środa, 21 marca 2012

RATUJMY WOK!



Nie wiem, na czym to polega, ale miłościwie nam panujące władze - od ogólnokrajowych po samorządy, mają rzadką umiejętność niszczenia naszej kultury. Z jednej strony sypią pieniędzmi na premie, tablety, z drugiej tną budżety instytucji kulturalnych do tego stopnia, że grozi im zapaść. Jeśli jeszcze czuję się patriotą, to dlatego że czuję dumę z naszych Artystów. I z instytucji takich, jak WOK.
Na pewno trzeba działać i wyrazić swoje niezadowolenie! A petycja nie zaszkodzi:

http://www.petycjeonline.pl/petycja/petycja-ws-warszawskiej-opery-kameralnej/801
https://www.facebook.com/events/345249475521431/345257818853930/

wtorek, 20 marca 2012

DAROCHOWIE RULEZ!



Josef Pieper (ach Ci filozofowie) w eseju Ueber die Musik przypominał pogląd stary jak świat - że muzyka naśladuje poruszenia duszy, nie mówiąc nic o rzeczach, ale "o wielkim szczęściu i nieszczęściu". Wyrażając to, czego język nie sięga, co język wyprzedza i co go przerasta, mówi tedy - dopowiada Berthold Wald - "o tym, czego pragnie serce". Może tak być tylko dlatego że muzyka i życie człowieka są tym samym - nienasyconym pragnieniem, wiecznym wędrowaniem.
Jakże prawdziwe wydały mi się te słowa dzisiejszego wieczora. Wypełnionego dźwiękami fortepianu (Maria Daroch) i wiolonczeli (Tomasz Daroch). Nie wiem, czy to raczej kwestia pokrewieństwa fizycznego (muzycy to rodzeństwo), czy może jednak duchowego sprawiły, że snuta przez nich opowieść poruszała: spokojem, migotliwością barw, żelazną "logiką".
Tej ostatniej na pierwszy rzut oka brakowało. Koncert bowiem był przysłowiowym grochem z kapustą: Beethoven, Schubert, Debussy, Lutosławski, Tansman. Ale Ci, którzy umieją słuchać, mogli śledzić to, co od Beethovena przeszło do Schuberta, od Schuberta do Debussy'ego i tak dalej. Ci, którzy umieją słuchać i pamiętać, wiedzą, ze Grave Lutosławskiego otwiera fraza złożona z czterech wznoszących się dźwięków: d-a-g-a, będących cytatą z Pelleasa i Melizandy Debussy'ego (motyw lasu). Takich związków, aluzji i przywołań spinających klamrą cały koncert dałoby się znaleźć jeszcze trochę.
W tej różnorodnej-i-jednorodnej przestrzeni artyści zbudowali narrację żywą, ale nie przerysowaną. Żywiołowi i romantycznemu rozpasaniu wiolonczelisty sekundował bowiem spokój pianistki, która z łódzkiego Steinwaya potrafiła wydobyć piękny, ciemny i jakby pokryty patyną dźwięk.




Oczywiście, najbardziej zachwyciła mnie druga część koncertu, ta współczesna. Także dlatego że miała swoją - mocno nieoczywistą - dramaturgię. W końcu Grave  - centralna kompozycja tej odsłony koncertu - to utwór funeralny. Lutosławski poświęcił go pamięci Stefana Jarocińskiego, autora wybornych studiów nad Debussym i nad Lutosławskim (także w kontekście wzajemnych filiacji obu kompozytorów), kodując w nim - jak chce Charles Bodman Rae - nawiązania do spuścizny Jarocińskiego (klasa interwałów, której punktem wyjścia jest Pelleasowska cytata połączona z wiązaniami półtonu z trytonem, ewokującego nastrój żałoby). Dobrym wprowadzeniem w ten nastrój były napięcia charakterystyczne dla Sonaty Debussy'ego (dzięki temu zestawieniu można też było śledzić podobieństwa między kompozytorem francuskim i polskim w budowaniu harmonicznych warstw i myślenie o barwie dźwięku). Za to zupełnie nieoczekiwanym zwieńczeniem była taneczna, rozpasana momentami,  Fantazja Tansmana. Darochowie potrafili jednak wydobyć z niej rys zapamiętania i drapieżności, wieńcząc zamyślenie Grave jarmarczną barwnością i optymizmem danse macabre.
Owszem, na to i owo (np. flażolety wiolonczeli) można by narzekać. Ale wrócę do Piepera: prawdziwa muzyka nie polega na bezbłędności, ale na szczerości w opowiadaniu o tym, co człowieka przekracza. Opowieść Darochów była tak szczera, że wciągająca i zatracająca. Tym bardziej, że muzycy potrafili oddać pierwsze skrzypce temu, co grali, stając się niewidzialnymi po to, "by pozwolić przeniknąć przekazowi". Zupełnie jak aniołowie...

poniedziałek, 19 marca 2012

GÓRECKI ROYALSÓW


Jestem osobą przywiązaną do rytuałów - nie tych oficjalnych, które w większości już dawno się zbankrutowały, ale tych osobistych i codziennych, w których z należytą dozą pietyzmu afirmować można bliskich ludzi czy ważne rzeczy. Na przykład muzykę. Zazwyczaj dość precyzyjnie pamiętam mój pierwszy kontakt z utworami, które następnie towarzyszą mi przez życie. Mogę zatem obchodzić rocznice odmierzające czas od pierwszego odsłuchania. O dziwo nie pamiętam jednak, kiedy po raz pierwszy usłyszałem I i II Kwartet smyczkowy Góreckiego. Było to jakoś w połowie lat 90., Zduńska Wola, jako nośnik - niepozorna kaseta Kwartetu Śląskiego, którą mam do tej pory w swojej kolekcji.
Od pierwszego momentu czułem, że nigdy tej muzyki nie porzucę. Była jędrna, momentami obsesyjna, wspaniale repetytywna, garściami czerpiąca z tradycji (cytaty z Już się zmierzcha w I Kwartecie, cytaty z "górlaszczyzny") i niezwykle prosta (w swoich niebywałym pokomplikowaniu, o którym najlepiej wiedzą sami muzycy). Jak życie. Była również mistyczna, co walnie podkreślała reżyseria dźwięku i miejsce nagrania (pogłos osiągalny tylko w kościołach, które nie straciły genius loci). Mając taki punkt odniesienia lata później przeżyłem straszliwy zawód słuchając III Kwartetu w nagraniu Kronosów - rozmemłanie, zupełny brak precyzji w grze i pomysłu interpretacyjnego muzyków nie przysłużył się się temu dziełu, które wydało mi się wtórne, wręcz autoplagiatorskie, i nudne. Do momentu...
Płytę Royalsów kupiłem zaraz po jej ukazaniu się na rynku. I osłupiałem. Odsłuch zacząłem po kolei - I i II Kwartet zachwyciły mnie migotliwością barw, świadomością, że jądrem muzyki jest cisza (tak, to jak Royalsi rozumieją pauzy zasługuje na odnotowanie, a nawet opisanie), ekspresją, zapierającą dech precyzją wykonania i technicznym mistrzostwem. Zachwyciły, ale pozwoliły myślom krążyć wokół innych jeszcze spraw. Tego ostatniego nie byłem już w stanie zrobić słuchając III Kwartetu. Wciągnął mnie bez reszty, motorycznością poszczególnych segmentów, swymi pięknymi, długimi płaszczyznami, swym prawie niezauważalnym pulsem (ruch wieczność, by rzec patetycznie), śpiewnością i smutkiem kantylen. Zgłupiałem...z uczuciem, ze słucham innego utworu. Włączyłem Kronosów i wróciły dawne odczucia, szybko zamazane i przemienione grą Royal String Quartet. Dzięki Ich nagraniu odkryłem dla siebie nie tylko III Kwartet, odkryłem również inną mistyczność wszystkich trzech kompozycji. Nie jest to mistyka religijna, z ducha chrześcijańska czy "teistyczna", którą ewokują Ślązacy. To o wiele bardziej pierwotna mistyka natury, siła słońca, melancholia pokrytego mrokiem lasu.
Jak dobrze mieć w kraju zespół wrażliwy na takie sfery świata! Jak dobrze mieć zespół, który z tą wrażliwością na nowo odczytał Góreckiego! Jak dobrze móc dzięki nim wpleść w codzienność kolejny ślad rytuału!

piątek, 16 marca 2012

WYZNANIA PANTEISTY

Jasnej Marii
Nigdy nie byłem dobrym indywidualistą. Zawsze czułem się tylko kroplą w morzu świata. Zawsze pragnąłem być wodą, ziemią, powietrzem, grą światła na bordowiejących owocach czereśni. Muzyka zawsze była dla mnie pełna barw. Podobnie zapachy - przyprawy komponuję po części z tego, co zapamiętało moje powonienie, po części z tego, w jakich kolorach widzą je moje oczy. Cały mój świat jest światem zmysłów. Zapachu jabłek z dzieciństwa, które jesienią leżakowały na szafie. Smakiem morw białych i czarnych. Pogłębiającą się barwą renklod.
Moje Ja zawsze obierałem jak przekleństwo; barierę oddzielającą mnie od pełni świata.
Paradoksalnie ta tęsknota za całością to Ja umacniała i umacnia.
Paradoksalnie to Ja trwa, bo żyję w zapomnieniu o nim, wychodząc czy może raczej starając się wychodzić ku tym, których spotykam na swej drodze a odchodząc od siebie (cóż, w moim przypadku chwila skupienia na sobie może mieć tylko jedną konsekwencję: poprzez proch być: wodą, powietrzem, ogniem...). 
***
Cały mój świat jest światem zmysłów, a więc i języka. Uczyłem się od Marii słuchać jego ciszy; uczyłem się i jego mocy, która potrafi ocalać i chronić. Uczyłem się jego pamięci, która przechowuje także to, co zmysłowe. 
Jedna z nielicznych we mnie nut konserwatyzmu czy nostalgii za tym, co było, dotyczy właśnie języka. Na moich oczach polszczyzna traci swój inherentny związek ze zmysłami; staje się płaska; nie ewokuje już muzyki czy zapachów; nie uobecnia nagrzanego słońcem powietrza; nie powoduje, że na brzegu warg czuje się okapujący sokiem miąższ owocu albo rozgrzany oddechem pocałunek. Jak u Kozioł w Postojach pamięci. Do takiej polszczyzny tęsknię, w której
"Pełnia księżyca nałożyła się na pełnię słońca. Milczenie ptaków przywołało głosy jej krwi nie rozpoznane jeszcze, ledwie poczęte. I głosy te podniosły się w niej i nad nią, czyniąc zamęt sprzeczaniem się o prawo pierwszeństwa. W milczeniu nocy księżycowej, w pierwszej jej nocy, odprawiało się to tajemne misterium krzyżowania się głosów krwi, które całymi latami i przez wieki składały się na niepowtarzalny cud tego właśnie poczęcia, jak gdyby po to tylko istniał dotychczas świat, by mogła z niego zrodzić się ona". 
Tak Mario (o Tobie nie boję się pisać, są jeszcze Ci, o których pisać się lękam i chronię ich moim niepisaniem), mam 400 lat. Jestem tylko cieniem. Przyłożyłaś rękę do tego, bym stawał się milczeniem i spokojem. Pamięcią drzew...

środa, 14 marca 2012

O NIERELIGIJNEJ NATURZE CHRZEŚCIJAŃSTWA - WYPISY



"Pomyślmy o Wolterze: przez wielu Wolter jest uważany za wroga religii. Ale dla mnie Wolter był dobrym chrześcijaninem właśnie dlatego że domagał się wolności przeciwko autorytaryzmowi. [...] Stojąc bezwarunkowo po stronie wolności przeciw autorytaryzmowi, stanął po stronie chrześcijaństwa. Tym samym prawdziwe chrześcijaństwo być może musi być niereligijne. W chrześcijaństwie bowiem istnieje fundamentalne zobowiązanie do wolności. To opowiedzenie się za wolnością [...] obejmuje też sobą wolność od (idei) prawdy. Gdyż tam, gdzie rzeczywiście istnieje obiektywna prawda, zawsze znajdzie się ktoś, kto posiadł ją w stopniu większym ode mnie, tym samym jest uprawniony do nałożenia na mnie obowiązków wynikających z prawa". 

***
"Jeśli chrześcijaństwo nie uwolniło nas od obiektywnej prawdy, to jak możemy utrzymać naszą wiarę w Pismo bądź jak możemy uchronić Pismo przed logiczną niespójnością jeśli nie zupełnym absurdem? [...] Mówiąc krótko,  aby w naszych czasach wierzyć w Ewangelie trzeba zrozumieć, że język nie tylko opisuje obiektywną rzeczywistość. Istnieje również inny język, który mówi o innych rzeczach. [...].
Podobnie jest z językiem Ewangelii - mogę go zrozumieć tylko wtedy, gdy nie będę go traktował ani jako [...] języka opisującego zewnętrzny świat, ani jako języka, który należy interpretować realistycznie. Zamiast tego, [rozumiem go wtedy, gdy traktuję go jako język] mówiący o moim przeznaczeniu. Gdy w Walentynki mówisz 'Kocham Cię', to wyznanie to nie opisuje żadnego obiektywnego fenomenu. Być może będziesz chciał wskazać na szybsze tętno jako obiektywny dowód swojego uczucia, ale być może będziesz chciał wskazać na zupełnie inny dowód. Po raz kolejny znajdujemy się w dyskursie [potrzebującym] interpretacji".

***
Tylko  "odzyskanie dyskursu miłosierdzia pozwala rozjaśnić dogmatyczne obciążenia oraz nowego ducha ekumenizmu wypełniające kościół. Jest ro również przesłanie hermeneutyki. [...] Nadszedł czas, by chrześcijaństwo zrealizowało swoje niereligijne przeznaczenie, które jest nim samym". 
Gianni Vattimo


[Bardzo robocze tłumaczenie i wyróżnienia moje - MMB].

niedziela, 11 marca 2012

MOJE KOBIETY, MOJE CHUDE TALIZMANY

Moje kobiety mają głosy ciemne jak ziemia...






Czarne i żyzne jak torf. W szaleństwie języka gromadząc i "humifikując" klejnoty tradycji.














Brązowe jak iły. Kuszące szorstką a delikatną aurą "pyłu kwarcowego".

















Czarno-siwe jak proch ziemi, z którym rozwiewa się to, co tragiczne, by odrodzić się niczym Feniks. Ku złemu i ku dobremu.












Moje kobiety trawi nieugaszona tęsknota...







za żył otwarciem, by chlusnęło życie, przez kraj - i mimo - W ziemię, by karmić ziarna i perz wierszem. 

















za drzewem krzyżowym, a więc za każdym drzewem.
I kłosem - ciałem Pańskiej Wieczerzy:
Aż modlitwy przeczystej słowem
Ból męczeńskich ran się uśmierzy.

















za pustką, skoro >nie dotknę nieba ramionami<
z nadzieję, że >wspomną mnie kiedyś ci co przyjdą po mnie<
gdy do ucha przyłożą muszlę wyrzuconą z głębin
by łowić z niej szmer pieśni mojej
i zaniemówienia.











Moje kobiety uczą mnie, że nie jestem ni ziemią, ni wodą. 
Moje kobiety uczą mnie, że jestem liściem.
A był liść z jego liniami
Linią życia
Linią losu
Linią serca
Była gałąź na końcu liścia
Rozwidlona linia znak życia
Znak losu
Znak serca
Było drzewo na końcu gałęzi
Drzewo godne życia
Godne losu
Godne serca
Serce wyryte, przebite, przeszyte,
Drzewo, którego nie widział nikt.
Były korzenie na końcu drzewa
Korzenie winorośle życia
Winorośle losu
Winorośle serca
A na końcu korzeni była ziemia
Ziemia po prostu
Ziemia cała
Ziemia samotna poprzez niebiosa
Ziemia.  



 

Był liść, była Demarczyk, był Desnos...
http://www.youtube.com/watch?v=3OLt02Ve2Bg&feature=results_main&playnext=1&list=PL5D07A47F539CA6AB

piątek, 9 marca 2012

O SKRYTEJ NAMIĘTNOŚCI

Moja namiętność do matematyki pewnie niejednego zadziwi. Ale cóż, mogę o niej nie mówić, ale mam ją w głębi duszy. Do-kształconą ostatecznie w liceum - z matematyczką o symptomatycznych inicjałach [SS] i w klasie o profilu matematyczno-fizycznym. Co prawda, nigdy nie wierzyłem w matematyczność świata czy uniwersalność języka matematyki. Za to pociągały mnie w tym języku jego prostota i piękno, kreatywna moc, ale też dar uspokojenia. I choć od dawna nie rozwiązuję zadań ze stereometrii, sporadycznie sięgam do trygonometrii, z rozrzewnieniem wspominam już tylko badanie przebiegu zmienności funkcji, to kreatywna i wnosząca (s)pokój moc matematyki towarzyszy mi nieustannie. W muzyce. U Bacha - gdzie obok wszystkiego matematyczność staje się również doznaniem quasi-mistycznym. Jak tu, w chaconne, granej jak nigdy wcześniej i nigdy później (widać, nie rdzewieją stare miłości) przez Lucy van Dael:
http://www.youtube.com/watch?v=1AvKThvHMHw
Chapeaux bas, Messieurs, c' est la mathématique!

czwartek, 8 marca 2012

ODRA ŻEGNA WISEŁKĘ

Piórami Jacka Łukasiewicza i Urszuli Kozioł. A także samej Wisławy Szymborskiej, w symbolicznym wyborze liścików i kartek pisanych do Kozioł.

"Jej wiersze - pisze Łukasiewicz - mają przed sobą długie trwanie. Niekoniecznie może zawsze w centrum, w >głównym nurcie<, może trochę z boku. Ale, wiemy to już dobrze - nic ich nie wymaże z kart historii literatury, ze złotej polskiej antologii poetyckiej. Będą też należały do tych jej stron, które są uniwersalne, dostępne dla innych. Nie naznaczone niezrozumiałością naszych dziejów, nie wymagają jakiś specjalnych kodów, by były czytelne. Niosą stoicką pogodę, uczą radosnego zdziwienia niezwykłością świata, tego, iż powtarza się on i odnawia.Zdziwienie, że należąc do przyrody, związani z innymi jej rejonami milionem nici, jesteśmy tacy inni. [...] Łączy się jej nazwisko z limerykami i innymi żartobliwymi wierszykami [...]. Te zabawy nie mogą jednak przesłaniać powagi. Jest bowiem w jej poezji patos. Patos ludzkiego życia, patos miłości i śmierci, o czym nie mówi się wprost, ale omownie - poprzez kota w pustym mieszkaniu. Patos nasz powszedni, który pozostaje cieniem naszej codzienności, tym bardziej wymowny, im bardziej okiełznany. Była mistrzynią okiełznań. Kto takim patosem gardzi, odrzuca poezję Szymborskiej".

"Kiedyś - wspomina Kozioł -, kiedy z Władysławem Lechem Terleckim natknęła się w Zakopanem na koszmarkowaty butik, którego właścicielka nosiła takie samo nazwisko jak ja, napisała wraz z nim pełną zgorszenia kartkę, rugając mnie za ten rzekomo mój biznes. Uwielbiała takie numery".

"Kochana Urszulko!
- pisała Szybmorska - Odkryliśmy z wielkim zdumieniem, że w Zakopanem na Krupówkach otwarłaś sobie butik (boutique) z ciuchami. Smutno nam tylko, że ciuchy sprzedajesz okropne, jakieś spódnice z farbowanych pieluszek. Ale obrót masz chyba duży, co nas cieszy. Tylko dlaczego nie pilnujesz interesu. Te panie, które to wszystko sprzedają, mogą Cię puścić z torbami.
Wisława

Sklepik znajduje się w dobrym punkcie na Krupówkach (zważ na kłody ortograficzne!), na wprost >Poraja<. Jeśli nie podniesiesz jakości towaru, zawiadomimy Państwową Inspekcję Handlową.
W tym miejscu Wisława pyta, czy nie mogłabyś nam służyć pożyczką miast stypendium?
Lech".

Ciekawe, czy w niebie, z Ellą u boku, świętują dzisiaj Dzień Kobiet?

niedziela, 4 marca 2012

LE PETIT PRINCE ET MOI




Mały Książę - jedna z moich ukochanych lektur. Mądra, na miarę swej niewielkiej objętości. Nabrzmiała sensem, który pojawia się tylko wtedy, gdy zdanie po zdaniu potrafimy zatrzymać w ciszy i pozwolić mu wybrzmieć.
Myślę czasem, że właśnie cisza jest prajęzykiem szukanym przez kabalistów. Cisza wspólnego zrozumienia i zapatrzenia, w której JEST wypełnia wszystko tak szczelnie, że nie ma już miejsca na poróżnienie i dyssens. Bo język, czy raczej języki, choć tak piękne i pozwalające na tak wielką dozę kreatywności, zawsze niosą w sobie agon perspektyw, odmiennych ocen, nienakładających się na siebie sensów. Wprawdzie dysharmonia bywa piękniejsza od harmonii, a przynajmniej bardziej od niej wymowna, trzeba jednak wielkiej mądrości i wielkiej wyobraźni, aby wybrać właśnie tę dysharmonię, która nie niszczy, lecz buduje.
Nigdy nie czułem się Małym Księciem i nigdy nie czułem się Różą. Jestem zbyt zbędnym i ulotnym elementem tego świata. Zawsze czułem się Lisem, który dla swego życia potrzebował tylko chwili oswojenia. Iskry bliskości. Wciąż jestem Lisem, nawet bardziej niż kiedyś, bom bardziej świadomy swej imponderabilności i bardziej pragnący powietrza, gdzie nie leży się ciasno. Ale wiem, że nie tylko ja potrzebuję oswojenia. Oswojenia potrzebują też bliscy, odkrywając, że miarą bliskości bywa u mnie miara ciszy.

sobota, 3 marca 2012

O ETHOSIE, NARZEKANIU NA STUDENTÓW I PYTANIACH O NASZĄ PRAKSIS

Jedną z rzeczy, która najsilniej utrwaliła się we mnie dzięki zajęciom z etyki, jest głębokie przekonanie o związku etyki  z charakterem oraz z zamieszkiwanym miejscem i praktykowanym tam obyczajem czy raczej obyczajami (także i w tym sensie, że miejsce zamieszkuje wspólnota złożona z mniejszych wspólnot). Wszystko to winno znajdować odzwierciedlenie w ethosie. Winno, gdyby nie okoliczność, że pojęcie ethosu, podobnie jak pojęcie honoru, nie jest dziś szczególnie popularne. Powód? To, o czym się nie mówi, wymazuje się ze zbiorowej świadomości. A przestając istnieć, pozwala chociażby na bardziej swobodną operacjonalizację działań politycznych . Widoczną choćby w tym, że podbijaniu słupków ekonomicznych, rankingowych i wszystkich pozostałych nie musi  już  towarzyszyć (i zazwyczaj tego nie robi) pytanie o kompleksowy wymiar podejmowanych przez polityków działań.
Pewnie dlatego w szkole jest tak dobrze, choć z drugiej strony jest tak źle. Zależy na co patrzeć: czy na wyniki statystyk, czy na postawę młodych ludzi tłamszonych dopasowywaniem się do z góry założonych kluczy i kodów, a przez to pozbawianych zrozumienia dla warunków owocnej dyskusji, emocjonalnie i intelektualnie pozamykanych w świecie gotowych i lepiej bądź gorzej zreprodukowanych klisz.
Ze smutkiem stwierdzam, że coraz częściej obśmiewane jest takie podejście do zajęć z filozofii, na których daje się możliwość wypowiedzi wszystkim uczestnikom, chce oglądać dany problem z różnych stron. Często odbierane jest to jako wodolejstwo, punktowanie mówienia dla mówienia, akceptowanie każdego bezsensu jako czegoś wartościowego. Nie dostrzega się, że często nie ma jednej narracji, która trafnie wyczerpywałaby poruszany temat. Nie widzi się, że czym innym jest ocena poglądu, a czym innym szacunek dla mówiącego. Zupełnie niezrozumiała jest już także sokratejska postawa, która za pomocą pytań nawet z mniej udanych wypowiedzi stara się wyciągnąć coś wartościowego czy istotnego. Co gorsza, prześlepia się i to, że jakość dyskusji jest taka, jaka jest jakość poglądów dyskutujących. Którzy - choć wyraziści w ocenie zajęć i prowadzących - mają już duże problemy z podsumowaniem i oceną tego, co zostało powiedziane.
Tyle tylko, że narzekanie na studentów nie ma sensu. Ich obyczaj wynika przecież z tego, jakie miejsce zamieszkują. To jakość takich wspólnot jak szkoła czy akademia wyrabia w nich takie a nie inne zachowania czy oczekiwania. I to właśnie na tym poziomie - pod przykrywką szumnych haseł - przetrąca się kręgosłup dawnym ethosom nie proponując w zamian nic, co byłoby przemyślane i perspektywiczne. Doraźność zaś i koniunktura, strukturujące większość decyzji naszych decydentów, to najgorszy rodzaj doradców w kwestiach, które sięgają tak głęboko. Ale nie tylko system jest winny. Winni jesteśmy też my, dając ludziom, których uczymy i wychowujemy, przykład lawirowania między ethosem-w-teorii a ethosem-w-praktyce. Zapytajmy się jako  środowisko: Ile dyżurów opuściliśmy? Ile razy znikaliśmy z uczelnianych korytarzy w trakcie sesji? Ile razy nie chciało się nam rozmawiać? Ile razy miast słuchać, od razu chcieliśmy forsować swoje zdanie? Jak bardzo przywiązaliśmy się do swoich schematów, choćby w układaniu dziejów filozofii , odradzając inne lektury? Jak często wierzyliśmy, że poznaliśmy już prawdę i to ona wyzwoli wszystkich pozostałych?
Może czas zastanowić się nad tym, jakie miejsce budujemy, jaką wspólnotą jesteśmy, jaki ethos wykształcamy pośród młodszych? Może czas zapytać o to, kim tak naprawdę jesteśmy i czego chcemy?

 


piątek, 2 marca 2012

O ARCHITEKTURZE HERMENEUTYCZNA CYTATA

Hermeneuci to jednak mądrzy ludzie. Przynajmniej niekiedy. Z dedykacją dla Jaśnie Oświeconych władz i decydentów. I z podziękowaniem dla tych, którzy pozwalają mi te słowa zrozumieć jak najpełniej!
Architektura kształtuje przestrzeń. Przestrzeń zawiera wszystko, co istnieje w przestrzeni. Dlatego architektura obejmuje wszelkie inne formy prezentacji: wszelkie dzieła sztuk plastycznych, wszelki ornament - dopiero ona ponadto daje miejsce prezentacjom poezji, muzyki, aktorstwa i tańca. Obejmując całokształt sztuk, eksponuje wszędzie własny punkt widzenia. [...] Nawet dramat i muzyka, które najłatwiej przenosić i które można wystawiać wszędzie, nie dopasowują się do każdej przestrzeni, lecz znajdują odpowiednie miejsce w teatrze, sali koncertowej lub kościele. Także tu nie chodzi o jakieś późniejsze, wtórne znajdowanie miejsca dla gotowego w sobie wytworu, lecz o to, by nasłuchiwać kształtującej przestrzeń potencji samego dzieła, które musi się dopasować do danych okoliczności w takim samym stopniu, w jakim stawia własne warunki. (Wystarczy wspomnieć problem akustyki, stanowiącej kwestię nie tylko techniczną, ale i architektoniczną).
Z rozważań tych wynika, że zbiorcza pozycja architektury wobec innych sztuk zawiera dwustronne zapośredniczenie. Jako sztuka wprost kształtująca przestrzeń architektura zarówno ją kształtuje, jak wyzwala" [H.-G. Gadamer, Prawda i metoda].  

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...