1.
Hayden White pisał o historykach, że stosują taktykę Fabiańską, to znaczy, że "kiedy historyk krytykowany jest przez badaczy z kręgu nauk społecznych za elastyczność metod, toporność stosowanych metafor i dwuznaczność socjologicznych oraz psychologicznych założeń, odpowiada on, że historia nigdy nie rościła sobie pretensji do statusu nauki ścisłej [...]. Równocześnie kiedy historyk ganiony jest przez pisarzy za nie dość wnikliwe badanie głębokich pokładów ludzkiej świadomości i za niechęć do wykorzystywania współczesnych mu sposobów literackiej reprezentacji, ratuje się on argumentami, że historia jest właściwie do pewnego stopnia nauką, że dane historyczne nie pozwalają na swobodną artystyczną manipulację oraz że forma narracji nie jest jedynie kwestią wyboru, ale zależy od istoty samego materiału historycznego".
2.
Wyszukany zwrot "taktyka Fabiańska" pasuje być może do poczynań historiografów. W odniesieniu do środowisk prawicowo-katolickich (a innych w Polsce praktycznie nie ma, o zgrozo!) wolę mówić o hipokryzji. Polega ona - tak jak taktyka Fabiańska - na próbie zjedzenia ciastka i posiadania ciastka, a więc na ideologicznej krytyce nauki wtedy, gdy jest to potrzebne, oraz na równie ideologicznej apologii obiektywności nauki, gdy jest na to stosowna koniunktura.
Z pierwszym podejściem mamy do czynienie na przykład w odniesieniu do neodarwinizmu czy w trakcie dyskusji o in vitro. Poglądom zdecydowanej większości biologów przeciwstawia się różne warianty Teorii Inteligentnego Projektu, produkuje (jak Maciej Giertych) ośmieszające ewolucjonizm broszurki na temat potwora z Loch Ness czy używa jako kontrargumentów tak empirycznie weryfikowalnych pojęć jak osoba czy dusza.
Z drugim podejściem mamy do czynienia na przykład wtedy, gdy trzeba po raz kolejny przekonać opinię publiczną o tym, że homoseksualiści to potwory i dewianci, którzy zawiązali spisek mający na celu zniszczenie dotychczasowego porządku świata. Naukowcy i publicyści prawicowo-katoliccy nie boją się wtedy argumentów rodem z trywialnego darwinizmu, zapominając w ferworze dyskusji o tym, że w ich optyce także homoseksualiści (ale także bi- czy trans-seksualiści) są osobami posiadającymi duszę, eo ipso są podmiotami posiadającymi uczucia i godność.
Doskonałym przykładem demagogicznego odwołania się do obiektywizmu badań naukowych jest raport Marka Regnerusa*, "który niedawno wykazał w swoich badaniach, że
dzieci z tradycyjnych rodzin są znacznie szczęśliwsze i zdrowsze niż te
wychowane przez pary jednopłciowe, stał się obiektem ataków ze strony
środowisk homoseksualnych".
3.
Zastanawiam się, co w nauce, zwłaszcza takiej, jak (psycho)socjologia, da się wykazać? Już Koło Wiedeńskie pokazało bowiem, że twierdzenia naukowe mają co najwyżej status hipotez, mniej lub bardziej uwierzytelnionych empirycznie. Kołem Wiedeńskim i epistemologami nie ma się jednak co przejmować, skoro celem narracji jest przekonanie czytelnika, a nie przedstawienie mu rzetelnego opisu (pewnie równie nierzetelnego) raportu z badań psychologicznych. A że przekonuje się per fas et nefas** jako kontrargument na wątpliwość, którą sformułowałem powyżej, wystarczy stwierdzić, iż "Jeden z niezadowolonych z wyników prac badawczych, stawiających w
niepochlebnym świetle homozwiązki, zakwestionował na swoim blogu
rzetelność naukowej pracy socjologa. To wystarczyło, że sprawą zajęła
się specjalna komisja Uniwersytetu Texas w Austin, gdzie uczony jest
zatrudniony. Szybko okazało się, że zarzuty pod adresem naukowca są
całkowicie bezzasadne, a metodyka przeprowadzonych badań jest bez
zarzutu".
4.
Owszem, badania mogły być przeprowadzone bez zarzutu, tego nie powinien chyba jednak rozstrzygać sąd, a kompetentne środowisko naukowców (po co, skoro środowisko to, wbrew prawicowym katolikom nie uznaje homoseksualizmu za chorobę). Zapomina się tu jednak, że w empirii widzi się to, na co pozwala dobrana do badania teoria. Dobór pytań, zastosowane w ankiecie sformułowania, często także wybór grupy, na której prowadzi się badania, nie są neutralne dla osiągniętych w badaniu wyników. O aksjologicznym, politycznym czy ideologicznym zapleczu obiektywnej jakoby procedury naukowej od lat wspominają zresztą różnej maści badacze nauki. Przemilczanie ich osiągnięć w tym kontekście jest szczególnie wymowne.
5.
Czego można dowiedzieć się z raportu? Zasadniczo niczego nowego. Z badań wynika, że homoseksualiści do pedofile (przesąd doskonale zaszczepiony naszemu społeczeństwu, co widać choćby po mojej sąsiadce-nauczycielce; przez wiele miesięcy o prawo do widywania się z córką walczył mężczyzna, wystający na naszej ulicy pod domem swojej byłej i dużo młodszej partnerki, gdy próbowałem docenić jego postawę usłyszałem, że to może jaki "pedał", więc nie ma się czym zachwycać; cóż po fazie miłości do Sajuza mamy czas miłości do States, więc amerykański raport potwierdzi oczywiste prawdy!) i promiskuici. Dewiacyjność ich "natury" przekłada się zaś na problemy psychologiczne wychowywanych przez nich dzieci, na trudności w odnalezieniu się w życiu dorosłym, co uwidaczniają problemy ze znalezieniem pracy czy myśli samobójcze. Owszem, wszystko to jest również wśród dzieci wychowywanych przez małżeństwa heteroseksualne, ale odsetek jest mniejszy.
6.
Chciałbym dożyć czasów, gdy liczba dzieci wychowywanych przez pary homoseksualne i heteroseksualne będzie taka sama. Wtedy badania ilościowe będą dla mnie bardziej wiarygodne. Chciałbym także dożyć czasów, gdy z rodzin katolickich zniknie alkoholizm, przemoc domowa, gdy heterosekualne i katolickie małżeństwa przestaną kisić dzieci w beczkach i wyrzucać je na śmietniki. Chciałbym również dożyć czasów, gdy w katolickim kraju nie będą potrzebne na taką skalę domy dziecka - cóż, mieszkałem kilka lat w sąsiedztwie i zdążyłem się napatrzeć na jakość życia i zdrowie psychiczne wychowanków.
7.
Z wiekiem, chociem spolegliwy, staję się w niektórych kwestiach coraz bardziej radykalny. Czytając raporty w stylu pracy Regnerusa, słuchając o prawie do niewypisania leku przez lekarza i niewydania go przez aptekarza z powodów religijno-moralnych, wiedząc o działaniu katolickiego ośrodka leczącego homoseksualistów mam coraz większą potrzebę całkowitego rozdziału państwa i kościoła. Całkowitego, czyli przebiegającego także przez instytucje. Niech będą oznakowane przychodnie, apteki, poradnie, uniwersytety, akademie, media, czasopisma naukowe, by wiedzieć, czy wchodzi się do instytucji państwowej czy religijnej. Niech episkopat (albo i sam Watykan) powoła odpowiedniki państwowych ministerstw. I niech jedne finansuje neutralne religijnie państwo, a drugie zaangażowana religijnie instytucja. Niech wszystko w końcu będzie jasne!
8.
Coraz częściej myślę, że dla godziwego życia społeczności wystarczą dwie zasady: szacunek dla obowiązku i świadomość, że drugi człowiek zawsze jest celem, a nigdy tylko środkiem do osiągnięcia czegokolwiek. W takiej perspektywie społeczeństwo nie musi składać się z gejów, lesbijek, heteroseksualistów, itd. Musi składać się ze współpracujących ze sobą, szanujących się i moralnie ukształtowanych jednostek.