście Jacek Norkowski to dominikanin i lekarz. Podwójne wykształcenie wykorzystuje jako atut do głoszenia między innymi takich poglądów, jakie znaleźć można WPolityce.pl:

„Śledził Ojciec losy 17-letniego Kamila z Wrocławia, u którego stwierdzono śmierć mózgową i za zgodą ojca ale wbrew woli matki chciano od niego pobrać narządy do przeszczepu? Chłopak zmarł, ale temat przeszczepów jest aktualny. Kto miał rację w tym konkretnym przypadku?O. Jacek Norkowski OP: Moim zdaniem rację ma mama i wszyscy ci, którzy domagali się leczenia. Problem polega na tym, że polskie procedury de facto nie przewidują leczenia ludzi z urazem mózgu. Wszystko co się robi, to przywrócenie krążenia i obserwowanie, czy stan pacjenta będzie się pogarszał, czy nie. Gdy się nie pogarsza, to jest dobrze, próbuje się chorego wybudzić itd. Jeśli natomiast jego stan zaczyna się pogarszać, stosuje się barbiturany, które jednak w przypadku dużego urazu mózgu nie wystarczają. Wówczas wzrasta ciśnienie śródczaszkowe  i dochodzi do wtórnego uszkodzenia mózgu. W tym czasie zamiast przeprowadzić na przykład kraniotomię (otwarcie czaszki w celu uzyskania dostępu neurochirurgicznego do mózgu - przyp. red.), którą prof. Talar jako chirurg powiatowy robił w takich przypadkach już 30 lat temu, to teraz nie robi się nic i czeka, aż stan chorego na tyle się pogorszy, że będzie można orzec śmierć mózgową i zgodnie z prawem pobrać narządy. Dobrze jest, jak się oczywiście spyta rodzinę o zdanie, ale jeżeli nie zapobiega się rozwojowi obrzęku mózgu, to nie dopełnia się według mnie istotnej części działania lekarskiego, które powinno być obowiązkowe. Więc te procedury są absolutnie wadliwe.Dlaczego procedury w Polsce są tak szokująco niekorzystne dla pacjentów z uszkodzeniem mózgu?Te procedury ułatwiają pobieranie narządów. Tu nie ma jakiejś heroicznej walki o chorego, tylko przywrócenie krążenia po to, żeby narządy były ukrwione, czekanie aż mózg obrzęknie i pobranie narządu. To jest procedura całkowicie ukierunkowana na pobieranie narządów, nie na leczenie. Pozostawienie tego bez debaty publicznej jest niedopuszczalne, bo potem mówi się, że wszystko jest zgodne z prawem. No i jest, bo takie mamy procedury, ale lekarza obowiązuje jeszcze sumienie i zdobywanie dostępnej wiedzy. Lekarz nie może zasłaniać się procedurami, on powinien działać w interesie chorego. To jest zasadnicza część powołania lekarskiego.Czy przeszczepianie narządów z Ojca punktu widzenia w ogóle nie jest do przyjęcia?Zabrzmi to kolokwialnie i dosadnie, ale ja skupiam się na problemie zabijania ludzi na narządy. Natomiast problem przeszczepiania narządów jest szerszy, bo można je pobierać w taki sposób, żeby nie powodować śmierci dawcyCo jakiś czas słyszymy o kolejnych sukcesach w dziedzinie transplantologii. Nie robi to na Ojcu wrażenia?Jest wiele osób, które uważają, że w ogóle jest to trochę błędny kierunek w medycynie. Ja też uważam, że to jest coś, co się nigdy w nic wielkiego już nie rozwinie i prawdziwym przełomem będzie regeneracja narządów za pomocą komórek macierzystych własnych, a nie pochodzących np. od mordowanych zarodków. Już teraz pobiera się je od samego pacjenta i technika idzie tak szybko do przodu, że za jakieś 10 lat przynajmniej w krajach bogatszych stanie się to dość powszechne, łącznie z regeneracją mózgu. Do Polski też to w końcu dojdzie. I to jest przyszłość. Każdy przeszczep zostaje odrzucony - taka jest zasada. Organizm nie uznaje przeszczepu za coś własnego, w związku z czym chory nigdy nie wraca do zdrowia i pełni sił. Cały czas musi brać leki immunosupresyjne, które są piekielnie drogie. Człowiek z przeszczepem twarzy szuka teraz pieniędzy na to, żeby opłacić te leki, których koszt to nawet kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie.Te koszty mają znaczenie w dyskusji na temat przeszczepów?Leki immunosupresyjne zmniejszają sztucznie odporność organizmu, żeby tolerował przeszczep. Ale to naraża człowiek na śmierć z powodu infekcji i chorób. Także to nie jest wcale takie szczęśliwe rozwiązanie. Stoją za tym raczej wielkie pieniądze firm farmaceutycznych, dla których każdy człowiek na przykład z przeszczepioną nerką, bo takich przeszczepów jest najwięcej, to żyła złota. Bo taki chory, albo jego system ubezpieczeniowy, musi wydać kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie na to, żeby on żył”.


Ze środowiskiem mediów o. Tadeusza Rydzyka czy fornda.pl związany jest również filozof Bogusław Wolniewicz. Jego zapatrywania na przeszczepy są następujące:

„«Od dawna uważam, że tzw. transplantacje, czyli przeszczepy, są w istocie nową postacią ludożerstwa. Wprowadzanie ludożerstwa do naszej cywilizacji oznacza dla niej głęboki przewrót». […]Prof. Wolniewicz jest przekonany, że transplantologia stanowi zagrożenie dla naszej cywilizacji. «Nie można niszczyć cywilizacji, żeby dogodzić paru ciężko chorym – mówił profesor, po raz kolejny używając mocnych słów i określając przeszczepy jako “żerowanie na trupach»”.

Całe to środowisko przez przedstawicieli obozu aktualnie rządzącego uważane jest za depozytariusza prawdy. „Zwracam się do wielebnego ojca dyrektora. Zwracam się z podziękowaniem za to wszystko, co uczynił dla polskiego Kościoła, dla Polski. Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa. Ojciec dyrektor skromnie siedzi, a powinien wstać. Nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja. Nie byłoby. […] To zwycięstwo potrzebowało prawdy i ludzi, którzy prawdzie służą. Którzy służą Polsce. Którzy są patriotami. To zwycięstwo jest także potwierdzeniem jednej prawdy. Fundamentem polskości jest Kościół i jego nauka. I że nie może być Polski bez Kościoła” — mówił Jarosław Kaczyński na obchodach 24 rocznicy powstania Radia Maryja.

Dziś przeczytałem, że nowa lista leków refundowanych uderza w pacjentów po przeszczepach. Nie znalazły się na niej Prograf (jego cena wzrośnie z 3,20 do 159.09 zł.) i Valcyte (cena pójdzie w górę z 3,20 do 1417,5 zł.).
Warto także przeczytać tekst o skutkach działań Zbigniewa Ziobry dla polskiej transplantologii. Znaleźć go można tutaj

W świetle powyższych cytatów i ideowego zaplecza rządu można pytać, czy to tylko przypadek? 

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...