czwartek, 21 stycznia 2016

GEJE PAPIEŻA FRANCISZKA

„Podoba mi się, że się mówi o osobach homoseksualnych: najpierw jest osoba, w swojej integralności i godności. A osoba nie jest definiowana tylko poprzez swoje skłonności seksualne: nie zapominajmy, że wszyscy jesteśmy stworzeniami kochanymi przez Boga, odbiorcami Jego nieskończonej miłości. Chciałbym, by osoby homoseksualne przychodziły się spowiadać, by pozostały blisko Pana, by można było razem się modlić”
— mówi papież Franciszek w opublikowanym właśnie wywiadzie-rzece. Słowa te robią już medialną karierę, jako wyraz papieskiej teologii miłosierdzia. Miłosierdzie budzi we mnie pozytywne reakcje, natomiast papieska wypowiedź wywołuje raczej niepokój. 

Papież jasno oddziela tu osobę z przyrodzoną jej godnością od orientacji seksualnej. O ile bycie osobą zasługuje na szacunek i jej przedmiotem miłości Boga, o tyle seksualna skłonność stanowi raczej powód do spowiedzi, po to, by można było razem „trwać w modlitwie blisko Pana”. Gej zatem winien pogodzić się z faktem, iż jego tożsamość seksualna wprowadza w jego życie metafizyczne nieuporządkowanie, które — o ile go nie pokona — odłączy go od wspólnoty w modlitwie i od bliskości od Boga. Franciszek powtarza zatem to, co o mniejszościach seksualnych naucza Kościół rzymsko-katolicki. I temu nie należy się dziwić — w końcu jest zwierzchnikiem tej instytucji i strażnikiem doktryny. (Dziwić za to można się wierze, że da się wypreparować czystą osobowość i oddzielić ją od tożsamości seksualnej). Niemniej zapraszając gejów do spowiedzi i modlitwy warto by było zastanowić się, czy rachunek krzywd nie wymaga jednak także postawy pokutnej od samego Kościoła i symbolicznych choćby przeprosin. Myślę tu głównie o sposobie budowania negatywnego obrazu mniejszości seksualnych, który uzasadnia się nie tyle (czy nie tylko) doktryną, ale argumentacją roszczącą sobie prawo do naukowości i powszechności. Robi się to przy tym przez odwołanie się do prac mieszczących się w nurcie „studiów nad dewiacjami”. Przyjmuje się tu (milcząco lub jawnie) w punkcie wyjścia, że heteroseksualność stanowi normę moralną i społeczno-kulturową, co badania nad homoseksualistami powinny potwierdzić. Jako próbkę badawczą wybiera się osoby ze specyficznych środowisk, jak nocne kluby czy publiczne toalety i na tej podstawie dokonuje się uogólnień, mających opisywać osoby homoseksualne po prostu. Stosuje się również wątpliwe metodologicznie kryteria badania. W końcu konstruuje się także wyimaginowany, pozytywny punkt odniesienia dla negatywnie scharakteryzowane życia osób LGBT.

Tytułem przykładu można podać pracę Lenzoffa i Westley z 1956 r. pt. The Homosexual Community. Osoby do próby badawczej rekrutowano z barów gejowskich, a łączna liczba badanych wynosiła 28 osób (!). „Na podstawie skąpego i jeszcze bardziej skąpo udokumentowanego ‘materiału badawczego’ — podsumowuje Jacek Kochanowski — autorzy dokonują uogólnień dotyczących homoseksualistów jako takich, sprawiając wrażenie, jakoby dokonali ‘obiektywnej’ charakterystyki wszystkich gejów (…)”.

Skandalicznych manipulacji dopuszcza się Paul Cameron, guru konserwatywnych katolików, zagorzały zwolennik tzw. „terapii preparatywnej”. Cameron nie tylko spotkał się z uzasadnionym ostracyzmem ze strony Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego i Towarzystwa Psychologicznego Stanu Nebraska, ale także ze strony Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego. Wystarczy zerknąć do polskiej Wikipedii, by przeczytać: „W 1986 Amerykańskie Towarzystwo Socjologiczne skrytykowało Camerona za nieustanne nadinterpretacje socjologicznych materiałów badawczych[19]. Jednocześnie Towarzystwo stwierdziło, że wystarczy pobieżna analiza działalności Camerona, aby dojść do wniosku, że nie ma ona nic wspólnego z nauką. Nauka jest jedynie przykrywką działalności ideologicznej. (...) Niektórzy socjologowie są zszokowani poziomem nadużyć pana Camerona”. Cameronowi zawdzięczamy tezę, że gej ma średnio od 106 do 1105 partnerów rocznie, mimo raku dowodów na jej rzecz. Sformułowana jest ona w elektronicznej wersji dokumentu Medical Consequences of What Homosexuals Do i jest chyba błędem typograficznym. W wersji książkowej bowiem czytamy o licznie od 10 do 110 partnerów rocznie, przy czym ta liczba nie została ustalona przez Camerona. Przywołuje on tu pracę Coreya i Homesa, którzy oparli się na przykładzie 96 osób hospitalizowanych w szpitalu zajmującym się chorobami przenoszonymi drogą płciową. Cameron celuje zresztą w dobieraniu „reprezentatywnych” prób w barach i nocnych klubach, sex-klubach czy parkach (zob. tekst Jima Burrowaya, którego fragment zreferowałem).

Fundamentalne wątpliwości budzi badanie Marka Regnerusa, począwszy od źle skonstruowanych kryteriów (wspomniane przez dziecko jakieś kontakty seksualne rodzica z osobą tej samej płci wystarczały do uznania, że dana osoba ma orientację homoseksualną, nawet jeśli były to kontakty epizodyczne) bo wyidealizowaną grupę kontrolną — rodziny heteroseksualne, których życie pozbawione zostało jakichkolwiek zaburzeń (zob. 1 i 2) Dokładnie tak samo czyni Tomasz Terlikowski z książce Herezja kardynałów. Z jednej strony przedstawia wyłącznie negatywny obraz homoseksualistów oraz ich związków, z drugiej strony idealizuje trwałe i sakramentalne związki heteroseksualne. Homoseksualiści w perspektywie Terlikowskiego mają zresztą na sumieniu cierpienie nie tylko wychowywanych przez siebie dzieci, ale dzieci po prostu. Z legalizacją związków jednopłciowych wiąże on fakt, że pary heteroseksualne, w których dochodzi do poczęcia, przestały się pobierać (!). „Oznacza to, pisze Terlikowski, że dzieci w nich się rodzące są o wiele mocniej narażone na stres związany z porzuceniem ich przez rodzica, niż te wychowywane w małżeństwie”. Przy czym przywołuje Gertrude Himmelfarb by zaznaczyć dobitnie, że „wpływ rozwodu i samotnego rodzicielstwa na dziecko jest o wiele bardziej subtelny i dalekosiężny niż wpływ fizycznego molestowania”. Być może  tego powodu w jego książce nie mówi się o patologiach w małżeństwach heteroseksualnych, które są pozytywnym punktem odniesienia niejako z definicji.  

Specyficzny rodzaj homofobicznego dyskursu legitymizowanego pseudonaukowymi argumentami jest dla mnie powodem do tego, by oczekiwać wyznania win przez religijną instytucję, która tego typu dyskursem się posługuje. Odrzucenie czy krytyka, aby była uczciwa, musi dokonywać się w imię konkretnej doktryny religijnej, bo nie w imię całego chrześcijaństwa. I nie w imię nauki. Osobną kwestią jest kolportowanie przerażających opinii, pomniejszających zło fizycznego molestowania dzieci, w celu krytyki samotnego rodzicielstwa, rozwodów czy legalizacji związków jednopłciowych.
Nigdy też dość przypominania, że niechęć do osób nie-heteronormatywnych, charakterystyczna dla nurtów religii księgi, nie jest kulturową regułą. By pozostać na naszych, słowiańskich terenach, zakończę takim oto cytatem:

„W obrządku pogrzebowym wielu neolitycznych kultur europejskich obowiązywała zasada chowania zmarłych mężczyzn na prawym boku, a zmarłych kobiet na lewym. Jednakże na licznych cmentarzyskach stwierdzono wyjątki od tej reguły. (…) Na cmentarzyskach wielu ludów neolitycznych występują pochówki podwójne, przy czym niekiedy są to groby dwóch mężczyzn lub dwóch kobiet. Jak się możemy domyślać, przynajmniej w części kryją one szczątki par homoseksualnych, zmarłych na przykład podczas epidemii. Na cmentarzysku w Żernikach Górnych, użytkowanym przez ludność kultury ceramiki sznurowej, żyjącą na ziemiach polskich w okresie 2900-2050 p. n. e., odkryto 12 pochówków zbiorowych, z czego jeden grób dwóch kobiet i dwa groby dwóch mężczyzn. W grobie 78. jedna z kobiet spoczywała na lewym boku, druga — na prawym. Z kolei w grobie 85. jeden z mężczyzn został ułożony na lewym boku, drugi — na prawym. Przy pierwszym z nich znaleziono zarówno narzędzia typowe dla pochówków męskich: siekierka krzemienna, dłuto kościane i osełka, jak i przedmioty typowo kobiece: rozcieracz kamienny i 79 paciorków kościanych. Cmentarzysko to było następnie użytkowane przez ludność kultur Chłopice-Vesele i mierzanowickiej (2300/1950-1600 p. n. e.). Pośród 22 grobów męskich tej fazy, jeden krył szczątki mężczyzny ułożonego na lewym boku i wyposażonego w 34 paciorki kościane. Odkryto również grób kobiety spoczywającej na prawym boku i zaopatrzonej w typowo męskie atrybuty: topór kamienny, miedziana i kościana tarczka. (…) Niezwykle ciekawy grób dwóch młodych mężczyzn należących do ludności kultury  mierzanowickiej odkryto na cmentarzysku w Iwanowicach w Małopolsce. Młodszy z nich (16-17 lat) spoczywał wyprostowany na wznak (pozycja wyjątkowa), starszy (17-18 lat) — na lewym boku, z kolanami ułożonymi na nogach starszego. Ich twarze były zwrócone ku sobie, a prawe dłonie pozostawały splecione w uścisku” (Paweł Fijałkowski, Seksualność, psyche, kultura). 



środa, 20 stycznia 2016

POLSKA W KLINCZU POPULIZMU

Jak podaje Słownik Języka Polskiego populizm to „popieranie lub lansowanie idei, zamierzeń, głównie politycznych i ekonomicznych, zgodnych z oczekiwaniami większości społeczeństwa w celu uzyskania jego poparcia i zdobycia wpływów lub władzy”. Działania populistyczne posługują się, moim zdaniem, kłamstwem społecznym, o którym pisałem już w Medium Publicznym. Gwoli przypomnienia, z kłamstwem społecznym mamy do czynienia, „gdy jakaś społeczność jest oszukiwana lub przynajmniej dochodzi do próby wprowadzenia jej w błąd przez jednostkę”, a także „kiedy jakaś grupa społeczna, np. mafia, partia, sekta czy kierownictwo sekty, okłamuje jednostkowe osoby albo inną społeczność” (Wojciech Chudy, Filozofia kłamstwa).

Z populizmem i kłamstwem społecznym mieliśmy niewątpliwie do czynienia w związku z wczorajszą debatą na temat Polski w Parlamencie Europejskim. Wystarczy przypomnieć, że jako sukces RP w kwestii polityki migracyjnej Beata Szydło wskazała przyjęcie miliona uchodźców z Ukrainy. Twarde dane są jednak inne: „W trakcie największe napływu wniosków o nadanie statusu uchodźcy, to jest w latach 2014 i 2015, wniosków tych było odpowiednio 2318 i 2298. Trochę mniej tych wniosków rozpatrzono pozytywnie (…).To nie jest tak, że Polska w ogóle nie przyjmuje uchodźców. W 2013 i 2015 roku wydano po dwie decyzje o nadaniu statusu uchodźcy obywatelom Ukrainy. Po prostu przy liczbie wniosków w 2014 i 2015, liczba "2" uległa takiemu spłaszczeniu, że nie widać jej na powyższym wykresie.
No i chociaż pani Szydło przeszacowała o około milion liczbę ukraińskich uchodźców w Polsce, mówiąc o milionie ukraińskich uchodźców w Polsce, to przecie na przykład 11 osobom pozwolono w 2014 na pobyt tolerowany*. Podobnie kłamliwe są zapewnienia, że działania PiS mieszczą się w ramach wyznaczonych Polsce przez Konstytucję. Przypomnę kilka artykułów:
Art. 1: Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Art. 2: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Art. 25: 2. Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Art. 32: 1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
Mimo tych zapisów Beata Szydło jasno deklaruje, że „Polska jest państwem, które broni wartości. My mówimy bardzo silnie: kultura chrześcijańska i społeczna nauka Kościoła powinny być realizowane i nie wstydzimy się tego”. Deklaracja ta realizowana jest choćby przez PiSowski Pełnomocnik ds. Równego Traktowania będzie korzystał z pomocy Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris we wskazywaniu obszarów dyskryminacji w Polsce. Problem z tym, że Ordo Iuris to „jedna z najbardziej agresywnych, skrajnie homofobicznych i transfobicznych organizacji, aktywnie promująca uprzywilejowanie religijnych, skrajnych fundamentalistów w życiu publicznym”. Rząd wstrzymał również pracę nad prawem mającym chronić mniejszości seksualne przed mową nienawiści*
Internauci bezlitośnie tropią inne kłamstwa, wygłaszane wczoraj w Parlamencie Europejskim. Tytułem przykładu podam jeszcze dwa. I tak, na FBkowym profilu Żałosna Logika można przeczytać: „Prof. Legutko w czasie debaty pytał się gdzie byli posłowie europarlamentu gdy poprzedni rząd po objęciu władzy masowo wyrzucał dziennikarzy z mediów publicznych. Na podstawie wikipedii, odtworzyłem jak PO w 2007 roku, od razu po objęciu władzy wyrzucała gwiazdy niepokornego dziennikarstwa:
Jacek Karnowski - Po reorganizacji w telewizji Puls (2008-przyp.mój) został kierownikiem redakcji nadawanej w TVP2 Panoramy. W latach 2009-2010 był szefem Wiadomości TVP1.
Rafał Ziemkiewicz - W TVP Info od października 2007 do 2008 prowadził program „O co chodzi?”, a po jego zastąpieniu w latach 2008–2011 cotygodniowy „Antysalon Ziemkiewicza” (niedziela, godz. 10:00), tudzież „Poranek Info”.
Bronisław Wildstein - Od 2008 ponownie w TVP jako autor i prowadzący Cienie PRL-u. Przez 2 lata, od września 2008 do października 2010, prowadził w TVP1 autorski program Bronisław Wildstein przedstawia.
Jan Pospieszalski - Od 2004 do lutego 2011 prowadził w TVP2, a później w TVP1 program publicystyczny Warto rozmawiać. Od listopada 2011 tworzy audycję o identycznej formule zatytułowaną Jan Pospieszalski: Bliżej emitowaną w TVP Info.
Anita Gargas - w 2007 awansowano na szefową [redakcji publicystyki TVP], zaś w 2009 objęła stanowisko zastępcy dyrektora TVP1. 3 lutego 2010 audycja Misja specjalna wróciła na antenę TVP. Po 10 kwietnia 2010 reportaże Misji specjalnej wielokrotnie dotyczyły śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Program był emitowany do 19 października 2010
Michał Karnowski - Od września 2006 do lutego 2009 oraz ponownie od lutego 2010 do września 2011 prowadził w Programie III Polskiego Radia Salon Polityczny.
Joanna Lichocka - W latach 2007–2009 prowadziła, najpierw w TVP1, następnie w TVP Info, program Forum. Do 2010 bywała także komentatorką w programie publicystycznym Antysalon Ziemkiewicza nadawanym w TVP Info. W 2010 prowadziła w TVP1 programy Z refleksem i Kwadrans po ósmej. W tym samym roku była wśród prowadzących obie debaty prezydenckie między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim. Rada Etyki Mediów uznała jej postawę w czasie jednej z tych debat za stronniczą.
Marzena Paczuska (nowa szefowa Wiadomości) - Paczuska była w przeszłości związana z „Wiadomościami” - w latach 2009-2010 była zastępcą ich ówczesnego szefa Jacka Karnowskiego, przez chwilę też kierowała programem. Wcześniej przez wiele lat była wydawcą „Wiadomości”, poza tym była też wydawcą w TVP Info. W 2011 roku przeszła do redakcji reportażu TVP1”.
A Krzysiek Łoś zauważył, że Beata Szydło kłamała  „mówiąc, że w polskim parlamencie osoby na widowni mogą klaskać. Tymczasem Zarządzenie nr 1 Marszałka Sejmu z dnia 9 stycznia 2008 r. w §65 wyraźnie tego zabrania (http://www.sejm.gov.pl/kancelaria/zarz1_2008.pdf).”.

Trudno zatem nie zgodzić się z Leszkiem Balcerowiczem, który komentując obniżenie ratingu dla Polski Balcerowicz uznał aktualnie rządzących za polityków populistycznych, niekompetentnych, a nawet fanatycznych. Problem z tym, że samego Balcerowicza oraz wiernych jego wizji polityki i państwa polityków, także uznać można za fanatyków i populistów. Mój zasadniczy problem z osobami pokroju Balcerowicza, ale także Ryszarda Petru, wiąże się z dwiema powiązanymi ze sobą sprawami. Po pierwsze, z przyjmowanym przez nich założeniem, że neoliberalny model gospodarki nie jest jednym z wielu modeli, ale modelem obiektywnym, bo rzekomo „naukowym”. Po drugie, z prezentowaniem własnego stanowiska jako dotyczącego ściśle właśnie gospodarki. Neoliberalizm, w czym zgadzam się z Andrzejem Szahajem, nie jest jednak „tylko zespołem poglądów na gospodarkę”. Uznać go raczej trzeba za „cały światopogląd, którego wyznawcy bezkrytycznie wierzą w pewne dogmaty, tak jak wierzy się w dogmaty religijne, i nie są ich w stanie przekonać żadne argumenty nawiązujące do historii i faktycznej praktyki społecznej”. Właśnie wiara w porządek neoliberalny powoduje, że inne modele gospodarki uważa się z góry za błędne, nie podejmuje się więc z nimi dyskusji, ale odrzuca. A dogmatów tych wskazać da się wiele, by wspomnieć o tzw. „teorii skapywania”, o wierze w uzdrawiającą moc prywatyzacji i mierzenia wzrostu współczynnikiem PKB, czy niechęci do związków zawodowych i przywilejów pracowniczych. Nie kto inny, ale właśnie Balcerowicz uznał sformułowanie „umowa śmieciowa” za mowę nienawiści, a Ryszard Petru uderzył w tony antyzwiązkowe koncentrując się na ręcznikach i karmie dla psa Piotra Dudy. Balcerowicz nie zauważył choćby tego, że Polska jest rekordzistą w UE jeśli chodzi o zatrudnianie pracowników na „śmieciówkach”, co wytknęła nam Komisja Europejska. Petru z kolei nie zauważył, że potrzebna była batalia przed Trybunałem Konstytucyjnym, żeby wszystkich pracowników w Polsce objąć prawem do zrzeszania się. Pewnie i tak nie spowoduje to wielkich zmian, polscy przedsiębiorcy bowiem negatywnie postrzegają działalność związków zawodowych. (Warto przypomnieć, że w badaniu SGH na próbie 600 właścicieli i menedżerów małych i średnich firm, 35proc. uznało, „że związki w ogóle nie powinny działać w firmach, a 26 proc. chciałoby je widzieć jedynie w przedsiębiorstwach publicznych”*). PKB nie uwzględnia z kolei prac domowych, pracy „na czarno”, wolontariatu czy „«kosztu» niszczenia dóbr «oferowanych darmo» przez przyrodę”, czyli nieodwracalnego zubożenia stanowiących wspólne dziedzictwo dóbr naturalnych. PKB w końcu nie mówi nic o dystrybucji bogactwa, a jego wzrost nie oznacza, że wszyscy odnoszą korzyści (zob.Gilbert Rist, Urojenia ekonomii). Perspektywa przyjmowana przez Balcerowicza i Petru sprzyja sytuacji, w której pracownik widziany jest głównie jako przykry koszt, a nie cenny zasób, by przywołać opinię Szahaja. Sprzyja także utrwalaniu „kultury upokorzenia”, której wyrazem są choćby folwarczne relacje łączące pracodawców i pracowników w korporacjach. Odnotuję tu jeszcze jeden problem — retoryka „sprzyjania przedsiębiorcom”, która rozpowszechnia i umacnia określone stereotypy, de facto wyraża interesy takich grup jak Bussines Center Club czy Lewiatan, reprezentantów dużych graczy, których sytuacja jest skrajnie odmienna niż choćby mikroprzedsiębiorców. Zgadzam się z Szahajem, że ortodoksyjni wyznawcy neoliberalizmu, jak Balcerowicz, Janusz Lewandowski czy Jan Krzysztof Bielecki włączyli się w procesu budowy klimatu neoliberalnego „przyzwolenia dla gargantuicznego rozdęcia sektora finansowego gospodarki; spekulacji finansowej na wielką skalę jako normalnego narzędzia potęgowania zysków; wymykania się korporacji spod prawodawstwa państwowego, objawiającego się przede wszystkim bezkarnym redukowaniem wymiaru płaconych podatków do minimum; potęgowania ryzykowności poszczególnych działań do poziomu przekraczającego wszelkie granice rozsądku; rozpowszechnienia się podejścia preferującego natychmiastowy zysk bez oglądania się na długotrwałe konsekwencje (…); zachwiania kruchej równowagi między kapitałem a pracę na rzecz tego pierwszego; wzrostu społecznych nierówności”. Wszystkie te zjawiska doprowadziły do ostatniego kryzysu finansowego, który jednak nie spowodował, że ludzie pokroju Balcerowicza czy Petru w jakiś zasadniczy sposób dokonali korekty swoich poglądów.

Demokracja w kształcie opisanych przez polską Konstytucję ma być systemem akceptującym społeczny pluralizm. A więc także wielość interesów, które winno się oceniać w perspektywie sprawiedliwości społecznej. Rządy, które uznałbym za dobre, to takie, które są w stanie odpowiedzieć na tę wielość. Populizm, posługujący się kłamstwem społecznym, polega dla mnie na tym, że wizerunkowo akceptujemy wielość i liczymy się z nią, w praktyce działamy na rzecz ściśle określonej grupy. PiS — mimo obietnic i deklaracji — rządzi w imieniu i dla dobra części społeczeństwa, uznanego przez tę partię za prawdziwie polską. Balcerowicz i Petru — mimo retoryki obrony demokracji i wolności — widzą państwo przez pryzmat zwycięzców na neoliberalnym wolnym rynku. Ma to dla mnie niewiele wspólnego z demokracją, a więcej z „teorematem dyktatury” (sformułowanie Pierre’a Rosenstiehla i Jeana Petito, czyli ze wskazaniem „uniwersalnego przyjaciela społeczeństwa”, który na barkach wielu realizował będzie swoje korzyści.


sobota, 9 stycznia 2016

DO BISKUPA MERINGA

Wiesław Mering
Biskup Ordynariusz Włocławski


Jako Biskup Ordynariusz Włocławski wystosował Ksiądz list do Martina Schulza, opublikowany na oficjalnym portalu diecezji włocławskiej. Reakcje na to pismo są bardzo różne. Jedni uznają, że jest to słuszny i mocny głos w sprawach Polski, inni zwracają uwagę na mało stosowny język i rażące błędy w przekładzie listu na niemiecki czy na zaangażowanie polityczne Księdza po stronie obecnie rządzącej w Polsce partii. Każdy obywatel i każdy człowiek — w tym Martin Schulz — posiada niezbywalne prawo do posiadania własnej opinii i wyrażania jej. Polska zaś, przynależąc do struktur Unii Europejskiej, musi także liczyć się ze stanowiskiem zajmowanym przez reprezentantów instytucji unijnych. Głos Księdza wybrzmiał donośnie i spotkał się z żywymi reakcjami — tak, jak powinno być w państwie o ustroju demokratyczno-liberalnym. Problem w tym, że w swoim liście nie wypowiada się Ksiądz jako obywatel, ale jako urzędujący biskup Kościoła włocławskiego. Nie stanowi on zatem prywatnej opinii. Zasadne staje się więc pytanie, jaki status posiada ten list? Czy jest elementem nauczania zwierzchnika Kościoła włocławskiego? Jeśli tak, to jakie zobowiązania nakłada na wiernych? I czy nie dokonuje podziału wiernych w oparciu o kryterium polityczne? W końcu, w jakim stosunku pozostaje ten list do nauczania Soboru Watykańskiego II?

Soborowa Konstytucja Gaudium et spes stanowi jasno:

Jest sprawą doniosłą, żeby zwłaszcza w społeczeństwach pluralistycznych doceniano właściwy stosunek między wspólnotą polityczną a Kościołem i by jasno rozróżniano to, co czynią wierni, czy to poszczególni, czy też stowarzyszeni, we własnym imieniu jako obywatele kierujący się głosem sumienia chrześcijańskiego, od tego, co czynią wraz ze swymi pasterzami w imieniu Kościoła.
Kościół, który z racji swego zadania i kompetencji w żaden sposób nie utożsamia się ze wspólnotą polityczną ani nie wiąże się z żadnym systemem politycznym, jest zarazem znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru osoby ludzkiej.
Wspólnota polityczna i Kościół są w swoich dziedzinach od siebie niezależne i autonomiczne.
 

Wiąże się z tym niezależność władz duchowych od władz państwowych, o czym mówi Dekret o pasterskich zadaniach biskupów w Kościele Christus Dominus w punkcie 19.

Ten sam Dekret stanowi:

Ponieważ do Kościoła należy nawiązywanie dialogu ze społecznością ludzką, w której żyje, ciąży przede wszystkim na biskupach obowiązek zbliżania się do ludzi, szukania ich i podtrzymywania rozmowy z nimi. By w tych zbawiennych rozmowach zawsze prawda szła w parze z dobrocią, a zrozumienie z miłością, musi je cechować jasność wyrażania się łącznie z pokorą i delikatnością, a nadto należyta roztropność, połączona jednak z zaufaniem, które zaskarbiając przyjaźń wytwarza więź duchową.

Braci odłączonych niech darzą miłością, przykazując również wiernym, by odnosili się do nich z wielką uprzejmością i miłością, udzielając zarazem poparcia ekumenizmowi w rozumieniu Kościoła: Nawet nieochrzczonych winni darzyć sercem, by również im przyświecała miłość Jezusa Chrystusa, którego biskupi są świadkami wobec wszystkich.


Ojcowie Soborowi jednoznacznie uznają, że Kościół jest instytucją apolityczną. Odrzucają także wyznaniową koncepcję państwa. Zastrzegają jednak, że duszpasterze mają prawo do moralnej oceny „nawet w kwestiach dotyczących spraw politycznych, kiedy domagają się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz” (Gaudium et spes) czy skłaniania wiernych „do uległości wobec słusznych spraw i do szacunku dla prawnie ustanowionej władzy” (Christus Dominus). Tomasz P. Terlikowski pisze słusznie, że Sobór zakazuje biskupom wszelkich form uczestniczenia w bieżącej polityce. Mimo że budowanie partii, tworzenie czy zrywanie koalicji czy realizowanie pragmatycznych celów z wykorzystaniem polityków może być fascynujące i może przynosić doraźne efekty, to jednak „Na partyjnym zaangażowaniu biskupów tracą także oni sami”. I Kościół. „… wejście do bieżącej polityki zamknął przed biskupami i księżmi Sobór Watykański II. Nie dlatego, że domagały się tego liberalne czy lewicowe media, chcące zamknąć Kościół w kruchcie, ale dlatego, że rozgrywki partyjne przeszkadzają w wypełnianiu powołania pasterza wszystkich wiernych. Zaangażowanie biskupa we wspieranie jednej partii bez wątpliwości nie buduje ponad- i pozapolitycznej jedności Kościoła. Trudno też nie dostrzec, że zaangażowanie polityczne osłabia moralne znaczenie słów biskupa. Pasterz, który buduje koalicje czy partie, popiera jednych polityków przeciwko drugim, nie może bowiem później odgrywać roli zewnętrznego autorytetu moralnego. Jego głos przestaje być głosem zewnętrznego obserwatora, a staje się opinią jednego z wielu uczestników gry politycznej czy debaty publicystycznej”. Potwierdzeniem tych słów jest list Księdza, bez cienia wątpliwości angażujący się w grę polityczną po jednej ze stron. List ten jest ponadto nieroztropny. Pomija bowiem całkowicie opinię znacznej części polskich obywateli, w tym zapewne także wiernych Kościoła włocławskiego, których aktualny stan Polski niepokoi z określonych, a nie wymyślonych, powodów. Jednoznaczne opowiedzenie się przeciwko głosom niepokoju co do sytuacji Państwa odbiera Księdzu mandat do moralnej — a nie politycznej — oceny wydarzeń; stanowi także wyraz ślepoty na decyzje i wypowiedzi władz, które godzą w sprawiedliwość społeczną. Mam tu na myśli choćby drastyczną podwyżkę cen leków i wykreślenie z listy leków refundowanych dwóch preparatów przyjmowanych przez osoby po przeszczepach. Myślę o niezrealizowanej przez Prezydenta obietnicy pomocy tzw. frankowiczom, którzy w ramach protestu dali wyraz, że czują się oszukani. Myślę o wypowiedzi Ministra Waszczykowskiego na temat „mieszania ras i krwi” czy wypowiedziom Jarosława Kaczyńskiego o uchodźcach — obie nie dają się obronić w perspektywie nauki społecznej Kościoła rzymsko-katolickiego. Myślę o sprzeczności, jaka istnieje między oceną zrównoważonej gospodarki przez Waszczykowskiego a encykliką Laudato si papieża Franciszka. Listę wątpliwości mógłbym mnożyć, mógłbym oceniać je przez pryzmat nauczania Kościoła. Ksiądz swoim listem odebrał sobie do tego prawo.

czwartek, 7 stycznia 2016

DO ARCYBISKUPA JĘDRASZEWSKIEGO


Marek Jędraszewski
Arcybiskup Metropolita Łódzki

Ze smutkiem stwierdzam, że archidiecezja łódzka pod kierownictwem Księdza traci tożsamość chrześcijańską. Koronnym tego przykładem jest wczorajsza uroczystość Objawienia Pańskiego i towarzyszący jej tzw. Orszak Trzech Króli.
Objawienie Pańskie należy do najstarszych i najważniejszych świąt obchodzonych przez chrześcijan. Jest pamiątką wyjawienia światu boskości Jezusa, co podkreśla zwłaszcza tradycja Zachodnia, i hierofanii Trójcy Świętej, stanowiącej centrum liturgii chrześcijaństwa Wschodu, które Objawienie Pańskie wiąże z chrztem Jezusa. Św. Tomasz z Akwinu wybierając teksty Ojców Kościoła do Catena Aurea z fragmentem Ewangelii wg św. Mateusza: Gdy się tedy narodził Jezus w Betlejem Judzkim, za dni króla Heroda, oto przybyli Mędrcy ze Wschodu do Jerozolimy wiąże między innymi dwa cytaty zaczerpnięte od św. Augustyna:
„Magowie stanowią pierwociny pogan. Izraelscy pasterze i pogańscy magowie, jedni i drudzy przybiegli do kamienia węgielnego”.
„Jezus nie objawił się ani uczonym, ani sprawiedliwym. Pasterze byli ludźmi prostymi, a praktyki magów były przeważnie bezbożne. Jednych i drugich przyciągnął do siebie kamień węgielny: Ten, który przyszedł wybrać to, co głupie, aby zawstydzić mądrych. Ten, który wzywa nie sprawiedliwych, ale grzeszników. Niech nikt z wielkich się nie wynosi, żaden słaby niech nie rozpacza”. To nie faryzeusze, kapłani, ludzie uchodzący za religijnie sprawiedliwych, ale bezbożni magowie rozpoznają w Jezusie króla (złoto), Boga (kadzidło) i żertwę (myrra).

Co z tej tajemnicy Objawienia Pańskiego znalazło się we wczorajszym kazaniu Księdza? Niestety — nic. Co gorsza, kazanie to stanowi zaprzeczenie sensu obchodzonej uroczystości. Zamiast jednoczyć ludzi przy Bogu, po raz kolejny dokonywał Ksiądz podziałów politycznych. Zamiast mówić o tym, że Bóg przychodzi nie do tych, co uważają się za wielkich i religijnych, ale do prostych i bezbożnych, opowiadał Ksiądz o lewakach i snuł analogie między PRL a czasami współczesnymi. Mówił też Ksiądz: „A ja, patrzę na was drodzy siostry i bracia i na większości waszych głów widzę korony, które symbolizują, właśnie tę radosną i pełną ufności postawę owych mędrców ze wschodu, którzy usłyszeli, że jest zbawiciel świata, którzy przejęli się tą cudowną prawdą o Nim zawartą w Ewangelii, którzy chcą żyć nakazami miłości Boga i bliźniego, którzy chcą oddać Mu pokłon”.  Słowa te — jeśli odnoszą się do ochrzczonych katolików — nie mają uzasadnienia ewangelicznego, chyba że wierni archidiecezji łódzkiej są bądź bezbożni, bądź prości jak pasterze. Legitymizują za to wydarzenia, które rozegrały się w trakcie przejścia orszaku Trzech Króli. „Śmierć wrogom Ojczyzny” czy wykrzykiwanie hasła „To jest jakaś obca nacja, to z widłami demokracja” stanowią nie tylko profanację uroczystości Objawienia Pańskiego, ale są jawnym zaprzeczeniem tego, czym ma być Kościół katolicki. Doskonale wpisują się za to w treść wygłoszonego przez Księdza kazania.

„Kościół nie jest stowarzyszeniem o charakterze socjalnym, kulturalnym bądź politycznym, lecz idzie i działa w historii” — twierdzi papież Franciszek. A w innym miejscu pyta: „Czy jesteśmy Kościołem, który wzywa i przyjmuje z otwartymi ramionami grzeszników, który daje odwagę, nadzieję, czy też jesteśmy Kościołem zamkniętym w sobie? Czy jesteśmy Kościołem, w którym żyje się miłością Bożą, w którym poświęca się uwagę drugiemu, w którym jeden modli się za drugiego?”. Czy „Należę do tych, którzy «prywatyzują» Kościół dla swojej grupy, dla swojego kraju, swoich przyjaciół? Smutkiem napawa widok Kościoła «sprywatyzowanego» przez takie egoizm i brak wiary. To smutne!”. „Pokora, cichość i cierpliwość, miłość — by zachować jedność! To właśnie takie są drogi, prawdziwe drogi Kościoła”.

Biorąc to wszystko pod uwagę, zwracam się z prośbą o wyjaśnienie, czy reprezentuje Ksiądz Chrystusa, czy instytucję polityczno-religijną? Proszę także o wyjaśnienie, czy związki Księdza z określonym polskim środowiskiem politycznym oznacza, że bycie członkiem Kościoła łódzkiego jest równoznaczne z określeniem polityczno-partyjnym? W końcu proszę o odpowiedź na pytanie, jak ma się głoszona przez Księdza nauka do nauczania papieża Franciszka?  


środa, 6 stycznia 2016

IMPERIALIZM POLSKIEJ KRWI. KILKA SŁÓW O MINISTRZE WASZCZYKOWSKIM


Zacząłem pisać ten tekst w poniedziałek, późnym popołudniem. Przyznaję, że po tym, jak rano na stronach Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzecznik Prasowy wyjaśniał stanowisko Ministra Witolda Waszczykowskiego ws. polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii liczyłem, że pojawi się również sprostowanie odnoszące się do wywiadu Waszczykowskiego dla Bilda. Nic takiego jednak się nie stało. Oznacza to, że ani Bild niczego nie przekłamał, ani Waszczykowski nie znalazł nic nagannego w słowach: „Chcemy tylko uleczyć nasz kraj z niektórych chorób. Poprzedni rząd wdrażał lewicową koncepcję, jak gdyby świat musiał zgodnie z marksistowskim wzorcem poruszać się tylko w jednym kierunku: w stronę mieszanki kultur i ras, świata rowerzystów i wegetarian, który stawia jedynie na odnawialne źródła energii i zwalcza wszystkie formy religii. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami*. Co gorsza, Waszczykowski zdążył powiedzieć, że był to wywiad dla tabloidu, a tam mówi się w lżejszym językiem

Dla mnie te słowa dyskwalifikują go i jako polityka, i jako człowieka. Przy czym nie uderzyły mnie aż tak bardzo jego wypowiedzi o cyklistach, wegetarianach czy zrównoważonym rozwoju. Są one kuriozalne i niemądre. Ale bardziej niepokoi mnie pogląd, że „nic wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami” nie ma mieszanie kultur i ras, pokazane jako element destrukcyjnej polityki neomarksistów. Minister polskiego rządu wraca w tej wypowiedzi do retoryki przypominającej język nacjonalistów z dwudziestolecia międzywojennego, w tym język nazistów. Mówi tak w wywiadzie dla niemieckiego pisma. Sam określa to jako „mówienie lżejszym językiem”. A poza chlubnymi wyjątkami, jak JustynaSamolińska, media i użytkownicy portali społecznościowych skupiają się na rowerzystach i wegetarianach do tego stopnia, że ten gorszący fakt skutecznie umyka ich uwadze. 

Gdy czytałem wypowiedź Waszczykowskiego przypomniała mi się książeczka, którą w 1921 r. wydał Florian Znaniecki. Nosi ona tytuł Upadek Cywilizacji Zachodniej. Znaniecki zajął się w niej kilkoma zjawiskami, które — w jego opinii — grożą zniszczeniem kultury i cywilizacji zachodniej. Wymienia wśród nich tryumf materializmu czy przekształcanie demokracji w ochlokracje — rządy motłochu niechętnego arystokratom ducha. Sądzę, że konserwatywny i elitarystyczny charakter tych rozważań byłby światopoglądowo bliski Waszczykowskiemu, PiS i osobom z ich środowiska. Tym bardziej uderzający powinien być fakt, iż za największe zagrożenie uznaje Znaniecki „imperializm rasowy”, którego przejawy dostrzega w wielu międzywojennych społecznościach. Tropi go także wśród Polaków, „wbrew naszym antyimperialistycznym tradycjom i ideałom”. 
W ujęciu Znanieckiego „imperializm rasowy” jest zaprzeczeniem „ideału narodowego”. Pierwszy wiąże się z „panowaniem instynktów zwierzęcych”, drugi wiąże się z kulturotwórczą działalnością człowieka. 


„Ideał rasowy” i związana z nim koncepcja narodu „opiera się (…) na owych elementarnych instynktach, w których zakorzeniona była solidarność hordy pierwotnej. Instynkty owe, są to: 1) «świadomość wspólności gatunkowej» (…) oparta na jednorodności etnicznej; 2) nieufność względem obcego, tem większa, im trudniej go zrozumieć, i nienawiść ku niemu, spotęgowana przez wspomnienie dawnych walk z grupą, do której on należy; 3) instynktowne przywiązanie i poczucie wspólnej własności względem zajmowanego terytorium”. Budowanie wspólnoty, której rdzeniem jest imperializm rasowy i „niższy typ nacjonalizmu” pociąga za sobą trwałą nienawiść, masowe gwałty czy świadome niszczenie wartości kulturowych. Tak uformowane społeczeństwo jest skrajnie egoistyczną grupą rasową, nastawioną na walkę i wyzysk innych narodów.


Z kolei rdzeniem „ideału narodowego” jest przekonanie, że podstawą narodu nie jest ani biologia, ani wspólnota terytorialna (geografia), ale wspólnota duchowa. Znaniecki — jasno i mocno konserwatywnie — twierdzi, że istotą narodu jest wspólne rozumienie i ocenianie „tego samego kompleksu wartości kulturalnych, przekazanych z przeszłości, i w solidarnej pracy twórczej. (…) Tylko ci członkowie, którzy przyjmują i cenią tradycyjne wartości narodowe i są zdolni do uczestniczenia w twórczości narodowej, są istotnie składnikami dodatnimi z punktu widzenia ideału narodu jako przedstawiciela pewnej cywilizacji (…)”. Przynależność do danego narodu nie ma zatem nic wspólnego z rasą czy pochodzeniem etnicznym. Nie do końca też oznacza zamknięcie w zaklętym kręgu „tradycyjnych wartości narodowych”. Znaniecki zauważa bowiem trzeźwo, że „Im bardziej specyficznie narodowa jest jakaś cywilizacja, tem bardziej potrzebuje innych cywilizacji dla swego dopełnienia”. Uzasadnienie takiego poglądu może być zupełnie pragmatyczne: społeczeństwa zamknięte prędzej czy później zaczną umierać, utracą bowiem potencjał twórczy. Nowożytna cywilizacja zachodnia ma szanse na żywotność dlatego że jest kombinacją cywilizacji budowanych przez różne narody, które mogą się nawzajem inspirować. 

Wspomniałem wyżej, że według Znanieckiego tradycja polska jest antyimperialistyczna. To teza mocno dyskusyjna. Można jej jednak bronić wskazując, że „naród polski” od samego początku nie był niczym więcej, niż skrzyżowaniem cywilizacji tworzonych przez różne grupy narodowe. Znakomicie pokazuje to Andrzej Zieliński w książce Sarmaci, katolicy, zwycięzcy. Rozdział drugi zaczyna on od mocnej deklaracji, że „polski naród”, „polski ród” to mit, który jest „wypadkową wszystkich polskich mitów. Jak w soczewce skupiają się w nim, niemal podręcznikowo, polskie nieprawdy i tezy naciągane pod konkretne nasze potrzeby. A wszystko razem starannie podlane gęstym, ksenofobicznym sosem”. Wystarczy spojrzeć na drzewo genealogiczne polskich władców, w którym spotykają się ze sobą Słowanie, Niemcy, Węgrzy, uszlachcone dzieci Kazimierza Wielkiego z Żydówką Esterą itd. Nie wolno nam także zapominać o jeńcach branych w walkach, dzieciach spłodzonych przez Tatarów w trakcie najazdów, emigrantach jak Ormianie czy Wołosi. Pamiętajmy też, że na pięciu polskich średniowiecznych świętych polskim rodowodem poszczycić może się jeden — Stanisław ze Szczepanowa. Patron Polski św. Wojciech był Czechem, Jadwiga Śląska i Bruno z Kwerfurtu reprezentują Niemcy, Jadwiga zaś to, mocno upraszczając, Węgierka. Sama Polska zaś to twór państwowy zbudowany z reprezentantów różnych plemion, z których Polanie pojawili się najpóźniej. Zieliński przypomina, sama nazwa „Polska” ma niepolskie pochodzenie. Nazwę tę ukuł włoski opat Jan Kanapariusz, a na dworze Chrobrego starał się rozpropagować Bruno z Kwerfurtu. Udało mu się to połowicznie, skoro Kazimierz Wielki na wybudowanym symbolicznym sarkofagu Chrobrego nakazał wyryć inskrypcję, że ten był królem Słowian i Gotów. „Łacińskim słowem Polonia określono w zasadzie dopiero państwo Mieszka II. — pisze Zieliński. — W dodatku tylko w kilku niemieckich kronikach. Ciągle byliśmy dla sąsiadów krajem bez imienia lub stosowano w odniesieniu do naszego państwa nazwy odplemienne – Wiślanie, Goplanie, Lędzianie, Lachowie… najczęściej jednak odbierano nas na zewnątrz po prostu jako państwo Mieszka czy też Bolesława Chrobrego. Od imienia władców. Warto jednak zastanowić się, skąd się ci Polanie wzięli na naszych ziemiach.
Nie dla wszystkich w Europie byliśmy jednak Polską. Dla Węgrów po dziś jesteśmy Lengyelország, dla Litwinów – Lenkija, dla Rusi Kijowskiej – Lachija, dla Turków – Lechistan (dotyczyło Polski przedrozbiorowej), dla Ormian – Lechastan… (prawdopodobnie są to nazwy pochodzące od plemienia Lędzian, zamieszkującego w przeszłości południowo-wschodnie rejony Polski)”. Warto także pamiętać o wzmiance związanej „z gminą żydowską w kraju Mieszka II, na ziemi „Polin”. Dotyczy ona pierwszego w Polsce pogromu dokonanego przez ludność miejscową na tamtejszej społeczności żydowskiej. Lakoniczna wzmianka nie precyzuje, czy powodem tego pogromu była wrogość do tych, którzy ukrzyżowali Jezusa, czy też lokalne przyczyny finansowe”.

W świetle tego wszystkiego można powiedzieć, że jest dokładnie na odwrót niż chce Waszczykowski — bez mieszania kultur i ras nie byłoby Polaków i Polski. A zatem „mieszanie”, czyli otwartość na ludzi o różnym etnicznym pochodzeniu i odmiennych światopoglądach jest elementem konstytuującym „polskie wartości”. Co potwierdza zdanie Znanieckiego, że nie należy utożsamiać narodu z rasą. Chyba że chce się opowiedzieć historię Polski bez Platerów, Kolbergów, Hauke-Bosaków, Manteufflów, Chopinów…
Tylko po co?

Bo chyba nie po to, by powtarzać „mądrości” bliźniaczo podobne do pewnego Führera: „Mieszanie krwi i wynikłe stąd rasowe zanieczyszczenia są jedynym powodem upadku starożytnych cywilizacji. Narodów nigdy nie rujnują wojny, lecz utrata sił odpornościowych, będących przymiotem wyłącznie czystej, rasowej krwi”.
A może po to — jak słusznie zauważył mój kolega — by w końcu jasno powiedzieć, jakie są prawdziwe cele polityczne PiS? 



sobota, 2 stycznia 2016

PRZEWODNIA SIŁA NARODU

O nocnej akcji Antoniego Macierewicza w Centrum Eksperckim Kontrwywiadu NATO słyszeliśmy wszyscy. Ale czy wiedzą Państwo cokolwiek o nowym pełnomocniku MON ds. utworzenia CEK — Bartłomieju Misiewiczu?
Oto garść informacji:

„Nowy pełnomocnik — Misiewicz — ma 25 lat. Jest absolwentem XII LO im. Henryka Sienkiewicza w Warszawie (2009). Gdy w 2008 roku jako uczeń klasy IIb ubiegał się o funkcję przewodniczącego samorządu uczniowskiego, napisał w prezentacji: «Obecnie pracuję w Kancelarii Sejmu jako asystent społeczny posła Artura Zawiszy (…). Marzy mi się, aby nasze liceum brało udział w organizacji imprez o charakterze masowym, np. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy». Miał szczęście, że jego późniejszy patron nie dowiedział się o tych marzeniach… W 2014 roku Misiewicz bezskutecznie starał się o mandat radnego sejmiku województwa mazowieckiego. Oto jego ówczesna wizytówka (pisownia oryginalna): «Urodziłem się w Warszawie w rodzinie o poglądach prawicowych (…). Dzięki temu przez 13 lat byłem lektorem najpierw w Kościele na Chomiczówce, a następnie w Kościele pw. Św. Krzysztofa na warszawskich Bielanach. Aktualnie od kilku lat mieszkam w Łomiankach pod Warszawą. Studiuję prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (…). Na przełomie 2006 i 2007 roku rozpocząłem pracę z Ministrem Antonim Macierewiczem. Dziś już moja blisko osiem lat jak pracuję z człowiekiem, który jest dla mnie największym politycznym autorytetem». Wygląda na to, że zasłużony ministrant nie umie liczyć do 10 lub nie odróżnia Zawiszy od Macierewicza. Dalece minął się też z prawdą w kwestii studiów, bo — jak ustaliliśmy — na UKSW nikt o nim nie słyszał. Misiewicz uchyla się od udzielenia informacji dotyczących swojego wykształcenia. Gdy niedawno próbował dostać się do Sejmu, wpisał do kwestionariusza rejestracyjnego, że z zawodu jest ‘administratywistą’. Czyli dyplomowanym absolwentem co najmniej I stopnia studiów na kierunku Administracja. Dokładnie sprawdziliśmy i okazało się, iż żaden Bartłomiej Misiewicz nie obronił od 2010 roku do 22 grudnia 2015 r. ani pracy licencjackiej, ani magisterskiej na UKSW”.
[Marcin Kos, Chłopcy kontrwywiadowcy, Fakty i Mity nr 53 (826)/2015 r.].




Środowiska zatroskane o polską kulturę alarmują: teatr sięgnął dna. Dominuje niszczenie tradycji, dekonstrukcja polskości, antykatolicyzm, obscena. Widzowie oczekują zmian.
— To jest bardzo trudny temat z uwagi na to, że jest grupa ludzi, którzy uważają, że potrzebny jest teatr eksperymentalny, elitarny. Muszę tu być ostrożny. Uważam, że są pewne granice eksperymentowania i dałem temu wyraz, protestując w sprawie zapowiadanej pornografii w Teatrze Polskim we Wrocławiu, choć chcę z całą mocną podkreślić, że w ogóle nie oceniałem sztuki. Oceniałem tylko to, że ktoś chce wprowadzić elementy porno do publicznego teatru, i to za państwowe pieniądze. (…)
Nastąpi zmiana kryteriów przyznawania funduszy na dzieła artystyczne? Gdy środowisko prowokatorów artystycznych odetnie się od państwowych środków, skandalicznych praktyk będzie mniej.
— Na pewno będzie korekta. Nie ma powodu, żeby grupy zmierzające do dekonstrukcji kultury, tradycji, tożsamości polskiej były faworyzowane tak jak dotychczas. (…)
Będziemy na pewno wspierać Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Realizujemy też projekt Muzeum Piłsudskiego w Sulejówku. Ale pamiętamy też o inicjatywach Muzeum Ziem Zachodnich, Muzeum Kresów w Lublinie czy Muzeum Sybiru w Białymstoku. One też znajdą nasze poparcie”.
[Korekta w kulturze wywiad Małgorzaty Rutkowskiej z Piotrem Glińskim, Nasz Dziennik, 2-3 stycznia 2016 r.].


poniedziałek, 28 grudnia 2015

ŻEROWANIE NA TRUPACH I REFUNDOWANIE LEKÓW. PIS I TRANSPLANTACJE

Na stronach Radia Maryja odnaleźć można tekst Agnieszki Żurek, w którym czytamy między innymi:

Kiedy rozmawiamy o cywilizacji śmierci, myślimy na ogół o eutanazji,
aborcji bądź uzależnieniach od alkoholu czy narkotyków. Rzadko kiedy umieszczamy w tym kontekście zjawisko problemów transplantologii. Dawstwo organów kojarzone jest na ogół pozytywnie, jako przejaw wielkoduszności i bezinteresownego działania na rzecz drugiej osoby.
aborcji bądź uzależnieniach od alkoholu czy narkotyków. Rzadko kiedy umieszczamy w tym kontekście zjawisko problemów transplantologii. Dawstwo organów kojarzone jest na ogół pozytywnie, jako przejaw wielkoduszności i bezinteresownego działania na rzecz drugiej osoby. Tymczasem podobnie jak próbuje się relatywizować moment początku życia, aby w ten sposób próbować szukać usprawiedliwienia dla zabijania dzieci poczętych, manipulacje stosuje się także odnośnie do orzeczenia jego końca. Jeden z pragnących zachować anonimowość lekarzy badających zjawisko śmierci mózgowej stoi na stanowisku, że nie ma martwych dawców. – Popieram natomiast z całego serca przeszczepy od żyjących dawców spokrewnionych – mówi. Symboliczny rok 1968
Obok rewolucji obyczajowej, rozwoju ruchów lewackich i innych zjawisk odrywających kulturę europejską od jej chrześcijańskich korzeni, w tymże właśnie roku doszło także do zmiany definicji śmierci. Do 1968 r. za śmierć uznawano ustanie czynności oddechowych i akcji serca. W 1968 r. natomiast zaproponowano zdefiniowanie na nowo zjawiska śmierci poprzez wprowadzenie kategorii śmierci mózgowej. Ta definicja pojawiła się w tzw. deklaracji z Sydney sformułowanej na 22. spotkaniu Światowego Stowarzyszenia Lekarzy. Tego samego dnia także specjalna komisja powołana na Uniwersytecie Harvarda zaproponowała uznanie śmierci mózgu za kryterium wystarczające do orzeczenia zgonu. Redefinicja pojęcia śmierci związana jest z rozwojem transplantologii. – W nowej definicji śmierci mówi się wprost lub pośrednio o pobieraniu narządów do przeszczepów – zwraca uwagę ojciec dr Jacek Norkowski, autor głośnej książki podejmującej zagadnienia etyczne dotyczące orzekania śmierci pt. "Medycyna na krawędzi". Warto również zauważyć, że ciałem doradczym w sporządzaniu harwardzkiego dokumentu była organizacja Transplant Advisory Panel, co zdaniem ojca dr. Norkowskiego wskazuje na to, iż mógł on powstać na zamówienie lekarzy transplantologów. Tekst harwardzkiego dokumentu nie zawiera żadnego medycznego uzasadnienia zmiany kryteriów orzekania zgonu. Wprowadza jednak istotne zmiany dotyczące sposobu postępowania wobec pacjentów, otwierając niejako furtkę do relatywizacji w sposobie podejścia do chorych. Od tamtej pory zaczęto używać enigmatycznego terminu "zwłoki z bijącym sercem", co w jednoznaczny sposób sugerowało, że mamy do czynienia z osobą nieżyjącą”. 
Przywołany w tekście Jacek Norkowski to dominikanin i lekarz. Podwójne wykształcenie wykorzystuje jako atut do głoszenia między innymi takich poglądów, jakie znaleźć można WPolityce.pl:

„Śledził Ojciec losy 17-letniego Kamila z Wrocławia, u którego stwierdzono śmierć mózgową i za zgodą ojca ale wbrew woli matki chciano od niego pobrać narządy do przeszczepu? Chłopak zmarł, ale temat przeszczepów jest aktualny. Kto miał rację w tym konkretnym przypadku?O. Jacek Norkowski OP: Moim zdaniem rację ma mama i wszyscy ci, którzy domagali się leczenia. Problem polega na tym, że polskie procedury de facto nie przewidują leczenia ludzi z urazem mózgu. Wszystko co się robi, to przywrócenie krążenia i obserwowanie, czy stan pacjenta będzie się pogarszał, czy nie. Gdy się nie pogarsza, to jest dobrze, próbuje się chorego wybudzić itd. Jeśli natomiast jego stan zaczyna się pogarszać, stosuje się barbiturany, które jednak w przypadku dużego urazu mózgu nie wystarczają. Wówczas wzrasta ciśnienie śródczaszkowe  i dochodzi do wtórnego uszkodzenia mózgu. W tym czasie zamiast przeprowadzić na przykład kraniotomię (otwarcie czaszki w celu uzyskania dostępu neurochirurgicznego do mózgu - przyp. red.), którą prof. Talar jako chirurg powiatowy robił w takich przypadkach już 30 lat temu, to teraz nie robi się nic i czeka, aż stan chorego na tyle się pogorszy, że będzie można orzec śmierć mózgową i zgodnie z prawem pobrać narządy. Dobrze jest, jak się oczywiście spyta rodzinę o zdanie, ale jeżeli nie zapobiega się rozwojowi obrzęku mózgu, to nie dopełnia się według mnie istotnej części działania lekarskiego, które powinno być obowiązkowe. Więc te procedury są absolutnie wadliwe.Dlaczego procedury w Polsce są tak szokująco niekorzystne dla pacjentów z uszkodzeniem mózgu?Te procedury ułatwiają pobieranie narządów. Tu nie ma jakiejś heroicznej walki o chorego, tylko przywrócenie krążenia po to, żeby narządy były ukrwione, czekanie aż mózg obrzęknie i pobranie narządu. To jest procedura całkowicie ukierunkowana na pobieranie narządów, nie na leczenie. Pozostawienie tego bez debaty publicznej jest niedopuszczalne, bo potem mówi się, że wszystko jest zgodne z prawem. No i jest, bo takie mamy procedury, ale lekarza obowiązuje jeszcze sumienie i zdobywanie dostępnej wiedzy. Lekarz nie może zasłaniać się procedurami, on powinien działać w interesie chorego. To jest zasadnicza część powołania lekarskiego.Czy przeszczepianie narządów z Ojca punktu widzenia w ogóle nie jest do przyjęcia?Zabrzmi to kolokwialnie i dosadnie, ale ja skupiam się na problemie zabijania ludzi na narządy. Natomiast problem przeszczepiania narządów jest szerszy, bo można je pobierać w taki sposób, żeby nie powodować śmierci dawcyCo jakiś czas słyszymy o kolejnych sukcesach w dziedzinie transplantologii. Nie robi to na Ojcu wrażenia?Jest wiele osób, które uważają, że w ogóle jest to trochę błędny kierunek w medycynie. Ja też uważam, że to jest coś, co się nigdy w nic wielkiego już nie rozwinie i prawdziwym przełomem będzie regeneracja narządów za pomocą komórek macierzystych własnych, a nie pochodzących np. od mordowanych zarodków. Już teraz pobiera się je od samego pacjenta i technika idzie tak szybko do przodu, że za jakieś 10 lat przynajmniej w krajach bogatszych stanie się to dość powszechne, łącznie z regeneracją mózgu. Do Polski też to w końcu dojdzie. I to jest przyszłość. Każdy przeszczep zostaje odrzucony - taka jest zasada. Organizm nie uznaje przeszczepu za coś własnego, w związku z czym chory nigdy nie wraca do zdrowia i pełni sił. Cały czas musi brać leki immunosupresyjne, które są piekielnie drogie. Człowiek z przeszczepem twarzy szuka teraz pieniędzy na to, żeby opłacić te leki, których koszt to nawet kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie.Te koszty mają znaczenie w dyskusji na temat przeszczepów?Leki immunosupresyjne zmniejszają sztucznie odporność organizmu, żeby tolerował przeszczep. Ale to naraża człowiek na śmierć z powodu infekcji i chorób. Także to nie jest wcale takie szczęśliwe rozwiązanie. Stoją za tym raczej wielkie pieniądze firm farmaceutycznych, dla których każdy człowiek na przykład z przeszczepioną nerką, bo takich przeszczepów jest najwięcej, to żyła złota. Bo taki chory, albo jego system ubezpieczeniowy, musi wydać kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie na to, żeby on żył”.


Ze środowiskiem mediów o. Tadeusza Rydzyka czy fornda.pl związany jest również filozof Bogusław Wolniewicz. Jego zapatrywania na przeszczepy są następujące:

„«Od dawna uważam, że tzw. transplantacje, czyli przeszczepy, są w istocie nową postacią ludożerstwa. Wprowadzanie ludożerstwa do naszej cywilizacji oznacza dla niej głęboki przewrót». […]Prof. Wolniewicz jest przekonany, że transplantologia stanowi zagrożenie dla naszej cywilizacji. «Nie można niszczyć cywilizacji, żeby dogodzić paru ciężko chorym – mówił profesor, po raz kolejny używając mocnych słów i określając przeszczepy jako “żerowanie na trupach»”.

Całe to środowisko przez przedstawicieli obozu aktualnie rządzącego uważane jest za depozytariusza prawdy. „Zwracam się do wielebnego ojca dyrektora. Zwracam się z podziękowaniem za to wszystko, co uczynił dla polskiego Kościoła, dla Polski. Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa. Ojciec dyrektor skromnie siedzi, a powinien wstać. Nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja. Nie byłoby. […] To zwycięstwo potrzebowało prawdy i ludzi, którzy prawdzie służą. Którzy służą Polsce. Którzy są patriotami. To zwycięstwo jest także potwierdzeniem jednej prawdy. Fundamentem polskości jest Kościół i jego nauka. I że nie może być Polski bez Kościoła” — mówił Jarosław Kaczyński na obchodach 24 rocznicy powstania Radia Maryja.

Dziś przeczytałem, że nowa lista leków refundowanych uderza w pacjentów po przeszczepach. Nie znalazły się na niej Prograf (jego cena wzrośnie z 3,20 do 159.09 zł.) i Valcyte (cena pójdzie w górę z 3,20 do 1417,5 zł.).
Warto także przeczytać tekst o skutkach działań Zbigniewa Ziobry dla polskiej transplantologii. Znaleźć go można tutaj

W świetle powyższych cytatów i ideowego zaplecza rządu można pytać, czy to tylko przypadek? 

niedziela, 27 grudnia 2015

ŚWIĘTA RODZINA, REGNERUS I LOGIKA EKONOMII

“Madonna, Lover and Son” by Becki Jayne Harrelson


„Kwestia małżeństwa jednopłciowego jest dla mnie szczególnie interesująca ze względu na to, jak odnosi się do niej hierarchia kościelna. Od 1 w. po Chrystusie model rodziny przekazuje nam Kościół pod postacią Świętej Rodziny. Przyjrzyjmy się jej. W Świętej Rodzinie ojciec nie jest ojcem: Józef nie jest przecież ojcem Jezusa. Syn nie jest synem: Jezus jest synem Boga, a nie Józefa. Józef nigdy nie kochał się ze swoją żoną. Matka – no, tak, jest matką, ale pozostaje dziewicą. Mianem Świętej Rodziny nazywał elementarną strukturę pokrewieństwa Lévi-Strauss. Ta struktura w zasadniczy sposób zrywa ze starożytną genealogią opartą na filiacji: na filiacji naturalnej, na uznaniu rodzicielstwa i na adopcji. W Świętej Rodzinie odpada zarówno wątek filiacji naturalnej, jak i uznania ojcostwa – zostaje tylko adopcja. A więc od czasu Ewangelii wg św. Łukasza Kościół proponuje nam jako model rodziny elementarną strukturę ufundowaną na adopcji: nie chodzi już o to, by płodzić dzieci, ale by się odnaleźć i wybrać. Do tego stopnia, że przecież jesteśmy rodzicami, ojcem, matką, dopiero gdy powiemy dziecku: „wybraliśmy cię”, „adoptuję cię, bo cię kocham”, „to ciebie chcieliśmy”. To działa też w drugą stronę: dziecko wybiera swoich rodziców, bo ich kocha. W tym sensie, przynajmniej według mnie, stanowisko Kościoła wobec małżeństw jednopłciowych jest kompletną tajemnicą – przecież ten problem rozwiązano już dwa tysiące lat temu! Doradzałbym katolickim hierarchom, żeby przeczytali raz jeszcze Ewangelię według św. Łukasza – albo żeby się wreszcie nawrócili”
— pisał Michel Serres. 
“Jesus has Two Daddies” (2011) by Andrew Craig Williams
Narracja ewangeliczna i słowa filozofa czytam w tym roku przez pryzmat Pieśni nad Pieśniami. W świątecznym numerze Faktów i Mitów Tomasz Kozłowski przypomniał ważne studium biblisty André LaCocque’a. LaCocque dowodzi, że ta księga biblijna napisana została przez kobietę. Wstęp, w którym jako poetę wskazuje się Salomona, jest dodatkiem służącym oderotyzowaniu tekstu i nadaniu mu charakteru alegorycznego (kobieca bohaterka Pieśni staje się alegorią Mądrości). Wybór Salomona jako symbolicznego autora księgi biblijnej nie jest zresztą przypadkowy – uważano go bowiem za autora licznym utworów poetyckich, a także za wybornego kochanka, który był w stanie sprostać 700 żonom-księżniczkom i 300 żonom drugorzędnym (1 Krl 11, 3). Bohaterką Pieśni jest kobieta – młoda i zamożna (tekst mówi jasno i tym, że ma piękny dom, posiada płaszcz, obnosi się z pachnidłami i biżuterią). Jest także kobietą wolną, przez co należy rozumieć zarazem to, że jest niezamężna, jak i to, że nie podlega ojcu, ale jest panią sama dla siebie (co ciekawe, w tekście księgi nie pojawia się w ogóle postać ojca bohaterki, ona zaś – wbrew zwyczajom – zaprasza oblubieńca do domu swojej matki). Mówi ona wyraźnie: „Moja własna winnica należy do mnie”, nie jest zatem ani własnością mężczyzny, jedną z kobiet w haremie, ani podopieczną braci, których obowiązkiem była ochrona siostry „w okresie przed jej małżeństwem”. Miłość, jaką deklaruje mężczyźnie, jest jej wolnym wyborem. Nie da się jej ani kupić, ani zaaranżować, ani wywołać poprzez małżeństwo. Sens tej miłości nie daje się także sprowadzić do prokreacji – zbliżenie erotyczne ma tu wartość samą w sobie, niezależną od płodności i wymogu przedłużenia rodu.  LaCoque ... stawia tezę, że autorka Pieśni nad pieśniami nie tylko chwali woloną kobietę i wolną miłość, ale dokonuje świadomej desakralizacji namaszczonego języka religii jahwistycznej. Pochwała erosa, wolnej miłości, która wiąże wolą kobietę z oblubieńcem, jest oddana w poezji na wskroś naturalistycznej, takiej, która budzi niepokój i zachęca do zabiegów cenzorskich.

El Greco
Miriam z Nazaretu doskonale wpisuje się w wolnościową perspektywę Pieśni nad Pieśniami. W sposób wolny zgadza się na macierzyństwo, zachowując dystans zarówno do orędownictwa anioła, jak i do Józefa. W tekstach ewangelicznych widzimy ją zawsze w towarzystwie syna, nigdy męża. A gdy Jezus umiera na krzyżu oddaje ją w opiekę jednego ze swoich uczniów, choć nic nie wiadomo z opowieści nowotestamentalnej, by jej mąż miał już nie żyć. Niewielkie wzmianki o Miriam nie pokazują jej ani jako podporządkowanej instytucji małżeństwa, ani jako podporządkowanej mężowi, ani jako podporządkowanej „naturalnemu zadaniu kobiety”, czyli prokreacji. Na początku stoi jej wolność i jej zgoda, do tego stopnia, że Józef — wierny prawu swojej religii — ma zamiar oddalić Miriam jako małżonkę, która sprzeniewierzyła się normom związanym z małżeństwem. Jak podaje ewangeliczny tekst, pozostaje po interwencji niebios. Ale interwencja ta usprawiedliwia model życia opartego na miłości odległy od kanonów religii instytucjonalnej, które później tak odważnie krytykować będzie Jezus.

Jestem ciekaw, do jakich wniosków doszedłby Marek Regnerus, gdyby dane by mu było „zbadać” Święta Rodzinę. W swoim niesławnym (z powodu dyskwalifikujących błędów metodologicznych), a wciąż kolportowanym przez pewne środowiska Raporcie udało mu się tak naprawdę ustalić, że „patologiczne warunki dorastania skutkują patologiami wychowawczymi”. Twierdzi również, że dzieci, które nie wychowywały się w „nienaruszonej biologicznie rodzinie” wypadają gorzej w odniesieniu do wybranych przez niego parametrów, w tym również znaczna ich część jest homo- lub biseksualna.

Warunki dorastania Jezusa na pewno nie były różowe. Żył w kraju, w którym 90% obywateli żyła poniżej progu ubóstwa, a 50% zysków oddawano na podatki. Władza Rzymian w Judei sprawowana była „poprzez wysoko postawiony kler kierujący świątynią. Jest rzeczą pewną, że wysoko postawieni duchowni kupowali tytuły i przywileje od Rzymu, płacąc za nie żywym złotem. Każdego dnia w świątyni składano ofiarę ku czci cezara”. Dorastał w rodzinie, odbiegającej w znaczący sposób od związku realizującego się podług akceptowanych reguł i norm. Szybko zresztą uciekł od rodziców, pozostając w świątyni. Jak podaje Łukasz, rodzice szukali go, a po odnalezieniu Miriam zapytała: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». Odpowiedź Jezusa nie jest czuła, jest wręcz — z punktu widzenia rodziców — niemiła i niezrozumiała”  «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» . Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział”. Nowy Testament daje nam wskazówki, że rodzina Jezusa później się rozpadła. Józef znika z jej kart, Miriam zaś przebywa w bliskości syna, by w końcu zamieszkać ze wspólnotą apostołów (zob. wieczernik w kontekście zesłania Ducha Św.). Wiemy także, że później Jezus wybrał sobie jako własne środowisko ubogich rybaków, celników, prostytutki, tych wszystkich, którzy dla społeczeństwa tamtej doby uchodzili za wyrzutków i grzeszników. Ewangelia mówi nam o szczególnie silnej więzi uczuciowej łączącej Jezusa z jednym z uczniów. Tradycja poucza o jego niezwykłej relacji z Marią Magdaleną. To była jego rodzina, w odróżnieniu od rodziny biologicznej. Bracia w Jezusa nie wierzyli (zob. J 7,5), a nawet sądzili, że Jezus odszedł od zmysłów (MK 3, 21). Wymowna jest w tym kontekście scena z Ewangelii Marka (3, 31-5). Opisuje on, jak matka i krewni Jezusa rozpytywali o niego na dworze. Jezus tak komentuje ten fakt: „«Któż jest moją matką i [którzy] są braćmi?».  I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: «Oto moja matka i moi bracia.  Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką»”, odnosząc te słowa także do Miriam, występującej w tym fragmencie w opozycji do syna. W końcu Jezus od początku działa ze świadomością, że musi oddać swoje życie za życie dla wielu – mamy więc, nie patrząc na pobudki, jawny suicydalny rys jego osobowości.

Gdybym był Regnerusem, mógłbym sobie poużywać. Dla konserwatywnego modelu rodziny mamy tu jak na widelcu same patologie, których produktem jest ambiwalentny, być może biseksualny, Jezus, otaczający się społecznymi wyrzutkami i dążący do autodestrukcji.

Sam widzę w tej opowieści coś zupełnie odmiennego. Mianowicie, widzę niespotykany poziom wrażliwości na społeczne wykluczenie. Dostrzegam umiejętność widzenia człowieka niezależnie od społecznych standardów, które reglamentują kto może, a kto nie może być „człowiekiem naprawdę”. Jezus nie głosi zbawienia poprzez karierę w strukturach władz, poprzez puchnące konta bankowe, zmyślność w posługiwaniu się ludźmi czy sztywny ceremoniał religijny, którego celem jest umacnianie wiary w siebie jako „dobrego człowieka”. Nie mówi też, uświęca nas miłość tylko wtedy, gdy wpisuje się w sztywne normy religijne i prawne, a służy zasadniczo prokreacji.
Dorastając w „patologicznych” warunkach — bez biologicznego ojca, bez zrozumienia w rodzinie, w kraju potwornej biedy i segregacji ludzi – Jezus odrzuca „logikę ekonomii” i pokazuje, że jej prawa nie są obiektywne, uniwersalne i nie znoszące sprzeciwu. Towarem nie jest choćby miłość — dlatego może mieć umiłowanego ucznia, i, jak chce tradycja, w szczególny sposób umiłować Marię Magdalenę. Dlatego może odkrywać ludzką twarz prostytutek, celników i grzeszników, którym „łatki i stygmaty” przypisuje dominująca logia utowarowienia i ekonomii. Z tego też powodu jest szaleńcem — bo nie zmaga się ze swoimi czasami za pomocą reguł oficjalnej gry, ale za pomocą działań inspirowanych zupełnie odmienną, obcą tamtemu światu logiką. Tę wrażliwość wyniósł pewnie także z dorastania, w swojej rodzinie, w jej środowisku, w swoich czasach. A taka środowiskowa lekcja spotkała go przecież bardzo szybko — Święta Rodzina musiała uchodzić do Egiptu, by uciec przed żądną krwi logią ekonomii i władzy.

Myślenie o Świętej Rodzinie i o Jezusie, który w niej wyrastał, zawsze otwiera moje serce na nowe perspektywy i pokazuje mury, które sam w swoim sercu wznoszę. Choćby dlatego że „myślenia ekonomią” uczy się nad od powijaków i często, nieświadomie, natykamy się na jej ograniczenia w sobie i w życiu. Ale są mury, które warto kruszyć i lekcja chrześcijaństwa jest tu bezcenna.
Co prawda jedne krzyczą, że związki jednopłciowe są jałowe. Ale czy jałowy nie był Józef — jeśli wierzyć, że „bracia Jezusa”, to tylko jego kuzyni? Czy jałowy nie był sam Jezus? A jak bardzo był płodny! I jak bardzo zmienił oblicze swoich czasów, religii, zadań, które stoją przed ludźmi!


sobota, 5 grudnia 2015

ŚWIADEK

Nie wiem, czy zawsze granice naszego języka, to granice naszego świata. Niekiedy jest tak na pewno. Co ciekawe, słuszność tej tezy dociera do mnie na ogół  w momencie, gdy cudzy język i stojące za nim doświadczenie wywołują we mnie déjà vu, bardzo głębokie poczucie, że doświadczyłem czegoś bliźniaczo podobnego, że czyjś język jest (niemal) moim językiem, a nasze światy są wspólne.
W ciągu zaledwie kilku dni odczułem to dwukrotnie. Może lepiej byłoby powiedzieć, że wciąż to odczuwam, bo z wrażenia déjà vu nie mogę się otrząsnąć. Wszystko zaczęło się wraz z lekturą nowego numeru Repliki, który otwiera wywiad z Krzysztofem Charamsą. Nie jestem ani zawodowym teologiem, ani (nieco wbrew swoim pragnieniom z czasów liceum) nie zostałem tzw. „duchownym”. Moje zaangażowanie instytucjonalno-religijne było jednak kiedyś bardzo duże i mocno konserwatywne. Wprawdzie nie sięgam pamięcią, kiedy uświadomiłem sobie odmienność mojej seksualnej orientacji i tożsamości, pamiętam jednak doskonale życie ukrytego geja-katolika. Gdy Charamsa mówi, że jako ukrywający się ksiądz-homoseksualista czuł się „Jak śmieć. Jak odpad. Jak niebyt”, czuję, że mogę powiedzieć dokładnie to samo. Pamiętam też destrukcyjne poczucie samotności, które starałem się przekroczyć szukając wspólnoty, w której jednocześnie mógłbym zmagać się ze swoją seksualnością, walczyć z „wewnętrznym nieuporządkowaniem moralnym” i budować bliskie, katolickie więzi. Żeby to wszystko było możliwe, chciałem jak najlepiej rozumieć doktrynę, w tym doktrynę o tym, kim jest człowiek. Mocno wciągnąłem się wtedy w neoscholastykę, stopniowo rosło moje przywiązanie do katolicyzmu „trydenckiego”. Tak samo gwałtownie rosło poczucie niespójności wewnętrznej.

W tej samej Replice znalazłem informację o książce Roberta Rienta Świadek. Zaciekawiła mnie jej charakterystyka – „to opowieść non-ficton o ucieczce ze szczególnego więzienia – więzienia dla mózgu. Łukasz urodzony w rodzinie świadków Jehowy opowiada o wykluczeniu chłopca z <kociej wiary> w Polsce lat dziewięćdziesiątych, o wykluczeniu i odrzuceniu przez rodzinę po odejściu od religii. To opowieść o poszukiwaniu tożsamości w oparach Boga, seksu, medytacji, narkotyków, kobiet i mężczyzn. A w końcu, to opowieść o dojrzewaniu do akceptacji swojej orientacji seksualnej”. Zacząłem tę książkę czytać wczoraj przed zaśnięciem i nie mogłem się od niej oderwać, dopóki nie doszedłem do końca. To niezwykła autobiograficzna opowieść, w której zobaczyłem odbicie siebie samego. I która zmusiła mnie by znów, ale silniej niż kiedyś, zadać sobie pytanie o to, czy instytucje religijne, które zatracają zmysł niepoznawalności Boga i chcą wyrokować w Jego imieniu o losach ludzi i świata, nie są mimo wszystkich różnic podobne czy wręcz takie same: równie opresyjne, feudalne i zupełnie nieczułe na człowieka? Czy efektem ich misyjności nie są podobnie przetrącone ludzkie losy, poturbowane emocje, niszczone więzi? Eo ipso – czy „obiektywne systemy wartości”, „prawa naturalne” itede itepe nie są tylko i wyłącznie narzędziami władzy, choć pokazywane są jako ochrona dla tego co arcyludzkie – osobowej godności, miłości etc.?

Rient opisuje świat, który wielu ludziom zwyczajnie nie będzie mieścić się w głowie. To świat pełnego podporządkowania

— żony mężowi i kobiety mężczyźnie
„Mężczyzna może zdobywać kolejne stopnie w hierarchii. Przywilejem kobiet jest sprzątanie Sali Królestwa i udział w krótkich scenkach dotyczących głoszenia. Mogą jak mężczyźni zgłaszać się i odpowiadać na zadane pytania, mogą głosić, ale przede wszystkim powinny się uczyć „w cichości z całym poddaniem się ” (1 Tm 2:11).
Kobietom nie wolno publicznie przemawiać, modlić się, prowadzić wykładów, krytykować wypowiedzi braci starszych.
„Kobiety mają na tych zgromadzeniach milczeć; nie dozwala się im bowiem mówić, lecz mają być poddane” (1 Kor 14:34).
Jeśli – w wyjątkowych sytuacjach – w zebraniu nie uczestniczy żaden ochrzczony mężczyzna, wtedy mogą modlić się i prowadzić spotkanie, ale muszą nakryć głowę, zazwyczaj chustą. „Każda zaś kobieta, modląc się lub prorokując z odkrytą głową, hańbi swoją głowę” (1 Kor 11:5)”.

— więzi rodzinnych, więziom „duchowym”
„29 grudnia jadę z rodzicami do Holandii na ślub brata, bezwyznaniowca, który żeni się z niepraktykującą katoliczką. W urzędzie stanu cywilnego wszyscy siadamy przy okrągłym stole, uroczystość trwa krótko. Idziemy na kolację do domu, następnego dnia wracamy do Polski.
Tatę wzywają na komitet. Obecnością na ślubie syna wyraził poparcie dla tego, co nie podoba się Bogu.
22 stycznia 2004 roku, po ponad dwudziestu latach służby dla Jehowy, za niesubordynację traci stanowisko starszego zboru. Ląduje na samym dole hierarchii, niżej niż kilkunastoletni chłopcy biegający w trakcie zebrania z mikrofonem między odpowiadającymi na pytania.
[…]
Nad trumną stoi cała rodzina. Nikt z zewnątrz nie widzi, że stoimy w dwóch grupach. Świadkowie razem i razem ci, którzy odeszli. Kończy się przemówienie brata starszego.
Ciało babci, którą odwiedzałem w szpitalu, leży przysypane ziemią.
Podchodzę do kuzynki, tej, z którą jeździłem na ośrodki, której nie odważyłem się powiedzieć, że wiem, jak to jest chcieć umrzeć. Podchodzę do niej z wyciągniętą ręką. Kuzynka patrzy na mnie i mówi: znasz zasady. Odchodzę.
Próbuję jeszcze z ciotką, mamą Diany, ona też nie podaje mi ręki.
I jeszcze jedna ciocia, kochałem ją przecież nie tak dawno i bardzo mocno. Odwraca się, idzie do męża.
Wracam do rodziców. Mam do nich szczęście. Wbrew temu, co nakazuje organizacja, nie wyrzekli się niewierzących synów.

Osoba wykluczona jest gorsza od ludzi ze świata. Świadkowie Jehowy nie mogą jej mówić dzień dobry, w sensie dosłownym.
Wykluczony może chodzić na zebrania, ale nikomu nie wolno z nim rozmawiać. Jeśli świadek Jehowy znajdzie się z kimś takim w jednym środku transportu, nie powinien się komunikować z wykluczonym, nawet jeśli jest to samochód, którym wszyscy jadą na zebranie.
Kto podejmuje samodzielną decyzję o odejściu od religii, uzyskuje taki sam status jak wykluczony. Uporczywe utrzymywanie kontaktów z osobą wykluczoną grozi wykluczeniem.
Jak należy traktować byłych wyznawców, określa przytaczana już tajna książka świadków Jehowy Paście trzodę Bożą, z której pochodzą zamieszczone niżej cytaty.
Nie każdy grzesznik zostaje wykluczony. Okazujący skruchę stają się naznaczonymi. To najlżejsza kara. Można zostać naznaczonym na przykład za umawianie się na randki lub przyjaźnienie z osobą spoza zboru.
Naznaczony wysłuchuje wykładu ostrzegającego w Sali Królestwa. „Jeśli starsi zboru zauważą, że ktoś postępujący nieporządnie zawstydził się i zmienił swe zachowanie, to mogą indywidualnie zdecydować, iż nie muszą już ograniczać z nim kontaktów towarzyskich. Będzie to wskazówką dla zboru, że dana osoba nie jest już naznaczona”.
Więź duchowa jest nadrzędna wobec rodzinnej.
Rodzicom, których dorosłe dzieci zostały wykluczone, zaleca się zerwanie z nimi relacji. „Sprawy rodzinne mogą sporadycznie wymagać nawiązania z taką osobą kontaktu, ale powinien się on sprowadzać do niezbędnego minimum”.
Członkowie rodziny, którzy utrzymują kontakty z wykluczonymi, mogą się spodziewać napominającej rozmowy ze starszymi zboru. Gdy rodzina mieszka pod jednym dachem z osobą wykluczoną, nie będzie wzywana na komitet za utrzymywanie z nią kontaktów.
[…]
Wykluczony zazwyczaj nie ma gdzie wracać. Traci wszystko, co znał, i wszystkich, których znał. A nawet jeśli to, co znane, było iluzją – dawało poczucie bezpieczeństwa. Na wykluczonych czeka obcy, na początku bardzo samotny świat. Powinni cierpieć i żałować. To ma wzbudzić tęsknotę i chęć powrotu do organizacji.
Wykluczenie „pomaga utrzymać zbór w duchowej czystości”, powiedziane jest w „Strażnicy” z 15 listopada 2006 roku.
Wykluczeni zazwyczaj wolą, by nazywać ich wyzwolonymi”.

— teraźniejszości wyczekiwanemu Armagedonowi i „zbawieniu” „W artykule Tymczasowi osiedleńcy w niegodziwym świecie opublikowanym w „Strażnicy” z 15 listopada 2011 roku napisano: „Czujni chrześcijanie powstrzymują się od używania tego świata w pełni w kwestii wyższego wykształcenia. Wiele osób w tym systemie rzeczy uważa je za warunek osiągnięcia prestiżu i dostatniego życia. Ale my, chrześcijanie, jako tymczasowi osiedleńcy, zmierzamy do innych celów. Zachęcamy młodych chrześcijan, by dążyli do celów duchowych, zdobywając jedynie wykształcenie umożliwiające zaspokajanie podstawowych potrzeb”” […] „Aktorstwo było zakazane, podobnie jak wszystkie kierunki artystyczne, odpadała również politologia i filozofia, najgorsza. „Ludzkie filozofie i plany już nieraz sprowadzały nieszczęścia na całe społeczeństwa”, pozostające „pod wpływem demonicznych duchów”, napisano w książce Prowadzenie rozmów na podstawie Pismz 2001 roku. Filozofowaniem świadkowie pogardliwie nazywali gorące dyskusje na tematy niezwiązane z prawdą”) itd., itp.

Rzeczywistość religijna świadków Jehowy opiera się na sztywnej hierarchii. Wiąże się z tym publikowanie specjalnych wydawnictw, przeznaczonych do lektury wyłącznie dla określonych grup wierzących. Podział przebiega także między tymi, którzy przeznaczeni są do królowania z Jehową w niebie, a tymi, którzy żyć będą na odmienionej Ziemi. „Czternastego dnia miesiąca nisan, pierwszego w żydowskim kalendarzu religijnym (przełom marca i kwietnia), świadkowie Jehowy obchodzą jedyne święto – Pamiątkę śmierci Jezusa Chrystusa. Podczas godzinnego wykładu brat starszy przypomina Ostatnią Wieczerzę, czyta Biblię i modli się. Wyznawcy przekazują sobie z ręki do ręki przaśny chleb na talerzu i czerwone wino w kieliszku. Symbole ciała i krwi Jezusa, w języku wyznawców „emblematy”. Mogą je spożywać wyłącznie ci, którzy pójdą do nieba. O tym decyduje powołanie, to się czuje. Powołuje sam Jehowa.
W 2014 roku w Pamiątce uczestniczyło ponad dziewiętnaście milionów osób, ale tylko czternaście tysięcy sto dwadzieścia jeden spożywało emblematy, podaje Rocznik Świadków Jehowy. To ostatni z liczby stu czterdziestu czterech tysięcy powołanych do królowania w niebie.
(W zborze w Szklarskiej Porębie wszyscy bracia i siostry czekali na życie wieczne w raju na ziemi, nie było nikogo powołanego do nieba. Gdy zapytałem Łukasza, co by się stało, gdybym zjadł kawałek chleba, spojrzał na mnie bardzo poważnie i wyznał, że zjadłbym wtedy własną śmierć)” – pisze Rient.
Negatywnie postrzegane są także kontakty wierzących ze „światusami": „Dina, córka Jakuba, ojca dwunastu synów, od których imion nazwane zostało dwanaście plemion Izraela, wybiera się do Kanaanu „popatrzeć na kobiety tego kraju” (Wj 34:1). Zostaje zgwałcona przez księcia Sychema, który później chce się z nią ożenić. Synowie Jakuba zgadzają się na małżeństwo, jeśli Sychem i wszyscy mężczyźni w mieście poddadzą się obrzezaniu. Trzeciego dnia po zabiegu bracia Diny, słudzy Jehowy, rabują miasto. Dzieci i kobiety uprowadzają w niewolę, a księcia i Kananejczyków mordują.
Dina została zgwałcona, ponieważ zaprzyjaźniła się ze światusami. Przysporzyła problemów swoim braciom i ściągnęła śmierć na Kananejczyków. Tę historię opowiada się już dzieciom świadków Jehowy. Ma być ostrzeżeniem przed tym, do czego prowadzą kontakty ze światem i gorszące zachowanie. A kto gorszy swoich braci, zasługuje na kamień młyński zawieszony na szyi i wrzucenie do morza (Mk 9:42). Bracia starsi nie stosują tej biblijnej techniki. Osobę, która zgorszyła współwyznawców, czeka tylko wizyta i napomnienie, czasami publiczne”.

Szacunek dla prawdy (pod tym terminem świadkowie Jehowy rozumieją swoją religię) oznacza, że nie zadaje się pytań i nie posiada się wątpliwości, unika się lektur uznanych za niewłaściwe, a ze świata nauki cytuje się wyłącznie te badania, które mogą się przydać dla uzasadnienia głoszonej religii. De facto stroni się także od dialogu -  rozmowie nie chodzi bowiem o poznanie, co myśli inny człowiek, ale o podzielenie się prawdą, którą się zna. I o dokonanie oceny:
„Świadkowie Jehowy nie chcą rozmawiać. Nie po to pukają do obcych drzwi. Przyszli nawracać. Nie są zainteresowani innym od własnego sposobem myślenia, oni znają prawdę. Teraz, wytrenowani na zebraniach, użyją wszystkich narzędzi i środków, by do prawdy zaprowadzić innych. Zrobią to z uśmiechem, życzliwie, rozumiejąc każdy problem, który dręczy człowieka dopóty, dopóki się nie ochrzci.
Wiedzą, skąd się wzięliśmy, jaki jest sens życia, co się dzieje po śmierci, dlaczego umieramy. Wszystko, co ważne, wiedzą. Na co dzień, zamiast obserwować, wolą oceniać.


Kilka lat temu mama Łukasza została wezwana na komitet za rozpasanie. Nabrała bowiem niezdrowego zwyczaju zgłaszania się na zebraniach i zadawania pytań, dzielenia się swoimi wątpliwościami. A rozpasanie to „czyny, które odzwierciedlają bezczelną, jawnie lekceważącą postawę. Uwidacznia się ona w braku szacunku lub nawet w pogardzie dla władzy, praw oraz norm Boga”. Starsi zboru stanowiący władzę znają się na normach Boga.
Publiczne krytykowanie nauk „Strażnicy” albo starszych zboru, opowiadanie na zebraniu o swoich wątpliwościach, zadawanie pytań podważających autorytet mężczyzn świadczy o rozpasaniu. Jest nim również:
„1. dobrowolne, ustawiczne i nieuzasadnione utrzymywanie kontaktów z wykluczonymi niebędącymi członkami rodziny,
2. seksualne molestowanie dzieci,
3. zabieganie o względy drugiej osoby bądź utrzymywanie z nią więzi uczuciowej, gdy nie ma biblijnego lub świeckiego prawa do zawarcie małżeństwa”.
Rozpasanie seksualne prowadzące do molestowania dzieci jest dla świadków Jehowy takim samym przewinieniem jak rozpasanie intelektualne prowadzące do zadawania pytań”.

Wątpliwości nie należy żywić choćby co do religijnej oceny homoseksualizmu. Same potrzeby homoseksualne są ościeniem, z którym należy się zmagać i próbować wyleczyć w ramach stosownej terapii. Akty homoseksualne zaś są z góry potępione:
„Po nieprzespanej nocy wsiada z tatą do samochodu. Muszą mnie zobaczyć. Biorą Biblię, „Strażnicę” i dwa dżemy. Ze Szklarskiej do Poznania jadą mniej niż pięć godzin.
To się da wyleczyć, mówią zamiast dzień dobry. Otwieram im drzwi po trzeciej. Wszystko, co wiedzą o homoseksualizmie, wiedzą ze „Strażnic”. Tato otwiera Biblię, czyta głośno.
Był Jezus? Był.
Był potop? Był.
Biblia jest słowem Boga? Jest.
Wszystko jasne? Jasne.
Wiedzą, że dla Jehowy nie ma rzeczy niemożliwych i że mogę sobie myśleć i czuć, co chcę, bylebym nie praktykował tego, co sodomici, to obrzydliwe, w kiszkę stolcową, do tego to się sprowadza, obrzydliwe, jak można. I zamaluj te napisy na ścianach.
„Nie ma mnie, strasznie mnie nie ma” 
[…]
„Mój heteroseksualizm jest do zrobienia, będę walczył o to, żeby być ojcem, mieć rodzinę. Andrzej zadał mi pytania:
Czy chcesz być ojcem?
Czy chcesz związku z kobietą?
Czy ojciec wciąż jest zazdrosny o mamę?
Czy mama wybrała cię na mężczyznę swojego życia?
Czy chcesz być heteroseksualistą?” – 24 października.
Na terapii docieram do obrazu pierwszego mężczyzny, który mi się spodobał. Miałem wtedy cztery lata.
Poszukuję patologii w tym, jak kocham.
Po kolejnej sesji już rozumiem, że jestem homoseksualistą od momentu, w którym heteroseksualiści stają się heteroseksualni. I przestaję walczyć, na zawsze.
Od teraz wymagam od rodziców akceptacji, której sam nie umiem im dać. Mają mi pomóc, mają mnie zaakceptować, mają to zrobić zaraz. Z miejsca, w którym jestem, droga wydaje się znacznie krótsza”.

Życie w tak opresyjnym środowisku odbija się, rzecz jasna, na psychice, na relacji człowieka do siebie samego i relacjach społecznych. Jedni stają się idealnie wytresowanymi żołnierzami słusznej sprawy, inni cierpią, podejmują się prób samobójczych, zdobywają się na odwagę odejścia ze wspólnoty religijnej. Jednak nawet w tym ostatnim przypadku nie da się przekreślić przeżytych wcześniej lat, nie da się zdjąć z siebie sposobu myślenia i czucia. Rient wskazuje na pułapkę, w jaką wpadł: religię Jehowy zamienił ma religię psychoterapii:
„Cztery razy zmieniał psychoterapeutów.
Terapia pomogła mu przeżyć nie tylko niewyrażony smutek, ale przeżyć w ogóle. Pomogła mu radzić sobie ze stratą, przemocą, cierpieniem. Wysyłał na nią wszystkich znajomych.
Niebezpieczne stało się rozsmakowanie w byciu ofiarą. W gabinecie z chusteczkami, pytaniem o uczucia i wpatrzonymi oczami terapeuty łatwo się nią stać”.

Pokazuje też, jak „religijny stygmat” utrudnia dostrzeżenie, czym jest związek. Pisze:
„Długo nie widział, że między jego związkiem a tym, czego nie dostał w dzieciństwie, rozpiął most. Przechadzał się po nim.
Związek miał go uratować, uzdrowić, nakarmić, wypełnić pustkę.
Będę cię teraz używał, człowieku, zapnij pasy, w imię miłości, amen”.
Ta sprawa wydaje mi się i szczególnie ważna, i szczególnie bolesna (może dlatego że znam ją z autopsji) — fundamentalistycznie przeżywana religijność w imię miłości niszczy zdolność kochania. Tę trzeba i można odbudować, ale pustka, samotność, głód drugiego człowieka wywołane przez religijne zakazy często gęsto powodują, że upajając się obecnością osoby, którą się kocha, oddając jej siebie, zawłaszcza się ją jak przedmiot, który przynosi radość, pociechę, satysfakcję.

Pisałem na wstępie o déjà vu, co oznacza, że świat geja żyjącego wśród świadków Jehowy przypomina mi moją własną biografię. To znaczy z kolei, że widzę wiele podobieństw między tamtą religią, a moim dorastaniem w Kościele rzymsko-katolickim. Tak, widzę wiele podobieństw, łącznie z tym, że na co dzień większość katolików pozbawiona jest dostępu do komunii pod dwiema postaciami, a więc do komplementarnego symbolu. Podobnie funkcjonuje hierarchia, podobny jest stosunek do kobiet. Podobny bywa też stosunek do światusów — uczono mnie, że bliskie więzi należy budować tylko z katolikami i to oddanymi sprawie, przestrzegano, bym nie brudził się światem. Jedynie dominikanie wiedzieli, że nie da się głosić Boga światu jeśli nie jest się częścią świata.
Patrząc na środowisko, dla którego emblematem niech będzie fronda.pl, widzę niechęć do teorii ewolucji ze wskazaniem na kreacjonizm jako pogląd właściwy, dostrzegam całkowite zamknięcie na badania psychologiczne, seksuologiczne, społeczne, które podważają doktrynalny obraz homoseksualizmu. Zauważam przekonanie, że homoseksualizm można poddawać terapii. Zamiast dialogu zaś spotykam się z monologiem, którego celem jest ocena — niepodlegająca zakwestionowaniu ocena wszystkich wokół.

Doświadczając życia w takim środowisku, żyjąc <jak nikt, jak śmieć, jak odpad>, odczułem książkę Rienta jak książkę o sobie, przy wszystkich bardzo dużych różnicach w naszej biografii. Zastanawiam się, co odkrycie tego podobieństwa ma mi powiedzieć? I co takie podobieństwa powinny powiedzieć światu. 


PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...