środa, 9 września 2015

KAPITAŁ ZBIJANY NA UCHODŹCACH. POLITYKA POLSKIEGO LEFEBRYZMU



Na sytuację związaną z uchodźcami patrzę przez pryzmat własnej biografii. Nie ma co kryć, że w czasach liceum pewnie podpisałbym się pod językiem Fronda.pl, a Tomasza Terlikowskiego et consortes traktowałbym jako osoby bliskie mi światopoglądowo i w sposób zasadny – co do treści, i co do stylu – komentujące naszą codzienność.
Tak, byłem konserwatywnym katolikiem. Mój rodowód filozoficzny bierze początek w dogmatycznej wierze w neoscholastykę szkoły Krąpca. Znam z autopsji pokusę jasnego ułożenia świata na zasadzie czerni i bieli, styl życia wynikający z przekonania, że Polska jest katolicka, poczucie zagrożenia ze strony wszystkiego, co odbiega od konserwatywno-katolickiej narracji. Wiem też, że taka ślepa i dogmatyczna wiara prowadzi do krzywd – zadanych sobie i zadanych innym. Poczucie wyższości, satysfakcja wynikająca z tego, że wie się jak jest i jak być powinno, brak miejsca na dyskusję, maskowanie kompleksów megalomanią –  noszę to sobie nieustannie jako przestrogę i jako wyrzut sumienia.  Jako dorastający chłopak, którego życia nauczyło, że nie jest społecznie normalny, wiem, jak silna jest potrzeba normalności. I jednocześnie jak złudne, a kosztowne jest poczucie, że można stać się normalnym.

Przeszedłem długą i trudną metanoię, a każdego dnia myślę nad tym, jak daleko mi do realizacji ideałów braterstwa, równości i wolności, do realizacji których się zobowiązałem.
Konsekwencją mojej konwersji jest wyczulenie na religijną ostentację powiązaną z polityką. Mamy jej w Polsce pod dostatkiem, jako konstytutywny element konstruowanej tożsamości Polaka-katolika. Od dawna żywię przekonanie, że polski katolicyzm jest formacją specyficzną – w tym sensie, że bliższy jest lefebryzmowi (konsekwentnie uznawanemu przez JPII za schizmę) niż katolicyzmowi wynikającemu z Vaticanum II i współczesnych perspektyw teologicznych.
Sytuacja z uchodźcami i imigrantami, z którą mamy na bieżąco do czynienia, jest dla mnie wyjątkowo brutalnym potwierdzeniem tych słów. Poniżej chciałbym zarysować uzasadnienie tej opinii.

***
Rozpocznę od ciekawej obserwacji Ireny Grudzińskiej-Gross. Zauważa ona, że po 1989 r. mamy w Polsce do czynienia z dwoma strategiami budowania polskiej tożsamości.
Pierwsza, popularna w okresie 1989-2004 r., nazwana została narracją tranzytologiczną. Dominuje w niej element normalności, to znaczy podkreślania, że Polska jest „takim samym krajem, jak inne. Byliśmy w niedobrej sytuacji, ale teraz należą nam się miejsca w różnych instytucjach i uznanie jako normalnemu członkowi międzynarodowej wspólnoty. Wschodnia Europa była pojęciem politycznym, Europa Środkowa także, teraz jesteśmy krajem po prostu europejskim”.

Druga, nazwana narracją traumatologiczną, zaczęła rozkwitać po 2004 r. Centralne jest tutaj przekonanie, że Polska nie jest takim krajem, jak inne. Polska to kraj wyjątkowy, inny. „Kraj traumy i cierpienia. … Od normalności przeszliśmy do wyjątkowości”.
Oczywiście, gros cierpień i traum ma charakter historyczny i jest aktualizowane za pomocą polityki historycznej. Mimo to tożsamość traumatyczna musi być aktualnie doświadczana. Dzieje się to, moim zdaniem, przez szeroko zakrojone działania, w ramach których konstruuje się wroga i budzi się zbiorowy lęk. Jedwabne, spisek wolnomularski, sztuka krytyczna, kwestie bioetyczne, a teraz uchodźcy i imigranci stali się – na równi idee i ludzie – kozłami ofiarnymi. Pozwolili wygrywać lęk przed wynarodowieniem, pozbawieniem Polaków polskości, przekreśleniem religijności, postawieniem Polski w stan (cywilizacyjno-)wojennego zagrożenia.
Stoi za tym wizja państwa promowana przez lefebryzm:
„Nie można poddawać w wątpliwość, że związek ludzi w społeczeństwie jest dziełem Woli Bożej. Widać to wyraźnie w jego członkach, w jego formie, którą jest władza, w jego przyczynach, a także w liczbie i znaczeniu korzyści, które zapewnia człowiekowi. To Bóg stworzył człowieka dla społeczeństwa i połączył go ze współstworzeniami po to, by potrzeby jego natury, których nie można zaspokoić samotnym wysiłkiem, mógł zaspokoić we współpracy z innymi. Oto dlaczego społeczeństwo cywilne, o tyle o ile jest społeczeństwem, koniecznie musi uznać Boga jako swoją zasadę i autora, i konsekwentnie, oddać jego mocy i władzy hołd swego wyznania. Ani ze względu na sprawiedliwość, ani ze względu na rozum, państwo nie może być ateistyczne, ani, co byłoby krokiem w kierunku ateizmu, nie może w stosunku do każdej religii odnosić się jednakowo i przyznawać każdej te same prawa, bez rozróżnienia.
Ponieważ konieczną rzeczą jest wyznawanie jednej tylko religii w społeczeństwie, religia, która ma być wyznawana, musi być jedyną prawdziwą i łatwo rozpoznawalną, zwłaszcza w krajach katolickich, poprzez znak prawdy, który wspaniale się w niej wyraża.
Głowy państwa muszą więc zachowywać i ochraniać tę [prawdziwą] religię, o ile zamierzają one, zgodnie zresztą ze swoim obowiązkiem, dbać roztropnie i skutecznie o dobro społeczeństwa. Gdyż władza publiczna ustanowiona została dla dobra rządzonych, i chociaż jej celem bliższym jest tylko dobrobyt życia ziemskiego, nie mniejszym obowiązkiem, lecz przeciwnie ważniejszym, jest zwiększanie zdolności człowieka, w celu osiągnięcia najwyższego i niezastąpionego dobra, którym jest szczęście wieczne, nie do osiągnięcia bez religii” (papież Leon XIII).

Podobnie lefebrystyczne są poglądy dotyczące islamu obecne na Fronda.pl, w DoRzeczy i innych prawicowo-katolickich mass mediach.
Tak mówił abp. Marceli Lefebvre:
„...Wasze żony, córki, dzieci będą porywane i zabierane do miejsc takich, jak.. to znane miejsce... Casablanca, Mekness i im podobnych, a Wy nie będziecie w stanie ich odzyskać, bo oni będą budować Medinę, meczety w taki sposób, by nawet policja nie mogła tam wejść. I jaka będzie wtedy Francja? W niektórych brytyjskich miastach już tak jest.
- Co możemy zrobić, by temu zapobiec?
- Powiedzieć rządowi, by zatrzymał ten islam i robił to, co zawsze robiliśmy. Nie jest możliwa między nami koegzystencja - oni muszą pozostać w swoich krajach. Każdego roku przybywa do Francji 50000 muzułmanów. Zobaczycie, jak będzie z meczetami, kiedy powiedzą: Zabić chrześcijan. Oni, gdy zabiją chrześcijanina, idą do nieba i zabierają duszę tego, kogo zabili. Czemu niby miałoby się ich tego pozbawiać?”. [za: http://www.traditia.fora.pl/bractwo-kaplanskie-sw-piusa-x-fsspx,32/arcybiskup-marcel-lefebvre-wypowiedz-o-islamie,4756.html].

Z jednoznacznie negatywną reakcją ze strony lefebrystów spotyka się nauczanie Vaticanum II i Jana Pawła II w kwestii islamu. Różnicę między tymi dwoma podejściami doskonale oddają wypowiedzi dwóch papieży:

„Królem bądź tych wszystkich, którzy jeszcze błąkają się w ciemnościach pogaństwa albo islamizmu i racz ich przywieść do światła i Królestwa Bożego”.
Leon XIII

„My wszyscy, chrześcijanie i muzułmanie, żyjemy pod słońcem jedynego, miłosiernego Boga. Wspólnie wierzymy w jedynego Boga, Stworzyciela człowieka. Uznajemy Boże panowanie i bronimy godności człowieka jako sługi Bożego. (...) Tak więc prawdziwie możemy nazwać się wzajemnie braćmi i siostrami przez wiarę w jedynego Boga. (...) Bądźcie pewni, iż jestem rad, że przy tej sposobności mogę wyrazić wam moje uczucia braterskiego szacunku i uznania”.
Jan Paweł II

Otwierają one artykuł księdza-lefebrysty Karola Stehlina, Islam a Kościół katolicki, z którym warto się zapoznać (http://www.gdynia.piusx.org.pl/index.php/inne-tematy/30-z-archiwum-zawsze-wierni/877-ks-karol-stehlin-islam-a-kocio-katolicki), który wykazuje niekatolickość postaw ekumenicznych i nauczania Vaticanum II także o islamie.

***
Kościół rzymsko-katolicki świadomie i celowo wywiera wpływ na politykę.
Prawicowo-katoliccy politycy i pracownicy mediów świadomie i celowo posługują się retoryką religijną dla uzasadnienia określonych regulacji życia społecznego.
Symptomatyczne jest to, że w przypadku in vitro, korekty płci, związków partnerskich czy edukacji seksualnej rozwiązania na poziomie państwowym mają, według tej opcji, podporządkować się nauce społecznej Krk. Odmiennie natomiast widziana jest sprawa uchodźców i imigrantów. Po wezwaniu (dwukrotnym, apel powtórzony został na Twitterze) papieża Franciszka do widzenia w uchodźcy brata, po mocnych słowach Christopha kard. Schoenborna OP, episkopat stwierdził, że swoje działania podporządkuje rozwiązaniom państwowym.
Widzę w tym wyraz pragmatyzmu politycznego, o którym mówił Jarosław Gowin w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego. W końcu przyznał on, że idealizm religijny Franciszka to jedno, a pragmatyka polityczna – drugie. Niemniej obnażył w ten sposób obłudę swoją i swojego środowiska, które wtedy, gdy to wygodne, zalecenia religii stawia nad lub pod polityczną pragmatyką.

Widzę w tym także fałsz – Kościół, jaki instytucja, która w myśl Vaticanum II nie ma charakteru politycznego, winien wzywać do postaw miłosierdzia nawet, gdy jest to sprzeczne z racjonalnością polityczną. Powinien wskazywać, że dzielenie uchodźców na (religijnie) lepszych i gorszych jest sprzeczne z Ewangelią i postawami jawnie zalecanymi przez Jezusa. Powinien też wymagać takich miłosiernych postaw od swoich wyznawców.

***
Myślę, że w obecnej sytuacji najmniej chodzi o uchodźców i zagrożenia z nimi związane. Rzecz idzie o kształt Polski. „Demokracja – twierdzi w wyjątkowo zgrabny sposób Robert Kostro – promuje raczej konkurencję niż konsens wartości”. Zabiegi prawicowo-katolickie służą takim zmianom, by ustanowić aksjologiczny konsens, a znieść demokratyczne poróżnienie. Wykorzystanie uchodźców jako straszaka sprawdziło się doskonale – konsolidacja Polaków w obliczu zagrożenia dokonała się na niespotykaną skalę. Mignął mi dziś wymowny post, wrzucony na FBową grupę Świeckie Państwo. Wzywano w nim do zjednoczenia sił ateistów i katolików w odparciu islamskiej zarazy, w uchronieniu kraju przed zmianą cywilizacyjną. Wiemy też o rosnącym w polityczną siłę PiS, któremu sondaże wróżą możliwość samodzielnego sprawowania władzy.

Wspólna walka z nawałą islamu oznaczać może w gruncie rzeczy wyborcze poparcie dla prawicy. A z tym poparcie dla PiSowskiej wizji państwa, edukacji itd. itp. A jest to wizja lefebrystyczna, wsparta na jednej religii i jednym, rzekomo uniwersalnym porządku etycznym.
Wystarczy zerknąć do projektu konstytucji przygotowanym przez PiS w 2010.
Oto fragmenty:
W imię Boga Wszechmogącego! My, Naród Polski, składając Bożej Opatrzności dziękczynienie za dar niepodległości, pomni naszych ponad tysiącletnich dziejów związanych z chrześcijaństwem, wdzięczni poprzednim pokoleniom za ich wytrwałą pracę, poświęcenie i ofiary dla Polski, zrzuciwszy jarzmo obcej przemocy i komunizmu, zobowiązani do zachowania i umocnienia niepodległego Państwa Polskiego, pragnąc Rzeczypospolitej silnej prawdą, uczciwością i sprawiedliwością, naszą wolność i odpowiedzialność za los współczesnych i przyszłych pokoleń Narodu wyrażamy na kartach tej Konstytucji, która jest najwyższym prawem dla Rzeczypospolitej.

Art. 4.3:otaczanie ochroną i opieką małżeństwa, będącego wyłącznie związkiem kobiety i mężczyzny, oraz macierzyństwa i rodzicielstwa, troska o pomyślność rodzin oraz ochrona dzieci i młodzieży przed odrzuceniem i demoralizacją.
Art. 30.2: Władze publiczne nie regulują spraw par niemałżeńskich ani nie prowadzą ich ewidencji.
Art. 20 Każdy człowiek ma prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
Art. 27.1:Każdemu przysługuje wolność sumienia, światopoglądu i wyznania,
kultu i praktyk religijnych oraz nauczania religii w życiu prywatnym
i publicznym.
Art. 27.2 Władze publiczne umożliwiają nauczanie w szkołach publicznych religii Kościoła katolickiego oraz innych prawnie uznanych kościołów i związków wyznaniowych pod ich nadzorem.
Art. 28 Obywatele mają prawo do ochrony obecności symboli i pamiątek kulturalnych i religijnych istniejących w sferze publicznej zgodnie z miejscowymi zwyczajami.
Art. 71.1.10: dba o właściwy poziom kwalifikacji zawodowych i etycznych oraz rzetelność i apolityczność w działaniu urzędników służby cywilnej zatrudnionych w Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej oraz w urzędach administracji rządowej i samorządu terytorialnego, powołuje Szefa Służby Cywilnej na 5 lat.


Wystarczy wiedzieć, jakie zmiany w systemie edukacji proponuje PiS.
Oto, co pisze na ten temat Dziennik Gazeta Prawna:

Narodowy Instytut Programów Wychowania i Podręcznik, „powinien przywrócić szkole jej rolę wychowawczą. Na czym miałoby to polegać? Zdaniem posłów przygotowujących projekt nawet na fizyce czy chemii znalazłyby się elementy wychowania. PiS proponuje przy tym wzmocnienie pozycji nauczyciela i uniezależnienie jej od woli rodziców.
[…] ma czuwać nad ich (podręczników) zawartością i układać programy nauczania. Cel: zachowanie spójności ideowej i merytorycznej.
Koniec z książkami o Harrym Potterze czy Pucu i Bursztynie. Do szkół miałby wrócić jeden kanon lektur”.
No i rzecz jasna edukacja ma być oparta na wartościach.

***
To, że nie udostępniam prawicowych memów, filmów prezentujących bitki i masakry, relacji z granicy austriacko-włoskiej w kształcie, jaki mogła mieć przed Schoengen, nie oznacza, że nie mam obaw. Nie oznacza tego również fakt, że dyskutuję z językiem rasizmu i nienawiści czy nieuczciwymi uogólnieniami.
Uważam zwyczajnie, że podsycanie paniki nie rozwiązuje problemów. Co więcej, nie trzeba być gruntownie obeznanym z psychologią by wiedzieć, że panika na ogół prowadzi do błędnych decyzji.
Sądzę także, że warto innych traktować tak, jak samemu chce się być traktowanym. Skoro nie chcę być nazywany homoterrorystą, pedałem, pasożytem, pedofilem, nie chcę piętnować innych poprzez nienawistne stereotypy. Do tego chcę widzieć ludzkie dramaty, do których przyczyniła się polityka uprawiana w mojej kulturze.
Podsycanie lęku, a nawet przerażenia i histerii, ma u nas motywy religijno-polityczne. Łączy ze sobą ludzi do niedawna podzielonych, przyciąga łatwymi deklaracjami w kwestii zaprowadzenia porządku.
Zauważmy, że praktycznie nic nie mówi się o prawie międzynarodowym, a przecież, jak przypomina Krzysztof Pomian na łamach Przeglądu Politycznego, pojawiło się ono jako ważny element życia społecznego, gdy musiano pogodzić się z wielością wyznań religijnych i opcji światopoglądowych. A więc, gdy rozpadł się projekt Europy jako jednolitego, katolickiego imperium. W dyskusji nieobecni są pracownicy ośrodków dla uchodźców, etycy, Tatarzy. To, co dzieje się w sferze publicznej jest pseudodebatą – bez diagnoz, propozycji rozwiązań, uważnego oglądu sytuacji.

Cenię sobie Zuzannę Radzik, Jarosława Ziółkowskiego, Ignacego Dudkiewicza, Jarosława Makowskiego, s. Małgorzatę Chmielewską, s. Barbarę Chyrowicz, o. Wacława Oszajcę, o. Macieja Biskupa, o. Pawła Gużyńskiego, ks. Wacława Hryniewicza … Ale w Polsce dominuje katolicyzm lefebrystyczny, ideologia religijno-polityczno-społeczna, pod którą nie umiem się podpisać. I z którą nie chcę być łączony.
I boli mnie, że uchodźcy stają się narzędziem walki o Polskę lefebrystyczną.





sobota, 5 września 2015

PORNCEPTUAL MAGAZINE #1

Dotarł do mnie Pornceptual Magazine #1. Wspólne dzieło Erica Phillipsa, Chrisa Phillipsa i Raquel Fedato, którzy zebrali wokół pisma niemałe grono artystów (w numerze znajdziemy prace fotograficzne, rysunki, obrazy, w końcu tekst).
Magazyn jest kolejną „odnogą” projektu Pornceptual, którego celem jest dekonstekstualizacja pornografii w jej najbardziej rozpowszechnionym rozumieniu. Pornceptual skupia artystów (profesjonalnych i początkujących) oraz wszystkich tych, których interesuje „prawdziwa i seksualna strona ludzkiego ciała ukazywana poprzez sztukę. Daleko od opierania się na społecznie akceptowanych konceptach, szukamy oryginalnych znaczeń tego, czym jest sztuka, seksualność i pornografia […]. Wierzymy, że w pornografii nie chodzi o  samoidentyfikację, ale raczej o interakcje. Ma to rzeczywisty wpływ na to, jak postrzegamy sami siebie (jako istoty aktywne seksualnie i określone gen derowo) oraz nasze auto-reprezentacje, niemniej znaczenia te nie mają charakteru indywidualnego – są kulturowo podzielanymi kodami”. Środowisko Pornceptual kwestionuje zwyczajowego sposoby postrzegania ludzkiej tożsamości i zwyczajowo dopuszczalne sposoby reprezentowania tego, kim się jest. Dokonują tego zapraszając widzów do zajęcia bardziej partycypatywnej i bardziej refleksyjnej postawy wobec pornografii.


Pismo otwiera dziesięciopunktowe PORNIFESTO:
1.     Pornografia jest źródłem doświadczenia estetycznego.
2.     Pornografia jest narzędziem seksualnego wyzwolenia.
3.     Pornografia jest pomnikiem queer.
4.     Pornografia jest podstawowym (ultimate) rodzajem ekspresji artystycznej.
5.     Pornografia jest bezpieczną przystanią dla wyrzutków.
6.     Pornografia nie zna granic smaku. Pornografia jest wizualną wolnością.
7.     Pornografia jest najbardziej doczesnym (mundane) aspektem naszego życia. Pornografia jest życiem.
8.     Pornografia nie powinna być dłużej psuta przez moralność i religię.
9.     Pornografia nie zna granic geograficznych i kulturowych. Pornografia łączy (is unity).  
10.  Pornografia nie wykorzystuje. My wykorzystujemy pornografię.


Manifest ten znajduje swoje odbicie w pracach plastycznych, prezentowanych na łamach Magazynu. Są one bardzo zróżnicowane, niektórzy z prezentowanych artystów tworzą serie opatrzone tytułem i „ideą przewodnią”.
Tak jest choćby w przypadku mythos Andrea Lavazzearo, której fotografie inspirowane są starożytnymi rzeźbami, z ich opowieścią o legendarnych ludziach. Eric Phillips i Carol Steiler w ruins opowiadają o ciele jako świątyni, wykorzystując jako tło dla męskich aktów ruiny dawnej szkoły wojskowej przy Uniwersytecie Brazylijskim. Chris Phillips w quotidian stawia pytania o to, na ile doświadczenie pornografii stało się rutynowe? Na ile kultura konsumpcji zawiera w sobie elementy ekspresji seksualnej? Przypomina także o tym, że w nasze doświadczenie „codziennej pornografii” (evriday pornography) musimy wpisać pamięć o tym, że jesteśmy istotami seksualnymi. W Magazynie pojawiają się kwestie genderowe w kontekście relacji, jakie tworzymy sami ze sobą (Francesco Cascavilla i Ezra Green, species). Czy kwestia związku seksualności i sacrum, śmierci, heroizmu (Andrea Galad).


Nie ma chyba jednego klucza do tego magazynu. I nie wszystkie prezentowane prace są „miłe estetycznie”. Trzeba pewnej elastyczności teoretycznej, by dekodować ich znaczenia. W tym sensie Pornceptual łączy w sobie elementy sztuki krytycznej, zabawy formą, przetwarzania symboli. Nie da się więc go obejrzeć na jednym oddechu i z narastającym zachwytem. Da się go za to studiować po to, by stawiać pytania, myśleć nad przed-sądami, które kształtują nasz sposób funkcjonowania w świecie, ale także estetycznie się cieszyć.


środa, 26 sierpnia 2015

CHWAŁA BOGA Z MASOŃSKIEJ SZKOŁY. MSZE HAYDNA I LESSLA

Uniwersytet Warszawski opublikował dwupłytowy album zawierający kompozycje Józefa Haydna i Franciszka Lessla. To wydawnictwo jest mi bliskie z kilku powodów.

Po pierwsze, z powodów wolnomularskich. Nie możemy zapominać, że jednym z inicjatorów powstania UW był brat Stanisław Kostka Potocki, a farmazoni należeli do osób zasłużonych na niwie nauki i kultury. Wolnomularzem był także Józef Haydn, nauczyciel Franciszka Lessla. A także Wincenty Lessel – ojciec Franciszka, kapelmistrz na masońskim "dworze" książąt Czartoryskich w Puławach.

Po drugie, z powodów „mało-ojczyźnianych”. Franciszek Lessel pochowany jest na cmentarzu w Piotrkowie Trybunalskim. Nadto na płycie śpiewa Patryk Rymanowski, solista Teatru Wielkiego w Łodzi.

Po trzecie, z powodów poznawczych. Lessel – jeśli w ogóle – kojarzony jest jako pianista i kompozytor piszący na fortepian. Jego dorobek twórczy był jednak zdecydowanie szerszy – obejmował symfonie, operę, balet czy kwartety smyczkowe. Niestety, do dziś zachował się tylko nikły ułamek jego partytur. Nie pamięta się również o pasji „archeologicznej” Lessla – wraz z Elsnerem czy Kurpińskim (wolnomularzami!) żywo interesował się on przeszłością muzyki polskiej, prowadząc poszukiwania w zbiorach bibliotecznych Wawelu, Gniezna czy Jasnej Góry. Zresztą Jasna Góra symbolicznie odwdzięczyła się Lesslowi – nuty zebranych na płycie graduale Benedicta et venerabilis, offertorium Ave Regina i Msza polska B-dur pochodzą ze zbiorów jasnogórskich. Ich opracowania podjęła się Katarzyna Płońska, za co należą się słowa szczerego uznania!
Dobrze się stało, że muzyki Lessla posłuchać możemy „w kontekście”, którym jest dla nich msza Haydna. Szkole Haydnowskiej – jak pisze Alina Nowak-Romanowicz – zawdzięczał Lessel niespotykaną w skali Polski „umiejętność pracy motywicznej”. Wzorem Haydna nie stroni Lessel od polifonii, a także – co podkreśla Płońska – „rozczłonkowuje” formę, traktując jako samodzielne całości nie tylko poszczególne ogniwa mszy, ale także ich fragmenty.
Warto podkreślić, że „Jest to druga z kolei zachowana msza z tekstem polskim[858]. Jej karta tytułowa nosi zapis: Fr. Lessel /Missa a 4 vocibus et Organo obligatis / 2 Cornibus, Clarin., Tromb. non obligats[859] / Varsoviae 1813, zaś po nim Recensere errores minimum / Maximum est emendare opus / Perficere inceptum oraznaklejony ekslibris: „De la Collection de Musique de Monsieur François Lessel”[860]. Msza Lessla różni się środkami języka muzycznego nie tylko od mszy Cybulskiego, ale również i od późniejszych mszy tzw. ludowych czy wiejskich Elsnera i Kurpińskiego. Odpowiedzialny za to był z jednej strony dystans ideologiczny, jaki zrazu dzielił Lessla od haseł głoszonych przez Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk, zaś z drugiej – jego talent i szkoła, którą przeszedł u Haydna. Lessel wszystkie części mszy przekomponowuje, traktując z całą swobodą strukturę poezji Wężyka. Niejednokrotnie buduje on formę muzyczną na wydzielonych ze zwrotki wersach; postępuje tak przede wszystkim w Gloria i Sanctus, ale także i w dwuzwrotkowym Agnus Dei: A = Adagio, oparte ma tekście obu zwrotek + B = Allegro, oparte na dwóch ostatnich wersach drugiej zwrotki, powtarzanych przemiennie (wersy: IV, III, IV, III, IV). W odróżnieniu od Cybulskiego, który w całej mszy operuje tylko chórem, Lessel wprowadza oprócz chóru i partie solowe, a i głosy chóru prowadzi w sposób urozmaicony (na przykład w Kyrie – unisono z towarzyszeniem instrumentów, na początku Credo wprowadza głosy sukcesywnie). W partii sola wokalnego w Credo („On z Maryi”) również obserwujemy efekt powierzania kolejnych wersów tekstu coraz to innemu głosowi: sopranowi, tenorowi, altowi i basowi. Specyficzny koloryt orkiestry uzyskuje Lessel wyłączając z jej obsady skrzypce i altówki, przez co z instrumentów smyczkowych wysuwa się na plan pierwszy głos wiolonczeli. Lessel nie eliminuje, jak Cybulski, techniki polifonicznej, lecz chętnie się nią, nawet już w Kyrie, posługuje. Obok licznych, krótszych lub dłuższych fugat, traktowanych przemiennie z partiami o fakturze homofonicznej, Lessel wprowadza 4-głosowy kanon w  Offertorium (od t. 9 „Daruj nam za grzechy karę”). W jego polifonii obserwujemy typowe dla epoki klasycyzmu silne oddziaływanie faktury homofonicznej” (Alina Nowak-Romanowicz, Historia muzyki polskiej. Klasycyzm).

Muzykę zebraną na płytach wykonują Anna Karasińska, Agnieszka Rehlis, Karol Kozłowski, Patryk Rymanowski, Orkiestra Akademii Beethovenowskiej i Chór Akademicki UW. Przewodzi im dyrygentka Irina Bogdanovich.
Jasne, purystom może przeszkadzać, że to nie nagranie „historycznie poinformowane”. Nie mam z tym problemu, bo wciąż słucham choćby Haendlowskiego Mesjasza w nagraniu sir Thomasa Beechema ze zjawiskową Moniką Sinclair i wspaniałym Jonem Vickersem. Sądzę też, że źle się stało, iż orkiestry symfoniczne oddały repertuar XVIII-wieku zespołom „historycznie poinformowanym”. To nie tylko morze wspaniałej muzyki, ale i świetna szkoła dla muzyków. Dobrze, ze sytuacja sie zmienia.
Orkiestra Akademii Beethovenowskiej brzmi bardzo dobrze. Instrumentaliści współtworzą z chórem i solistami jeden organizm, rozwijając narrację klarowną dramaturgicznie. Brzmienie orkiestry jest stopliwe i dość ciemne, pozbawione emocjonalnych przerysowań czy koturnowego patosu. Pięknie brzmi chór na czele z sopranami przywodzącymi mi na myśl prześwietlony słońcem, różowy fluort. Chórzyści śpiewają ze szlachetną powściągliwością, wyjątkowo klarownie odsłaniając fakturę utworów. Nie kryję, że frajdę sprawia mi także fakt, że w przypadku Haydna i opusculi Lessla, nie podają tekstu mszalnego we włoskiej wymowie łaciny.

Bardzo się cieszę, że wśród solistów znalazł się Karol Kozłowski. To artysta szalenie wrażliwy, posługujący się niuansami w budowaniu nastroju i ekspresji, sam głos zaś to świetny tenor, o gęstej i wyrazistej barwie butelkowej zieleni. Przepięknie współbrzmi z pełnym, dźwięcznym, ciemnobrązowym, swobodnie prowadzonym basem Patryka Rymanowskiego (jak dobrze, że znalazł się na tym albumie!). Szlachetnym, niekiedy „mrocznym”, gęstym brzmieniem głosu i elegancją frazy ujmuje Agnieszka Rehlis. Annie Karasińskiej należą się słowa uznania za czytelność muzycznej retoryki, dzięki której jej śpiew nigdy nie staje się koloraturowo-pusty. Domine Deus z Mszy Cellensis Haydna repetowałem, mimo że nie lubię rozrywać muzycznej całości powtórkami określonych ścieżek.

Płońska w szkicu zamieszczonym w książeczce do albumu podkreśla, że Msza Polska nie należy do najlepszych utworów Lessla. Podkreśla jej użytkowy charakter i konieczność liczenia się z realiami muzycznymi. Zapewne wszystko to prawda, ale emocjonalne kontrasty, specyficzna melancholijna prostota wielu fragmentów, dbałość o to, semantyczne związki muzyki ze słowem czynią powodują, że kompozycje Lessla są wyjątkowo atrakcyjne estetycznie i ewidentnie „modlitewne”. Ich atmosfera (jakże piękne jest solistyczne „On z Maryi” w Credo!) całkowicie mnie wciągnęła odsuwając na bok kwestie „techniczne”.

 Szkoda, że w książeczce znalazł się tylko szkic dotyczący Lessla. Choć rozumiem, że to on jest głównym bohaterem tego albumu. 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

HOSER, TICHNER, NADZIEJA. JAK ŻYĆ?

„Nasza religijność jest religijnością wydarzeniową, religijnością zogniskowaną wokół wydarzeń i ich dziejowych reperkusji, a nie wokół trwających prądów myślowych, inspirującą te prądy i żyjącą w nich. Ojciec Kolbe to wielkie wydarzenie. Ale tylko wydarzenie. Nie towarzyszy mu żadna wielka myśl filozoficzna i teologiczna o człowieku, o ludzkim etosie, o sposobie naprawy rzeczy, które są wspólne. (...) Są imiona, bez których uwzględnienia współczesne chrześcijaństwo nie może myśleć, nie potrafi zrozumiale mówić, czytać. Nazwiska takie są rdzeniem jego logosu. (...) Wśród tych nazwisk - przedstawicieli chrześcijańskiego logosu - nie widać nikogo znad Wisły”.

„Nie mam zamiaru ratować nadziei Niemców, pokazując im Husserla, ani Francuzów, ucząc ich Bergsona czy Ricoeura. Ja sam jednak nie mogę nie znać tych panów. Powinienem ich znać, bo z tego może być pożytek przy szukaniu odpowiedzi zrodzonych na tej ziemi. Egoizm jest zawsze źródłem ciasnoty. Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów”.

Te dwa cytaty z pism Józefa Tischnera przyszły mi dziś do głowy, gdy czytałem fragmenty homilii abp. Henryka Hosera:

„W dzisiejszej dobie media mają coraz większą władzę stając się największą potęgą która kształtuje oblicze ziemi. Tyle że nie czyni ona tego pod wpływem Ducha Świętego który miał zstąpić, ale pod działaniem ducha ciemności który wciąga w nie ludzi z nich korzystających. Wielu bowiem nie potrafi dziś już odróżnić produktu zatrutego od zdrowego”.

„W związku z tym przed Kościołem stoi dziś ogromne zadanie aby powołać takie środki przekazu które nie tylko mówią prawdę o człowieku, ale także uczą jak żyć, jak wzrastać w człowieczeństwie, jak nabywać jakości prawdziwego życia”.

Dla biskupa uczyć jak żyć, to przepowiadać Jezusa. W końcu to Jezus powiedział, że jest drogą, prawdą i życiem. I że nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przez Niego (J 14, 6).
Co ważne, do Ojca przychodzi się przez czyn, a nie przez quasi-naukową wiedzę o Bogu. Bo przecież „Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył” (J 1, 18).

Pouczenie Jezusa jest wymowne i szalenie proste – do Ojca idzie się kochając bliźniego. Co to znaczy? Znaczy to między innymi to:

J 8: 3 Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: 4 «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. 5 W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować2. A Ty co mówisz?» 6 Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć3. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. 7 A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». 8 I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. 9 Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. 10 Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» 11 A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!». 

Mt 25: 31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie".
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" 40 A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili".
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie [odnieśmy to do głosów katolików ws. uchodźców];
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie."
44 Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?"45 Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

Łk 10: 30 Jezus nawiązując do tego, rzekł: «Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. 31 Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. 32 Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.33 Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: 34 podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.35 Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: "Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał". 36 Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?» 37 On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie». Jezus mu rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie!» .

J 2: 13 Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. 14 W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. 15 Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. 16 Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!» 

Przesłanie Jezusa jest przesłaniem nadziei. Jest także postawieniem przed chrześcijanami konkretnego zadania – żyj tak, by pomnażać miłość i budzić nadzieję. To dla mnie oznacza wskazywanie drogi, która wiedzie do życia. A nie uczenie jak żyć – życie bowiem to nieustanny proces, którego nie da się ogarnąć jakąś narzuconą z zewnątrz i niezmienną doktryną o tym, co wolno, a czego nie. Widać to dobrze choćby w katolickiej reinterpretacji nauczania Pawła o kobietach. Dziś nikt już nie zabrania im milczeć w kościele, choć sytuacja kobiet wciąż daleka jest od prawdziwej równości. Postęp w wiedzy – biologicznej, medycznej, psychologicznej, prawnej etc., pomnaża naszą świadomość biedy, wykluczenia. Sprawia, że inaczej rozumiemy człowieczeństwo. Choć warunki się zmieniają, przesłanie Jezusa pozostaje niezmienne – pomoc najmniejszym. Podtrzymywanie nadziei. Miłość. Nie zaś denominacja kościelna i czystość doktryny. Gdyby liczyły się te ostatnie, wzorem nigdy by nie stał się Samarytanin – dla Żydów heretyk, pokazany jako wzór w odróżnieniu od zachowującego przepisy instytucji religijnej kapłan czy lewita.

„Tischner był też księdzem i kaznodzieją. Tyle że kapłaństwo nie stanowiło dla niego celu życia, a jedynie środek do celu, którym było ratowanie ludzkiej nadziei. Tak samo zresztą jak Kościół nigdy nie był dla niego celem jego księżowskiej posługi, ale jedynie środkiem do ratowania kruchych więzi, jakie łączą człowieka z Bogiem. Świadectwem tej hierarchii wartości jest dowcip, jaki ksiądz Tischner opowiedział kiedyś na swój temat, ściągając jednocześnie na siebie święte oburzenie. Pytany, czy bardziej czuje się księdzem, czy filozofem, rzucał: „Najpierw czuję się człowiekiem, potem filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem”.
Czy jednak nie był to tylko kolejny błyskotliwy bon mot krakowskiego księdza?
Tych, którzy znali Tischnera, nie muszę przekonywać, że to nie pusty frazes. Krakowski ksiądz nigdy nie mówił kazań tonem nieznoszącym sprzeciwu. On nie tyle mówił do ludzi czy ponad głowami ludzi, ile w czasie kazań z ludźmi rozmawiał. Jak człowiek z człowiekiem.
Wierzył, że przepowiedni Dobrej Nowiny nie można sprowadzić do powtarzania utartych formuł wypracowanych przez formalistyczną teologię moralną, nauczanie papieży czy odczytywania listów biskupich. Dobra Nowina w jego interpretacji jest próbą odpowiedzi na bóle, jakie nosi w sobie człowiek, na dramaty, które sprawiają, że ziemia usuwa mu się spod nóg, na cierpienie, które w żaden sposób nie uszlachetnia, a zawsze miażdży i niszczy człowieka.
Czy więc zadanie kaznodziei ma sprowadzić się do tego, by człowieka w tych cierpieniach i grzechach pognębić i poniżyć, czy też rzucić mu koło ratunkowe?
W niedzielę w kościele słyszymy zazwyczaj, jacy to źli jesteśmy, jak bardzo nikczemni i grzeszni. Bo kaznodzieja, mówi Tischner, wchodząc na ambonę, widzi przed sobą nie tyle wiernych, nie tyle człowieka z krwi i kości, ile przede wszystkim notorycznych grzeszników. To tak, jak dentysta, który -
gdy widzi człowieka - od razu, z racji profesji, dostrzega ubytki w uzębieniu.
Taki rodzaj zawodowego zwichnięcia. Tyle że to „zwichnięcie zawodowe” w przypadku kapłanów nie jest niewinne.
Gdzie skrywa się zło? Mamy przed sobą krzyż. Idea kazania jest taka: zobaczcie, jakimi jesteście grzesznikami, skoro to wasze grzechy przyczyniły się do ukrzyżowania Syna Bożego. Ta scena krzyża staje się dla księdza dodatkową okazją do poniżania człowieka. Ale przecież możliwe jest inne odczytanie tej biblijnej sceny. Zobaczcie ludzie, jacy wy jesteście cenni, jacy wielcy i ważni, skoro Bóg umiera za was na krzyżu. Można więc do tej samej sceny biblijnej podchodzić tak, że się człowieka karci i poniża, ale można i tak, że się go wywyższa. Tischner był zwolennikiem tej drugiej pedagogii”

- pisze o Tischnerze Jarosław Makowski.


Czy Tischner uczył, jak żyć? Nie sądzę. Wskazywał drogi, otwierał problemy. Ale pozostawiał przestrzeń dla człowieka i jego wyborów. Bo z perspektywy chrześcijanina uczyć, jak żyć, może tylko Bóg. 

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...