Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2015

CHAZAN. NON SERVIAM

Uczestniczyłem niedawno w konferencji, której tamtyka dotyczyła relacji między wiarą a polityką i prawem. Siłą rzeczy jedną z poruszanych kwestii była wolność sumienia, w moim odczuciu zbyt spiesznie sprowadzana do wolności religijnej (tak jakby sumienie i moralność poza religią nie istniały). Pojawił się też przykład mężczyzny, któremu udzielono namaszczenia chorych, gdy znajdował się w stanie uniemożliwiającym jakiekolwiek świadome podjęcie decyzji. Ów człowiek, gdy dowiedział się o zaistniałej sytuacji, uznał, że ingerencja w wolność jego sumienia była ewidentna i że poniósł uszczerbek. 
Przykład ten wzbudził na fali wesołość, do której przywykłem. (Mężczyzna ten dość powszechnie traktowany jest jako "wariat"). Z aprobatą kiwano głową nad wyrokami sądów, które porównywały naruszenie wolności sumienia tego mężczyzny z sumieniami innych osób, by dojść do wniosku, że inni by tak histerycznie nie reagowali. A w końcu oddalić powództwo (tę linię orzekania zakwestionował Sąd Najwyższy, więc postępowania trwa nadal).

Mimo że dyskusje po referatach przewidziane były na koniec każdej sekcji nie wytrzymałem i zapytałem zebranych, co ich bawi. Skoro sumienie jest indywidualną władzą człowieka, jest sferą wewnętrzną (a tak uważa się zasadniczo w prawie), to jasne jest, że coś, co uznam za naruszenie dóbr ma także charakter indywidualny. I jakiekolwiek porównywanie z cudzymi sumieniami nie ma racji bytu. Ba, chyba nawet technicznie nie jest do zrealizowania.
Nie wzbudziłem sympatii tym pytaniem, ale i nie uzyskałem na nie odpowiedzi.

Pewnie nie pisałbym dziś o tej sprawie, gdyby nie powrót Bogdana Chazana, który od jakiegoś czasu tryumfalnie odtrąbia swoją niewinność wskazując na decyzję porkuratury oraz Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Naczelnej Izby Lekarskiej. Zastanawiam się przy tym, czy w Polsce trzeba nie być prawnikiem i lekarzem, żeby rozumieć stanowione prawo - w przypadku Chazana stanowione jasno i precyzyjnie, i przez niego nie przestrzegane? 

Nie o tym chcę jednak pisać. Chcę dorzucić kilka słów do tego, co już pisałem, na temat sumienia i klauzuli sumienia. Na rzecz tego wpisu zabawię się także w odróżnienie od siebie klauzuli sumienia od sprzeciwu sumienia.

Zacznijmy od tego, że oczywistę są dla mnie dwie sprawy. 
Po pierwsze, że istnieją różne systemy etyczne, których - z różnych racji - nie da się ze sobą pogodzić. Powoduje to, że nie ma jednego algorytmu działania moralnego - mimo że w większości sytuacji dokonujemy podobnych wartościowań i wyborów, będą jednak zawsze takie obszary naszej społecznej praxis, w których będziemy się etycznie różnić. Często ostro.
Po drugie, elementem naszej kultury jest nacisk na autonomię jednostki i jej indywidualną odpowiedzialność za decyzje i postępowanie. Wiąże się to z samodzielnością moralną, na którą wskazywać ma pojęcie sumienia i wolności sumienia.

Skoro indywidualność i autonomia są dla nas ważne, powinniśmy je chronić. Dlatego nie jestem całkowitym przeciwnikiem klauzuli sumienia. Uważam, że istnieją takie obszary życia społecznego - wyjątkowo nieliczne, dodam - w których warto zostawić furtkę prawną, która pozwala zachować człowiekowi intergralność moralno-życiową.  Należy jednak bezwzględnie pamiętać, że klauzula sumienia jest elementem systemu prawnego demokratycznego państwa. A więc, że chroniąć światopogląd moralny np. lekarza, nie może naruszać światopoglądu moralnego pacjentów. I negować pozostałej części porządku prawnego. Oznacza to, że lekarz odmawiając aborcji  musi wskazać placówkę, w której można tego zabiegu dokonać. Koniec kropka. Nie może też - w imię swoich przekonań - przeciągać badań, w niepełny sposób informować pacjentów o ich stanie czy nie wydawać zleceń na badania. Takie działanie stanowi bowiem poważne naruszenie etyki zawodowej (a nawet etyki po prostu)oraz prawa (pacjent ma prawo do rzetelnej informacji o  swoim stanie i do dostępu do legalnych procedur medycznych).

Inaczej widzę sprzeciw sumienia, który jest dla mnie odmianą sprzeciwu obywatelskiego. Polega zatem na całkowitym zangowaniu porządku prawnego państwa demokratycznego, z założonym w nim pluralizmem etycznym, równością wobec prawa i wolnością sumienia wszystkich obywateli
Tak pojmowany sprzeciw sumienia pochodzi spoza wspólnoty. Jest negacją tej wspólnoty, motywowaną w różny sposób - metafizyczny, polityczny czy jakikolwiek inny. I nijak nie może być włączony do wspólnoty, nie może stać się jej częścią.

Sprzeciw sumienia, jak sprzeciw obywatelski, bywa niezwykle cenny. Dla przykładu wtedy, gdy neguje się porządek totalitarny. Każdy, kto dopuszcza się sprzeciwu sumienia (resp. obywatelskiego) wie jednak, że będzie oceniany z punktu widzenia kontestowanego systemu. A więc liczy się z karą,a jego decyzja jest odpowiedzialna, chodzi w niej o wskazanie nie na siebie samego i swoją dolę, ale na wartości w imię których się występuje.

W przypadku Chazana mamy - jak sądzę - jawnie do czynienia ze sprzeciwem sumienia z powodów religijnych. Jego gest mówi jedno - żyjemy we wspólnocie prawnie antychrześcijańskiej, a więc wrogiej Bogu. Istnieje tylko jeden system moralny, który winien obwiązywać wszystkich. A wspólnota wymaga głębokich zmian, choćby całkowitego zakazu abrocji.

W postawie Chazana widziałbym nawet rys heroizmu, gdyby występował we własnym imieniu. Ale nie występuje on w imieniu swojego sumienia, ale w imię systemu, którego autorzy we własnym mniemaniu raz na zawsze rozpoznali i skodyfikowali prawdę i dobro. A więc w imię systemu zamkniętego, opartego o "kapłanów" metafizycznych rozpoznań. Systemu totalitarnego - by użyć rozpoznać Karla Poppera, który taką totalistyczną logikę śledził począwszy od Platońskiego mitu doskonałej politei

Co gorsza, próbuje udawać, że działa w ramach porządku państwa prawa z przepisami o klauzuli sumienia na czele. (Chce być, i ostatecznie jest, podwójnym beneficjentem - systemu Kościoła i systemu państwowego). 
Niestety wspomagają go w tym organy państwowe, które w imię serwilizmu (?), braku treningu w etyce i obywatelskości (?), są w stanie potwierdzić, że działanie spoza porządku państwa można uznać za zgodne z tym porządkiem. Jest to podwójnie niebezpieczne. 
Raz, nie pozwala rozpoznać faktycznych motywów postępowania osoby sprzeciwiającej się i jej środowiska.
Dwa, zaszczepia w mechanizmach demokratycznych narzędzia pozwalające rozpełznąć się totalizmowi.

No cóż, to, jak toczy się sprawa Chazana i inne sprawy w naszym życiu społecznym rozpełznięcie owo tylko potwierdzają. Ponownie w sposób jawny usztywniają się stanowiska światopoglądowe. Powszechna bieda powoduje też, że łatwiej budzić w nas lęki.
Dlatego uważam, że priorytetowy cel walki z prekaryzacją, biedą i nędzą musi być też walką o określoną formułę państwa. Żeby nie skończyło się na tym, że poprawi nam się byt, ale będzie to byt w kolonii karnej i obozie wychowawczym. 




poniedziałek, 8 czerwca 2015

MOJA POLSKA TATARSKA, NIEMIECKA, ŻYDOWSKA...

Jestem w rodzinie taką trochę "czarną owcą", bo nie zajmuje mnie specjalnie genealogia. Wiem tyle, ile powiedzą mi inni, a z historią łączy mnie raczej więź ideowa, niż poczucie dumy z takiego a nie innego pochodzenia.

Tak czy owa po kądzieli i po mieczy pochodzę z rodzin szlacheckich. Kądziel, jak niedawno okazało się ku mojej radości - ma w swej genealogii wątek tatarski. 
Z rodziną związani byli Hauke-Bosakowie - tradycja podaje, że jeden z nich rzeźbił twarz pradziadka na naszym nagrobku. Wojna przeszkodziła ciotecznej babce wejść do rodziny Starzyńskich. Jeden z (pra)stryjów zmarł zarażony jadem ukrywając się w w czasie wojny w nagrobku, gdzie walczył z Niemcami jako lewicowiec. Lewicowy był także dziadek, który przegnał laską babcię z księdzem przyprowadzonym by odprawić wiatykowy rytuał. Niezbyt dalekim krewnym, tym razem ze strony mamy, jest Ignacy Gogolewski. I... mógłbym tak długo. 
Rodzina i jej kumowie. Patriotyzm, walka i kultura. Katolicyzm, islam (Tatarzy!), także judaizm (nasz Mosiek, jak wiem z przekazów, miał wielkie poczucie humoru, także w stosunku do siebie). Ateizm. Bolesna karta "dobrego Polaka", jakim w wojnę był jeden z członków rodziny po mieczu. Myślenie socjalistyczne. I doświadczenie prekariatu.

Jestem głęboko przekonany, że tak, jak z moją rodziną, jest z całą Polską i z Polakami. Nie tworzy nas krew, ale wspólna pamięć. Wspólna praca na rzecz siebie i innych, na rzecz ziemi, na której żyjemy. I pokoleń, które przyjdą. Łączy nas język i kulturowe dziedzictwo. Łączy szacunek i troska. A wszystko to działa wtedy, gdy pozwalamy sobie na odmienne style życie i gdy uczymy się odróżniać sprawy państwowo najważniejsze od ważnych dla nas.

Czy Tuwim nie jest Polakiem? Czy jego twórczość nie należy do skarbnicy naszej kultury?
A przecież gorzko pisał w Kwiatach polskich mając na myśli m. in. Maksymiliana Kolbe:

"Poeta polski Pierd-Piertkiewic;
Kiedy za rządów twych ozońców
Kto żyw, ten błotem mnie smarował:
Bandyci z rozwrzeszczanych „Gońców",
Klechici z Niepokalanowa,
„Myśl (do złudzenia) Narodowa".


Czy Kalwas nie jest Polakiem?  Czy jego twórczość nie tworzy naszego dziedzictwa?
A przecież stał się muzułmaninem.

Czy Polakiem nie jest Elsner? Czy jego muzyka i traktat o języku polskim nie tworzyły polskiej tożsamości w dobie rozbiorów?
A przecież to mason i protestant.

A co myśleć o bp. Janie Pawle Woroniczu i Karlu Obschelewiztu, którzy w imię wierności Bogu uznawali cara za ucieleśnione dobro naszej ojczyzny i pokładali nadzieję, że w dobie moralnego upadku odnowi nas stawiając na fundament chrześcijańskiej moralności???

Polska to nie mesjasz. Ani Kościół.
To organizm, który żyje, jest więc w ciągłej budowie, w nieustannym rozwoju.
Ale to MY go budujemy i rozwijamy. I MY - biedni i bogaci, żydzi, muzłumanie, protestanci, katolicy, prawosławni, rodzimowiercy, ateiści i agnostycy, heter-, homo- bi-, trans- i queer-genderowi, z sercem po lewo i po prawo mamy żyć tutaj razem. I budować.

Polska nie zmartwychwstanie. Nie trawi jej społeczny grzech. Ani nie odbyła się wybrocza pięćdziesiątnica.
Poglądy tego typu plenią się u nas kpiąc w żywe oczy z religii. 
Jeszcze bardziej kpiąć z obywateli, którzy tworzą ten kraj.

Owszem, trzeba być sinym duchowo. Ale silny duch nie potrzebuje ostentacji. A siłą jest umiejętność słuchania innych i rezygnacji z siebie. Narzucanie swojego jest symptomem władzy. Ale bezsilnej przemocą. 

"O Polska kraino!
Gdyby ci rodacy,
Co za ciebie giną,
 Wzięli się do pracy
I po garstce ziemi
Z ojczyzny zabrali,
Już by dłońmi swemi
Polskę usypali.
 Lecz wybić się siłą,
To dla nas już dziwy;
Bo zdrajców przybyło,
A lud zbyt poczciwy

- pisał Wincenty Pol. A Szopen do tych słów napisał jedną z najwspanialszych pieśni.  




sobota, 6 czerwca 2015

LITURGIA - MISTERIUM BOGO-LUDZKIE CZY MISTERIUM POLITYKI?

"Bracia moi , niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby . Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi w zabrudzonej szacie , a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie : « Usiądź na zaszczytnym miejscu !», do ubogiego zaś powiecie : « Stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego !», to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi ? Posłuchajcie , bracia moi umiłowani ! Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym , którzy Go miłują ? Wy zaś odmówiliście ubogiemu poszanowania . Czy to nie bogaci uciskają was bezwzględnie i nie oni ciągną was do sądów ? Czy nie oni bluźnią zaszczytnemu Imieniu , które wypowiedziano nad wami ? Jeśli przeto zgodnie z Pismem wypełniacie królewskie Prawo : Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego , dobrze czynicie . Jeżeli zaś kierujecie się względem na osobę , popełniacie grzech , i Prawo potępi was jako przestępców .
Choćby ktoś przestrzegał całego Prawa , a przestąpiłby jedno tylko przykazanie , ponosi winę za wszystkie . Ten bowiem , który powiedział : Nie cudzołóż !, powiedział także : Nie zabijaj ! Jeżeli więc nie popełniasz cudzołóstwa , jednak dopuszczasz się zabójstwa , jesteś przestępcą wobec Prawa . Mówcie i czyńcie tak , jak ludzie , którzy będą sądzeni na podstawie Prawa wolności . Będzie to bowiem sąd nieubłagany dla tego , który nie czynił miłosierdzia : miłosierdzie odnosi triumf nad sądem .
Jaki z tego pożytek , bracia moi , skoro ktoś będzie utrzymywał , że wierzy , a nie będzie spełniał uczynków ? Czy [ sama ] wiara zdoła go zbawić ? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba , a ktoś z was powie im : « Idźcie w pokoju , ogrzejcie się i najedzcie do syta !» - a nie dacie im tego , czego koniecznie potrzebują dla ciała - to na co się to przyda ? Tak też i wiara , jeśli nie byłaby połączona z uczynkami , martwa jest sama w sobie . Ale może ktoś powiedzieć : Ty masz wiarę , a ja spełniam uczynki . Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków , to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków . Wierzysz , że jest jeden Bóg ? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą.


Kto zaś pilnie rozważa doskonałe Prawo , Prawo wolności , i wytrwa w nim , ten nie jest słuchaczem skłonnym do zapominania , ale wykonawcą dzieła ; wypełniając je , otrzyma błogosławieństwo . Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego , lecz łudząc serce swoje nie powściąga swego języka , to pobożność jego pozbawiona jest podstaw . Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata.


Niech zbyt wielu z was nie uchodzi za nauczycieli , moi bracia , bo wiecie , iż tym bardziej surowy czeka nas sąd

- czytamy w liście przypisywanym Jakubowi apostołowi. To słowa tym bardziej wymowne, że - jak potwierdzają prace historyków - to nie Paweł czy Piotr uznawani byli za kontynuatorów Jezusa. Ale właśnie Jakub, szanowany także przez wyznawców judaizmu. Człowiek oddany biednym, solidarny i pomocny.

Celebracja Wieczerzy Pańskiej jest dla mnie tym momentem, w którym w którym wspólnota wiernych tworzy się i spełnia - buduje i manifestuje swoją tożsamość, staje się symbolem po-jednania świata z Bogiem.
Symbol pojmuję za Ojcami Kościoła - jako materialny znak przedzielony na części dopasowane do siebie. Zebrani razem ludzie, łączący poszczególne kawałki manifestują łączącą ich więź, odsłaniają przed światem, że tworzą swoistą całość.
Wieczerza Pańska jest właśnie taką manifestacją więzi braterstwa - między Bogiem, a ludźmi, między ludźmi między sobą, między Bogiem, ludźmi a kosmosem. 
W zestawieniu z wielkimi misteriami teomaterialnej liturgii sama wiara to za mało, skoro nawet demony wierzą. Potrzebne jest praktykowanie miłosierdzia, braterskiego ducha, powściągliwość języka, troska o biednych i brak względu na osoby. Jeśli bowiem w liturgii uobecnia się Królestwo Boże, to nią ma w nim już politycznych podziałów, walki o wpływy i nierówności społecznych. Ta - eschatologiczna - perspektywa winna być normą dla ludzi żyjących w świecie - ideałem, który uobecnia się swoim postępowaniem.

Codzienne życie przynosi różne wyzwania i ciągle przypomina, że nikt nie jest doskonały.
Zbawcza perspektywa liturgii winna być zatem dla wierzących szkoła i źródłem sił, by normy stanu zbawionych praktykować w codzienności pomimo że wciąż wychodzi to nam nieudolnie.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że takiego wymiaru katolickiej liturgii nie doświadczyłem w Polsce od bardzo dawna.
Akty religijne służą politycznej ostentacji. Przemawiający nauczyciele faworyzują wybranych uczestników akcji liturgicznej (jak ostatnio w Krakowie w czasie obchodów Bożego Ciała). Pomijani są za to - zupełną niewidocznością, zupełnym milczeniem - biedni, wymagający pomocy materialnej i duchowej. Zbyt rzadko powściąga się też język, który miast inicjować w tajemnice zbawienia staje się narzędziem społeczno-politycznych rozgrywek, straszenia, stygmatyzowania i dzielenia. Zapomina się także, że liturgia to nie show, a to, co najważniejsze winno być objęte milczeniem. Prawosławni nawet w radio nie pozwalają transmitować kanonu konsekrującego dary. Mimo zaleceń synodalnych nic z liturgii katolickiej nie jest chronione przed profanacją, ale czemu się dziwić, skoro w trakcie mszy można nawet łączyć telefony od ważnej dla wspólnoty zebranych osoby.

Pismo uczy, że owocem Ducha Św. jest radość i pokój. Widzę ich u polskich katolików bardzo mało. 

Rytuał jest dla mnie ważny. I jako wolnomularz wiem, że jest owocny. Jego siła jest dyskretna, ale działa konsekwentnie. Jest tak wtedy, gdy ma się do niego szacunek i rozumie jego reguły,  a wszelkie funkcje traktuje się jako służebność wobec wszystkich zgromadzonych osób. Tak właśnie, jak w moim warsztacie.
Co ciekawe, w trakcie prac nie mówi się o polityce - choć mówi się o społeczeństwie. To pozwala na refleksję pogłębioną, spokojną, pozwalającą znosić bariery i uprzedzenia.

Mówi się, że inspiracje wolnomularskie przyświecały abp. Bugnieniemu, przygotowującemu obecny kształt liturgii. Nie wiem, czy tak było. Ale inspiracje te na pewno przydałyby się dzisiaj. Do tego, by religijny rytuał nie przykuwał nas do polityki. By słowa nie dzieliły. By możliwa była odpowiedź na kazanie nadużywające języka i pozycji mówiącego. Do zrozumienia, że funkcja jest służbą, a nie wyrazem bycia lepszym niż reszta wspólnoty (pierwszy krokiem na tej drodze byłoby udzielanie komunii pod dwiema postaciami wszystkim wiernym, a także umiejętność przyjęcia przez celebransa błogosławieństwa od wiernych na dalszą celebrację - ile razy księżą wertują mszał, gdy wierni modlą się: Niech Pan przyjmie ofiarę z rąk twoich...).

Jest wiele powodów, dla których opowiadam się za jasnym i konsekwentnym oddzieleniem państwa od kościołów. To dobre dla obywateli (bardzo różnorodnych), dla organizmu państwowego. I dla samej religii, która musi zająć się Bogiem i wiernymi, nie polityką. Pierwsze jest trudniejsze i wymaga świadectwa. Drugie jest spektakularne i łatwe. 
Wolę drogi trudne, wolę spotykać Boga w drugim człowieku. Wolę chrześcijaństwo Jakubowe. 
Wolę rozmawiać, zamiast pouczać.  





wtorek, 2 czerwca 2015

co z tym RAZEM?

Przez  facebookową grupę Świeckie Państwo przewinęła się mała wymiana poglądów dotycząca partii RAZEM.
Rzecz dotyczyła kwestii światopoglądowych, a dokładniej wrażenia, że w kwestii relacji państwo-religia RAZEM nie proponuje nic innego, poza utrwaleniem status quo
Nie będę odtwarzał z pamięci przebiegu dyskusji. Sam przyznam, że światopoglądowo RAZEM jest dla mnie partią póki co zbyt mocno nieuchwytną. I mój niepokój budzą unikowe odpowiedzi na pytania dotyczące sfery światopoglądowej ("Nasz program jest po linii żołądka, nie po linii serca - nie będziemy bawić się w walkę z Kościołem", "stoimy po stronie większości" - jak deklarują na stornie internetowej)
Mocno zastanowiła mnie także odpowiedź Katarzyny Paproty na pytanie o referenda. RAZEM chce, by wniosek podpisany przez minimum 500 tys. obywateli nie mógł być ignorowany. A jeśli będzie dotyczył np. całkowitego zakazu in vitro to cóż, "to już urok demokracji". 
Zbyt mocno pobrzmiewa tu dla mnie echo demokracji jako ilościowego dyktatu, niedającego się uzgodnić z nowoczesną demokracją jako przestrzenią z definicji chroniącą prawa mniejszości przed ilościowym dyktatem.

Ruch jest młody, program pewnie będzie się dookreślał. Niepokoje i pytania można mieć zawsze. 
Myślę, że w kontekście dyskusji warto zauważyć dwie rzeczy.
Primo, rację ma chyba prof. Mirosław Karwat twierdząc, że w pierwszym rzędzie lewica musi zająć się problemami "tych, którzy potrzebują aktywnego państwa i bezpieczeństwa socjalnego" i że "nie wygra dziś walki na płaszczyźnie światopoglądowej, bo racjonalizm, antyklerykalizm i libertynizm to fascynacje niszowe". 
Secundo, RAZEM rozbija struktury jednowymiarowego państwa i jednowymiarowego społeczeństwa, by odwołać się do nomenklatury Herberta Marcusego. Zgadzam się z nim, gdy twierdzi, że "<totalitarnym> jest nie tylko terrorystyczne, polityczne uporządkowanie społeczeństwa, lecz także jego nie-terrorystyczne, ekonomiczno-techniczne uporządkowanie, które działa poprzez manipulowanie potrzebami przez właścicieli kapitału. W ten sposób zapobiega ono wyłonieniu się skutecznej opozycji przeciwko całości. ...
Pod władzą represywnej całości wolność może zostać przetworzona w potężny instrument panowania. Zakresy wyboru dostępny jednostce nie jest czynnikiem decydującym w określaniu stopnia ludzkiej wolności, lecz jest nim to, co może być wybrane i co jest wybrane przez jednostkę".

Jak do tej pory nasza wolność przypomina "wolny wybór pomiędzy znakami firmowymi i gadżetami".
Nie zmieni tego NowoczesnaPL, której program wydaje się nazbyt znany, a twarze liderów nie dość, że nie są świeże, to promowany przez nich od dawna nurt społeczno-ekonomiczny nie sprawdził się. I należy do jednowymiarowej całości. (Pośrednio do tej formacji odnosi się mój poprzedni wips na temat liberalizmu i neoliberalizmu).

Nie zmieni też tego Paweł Kukiz, który swymi sympatiami do KNP czy Janusza Korwin-Mikkego (nawet biorąc pod uwagę ich rozejście się) aktywnie popiera skrajny neoliberalizm, z jego egoizmem, socjodarwinizmem i autorytaryzmem. Celnie zwraca na to uwagę Karwat, odsłaniając jeszcze jedną perspektywę. Mianowicie, w wywiadzie dla Tygodnika Przegląd jasno mówi, że w razie wejścia kukizowców do parlamentu ich sojusz np. z PiS nie jest wcale pewny. Może być bowiem tak, że ewentualnie zwycięskie PiS potraktuje ludzi Kukiza jak Fidesz traktuje Jobbik - czyli jako alibi. Innymi słowy: sami możemy udawać demokratycznie otwartych i grzecznych, zmiany forsując na zasadzie odpowiedzi na żywotne interesy społeczne. 

Nie kryję swoich sympatii do Zielonych, także ze względu na ich światopoglądowe dookreślenie.
Nie kryję swoich niepokojów dotyczących RAZEM . Ale właśnie ta formacja jawi mi się jako szansa na rozbicie jednowymiarowej całości, a więc szansa na wybór innego co, na wyjście poza logikę logo i gadżetu. Poświadcza to choćby program społeczno-gospodarczy (no nie "gospodarczy" w oderwaniu od społeczeństwa), czy szlachetna a trudna idea demokratyczności wewnątrzpartyjnej. Nie sposób więc im nie kibicować!




sobota, 30 maja 2015

LIBERALIZM PRZECIW POLSKIEMU LIBERALIZMOWI, KILKA SŁÓW O IDEI

Ekonomista nie może twierdzić że posiada specjalną wiedzę, która kwalifikuje go do koordynowania wysiłkami innych specjalistów. Co może twierdzić to jedynie to, że jego zawodowe borykanie się z wszechobecnymi sprzecznościami interesów uczyniło go bardziej wrażliwym niż kogokolwiek innego na fakt, że żaden umysł nie jest w stanie posiąść całej wiedzy, która kieruje działaniami społecznymi, oraz o wynikającej stąd potrzebie pewnego bezosobowego mechanizmu, niezależnego od ludzkich sądów, koordynującego indywidualnymi wysiłkami ludzkimi.

[Friedrich von Hayek]

I.

Każda osoba powinna mieć równe prawo do jak najszerszego całościowego systemu równych podstawowych wolności, dającego się pogodzić z podobnym systemem dla wszystkich.

Nierówności społeczne i ekonomiczne mają być tak ułożone aby:
były z jak największą korzyścią dla najbardziej upośledzonych
były związane z dostępnością do urzędów i stanowisk dla wszystkich, w warunkach autentycznej równości szans.
[John Rawls]

Wszyscy, na ile to możliwe, powinni otrzymywać za swą pracę tyle, by móc zaspokajać wszelkie konieczne potrzeby i korzystać z wielu wygód życiowych. Nikt nie może wątpić, że taka równość najlepiej odpowiada ludzkiej naturze 
i mniej obniża jakość życia [ happiness ] bogatych, niż podwyższa jakość życia biednych. Zwiększa ona również siłę państwa i sprawia, że wszelkie nadzwyczajne obciążenia i podatki będą płacone z większą ochotą. Tam, gdzie bogactwa są w posiadaniu nielicznych, muszą oni partycypować w dużym stopniu 
w dostarczaniu tego, co jest konieczne dla społeczeństwa. Ale gdy bogactwa są rozproszone wśród bardzo wielu obywateli, ciężar przypadający na barki każdego z nich odczuwany jest jako mniej dokuczliwy, a podatki nie powodują zbyt odczuwalnej różnicy w ich stylu życia.

Należy dodać, że skupienie bogactwa w rękach nielicznej grupy ludzi musi prowadzić do przejęcia przez nich całej władzy; będą oni wtedy zmawiać się, by nałożyć cały ciężar na biednych i uciskać ich jeszcze bardziej, zniechęcając do wszelkiej przedsiębiorczości.
[David Hume]

II.

Każdy przypadek przymusowej redystrybucji bogactwa i dochodu, bez względu na kryteria na jakich się opiera, oznacza zabranie czegoś jednym – tym, którzy coś posiadają – i przekazanie tego drugim – nieposiadającym. W takiej sytuacji motywacja do tego, żeby stać się posiadającym maleje, a motywacja do tego, żeby zostać nieposiadającym wzrasta. To, co posiadający ma, jest z zasady czymś „dobrym, a to, czego nieposiadający nie ma – czymś złym albo brakiem. Na tym polega istota każdej redystrybucji: niektórzy mają za dużo dobrych rzeczy, a inni za mało. Każdy więc rodzaj redystrybucji sprawia, że ludzie będą produkowali mniej jednostek dobra, a coraz więcej jednostek «zła», mniej doskonałości, a więcej niedostatku. Subsydiowanie osób, które są w biedzie spowoduje więcej biedy. Subsydiowanie bezrobotnych spowoduje, że pojawi się jeszcze więcej bezrobotnych. Subsydiowanie samotnych matek doprowadzi do tego, że będzie więcej samotnych matek itd.

[Hans Herman Hoppe]

Podstawową zasadą społeczną etyki absolutnej jest założenie, iż tak jak życie jest celem samym w sobie, tak każda żywa istota ludzka stanowi cel sam w sobie, a więc nie może być środkiem do celów czy dobrobytu innych, z czego wynika, że „osiągnięcie własnego szczęścia jest najwyższym moralnym celem człowieka.

[Ayn Rand]

Istnieją tylko ludzie, konkretni ludzie i ich indywidualne życie. Kiedy poświęca się kogokolwiek dla dobra innych, wykorzystuje się go, a korzyść odnoszą inni.(...) Kiedy mówi się o jakimś ogólnym dobru społecznym, jedynie maskuje to sytuację.

[Robert Nozick]

Powinien istnieć elastyczny rynek pracy, nie za duża ochrona przez zwolnieniami, by przedsiębiorstwa chciały zatrudniać. Najlepiej, żeby nie było płacy minimalnej lub przynajmniej by nie była zbyt wysoka, gdyż wówczas część najniżej kwalifikowanych pracowników nie znajduje pracy. I oczywiście jak najmniejsze obciążenia podatkowe i regulacyjne, które mogłyby zniechęcać pracodawców do tworzenia miejsc pracy.


[Leszek Balcerowicz]

III.

Trudno uwierzyć, że cytaty z obu grup reprezentują poglądy nazywane liberalizmem. 
Trudności te mnie nie dziwią, dziwi mnie natomiast poziom manipulacji ideami filozoficzno-polityczno-gospodarczymi, który dokonał się w Polsce po 1989 r.

Eksperci, politycy, dziennikarze przekonali nas, że liberalizm do doktryna reprezentowana przez Leszka Balcerowicza, Ryszarda Petru czy (sic!) Janusza Koriwn-Mikkego.
Nie nauczono nas także, że takie same słowa - jak choćby wolność, wolny rynek itd. - mogą w istocie oznaczać różne rzeczy.
Gdy czytam w prasie, że Nowoczesna PL - wspólny twór Petru i Balcerowicza - to formacja liberalna czuję niepokój. Palpitacji dostaję w momencie, gdy uważa się tę formację za nową jakość na polskiej scenie społeczno-politycznej. Ani Balcerowicz, ani Petru nie są żadnymi nowymi twarzami. Tak samo jak nie ma nic nowego w ich doktyrynie. Colin Crouch w książce The Strange Non-Death of Neo-liberalism wykazuje, że Polska, obok USA, najpełniej wcieliła w życie zasady neoliberalizmu, promowane u nas przez Balcerowicza. 
W efekcie zmian odczuwamy krach kultury, sypie się szkolnictwo wyższe, prekariat pracuje na śmieciówkach. Sam neoliberalny model ekonomii i tzw. Konsens Waszyngtoński zbierają zasłużone cięgi. Balcerowicz i Petru zaś - pod prąd temu, co o ekonomistach mówił von Hayek - nie przyjmują do wiadomości jakichkolwiek krytyk, promując w niezmienionej zasady, które się nie sprawdziły.

IV.

Nie mam wątpliwości, że Polsce potrzeba dobrego liberalizmu, tak jak potrzeba dobrej lewicy. Przy czym musimy sobie zdać sprawę, że to, co w Polsce nazywa się liberalizmem, jest zasadniczo libertarianizmem czy neoliberalizmem. Termin libertarianizm w sumie się u nas nie przyjął, funkcjonuje raczej w wąskim kręgu specjalistów. Termin neoliberalizm nabrał zabarwienia głównie gospodarczego. Liberalizm zaś wszedł do słownika na oznaczenie doktryny społecznej, antropologicznej i ekonomicznej, stając się w u nas odpowiednikiem liberatarianizmu.

W mocy pozostają pytania zadane przez Andrzeja Szahaja: "jak było możliwe zdominowanie liberalizmu przez orientację, która wobec jego głównego nurtu stanowiła oczywistą aberrację? Jak można było dopuścić do kompromitacji idei, która stanowiła jedną z najcenniejszych w naszym dziedzictwie kulturowym? Dlaczego ci, którym bliskie były ideały liberalne pozwolili na zmonopolizowanie sposobu myślenia o liberalizmie (doktrynie wewnętrznie bogatej i zróżnicowanej), tym, którzy reprezentowali tylko jedną, uproszczoną jego wersję?".

Nie sądzę przy tym, by adresaci tych pytań kiedykolwiek uczciwie stawili im czoła - Balcerowicz stanowi dla mnie jaskrawy przykład najgorszej antynaukowej tradycji, tj, całkowitego zamknięcia na jakąkolwiek krytykę. Tyrady, rzekomo odpierające głosy oponentów, od dawna nic już nie wnoszą do sprawy.

V.

Demokracja potrzebuje pluralizmu idei i potrzebuje debaty.
Jest w niej miejsce dla libertarian, ale i dla liberałów. Dla ludzi różnie zorientowanej prawicy i lewicy. Trzeba tylko zachować elementarną ideową uczciwość. Na Zachodzie libertarianizm skompromitował się skutecznie, szyld liberalizmu stał się u nas zatem podwójnie wygodny. Skoro jesteśmy kimś innym, to krytyka i kompromitacja nas nie dotyczą. 
W takich warunkach nie da się rzeczowo dyskutować.

Neutralność światopoglądowa państwa, prawo do własnego stylu życia, minimalizacja ingerencji państwa w działalność człowieka, swoboda ekresji i wolność słowa, ale także układanie nierówności państwowych z uwzględnieniem interesu najbardziej upośledzonych, wyrównywanie szans, aby równy start nie był tylko metafizycznym założeniem, popieranie związkowości (antyzwiązkowa retoryka libertarian, widoczna choćby u Henryki Bochaniarz, dobrze pokazuje problemy tego stanowiska z wartością swobodnego zrzeszania się - Jurgen Habermas podkreśla, że swoboda stowarzyszenia jest jednym z mechanizmów przeciwdziałania ideologicznemu dyktatowi i stanowi rdzeń demokracji liberalnej), ułatwienia dla prywatnej przedsiębiorczości niezwiązane z zamianą pracowników w tanią siłę roboczą - to idee mi bliskie. I liberalne.
Tych brakuje mi w naszym myśleniu o państwie. 

poniedziałek, 25 maja 2015

CZAS NA PRACĘ U PODSTAW

Wystarczą mi cztery powody, by uznać zapowiadane sondażowo zwycięstwo Andrzeja Dudy za niedobre dla demokracji:

1. Atak Dudy na Bronisława Komorowskiego za Jedwabne. Doskonale widać w nim było politykę historyczną, w której fakty wypadają gorzej niż ideologia. Uderzanie w nuty narodowościowe i antysemickie (bo w końcu do tego, sprzyjania Żydom przeciw Polakom i Polsce daje się sprowadzić ten argument) dyskwalifikują Dudę dokumentnie. 

2. Odwoływanie się do nauczania JPII jako niekwestionowalnego autorytetu etycznego. Jest to szczególnie niebezpieczne w kraju, w którym lekcje etyki ciągle należą do rzadkości, a JPII uległ hiperkanonizacji w każdej części swojego życia. Warto pamiętać, że nauczanie papieskie jest zobowiązujące tylko dla katolików, a i tak nauczanie zwykłe podlega debacie. W kontekście państwa Karol Wojtyła jest co najwyżej jednym z etyków, a wszystkie jego propozycje podlegają krytyce i deliberacji. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Barbara Chyrowicz, która formułując własne, tak czy owak katolickie stanowisko, wskazuje odmienne perspektywy i pokazuje, w jakich punktach perspektywy te się rozchodzą. Co ciekawe, bardzo krytycznie podchodzili do publikacji Wojtyły jego koledzy z KUL, którzy po wyborze go na papieża zaczęli pisać tę "intelektualną historię" w nowy sposób (!).

3. Frywolna wyobraźnia - bowiem obietnice wyborcze Dudy są nie do zrealizowania. Ani finansowo, ani, jak sądzę, prawnie. Prezydent nie jest bowiem kanclerzem RP a jego pole manewru dość restrykcyjnie wyznacza Konstytucja. Być może zresztą będzie szło o pozorowanie zmian - jak celnie wyrażono to w serialu Ranczo: reformy zawsze wypadają gorzej niż obietnice, nie wolno zatem ich realizować, żeby nie odbierać ludziom nadziei.

4. Wyjątkowo paskudna sytuacja zawodowa Dudy. I jego buta w informowaniu, że UJ nie musi wiedzieć, gdzie zatrudniał się będąc na urlopie bezpłatnym, bo w tym okresie nie działają przepisy regulujące działanie szkolnictwa wyższego. 

Wybór Dudy na prezydenta jest jednak fatalną prognozą, a nie końcem świata. Póki co, jako prezydent, nie będzie prowadził polityki PiS. Co prawda może wygłaszać ideologiczne mowy i grać na nerwach rządzącym, ale stanowienie prawa jest w rękach innych niż PiS.
Gorzej, jeśli na jesień prawica sięgnię po władzę.

Jestem skłonny sądzić, że wygrana Dudy jest czerowną kartką pokazaną PO. 
Ludzie mają dość "polityki ciepłej wody z kranu", mamienia obietnicami, wewnętrznego rozsadzania państwa. I mają rację. Pytanie tylko, czy ponowocześnie narodowo-socjalistyczny* PiS stanowi jakąkolwiek alternatywę? I gdzie tej alternatywy szukać?

Tym, co najbardziej wstrząsnęło mnie w trakcie tych wyborów, to jawne poparcie Dudy przez ludzi SLD.
Dokonało się to pod egidą frustracji i niechęci do PO. Jak donosi mi FB moim znajomi SLD-owcy liczą, że rozpoczęte zmiany dopełnią się na jesieni. Co znaczy - po (samo)bójczych zachowaniach Leszka Millera - że środowisko SLD przynajmniej w części nie wyklucza koalicji z PiS. 
Przy całej mojej niezgodzie na sytuację w kraju nie umiem zrozumieć mariażu lewicy i Dudy/PiS. Ekonomia to kwestia ważna - nie mam co do tego wątpliwości. Ale czy w imię ekonomii można popierać perspektywy ponowoczesno-narodowo-socjalistyczne? Kult specyficznie rozumianej polskości, ksenofobię, etyczne wstecznictwo? Preparowanie wyjątkowej na skalę świata smoleńsko-katolickiej fundamentalistycznej religijności? 
Jeśli tak, to na czym polegać ma lewicowe z gruntu stanie po stronie zmarginalizowanych? Wykluczonych? Pozbawionych pełnego uczestnictwa w życiu społecznym i pełnej równości prawnej?

Zakończone wybory utwierdziły mnie także w przekoaniu, że świadomość obywatelska Polaków jest kiepska, wyjątkowo kiepska. Kupowanie obietnic bez pokrycia jest możliwe wtedy, gdy nie zna się porządku prawnego, a kwestie ekonomiczne czy społeczne okazują się zbyt trudne. 
Jako dydaktyk wielokrotnie zderzam się z wyznaniami studentów, że nie znają Konstytucji RP. Czytali wprawdzie fragmenty na zajęciach, ale nie pamiętają o czym były. Młodzi Polacy nie znają też Deklaracji Praw Człowieka i dokumentów pokrewnych. 
Co zatem - poza manipulacją emocjami i życiowymi niedogodnościami motywuje ich wybór? 
I czego, poza dogmatyczną wizją porządku państowego sprzedawaną na katechezą uczy ich szkoła?

Czas na nowy pozytywizm i nową pracę u podstaw. Na rzetelną dyskusję nad porażką konsensu waszyngtońskiego. Nad wieloletnią strategiczną polityką kraju. Nad porblemami rozmaitych grup wykluczonych.
Czas na lekcje Konstytucji, prawa, obywatelskości.
Czas na silne ruchy na scenie politycznej.

Tylko czy mejstrimowi będzie się chciało?
A mejstrimowe media zajmą się tym, co dzieje się poza nurtem płynącym na Wiejskiej???

*Myśli skupionej wokół narodu i programu socjalnego ekonomicznie nie da się, moim zdaniem, utożsamić z programem III Rzeszy. Zaznaczam to, żeby odciąć się od traktowania frazy narodowo-socjalistyczne jako synonimu nazizmu. Aby tę różnicę wyakcentować dodatkowo wprowadzam dookreśleniee "ponowocześnie narodowo-socjalistyczna". 

czwartek, 21 maja 2015

NAUKA, SZTUKA I STRAŻNICY KONSTYTUCJI

Przedwyborcze emocje sięgają apogeum. 
Czytając teksty i internetowe komentarze, słuchając dzienników radiowych i telewizyjnych odnoszę wrażenie, że będziemy wybierać wodza i kanclerza, od decyzji którego realnie zależy los Polski i świata. Chęć objęcia urzędu jest tak dużą, że obaj kandydaci prześcigają się w czarnym PR wyciągając Jedwabne (paskudna zagrywka!), etaty na uczelniach, grzeszki młodości opozycyjnej czy zależności od partyjnych bonzów. 
Pewnie trzeba i tego, tym bardziej, że o tym i owym opinia publiczna mogła się w końcu dowiedzieć. 
Zbyt mało debatuje się jednak o państwie, perspektywach, celach. I o tym, co dla urzędu prezydenta najważniejsze - o Konstytucji. Ta pojawia się zasadniczo tylko wtedy, gdy postuluje się zmiany w jej treści. A szkoda.

Skoro podkreśla się bowiem, że prezydent jest strażnikiem konstytucji, na usta ciśnie się wiele trudnych pytań. Choćby o tzw. pakiet onkologiczny i pakiet kolejkowy. 

Pytałem swego czasu ministra Arłukowicza, czy jego pomysł na rzekome uzdrowienie sytuacji w służbie zdrowia nie narusza zapisów konstytucyjnych, choćby o równym dostępie pacjentów do świadczeń zdrowotnych. Zbyto mnie pismem gładkim w słowach i nijakim w treści, a problem powrócił. Naczelna Izba Lekarska zaskarżyła przepisy do Trybunały Konstytucyjnego. 
Jestem ciekaw, co myślą o tej kwestii obaj kandydaci, z których jeden jest urzędującym "strażnikiem konstytucji".

Od wczoraj nurtują mnie z kolei dwa artykuły Konstytucji. 
Art. 73 stanowi:
"Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury.

Art. 54 mówi z kolei:
"1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

Art. 73 czytam przy tym - idąc tu za najbardziej rozpowszechnionym stanowiskiem w ramach doktryny - w kontekście art. 54. Oznacza to, m. in., że wolność badań naukowych i ich ogłaszania, wolność nauczania i wolność twórczości artystycznej są dla mnie obszarami o przyznanej wyjątkowej autonomii, nie mogą bowiem być rozwijane "pod dyktando władz publicznych" (Leszek Garlicki). Do tego wolności wyrażone w art. 54 uznaję (w kontekście art. 14) za konstytucyjne zasady podstawowe.

W tym kontekście warto by pytań kandydatów o limitacje swobód wyrażonych w art.art. 73 i 54, o których - wprawdzie nie w stacjach telewizyjnych głównego nurtu - coraz głośniej.

Myślę tu choćby o sytuacji szkolnictwa wyższego, które podlega w Polsce wyjątkowo brutalnej korporyzacji. Jednym z jej elementów jest pomysł definitywnego powiązania uczelni z biznesem i systemem grantowym, przy bardzo niskim udziale PKB w finansowaniu nauki. Powoduje to istotne konsekwencje dla wolności badań i wolności publikowania ich wyników. Naukowcy poświęcają się temu, na co w danej chwili mogą dostać pieniądze. Pod kątem przyznania (lub nie) grantu czy dotacji z biznesu snują także naukowe plany. A przecież nie zawsze jest tak, że to, co istotne dla biznesu, jest istotne dla rozwoju nauki i kultury. Istnieją również pokaźne obszary kulturowo ważne, które egzystują obok tego, co ważne biznesowo. Dalej: podmioty finansujące zainteresowane są często wykorzystaniem wyników badań do własnych celów, co powoduje, że efekty badań nie mogą być swobodnie dystrybuowane w świecie nauki. Wciąż makabrycznie nieczytelne warunki przyznawania grantów, a także spektakularne wolty w trakcie gry powodują, że da się wysnuć jeden wniosek: nauka, poza biznesem, działa pod dyktando władz publicznych. Koniec kropka. Ciekaw jestem, co na to Bronisław Komorowski?

Obok tej limitacji, nazwijmy ją dla wygody "neoliberalną", od zawsze grozi nam narzucenie jedynie słusznej perspektywy moralnej i światopoglądowej. Skoro Andrzej Duda wie, czym jest godność człowieka, skoro uważa, że wg współczesnej nauki homoseksualizm to anomalia, skoro JPII to dla niego bezapelacyjny głosiciel niepodważalnych prawd moralnych, ciekaw jestem, jak widzi wolności z art.art. 73 i 54?

"Rynek oświatowy opanowała ukryta prywatyzacja. Zdumiewające, że choć mamy w ustawie o oświacie jasno sformułowane cele i wartości kształcenia, podstawy programowe kształcenia ogólnego i zawodowego, określające, czego każdy przedmiot ma nauczyć, nasz system podporządkowuje edukację procesom kluczowym dla funkcjonowania gospodarki rynkowej. Staje się narzędziem władzy wspomagania tych procesów. Przenosi do sfery edukacji publicznej rozwiązania znane z firm, koncernów, zobowiązujące do pilnowania efektywności, optymalizacji kosztów i zysków. Innymi słowy jakość polskiego szkolnictwa mierzy się unijnymi wskaźnikami, które warunkują, gdzie trzeba zaoszczędzić, ograniczyć środki z budżetu, ciąć etaty. Weryfikuje się, na jakim poziomie jest młode pokolenie w 15. roku życia. Bo to jest etap fundamentalnej alfabetyzacji. Wszystko po to, by stymulować wzrost produkcyjności edukacji. Jak w chińskiej fabryce, taniej i więcej, jakość to rzecz wtórna.

Bardzo podobnie jest z "rynkiem kulturalnym". 
Choćby teatry zmusza się do szukania źródeł finansowania w otoczeniu publicznym, uzależnia się ich działalność od "sprzedawalności biletów", na główny plan wysuwa się kompetencje ekonomiczne dyrektorów-menedżerów i racjonalizację zatrudnienia. Idą za tym, siłą rzeczy, ceny biletów, kształtowanie repertuaru według gustu, który przy kiepskiej organizacji szkolnictwa artystycznego, bywa różny, niechęć do eksperymentu, nowatorstwa. A także sensownego wykorzystywania potencjału artystycznego zespołu (umowy-zlecenia czy umowy czasowe pozwalają na rotację, znoszą konieczność zapewnienia zespołom szans na rozwój, widać do w łódzkiej operze, w której dyrekcja obywała się bez pedagogów wokalnych).

Kiepska edukacja artystyczna, obniżający się poziom szkolnictwa wyższego oraz głoszenie haseł, że to odbiorcy w swojej masie decydują czy dane dzieło jest dobre czy złe prowadzą do destrukcji świata sztuki. 
Mimo że jestem świadom braków instytucjonalnej teorii sztuki, nie znam lepszej perspektywy dla dyskusji o sztuce. Choćby w aspekcie prawnym (wszelkie odwołania do indywidualnych preferencji estetycznych czy podejścia esencjalistyczne są zbyt wykluczające i zbyt niewspółmierne wobec tego, co w sztuce się dzieje - weźmy przykład procesu, w którym ekspertem są filozofowie sztuki z KUL, dla których sztuka nowoczesna jest anty-estetyką, co napiszą w ekspertyzie???). 
Teoria instytucjonalna mówi - w dużym skrócie - tyle, ze coś jest dziełem sztuki o tyle, o ile za takie uznaje je świat sztuki - historycznie zmienny, ale uchwytny, złożony z osób pełniących określone kompetecyjne funkcje - z artystów, krytyków sztuki, marszandów, kuratorów, reżyserów itd. itp. Jeśli ten świat sztuki skrajnie zdemokratyzujemy, uznamy, że każdy jest tak samo kompetentny do oceny zjawisk artystycznych, tracimy grunt, bazę, pozwalającą nam na przyznawanie czemuś statusu artystycznego. Kompetencje w tej mierze należą do wszystkich, a więc do nikogo.
Boję się tego, jak ognia, bo widzę - choćby w operze - że wystarczy kilka koloratur i jedno trzykreślne es, albo dobry PR, by coś miałkiego stało się wydarzeniem.
Zanik kompetencji w odbiorze sztuki wynikający m. in. z braków edukacyjnych może być źródłem ograniczenia wolności sztuki. Autocenzury. Unikania nowości i kontrowersji. Promowania sprzedawalnej tandety, bo nikt niczego nie umie ocenić (ani dyrektor, który jest menedżerem, anie znawcą, ani publiczność, bo nikt jej nie przygotował, ani zewnętrzny ekspert, bo zespół go nie chce, choćby dlatego że ma zleconą misję z zewnątrz).
Skrajnie niebezpieczne jest także reglamentowanie sztuki podług światopoglądowego widzi mi się. Co kandydat Duda powiedziałby na temat protestów przeciw Golgota Picnic? Czy jego jednoznaczne preferencje światopoglądowe dają się pogodzić z konstytucyjnymi wolnościami?

Pytań, problemów, kontrowersji - choćby związanych z wolnym dostępem do dóbr kultury - jest znacznie, znacznie więcej. Z chęcią bym o to pytał kandydatów na strażników Konstytucji.
Zamiast tego, pewnie znów utkniemy na poziomie personaliów. 

niedziela, 17 maja 2015

HOMOFOBIA - NIENAWIŚĆ DO CZŁOWIEKA

Bywam pogodny. Ale bywam też niespokojny, zniecierpliwiony, smutny. 
Bywa, że emocje biorą nade mną górę, ironia staje się zbyt dotkliwa, mówię o jedno słowo za dużo.
Lubię się zachwycać, poddaję się pięknu i ufam tym, którzy je przekazują.
Nie znoszę krytykować i każdą dokonaną krytykę odchorowuję. Bo bywa jednak, że jest potrzebna i w dobrej sprawie.
Jestem opiekuńczy, ale nie zauważam niekiedy, że za bardzo. 
Bywam za mało empatyczny. Uciekam w siebie, gdy coś mnie przeraża.
Bywa, że trownię czas, bo nie umiem znaleźć motywacji do działania. 
Dla kulturowych norm jestem za gruby, przez co nie wierzę, że mogę się podobać.
Lubię gotować i lubię jeść.
Nie mam swojego kandydata w wyborach prezydenckich - odstraszają mnie obaj.
Jestem lojalny. 
Jestem idealistą 
- nie raz broniłem godności swojego miejsca pracy, mimo że w hierarachii stopni jestem najniżej. 
- nie raz pisałem o narusznaej godności artystów, ateistów, biseksualistów, "innych".
Śmieję się i złoszczę. Aktywnie działam i przesypiam stres. 
Mam zgrabne nogi i chude ręce. I chorobę gastrologiczną, która bywa krępująca.
Jestem z poglądów lewicujący, ale inaczej, niż w polskim mejstrimie. Nie nabieram się choćby na lewicę, która jest ekonomicznie liberalna. I nie umiem zrozumieć, na czym w tym przypadku polega lewicowość.
Jestem patriotą, ale nie kupuję marytrologii. I boję się religii smoleńskiej.
Bywam zasadniczy i cenię pojęcie obowiązku.

Zwyczajnie - jestem człowiekiem. 
Zbiorem cech, workiem emocji, siatką poglądów. Za jedne można mnie lubić, za inne nienawidzieć.
Od indywidualnych preferencji zależy, które okażą się ważniejsze.
Część mnie znam tylko ja sam. Tych nie da się ocenić "z zewnątrz".

Dlaczego zatem najważniejsze ma być to, że duchowo-erotyczna miłość wiąże mnie z mężczyzną?
Dlaczego jeden z kawałków mnie ma definiować mnie całego?
Dlaczego lojalność, troska, poświęcenie, kłótnie, czułość, milczenie - to, co zna z codziennego życia tysiące heteroseksualnych związakó - ma być w moim przypadku inne, gorsze, grążące barbarzyństwem i zniszczeniem kultury? 

Stałem się gejem, gdy katecheta dał mi broszurkę wprowadzającą chłopca w problemy dorastania.
Przestałem być gejem, gdy zrozumiałem, że każdy człowiek jest indywiduum. Nie ma dwóch takich samych heteryków, homoseksualistów, biseksów itd. Dlatego nie ma sensu traktować się z pozycji "grup o silnej tożsamości". Wystarczy każdego traktować jak brata w człowieczeństwie. Z szacunkiem, poszanowaniem życia intymnego, z troską o równość praw i obowiązków.

Homofobia to dla mnie przede wszystkim nienawiść do człowieka. 
Albowiem człowiek zawsze wymykać się będzie wizjom czy tożsamościom, które kształtują grupy.
Homofobia to utrwalanie prekaryzacji społeczeństwa, to patrzenie z góry na bezdomnych, niechęć do Cyganów.

Homofobia to przekonanie, że społeczność jeszcze nie dorosła do tego, by traktować równo wszystkich ludzi.
Kiedyś za wcześnie było na uwłaszczenie chłopów, do których i tak trzeba było się łasić z powodu powstań.
Dziś za wcześnie jest - co dobitnie powiedział Bronisław Komorowski - na potraktowanie jak reszty obywateli osób homoseksualnych. Choć trzeba się do nich łasić, bo jest rok wyborczy.

Nie umiem być dumny ze swojej orientacji seksualnej. Ale nie umiem się jej wstydzić.
Heterycy powinni mieć tak samo.
Chciałbym być dumny z tego, kim się staję. 
Chciałbym mieć szansę naprawiania błędów, które zdarzają mi się po drodze.

Chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym nie ma heteryków, gejów, biseksów, transów, a więc w takim, w którym są ludzie. Z całym bogactwem ich indywidualnych cech i problemów. W społeczeństwie opartym o szacunek, chęć niesienia pomocy, wolnym od nienawiści.
W którym możemy się nie lubić, bez odzierania z człowieczej godności. 
I bez odbierania żyjącym inaczej szansy na samostanowienie. 

Co do miłości zaś, zamiast pytać - z kim sypiasz? wolę pytanie - jak kochasz?
Czy - mówiąc Sartre'em - kochasz także jelita? Żołądek? To, czego nie odsłoni żadne światło, a co składa się z konieczności na bycie człowiekiem?


poniedziałek, 11 maja 2015

MIT III RP I SAMOBÓJSTWO (CZĘŚCI) LEWICY

Sondażowej wygranej Andrzeja Dudy w pierwszej turze wyborów przyglądam się z niepokojem. Ale bez histerii. Bronisławowi Komorowskiemu nalezała się żółta karta. Uważam nawet, że należy mu się kartka czerwona - ale nie w ekipie, która kandyduje na urząd prezydenta w tegorocznych wyborach.
Sam oddałem wczoraj głos nieważny - wsród jedenastu osób nie było ani jednego kandydata, który reprezentowałby choć cień mnie. Czekam także na oficjalne wyniki - może tym razem ktoś przejmie się głosami nieważnymi. Zastanowi nad tym, dlaczego się je wrzuca. I pokaże, jaka faktyczna część społeczeństwa popiera jakie siły.

Większym niepokojem napełnia mnie harmider, jaki rozległ się w sferze publicznej. Jak zwykle emocje biorą górę nad analizą, sterujemy już odczuciami tryumfu, lub wywołujemy lęk. Przywołując widmo IV RP krążące nad Polską. Ta logika wozu lub przewozu skutecznie przesłania problemy, jakie trapią Polaków, Polskę, w tym nasze życie polityczne.

Czytając nagłówek tekstu, w którym straszono widmem IV RP zacząłem się zastanawiać, czy ta lepsza, III kiedykolwiek istania. Czy nie jest przypadkiem mitem, którym karmimy swoje wątłe demokratyczne siły. I dajemy się paść politycznym pasożytom. 
Owszem, nie znoszę nardodowo-katolickiej retoryki PiS, dzielenia nas na Polaków i pół-obywateli, katolików i resztę, heterosekualistów i zdegenerowanych barbarzyńców. PiS przynajmniej głosi takie poglądy jasno - wiemy, gdzie zerka i z kim zagierzga koalicje. 
PO robi wiele rzeczy "po cichu", pod dywanem. Zasłaniając się demokratyczno-liberalną retoryką. I to wydaje mi się dużo groźniejsze.

Przykłady? 

Stosunek do homoseksualistów 

te i podobne bon moty wyszły nie od ks. Dariusza Oko, ale od Stefana Niesiołowskiego. To także on podsyca lęk przed mniejszościami seksualnymi, idealnie wpisując się w język antygenderyzmu

Bartosza Arłukowicza nie niepokoi z kolei działalność ośrodka Odwaga.
W zakładce nasze podstawy na stronie Odwagi znajdujemy odesłanie do Oświadczenia Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy USA. Wydano je także w formie książkowej, opatrując taką zachętą do lektury

"Oświadczenie przynosi nadzieję osobom doświadczającym skłonności homoseksualnych. Podstawą tej nadziei jest fakt, że takie skłonności nie determinują ostatecznie człowieka w jego relacjach z innymi. Niedojrzałość emocjonalna i zaburzenia rozwojowe, leżące u podstaw homoseksualizmu, mogą być poddane terapii, prowadzącej do przełamania zakłóceń tożsamości płciowej i/lub doprowadzić do osiągnięcia wolności uzdalniającej do życia czystego zgodnie ze swoim stanem. Autorzy Oświadczenia formułują zalecenia dla środowisk katolickich, które mogą nieść skuteczną pomoc osobom dotkniętym homoseksualizmem. W swoim opracowaniu sięgają do wyników badań naukowych pochodzących zarówno ze środowisk prohomoseksualnych, jak też promujących prewencję i terapię homoseksualizmu.

Na Ośrodek można odpisywać 1 procent podatku, co nie niepokoi innych ministrów Platformy.
Arłukowicza i PO nie interesuje faktyczna działalność Odwagi, ale to, co deklaruje Ministrowi w papierach.

Stosunek do kultury
Swoisty jest stosunek PO i ich kolaicjantów do kultury. 
To wprawdzie środowiska prawicowe urządzają pikiety, protesty i wciąż szermują obrazą uczuć religijnych. 
Obok tych awantur (bo w sumie idzie o awantury) mamy do czynienia z konfliktem między zespołem Mazowsze a Marszałkiem Adamem Struzikiem. Kolejne odsłony tej sprawy - nieciekawej etycznie, ale i prawnie - śledzić można na FB.
Kiepsko wygląda sytuacja w Łodzi, by wspomnieć konflikt w TWŁ i Teatrze im. Jaracza.
Symptomatyczny brak zdecydowanej reakcji ze strony łódzkiej PO i Marszałka wyjasnił się po tym, jak poznaliśmy kontrakt Wojciecha Nowickiego związany z jego dyrektorowaniem w lokalnej operze. PO-wski marszałek w sumie nie kiwnął palcem w tej sprawie, bo inkryminowane decyzje Nowickiego są zgodne z podpisanym kontraktem. 

To PO zafundowała tancerzom zmianę przepisów emerytalnych. Teraz pracować mają do 67 roku życia. Nikt nie zająknął się o tym, że to - w ich zawodzie - raczej mało możliwe. Nikt też nie pomyślał o kwestii stystemowego zajęcia się problemem przekwalifikowań. 

Stosunek do edukacji
Po wyroku Trybunału Sprawiedliwości przeciw Polsce PO propagandowo i pozornie rozwiązała kwestie zajęć z etyki w szkolnictwie niższym. 
Fatalnie rozwiązano także sprawy edukacji seksualnej - rynek zdominowały książki Teresy Król, recenzowane przez Bogdana Chazana. Są one niewątpliwie cenne ideologicznie, co do merytoryki podnoszone są wątpliwości. Na które MEN specjalnie nie reaguje.
Osobnym problemem jest przekazywanie szkół niższych prywatnym, często kościelnym fundacjom, które nie mają skrupułów we wpisywaniu do statutów odwołań do wartości, pojęć i postaci ze sfery religii.

Dorzućmy problemy związane z ustawą o in vitro, nierealizowane obietnice dotyczące związków partnerskich, funkcjonujący nadal fundusz kościelny, niszczenie szkolnictwa wyższego (opór studentów na UW jest symptomatyczny!) by zadać sobie pytanie, czy poza retoryką i kilkoma kwestiami PO i PiS to faktycznie odrębne światy???

***
Dlaczego piszę to a propos wyborów prezydenckich?
Bo są one dla mnie busolą nastrojów społecznych, które zaważą na wyborach parlamentarnych. 
Sam prezydent może bowiem niewiele, mimo to stoi za nim społeczny mandat. Ważny społeczny mandat. (Acz, pamiętajmy, że w pierwszej turze i na Dudę, i na Komorowskiego zagłosowało najwyżej ok. 16% uprawnionych obywateli, nie znamy bowiem liczby głosów nieważnych). 

***
Rozumiem antysystemowy gest wyborców. Tyle tylko, że jest on pozornie antysystemowy. Mamy bowiem od czynienia z siłami z jednej, prawicowej, gospodarczy mniej lub bardziej neoliberalnej, bajki. 

Tym, co naprawdę mnie niepokoi, jest brat lewicowej alternatywy. A w najbliższej perspektywie być może brak lewicy w parlamencie.
Leszek Miller cynicznie odciął się od klęski Magdaleny Ogórek. Co ma być gestem po raz kolejnym potwierdzającym jego władzę w SLD. Mnie zaś prześladuje pytanie, czyim jest on koniem trojańskim? Bo wystawienie i popieranie Ogórek wygląda od dawna na działanie, które raz na zawsze ma wykończyć Sojusz, zlikwidować lewicę. I zasługuje na jakiś środowiskowy trybunał stanu. 

Nie mam wątpliwości, że w drugiej turze muszę głosować. Muszę glosować na mniejsze zło. Dla mnie jest nim Komorowski.
Ale jak długo można tak robić? Udając, że mamy do czynienia z pluralizmem i demokracją?

czwartek, 22 stycznia 2015

POLAK BEZ REPREZENTACJI

Czuję się zagubiony. Słuchając dzisiejszych radiowych wiadomości uświadomiłem sobie, że definitywnie przestałem być uczestnikiem sensów i wartości, które polityczni reprezentanci polskich obywateli budują jako publiczny dyskurs RP. Zakołatała mi nawet myśl, że chciałbym zmiany w ustawie zasadniczej. Takiej, która wskazywałby mi skuteczne narzędzia zamanifestowania przywiązania do Polski przy jednoczesnym zadeklarowaniu, że nie reprezentują mnie władze, że są mi zupełnie obce, nawet wrogie.

Obśmiewano kiedyś Radio Erewań. Szydzono z marksistowsko-leninowskiej dialektyki.

Dlaczego zatem jako coś poważnego i normalnego celebruje się dziś 25 lat wolności wypracowanej przez związki zawodowe, a jednocześnie stosuje zjadliwą anty-związkową retorykę? Dlaczego działalność związków zmagających się z władzami PRL uznana jest za trafną, a zmaganie z neoliberalnymi władzami RP - za złe? Dlaczego nie mówi się o lewicowych postulatach dawnej Solidarności, które przepadły po reformach Leszka Balcerowicza? Dlaczego bezpardonowo walczy się dzisiaj z nimi pokazując "związkowość" jako zagrożenie? Dlaczego dokonuje się bezpardonowej korporyzacji każdej sfery życia? 

Dlaczego nie bierze się odpowiedzialności za słowo, a wymaga tego od innych? Dlaczego krytykuje Rosję za przeinaczenia historyczne, a samemu ich dokonuje? Usłyszałem dziś o wypowiedzi Ministra Schetyny, który orzekł, że nie armia radziecka, a ukraińska wyzwoliła obóz w Auschwitz. Zapewne to pozwoli uzasadnić zaproszenie na rocznicę wyzwolenia obozu choćby kanclerz Niemiec, a pominąć reprezentantów Rosji. Pozwoli to także na zawsze odsunąć na bok problem z tzw. "prawym sektorem" Majdanu. Co - uwzględniając wszystkie okoliczności - jest nieuczciwe.

Mam wrażenie, że otacza mnie coraz bardziej gęsta mgła. Są światła. Są nadzieje. Są ideały.
Jest we mnie duże przywiązanie i uczucia do Polski. Jest chęć budowania społecznego braterstwa, działania na rzecz wspólnego dobra.

Ale te uczucia domagają się odcięcia od reprezentantów obywateli. Mnie bowiem nie reprezentują.
Co dalej?


PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...