niedziela, 11 czerwca 2017

GHEORGHIU JAK SZAFRAN


Obchody 50-lecia TWŁ uświetnił dziś koncert Angeli Gheorghiu. Wydarzenia tego typu kojarzą mi się ze składem kolonialnym, gdzie z szarym mydłem, proszkiem do zębów, rodzynkami, mniej bądź bardziej aromatycznymi owocami sąsiadować mógł szafran, nie zawsze autentyczny. W tym przypadku szafran był prawdziwy.

Nie będę krył, że jestem entuzjastą Angeli Gheorghiu i że wliczam ją w poczet najważniejszych śpiewaczek minionego i obecnego stulecia. (Zaliczam ją także w poczet klejnotów rumuńskiej szkoły śpiewu obok Magdy Ianculescu, Virginii Zeani, Teodory Lucaciu, Marii Slatinaru, Ileany Cotrubaş czy Nelly Miricioiu). Klasę jest w stanie pokazać nawet w takim koncercie, gęsto przetykanym orkiestrowymi interludiami i utworami wykonywanymi przez partnera. Gheorghiu należy moim zdaniem do bardzo wąskiego grona śpiewaków obdarzonych darem „dobitnego wyrażania, trafnego unaoczniania treści «fabularnej» afektu”*. W jej śpiewie nie idzie o same walory wokalne, ale o dramaturgię, która wyrasta z melodyki słów i ich znaczenia. Tu spór o to, czy w operze ważniejsze jest słowo czy muzyka, zostaje unieważniony: śpiew rodzi się ze słowa, a słowo znajduje właściwy sens, dlatego że osadzone jest w śpiewie. Kreacja wyrasta z logiki frazy zakorzenionej w „rytmie serca”. Jestem w stanie założyć się, że z tego powodu występ Gheorghiu położy dyrygent-metronom, niewolniczo pilnujący kreski taktowej. Na koncercie śpiewała fragmenty Adriany Lecouvreur, Madamy Butterfly, Toski, Manon Lescaut oraz La Wally (na bis O mio babbino caro oraz w duecie pieść rumuńska i Granada). Każdy z numerów był zamkniętą całością dramatyczną, a Gheorghiu — czy w ariach, czy w duetach — budowała pełną sceniczną postać. Jej głos był klarowny, przepięknie wyrównany w całej skali. Dźwięki piersiowe swobodne, góry miękkie i okrągłe. W bardzo przemyślany sposób brała oddech, co pozwalało jej budować bardzo długie frazy. Głos mienił się kolorami, a charakter postaci współtworzyła drobnymi zmianami w emisji głosu czy odmiennym atakiem jakiegoś dźwięku. Jedyne, co może przeszkadzać, to niekiedy zbyt głośny oddech. Śpiew szedł w parze z grą, zupełnie pozbawioną sztuczności i operowego koturnu.

Niestety, dobrego wrażenia nie zrobił na mnie towarzyszący jej tenor — Călin Brătescu. Bardzo źle wypadł zwłaszcza w części I koncertu. Sporo było dźwięków branych siłowo, w niższej dynamice głos tracił na blasku, grzązł w gardle czy zbytnio „wchodził w nos”. Góry artysta śpiewał histerycznie, w wysokiej dynamice, często siłowo. Tęskniło mi się choćby do tak wspaniałego tenora rumuńskiego, jakim był Ludovic Spiess — nagrodę jego imienia w 2003 r. otrzymał Brătescu. Próżno szukać było niuansów, gry kolorem czy gry scenicznej. Lepiej wypadł w części II, zwłaszcza w duecie z Toski i w bisach (Non ti scordar di me, Granada).

Absolutną rewelacją był za to dyrygent Ciprian Teodoraşcu. Za jego sprawą orkiestra TWŁ grała więcej niż rewelacyjnie — poszczególne grupy brzmiały selektywnie, frazy były potoczyste, pojawiały się zawieszenia, migotały barwy poszczególnych instrumentów. W końcu też słychać było autentyczne emocje. Dyrygent i orkiestra porwali publiczność Rapsodią rumuńską George'a Enescu. 
Gdy widzowie gorączkowali się Granadą moje myśli krążyły wokół innej kwestii — tego, by Gheroghiu i Teodoraşcu mogli wystąpić nie na koncercie z „mydłem i powidłem”, ale w ramach spektaklu. Choćby Toski. To do takiego dania pasowałby szafran, a nasze zespoły artystyczne i dyrektor artystyczny mogliby wtedy wiele się nauczyć!

Ogromny żal, że nie do końca dopisała frekwencja. Duże połacie parteru, amfiteatru i balkonów świeciły pustkami. Zakładam, że zaporę stanowiły ceny biletów, zdecydowanie wygórowane, także pod kątem układu samego koncertu (myślę o ilości wstawek i takiej a nie innej mojej ocenie Brătescu). Żałuję też, że nie wystąpił chór TWŁ — wieczór otworzył walc z Fausta Gounoda, jak żywo nie czysto instrumentalny.


*Cytat z tekstu Macieja Jabłońskiego Podleś triumfująca. Inspirowała mnie także wypowiedź Jerzego Marchwińskiego.


sobota, 10 czerwca 2017

OFIARY "STRAŻNICY"

Począwszy od 2014 r., 26 lipca obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ofiar Strażnicy (MDOS).
26 lipca to nie data przypadkowa — 26 lipca 1931 r. na kongresie w Columbus (Ohio, USA) przyjęto rezolucję, na mocy której spośród grup Badaczy Pisma Świętego wyodrębniono Świadków Jehowy.  W intencji pomysłodawców MDOS jest dniem żałoby i szacunku dla wszystkich ofiar polityki religijnej uprawianej przez Strażnicę. W Internecie prowadzona jest strona poświęcona temu wydarzeniu, z którą powiązano profil na portalu społecznościowym Facebook (linki na końcu tekstu). 
Kim są ofiary Strażnicy?

To między innymi dzieci, które padły ofiarą pedofilów. Świadkowie Jehowy wymagają, by zarzuty czynu pedofilskiego zostały potwierdzone przez „dwóch lub trzech naocznych świadków grzechu”, zanim zostanie wszczęta procedura przesłuchania przed prowadzącymi komitety sądownicze starszymi zboru. Jako kara przewidziane jest wykluczenie z kongregacji. Nie należy także zgłaszać czynów pedofilskich stosownym instytucjom publicznym, co więcej, informacje na ten temat powinny być ukrywane. Logika działania jest tu identyczna jak w przypadku tej, którą opisywał rzymsko-katolicki dokument Crimen sollicitationis: ważne jest dobre imię instytucji i jej funkcjonariuszy, a nie los młodocianych ofiar molestowania seksualnego (warto pamiętać o tym podobieństwie, bo chociażby portal fronda.pl przyrównuje zachowanie Świadków Jehowy do postępowania muzułmanów). Co do skali zjawiska, zacytuję fragment artykułu Roberta Rienta: „W Australii 1006 pedofilów wśród świadków Jehowy dokonało gwałtów na przynajmniej 1857 ofiarach, 170 z nich to dzieci do pięciu lat. Gdy sprawcą był starszy zboru, często pozostawał na swoim stanowisku. W 276 przypadkach wykluczony pedofil okazywał skruchę i wracał do zboru. Jeden został wykluczony cztery razy. Żadna sprawa nie została zgłoszona na policję.
Na świecie jest 8 milionów świadków Jehowy. W Polsce - 124 tysiące. O tym, ilu pedofilów funkcjonuje w zborach, wiedzą zarządzający organizacją”.


Kolejną grupą ofiar są osoby dotknięte przemocą domową. I znów narzuca się analogia z konserwatywnym rzymskim katolicyzmem: kobiety, które doświadczają przemocy ze strony męża są nakłaniane do tego, by przy nim pozostać, a także, by „bardziej go kochać” i być „bardziej uległymi”. Inicjatorzy wymieniają następnie ofiary gwałtów. Jeśli osoba gwałcona nie krzyczy i nie walczy, „może zostać wykluczona ze zboru” za to, że wyraziła „zgodę na przemoc”. Każdorazowo wymagane jest „rozeznanie sytuacji”, a sąd sprawowany jest, jak wspomniałem, przez starszych zborów, którym brakuje przygotowania psychologicznego czy kryminologicznego do kompetentnej oceny zajścia. Wśród ofiar znajdują się również osoby zmarłe na skutek odmowy transfuzji krwi czy przeszczepu organów (do 1980 r., w Polsce do 1982 r., przeszczepy uznawano za „ludożerstwo”, z czego wycofano się, odwrotnie niż w Krk, gdzie walka z transplantacją przybiera na teologicznym znaczeniu). A także ludzie dotknięci ostracyzmem, „czyli odrzuceni przez rodzinę, znajomych i przyjaciół z powodu wykluczenia” ze zboru. A wykluczonym można być choćby za czytanie niewłaściwych książek — zwłaszcza, gdy chodzi o lekturę tekstów krytycznych, napisanych przez byłych Świadków Jehowy. Powodem wykluczenia jest także rozpasanie, a więc, jak pisze Rient, „«czyny, które odzwierciedlają bezczelną, jawnie lekceważącą postawę. Uwidacznia się ona w braku szacunku lub nawet w pogardzie dla władzy, praw oraz norm Boga». […] Publiczne krytykowanie nauk «Strażnicy» albo starszych zboru, opowiadanie na zebraniu o swoich wątpliwościach, zadawanie pytań podważających autorytet mężczyzn świadczy o rozpasaniu. Jest nim również: […] «dobrowolne, ustawiczne i nieuzasadnione utrzymywanie kontaktów z wykluczonymi niebędącymi członkami rodziny» […]”.

Osoby uczestniczące w MDOS składają kwiaty, kartki czy pluszowe misie przy tzw. Salach Królestwa. Ci, którzy chcą pozostać anonimowi, mogą to uczynić w innym miejscu, na przykład w parku czy na przystanku. Znakiem poparcia dla akcji jest żółta wstążka. Inicjatorzy zachęcają również, by o MDOS informować drogą internetową. Do uczczenia ofiar Strażnicy zachęcają zaś wszystkich ludzi dobrej woli, inne związki wyznaniowe, organizacje antyprzemocowe itp. 

Odsyłam Państwa do stron internetowych, z których można dowiedzieć się znacznie więcej niż z mojego krótkiego tekstu:



niedziela, 4 czerwca 2017

PIĘĆDZIESIĄTNICA I NARÓD NASZ CODZIENNY


W tym roku w wigilię Zesłania Ducha Świętego odbyła się w Warszawie Parada Równości. Tegoroczne hasła dotyczyły niepełnosprawnych, uchodźców, osób LGBT+. Myślę sobie, że to bardzo symboliczna koincydencja, bo też w apelach o równość przejawia się duch Zielonych Świąt (tak tak, znam wypowiedzi Pawła, w których piętnuje seks homogenitalny; pamiętam także, że zakazywał kobietom odzywać się w kościołach; jednocześnie pisał o jedności wszystkich w Chrystusie. Zakaz dotyczący kobiet Kościół przezwyciężył, może warto więc, by pochylił się nad wiedzą o orientacjach psychoseksualnych, o których w czasach Pawła nic nie wiedziano). O wiele bardziej niż w polsko-katolickiej teologii narodu.

***
„Myśmy zatrzymali muzułmanów, bolszewików i gender. Myśmy nawet Clinton zatrzymali. Polak potrafi” —przywołuję w pamięci wypowiedź Dariusza Oko przytoczoną w Tygodniku Powszechnym. Przypomina mi się scena, którą widziałem tej zimy. Punkt z kebabem. Za ladą uwija się pracownik, na moje oko Arab. Klientem jest chłopak ubrany w bluzę z serii „odzieży patriotycznej”. Choć obaj są spokojni, w scenie tej — widzianej z boku — jest jakiś dysonans. Do głowy przychodzą mi pytania: to spokój równorzędnych partnerów? A może spokój taktyczny? Lub wyraz kapitulacji przed polską dumą z tego, że zatrzymało się „muzułmanów, bolszewików i gender”? Jaki komunikat chce wysłać klient ubierając się w „bluzę patriotyczną” i kupując w niej kebab?
Chcąc tego, czy nie, jego bluza konotuje znaczenia, które składają się na pewną wizję narodu polskiego i dumy z bycia Polakiem. Jest wyrazem „przeświadczeni[a] o podstawowej wartości ojczyzny”. Stanowi afirmację podmiotu zbiorowego, który został ochrzczony, bierzmowany, który posiada życie osobowe nierozerwalnie związane z chrześcijaństwem i Kościołem rzymsko-katolickim, choć to nie Kościół jest drogą narodu, ale naród jest drogą Kościoła (Bartnik, s. 19, 12-13). Tak pojmowanego narodu nie da się zastąpić pojęciem „społeczeństwa obywatelskiego”, bo jest to „fenomen płytki, materialny, bezosobowy, którym da się rządzić przez mass media, pieniądz, towar, technikę”, a Kościół uznaje się jedynie za „«dopuszczalny»” wtedy, „gdy będzie poddany nie hierarachii, lecz «świeckim elitom postępowym», które «zmodernizują» jego naukę i podstawę” (idem, s. 14). Tak pojmowany naród jest także obcy marksistom i socjalistom, liberałom, indywidualistom i subiektywistom, którzy toczyli i toczą z nim wojnę (idem, s. 13). 
Czy jednak taka wizja narodu nie jest efektem reifikacji tego pojęcia? Czy nie jest także mitem, który kształtuje wyobraźnię społeczną? Czy jako mit, nie jest narzędziem polityki, nie posiadając dostatecznej legitymizacji w pismach biblijnych? I czy daje się on pogodzić z pryncypiami chrześcijaństwa? A może tylko zaszczepia się na dyskursie religijnym? Dopisuje do niego niespecjalnie chrześcijańskie konotacje?
Polska teologia wypracowała teologiczne pojęcie narodu. Uważam je za pojęcie mityczne — jego sens nadbudowany jest bowiem zarazem nad tradycją chrześcijańską, jak i nad pozateologicznymi, często nacjonalistycznymi koncepcjami narodu. Teologiczne pojęcie narodu pozwala nam oswajać naszą codzienność — służy m. in. wydobyciu wyjątkowości Polaków, pomaga w określaniu scalającego polską wspólnotę wroga, w mobilizowaniu sił i nadawaniu sensu walce, którą toczy się w imię obrony prawdziwej polskiej i europejskiej tożsamości.  Ale czy staje się pomocne w chrześcijańskiej posłudze drugiemu człowiekowi?

***
W gruncie rzeczy chrześcijaństwo powstaje wraz z zesłaniem Ducha Św. Doświadczenie pięćdziesiątnicy jest doświadczeniem „globalizacyjnym” — wyjściem poza elitarystyczną, zawężoną do określonego etnosu, wizję wspólnoty religijnej. „Przebywali wtedy w Jeruzalem pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod niebem. Kiedy więc posłyszeli ten szum, tłum zgromadził się i zdumiał, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Byli zaskoczeni, dziwili się i pytali: Czy ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jak więc każdy z nas słyszy swoją mowę ojczystą? Partowie, Medowie, Elamici, mieszkańcy Mezopotamii, Judei, Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie — słyszymy ich, jak  w naszych językach głoszą wielkie dzieła Boga” (Dz 2, 5-11). Jak wielkim zaskoczeniem był ten dar uniwersalnej równości świadczyć może fakt, że jedni nie wiedzieli co myśleć, a inni drwili z apostołów zarzucając im upicie młodym winem. Mówię o darze uniwersalnej równości, uformowane przez Ducha Świętego chrześcijaństwo znoi nierówność między ludźmi różnych narodów. Co więcej, znosi także nierówność między ludźmi wynikającą z płci, religii czy statusu społecznego. Czytamy w Liście do Galatów: „Wszyscy bowiem dzięki wierze w Chrystusa Jezusa jesteście synami Boga. Wy przecież, którzy zostaliście zanurzeni w Chrystusa, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety. Wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 26-28). [Nowy Testament zna kilka scen posłania Ducha Świętego, o czym drobiazgowo pisał Yves Congar OP we Wierzę w Ducha Świętego. Jedną z nich jest moment, gdy z otworzonego włócznią boku ukrzyżowanego Jezusa wypływa krew i woda. Tomasz z Akwinu w komentarzu do Ewangelii Jana widzi w tym konsekrację Kościoła, który tworzy się tak, jak kobieta została stworzona z boku Adama. Warto nieustannie przypominać, że kobieta jest figurą Kościoła właśnie, a jej płeć jest w gruncie rzeczy androgyniczna, skoro ciałem Kościoła-kobiety jest Jezus i wszyscy wierni]. Znosi także nierówności majątkowe: „Jedno serce i jeden duch ożywiał wszystkich wierzących. Nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne”  (Dz 4, 32). Nie mogło zresztą być inaczej —biblijny diabeł to ten, kto dzieli. Jeśli chrześcijaństwo opiera się na Chrystusowym pokonaniu diabła, musi odrzucić to wszystko, co sprzyja podziałom.



środa, 10 maja 2017

"KAMIEŃ WĘGIELNY"


Czytam właśnie Kamień węgielny Krzysztofa Charamsy. Nie jest to książka, którą byłbym w stanie zrecenzować. Nie recenzuje się bowiem zapisu intymnego doświadczenia, którego konstytutywną częścią jest ból, samotność, wyzwolenie i miłość. A książka Krzysztofa jest właśnie zapisem takiego intymnego doświadczenia, choć nie przedstawia go w języku tak „prywatnym” jak choćby Robert Rient. Świadek Rienta był lekturą dla mnie wstrząsającą. Ale egzystencjalnie bliższa jest mi książka Krzysztofa. Czytając ją mam wrażenie, jakbym czytał o sobie. Podobnie bowiem uciekałem od swojej homoseksualności w lektury i pracę naukową, z książek budując swoją tarczę i puklerz. Doświadczyłem podobnej traumy przy spowiedzi, w której trakcie oskarżałem się o przeżywaną miłość. Podobnie nie lubiłem lekcji W-F, podobnie interesuję się operą, teatrem czy innymi formami sztuki. Tak samo wierzyłem we wspólnotę wiary i rozumu, wierzyłem w spójność doktryny Kościoła katolickiego, a za wzorzec przyjąłem tomizm. Miałem również podobne zapędy inkwizytorskie, sądząc, że z tym, co w doktrynie katolickiej najbardziej tradycyjne, posiadam prawdę, która pozwala mi oceniać innych. Podobne też miejsce widziałem dla siebie w strukturach Kościoła.  Obaj staliśmy się przedmiotem ataków Dariusza Oko, który wbrew etosowi akademickiemu manipuluje słowami, dokonuje fałszywych uogólnień i siłę argumentów zamienia na argumenty ad personam. Nawet znaczenie Narcyza i Złotoustego jest dla nas podobne.  
Wszystko to powoduje, że książkę Krzysztofa czytam niespiesznie, pogrążając się we własnych wspomnieniach, dokonując rozliczeń ze swoją przeszłością i samym sobą. Ale odkrywam też te obszary, które nas różnią. Na kilka z nich chciałbym zwrócić uwagę poniżej.

Krzysztof pisze: „Z żadnym z przyjaciół nie spałem ani nie odbywałem z nimi stosunków seksualnych, ale… kochaliśmy się i to nie były takie same przyjaźnie, jakie zdarzają się między mężczyznami heteroseksualnymi. To były głębokie przyjaźnie między gejami, o dynamice i wrażliwości właściwym homoseksualistom”. 
Przyznaję, że jego doświadczenie jest mi obce. Prywatnie sądzę, że przyjaźń jest zjawiskiem rzadkim i niezależnym od orientacji seksualnej. Jej jakość i głębia — by być górnolotnym i powołać się na Arystotelesa — zależy od przymiotów osób, które przyjaźń budują. Sam — rozpatrując sprawę chronologicznie — najwięcej o przyjaźni nauczyłem się od przyjaciół heteroseksualnych, a to, co dzięki nim wyniosłem, pozwala mi lepiej bądź gorzej budować związek z partnerem, dla którego podstawą ma być przyjaźń. Tęsknota, pragnienie fizycznej bliskości, która nie musi być bliskością seksualną, wierność, niekiedy zazdrość — te i wiele innych elementów współwystępują w moich przyjaźniach bez względu na to czy dotyczą osób hetero- czy homo-seksualnych. Podobnie odbieram ich głębię i znaczenie, które w bardzo namacalnym sensie trzyma mnie przy życiu (przeżywam ostatnio trudny czas, którego elementem bywa pragnienie odejścia; właśnie głębia przyjaźni, której chciałbym ofiarować coś na jej miarę, powoduje, że pragnienie to jest czysto nostalgiczne). I mówię przyjaciołom, że ich kocham, bo przyjaźń jest przecież formą miłości.

Moje doświadczenie nie potwierdza innego doświadczenia Krzysztofa — że wielu gejów jest szczególnie otwartych na transcendencję i uwrażliwionych na to, co duchowe. „Wielość” jest oczywiście kwestią względną. Ale w życiu spotkałem chyba tyle samo uduchowionych hetero-, co homo-seksualistów, a równie wiele osób obojętnych na transcendencję czy duchowość. Są to dla mnie kwestie indywidualne, z którymi nie łączę orientacji seksualnej.
Ważną rolę w moim życiu pełni idea intersekcjonalności, czyli zwracania uwagi na wykluczenie wielokrotne. Pisałem o tym choćby w mojej odpowiedzi na list polskich gejów, w którym zachęcano do coming outu. „Wrażliwość intersekcjonalna” jest w końcu sposobem uwrażliwienia się na wykluczenie po prostu. A wśród wykluczanych są osoby z niepełnosprawnościami intelektualnymi, chorobami i zaburzeniami psychicznymi. Skandaliczne wypowiedzi z tego obszaru mają na swoich kontach Jarosław Kaczyński, Grzegorz Schetyna czy Piotr Nowak. Dlatego zabolały mnie fragmenty książki Krzysztofa, w których pisze: „O dziesiątej w nocy kazano gasić światło, jak w internacie dla nieletnich, do tego upośledzonych umysłowo” oraz „To, czego najbardziej nienawidziłem w seminarium, to ta atmosfera akademii wojskowej połączona z podejściem rodem z ośrodka dla upośledzonych umysłowo”. Podobnie odebrałem słowa Krzysztofa odnoszące się do Cyganów: „W pewnym momencie Kościół uznał za stosowne okazać polityczną miłość Cyganom, spośród których wielu, choć oczywiście nie wszyscy, żyje z okradania innych biednych, tych, którzy codzienne jeżdżą komunikacją publiczną. Papieski kardynał wikariusz potępił aż dwukrotnie, z prędkością światła, tych, którzy pobili jednego Cygana, i tych, którzy napastowali pewną Cygankę. Dostojnicy z pałaców współczuli miłosiernym spojrzeniem… Szkoda tylko, że w tym samym czasie doszło do napaści na homoseksualną parę, której postanowili dać nauczkę dobrzy katoliccy chłopcy. Dostojnicy z kościelnych pałaców milczeli”. Sądzę, że na podobną reakcję zasługiwały obie sytuacje, nie rozumiem też oceny sformułowanej wobec Cyganów i reakcji na pobicie Cygana.

Być może z powodu mojego „rysu intersekcjonalnego”, odmiennie od Krzysztofa traktuję również sprawę „męskości”. Wspomina on w swojej książce choćby o tym, że dziś geje bywają bardziej męscy od heteroseksualistów. Pisze też o swoim chodzeniu na siłownię, uprawianiu sportów walki itp. Rozumiem, że ma to zachwiać pewnym stereotypem. Mnie kojarzy się jednak także z ważnym dla konsumpcjonizmu zjawiskiem kultury „dobrego samopoczucia”. Określony obraz męskości i męskiego ciała bywa źródłem dyskryminacji, której doświadczają choćby osoby z nadwagą. Z tym typem dyskryminacji miałem okazję spotykać się często ze strony gejów. Jego dobitny wyraz znaleźć można w wielu anonsach na portalach mniejszościowych. Itede itepe. Jak farmakon, zarazem lekarstwo i trucizna, także ten ruch emancypacji, wykroczenia poza stereotyp zniewieściałości ma obok pozytywnego awersu, swój ciemny rewers.
W końcu mam bardziej ambiwalentne podejście do teorii queer. Pisałem o tym tutaj i tutaj. Swoją drogą, w kontekście historycznych badań nad seksualnością i tożsamościami płciowymi nie umiem uzasadnić takiego anachronizmu: „Z drugiej strony jako człowiek wykształcony, który dobrze znał świat starożytnej Grecji, wiedział, że tam stosunki homoseksualne między dorosłym mężczyzną a dużo młodszym chłopcem były zupełnie naturalne. Jednak w tym przypadku jego potępiający ton dotyczył raczej pederastii, a nie zdrowej homoseksualności znanej dzisiaj”. Nie wiem, dlaczego właśnie znany dzisiaj homoseksualizm ma być zdrowy i dlaczego społeczne zachowania Greków mają być niezdrowe. Nie sądzę także, by w taki sposób dało się odróżniać homoseksualność od pedofilii, przy mojej jednoznacznie negatywnej ocenie tej drugiej. 


Nie piszę tego, aby pomniejszać znaczenie doświadczenia Krzysztofa czy odmawiać mu prawdziwości. Jedno i drugie pozbawione by było sensu. Chcę raczej do jego doświadczenia dołożyć swoje, do jego wrażliwości dodać moją wrażliwość. Nie wiem, czy będzie to ważne dla kogokolwiek, ale na pewno pozwoli skomplikować perspektywę patrzenia. 
Po książkę Krzysztofa warto sięgnąć z jeszcze jednego powodu: jest ona doskonałą opowieścią o hipokryzji Kościoła rzymsko-katolickiego, w tym Kongregacji Doktryny Wiary. 

sobota, 29 kwietnia 2017

DERRIDA BLISKI POPPEROWI?

Tytułowe pytanie jest, rzecz jasna, prowokacją intelektualną. Myślę jednak, że w pewnych kwestiach Derridzie i Popperowi nie jest do siebie zbyt daleko. (Swoją drogą to ciekawe, że hipotetyzm Poppera nie spotkał się z zarzutami o usuwanie fundamentów i niszczenie kultury, podczas gdy łatwo szermuje się takimi zarzutami pod adresem Derridy; nie sądzę też, by powodem była Popperowska koncepcja trzeciego świata). Problem w tym, że myśl Derridy nazbyt często funkcjonuje w polskim dyskursie w odczytaniach skrajnie uproszczonych, które sprowadzić można do haseł „skrajny relatywizm” czy „wszystko wolno” (warto zerknąć do książki Tomasza Markiewki Literaturoznawczy spór o interpretację, w której pokazuje nie-obiegowy obraz dekonstrukcji).

Jeśli miałbym — prowizorycznie — wskazać płaszczyznę, na której Derrida może spotkać się z Popperem, wskazałbym płaszczyznę „krytycznego racjonalizmu”*. Wiąże się to z przekonaniem, że nie istnieje wiedza, która jest z zasady nie do obalenia. I tym różni się ona od różnej maści „ideologii”, które nie tylko proponują kompletne rozwiązanie jakiegoś problemu, ale zgłaszają także roszczenie do absolutnej pewności i uniwersalności. 
O krytycyzmie jako działaniu przeciwstawionemu ideologizacji jasno pisał Derrida choćby w Uniwersytecie bezwarunkowym. Pozwolę sobie na stwierdzenie, że krytycyzm Derridy jest racjonalizmem w tym sensie, że nie oznacza on po prostu negacji dla negacji i nie stanowi ucieleśnienia zasady antything goes . Derrida — wbrew szablonowym odczytaniom — działalność krytyczną wiąże także z kwestią prawdy i prawdziwości; przy czym prawda ma w jego filozofii wymiar zarówno epistemologiczny jak etyczny: prawda zobowiązuje. Właśnie inspiracje Derridańskie skłoniły mnie do uznania, że wszelkie akty rozumienia są zarazem aktami aksjologicznymi: to znaczy nie tylko stwierdza się w nich pewne sensy, ale jednocześnie afirmuje się je (lub nie) jako prawdziwe.

„Prawda jest bowiem jedną z wartości, która „w swej roli ontologicznej” strukturuje bycie, a „w swej ontycznej roli” jest wartością przeżywaną i korelatem „zaangażowania indywidualnego oraz społecznych (kulturowych) instytucji i systemów normatywnych” (Tuchańska 2012a, s. 302).  Na poziomie ontycznym doskonale widać chociażby etyczny wymiar prawdy. Dochodzi on do głosu w tych sytuacjach życia codziennego, w których „oczekujemy od innych informacji zgodnych ze stanem faktycznym, szczerych wypowiedzi, zobowiązania prawdziwościowego”. Wiemy również, że na straży prawdy „stoją różnorodne przepisy i normy prawne (na przykład chroniące przed oszustwem, karzące za poświadczenie nieprawdy czy krzywoprzysięstwo), obyczajowe (przysięga) oraz etyczne, bo prawdomówność bywa traktowana jako wartość etyczna, na straży której stoi dekalog” (Tuchańska 2012a, s. 286). Zobowiązanie prawdziwościowe pełni bardzo ważną rolę w praktyce naukowej. Nie ma przesady w stwierdzeniu Tuchańskiej, że „sprzeniewierzenie się nakazowi dążenia do prawdy jest pogwałceniem sensu poznania naukowego, w tym znaczeniu, że unicestwia normatywne kryterium, które odróżnia poznanie naukowe od innych form poznawczego «oswajania» rzeczywistości” (Tuchańska 2012a, s. 284). Przy czym zauważa ona, że „[w] obrębie twórczej działalności naukowej warunkiem przejawiania się prawdy jako wartości jest jej rozumiejące przeżywanie i zobowiązywanie siebie oraz innych do dążenia do niej” (Tuchańska 2012a, s. 278). Akt rozumienia, w którym odsłania się prawda, ma zatem charakter konstatująco-afirmujący, zarazem pozwala nam coś stwierdzić, jak i afirmuje prawdę jako wartość”
— pisałem w pracy doktorskiej. W kontekście samego Derridy zauważałem z kolei:
„Afirmację traktuję jako Derridiańską „deklarację performatywną", czyli jako akt rozumienia, który nie jest niezaangażowanym konstatowaniem czegoś, ale opowiedzeniem się za czymś,  a więc również opowiedzeniem się przeciw czemuś”.

Piszę o tym, dlatego że etyczny wymiar poznania wydaje mi się dziś szczególnie ważny, nie tylko na terenie działalności naukowej. Uświadomienie sobie, że „prawda zobowiązuje” i że oznacza to także konieczność trwania w postawie krytycznej, może być jednym z narzędzi ułatwiających sobie poradzenie ze społecznie szkodliwymi ideologiami. Wśród nich wymienić można prawdopośrodkizm czy brak refleksji nad konsekwencjami swoich działań. Przykładowo, popierając Kukiz’15 popiera się Roberta Winnickiego i innych działaczy nacjonalistycznych i homofobicznych. Samemu jednak deklarować można postawę akceptacji dla mniejszości i daleką od nacjonalizmu. Dalej, można popierać ponowne unarodowienie polskiej gospodarki. Problem w tym, co miałoby to znaczyć? Wystarczy spojrzeć np. na polskie firmy drobiarskie, by uświadomić sobie, że warunki pracy w Polsce potrafią być podobne do niewolniczej pracy w Bangaldeszu, a także, że polski przemysł drobiarski stoi zatrudnionymi weń imigrantami (polecam znakomity tekst Ilony Rabizo w kwietniowym Le Monde Diplomatique). Wymaga to pilnej interwencji, która może wyglądać na antynarodową. Następnie wymienić można poglądy, które mają być całościowym, prostym i uniwersalnie ważnym rozwiązaniem danego problemu. Tak jest choćby w przypadku ideologii altmedowych, w których jeden środek ma być lekarstwem na —traktowane jako jedna! — różnorodne choroby. Medycyna przy tym ma być domeną spisków, w tym firm farmaceutycznych. W końcu ideologią jest także przekonanie, że wszelkie poglądy są równie ważne, a więc, że na rynku informacyjnym mamy do czynienia z równosilnymi opiniami. Do czego prowadzi takie podejście pokazuje przykład RT (Russia Today). Problem z tym medium, to nie problem z kremlowską propagandą, jak często utrzymuje się w Polsce. Nie stroni się tam bowiem od mówienia o faktach dla Kremla niewygodnych. Jak pokazuje Maxime Audinet w Le Monde Diplomatique, problemem jest „poznawczy nihilizm”. W ramach strategii wspierania wpływów rosyjskich RT wspiera rozmaite postawy: od lewicowych po nacjonalistyczne i ksenofobiczne, w zależności od rozpoznania potrzeb w danym kraju. W ten sposób w praktyce zrównuje wszystkie poglądy, ich słuszność uzależniając od celów pragmatycznych. Wyznawanie zasady, że wszystko jest opinią i że wszystkie opinie są równie dobre, prowadzi w konsekwencji do zrównania nacjonalizmu i postaw akceptacji oraz tolerancji; poglądy o płaskiej Ziemi stają się równe poglądom im przeciwnym; wspieranie kampanii antyszczepionkowych jest tak samo dobre, jak popieranie szczepień, itd. itp.
 Ucieczka od „zobowiązującej mocy prawdy”, a więc także od krytycyzmu, ma swoje konsekwencje również w kwestii tego, czym jest lojalność, np. polityczna. W moim przekonaniu, polityk lojalny musi być przede wszystkim wobec obywateli. Elementem lojalności zaś jest także krytycyzm wobec własnej formacji i publiczne wyrażanie takiej krytyki, gdy jest to potrzebne. Jak sądzę, dziś funkcjonuje raczej lojalność rozumiana jako posłuszeństwo wobec zwierzchnich polityków, a więc konsekwentne granie „w jednej drużynie” odarte z możliwości autokrytyki. Buduje się w ten sposób ideologiczną opowieść o działaniu politycznym własnego rządu, koalicji partyjnych czy partii, karmiąc społeczeństwo wybranymi i dobranymi informacjami, komentarzami i poglądami. W moim odczuciu dzieje się to wbrew interesom społeczeństwa. A na pewno wbrew zasadzie amicus Plato, sed magis amica veritas. 


*Cudzysłów wskazuje, że nie chodzi mi o koncepcję Poppera. Idzie raczej o postawę, na którą składają się m. in. otwartość na dyskusję, krytycyzm, w tym autokrytycyzm, świadomość ograniczeń językowych czy znajomość innych możliwości. Przyjmując taką postawę porzuca się pewność, rozumianą jako przekonanie o posiadaniu poglądów cechujących nie niepowątpeiwalną, raz na zawsze ustaloną prawdziwością. Do zmiany poglądów dochodzi jednak nie na drodze perswazji i emocji, ale racjonalnych argumentów (zob. M. Heller, Moralność myślenia).. W tak nakreślonej perspektywie "racjonalizmu krytycznego" mieści się, moim zdaniem, i stanowisko Poppera, i praktyka Derridy poprzez praktyk dekonstrukcji usuwał pewność na rzecz otwierania nowych możliwości i dokonywał krytyki kulturowych "pewników". 

sobota, 22 kwietnia 2017

SEMELE W ŁODZI

Semele należy do grona moich ulubionych partytur Händlowskich. W pełni zgadzam się z Piotrem Kamińskim, że kompozytor zbudował w niej teatr „jedyny w swoim rodzaju”, w którym, jak w soczewce, skupia się przeszłość i przyszłość teatru muzycznego. Mamy tu wszystko: kunsztowną polifonię w uwerturze, malowane dźwiękiem emocje (choćby oddany muzyką sen w akcie III), szaleństwo ozdobników czy pyszny humor.
Dlatego nie tylko z zadowoleniem, ale wręcz z entuzjazmem wybrałem się wczoraj do Teatru Wielkiego w Łodzi na spektakl Semele przygotowany przez Akademie: Muzyczną i Sztuk Pięknych w Łodzi oraz rodzimej Szkoły Baletowej. To dobrze, że młodzi ludzie starają się zdobywać szlify sceniczne „na głębokiej wodzie”. Ich odwaga pozwala nadrobić drastyczne braki repertuarowe Teatru Wielkiego w Łodzi, choć żal, że spektakl przemknie przez scenę przy Pl. Dąbrowskiego niczym meteor.

Reżyserię spektaklu powierzono Evie Buchmann przy współpracy Agnieszki Białek i Bartosza Jakóbczaka. Przy wciąż modnym „teatrze reżyserskim” ucieszyło mnie, że na scenie opowiadano historię skrytą w libretcie, a nie oderwane od partytury pomysły realizatorów. W ten sposób Buchmann dała dowód dla starej prawdy, że w teatrze od reżysera ważniejsze jest dzieło. Uszanowała także fakt, że Händel określił Semele nazwą oratorium. Rozegrała akcję w ramach tej samej scenografii i udatnie połączyła „koncertową statyczność” oratorium z akcją dramatyczną rodem z opery. Nad dekoracjami i kostiumami czuwała Izabela Stronias. Tu efekt był — moim zdaniem — w większości satysfakcjonujący. Można by pomarudzić nad niekiedy zbytnim stylistycznym zróżnicowaniem kostiumów, nad suknią Ino, która moim towarzyszom kojarzyła się z amerykańską studniówką, czy nad nieczytelnymi znaczeniowo kostiumami kapłanów — ci przypominali nam mumie. Ale marudzenie skontruje kostium Semele z aktu I czy zabawa kiczem. Myślę tu o postaci Iris, której sceniczne emploi „kupiłem” w pełni.

Co do spraw muzycznych, komplementy należą się orkiestrze i dyrygentowi spektaklu Marcinowi Wolniewskiemu. Zespół brzmiał selektywnie, dobrze wyważono proporcje brzmienia między instrumentami. Choć — purystom (do których nie należę) — mógł przeszkadzać fakt, że nie grano na instrumentach dawnych. Pochwały należą się również chórowi, przygotowanemu przez Dawida Bera. Najmniej satysfakcji sprawili mi soliści. Przeszkadzały mi różne rzeczy: brak dźwięczności głosu w całej skali, „groch”, nie dość precyzyjna artykulacyjnie koloratura, pływająca intonacja. Pamiętać jednak trzeba, że słyszeliśmy studentów i wiele z tych kwestii pewnie ulegnie jeszcze zmianie. Mnie najbardziej podobała się Karolina Benke jako Iris, tworząc wokalnie i scenicznie bardzo wiarygodną postać. Wyróżnię także Małgorzatę Pietrzykowską jako Juno, która zbudowała dobry portret boginki łączącej w sobie cechy patetyczne z rajfurstwem (jak to określił Kamiński: pół-Oktawia z Koronacji Poppei oraz pół-Quickly z Falstaffa). Z wielkim aplauzem publiczności spotkał się występ Aleksandry Hanus jako Semele. To głos w gatunku i barwie bardzo dobrze dobrany do tej roli, a młoda artystka włożyła dużo serca w wykreowanie postaci. Przeszkadzało mi tylko pojawiający się - zwłaszcza w recytatywach - "groch" w głosie. Jak wnoszę po całym występie, nie jest to naturalna cecha jej sopranu i rzecz da się wyeliminować.  

Opera barokowa, grana na żywo, to w Łodzi święto. Dzięki młodym ludziom i ich opiekunom wczoraj w mieliśmy w Łodzi święto. Trwa ono jeszcze dziś. W innej obsadzie.



czwartek, 23 marca 2017

OPERA WYZWOLONA Z WIĘZÓW, CZYLI JAK NIE PROWADZIĆ SPORÓW

Ponownie narasta konflikt w Teatrze Wielkim w Łodzi, o czym donoszą i media, i Związki Zawodowe na swoim profilu na Facebooku. Żal ściska serce. Nie chcę wypowiadać się na temat meritum sporu (choć mam swoje gorzkie przemyślenia po lekturze dokumentów udostępnionych mi przez Urząd Marszałkowski). Chcę odnieść się do strategii walki ze Związkami prowadzonej w Internecie. Czytając rozmaite wypowiedzi władz teatru widzę charakterystyczny dla obrony negacjonizm. To jeszcze rozumiem. Ale komentarze anonimowych Internautów mogą wywołać tylko smutek i gorzki płacz. Krytyków Dyrekcji zwyczajnie obrzuca się błotem, jak niegdyś mnie, gdy zwolennicy poprzedniej Dyrekcji przypinali mi łatki pedała, prowincjusza i Bóg wie jeszcze czego (z chęcią spojrzałbym w oczy choćby Sekretarce poprzedniej Dyrekcji — ciekaw jestem czy wytrzymałaby mój wzrok lub umiała zdementować podejrzenia).

Hic et nunc, w oczy rzucają się dwie rzeczy: ekspansja erystyczna oraz jej element: strategia wypowiadania się nie ad rem, a ad personam.

Pomijam, że czytane przeze mnie komentarze pozostawiali anonimowi goście, a także to, że pisane są językiem, którego wstydziłbym się jako szóstoklasista. Nawet gdyby używano wyrafinowanego języka to arogancja, hałaśliwość, napastliwość, celowe wywoływanie i podgrzewanie emocji czy zmiana pola problemowego, by nie rozmawiać o tym, czego dotyczy spór, ale mówić o tym, co dla siebie wygodne, to i tak nie mielibyśmy do czynienia z merytorycznym sporem. Nie mielibyśmy także do czynienia z czymś, co Michał Heller nazywa moralnym myśleniem, którego konstytutywnym elementem jest świadomość, że nie wystarczy żywić jakieś przekonanie, trzeba mieć jeszcze dla niego relewantne poznawczo uzasadnienie. Właściwa dla moralnego myślenia jest także  rezygnacja z obrony głupoty, do czego — jak przekonuje Heller — mamy „naturalną” skłonność. Głupoty nie należy bronić, gdyż „to nie tylko szum, trudny do uniknięcia element każdego przekazywania informacji. Nowoczesne techniki nawet z szumu pozwalają wydobyć właściwy przekaz. (Miałem tego dowód za poprzedniej Dyrekcji TWŁ — w obliczu moich rzeczowych argumentów rakiem bo rakiem, ale jednak wycofała się ze swoich opinii Dorota Szwarcman, a obrzucający mnie błotem krytycy-sympatycy Dyrekcji nagle poznikali z FB, a z nimi ich komentarze — MMB). W rozmowie z głupim takie techniki zawodzą. Mowa głupiego udaje Słowo, ale nim nie jest. Jest czymś, co… opiera się racjonalnym wyjaśnieniom. Ale głupota może wcielać się w czyn, a czyn taki nie zostaje natychmiast rozerwany wewnętrzną sprzecznością i wyłączony z istnienia, lecz trwa i produkuje skutki, które głupotę utrwalają na Ziemi”.

Gdybym był Dyrekcją TWŁ odciąłbym się w oficjalnym stanowisku od tego rodzaju komentarzy w Internecie. Byłby to czytelny znak, w jaką grę chce się grać. Pomyślałbym także o zorganizowaniu warsztatów dotyczących argumentacji, debat i sporów — warto dbać o rozwój własny i zespołów, którymi się opiekuje. Tu pomocą mogę służyć nawet ja wraz ze współprowadzącym ze mną zajęcia z metodyki wypowiedzi ustnych. Bo uczymy właśnie tego, czym jest argumentacja, kiedy erystyka staje ślepą uliczką. I tak dalej. I tym podobne.
A że bawią mnie uwagi, że to teatralne księgowe są naprawdę na odpowiedzialnym stanowisku (proszę, niech zorganizują i wykonają jakiś spektakl!), przypominam mój bardzo dawny tekst o operze jako grze zespołowej, odrobinę poszerzając dedykację.

OPERA WYZWOLONA Z WIĘZÓW

Pamięci Jarosława Mianowskiego
Baletowi, Chórowi, Orkiestrze, Solistom i Pracownikom „Technicznym”
Teatru Wielkiego w Łodzi

***
Poznań może cieszyć różnymi rzeczami.

Rogalami Marcińskimi, tradycją Stefana Stuligrosza, Amadeusem z Agnieszką Duczmal, Dobrochną Ratajczakową, badaniami posthumanistycznymi i Pracownią Pytań Granicznych, rzeźbami Magdaleny Abakanowicz na Cytadeli, z Maciejem Jabłońskim...
Mnie Poznań cieszy najbardziej ze względu na badania nad operą.
Projektowane i prowadzone przez Jarosława Mianowskiego.
W lutym minęła czwarta rocznica jego śmierci, o ile się nie mylę minęła niemal niezauważona.
A szkoda, bo Mianowski był badaczem dużego formatu, który starał się przywrócić zainteresowanie naukową i popularno-naukową refleksją nad operą.

***
Gdybym miał powiedzieć w jednym zdaniu, co zawdzięczam jego działalności, rzekłbym: operę wyzwoloną z więzów.

Przede wszystkim z więzów estetyki autonomicznej i formalistycznej muzykologii. Mianowski konsekwentnie pokazywał bowiem, że Hanslickowska definicja muzyki jako "form poruszanych poprzez ruch dźwięków" i najpopularniejsze w Polsce pojmowanie opery jako formy muzycznej są - w kontekście teatru muzycznego - zdecydowanie niefortunne.

Opera bowiem to być może gatunek artystyczny najbardziej złożony spośród tych, które pojawiły się na przestrzeni wieków. Jego warstwę fundamentalną tworzy triada libretto-teatr-muzyka, niemniej "każdy z wymienionych elementów niesie ze sobą także szereg aspektów cząstkowych: literacki background, partytura, inscenizacja, wykonanie czy ewentualne nagranie - to tylko niektóre z nich".

***
Tym, co nadaje operze jedność-w-różnorodności jest jej zdecydowanie humanistyczny charakter. 
Na poziomie najbardziej ogólnym wynika on z tego, że adresatem opery jest człowiek - nie Bóg, nie idea, jak miało to miejsce przed barokiem. 

Na poziomie nieco bardziej szczegółowym wiąże się to z rozumieniem opery jako sztuki budzenia emocji. Wielką zasługą Mianowskiego było pokazanie, że tzw. Affektenlehre nie jest li tylko dyskursem przeszłości, ale że afekty i ich intelektualna obróbka pełnią nadrzędną rolę w przypadku teatru muzycznego.

***
Opera - myślana w perspektywie afektów - jest sztuką holistyczną.
W pojęciu afektu zbiega się bowiem filozofia (zwłaszcza etyka i estetyka), psychologia, fizjologia. Sam afekt zaś pojmowany jest jako swoisty 'przepis', "którego celem jest określenie muzyki w jej funkcji społecznej".
W sensie najogólniejszym - pisze Mianowski - afekt oznacza "wszelkie referencjalne odniesienie muzyki do emocji, które rozbudza ona u odbiorcy". Afekt jest zatem pojęciem dynamicznym i interaktywnym, oznaczającym "emocjonalną akcję, której rezultat objawia się w formie efektu".

Opera zatem nie jest nastawiona na popis śpiewaka czy wirtuozerię orkiestry. 
Nastawiona jest na odbiorcę, w którym wzbudzić ma te emocje, na przekazie których zależało libreciście i kompozytorowi. Emocje te służyć mają estetycznemu przeżyciu, a w końcu doświadczeniu katharsis - spełnienia, oczyszczenia, secesji wyobrażeń i myśli.

***
Aby opera mogła spełnić swoje zadanie, musi być odczytana i pokazana wielopoziomowo.
Wymaga dokładnego zrozumienia libretta, którego umuzycznienie związane jest z obecnymi w tekście loci topici (umiejętnosć zidentyfikowania loci topici jest konieczna także dla sensownego przygotowania spolszczeń wyświetlanych w czasie spektakli).  

Medium, w którym realizuje się opera, jest głos. 
Odpowiedniość danego głosu do danej roli - rozstrzygana przy okazji każdej inscenizacji - jest sama w sobie problemem złożonym.
Głos musi bowiem sprostać afektywnym wymogom muzyki. Musi posiadać stosowną umiejętność cieniowania ekspresji, dysponować potrzebnymi "rejestrami wokalnymi", właściwą biegłością i mocą. 
Rozwój opery związany był ze stopniowym odchodzeniem od statycznego i normatywnego realizowania afektów na rzecz budowania emocji zindywidualizowanych, właściwych dla danej postaci (tendencję tę nazywam rosnącym niedoterminowaniem semantycznym). W pierwszym przypadku wymagana jest znajomość stosownych figur retoryczno-muzycznych by przekazać w sposób niezakłamany "afekty zobiektywizowane", w drugim trzeba wyrobionego smaku, by za pomocą ornamentyki, zmian dynamicznych, rubata umiejętnie wydobyć emocje granego bohatera nie popadając ani w pustą wirtuozerię, ani w manieryczne przerysowanie. 
Brak takiej optyki powoduje rozliczne sceniczne zgrzyty. Najczęstszymi bodaj problemami są dzisiaj: (a) obsadzanie śpiewaków, dla których liczy się tylko wokalna wirtuozeria*, krążących między Tokio, Nowym Jorkiem a Europą gwiazd-celebrytów oraz (b) obsadzanie śpiewaków o głosach zbyt małych do wykonywanej roli (można wtedy mówić o lirycznej interpretacji, jest to jednak czysta demagogia w momencie, gdy muzyka wymaga od śpiewaka takiej mocy i gęstości głosu, którą on po prostu nie dysponuje).  
Odpowiedniość śpiewaka do danej roli związana jest także z jego aparycją, umiejętnościami aktorskimi, generalizując - z całą sferą teatralnego chwytu.

Medium, w którym realizuje się opera, to także inscenizacja. 
Tak jak realizacja partii wokalnej nie powinna być tylko popisem umiejętności technicznych wokalisty, tak realizacja sceniczna opery nie jest dziełem niepodzielnie panującego reżysera.
Właściwy kształt sceniczny, zgodny z intencjami libretta i partytury, powinien być efektem współdziałania aktorów-śpiewaków, reżysera, scenografa, kostiumologa, dyrygenta. I innych pracowników "technicznych", o których często się zapomina, a bez których spektakl nie może istnieć. Inspicjenci, perukarze, garderobiane, technicy, krawcowe - ich wpływ na końcowy rezultat jest bezsporny. Sądzę, że koniecznym warunkiem ich zaangażowania i pieczołowitości jest zrozumienie intencji realizatorów.

Medium, w którym realizuje się opera, jest w końcu muzyka realizowana przez orkiestrę.
Nazbyt często traktowaną po prostu jako akompaniament. Funkcja partii orkiestrowej jest jednak o wiele większa - tkankę opery tworzą często motywy znaczące. Równie często w partii orkiestrowej dochodzi do prezentacji treści zawartych w didaskaliach. Orkiestra komentuje (choćby w scenie śmierci Hrabiny z Damy Pikowej dęte drewniane grają motyw ilustrujący migotanie przedsionków), buduje napięcie współzawodnicząc ze śpiewakiem.
Ważne jest zatem, by traktować muzyków orkiestry w sposób podmiotowy. Ważne także, by dyrygent potrafił odnaleźć się w gąszczu semantycznych powiązań między partią orkiestry, partiami solistów, partiami chóru i tym, co wydarza się na scenie.

***
Wyzwolenie opery z więzów oznacza przywrócenie operze jej integralności i nakierowania - jako aktu komunikacji - na odbiorcę. 
Mianowski przekonał mnie bowiem, że tym, co ostatecznie kreuje spektakl, jest meloman. "To jego gust, suma doświadczeń, przygotowanie, zdolność do wielokanałowej percepcji opery, umiejętność zrozumienia intencji twórców dzieła i przedstawienia ostatecznie wykreują spektakl, którego zamysł został zaledwie naszkicowany w operowej partyturze".
Warunkiem koniecznym tej ostatecznej "aktualizacji" jest zaś współpraca wszystkich osób zaangażowanych w inscenizację, by z heterogenicznych elementów stworzyć konsekwentną "teatralną wizję" pokazującą czytelną historię ludzkich afektów i emocji.

EKSKURS
W łódzkim ms2 można cieszyć się wystawą prac Franciszki i Stefana Themersonów. To wystawa zdecydowanie godna polecenia. Towarzyszy jej pierwsze polskie wydanie komiksu Franciszki Themerson - Ubu, który prezentowano w poniedziałek w ramach Małej Literackiej. 
Komiksy czytuję rzadko, tym radośniej donoszę, że Ubu wciąż robi niesamowite wrażenie.
Jako kontrapunkt do pierwowzoru i do opery Krzysztofa Pendereckiego, a także jako dobry komentarz do obecnego status quo wydaje się pozycją obowiązkową w każdej szanującej się bibliotece! 

___
* To kwestia wymagająca osobnego rozważenia. Istotne wydają się tu dwie rzeczy: (a) na ile śpiewak wie, że ornamentyka służy przekazywaniu afektów i emocji, a więc jest z zasady działaniem scenicznym, a nie tylko popisem solistycznym? oraz (b) jaką wagę przywiązuje się do aktorskiej funkcji głosu?
Nagrania płytowe przyzwyczaiły nas do perfekcji wokalnej, która jest rzadko osiągana na scenie. Nie wiadomo także, czy jest konieczna. Jak bowiem - za Seashorem i Meyerem - aprobatywnie utrzymuje Urszula Jankowiak "W muzyce i w mowie czysty dźwięk, ścisła wysokość, dokładna intonacja, harmonika doskonała, sztywny rytm, wyrównana technika, precyzyjny czas odgrywają stosunkowo niewielką rolę. ... Ogromne złoża ekspresji wokalnej i instrumentalnej kryją się w odchyleniu artystycznym od tego, co czyste, ścisłe, dokładne, sztywne, równe i precyzyjne". Różnica między artystą a dyletantem polega na tym, że pierwszy swobodnie i świadomie stosuje odchylenia w służbie uzewnętrzniania afektów i emocji, drugi zaś nie jest w stanie zrealizować niczego "normalnie".   


Mianowskiego przywołuję z dwóch Jego książek: Afekt w operach Mozarta i Rossiniego oraz Krzywe lustro opery.


niedziela, 19 marca 2017

WSPÓLNOTA W ODMIENNOŚCI. O RŮŽIČKOVEJ - MAMIE

MAMIE


„Bardzo mało gram Couperina, bo uważam, że ta muzyka nie jest dla mnie. Gdy pewnego razu, komuś to powiedziałam, był oburzony: co z pani za klawesynistka?! Odpowiedziałam mu, że w takim razie żadna. Na początku XX wieku zaszła rewolucja w każdej dziedzinie sztuki. Maszyny stworzyły nowe tempo życia. Ja jestem wytworem XX, a nie XVII czy XVIII wieku. Urodziłam się w XX wieku, palę papierosy, jeżdżę samochodem, latam samolotami. Nie umiem żyć jak w baroku, gdy tempo życia było inne. Podziwiam ludzi, którzy mogą grać dawną muzykę. Jednak gdy wielu mówiło o autentyzmie wykonawstwa, pytałam: jaki autentyzm? Ja jestem autentyczna, bo nikt z nich nie zna kompozytora. Oni nie mogą do niego zadzwonić, by wytłumaczył jak mają grać – ja mogę”
— mówiła Wojciechowi Sitarzowi Elżbieta Chojnacka. A ja nie umiem nie zgodzić się z jej słowami. Nie jestem może aż tak radykalny, ale historyczny nurt wykonawstwa muzyki dawnej uwikłany jest we mnie w sprzeczność. Z jednej strony mówi się o wykonywaniu muzyki dawnej w zgodzie z kanonami właściwymi dla czasów, w których powstała. Z drugiej — otacza się niemal kultem falsecistów, którzy wykonują partie pisane w baroku dla kastratów, zastępowanych przez kobiety, albo nagminnie używa stroju równomiernie temperowanego, estetycznego standardu naszych czasów, który w dobie Bacha postrzegany był inaczej. Przykładowo: „Użycie przez Bacha terminu Andreasa Werckmeistra «dobrze temperowany» — twierdzi Christoph Wolffe —wskazuje, że był zwolennikiem nieco zmodyfikowanego sposobu strojenia ze «wszystkimi tercjami podwyższonymi», pozwalającego na grę we wszystkich dwudziestu czterech tonacjach bez utraty cech charakterystycznych poszczególnych tonacji — co ma miejsce, gdy oktawa podzielona jest na absolutnie równe półtony (to, co współcześnie stało się standardem, było ówcześnie uważane za poważny minus)”. 

Osobną kwestią pozostaje poznawczy dostęp do przeszłości. Nie sądzę, by poza przekazem ideologicznym, był jeszcze sens o mówieniu, że dociera się do jakiejś obiektywnej przeszłości „samej w sobie”. Tak różni teoretycy, jak Hans-Georg Gadamer (hermeneutyka), Hayden White (pisarstwo historyczne z jego retorycznością), Frank Ankersmit (dyskurs pamięci i świadectwa) czy Chris Lorenz (realizm bardziej wyrafinowany, resp. „realizm wewnętrzny”) pokazali na różne sposoby, że przeszłość uobecnia się w perspektywie naszych przedsądów, współczesnych wartości, w korelacji z nami jako podmiotami stawiającymi pytania, rozumiejącymi. Nurt wykonawstwa historycznego lepiej lub gorzej przyswaja sobie tę lekcję i nabywa świadomości, że sensy, które znajduje w dawnych traktatach muzycznych, że informacje, które wydobywa z ikonografii etc., uobecniane są zawsze w horyzoncie naszej współczesności. Ale — o paradoksie — wciąż pokutuje przekonanie, że wykonawstwo historycznie poinformowane jest lepsze, bardziej właściwe. W ten sposób wiąże się wskrzeszanie tradycji ze sprzecznym wobec tego gestem modernizacji, w którym choćby tradycję romantyczną czy sposoby gry z lata 40, 50 czy 60 XX wieku traktuje się jako przestarzałe, wymagające zastąpienia pomniki, słuchane co najwyżej w ramach „konwentu seniorów” (termin z Płytowego Trybunału Dwójki).

Sam stawiam na pluralizm. Cieszę się, że o wykonawstwie muzyki dawnej wiemy więcej, ale akademizm znacznej części wykonań mnie nudzi. Z Bachowskich Partit na skrzypce solo najchętniej słucham Sirkki-Liisy Kaakinen-Pilch i Lucy Van Dael, obok Henryka Szerynga i Arthura Grumiaux. Z klawesynistów cenię Mahana Esfahaniego, który z niezrozumiałych dla mnie powodów przepadł w Trybunale Dwójski z Wariacjami Goldbergowskimi. Ale namiętnie słucham też Wandy Landowskiej, nie stronię od Aimée van de Wiele, mimo że znajomi fani „baroku historycznego” patrzą na mnie z politowaniem.

Do moich ukochanych artystek należy także Zuzana Růžičkova. Z okazji jej 90. Urodzin Erato/Warner opublikował box (20 płyt ) z jej nagraniami Bachowskimi, które ukazały się na vinylach w latach 70. minionego stulecia. Pisząc o tym wydawnictwie nie uniknę spraw prywatnych, wręcz intymnych. Box zamówiłem przed planowaną operacją Mamy i razem cieszyliśmy się, że będziemy słuchać Bacha po Jej powrocie do domu. Stało się jednak tak, że ze szpitala wróciliśmy do domu i płyty Růžičkovej towarzyszyły na przez dwa tygodnie dzień w dzień, do momentu kolejnej podróży do szpitala, z której Mama już nie wróciła. Pierwszym krążkiem, który włożyłem do odtwarzacza, była płyta dziewiętnasta z sonatami na skrzypce i klawesyn. Růžičkovej towarzyszy na niej Josef Suk. Oboje daliśmy się uwieść temu wykonaniu — Suk gra bowiem z niezwykłą wrażliwością emocjonalną i niezwykłym wyczuleniem na kolor. Gra zresztą na jednym oddechu z Růžičkovą. Później słuchaliśmy sonat na violę da gamba i klawesyn, tutaj w wersji wiolonczelowej. Mama chciała posłuchać ich w zestawieniu z gambą i uznała, że Pierre Fournier w niczym nie ustępuje jej zdaniem wersji wiernej oryginałowi. Zachwyciła nas także reszta płyt. Osoby, które mnie znają, wiedzą, że widzę muzykę w kolorach. Zapewne dlatego czuję tak niesamowitą wspólnotę duchową z Růžičkovą, dla której aspekt kolorystyczny wykonywanej muzyki jest jednym z pierwszoplanowych elementów (doskonale słychać to w sposobie registracji. Nie ma też w tych wykonaniach cienia akademickiej sztywności. Jak pisze w zamieszczonym w książeczce do boxu eseju Esfahani (uczeń Růžičkovej), ona nigdy nie mówiła, że baroku artykulacja czy tempo zawsze realizowane były w taki to, a taki sposób. Na pytania studentów nigdy też nie udzielała szybkich odpowiedzi. Esfahani pisze, że rozmawiając o robiła odniesienia do antycznego dramatu czy poetyki Rilkego. A lekcje z nią skupione były na muzyce jako czystym dźwięku w opozycji do muzyki traktowanej jako system semiotyczny czy symboliczny (luźny przekład). Myśląc o artykulacji i frazowaniu w duchu „neoplatońskim”, dając im priorytet wobec myślenia o muzyce baroku przez perspektywę słów, Růžičkova budowała swój niepowtarzalny język, który fascynuje mnie bardziej niż zdecydowana większość poprawnego grania w duchu „wykonawstwa historycznie poinformowanego”. Przyznaję też, że dawno nie widziałem Mamy tak zachwyconej, jak przy słuchaniu tych płyt, choć kochała muzykę i słuchała jej dużo. Ten zachwyt, cząstka Jej ducha, pozostał dla mnie na zawsze wśród kreacji Růžičkovej i jej partnerów (na płytach gra także Jean-Pierre Rampal). I ilekroć ich słucham, obecność Mamy staje się wręcz namacalna.

W moim głębokim poczuciu ten box warto mieć na półce. Chyba, że jest się dogmatycznym wielbicielem domniemanego postępu pod sztandarem wskrzeszania tradycji.
  



sobota, 11 marca 2017

KRYGER ELUE

Filharmonia Łódzka podarowała mi wczoraj koncert, który spełnił marzenia nie wypowiadane przeze mnie głośno. Nie sądziłem, że dane mi będzie po raz pierwszy na żywo usłyszeń La damoiselle élue Claude’a Debussyego właśnie w Łodzi, do tego z Urszulą Kryger jako solistką. Stało się — stało się to, o czym nie śni się filozofom.

Urszula Kryger nie jest  po prostu śpiewaczką, ale rasowym dramaturgiem, który potrafi zawładnąć wyobraźnią słuchacza (przynajmniej moją). Nie wiem, gdzie leżą granice jej umiejętności artystycznych, co więcej, nie wiem, czy Ona takowe granice posiada. Na wczorajszym koncercie po raz kolejny pokazała, jak wiele da się osiągnąć dzięki szlachetnej prostocie. W jej śpiewie nie było cienia minoderii czy nadekspresji, nigdy też nie próbowała wysunąć na pierwszy plan swojego ego. Jej głos był jednym z instrumentów, odsłaniających sensy obecne w muzyce Claude’a Debussy’ego i Maurice’a Duruflé. W sumie — był wieloma instrumentami. Kryger bowiem z niezwykłym wyczuciem grała barwami swego mezzosopranu, prześwietlała go światłem, pozwalała gęstnieć dźwiękom piersiowym, których — jak zwykle — nie nadużywała (umiejętność mieszania rejestrów opanowała w stopniu zasługującym na specjalne studium). W Pie Jesu z Requiem Duruflé dodała do tego jeszcze nadzwyczajną słodycz głosu, a rodzaj piano, którym zakończyła tę część mszy żałobnej pozostanie mi chyba w pamięci na zawsze.

Jarosław Bręk, który był partnerem Kryger w mszy żałobnej, śpiewał sprawnie i pokazał głos ładny i o dużym wolumenie. Ale przy dramaturgicznych umiejętnościach Kryger wydawał mi się bardziej śpiewakiem niż dramaturgiem.  Ukłony należą się chórowi i Dawidowi Berowi za przygotowanie zespołu. Vladimir Kiradijev przekonał mnie do swoich koncepcji utworów. Może nie wszystko udało się orkiestrze na tip-top (ciut bym pogrymasił zwłaszcza przy Mahlerze), ale koncert uznaję za znakomity. Muzyka pochłonęła mnie, a umiejętnie prowadzona gra barw, świateł i cieni, nie mogła pozostawić obojętnym.

sobota, 18 lutego 2017

ŁÓDZKI CYRANO NA PŁYCIE


Świetnie się stało, że Teatr Muzyczny w Łodzi wydał płytę z muzyką Krzysztofa Herdzina do Cyrana. Wprawdzie utwór ma być musicalem, ale jak rzadko recenzenci zgodnie podkreślali, że to raczej spektakl dramatyczny z piosenkami. Librettu zarzucano rozwlekłość, a podkreślano walory fragmentów muzycznych. Jak pisał Piotr Olkusz: „…gdy aktorzy zaczynają śpiewać, spektakl zdaje się odżywać. Statyczne wyznania solowe czy duety bronią się siłą muzyki i głosów śpiewaków. A im więcej na scenie choreografii, tym lepiej: wówczas dostajemy kreślone z jakimś rozmachem widowisko opierające się na podstawowej magii teatru muzycznego”.

Płyta pozwala cieszyć się samą muzyką. A ta, przynajmniej mnie, sprawiła wiele frajdy zwłaszcza, że nie musiałem rostrzygać, czy jest bardziej "ilustracyjno-filmowa" czy musicalowa. Jest efektownie zaaranżowana i w większości z „biglem”. Co do śpiewaków, na to i owo emisyjnie mógłbym pomarudzić (najmniej podoba mi się Pieśń Siostrzyczek), ale nie będę. zamiast tego napiszę, że szczególny sentyment mam dla piosenki Roksany (Agnieszka Przekupień), zaśpiewanej ze slachetną prostotą, klarownym, jasnym głosem, do sceny kucharza Paszteta (Piotr Kowalczyk) z kuchcikami (O fantazjach kulinarnych) i do duetów Cyrana (Paweł Erdman) z Pasztetem, Le Bretem (Mariusz Adam Ruta) i De Guiche’em (Marcin Ciechowicz).








W książeczce dołączonej do płyty znajduje się tekst oświęcony historii Teatru Muzycznego. To dobrze, wykorzystano okazję, by nieco wiedzy posłać w świat.

piątek, 3 lutego 2017

"LUTER, HEGEL, HITLER, GENDER", JĘDRASZEWSKI, OKO, BARTNIK, NARÓD

Ks. Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski na ingresie Marka Jędraszewskiego w Krakowie

„cytując Grzegorza Wielkiego mówił: «Nie wypada, byś Ty, biskup, który jesteś głową, na czyjąś zgubę słuchał ogona, czyli zbuntowanego człowieka świeckiego, skoro Ty masz słuchać tylko Boga. Winieneś rządzić podwładnymi, a nie podlegać ich władzy»”. „Tak więc odtąd — razem z pozostałymi biskupami w Polsce — będziesz uczestniczył w walce z niebezpieczeństwami dla życia wiary, co jest naszym chlebem codziennym: z sekularyzmem, relatywizmem, libertynizmem, skrajnym indywidualizmem w materii wiary, z «postprawdą», z wszystkim, co się sprzeciwia Ewangelii”.

Zadania, które stawia sobie nowy abp. Krakowa, Marek Jedraszewski wyrażone w czasie ingresu

„budować królestwo Chrystusa i bronić go w naszym narodzie. (…) stać na straży tej duchowej tożsamości polskiego narodu, która swe korzenie znajduje w Mieszkowym chrzcie w 966 roku. (…) zdecydowanie bronić każdego poczętego życia i ukazywać piękno chrześcijańskiego małżeństwa i rodziny”.

Ks. Dariusz Oko

„Jest mój wyraźny charyzmat w tym temacie — obrony Kościoła przed tą ideologią. Np. arcybiskup Jędraszewski, który będzie teraz gospodarzem w Kościele krakowskim, zapraszał mnie na wykłady z gender, bardzo mnie [za nie] chwalił. (…). Także on był na nich obecny. Jestem szarym pracownikiem Winnicy Pańskiej, ale z takim zadaniem, wyraźnie potwierdzanym przez wielu biskupów, kardynałów. Oczywiście nie mógłbym prowadzić tej działalności bez poparcia kardynała Dziwisza (…) i wielu innych biskupów”.

„To jest wielka strata dla świata, kiedy taki wielki naród [niemiecki] umiera. A umiera m. in. przez tę ideologię”. „Tak jak był Luter, Hegel, Hitler i teraz gender — można powiedzieć. Bo Niemcy są prymusami w wielu rzeczach. Gdy robią samochód, wychodzi im bmw, mercedes, audi. A gdy robią zbrodnię, wychodzi im Auschwitz. Oni już tak konsekwentnie idą. Gdy robią gender, to rodziców, którzy się na to nie zgadzają, wsadzają do więzienia”.

„Obok pedofilii na rozkładzie [przedstawicieli gender studies] jest zoofilia. W Niemczech to jest jeszcze zakazane, ale w Danii — nie.  Dania, kraj rolniczy, staje się światową stolicą zoofilii.  Tam przyjeżdżają wycieczki zoofilów, np. z Niemiec.  Tak sobie farmerzy dorabiają”.

„Kiedy byłem w Hamburgu, była jeszcze dżungla w Calais. 10 tys. muzułmanów, którzy codziennie popełniają tysiące przestępstw: molestują, gwałcą kobiety. I całe państwo francuskie nic z tym nie może zrobić.  To lata trwało. Jakiś paraliż”. „To się łączy ze sobą — te domy publiczne w Hamburgu z Calais. I też z dżender. Jeżeli męskość jest niszczona, to nie ma obrońców. To nie ma kto zrobić porządku z Calais, nie ma kto założyć rodzin”.

„Charakterystyczne cechy Pani poglądów, myślenia oraz stylu pisania pozwalają jednoznacznie utożsamić Panią z Panią prof. dr hab.  Magdaleną Heydel zatrudnioną w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Wydziału Polonistyki UJ”. „Odsłoniło się przede mną niemało z Pani wnętrza, wiele z duchowych procesów, które w Pani zachodzą. Dlatego muszę poruszyć kilka kwestii, które w nieunikniony sposób będą dla Pani nieprzyjemne, ale proszę przyjąć to jak lekarską diagnozę co do stanu Pani duszy, której pilnie Pani potrzebuje, chociaż prawdopodobnie nie zdaje sobie Pani z tego sprawy”. „Zajmowanie się wierszami, bajkami i tłumaczeniami niekoniecznie musi być zajęciem najbardziej intelektualnie rozwijającym”.

„No i tu nabrałem jeszcze większego szacunku dla polskiego katolicymu. Narzekają, krytykują itd. No ale jednak jest dużo lepiej, kiedy ludzie idą do kościoła, a nie do domów publicznych.  Widziałem, jak Polacy idą do kościoła, a Niemcy idą tam”.

„Myśmy zatrzymali muzułmanów, bolszewików i gender. Myśmy nawet Clinton zatrzymali. Polak potrafi”.

Ks. Czesław Bartnik

„Narody są z woli Bożej konieczną drogą Kościoła przez świat i historię. Jako twór Boży jest on kategorią eklezjalną: zapodmiotowuje on w sobie w szczególny sposób Kościół uniwersalny i tworzy odpowiedni Kościół partykularny, oczywiście, o koniecznym związaniu z całością żywej problematyki życia konkretnego narodu” (s.435).

„Naród bowiem jest drogą Kościoła Chrystusowego przez dzieje” (s. 39).

„Z kategorią narodu łączy się idea posłannicza, w bardziej granicznych sytuacjach przechodząca w mesjanizm” (s. 435).

„Życie zbiorowe, według Polaków, zmierza do ukształtowania szczególnej podmiotowości, wspólnotowości, a nawet osobowości. Najbardziej uwidacznia się to w zbiorowości narodowej. Dlatego zadaniem narodu jest jego pełna chrystianizacja: ma powstać naród «chrześcijański» i «katolicki». Ta chrześcijańskość jest sensem, celem i modelem życia zbiorowego, kultury i wychowania narodowego” (s. 438-9).

„Naród jest ważnym, konkretnym podmiotem Kościoła powszechnego —ochrzczony, bierzmowany, karmiony Ewangelią, wierzący” (s. 39).  

Cytaty za:
Ks. Adam Boniecki, Ingres nowego metropolity krakowskiego, Tygodnik Powszechny nr 6 (3526)/2017.
Anna Goc, Marcin Żyła, Luter, Hegel, Hitler, gender, Tygodnik Powszechny nr 6 (3526)/2017.

Ks. Czesław Bartnik, Teologia narodu, Częstochowa 1999.

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...