sobota, 30 listopada 2013

ŁÓDŹ W WARSZAWIE, CZYLI MUZYKA TKANA

Łódź ma ostatnio szczęście do sztuki.
Z nieukrywaną radością śledzę wszystkie doniesienia o reakcjach wywoływanych przez rodzime murale. 
Wciąż żywo pamiętam projekcje na Festiwalu Światła, żałując tylko, że nie wyszły poza fazę okazjonalności.
Do tej kolekcji pozytywów warto dorzucić także Muzykę tkaną Marcina Stańczyka, której prawykonanie dała wczoraj Sinfonia Varsovia.

***
Jak wyznaje sam kompozytor, pomysł na utwór zrodził się podczas odwiedzin w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Stańczyk rejestrował tam "pracę maszyn tkackich. Ich główną cechą jest miarowa pulsacja, indywidualna dla każdego urządzenia. Spostrzegłem, że gdy słuchamy jednej tylko maszyny, jej rytm jest bardzo wyraźny, jednak w miarę uruchamiania kolejnych i nakładania się pulsacji, jednostkowe rytmy zaczynają się jakby rozmywać. W miarę upływu czasu zaobserwowałem też zjawisko samosynchronizacji, niektóre pulsy zaczynały przemieszczać się w czasie i łączyć się z innymi tworząc jednolity, powoli zmieniający się w śpiew maszyn".

***
Ten autokomentarz wydaje mi się niezwykle cenny. Kapitalnie przybliża bowiem ramy, organizujące dziejącą się w orkiestrze treść. 
Kilkunasto-minutowa rapsodia (jak podkreśla Stańczyk rapsodia to rapto i ode, czyli tkana muzyka) rozpoczyna się onomatopeicznie - słuchać rozkręcająca się do pracy maszynę parową. Po tym następuję fenomenalne crescendo - nieco brutalnie, dysonansowo włączają się kolejne pracujące maszyny tkackie. Stańczyk korzysta tu obficie z ostrego konturu, różnicowania barwy, precyzyjnie zaplanowanej intensywności brzmienia. Jak dla mnie, korzysta tu także z polifoniczności, rozumianej tak, jak zaproponował to Lutosławski, czyli jako heterofonicznego wiązania ze sobą zindywidualizowanych pomysłów dźwiękowych (por. A. Chłopecki, PostSłowie).

Ta swoista kontrapunktyczność zlewa się coraz bardziej w obsesyjnie pulsujący, unisonowy śpiew, trochę jak u Philipa Glassa, rozegrany w planach przypominających pyszne chorały z symfonii XIX-wiecznych. Stańczyk bawi się tu kolorami, wytłumieniami, pokazując, jak ważnym elementem w tym perpetuum mobile jest cisza (Anna Chęćka-Gotkowicz w Umyśle i uchu przypomina, że naszej żargonowej pauzie we francuskim odpowiada zwyczajnie "cisza", a pauzom ćwierćnutowym i drobniejszym przypisano nazwę westchnienie). 
Ciszy, która pozwoliłaby zrodzić ten utwór i wysłuchać z pełnym zaangażowaniem niestety zabrakło. Grupa uczniów, okupująca tył sali, zachowywała się najzwyczajniej w świecie skandalicznie. Głośne rozmowy, przepychanki, brak reakcji na zwracane uwagi spowodowały, że kompozycja Stańczyka stała się rapsodią na orkiestrę i nieplanowany chór.
Brakowało mi też trochę kolorystycznej wrażliwości w samej orkiestrze. Zawodziło też niekiedy (zabolało mnie to zwłaszcza w kończącym wieczór Szostakowiczu) budowanie intensywności dźwięków. Ale składam to na karb akustyki sali i niskiego ciśnienia atmosferycznego. Wszak SV to zespół kapitalny.
Szkoda, bo utwór zasługiwał na wysłuchanie skupione i uważne. Mam nadzieję, że szybko będzie na to szansa. Może w Łodzi?

piątek, 15 listopada 2013

TĘCZOWE SPOŁECZEŃSTWO DEMONÓW

Nauczono nas, że w 1989 r. wygraliśmy walkę o wolność i demokrację. Mimo większych czy mniejszych kontrowersji pogląd ten jest ciągle przypominany i wpajany jak mantra - w mediach, w szkole, przy okazji różnej maści świąt i celebracyj. Coraz bardziej mam jednak wrażenie, że tamta walka była zwycięstwem pozornym i że dziś jest potrzebna i ważna bardziej niż kiedykolwiek. Być może jest nawet tak, że stawką zmian ustrojowych wcale nie była demokracja, ale większy zakres swobody. O ile przez demokrację rozumieć jej nowożytną postać, którą - za Heglem - dobitnie przypominał Marek Siemek. 
Ucieleśnieniem tej nowożytnej demokracji jest społeczeństwo obywatelskie, czyli takie, które składa się z jednostek wolnych, równych i racjonalnych. Istota tego społeczeństwa widoczna jest w autonimiczności każdej jednostki, a także w tym, że wszelkie normy - a więc ponadjednostkowy, intersubiektywny porządek - kształtuje się w grze dialogu, wykuwa w starciach i negocjacjach prowadzących nie do rezultatów o sankcji absolutnej, ale do konsensu, znajdującego ujęcie w kształcnie normy prawnej. Obowiązującej, ale podlegającej renegocjacjom i zmianom. W tak demokratycznym państwie patriotyzm staje się patriotyzmem konstytucyjnym, aktem zaufania wobec reguł praxis, które zapisane są w Konstytucji, stanowiąc punkt wyjścia dla ekspresji wolności indywidualnej poszczególnych jednostek. 

***
Tak rozumianej demokracji - i skorelowanej z nią antropologii - nie mieliśmy jednak szansy się nauczyć. Idzie bowiem w poprzek interesów jednego z głównych aktorów na rodzimej scenie politycznej - Kościoła rzymsko-katolickiego. Równość, wolność, wspólne kształtowanie społecznych wartości i norm, negocjowanie reguł działania i współżycia nie może bowiem stać się elementem doktryny zakładającej feudalne zhierarchizowanie, dogamtyczny przekaz życiowej teorii (istnieje tylko jedna prawda, do której poza Kościołem nie ma dostępu) i reguł postępowania (istnieje tylko jedno dobro, którego, poza Kościołem, nie da się zrealizować). 

Zastanawiając się nad źródłami agresji, zalewającej nasz kraj nie tylko 11 listopada, nad rosnącą falą nacjonalizmu, nad niszczeniem wszystkiego, co symbolicznie obce, warto pomyśleć także i o tym, jaką wizję świata przekazują u nas media i ludzie związani z Kościołem. Warto pomyśleć, nad kreśloną przez konserwatywne środowiska alternatywą: albo społeczeństwo polskie i katolickie, albo społeczeństwo demonów, szatanizm, sterowany przez żydowskie lobby skupione w lożach masońskich. 

***
Alternatywa to ciekawa, tak jak ciekawa jest charakterystyka społeczeństwa demonów. 
Co o nim wiemy?
Po pierwsze, jest ono społeczeństwem opartym na kłamstwie. Przy czym kłamstwo rozumiane jest jako wykroczenie poza prawo naturalne, jak bowiem (za Cyceronem) przypomina Piotr Jaroszyński, do prawa natury należy także prawo do poznania prawdy.
Po drugie, podstawowym wyrazem kłamstwa jest odejście od naśladowania natury. Wiadomo przecież - a nie ma co do tego wątpliwości ani Jaroszyński, ani Stanisław Krajski - człowiek nie jest w stanie stworzyć nic, co byłoby od natury doskonalsze. Jego sztuka, jego nauka, jego życie powinno wtedy wpisywać się w to, co naturalne, powinno służyć rozwojowi. 
Po trzecie, odejście od naśladowania natury jest także odejściem od natury człowieka, na którą składają się uniwersalne i niezmienne wartości i jakości, jak heterosekualność, potrzeba przedłużania życia gatunku, czy poznawanie tego, co służy najważniejszemu celowi człowieka: zbawieniu (Krajski mówi wprost: ciekawość odciąga człowieka od poznania siebie samego, od zabiegania o zbawienie, od rzeczy ważnych...). 

Społeczeństwo demonów, opierając się na takiej potrójnej negacji, jest społeczeństwem ludzi otwartych, ciekawych, zaangażowanych w rozwój nauki i sztuk, usposobionych pokojowo i tolerancyjne. 

Otwartość, tolerancja i irenizm są wyrazem zanegowania uniwersalnego porządku prawd i dóbr, tym samym stanowią zgodę na to, by nie pokazywać człowiekowi powinności (teoretycznych i praktycznych), pozwalających mu osiągnąć zbawienie.

Zaangażowanie w rozwój nauki czyni człowieka równym Bogu. Jak roił kiedyś mason-satanista Aldous Huxley można już dziś przeprowadzać korekty płci, można dokonać zapłodnienia in vitro, dynamiczny rozwój nauk społecznych daje narzędzia do zakwestionowania naturalnych ról społecznych. 

Zaangażowanie w sztukę zaś sprzyja pojawianiu się dzieł abstrakcyjnych, ezoterycznych i okultystycznych. A pierwszym wyrazem jest tu przewrót w architekturze - pojawienie się linii prostych, których w przyrodzie nikt nigdy nie widział.

***
Społeczeństwo demonów ma - rzecz jasna - swój kult. Zasadniczo jest nim kult matematyki, wyrastający wprost z miejszającej w uczciwym głowach żydowskiej kabały.

Społeczeństwo demonów ma także - rzecz jasna - skuteczne mechanizmy rozwoju. Zapewnia go w pierwszym rzędzie edukacja, której reforma trwa nieustannie od czasów PRL coraz lepiej produkując agentów ideologii. Zapewnia go także symbolika przestrzeni publicznej - świątynie wyznań innych niż katolickie, odnawianie przestrzeni związanych z żydami, czy ustawianie tęcz są tutaj dowodem wystarczającym.

Społeczeństwo demonów ma w końcu - rzecz jasna - swoje autorytety. Pierwszym z nich jest Kartezjusz, który nie dość, że rozmawiał z szatanem twarzą w twarz (w słynną noc na św. Marcina), ale pod jego dyktando stworzył satanistyczną antropologię, infekującą cywilizację po dziś dzień.

***
I gdy tak czytam wyznania monarchisty i ultrakatolika (tak ultra, że opuścił nawet struktury tradycjonalistyczne), ks. Rafała Trytka, że
- Palenie tęczy jest moralnie uzasadnione, choć nielegalne.
Prawo naturalne ma większą wartość niż pozytywne, czyli stanowione. To pierwsze pochodzi od Boga, a to drugie od człowieka, dlatego pod pewnymi warunkami można - odwołując się do prawa naturalnego - nie stosować się do przepisów prawa stanowionego, zwłaszcza jeżeli uderza ono w publiczną moralność. Z tego powodu palenie tęczy jest moralnie uzasadnione, choć nielegalne. Inna sprawa czy zawsze takie postępowanie jest roztropne.
- Ale niech mi Ksiądz nie mówi, że łysi i kibice to współcześni krzyżowcy walczący o cywilizację łacińską i takie tam…
Oczywiście ani skinheadzi ani stadionowi chuligani nie są krzyżowcami, którzy walczą za chrześcijaństwo, co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu stają po właściwej stronie i bywają przydatni, gdy trzeba zwalczać np. propagandę homoseksualną. Ich postępowanie często jest naganne, ale nie sądzę, żeby byli bardziej zdemoralizowani niż ogół społeczeństwa.
Gdy słucham [z mp3] wyznań Stanisława Krajskiego, który mówi, że spisek masonerii polega na uznaniu równości ludzi i traktowaniu jak braci wszystkich, bez względu na wyznawaną religię i różnice kulturowe, to modlę się w duchu, by nie zabrakło masonów - wolnych, twórczych i odważnych ludzi, dzięki którym społeczeństwo demonów zapanuje na dobre. Bo zaiste, demony te mają piękną, boską twarz. 

środa, 13 listopada 2013

ELEKTRYCZNY BACH. ORZECHOWSKI, MASECKI I ŁAGODZENIE OBYCZAJÓW

Muzyka łagodzi obyczaje - tak jak wszyscy znamy to powiedzenie, tak - bodaj - każdy z nas mógłby wskazać przykłady, które go nie poświadczają. Tak czy owak, w perspektywie tego wpisu chciałbym potraktować to zdanie serio. Płyta, którą pragnę zarekomendować, posiada bowiem nie tylko walory estetyczne, ale także istotny "społeczny sens".

Rzecz idzie o krążek bach rewrite, stworzony wspólnym wysiłkiem Filipa Berkowicza (pomysłodawca), Piotra Orzechowskiego, Marcina Maseckiego, Capelli Cracoviensis oraz Jana Tomasza Adamusa. Zarejestrowano na nim trzy Bachowskie koncerty: f-moll BWV 1056 i E-dur BWV 1053, pomyślane na klawesyn, oraz c-moll BWV 1062 przeznaczony na dwa klawesyny.  
Pomysł na płytę dotyczy dwóch spraw. Primo - połączenia temperamentów mało pokornych i jazzujących pianistów z zespołem orkiestrowym grającym w sposób "historycznie poinformowany". Secundo - zastąpienia klawesynów elektycznymi fortepianami Rhoda i Wulitzera. Choć - z perspektywy Bachowskiej - instrumenty te to szalona, dwudziestowieczna nowość, to z punktu widzenia współczesnej muzyki elektronicznej oba instrumenty są już zabytkami. Szczęśliwie wciąż cieszącymi ucho paletą barw i zupełnie odmiennym rodzajem dźwięku.

***
Spośród "wielkich krytyków" płyta nie przypadła do gustu Dorocie Szwarcman. W przeciwieństwie do Jacka Marczyńskiego, który napisał:

"Słucham od tygodnia, jak Piotr Orzechowski oraz Marcin Masecki traktują Bacha i nie mam dość. Ta muzyka żyje, pulsuje, choć pianiści nie odważyli się na nic obrazoburczego. W porównaniu z ich poprzednimi dokonaniami to dostojna klasyka.
Mnie zdecydowanie bliżej do Marczyńskiego. Uważam, że bach rewrite to płyta błyskotliwa, energetyczna, niezwykle barwna, smakowita w prowadzeniu frazy czy budowaniu napięcia. Wyważona w proporcjach brzmienia. No i na wskorś barokowa - w końcu barok był muzyką wolności, improwizacji, które pianiści wnieśli do tych koncertów w nadzwyczaj efektownych kadencjach. 
Wykonanie to przysłużyło się także samemu Bachowi. Jeszcze Ernest Zavarsky zastanawiał się nad sensem komponowania kocenrtów na więcej niż jeden klawesyn, obawiając się, że ich dźwięki zleją się w jedno i rozstrzygając, że Bachem nie kierowały w tej kwestii powody natury estetycznej. Zróżnicowanie jakości i kolorystyki dźwięków między instrumentami Rhodes'a i Wulitzera pozwalają cieszyć się tą podwójną fakturą, pokazując, że stoi za nią estetyka, a nie (przynajmniej nie tylko) zapotrzebowanie collegium muzyków.  

***
A co ma z tym wspólnego łagodzenie obyczajów?
Myślę, że krążek ten pokazuje dwie, ważne społecznie, sprawy. 

Po pierwsze, że owocny dialog między tradycją, a tym, co nowe, jest możliwy. I że raczej służy tradycji, niż ją niszczy. W dobie dyktatu "historycznej wierności" muzycy pokazali na tej płycie, że w muzyce najważniejsza jest "prawda dzieła", którą każde pokolenie powinno przyswoić sobie na nowo. 

Po drugie, że to, co twórcze, kreatywne, jest zawsze owocem wolności. Tyle że wolność nie jest gestem kompletnego anarchizmu (ten pewnie jest niemożliwy, oznaczałby przecież pustkę aksjologiczną, brak materiału do tkania dzieła), ale odważnym przekształceniem tradycji, zmierzeniem się z nią, zaktualizowaniem jej przesłania. 

Jak widać, polscy artyści rozumieją to doskonale. 
Jak widać, dzięki wolności-do-bycia sobą, a więc dzięki osobowości, udaje im się stworzyć nową jakość, która cieszy i sprawia satysfakcję.

Nie strach przed nowością, ale i nie strach przed tradycją, za to otwarte i twórcze czerpanie z tego, co było.
Nie strach przed innym, ale uznanie się w swojej wolności i równości.
Gdyby to, co (między innymi)  pokazuje ten krążek stało się naszym doświadczeniem - może 11 listopada przyszłego roku? - wtedy muzyka zaiste złagodziłaby obyczaje

piątek, 8 listopada 2013

ŻĄDZA WIEDZY JAKO PRZEDSMAK INNEGO SWIATA. O KANCIE I O KSIĄŻCE ARTURA BANASZKIEWICZA

Choć propagowany w naszym kraju (neo)liberalny kurs rozbija więzi wspólnotowe zastępując je agresywną walką - o punkty, granty, miejsce w hierarchii ekonomicznej etc. -, idea solidarności zawodowej niezmiennie pozostaje mi bliska. Zwyczajnie wierzę we współpracę. Wierzę w to, że bez opartego na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa dialogu nie rodzą się najtrafniejsze idee. Wierzę w to, że architektura budynków - bądź otwartych, dynamicznych i sprzyjających relacjom, bądź zamkniętych, nieprzejrzystych, sprzyjających izolacji, mają wpływ nie tylko na nasze samopoczucie, ale także na efektywność tego, co robimy. Wierzę w korporacyjność uczących się i nauczających, w służebne i sprzyjające budowaniu więzi posłannictwo dziekanów i wyższych władz. A wierząc, lubię czuć się dumny.
Dumny, z sukcesów moich przyjaciół - by wspomnieć Pawła Grabarczyka i Nagrodę im. Hiżów, którą ostatnio zdobył.  Dumny z sukcesów kolegów, z którymi łączą mnie więzi mniej bądź bardziej serdeczne, w większym czy mniejszym stopniu zawodowe, by wspomnieć Marka Kozłowskiego, finalistę Konkursu o Nagrodę im. Skargi czy książkę napisaną wspólnie przez Katarzynę de Lazari-Radek i Petera Singera. 

***
Dużą radość sprawiła mi ostatnio rozprawa habilitacyjna Artura Banaszkiewicza zatytułowana Między światem dostępnym zmysłom a transcendencją. Kanta krytyka rozumu jako próba nowego ufundowania metafizyki. Jak sądzę warto nie tylko zwrócić na nią uwagę, ale kolportować informację o jej pojawieniu się. Wprawdzie nie podano w niej wielkości nakładu, ale nie sądzę, by Wydawnictwo UŁ znacząco poprawiło się w tej kwestii. Ciągle też szwankuje szersza dystrybucja wydawanych w nim prac. 

Książka Banaszkiewicza jest efektem pasji i rzetelnego wysiłku badawczego, co widać doskonale w sposobie prowadzenia narracji. Banaszkiewicz używa języka prostego i precyzyjnego. Sprawnie argumentuje, nie przytłacza ilością cytatów, precyzyjnie określa zakres swoich analiz. Jednocześnie unika językowej oschłości, w wywodzie czuje się emocje, znać, że w książce toczy się gra, której stawka ma dla niego istotną wartość. Co ważne, zabierając głos we własnym imieniu, w pełni świadom, że jest egzegetą Kantowskiej spuścizny, bardzo blisko towarzyszy źródłom; idzie mu o to, by nie reprodukować poglądów od lat kursujących w literaturze sekundarnej, ale by poddać je "próbie oryginałów".

***
Banaszkiewicz zrywa swoją książką z dominującą w Polsce "epistemologiczną interpretacją filozofii Kanta" (15). Banaszkiewicz łączy tę tradycję z autorytetem Marka Siemka (15), ale sądzę, że epistemologiczne postrzeganie filozofii Kanta jest u nas starsze i łączy się silnie z działalnością Władysława Tatarkiewicza. Z tym ujęciem wiąże się pokutujące u nas przeświadczenie, że Krytyka czystego rozumu jest książką gruntującą przyrodoznawstwo, a także że Kantowska refleksja doprowadziła do destrukcji metafizyki.
Banaszkiewicz uważa, że głównym problemem Kanta i jego Krytyki czystego rozumu jest metafizyka i "jej ufundowanie jako nauki" (15), przy czym nie tylko objaśnia on funkcjonujące w pracach Kanta pojęcie metafizyki, ale jasno pokazuje drogi, które - zdaniem filozofa z Królewca - mają stanowić zasadny sposób wykraczania poza 'obszar możliwego doświadczenia'.  Krok ten pozwala pokazać komplementarność Kantowskich Krytyk, jasne staje się również, dlaczego w filozofii Kantowskiej naczelne miejsce należy się metafizyce moralności ("ostateczny cel metafizyki jest zatem natury praktycznej..." czytamy na stronie 92).

***
Wytyczony sobie cel realizuje Banaszkiewicz w dwóch krokach. W Części 1 zajmuje się tekstami poprzedzającymi Krytykę czystego rozumu, po to, by umieścić tę książkę we "właściwym horyzoncie hermeneutycznym" (57). Samej Krytyce poświęca zaś Część 2 pracy.
Pokazuje w niej metafizykę jako naturalną dyspozycję rozumu; jako "filozofię formy", "filozofię podmiotu a nie przedmiotu", filozofię "warunków, pod którymi jedynie ludzki czysty rozum może wydawać sądy" (Kant, Reflexion 4146, za: 79).

Moją intencją nie jest streszczanie analiz Banaszkiewicza, chcę raczej zachęcić do samodzielnej lektury jego pracy. Wspomnę zatem tylko o momentach w moim odczuciu szczególnie cennych.
Banaszkiewiczowi udaje się pokazać Kanta jako myśliciela przy pracy. Odrzuca on bowiem zakorzenione w powszechnej opinii przekonanie o tym, że spuściznę Kanta daje się sztywno podzilić na okres przedkrytyczny i krytyczny. Banaszkiewicz pokazuje raczej komplementarność spuścizny filozofa z Królewca, wydobywa na jaw postępujące stopniowo przesunięcia w pojmowaniu przez niego pojęć, pokazuje elementy myślenia "dogmatycznego", których Kant niegdy nie porzucił. 
Uważny czytelnik znajdzie tu refutację tezy o tym, że Kant nie znał tradycji arystotelesowskiej i scholastycznej (nota bene po lekturze rozważań na temat teologii transcendentalnej (teologii praistoty) i teologii naturalnej pomyślałem automatycznie o Tomaszowym podziale traktatu o Bogu na traktat o boskiej naturze, a dopiero potem na teologię Boga jako osoby). Przekona się także o "znikomości" wpływu Wolffa na rozważania Kanta (idzie o to, że Baumgarten, główny bodaj punkt odniesienia dla Kanta był wolffianistą w mniejszym stopniu, niż się przypuszcza). Znajdzie także wielce inspirujący passus o związkach filozofii Kantowskiej ze Swedenborgiem (151-155), w tym o Kantowskiej wizji przyszłego życia jako stanu, w którym naoczność cielesna zostanie zastąpiona naocznością duchową. 
Nade wszystko zaś znajdzie czytelnik pole do współmyślenia, sugestie, co do pola dalszych badań (dla mnie szczególnie istotne jest pytanie o związek oświecenia z tradycją ezoteryczną, którą, jak sugeruje Banaszkiewicz, trzeba by zbadać na nowo).

***
"Nauki są luksusem intelektualnym, który daje nam przedsmak tego, czym będziemy w życiu przyszłym" - napisał Kant (za: 151). "...żądza wiedzy - komentuje Banaszkiewicz - staje się znakiem przynależności człowieka do innego świata" (150). 
Mało to popularny pogląd w dzisiejszych czasach, ale książka Banaszkiewicza jest argumentem na rzecz ich prawdziwości. Tak samo jak piękno myślącej współlektury. Do której szczerze zachęcam.

poniedziałek, 4 listopada 2013

O TOLERANCJI. PAMIĘCI TADEUSZA MAZOWIECKIEGO

Pośród mniej bądź bardziej patetycznych pożegnać towarzyszących pogrzebowie Tadeusza Mazowieckiego moją uwagę przykuły proste, mądre słowa opublikowane na Facebooku przez Lożę Kultura. Były takie, jak należy, to znaczy nie zatrzymywały na sobie, ale kierowały uwagę ku postaci Mazowieckiego i - co zapewne ważniejsze - ku ideom czy wartościom, które były mu bliskie.
Czytając ją przyszła mi na myśl pochylona sylweta Mazowieckiego, z laską w dłoni, nakrytą głową, jego spokojny, powolny krok, gdy mijaliśmy się w zeszłoroczne wakacje na uliczkach Nałęczowa. A okazji do takich mijanek było wiele - sąsiadowaliśmy bowiem przez płot; Mazowiecki odpoczywał u "skrytek", a ja - wraz z Tomkiem - w sąsiedniej willi-pensjonacie.
Pamiętam swoje rozmowy z Tomkiem - postać Mazowieckiego zawsze kierowała je ku Polsce, ku sytuacji społecznej, ku politycznemu status quo, ku nadziejom spełnionym i niespełnionym. Mieliśmy nawet ochotę podejść do Niego, zagadnąć, zapytać, czy nie cierpi patrząc na to, co przez te dwie dekady stało się z idełami Solidarności, co stało się z ludźmi, co stało się z marzeniami o dobrobycie.
Nie mieliśmy dosyć odwagi, by zakłócać mu spokój, mącić ciszę, niepokoić. Dziś żałuję tego braku odwagi. Straciłem (straciliśmy) okazję spotkania z człowiekiem, którego tworzyły wartości, który z tymi wartościami był autentyczny. Autentyczny przez to, że Jego idee, jego wartości naznaczone były zmaganiem, cierpieniem, walką, częściowym przynajmniej fiaskiem. Który był żywym przykładem tego, że lewicowy katolik - jak pisano o Nim ostatnio - nie jest oksymoronem, który przypominał, że możliwy by dialog między różnymi środowiskami, gdy połączyła je idee. Przypominał, jak wyrzut sumienia. 

***
Dziś właśnie tak myślę - że wiarygodne są te idee, którym nie przysługuje "nieznośna lekkość bytu", czyli te, które wymagają zmagania, przekraczania siebie i innych, trudu, który hartuje. Ich przykład daje choćby Ludwik Hess, pisząc, jak przywiązanie do wartości narodu, do tradycji, do równości jako fundamentu relacji z innymi, budziły tarcia i zmagania pośród centralno-europejskim lóż, pielęgnujących idee wolności, równości i braterstwa. 

***
Ta pamięć o przeszłości, ideowy ciężar, wysiłek patrzenia wstecz by patrzeć przed siebie jest dobrym sposobem obrachunku. Obrachunku samej idei. I obrachunku siebie, swojej wiarygodności, swojej postawy, która zachęcać ma przykładem, a nie obligiem.

Myśląc o sylwecie Mazowieckiego przystanąłem przed szybą jednego z antykwariatów. I zoczyłem dawną rozprawkę Janusza Tazbira pt. Dzieje polskiej tolerancji. Pomyślałem wtedy, że najlepszym uczczeniem odejścia Mazowieckiego, najlepszą formą pożegnania, najpiękniejszą postacią a-dieu, tego świeckiego z-Bogiem, będzie obrachunek z ideą tolerancji. 

***
Bliski mi tzw. późny Derrida, czyli ten, który z nadzwyczajną wrażliwością na energię słów namyślał się nad darem, gościnnością, polityką, terroryzmem czy przyjaźnią, przyznał się, że nie lubi idei tolerancji. Dla niego bowiem słowo to uwikłane jest w sposób nieusuwalny w relację władzy. "Tolerancja jest zawsze - pisze Derrida - po stronie 'rozumy silniejszego', gdzie 'potęga jest słuszna; jest ona dodatkowym znakiem suwerenności, jej dobrym obliczem, która ze swojego wzniosłego miejsca mówi innym: 'Pozwalam wam być, robię wam miejsce w moim domu, ale nie zapominajcie, że jest to mój dom...'". Tolerancja zatem jest formą dyktowania warunków, pobłażliwym spojrzeniem na inność, której nie wolno się rozwijać i rozprzestrzeniać, która musi dostosować się do moich praw, do mojej tradycji, do pamięci mojej wspólnoty i do dominującego w niej języka. Mówiąc jeszcze inaczej tolerancja to granica, poza którą traci się przyzwoitość, to warunkowa akceptacja i przeczulona w swej ostrożności gościnność. 
Poza tym wszystkim, źródłowo, tolerancja to miłosierdzie okazywane przez wyznawców prawdziwej religii innym, błądzącym, których co prawda można nie palić na stosie, ale których trzeba traktować z pobłażaniem i misyjną nadzieją.

***
Spostrzeżeniom Derridy trudno odmówić przenikliwości. Jednak to, co dla niego jest wadą, dla mnie w wielu punktach jest zaletą. 
To prawda, że idea tolerancji obrośnięta jest wieloma mało atrakcyjnymi znaczeniami, piękno tej idei polega jednak na tym, że tolerancję konstytuuje ruch znoszenia, transgresji. Pamięć zmagań zaś, pamięć blizn, pozwala ufać, że ucieleśniana tolerancja pozwoli uniknać dawnych błędów. 
Pomocnym memento może tu być przywołana rozprawka Tazbira.

Pokazuje on jej począki w refleksji nad statusem średniowiecznym nie-chrześcijan, w wysiłku, by uznać w nich bliźnich mających takie same prawa państwowe jak te, które przysługiwały członkom Christianitas.
Wskazuje, jak wielkiej transformacji wymagało rozumienie tolerancji w momencie, gdy inny przeniósł się z zewnatrz chrześcijańskiego świata do jego wnętrza - w postaci spluralizowanej grupy wyzwań "heretyckich".
Odsłania, jak mniejszość może być bardziej represyjna od większości w momencie, gdy idzie nie o idee, a o polityczno-społeczne przywileje, tak jak w przypadku kaliwnistów bezpardonowo występujących przeciwko lewicowo usposobionym braciom polskim (programowo uznawali ono równość ludzi, unieważniając podział na społeczne stany).

Nadzwyczaj cenne jest także to, że Tazbir pokazuje, jak genetycznie religijna idea tolerancji musiała - prawami "wewnętrznej logiki" - poszerzać się na inne dziedziny życia. Choćby wolność kultu religijnego pociągnęło za sobą przekonanie o prawie do wolności zrzeszania się, a wolność propagowania poglądów religijnych przekuła w przekonanie o tym, że jednym z naczelnym uprawnień jest wolność druku. Sytuacja Polski, w której zróżnicowanie religijne związane było także ze zróżnicowaniem etnicznym (Ormianie, Tatarzy, Karaimi), owocowało w końcu tolerancją związaną z uznaniem i uszanowaniem odrębności etnicznej.

***
Mając w pamięci to wszystko, a jednocześnie myśląc o solidarnym przymierzy w walce o demokratyczną Polskę chciałoby się powiedzieć, że tolerancja nie jest ostrożną gościnnością, ale szacunkiem dla wolności i odmienności tych, których spaja wspólny cel, wspólne wartości o humanistycznym, arcyhumanistycznym obliczu.
O tę ludzką twarz naszego świata warto, jak sądzę, dbać. Tym bardziej, że w jej proklamowaniu, także prawnym, byliśmy niegdyś awangardą Europy.

czwartek, 31 października 2013

DAR MIŁOŚCI PRZECIW SILE PRZEMIJANIA. O ODCHODZENIU NA WSCHÓD

Rok za rokiem nadchodzą kolejne dni, których atmosfera służy wspominaniu i tęsknocie. Za tymi, którzy odeszli ku słońcu. Z nadzieję, że odeszli raczej w stronę Wschodu, gdzie budzi się światło przemieniające człowieka na zawsze, niż ku Zachodowi, gdzie szybko popada się w ciemność. 

Okno na inny świat otwiera się w bardzo różny sposób. Dla mnie najbardziej poprzez skrzypcową chaconne Bacha, z jej kunsztowną polifonią, cierpkimi harmoniami, pełnym spokoju i słodyczy bólem, który przenosi poza doczesność dając do zrozumienia, że takie przenosiny nie są proste i wymagają nieustannej pracy ducha i ciała.
Tłum za tym oknem, tłum na Wschodzie, pęcznieje. 
Samoczynnie budzą się we mnie wspomnienia lubelskich rozmów z Witoldem Strawińskim. Pustkę po tej stornie życia powiększył niedawno Patrice Chereau, jeden z ostatnich tak prosto, a tak głeboko opowiadających o doli człowieka. 
Piotr Orawski, który nim sam odszedł medytował:
"Słowa te dla wielu z nas wydają się wręcz absurdalne. Bo co to właściwie znaczy nie być? Nie istnieć?  Nie żyć? Wyjść z obszaru pamięci naszych bliskich, których już w ich świadomości nie ma, bo poszli tą drogą, którą każdy z nas pójdzie? To kłopotliwe i trudne pytania. Kłopotliwe, bo każdy myślący człowiek ma świadomość własnego odchodzenia i umierania, trudne, bo sfera wiary, choćby nie wiem jak żarliwej, wcale nam w tej sprawie nie pomaga. Ryszard Przybylski swój znakomity esej o poezji mego zmarłego blisko dwadzieścia lat temu przyjaciela, księdza Janusza Pasierba, zatytułował Poezja wiary tragicznej. Tylko z pozoru tytuł ten sprawia wrażenie oksymoronu. W rzeczywistości jest dotknięciem tego, co w naszej egzystencji, w naszym byciu na ziemi, jest projekcją naszego niebytu. Oto początek tego przejmującego tekstu: Uważnemu czytelnikowi poezja Janusza Pasierba jawi się przede wszystkim jako przesłuchanie ciała. Nie osłuchanie, lecz właśnie przesłuchanie. Współczesna antropologia filozoficzna zapewnia nas, że ciało wiąże się z <<dziedziną mowy>> i jest pierwszym <<słowem>>, jakie wypowiada każdy człowiek. Niech tedy odpowie na dręczące nas pytania. Nowy Testament poucza nas, że człowiek nie tyle <<ma ciało>>, ile <<jest>> ciałem. Niech tedy poeta, przesłuchując je jak najsprawiedliwszy sędzia, dowie się od swego <<jest>>, jak i po co istnieje. Pytać ciało znaczy albowiem tyle, co pytać o istotę człowieczeństwa i poszukiwać dróg naszych przeznaczeń. Co jest jednak istotą człowieczeństwa? Bycie czy niebycie? Wydaję mi się, a nawet jestem tego pewny, że niebycie po krótkim byciu tu, na Ziemi. Dlaczego niebycie? Dlatego, że może zostać po nas wiele książek, obrazów, kompozycji, dzieł architektury i wiele jeszcze innych utworów sztuki, nauki, kultury i cywilizacji, ale to nie wypełni tej pustki, o której mówi Kot w pustym mieszkaniu, jeden z najbardziej poruszających wierszy Wisławy Szymborskiej. Nieobecność i niebycie jest czymś o wiele gorszym niż sama świadomość śmierci bliskiego człowieka. Śmierć kogoś, którego kochamy jest doświadczeniem bardzo bolesnym i nie sposób wyczerpać otchłani tego bólu. Niebycie jest inne, jest uporczywe, jest boleścią,, ale zarazem milczeniem, już nie krzykiem, nie rozpaczą. Jest stanem constans. I jest świadomością nieodwracalności tej sytuacji. 

***
Poczucie pustki, tęsknota, szukanie okien otwierających na Wschód, niezgoda na niebyt - wszystko to bierze się z wiary.
Wiary najbardziej prostej i najzwyczajniej świeckiej, tej, która winna być podstawą naszego istnienia
"wiary w człowieka, w ludzkie możliwości" [Julia Hartwig]. 

Ale praktyka tej wiary, jej forma, jej liturgia, prowadzi do paradoksu. Często bowiem nieobecni są Ci, którzy pozostają pośród nas, ale zerwali więzi, wykluczyli, porzucili, wymazali. Ci zaś, co odeszli fizycznie, są nieustannie, istnieniem nieskrępowanym czasem i przestrzenią. Jak Pani Teresa, obecna w myślach, w emocjach, w swoich pracach o języku Norwida, w zdjęciach. Ta obecność to właśnie obcowanie świętych, podwójność, dwupostaciowość świata. 

Praktyką wiary w człowieka jest bowiem miłość, która "wyklucza tylko wykluczenie" [Michel Serres]. A "dar miłości jest formą przeciw silne przemijania" [Julia Hartwig]. 

poniedziałek, 28 października 2013

ŚWIĘCI POLSCY: WITELON A HALLOWEEN


W jednym ze swoich tekstów Piotr Jaroszyński napisał, że sojusz postkomunistów z liberałami, kontynuujący walkę z Kościołem i suwerennością narodu polskiego zapoczątkowaną jeszcze przez carat, doprowadził do zagłady naszej pamięci wspólnotowej. Jego zdaniem zbyt mało pamiętamy o naszych świętych, jeśli już, to raczej kojarzymy ich z tym, co negatywne. Tracimy tym samym glębę, żyzną glębę, z której wyrasta tożsamość autentycznego Polaka, który karmi się prawdą, dzięki czemu zna "obiektywne stany rzeczy", a społeczne mechanizmy potrafi rozsądzać podług sprawiedliwości. Jaroszyńki podkreśla także, że lekarstwem na niepamięć jest książka Feliksa Konecznego, Święci w dziejach naordu polskiego.

***
Praca Konecznego jest zaiste wyjątkowa. Na tyle, że raczej przestrzegałbym przed jej czytaniem niż traktował jako remedium na jakąkolwiek bolączkę. Napisana w stylu popularnym, bez potrzebnego aparatu krytycznego i komenatrza, przemyca wypracowaną przez Konecznego teorię cywilizacji, podług której cywlizacje, pojmowane jako "metoda ustroju życia zbiorowego" dają się opisać do do ich istoty. Pozwala to na ich hierarchizację, na szczycie której stoi cywlizacja chrześcijańsko-łacińska. A niżej różnej maści barbarzyństwo.
W książce tej przeczytać możemy choćby tyle, że średniowiczne Niemcy nie należały właściwie do cywilizacji łacińskiej. Schrystianizowane powierzchownie uległo urokowi cywilizacji bizantyńskiej i turańskiej z ich kultem władzy, rozdziałem prawa i moralności czy zamiłowaniem do tortur oraz okrucieństwa. Święci niemieccy, którzy trzymali się Rzymu i papieża zawsze byli przyjaciółmi Polski. Pozostali nawracali siłą, dokonywali zaboru ziem, ich duchowieństwo wysługiwało się politycznym interesom władców. Co więcej, świadomie dokonali nawet barbaryzacji Europy i przerwali szlak chrystianizmu - sprowadzając z Azji Madziarów, ucieleśnienie cywilizacji turańskiej z jej zrównaniem konkubinatu, poligamii i monogami czy religijnym indyferentyzmem. (Sposób budowania opowieści dobrze oddaje ten, skrajnie już kuriozalny, fragment: "Nastąpiło porozumienie obu cesarzy, niemieckiego i carogrodzkiego, żeby poniżyć stolicę Piotrową i papieża zrównać z carogrodzkim patriarchą. Carogrodzki był sługą i narzędziem kajdzara, podobnie i rzymski biskup miał być narzędziem kajzera. Po bizantyńsku cesarz nazywa się kajdzar, a Niemcy ten tytuł z Bizancjum przyjąwszy, trochę go tylko zniemczyli. I w tym jeszcze dowód i wskazówka, skąd czerpali swą umiejętność polityczną o urządzaniu państw, i o stosunku między narodami).

W jednym jednak z Konecznym i Jaroszyńskim się zgadzam, aczkolwiek połowicznie.
To prawda, że nasza pamięć wspólnotowa wymaga pielęgnacji. Albowiem, jak napisał Koneczny, "żyjemy spadkiem po przodkach"; swiadomość spuścizny pozwala nam rozsądzać, co ze spadku trzeba przyjąć, a co odrzucić.
Zgadzam się z nimi połowicznie, bo uważam, że pamięć ożywiać trzeba wobec świętych narodu rozumianych nie religijnie, a wspólnototwórczo. Zwyczajnie jako ważnych, szczególnie ważnych dla naszej teraźniejszości antenatów.

***
Pierwszym z tych, których chciałbym przypomnieć, jest mistrz Witelon.
Przypomniał go swego czasu Witold Jabłoński swoim pięcioksięgiem Gwiazda Wenus - gwiazda Lucyfer.
Jabłoński wykorzystał postać Witelona by skontrastować go z instytucją Kościoła katolickiego. Złączył z Witelonem miłość do mężczyzn, miłość do wiedzy i miłość do władzy. Jego bohater nie stroni od namiętności, angażuje się w polityczne intrygi, bywa trucicielem, oddany jest nauce. Aby tym silniej podkreślić jego demoniczność Jabłoński wymyśla pakt z diabłem i krok za krokiem pokazuje, jak demony sprawują nad Witelone kuratelę, której elementem jest pozbawianie go złudzeń.

Zło Witelona nie jest jednak złem substancjalnym. Żeby je zrozumieć nie potrzebna jest demonologia, a Bataille - Witelon jest zły, bo odbiega od społecznych norm. Jest indywidualistą, który służy dobry własnej społeczności, który szuka doświadczenia humanistycznego, który szuka dróg wolności. Jego zło kontratusje bowiem ze Złem Kościoła - ze spaleniem bogu ducha winnych kobiet posądzonych o czary, z intrygami politycznymi, lekceważeniem ubogich, mimo i wbrew głoszonym oficjalnie poglądom. Złem Kościoła jest także - a może przede wszystkim - utrwalanie zabobonów, wprowadzanie magiczności w to, co daje się zrozumieć rozumem przyrodzonym.

Swojego Witelona przedstawia Jabłoński jak następuje:
"Ja, Witelo, syn Turyngii i Polski, zaczynam wspaniałą i straszną historię mego żywota. Czytelnik, który odnajdzie kiedyś owe zapiski, winien mieć niejakie rozeznanie w  bieżącej chwili. Moje życie i jego wieloletni dorobek są zagrożone. Nie dbam o to. Jestem w wieku, co się zowie Matuzalemowym, i nie pragnę dłużej żyć. Chwilami wydaje mi się, że  docierają tutaj przez grube mury krzyki prześladowców, ich zdyszane nawoływania. Są podnieceni, mają nadzieję zamordować lub wydać w ręce oprawców potwora i czarnoksiężnika, za jakiego mnie uważają, zresztą nie bez racji. Oczywiście niemożliwe, abym ich słyszał. Wiem jednak, że są tam na górze i plądrują pracownię w poszukiwaniu

sekretnego zejścia do podziemi. Nadzieja znalezienia skarbów dodaje im sił. Dopóki nie natrafią na ruchomą ścianę, dopóki nie przedrą się przez zwalone schody i nie sforsują solidnych żelaznych wrót mej tajemnej piwniczki, dopóty jestem bezpieczny. Odczuwam spokój podobny rezygnacji skazańca, nad którego głową zawisł topór, i nieszczęśnik wie, że nic gorszego spotkać go już nie może. Bliskość śmierci nie przeraża mnie, ostatnimi czasy wyglądałem jej niczym najmilszego gościa. Nie spodziewałem się jednak, że przyjdzie w tak gwałtownej postaci.
W przeddzień zdarzenia wyznaczającego kres mego losu na tym padole miałem sen. Raczej koszmar, który nawiedzał mnie niekiedy i ostrzegał przed zagrożeniem. Śniłem o  starej kobiecie, zamkniętej w płonącym młynie. Otaczał ją niczym ognista klatka i nie  pozwalał uciec. Wokół walącego się domostwa tańczył krąg rozradowanych wieśniaków,  wywijających pochodniami, widłami i motykami. Nie sądziłem, że tym razem ujrzę po przebudzeniu ów dawny obraz na jawie, zmartwychwstały pod oknem. Raz jeszcze mogłem przekonać się, że wszelkie przeczucia, wróżby i przepowiednie prawie nigdy nie wpływają na ludzkie losy. Albowiem musi wypełnić się czas i ludzkie przeznaczenie. Wierny
przeznaczeniu, które każe mi obserwować i zapisywać przez całe moje zbyt długie życie,  objaśniwszy knot lampki oliwnej, zasiadłem do pulpitu. Mam zapas piór, inkaustu, pergaminu. Pod dostatkiem jedzenia i picia. Sporo oliwy, a nawet dostęp świeżego powietrza. Czegóż pragnąć więcej? Chyba tylko dość czasu, bym mógł dokończyć rozpoczęte właśnie, spisywane dobrą łaciną wspomnienia. To już jednak nie zależy ode mnie. Zanim rzeczywiście zacznę opowieść, czytelnik powinien także powziąć wyobrażenie o moim wyglądzie. Jestem wysoki; kiedy przemierzam zatłoczoną krakowską ulicę, moja głowa wznosi się ponad falą ludzkiego tłumu. Ta głowa nazywana bywała przez wtajemniczonych przyjaciół dowcipnie „łbem kruka”, pewnie z powodu kruczoczarnych włosów, opadających w lekko skręconych puklach aż na ramiona, i wydatnego nosa, który ja wszakże wolałbym mienić orlim. Wysoko sklepione czoło zdobią zrośnięte, mocno zarysowane brwi, spod nich patrzą przenikliwie na świat złe oczy. Ich barwę trudno określić, stanowi zagadkę dla mnie samego. Przyjmijmy,  że kolor zmienia się w zależności od nastroju – gdy bywam melancholijny, przybierają odcień szaroniebieski, rozweselone stają się zielonkawe, przebłyskują złotymi nitkami. Dlaczego więc określiłem je słowem „złe”? Ponieważ wielu ludzi bało się ich spojrzenia i uciekało przed nimi jakby od uroku.  Blask mych oczu przygasł ostatnio, krucze sploty przyprószyła siwizna. Zachowałem natomiast większość zębów, brzemię lat nie przygarbiło szczupłej sylwetki. Nadal mogę uchodzić za męża w sile wieku, nie starca. Zwłaszcza oglądany z daleka. Cóż to jednak może znaczyć dla mnie, który i tak znam doskonale liczbę swoich wiosen i zim. Odziewam się czarno, jak przystało uczonemu. Sądzę,  że to na razie wystarczy, aby dać czytelnikowi pojęcie, z kim ma honor przestawać. Jeśli dobrze odmalowałem swój portret, ufam, że zaciekawi go moja historia, podobna do niejednej baśni albo rycerskiej romancy, jakich  słucha się długo w nocy przy ogniu. W odróżnieniu od tamtych jest jednak prawdziwa i solennie przyrzekam nie kłamać. Nie jestem podobny do sławetnego kronikarza Wincentego, z powodu ułomności zwanego Kadłubkiem, który w dziele swoim nałgał, ile wlezie. Od wyznań tamtego  świątobliwego osła, wyrykującego nieszczerze swe winy w liście do młodziutkiego przyjaciela, Rudolfa (będę jeszcze miał okazję powrócić do tej sprawy), moje opowieści zdają się barwniejsze. Mienią się niczym fale rwącej rzeki w dzień wiosenny, gdy co chwila lazur rozświetlonego słońcem nieba zasnuwają ciężkie, brzemienne ulewą i piorunami chmury, aby wkrótce znów ustąpić jasności. Mienią się jak moje oczy, których tylu ludzi się lęka. Ale dość o tym! 

***
Witelon Jabłońskiego jest zasadniczo kreacją. Informacje o tym XIII wiecznym mistrzu są bowiem dosyć skąpe.
Wiemy, że jego ojcem był wrocławski mieszczanin Henryk z Żętyc. Nie znam zaś nazwiska jego matki. 
Witelon uznawał się za Polaka, w swoich pismach rodzinny Śląsk określał jako Polska, Polską też nazywał swoje miejsce zamieszkania. 
Jego kariera uniwersytecka prowadziła go przez Paryż (Wydział Sztuk) i Padwę - gdzie nie tylko ukończył Wydział Prawa, ale także nauczał geometrii i komentował Arystotelesa. Odwiedził także dwór papieski w Viterbo - celem studiowania ksiąg -, gdzie zaprzyjaźnił się z Wilhelmem z Moerbecke. 
Wilhelm zachęcił go do rozwoju zainteresowań optyką, zresztą nie tylko zachęcił, ale i wspierał, tłumacząc na użytek Witelona optyczne i matematyczne działa Archimedesa, Eutokiosa, Apoloniusza, Herona czy Ptolemeusza. Witelon zaś, w dowód wdzięczności, zadedykował mu traktat O perspektywie ksiąg dziesięć

***
Tym, co przesądza o wielkości Witelona są właśnie badania optyczne, ale nie tylko.
W badaniach nad optyką Witelon zajął się nie tylko badaniem perspektywy, ale także perspektywiczności, to znaczy dostrzegł, że nie tylko postrzamy coś w perspektywie, ale że samo nasze spostrzeganie dokonuje się z określonej perspektywy. Do jego zdania, "że jako ludzie co innego możemy widzieć, a co innego sądzić, że widzimy" odwołuje się działający współcześnie Instytut Witelona. Jego zadaniem jest badanie perspektyw, z których patrzymy, usuwanie poznawczych przeszkód, kształtowanie umiejętności poszerzania czy zmieniania perspektyw.

Równie znany jest Witelon także ze swoich poglądów demonologicznych. Akceptując przekonanie o ontologicznej hierarchii bytów wskazywał, że między między światem ludzi, a Bogiem istnieją czyste inteligencje. Wskazywał jednak, że przyrodzony, filozoficzny rozum nie może - bez popadania w sprzeczność - pomyśleć ich upadku. 
"Upadek bowiem - pisze Maciej Nabiałek -  należy do uwarunkowań materii i jest związany z materialnym miejscem. Tymczasem anioły jako inteligencje proste i niepodzielne bynajmniej nie są związane z miejscem. Również charakter wpływów wypromieniowanych przez Boga, wśród których znajdują się jedynie wieczność, dobroć, mądrość, władza, a tym samym nie ma w nich zawiści ani dyspozycji do grzechu, z góry uniemożliwia grzech główny pychy, który spowodowałby ów upadek. Jako inteligencja, i to pierwsza inteligencja, Lucyfer nie mógł upaść, gdyż posiada czystą, prostą istotę, odległą od uwarunkowań materii i jest osobistością wybitną. Koncepcji upadku aniołów sprzeciwia się też charakter substancji duchowej aniołów, która jest niepodzielna i wieczna. W takiej substancji nie ma miejsca na partycypację przeciwieństw. Substancja duchowa nie może jednocześnie być aniołem i demonem.
Będąc z istoty proste i czyste, anioły nie mogą dokonać zanegowania samych siebie. 
Ten pozornie mało interesujący pogląd odegrał ważną rolę w poglądach Witelona na temat opętania. Skoro duchy, nawet jeśli istnieją, nie mogą upaść, genezy opętania trzeba szukać gdzie indziej. W świecie biologii i medycyny, pokazując, że zaburzenia te mają przyrodzone, ziemskie powody i łączą się z utratą umysłowej kontroli nad zmysłami. 
Nabiałek zaznacza także, że Witelon dał pierwszy opis majaczenia w trakcie ataku padaczki, choć halucynacje tłumaczył w typowy dla swoich czasów sposób - jako intuicyjny wgląd w wyższą rzeczywistość (pogląd ten przechował Marek Krajewski w swoich kryminałach, padaczka pozwala Edwardowi Popielskiemu na poznanie rzeczy, na które w tradycyjny sposób mógłby nawet nie wpaść). 

***
Choć przerysowana, postać Witelona z kart powieści Jabłońskiego przechowuje jednak istotną prawdę - o tym, jak niewygodny był dla kościelnej instytucji. Nawet współcześnie jego tekst demonologiczny ukazał się w sąsiedztwie innego, bardziej ortodoksyjnego. I ze stosownym komentarzem. 
Ciekawy badacz, ograniczony kontekstem swoich czasów, ale wierny naukowej rzetelności, która pancerz przed-sądów potrafi naruszać. Bezkompromisowy, wierny bardziej szukaniu prawdy niż jej zadeklarowanym przyjaciołom. 
Wart tego, byśmy o nim pamiętali.
Zwłaszcza teraz, gdy lęk przed opętaniem budzi się w nas via Halloween. 


_______
Pisząc, korzystałem także z hasła S. Wielgusa, Witelo z Powszechnej Encyklopedii Filozofii, t. 9.

czwartek, 17 października 2013

LIST DO TOMASZA CYZA

17 października 2013 r.


Tomasz Cyz
Redaktor Naczelny Ruchu Muzycznego


Szanowny Panie!
Z uwagą śledzę zmiany w Ruchu Muzycznym i toczącą się wokół nich debatę.
Sformułowano w niej wiele argumentów bardzo ciężkiego kalibru, dotyczących Pana stylu prowadzenia periodyku, współpracy z zespołem, jak i z autorami zewnętrznymi. Mówiąc oględnie, Pana deklaracja ze wstępniaka do nowego numeru RM, że idzie o to, „by w dziedzinie reprezentowanej przez stosunkowo nieliczną grupę ludzi – jak pisał Mycielski -, panowały stosunki proste, uczciwe i szczere” w opinii wielu osób i środowisk nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Posty Doroty Szwarcman, list otwarty Krzysztofa B. Marciniaka, list sekretarza redakcji do Grzegorza Gaudena, oświadczenie redakcji Glissanda czy mój list otwarty do Ministra Kultury i Sztuki wystarczą, by nie rozwodzić się nad tą sprawą.

Jako wieloletni czytelnik RM (liczba zebranych numerów jest na tyle duża, że przechowuję ją „na dwa domy”) chciałbym podzielić się także uwagami z lektury.
Czytanie rozpoczęło się dość miło, muszę bowiem przyznać, że nowy format, dynamiczne zdjęcie na okładce oraz rodzaj użytego papieru sprawiły mi dużo frajdy. Jednoznaczne pozytywy na tym jednak się kończą.

Mimo że jestem humanistą, pracownikiem naukowo-dydaktycznym Instytutu Filozofii UŁ i wieloletnim redaktorem punktowanego czasopisma filozoficznego, a więc osobą nawykłą do czytania tekstów jaśniejszych i mniej jasnych, nie potrafię ogarnąć chaosu, jaki zapanował w redagowanym przez Pana periodyku. Nieczytelny jest dla mnie podział na działy i tytuły, wątpliwości budzi we mnie także dobór nazw do poszczególnych działów.

Spójrzmy chociażby na spis treści:
odwołuje nas on do wariacji, Kanonu XIX/XX i danych autora Piotra Deptucha.
Kolumnę niżej pojawia się felieton, Groupies... oraz dane o autorce Justynie Bargielskiej.
Trzy kolejne teksty nie mają przyporządkowania w pierwszej kolumnie, posiadają tylko tytuły i dane autorów.
Wg Pana wstępniaka Wariacje (pisane tutaj wielką literą) to dział pisma. Nie umiem rozstrzygnąć, czy felieton oraz teksty nieoznaczone należą do tego działu, czy może należą do niego teksty nieoznaczone, felieton zaś jest czymś autonomicznym, czy może teksty nieoznaczone należą do działu pt. felieton.
Układ strony 89 powoduje, że nie wiem także, czy Kanon XIX/XX: Bruckner to tytuł tekstu, czy tytuł cyklu z podtytułem odsyłającym do treści artykułu z tego miesiąca? (taki układ graficzny ojawia się bodaj tylko raz).
Nie wiem także, jak rozgryźć mam dane choćby ze strony 52. Mamy na niej, w nagłówku, nazwę działu (#przetworzenia) obok Chopina i jego Europy oraz tytuł i wyróżnione, wprowadzające zdanie. Konia z rzędem, kto ustali czy Chopin i jego Europa to poddział działu, meta-tytuł czy coś jeszcze innego.

Wszystkiemu winna jest redakcyjna niechlujność i brak standaryzacji. Nazwy pisane raz wielką, raz małą literą (choćby wspomniane (W)(w)ariacje); braku też jednolitego zapisu tytułów, brak logiki wiążącej treści znajdujące się w nagłówkach. Tytuły zapisywane są raz wersalikami bez wytłuszczenia, innym razem powiększoną i wytłuszczoną czcionką. A wskazania na to, czego dotyczy omówienie pojawiają się tam, gdzie pojawiać się nie powinny.
Nie wiadomo również, jakie kryteria zdecydowały o wydobyciu i podkreśleniu tego, a nie innego zdania z tekstu.

O skutkach tego pomieszania świadczyć może to, jak podszedłem do artykułu Piotra Deptucha.
Na ss. 90-1 wytłuszczono i zapisano większą czcionką zdanie Nazistowska recepcja Brucknera doszukiwała się swoich źródeł w postheglowskich interpretacjach. Zdanie to brzmi błyskotliwie i od razu ukierunkowuje lekturę, zwłaszcza, że sprawia wrażenie tytułu czy egidy tekstu. Sprawia wrażenie, bo sam tekst jest o czymś zupełnie innym. Wyróżnione zdanie pochodzi z tekstu, jest zresztą ucięte w kluczowym fragmencie (Deptuch pisze o interpretacjach Kurta i Halma). Czytelnik nie dowie się, na czym interpretacje te polegają, ani dlaczego są poheglowskie. Nic więcej nie przeczyta o nazistach. Dostanie tekst sylwiczny (mnie sprawił tym frajdę), a więc pokawałkowany, trochę o biografii, trochę o muzyce, trochę – i mało kompetentnie – o psychoanalizie. Z dolepioną końcówką, która niespecjalnie ma się do poprzedniego wywodu i jest jakąś formą apelu do czytelnika, by uznał, że „Bruckner wielkim kompozytorem był”.

Przywołana przeze mnie fraza została wyróżniona z powodów zupełnie pozamerytorycznych, co w tym kontekście jest szczególnie naganne. Nazizm bowiem nie jest intelektualną igraszką, wiązanie z nim określonych nurtów filozoficznych czy hermeneutycznych także nie jest niewinne. Żyjemy w kraju, gdzie nazizm wiąże się z gender czy zestawia z feminizmem. Nie chce Pan chyba praktyką epatowania tym, co efektowne, wpisać RM w ten sam nurt?

Niespecjalnie rozumiem, dlaczego dział recenzji nosi nazwę Przetworzenia? Recenzja jest analizą, krytycznym odniesieniem, waloryzacją, a nie przeróbką czegoś, nadaniem czegoś nowego wyglądu czy kształtu (nie jest też chyba uzmiennianiem tematów, by eliptycznie odnieść się do muzykologicznego sensu przetworzenia).

Lekturę mocno utrudnia krój czcionki. Jestem astygmatykiem i krój liter „a”, „g” czy „y” szybko męczy mi wzrok i powoduje, że tekst znika mi pozostawiając białe światło. Mimo archaiczności, stare wydania czytało się lepiej.
Cieszą mnie przetykające teksty fotografie, ale poświęconych dla nich rozkładówek jest chyba nazbyt dużo, lepiej wykorzystać to miejsce dla tekstów (ewentualnie jakoś uzasadnić pokazanie tych a nie innych fotografii).

Tym, co mnie boli, to także utrata charakteru pisma. Z periodyku o wyraźnym profilu stało się ono „grochem z kapustą”. Proszę mi wybaczyć, ale napuszone felietony Bargielskiej i Kuczoka nic mi nie powiedziały. Chociaż Kuczok starał się cokolwiek powiedzieć o muzyce, Bargielska zajęła się sobą, ponurą sławą jej houllebecq'ów i wyznaniami dobrymi na blog, a nie do czasopisma muzycznego. Rozczarował mnie też felieton Bristigera – mam nadzieję, że programowanie koncertów i charakterystykę utworów przestanie on podawać w sposób tak szkolny. Jak rozumiem, jest to element strategii przyciągania nowych czytelników. Tyle tylko, że Ruch nie był pismem „wprowadzającym w wyższą kulturę”, jak program gimnazjum, ale czasopismem fachowym. Obawiam się, że łączenie ognia z wodą nie wyjdzie nikomu na dobre.

Zgadzam się z Adamem Suprynowiczem, że warto o muzyce pisać prosto, bez żargonu, bez pouczania. Nie mam wątpliwości, że nie-muzycy mogą o muzyce powiedzieć wiele ważnych i cennych rzeczy. W wydaniu październikowym wypada to jednak blado.
Jeśli tak wygląda przemyślana strategia, którą zapowiadał Pan przed wakacjami, to ja wolę Diapason (i Gramophone). Wolę, acz z bólem.
List podaję do publicznej wiadomości.
Z szacunkiem,



Marcin Maria Bogusławski

środa, 16 października 2013

ŁÓDŹ OŚWIECONA

Gdyby ktoś poprosił mnie o najlepszy przewodnik po Łodzi, to podarowałbym mu powieść Danieli Hodrovej Pod dwiema postaciami. Zapewnie nie dowiedziałby się z niej niczego na temat zabytków miasta czy miejsc wartych odwiedzenia, w moim odczuciu miałby jednak szansę poznać (odczuć?) coś znaczenie ważniejszego - aurę miasta, towrzącą je atmosferę, przywołanego jakiś czas temu genius loci.
Powieść Hodrovej - tak samo jak Łódź - jest bowiem inscenizacją podwójnego świata - "świata żywych i umarłych, świata istot żyjących i martwych przedmiotów oraz zjawisk", świata, w którym wszystko ma podwójną naturę i w którym wszystko pomiędzy światami się przemieszcza [Leszek Engelking]. Żywi wkraczają w przestrzeń duchów, a duchy w przestrzeń żywych; materialna, jak najbardziej fizyczna destrukcja przestrzeni i ludzi, miasta i jego mieszkańców, jest duchową ofiarą składaną na ołtarzu celów tak ogólnych, że nie możliwych do nazwania. 

***
To wszystko odnajduję w Łodzi, która ze swego upadku uczyniła główny element tożsamości, by nie rzec promocji. Centrum Dialogu, Radegast, Kadysz za ciężkie pieniądze zamówiony u Krzysztofa Pendereckiego, celebrowana w Grandce konferencja Archeologia totalitaryzmu. Ślady represji (1939-56),  to symboliczne punkty wskazujące sposób, w jaki Łódź inscenizuje tożsamość swoją i swoich mieszkańców. Inscenizacja ta nie może być jednak niewinna. Celebrowanie upadku miesza bowiem to, co duchowe, z tym, co fizyczne - zdewastowany krajobraz urbanistyczny, przeszacowane inwestycje niszczące kulturę, obszary biedy i rosnąca agresja, którym nie póbuje się zaradzić jakimkolwiek spójnym programem działań, upadająca kultura odcięta od finansowania (ostatnio Galeria Wschodnia) - jak u Hodrovej przestrzeń Łodzi jest konfrontacją żywych istot z umarłymi przemiotami i zjawiskami miejskiej przestrzeni. I tak, jak u Hodrovej wytropić da się w tym swoistą logikę cierpiętnictwa - skazanie miasta na bycie ofiarą. Z zawieszonym pytaniem o ołtarz i cel.

***
Tak czuję Łódź. I cieszę się, że miałem w tym poczuciu istotną wyrwę, sprokurowaną przez Light. Move. Festival 2013. Przez moment poczułem zupełnie inną energię miejsc, poczułem światło, którego tak bardzo tutaj brakuje. 
W największej mierze to zasługa artytsów, jasne. Ale także zasługa przypadku - zgadzam się z Tomaszem Sieczkowskim, że przeniesienie (przymusowe, ze względu na remont) Festiwalu na Pl. Wolności i w okolice Parku Śledzia było szczęśliwym trafem. I przyznam szczerze, że chciałbym, żeby w tych miejscach pozostał. 
Czynny udział w wydarzeniach Festiwalu brałem w piątek i niedzielę. Urzekła mnie wtedy baśniowa atmosfera parku, rodem ze Snu nocy letniej, ciekawie wypadł koncert zespołu Operate. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie projekcje 3D na Placu Wolności i je właśnie najżywiej przechowuję w pamięci. 

***
Mieke Bal podsunęła mi sposób rozumienia tych projekcji, które - w ślad za jej wywodem - z chęcią nazwę mise-en-scene. Pod nazwą tą kryje się artystyczna aktywność, która jest sposobem aranżacji przestrzeni, uczynienia z niej "wspólnego snu", dzielonego przez wszystkich zaangażowanych odbiorców-i-twórców. Mise-en-scene to teatralizacja czy inscenizacja granicy, styku tego, co publiczne, z tym, co prywatne, to zderzenie człowieka z Innością, to obudzenie w nim zmysłowej pamięci po to, by w "byciu nie-samemu" odnalazł warunek swojej podmiotowości i indywidualności. Mise-en-scene to w końcu takie zanurzenie we wspólnym śnie, które wymaga wkładu i wysiłku - narracja jest tu bowiem otwarta i wymaga dopełnienia. 

***
Inscenizacja z Placu Wolności - pełna rozmachu, kolorów, doskonałej kalibracji, imponująca w przełożeniu Bachowskiej polifonii na język światła, form, ruchu - była dla mnie czymś nie tylko angażującym, ale angażującym synestezyjnie. Stałem się współuczestnikiem spektaklu, który działał i na intelekt, i na wszystkie zmysły, wywołując intymne, emocjonalne doświadczenie, które to, co minione czyniło żywym w teraźniejszości. "Widzowie - pisze Tomasz Lewandowski - uczestniczący w tego typu wydarzeniu całkowicie zmieniają odbiór przestrzeni [...], a jej naturalny ‘dramatyzm’ i ‘duch miejsca’ wzmacnia siłę i głębię przeżyć oraz wspomnień" o przywoływanej przeszłości. 
Inscenizacja ta pozornie wpisywała się w logikę świata Hodrovej. 
Ewokowała bowiem przeszłość, rodzącą się in illo tempore na fasadzie Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego, by pokazać różne epizody z życia ratusza, przypomnieć faktury tkanych w Łodzi tkanin, upamiętnić sylwety znanych mieszkańców miasta. Łączył to wszystko symbol sowy, która - jak wiemy od Hegla - wylatuje o zmierzchu i jest samoświadomością odchodzących czasów. 

A jednak projekcje te wykreowały atmosferę zupełnie inną. Niesamowicie witalną, energetyczną, jednoczącą. Budząc emocje, wywołując pamięć przeszłości, wywołując ruch, wciągając-w sen o przestrzeni i w sen o mieście, zbudowały wśród obecnych więzi - bez zamachu na podmiotowość, bez wymuszenia pozowliły choć na moment odczuć wspólnotowość doświadczeń. 
Nie zamykały nas także w tym, co było, ale otwierały na to, co jest i co może być - wydobyły wreszcie urbanistyczną bramę Piotrkowskiej, a uchylając ją odsłoniły kolorowo oświetlone kamienice. 
Tak - choć zabrzmi to dziwnie, było w tym świetle coś oświecającego. Jakaś niezwykła mądrość, którą Bal nazywa wiedzą pozamyślową, czy umiejętność takiego uobecniania przeszłości, nawet trudnej, która nie jest celebracją upadku, ale zarzewiem nadziei. Która jest otwieraniem - przestrzeni, znaczeń, umysłów -, a nie zamykaniem czy ograniczaniem. 

***
Pomyślałem sobie, jak bardzo Polsce i Łodzi doskwiera brak oświecenie, które - nie łudźmy się - nie dobiło się do nas nigdy z Niemiec czy Francji.
Pomyślałem też sobie o tym, jak wielka moc kryje się w świetle, tym najbardziej niematerialnym z materialnych zjawisk rzeczywistości, łaczy w sobie bowiem - jak przypomina Marian Wnuk - dwa aspekty rzeczywistości - duchowy i cielesny. Przenikając wszelkie byty określa ich istnienie, wydobywa ich prawdę, rozświetlało niewiedzę i daje energię potrzebą do działania. Które wiele nam może powiedzieć na temat "istoty" życia.  

Może warto, by ten sen trwał nieco dłużej?
Może warto, by Łódź nie była światem z powieści Hodrovej?
Może warto, na początek, porozumieć się z artystami i projekcję tę regularnie pokazywać, choćby w weekendy?




sobota, 12 października 2013

POKÓJ, SYMBOL, DIALOG. A PROPOS DNIA PAPIESKIEGO


Podobno każdy kaznodzieja przez całe życie mówi jedno kazanie, a każdy filozof przez całe życie myśli jedną myśl. Kaznodzieją nie jestem, choć niegdyś przygotowywałem się do tej roli. Filozofem być może bywam, a przynajmniej wierzę, że kiedyś będę mógł tak o sobie myśleć i mówić.  Tak czy owak mam swoją ideę, której spełnienie jest moim pragnieniem i snem.
Marci Shore (Nowoczesność jako źródło cierpień) uświadomiła mi, że moje pragnienie jest nieuleczalnie lewicowe i wpisuje się w tęsknotę za „Mitteleuropą”, a więc ponadnarodową (ponadpaństwową?) wspólnotę, wolną od uprzedzeń językowych i rasowych, a połączoną wspólną pracą na rzecz pokoju, którego składowymi są wolność, równość czy swobodny obieg idei.

Z chęcią wpisuję swoją nostalgię w kontekst lewicy początku XX-wieku. Ale myślę, że jej źródła są zdecydowanie starsze, a wypływają wprost ze źródeł oświecenia.
Źródła te są natomiast dwojakie – z jednej strony stricte filozoficzne, racjonalne, z drugiej zaś – bardziej hermeneutyczne, misteryjne i symboliczne.

*** 
Pierwsze źródła biorą swój początek w myśli Immanuela Kanta. Zgadzam się bowiem ze Sławomirem Sikorą, że Kant jako pierwszy podjął próbę systematycznych badań nad działaniami poznawczymi, nad ich specyfiką, „warunkami ich zachodzenia, przebiegu czy prawomocności”. W perspektywie otworzonej przez Kanta, a dopowiedzianej przez Jurgena Habermasa, racjonalność może być widziana jako swoisty rodzaj kompetencji – kompetencji w społecznej grze dialogu, w którym każdy z nas poddaje swoje poglądy próbie prawomocności*.
Wspólnota powszechnego pokoju to wspólnota wolnych i racjonalnych ludzi.
Przy czym racjonalność nie łączy się tutaj z prawdziwością przekonań, ale z ich sensownością, to znaczy racjonalnym jest ten człowiek, który posiada przekonania (zakłada się więc tutaj procesy indywidualizacji, intensywnego osobistego rozwoju), potrafi je wyartykułować (posiada zatem kompetencje językowe, retoryczne) i podać przemawiające za nimi argumenty (przyjmuje postawę antydogmatyczną, w procesie dialogu jego argumenty, a więc i jego przekonania, mogą bowiem upaść),

Drugie źródła biorą swój początek w potężnym nurcie, który z chęcią nazwałbym kryptoteologią. Obawiam się jednak tej nazwy, ze względu na jej zbyt jednoznacznie powiązanie z myślą judaistyczną. Sam przez kryptoteologię chciałbym rozumieć wszystkie te prący oświeceniowe, które jako konstytutywny element rozwoju człowieka uznawały refleksję nad symbolami i rytuał, zakładając jednocześnie, że symbolu nie da się wyłożyć w sposób dogmatyczny. Byłaby to zatem tradycja otwierania i poszerzania, a nie zamykania (jak mówi Habermas: dialog otwiera łącząc różne światy życia), tak charakterystyczna dla sztuki królewskiej, kabały, różnej maści nieortodoksyjnych hermeneutyk i „alchemii duchowych”.  Tradycja niezwykle ważna, w odróżnieniu bowiem od suchej, zdyscyplinowanej refleksji Filozofów, silnie angażująca także emocje człowieka, skupiona na budowaniu zarazem więzi rozumowych, jak i uczuciowych.

*** 
Przez długi czas tradycję tę współtworzył Kościół Katolicki. Wpisując w gotyckie katedry mandale okien rozetowych, włączając w przestrzeń świątyni gnomy i karły, rośliny, zwierzęta realne i bajkowe, ludzi.
Zabójcze ostrze kultu pewności, który zaszczepił Europie wiek XVII, nie ominęło jednak Kościoła, prowadząc do powolnego upadku teologię jako wyraz pluralistycznego doświadczenia wiary, a wraz z nią zabijając wrażliwość na życiodajną moc symbolu. By przekonać się o podstawności tych słów, wystarczy spojrzeć na plakat, który zdobi gros przykościelnych gablot.  Przestrzega się na nim przed symbolami, których ojcem jest szatan, które zatem mogą prowadzić do opętania. Plakat ten może wpędzić w konfuzję, jeśli nie przerazić – brakiem teologicznego rozsądku i brakiem ekumenicznego wyczucia pomieszanych z historyczną ignorancją.

Brak teologicznego rozsądku bierze się z demonizowania doczesnego świata, z zapomnienia, że dla chrześcijan świat jest już rzeczywistością zbawioną (o czym całe życie przypominał Stefan Swieżawski), z przekonaniem, że szatan jest wszechmocny i może robić z człowiekiem co chce, nie oglądając się na jego choćby elementarnie świadome przyzwolenie.
Brak ekumenicznego wyczucia i ignorancję historyczną widać w tym, że na plakacie znalazły się symbole wykorzystywane przez inne Kościoły chrześcijańskie. Plakatowy „krzyż z kokardką” to egipski Anch, w starożytności chrześcijańskiej wykorzystywany przez Kościół Koptyjski. Z kolei „krzyż Celtycki” to krzyż słoneczny. Wykorzystują go choćby prawosławni (a więc członkowie Kościoła Siostrzanego, jak mawiał Jan Paweł II), opisując go ikonami. Sam noszę taki (nabyty w cerkwi) na łańcuszku. Okrąg, ikona Pantokratora, ikony aniołów – wszystko to pozwala mi nie zatrzymywać się na samej Męce, a więc nie popadać w cierpiętnictwo, ale widzieć w Krzyżu symbol odnowienia świata, rzeczywistości zbawionej, widzieć w nim miejsce królowania Ukrzyżowanej Miłości.   
Zupełnie nie przeszkadza mi fakt, że symbole te przywędrowały do chrześcijaństwa z innych kultur.
Nie rozumiem też pogardliwego tonu, gdy cudzysłowem zaznacza się ich schrystianizowanie. Sobór Watykański II pouczył przecież, że Kościół Katolicki nie ma wyłączności w kwestiach objawienia i że Bóg przejawia się w świecie także poza nim.
Nie pojmuję w końcu dziwnego lęku przed tym, że krzyż może oznaczać nie tylko mękę, ale także płodność, obfitość, zdrowie. Że może być mostem do innego świata czy symbolem komplementarności kosmosu. W końcu starożytni Ojcowie Kościoła nauczali o krzyżu jako kosmicznym drzewie życia, mówili o liturgii obejmującej wszechświat, mówili o miłości jako tym, co nadaje wszechświatowi ruch i jedność.
W końcu Chrystus – jak pokazał to prawosławny teolog, Jerzy Klinger – nie zakwestionował uzdrowień w pogańskiej świątyni, ale dorzucił do niech ekstra jedno więcej. Zaś Jan Teolog wpisał w Ewangelię aluzje do greckich misteriów odrodzenia.
(Nota bene, na plakacie intryguje mnie także symbol tęczy - według Genesis znak przymierza między Jahwe a ludźmi).

***
O wszystkim, co piszę wyżej, pomyślałem dzisiaj nie bez kozery. Jutro katolicy w Polsce obchodzą bowiem Dzień Papieski, w tym roku pod hasłem „Jan Paweł II – Papież Dialogu”. Znów zrobi się sentymentalnie przy odśpiewaniu Barki, znów będziemy wspominać i puchnąć z dumy nad lokalnym świętym. I znów w praktyce zlekceważymy dialog, wykluczymy symbole, umocnimy się w przekonaniu, że tylko nasza hierarchia wie, jak jest.

Będę jutro tęsknił za szacunkiem wobec symboli, za szacunkiem wobec ludzkiej wolności, za dialogiem.
Boleć mnie będzie wiele słów, które padły z ust hierarchii jako prawdziwe i które wyrządziły o tyle więcej zła, że ich nie odrzucono, ale pod naporem argumentów uznano za lapsus (księżą Michalik i Gil*, Berier i Sikorski, Ogrodnik i Lipka…).
Boleć mnie będzie działanie dogmatyków, jak Dariusz Oko, którzy nie wprowadzając swych poglądów w grę dialogu, ale wykluczają i narzucają, krzywdzą aż do krwi, niewinnej krwi.

I będę dumny z naszej, polskiej, tradycji kryptoteologicznej. Jak tej wyłożonej w Rękopisie znalezionym w Saragossie Jana Potockiego. To imponujące studium wewnętrznej przemiany, dorastania do świadomości, że być chrześcijaninem (tak samo, jak być Żydem, muzułmaninem, mistykiem, czy kimś, kto wierzy w matematyczny porządek przyrody), to szukać platformy pojednania i przemiany wszystkich ludzi. To imponujące studium istoty religii, która polega na otwieraniu i scalaniu. Tak, jak van Worden otworzył się na swą muzułmańską przeszłość, na poliamoryczną miłość do dwóch niewiast, na prawdy Geometry. I pozostał sobą.

Gdy inni będą śpiewać, chadzać na eventy i oglądać słowo „dialog” na plakatach, pomyślę jutro nad fragmentami powieści Potockiego. I ciepło uśmiechnę się w myślach do tych, dla których pokój, wolność, równość i dialog są wartościami autentycznie bliskimi i którzy dążą do ich realizacji – przez filozofię i przez symbol.

"Kochałem  Delliusa  jak  własnego  ojca  i   szczerze przywiązałem  się  do  mego  towarzysza  Germana. Często  jednakże  z  tym  ostatnim  wiodłem  żwawe spory ,   i   to  zawsze  w  przedmiocie  religii .   Przejęty surowymi   zasadami   synagogi ,   ciągle  mu powtarzałem:
-  Twoje  bałwany  mają  oczy ,   ale  nie  widzą,   mają uszy ,   ale  nie  słyszą,   złotnik  je  ulał  i   myszy  się  w nich gnieżdżą.
Germanus  odpowiadał  mi ,   że  nie  uważa  wcale bałwanów  za  bogów  i   że  nie mam  żadnego  pojęcia o  religii  Egipcjan. Słowa  te,   często  powtarzane,   wzbudziły  we mnie  ciekawość:   prosiłem  Germana,   aby  namówił kapłana  Cheremona  do  udzielenia  mi  kilku  nauk jego  religii , co  musiało  nastąpić  pod  tajemnicą, gdyż  w  razie  gdyby  synagoga  była  o  tym posłyszała,   niezawodnie  zostałbym  wyklęty . Cheremon,  który bardzo kochał Germana,  chętnie przystał  na  moją  prośbę  i   następnej  nocy  udałem się  do  gaju  sąsiadującego  ze  świątynią  Izydy. Germanus  przedstawi ł  mnie  Cheremonowi,   który posadziwszy  mnie  obok  siebie,   złożył  ręce,   na chwilę  pogrążył  się  w  myślach  i   w  narzeczu dolno-egipskim,   które  doskonale  rozumiałem, zaczął odmawiać następującą modlitwę:


MODLITWA  EGIPSKA
Wielki  Boże,  ojcze wszystkich,
Święty Boże,  który objawiasz  się  twoim,
Jesteś  świętym,  który wszystko  stworzył słowem,
Jesteś  świętym,  którego natura  jest obrazem,
Jesteś  świętym,  którego nie natura  stworzyła,
Jesteś  świętym,  potężniejszym od wszelkiej potęgi ,
Jesteś  świętym,  wyższym od wszelkiej wyniosłości ,
Jesteś  świętym,   lepszym od wszelkiej pochwały!
Przyjm dziękczynną ofiarę mego  serca  i   sŁów moich.
Jesteś niewysłowionym,  a milczenie  jest Twoim głosem,
Wytępiłeś błędy przeciwne prawdziwej świadomości .
Utwierdź mnie,  daj mi   siłę  i  pozwól  przystąpić do Twojej łaski   tym,
 Którzy pogrążeni  są w nieświadomości, Jak  również  tym,  którzy poznali  Cię I  są przez  to moimi  braćmi  a Twoimi  dziećmi. Wierzę w Ciebie  i  głośno  to wyznaję, Wznoszę  się do  życia  i  do  światła. Pragnę uczestniczyć w Twojej  świętości . Ty bowiem  zapaliłeś we mnie  tę  żądzę.

Gdy  Cheremon  odmówi ł  tę  modlitwę, obrócił się do mnie  i   rzekł: -  Widzisz,   moje  dziecię,   że  my ,   równie  jak  wy , uznajemy  jedynego  Boga,   który  słowem  swoim stworzył  świat.   Modlitwa,   którą  słyszałeś, wyciągnięta  jest  z  Pojmandra,   księgi,   którą przypisujemy  trzykroć  wielkiemu  Thotowi ,   temu samemu,   którego  dzieła  obnosimy  w  procesji podczas  wszystkich  naszych  świąt.   Posiadamy dwadzieścia  sześć  tysięcy  zwojów przypisywanych  temu  Filozofowi ,   który  miał  żyć przed dwoma tysiącami  lat.  Ponieważ jednak tylko naszym  kapłanom  wolno  je  przepisywać,   być może  zatem,   że  wiele  dodatków  wyszło  spod  ich pióra.   Wreszcie,   wszystkie  pisma  Thota  pełne  są ciemnej  i   dwuznacznej  metafizyki ,   którą  można różnymi   sposoby  tłumaczyć.  Poprzestanę więc na wyłożeniu  u  ci   powszechnie  przyjętych dogmatów, które  najwięcej  zbliżają  się  do  zasad Chaldejczyków.
Religie,   równie  jak  wszystkie  rzeczy  tego świata,   ulegają  powolnym,   lecz  nieustannym oddziaływaniom,   które  bezustannie  usiłują odmienić  ich  formy  i   istotę,   tak  że  po  kilku wiekach  ta  sama  religia  przedstawia  wierze ludzkiej  całkiem  odmienne  zasady ,   alegorie, których  myśl i   ukrytej  niepodobna  już  odgadnąć, lub  dogmaty ,   którym  ogół  wierzy  zaledwie  przez połowę.   Nie  mogę  zatem  zaręczyć,   że  cię  nauczę dawnej  religii ,   której  ceremonie  możesz  widzieć przedstawione  na  płaskorzeźbie  Ozymandiasa  w Tebach,   wszelako  powtórzę  ci   nauki   moich mistrzów  tak,   jak wykładam  je moim uczniom.   Przede  wszystkim  uprzedzam  cię,   abyś  nigdy nie  przywiązywał  się  ani   do  obrazu,   ani   do symbolu,   lecz  abyś  wnikał  w  myśl   w  nich  ukrytą. Tak  na  przykład  i ł  przedstawia  to  wszystko,   co
jest  materialne.   Bożek  siedzący  na  liściu lotosowym  i  płynący po  ile  - wyobraża myśl ,  która spoczywa  na  materii ,   wcale  jej  nie  dotykając.   Jest to  symbol ,   jakiego  użył  wasz  prawodawca,   gdy mówił,   że  "Duch  Boży  unosi ł  się  nad  wodami". Utrzymują,   że  Mojżesz  byt  wychowany  przez kapłanów  z  miasta  On,   czyli   Heliopolis.   Jakoż  w istocie,   wasze  obrzędy  bardzo  zbliżają się  do naszych.  Równie jak wy ,  i  my także mamy rodziny kapłańskie,  proroków ,  zwyczaj obrzezania,  wstręt do  wieprzowiny  i   wiele  tym  podobnych  punktów wspólnych. Symbole  nigdy  nam  nie  przeszkadzały  wierzyć w  jednego  Boga,   wyższego  nad  wszystkich innych.   Pisma  Thota  nic  pozostawiają  w  tym względzie  żadnej  wątpliwości .   Czytamy  tam,   co następuje:
Jeden  ten  Bóg  trwa  niewzruszenie  w odosobnieniu  swojej  jedności .   Nic  innego,   nawet żadne  oderwane  pojecie  nie  może  się  z  nim potoczyć. Jest  swoim  własnym  ojcem,   swoim  własnym synem i  jedynym ojcem Boga.  Jest samym dobrem, początkiem  wszystkiego  i   źródłem  pojęć najpierwszych  istnień. Ten  Bóg  jedyny  tłumaczy  się  sam  z  siebie, ponieważ  wystarcza  samemu  sobie.   Jest  on prazasadą.   Bogiem  bogów ,   monadą  jedności , dawniejszą  od  istnienia  i   tworzącą  zasadę istnienia.   Od  niego  bowiem  pochodzi   istnienie bytu  i   sam  byt,   i   dlatego  też  nazywany  jest  Ojcem Bytu.
-  Widzicie  zatem,   moi   przyjaciele  -  mówił  dalej Cheremon  -  że  niepodobna  mieć  o  bóstwie wznioślejszych  pojęć  od  naszych,   ale  sądziliśmy , że  wolno  nam  ubóstwić  pewną  część  przymiotów Boga  i   stosunków  jego  z  nami ,   czyniąc  z  nich odrębne  bóstwa,   a  raczej  wyobrażenia  odrębnych boskich przymiotów. Tak na przykład rozum boży nazywamy Emeph, gdy  zaś  ten  słowami   się  wyraża  -  Thot,   czyli przekonaniem,   lub  też Ermeth,   to  jest wykładem. Skoro  rozum  boży ,   kryjący  w  sobie  prawdę, schodzi   na  ziemię  i   działa  pod  postacią  płodności , wówczas  nazywa  się  Amun.   Gdy  rozum  ten ujawnia  się  pod  postacią  sztuki ,   wówczas nazywamy  go  Ptah,   czyli   Wulkanem,   gdy  zaś
objawia  się  w  postaci   dobra,   zwiemy  go Ozyrysem.
Uważamy  Boga  za  jedność,   wszelako nieskończona  ilość  dobroczynnych  stosunków , jakie  raczy  mieć  z  nami ,   sprawia,   że  pozwalamy sobie,   bez  ubliżenia  Jego  czci ,   uważać  Go  za  istotę zbiorową,   gdyż  w  istocie  jest  On  zbiorowy  i nieskończenie  rozmai ty  w  przymiotach,   jakie  w nim  spostrzegamy.

_____
* S. Sikora, Struktura działań komunikacyjnych w koncepcji pragmatyki formalnej J. Habermasa
* Tym, co najbardziej zatrwożyło mnie w tzw. lapsusie Michalika jest bliźniacze podobieństwo jego stwierdzeń do tego, co w wywiadzie dla TVP powiesział ks. Gil, mianowicie, że jeżeli czegokolwiek nadużył, to zbytnio zaufał dzieciom...

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...