środa, 9 września 2015

KAPITAŁ ZBIJANY NA UCHODŹCACH. POLITYKA POLSKIEGO LEFEBRYZMU



Na sytuację związaną z uchodźcami patrzę przez pryzmat własnej biografii. Nie ma co kryć, że w czasach liceum pewnie podpisałbym się pod językiem Fronda.pl, a Tomasza Terlikowskiego et consortes traktowałbym jako osoby bliskie mi światopoglądowo i w sposób zasadny – co do treści, i co do stylu – komentujące naszą codzienność.
Tak, byłem konserwatywnym katolikiem. Mój rodowód filozoficzny bierze początek w dogmatycznej wierze w neoscholastykę szkoły Krąpca. Znam z autopsji pokusę jasnego ułożenia świata na zasadzie czerni i bieli, styl życia wynikający z przekonania, że Polska jest katolicka, poczucie zagrożenia ze strony wszystkiego, co odbiega od konserwatywno-katolickiej narracji. Wiem też, że taka ślepa i dogmatyczna wiara prowadzi do krzywd – zadanych sobie i zadanych innym. Poczucie wyższości, satysfakcja wynikająca z tego, że wie się jak jest i jak być powinno, brak miejsca na dyskusję, maskowanie kompleksów megalomanią –  noszę to sobie nieustannie jako przestrogę i jako wyrzut sumienia.  Jako dorastający chłopak, którego życia nauczyło, że nie jest społecznie normalny, wiem, jak silna jest potrzeba normalności. I jednocześnie jak złudne, a kosztowne jest poczucie, że można stać się normalnym.

Przeszedłem długą i trudną metanoię, a każdego dnia myślę nad tym, jak daleko mi do realizacji ideałów braterstwa, równości i wolności, do realizacji których się zobowiązałem.
Konsekwencją mojej konwersji jest wyczulenie na religijną ostentację powiązaną z polityką. Mamy jej w Polsce pod dostatkiem, jako konstytutywny element konstruowanej tożsamości Polaka-katolika. Od dawna żywię przekonanie, że polski katolicyzm jest formacją specyficzną – w tym sensie, że bliższy jest lefebryzmowi (konsekwentnie uznawanemu przez JPII za schizmę) niż katolicyzmowi wynikającemu z Vaticanum II i współczesnych perspektyw teologicznych.
Sytuacja z uchodźcami i imigrantami, z którą mamy na bieżąco do czynienia, jest dla mnie wyjątkowo brutalnym potwierdzeniem tych słów. Poniżej chciałbym zarysować uzasadnienie tej opinii.

***
Rozpocznę od ciekawej obserwacji Ireny Grudzińskiej-Gross. Zauważa ona, że po 1989 r. mamy w Polsce do czynienia z dwoma strategiami budowania polskiej tożsamości.
Pierwsza, popularna w okresie 1989-2004 r., nazwana została narracją tranzytologiczną. Dominuje w niej element normalności, to znaczy podkreślania, że Polska jest „takim samym krajem, jak inne. Byliśmy w niedobrej sytuacji, ale teraz należą nam się miejsca w różnych instytucjach i uznanie jako normalnemu członkowi międzynarodowej wspólnoty. Wschodnia Europa była pojęciem politycznym, Europa Środkowa także, teraz jesteśmy krajem po prostu europejskim”.

Druga, nazwana narracją traumatologiczną, zaczęła rozkwitać po 2004 r. Centralne jest tutaj przekonanie, że Polska nie jest takim krajem, jak inne. Polska to kraj wyjątkowy, inny. „Kraj traumy i cierpienia. … Od normalności przeszliśmy do wyjątkowości”.
Oczywiście, gros cierpień i traum ma charakter historyczny i jest aktualizowane za pomocą polityki historycznej. Mimo to tożsamość traumatyczna musi być aktualnie doświadczana. Dzieje się to, moim zdaniem, przez szeroko zakrojone działania, w ramach których konstruuje się wroga i budzi się zbiorowy lęk. Jedwabne, spisek wolnomularski, sztuka krytyczna, kwestie bioetyczne, a teraz uchodźcy i imigranci stali się – na równi idee i ludzie – kozłami ofiarnymi. Pozwolili wygrywać lęk przed wynarodowieniem, pozbawieniem Polaków polskości, przekreśleniem religijności, postawieniem Polski w stan (cywilizacyjno-)wojennego zagrożenia.
Stoi za tym wizja państwa promowana przez lefebryzm:
„Nie można poddawać w wątpliwość, że związek ludzi w społeczeństwie jest dziełem Woli Bożej. Widać to wyraźnie w jego członkach, w jego formie, którą jest władza, w jego przyczynach, a także w liczbie i znaczeniu korzyści, które zapewnia człowiekowi. To Bóg stworzył człowieka dla społeczeństwa i połączył go ze współstworzeniami po to, by potrzeby jego natury, których nie można zaspokoić samotnym wysiłkiem, mógł zaspokoić we współpracy z innymi. Oto dlaczego społeczeństwo cywilne, o tyle o ile jest społeczeństwem, koniecznie musi uznać Boga jako swoją zasadę i autora, i konsekwentnie, oddać jego mocy i władzy hołd swego wyznania. Ani ze względu na sprawiedliwość, ani ze względu na rozum, państwo nie może być ateistyczne, ani, co byłoby krokiem w kierunku ateizmu, nie może w stosunku do każdej religii odnosić się jednakowo i przyznawać każdej te same prawa, bez rozróżnienia.
Ponieważ konieczną rzeczą jest wyznawanie jednej tylko religii w społeczeństwie, religia, która ma być wyznawana, musi być jedyną prawdziwą i łatwo rozpoznawalną, zwłaszcza w krajach katolickich, poprzez znak prawdy, który wspaniale się w niej wyraża.
Głowy państwa muszą więc zachowywać i ochraniać tę [prawdziwą] religię, o ile zamierzają one, zgodnie zresztą ze swoim obowiązkiem, dbać roztropnie i skutecznie o dobro społeczeństwa. Gdyż władza publiczna ustanowiona została dla dobra rządzonych, i chociaż jej celem bliższym jest tylko dobrobyt życia ziemskiego, nie mniejszym obowiązkiem, lecz przeciwnie ważniejszym, jest zwiększanie zdolności człowieka, w celu osiągnięcia najwyższego i niezastąpionego dobra, którym jest szczęście wieczne, nie do osiągnięcia bez religii” (papież Leon XIII).

Podobnie lefebrystyczne są poglądy dotyczące islamu obecne na Fronda.pl, w DoRzeczy i innych prawicowo-katolickich mass mediach.
Tak mówił abp. Marceli Lefebvre:
„...Wasze żony, córki, dzieci będą porywane i zabierane do miejsc takich, jak.. to znane miejsce... Casablanca, Mekness i im podobnych, a Wy nie będziecie w stanie ich odzyskać, bo oni będą budować Medinę, meczety w taki sposób, by nawet policja nie mogła tam wejść. I jaka będzie wtedy Francja? W niektórych brytyjskich miastach już tak jest.
- Co możemy zrobić, by temu zapobiec?
- Powiedzieć rządowi, by zatrzymał ten islam i robił to, co zawsze robiliśmy. Nie jest możliwa między nami koegzystencja - oni muszą pozostać w swoich krajach. Każdego roku przybywa do Francji 50000 muzułmanów. Zobaczycie, jak będzie z meczetami, kiedy powiedzą: Zabić chrześcijan. Oni, gdy zabiją chrześcijanina, idą do nieba i zabierają duszę tego, kogo zabili. Czemu niby miałoby się ich tego pozbawiać?”. [za: http://www.traditia.fora.pl/bractwo-kaplanskie-sw-piusa-x-fsspx,32/arcybiskup-marcel-lefebvre-wypowiedz-o-islamie,4756.html].

Z jednoznacznie negatywną reakcją ze strony lefebrystów spotyka się nauczanie Vaticanum II i Jana Pawła II w kwestii islamu. Różnicę między tymi dwoma podejściami doskonale oddają wypowiedzi dwóch papieży:

„Królem bądź tych wszystkich, którzy jeszcze błąkają się w ciemnościach pogaństwa albo islamizmu i racz ich przywieść do światła i Królestwa Bożego”.
Leon XIII

„My wszyscy, chrześcijanie i muzułmanie, żyjemy pod słońcem jedynego, miłosiernego Boga. Wspólnie wierzymy w jedynego Boga, Stworzyciela człowieka. Uznajemy Boże panowanie i bronimy godności człowieka jako sługi Bożego. (...) Tak więc prawdziwie możemy nazwać się wzajemnie braćmi i siostrami przez wiarę w jedynego Boga. (...) Bądźcie pewni, iż jestem rad, że przy tej sposobności mogę wyrazić wam moje uczucia braterskiego szacunku i uznania”.
Jan Paweł II

Otwierają one artykuł księdza-lefebrysty Karola Stehlina, Islam a Kościół katolicki, z którym warto się zapoznać (http://www.gdynia.piusx.org.pl/index.php/inne-tematy/30-z-archiwum-zawsze-wierni/877-ks-karol-stehlin-islam-a-kocio-katolicki), który wykazuje niekatolickość postaw ekumenicznych i nauczania Vaticanum II także o islamie.

***
Kościół rzymsko-katolicki świadomie i celowo wywiera wpływ na politykę.
Prawicowo-katoliccy politycy i pracownicy mediów świadomie i celowo posługują się retoryką religijną dla uzasadnienia określonych regulacji życia społecznego.
Symptomatyczne jest to, że w przypadku in vitro, korekty płci, związków partnerskich czy edukacji seksualnej rozwiązania na poziomie państwowym mają, według tej opcji, podporządkować się nauce społecznej Krk. Odmiennie natomiast widziana jest sprawa uchodźców i imigrantów. Po wezwaniu (dwukrotnym, apel powtórzony został na Twitterze) papieża Franciszka do widzenia w uchodźcy brata, po mocnych słowach Christopha kard. Schoenborna OP, episkopat stwierdził, że swoje działania podporządkuje rozwiązaniom państwowym.
Widzę w tym wyraz pragmatyzmu politycznego, o którym mówił Jarosław Gowin w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego. W końcu przyznał on, że idealizm religijny Franciszka to jedno, a pragmatyka polityczna – drugie. Niemniej obnażył w ten sposób obłudę swoją i swojego środowiska, które wtedy, gdy to wygodne, zalecenia religii stawia nad lub pod polityczną pragmatyką.

Widzę w tym także fałsz – Kościół, jaki instytucja, która w myśl Vaticanum II nie ma charakteru politycznego, winien wzywać do postaw miłosierdzia nawet, gdy jest to sprzeczne z racjonalnością polityczną. Powinien wskazywać, że dzielenie uchodźców na (religijnie) lepszych i gorszych jest sprzeczne z Ewangelią i postawami jawnie zalecanymi przez Jezusa. Powinien też wymagać takich miłosiernych postaw od swoich wyznawców.

***
Myślę, że w obecnej sytuacji najmniej chodzi o uchodźców i zagrożenia z nimi związane. Rzecz idzie o kształt Polski. „Demokracja – twierdzi w wyjątkowo zgrabny sposób Robert Kostro – promuje raczej konkurencję niż konsens wartości”. Zabiegi prawicowo-katolickie służą takim zmianom, by ustanowić aksjologiczny konsens, a znieść demokratyczne poróżnienie. Wykorzystanie uchodźców jako straszaka sprawdziło się doskonale – konsolidacja Polaków w obliczu zagrożenia dokonała się na niespotykaną skalę. Mignął mi dziś wymowny post, wrzucony na FBową grupę Świeckie Państwo. Wzywano w nim do zjednoczenia sił ateistów i katolików w odparciu islamskiej zarazy, w uchronieniu kraju przed zmianą cywilizacyjną. Wiemy też o rosnącym w polityczną siłę PiS, któremu sondaże wróżą możliwość samodzielnego sprawowania władzy.

Wspólna walka z nawałą islamu oznaczać może w gruncie rzeczy wyborcze poparcie dla prawicy. A z tym poparcie dla PiSowskiej wizji państwa, edukacji itd. itp. A jest to wizja lefebrystyczna, wsparta na jednej religii i jednym, rzekomo uniwersalnym porządku etycznym.
Wystarczy zerknąć do projektu konstytucji przygotowanym przez PiS w 2010.
Oto fragmenty:
W imię Boga Wszechmogącego! My, Naród Polski, składając Bożej Opatrzności dziękczynienie za dar niepodległości, pomni naszych ponad tysiącletnich dziejów związanych z chrześcijaństwem, wdzięczni poprzednim pokoleniom za ich wytrwałą pracę, poświęcenie i ofiary dla Polski, zrzuciwszy jarzmo obcej przemocy i komunizmu, zobowiązani do zachowania i umocnienia niepodległego Państwa Polskiego, pragnąc Rzeczypospolitej silnej prawdą, uczciwością i sprawiedliwością, naszą wolność i odpowiedzialność za los współczesnych i przyszłych pokoleń Narodu wyrażamy na kartach tej Konstytucji, która jest najwyższym prawem dla Rzeczypospolitej.

Art. 4.3:otaczanie ochroną i opieką małżeństwa, będącego wyłącznie związkiem kobiety i mężczyzny, oraz macierzyństwa i rodzicielstwa, troska o pomyślność rodzin oraz ochrona dzieci i młodzieży przed odrzuceniem i demoralizacją.
Art. 30.2: Władze publiczne nie regulują spraw par niemałżeńskich ani nie prowadzą ich ewidencji.
Art. 20 Każdy człowiek ma prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
Art. 27.1:Każdemu przysługuje wolność sumienia, światopoglądu i wyznania,
kultu i praktyk religijnych oraz nauczania religii w życiu prywatnym
i publicznym.
Art. 27.2 Władze publiczne umożliwiają nauczanie w szkołach publicznych religii Kościoła katolickiego oraz innych prawnie uznanych kościołów i związków wyznaniowych pod ich nadzorem.
Art. 28 Obywatele mają prawo do ochrony obecności symboli i pamiątek kulturalnych i religijnych istniejących w sferze publicznej zgodnie z miejscowymi zwyczajami.
Art. 71.1.10: dba o właściwy poziom kwalifikacji zawodowych i etycznych oraz rzetelność i apolityczność w działaniu urzędników służby cywilnej zatrudnionych w Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej oraz w urzędach administracji rządowej i samorządu terytorialnego, powołuje Szefa Służby Cywilnej na 5 lat.


Wystarczy wiedzieć, jakie zmiany w systemie edukacji proponuje PiS.
Oto, co pisze na ten temat Dziennik Gazeta Prawna:

Narodowy Instytut Programów Wychowania i Podręcznik, „powinien przywrócić szkole jej rolę wychowawczą. Na czym miałoby to polegać? Zdaniem posłów przygotowujących projekt nawet na fizyce czy chemii znalazłyby się elementy wychowania. PiS proponuje przy tym wzmocnienie pozycji nauczyciela i uniezależnienie jej od woli rodziców.
[…] ma czuwać nad ich (podręczników) zawartością i układać programy nauczania. Cel: zachowanie spójności ideowej i merytorycznej.
Koniec z książkami o Harrym Potterze czy Pucu i Bursztynie. Do szkół miałby wrócić jeden kanon lektur”.
No i rzecz jasna edukacja ma być oparta na wartościach.

***
To, że nie udostępniam prawicowych memów, filmów prezentujących bitki i masakry, relacji z granicy austriacko-włoskiej w kształcie, jaki mogła mieć przed Schoengen, nie oznacza, że nie mam obaw. Nie oznacza tego również fakt, że dyskutuję z językiem rasizmu i nienawiści czy nieuczciwymi uogólnieniami.
Uważam zwyczajnie, że podsycanie paniki nie rozwiązuje problemów. Co więcej, nie trzeba być gruntownie obeznanym z psychologią by wiedzieć, że panika na ogół prowadzi do błędnych decyzji.
Sądzę także, że warto innych traktować tak, jak samemu chce się być traktowanym. Skoro nie chcę być nazywany homoterrorystą, pedałem, pasożytem, pedofilem, nie chcę piętnować innych poprzez nienawistne stereotypy. Do tego chcę widzieć ludzkie dramaty, do których przyczyniła się polityka uprawiana w mojej kulturze.
Podsycanie lęku, a nawet przerażenia i histerii, ma u nas motywy religijno-polityczne. Łączy ze sobą ludzi do niedawna podzielonych, przyciąga łatwymi deklaracjami w kwestii zaprowadzenia porządku.
Zauważmy, że praktycznie nic nie mówi się o prawie międzynarodowym, a przecież, jak przypomina Krzysztof Pomian na łamach Przeglądu Politycznego, pojawiło się ono jako ważny element życia społecznego, gdy musiano pogodzić się z wielością wyznań religijnych i opcji światopoglądowych. A więc, gdy rozpadł się projekt Europy jako jednolitego, katolickiego imperium. W dyskusji nieobecni są pracownicy ośrodków dla uchodźców, etycy, Tatarzy. To, co dzieje się w sferze publicznej jest pseudodebatą – bez diagnoz, propozycji rozwiązań, uważnego oglądu sytuacji.

Cenię sobie Zuzannę Radzik, Jarosława Ziółkowskiego, Ignacego Dudkiewicza, Jarosława Makowskiego, s. Małgorzatę Chmielewską, s. Barbarę Chyrowicz, o. Wacława Oszajcę, o. Macieja Biskupa, o. Pawła Gużyńskiego, ks. Wacława Hryniewicza … Ale w Polsce dominuje katolicyzm lefebrystyczny, ideologia religijno-polityczno-społeczna, pod którą nie umiem się podpisać. I z którą nie chcę być łączony.
I boli mnie, że uchodźcy stają się narzędziem walki o Polskę lefebrystyczną.





sobota, 5 września 2015

PORNCEPTUAL MAGAZINE #1

Dotarł do mnie Pornceptual Magazine #1. Wspólne dzieło Erica Phillipsa, Chrisa Phillipsa i Raquel Fedato, którzy zebrali wokół pisma niemałe grono artystów (w numerze znajdziemy prace fotograficzne, rysunki, obrazy, w końcu tekst).
Magazyn jest kolejną „odnogą” projektu Pornceptual, którego celem jest dekonstekstualizacja pornografii w jej najbardziej rozpowszechnionym rozumieniu. Pornceptual skupia artystów (profesjonalnych i początkujących) oraz wszystkich tych, których interesuje „prawdziwa i seksualna strona ludzkiego ciała ukazywana poprzez sztukę. Daleko od opierania się na społecznie akceptowanych konceptach, szukamy oryginalnych znaczeń tego, czym jest sztuka, seksualność i pornografia […]. Wierzymy, że w pornografii nie chodzi o  samoidentyfikację, ale raczej o interakcje. Ma to rzeczywisty wpływ na to, jak postrzegamy sami siebie (jako istoty aktywne seksualnie i określone gen derowo) oraz nasze auto-reprezentacje, niemniej znaczenia te nie mają charakteru indywidualnego – są kulturowo podzielanymi kodami”. Środowisko Pornceptual kwestionuje zwyczajowego sposoby postrzegania ludzkiej tożsamości i zwyczajowo dopuszczalne sposoby reprezentowania tego, kim się jest. Dokonują tego zapraszając widzów do zajęcia bardziej partycypatywnej i bardziej refleksyjnej postawy wobec pornografii.


Pismo otwiera dziesięciopunktowe PORNIFESTO:
1.     Pornografia jest źródłem doświadczenia estetycznego.
2.     Pornografia jest narzędziem seksualnego wyzwolenia.
3.     Pornografia jest pomnikiem queer.
4.     Pornografia jest podstawowym (ultimate) rodzajem ekspresji artystycznej.
5.     Pornografia jest bezpieczną przystanią dla wyrzutków.
6.     Pornografia nie zna granic smaku. Pornografia jest wizualną wolnością.
7.     Pornografia jest najbardziej doczesnym (mundane) aspektem naszego życia. Pornografia jest życiem.
8.     Pornografia nie powinna być dłużej psuta przez moralność i religię.
9.     Pornografia nie zna granic geograficznych i kulturowych. Pornografia łączy (is unity).  
10.  Pornografia nie wykorzystuje. My wykorzystujemy pornografię.


Manifest ten znajduje swoje odbicie w pracach plastycznych, prezentowanych na łamach Magazynu. Są one bardzo zróżnicowane, niektórzy z prezentowanych artystów tworzą serie opatrzone tytułem i „ideą przewodnią”.
Tak jest choćby w przypadku mythos Andrea Lavazzearo, której fotografie inspirowane są starożytnymi rzeźbami, z ich opowieścią o legendarnych ludziach. Eric Phillips i Carol Steiler w ruins opowiadają o ciele jako świątyni, wykorzystując jako tło dla męskich aktów ruiny dawnej szkoły wojskowej przy Uniwersytecie Brazylijskim. Chris Phillips w quotidian stawia pytania o to, na ile doświadczenie pornografii stało się rutynowe? Na ile kultura konsumpcji zawiera w sobie elementy ekspresji seksualnej? Przypomina także o tym, że w nasze doświadczenie „codziennej pornografii” (evriday pornography) musimy wpisać pamięć o tym, że jesteśmy istotami seksualnymi. W Magazynie pojawiają się kwestie genderowe w kontekście relacji, jakie tworzymy sami ze sobą (Francesco Cascavilla i Ezra Green, species). Czy kwestia związku seksualności i sacrum, śmierci, heroizmu (Andrea Galad).


Nie ma chyba jednego klucza do tego magazynu. I nie wszystkie prezentowane prace są „miłe estetycznie”. Trzeba pewnej elastyczności teoretycznej, by dekodować ich znaczenia. W tym sensie Pornceptual łączy w sobie elementy sztuki krytycznej, zabawy formą, przetwarzania symboli. Nie da się więc go obejrzeć na jednym oddechu i z narastającym zachwytem. Da się go za to studiować po to, by stawiać pytania, myśleć nad przed-sądami, które kształtują nasz sposób funkcjonowania w świecie, ale także estetycznie się cieszyć.


środa, 26 sierpnia 2015

CHWAŁA BOGA Z MASOŃSKIEJ SZKOŁY. MSZE HAYDNA I LESSLA

Uniwersytet Warszawski opublikował dwupłytowy album zawierający kompozycje Józefa Haydna i Franciszka Lessla. To wydawnictwo jest mi bliskie z kilku powodów.

Po pierwsze, z powodów wolnomularskich. Nie możemy zapominać, że jednym z inicjatorów powstania UW był brat Stanisław Kostka Potocki, a farmazoni należeli do osób zasłużonych na niwie nauki i kultury. Wolnomularzem był także Józef Haydn, nauczyciel Franciszka Lessla. A także Wincenty Lessel – ojciec Franciszka, kapelmistrz na masońskim "dworze" książąt Czartoryskich w Puławach.

Po drugie, z powodów „mało-ojczyźnianych”. Franciszek Lessel pochowany jest na cmentarzu w Piotrkowie Trybunalskim. Nadto na płycie śpiewa Patryk Rymanowski, solista Teatru Wielkiego w Łodzi.

Po trzecie, z powodów poznawczych. Lessel – jeśli w ogóle – kojarzony jest jako pianista i kompozytor piszący na fortepian. Jego dorobek twórczy był jednak zdecydowanie szerszy – obejmował symfonie, operę, balet czy kwartety smyczkowe. Niestety, do dziś zachował się tylko nikły ułamek jego partytur. Nie pamięta się również o pasji „archeologicznej” Lessla – wraz z Elsnerem czy Kurpińskim (wolnomularzami!) żywo interesował się on przeszłością muzyki polskiej, prowadząc poszukiwania w zbiorach bibliotecznych Wawelu, Gniezna czy Jasnej Góry. Zresztą Jasna Góra symbolicznie odwdzięczyła się Lesslowi – nuty zebranych na płycie graduale Benedicta et venerabilis, offertorium Ave Regina i Msza polska B-dur pochodzą ze zbiorów jasnogórskich. Ich opracowania podjęła się Katarzyna Płońska, za co należą się słowa szczerego uznania!
Dobrze się stało, że muzyki Lessla posłuchać możemy „w kontekście”, którym jest dla nich msza Haydna. Szkole Haydnowskiej – jak pisze Alina Nowak-Romanowicz – zawdzięczał Lessel niespotykaną w skali Polski „umiejętność pracy motywicznej”. Wzorem Haydna nie stroni Lessel od polifonii, a także – co podkreśla Płońska – „rozczłonkowuje” formę, traktując jako samodzielne całości nie tylko poszczególne ogniwa mszy, ale także ich fragmenty.
Warto podkreślić, że „Jest to druga z kolei zachowana msza z tekstem polskim[858]. Jej karta tytułowa nosi zapis: Fr. Lessel /Missa a 4 vocibus et Organo obligatis / 2 Cornibus, Clarin., Tromb. non obligats[859] / Varsoviae 1813, zaś po nim Recensere errores minimum / Maximum est emendare opus / Perficere inceptum oraznaklejony ekslibris: „De la Collection de Musique de Monsieur François Lessel”[860]. Msza Lessla różni się środkami języka muzycznego nie tylko od mszy Cybulskiego, ale również i od późniejszych mszy tzw. ludowych czy wiejskich Elsnera i Kurpińskiego. Odpowiedzialny za to był z jednej strony dystans ideologiczny, jaki zrazu dzielił Lessla od haseł głoszonych przez Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk, zaś z drugiej – jego talent i szkoła, którą przeszedł u Haydna. Lessel wszystkie części mszy przekomponowuje, traktując z całą swobodą strukturę poezji Wężyka. Niejednokrotnie buduje on formę muzyczną na wydzielonych ze zwrotki wersach; postępuje tak przede wszystkim w Gloria i Sanctus, ale także i w dwuzwrotkowym Agnus Dei: A = Adagio, oparte ma tekście obu zwrotek + B = Allegro, oparte na dwóch ostatnich wersach drugiej zwrotki, powtarzanych przemiennie (wersy: IV, III, IV, III, IV). W odróżnieniu od Cybulskiego, który w całej mszy operuje tylko chórem, Lessel wprowadza oprócz chóru i partie solowe, a i głosy chóru prowadzi w sposób urozmaicony (na przykład w Kyrie – unisono z towarzyszeniem instrumentów, na początku Credo wprowadza głosy sukcesywnie). W partii sola wokalnego w Credo („On z Maryi”) również obserwujemy efekt powierzania kolejnych wersów tekstu coraz to innemu głosowi: sopranowi, tenorowi, altowi i basowi. Specyficzny koloryt orkiestry uzyskuje Lessel wyłączając z jej obsady skrzypce i altówki, przez co z instrumentów smyczkowych wysuwa się na plan pierwszy głos wiolonczeli. Lessel nie eliminuje, jak Cybulski, techniki polifonicznej, lecz chętnie się nią, nawet już w Kyrie, posługuje. Obok licznych, krótszych lub dłuższych fugat, traktowanych przemiennie z partiami o fakturze homofonicznej, Lessel wprowadza 4-głosowy kanon w  Offertorium (od t. 9 „Daruj nam za grzechy karę”). W jego polifonii obserwujemy typowe dla epoki klasycyzmu silne oddziaływanie faktury homofonicznej” (Alina Nowak-Romanowicz, Historia muzyki polskiej. Klasycyzm).

Muzykę zebraną na płytach wykonują Anna Karasińska, Agnieszka Rehlis, Karol Kozłowski, Patryk Rymanowski, Orkiestra Akademii Beethovenowskiej i Chór Akademicki UW. Przewodzi im dyrygentka Irina Bogdanovich.
Jasne, purystom może przeszkadzać, że to nie nagranie „historycznie poinformowane”. Nie mam z tym problemu, bo wciąż słucham choćby Haendlowskiego Mesjasza w nagraniu sir Thomasa Beechema ze zjawiskową Moniką Sinclair i wspaniałym Jonem Vickersem. Sądzę też, że źle się stało, iż orkiestry symfoniczne oddały repertuar XVIII-wieku zespołom „historycznie poinformowanym”. To nie tylko morze wspaniałej muzyki, ale i świetna szkoła dla muzyków. Dobrze, ze sytuacja sie zmienia.
Orkiestra Akademii Beethovenowskiej brzmi bardzo dobrze. Instrumentaliści współtworzą z chórem i solistami jeden organizm, rozwijając narrację klarowną dramaturgicznie. Brzmienie orkiestry jest stopliwe i dość ciemne, pozbawione emocjonalnych przerysowań czy koturnowego patosu. Pięknie brzmi chór na czele z sopranami przywodzącymi mi na myśl prześwietlony słońcem, różowy fluort. Chórzyści śpiewają ze szlachetną powściągliwością, wyjątkowo klarownie odsłaniając fakturę utworów. Nie kryję, że frajdę sprawia mi także fakt, że w przypadku Haydna i opusculi Lessla, nie podają tekstu mszalnego we włoskiej wymowie łaciny.

Bardzo się cieszę, że wśród solistów znalazł się Karol Kozłowski. To artysta szalenie wrażliwy, posługujący się niuansami w budowaniu nastroju i ekspresji, sam głos zaś to świetny tenor, o gęstej i wyrazistej barwie butelkowej zieleni. Przepięknie współbrzmi z pełnym, dźwięcznym, ciemnobrązowym, swobodnie prowadzonym basem Patryka Rymanowskiego (jak dobrze, że znalazł się na tym albumie!). Szlachetnym, niekiedy „mrocznym”, gęstym brzmieniem głosu i elegancją frazy ujmuje Agnieszka Rehlis. Annie Karasińskiej należą się słowa uznania za czytelność muzycznej retoryki, dzięki której jej śpiew nigdy nie staje się koloraturowo-pusty. Domine Deus z Mszy Cellensis Haydna repetowałem, mimo że nie lubię rozrywać muzycznej całości powtórkami określonych ścieżek.

Płońska w szkicu zamieszczonym w książeczce do albumu podkreśla, że Msza Polska nie należy do najlepszych utworów Lessla. Podkreśla jej użytkowy charakter i konieczność liczenia się z realiami muzycznymi. Zapewne wszystko to prawda, ale emocjonalne kontrasty, specyficzna melancholijna prostota wielu fragmentów, dbałość o to, semantyczne związki muzyki ze słowem czynią powodują, że kompozycje Lessla są wyjątkowo atrakcyjne estetycznie i ewidentnie „modlitewne”. Ich atmosfera (jakże piękne jest solistyczne „On z Maryi” w Credo!) całkowicie mnie wciągnęła odsuwając na bok kwestie „techniczne”.

 Szkoda, że w książeczce znalazł się tylko szkic dotyczący Lessla. Choć rozumiem, że to on jest głównym bohaterem tego albumu. 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

HOSER, TICHNER, NADZIEJA. JAK ŻYĆ?

„Nasza religijność jest religijnością wydarzeniową, religijnością zogniskowaną wokół wydarzeń i ich dziejowych reperkusji, a nie wokół trwających prądów myślowych, inspirującą te prądy i żyjącą w nich. Ojciec Kolbe to wielkie wydarzenie. Ale tylko wydarzenie. Nie towarzyszy mu żadna wielka myśl filozoficzna i teologiczna o człowieku, o ludzkim etosie, o sposobie naprawy rzeczy, które są wspólne. (...) Są imiona, bez których uwzględnienia współczesne chrześcijaństwo nie może myśleć, nie potrafi zrozumiale mówić, czytać. Nazwiska takie są rdzeniem jego logosu. (...) Wśród tych nazwisk - przedstawicieli chrześcijańskiego logosu - nie widać nikogo znad Wisły”.

„Nie mam zamiaru ratować nadziei Niemców, pokazując im Husserla, ani Francuzów, ucząc ich Bergsona czy Ricoeura. Ja sam jednak nie mogę nie znać tych panów. Powinienem ich znać, bo z tego może być pożytek przy szukaniu odpowiedzi zrodzonych na tej ziemi. Egoizm jest zawsze źródłem ciasnoty. Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów”.

Te dwa cytaty z pism Józefa Tischnera przyszły mi dziś do głowy, gdy czytałem fragmenty homilii abp. Henryka Hosera:

„W dzisiejszej dobie media mają coraz większą władzę stając się największą potęgą która kształtuje oblicze ziemi. Tyle że nie czyni ona tego pod wpływem Ducha Świętego który miał zstąpić, ale pod działaniem ducha ciemności który wciąga w nie ludzi z nich korzystających. Wielu bowiem nie potrafi dziś już odróżnić produktu zatrutego od zdrowego”.

„W związku z tym przed Kościołem stoi dziś ogromne zadanie aby powołać takie środki przekazu które nie tylko mówią prawdę o człowieku, ale także uczą jak żyć, jak wzrastać w człowieczeństwie, jak nabywać jakości prawdziwego życia”.

Dla biskupa uczyć jak żyć, to przepowiadać Jezusa. W końcu to Jezus powiedział, że jest drogą, prawdą i życiem. I że nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przez Niego (J 14, 6).
Co ważne, do Ojca przychodzi się przez czyn, a nie przez quasi-naukową wiedzę o Bogu. Bo przecież „Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył” (J 1, 18).

Pouczenie Jezusa jest wymowne i szalenie proste – do Ojca idzie się kochając bliźniego. Co to znaczy? Znaczy to między innymi to:

J 8: 3 Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: 4 «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. 5 W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować2. A Ty co mówisz?» 6 Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć3. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. 7 A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». 8 I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. 9 Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. 10 Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» 11 A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!». 

Mt 25: 31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie".
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" 40 A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili".
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie [odnieśmy to do głosów katolików ws. uchodźców];
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie."
44 Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?"45 Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

Łk 10: 30 Jezus nawiązując do tego, rzekł: «Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. 31 Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. 32 Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.33 Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: 34 podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.35 Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: "Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał". 36 Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?» 37 On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie». Jezus mu rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie!» .

J 2: 13 Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. 14 W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. 15 Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. 16 Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!» 

Przesłanie Jezusa jest przesłaniem nadziei. Jest także postawieniem przed chrześcijanami konkretnego zadania – żyj tak, by pomnażać miłość i budzić nadzieję. To dla mnie oznacza wskazywanie drogi, która wiedzie do życia. A nie uczenie jak żyć – życie bowiem to nieustanny proces, którego nie da się ogarnąć jakąś narzuconą z zewnątrz i niezmienną doktryną o tym, co wolno, a czego nie. Widać to dobrze choćby w katolickiej reinterpretacji nauczania Pawła o kobietach. Dziś nikt już nie zabrania im milczeć w kościele, choć sytuacja kobiet wciąż daleka jest od prawdziwej równości. Postęp w wiedzy – biologicznej, medycznej, psychologicznej, prawnej etc., pomnaża naszą świadomość biedy, wykluczenia. Sprawia, że inaczej rozumiemy człowieczeństwo. Choć warunki się zmieniają, przesłanie Jezusa pozostaje niezmienne – pomoc najmniejszym. Podtrzymywanie nadziei. Miłość. Nie zaś denominacja kościelna i czystość doktryny. Gdyby liczyły się te ostatnie, wzorem nigdy by nie stał się Samarytanin – dla Żydów heretyk, pokazany jako wzór w odróżnieniu od zachowującego przepisy instytucji religijnej kapłan czy lewita.

„Tischner był też księdzem i kaznodzieją. Tyle że kapłaństwo nie stanowiło dla niego celu życia, a jedynie środek do celu, którym było ratowanie ludzkiej nadziei. Tak samo zresztą jak Kościół nigdy nie był dla niego celem jego księżowskiej posługi, ale jedynie środkiem do ratowania kruchych więzi, jakie łączą człowieka z Bogiem. Świadectwem tej hierarchii wartości jest dowcip, jaki ksiądz Tischner opowiedział kiedyś na swój temat, ściągając jednocześnie na siebie święte oburzenie. Pytany, czy bardziej czuje się księdzem, czy filozofem, rzucał: „Najpierw czuję się człowiekiem, potem filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem”.
Czy jednak nie był to tylko kolejny błyskotliwy bon mot krakowskiego księdza?
Tych, którzy znali Tischnera, nie muszę przekonywać, że to nie pusty frazes. Krakowski ksiądz nigdy nie mówił kazań tonem nieznoszącym sprzeciwu. On nie tyle mówił do ludzi czy ponad głowami ludzi, ile w czasie kazań z ludźmi rozmawiał. Jak człowiek z człowiekiem.
Wierzył, że przepowiedni Dobrej Nowiny nie można sprowadzić do powtarzania utartych formuł wypracowanych przez formalistyczną teologię moralną, nauczanie papieży czy odczytywania listów biskupich. Dobra Nowina w jego interpretacji jest próbą odpowiedzi na bóle, jakie nosi w sobie człowiek, na dramaty, które sprawiają, że ziemia usuwa mu się spod nóg, na cierpienie, które w żaden sposób nie uszlachetnia, a zawsze miażdży i niszczy człowieka.
Czy więc zadanie kaznodziei ma sprowadzić się do tego, by człowieka w tych cierpieniach i grzechach pognębić i poniżyć, czy też rzucić mu koło ratunkowe?
W niedzielę w kościele słyszymy zazwyczaj, jacy to źli jesteśmy, jak bardzo nikczemni i grzeszni. Bo kaznodzieja, mówi Tischner, wchodząc na ambonę, widzi przed sobą nie tyle wiernych, nie tyle człowieka z krwi i kości, ile przede wszystkim notorycznych grzeszników. To tak, jak dentysta, który -
gdy widzi człowieka - od razu, z racji profesji, dostrzega ubytki w uzębieniu.
Taki rodzaj zawodowego zwichnięcia. Tyle że to „zwichnięcie zawodowe” w przypadku kapłanów nie jest niewinne.
Gdzie skrywa się zło? Mamy przed sobą krzyż. Idea kazania jest taka: zobaczcie, jakimi jesteście grzesznikami, skoro to wasze grzechy przyczyniły się do ukrzyżowania Syna Bożego. Ta scena krzyża staje się dla księdza dodatkową okazją do poniżania człowieka. Ale przecież możliwe jest inne odczytanie tej biblijnej sceny. Zobaczcie ludzie, jacy wy jesteście cenni, jacy wielcy i ważni, skoro Bóg umiera za was na krzyżu. Można więc do tej samej sceny biblijnej podchodzić tak, że się człowieka karci i poniża, ale można i tak, że się go wywyższa. Tischner był zwolennikiem tej drugiej pedagogii”

- pisze o Tischnerze Jarosław Makowski.


Czy Tischner uczył, jak żyć? Nie sądzę. Wskazywał drogi, otwierał problemy. Ale pozostawiał przestrzeń dla człowieka i jego wyborów. Bo z perspektywy chrześcijanina uczyć, jak żyć, może tylko Bóg. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

BEZDOMNOŚĆ NA KREDYT. MIESZKANIÓWKA, EKONOMIA, POLITYKA


Bez relacji, prób, różnic, bez przekształceń jakichś stanów

rzeczy nie da się nic sensownego powiedzieć na temat danego podmiotu

ani stworzyć jakiejś ramy odniesienia.

Bruno Latour



…najbardziej uderzającym odkryciem nauk społecznych jest to,

że inne czynniki, nad którymi nie mamy kontroli, sprawiają,

że czynimy pewne rzeczy.

Bruno Latour



W naszych czasach nie mamy świadomości prowadzenia prawdziwej

Wojny przeciw światu. […] Dziś jednak istnieje poważne ryzyko,

 że wygramy tę wojnę. Straszne jest, że będzie to pyrrusowe zwycięstwo,

bowiem w tym samym momencie będzie naszą porażką …

Michel Serres



Lektura „13 Pięter” Filipa Springera zajęła mi dwa popołudnia tylko dlatego że znajdowałem na nią czas po obowiązkach zawodowych i domowych. Gdyby nie to, skończyłbym ją „za jednym podejściem”, czując w sobie czytelniczy przymus nie pozostawiania niczego na później.

Uważam ją za znakomicie napisaną. Język Springera ma odpowiednią temperaturę i „wrażliwość”. Książka jest znakomicie skomponowana. Dużo satysfakcji sprawia mi także sposób, w jaki Springer patrzy na temat.



Jak to w reportażu, Springer nie kryje swojego punktu widzenia. Unika jednak stronniczości. Pewnie dlatego że książka ta nie jest prostą, linearną opowieścią o ludziach i ich problemie. „Mieszkaniówka” – by posłużyć się takim wygodnym skrótem-emblematem – jest raczej węzłem splecionym z wielu elementów: polityki, ekonomii, moralności, budynków, działek, klasowego charakteru społeczeństwa, towarzystw budownictwa społecznego, deweloperów, banków, polityków, wzorców dobrego życia, bezdomności, higieny, państwa itede itepe.  Złożoność tę stara się oddać w swej narracji Springer, snując – jak pająk – sieci złożone z dynamicznych relacji, pozwalając mówić różnym ludziom, pokazując, jak działają w naszym życiu bankowe prospekty, zadłużone działki czy środowiskowe wzorce sukcesu. Książka ta jest także „heterochronią” – Springer opowiada w niej nie tylko o teraźniejszości, ale także o polskim międzywojniu i pokazuje, jak to, co minione obecne jest w teraźniejszości.



Książkę zamykają takie słowa:

„Największym graczem na rynku kredytów hipotecznych w Polsce jest bank PKO BP. Jego siedziba znajduje się w trzynastopiętrowym biurowcu przy ulicy Puławskiej w Warszawie. Biuro prezesa mieści się na ostatnim piętrze. Wśród warszawskich drapaczy chmur ten nie jest nawet średniakiem, ale wystarczy, by spoglądając z okien swego gabinetu, prezes Zbigniew Jagiełło mógł poczuć, że cały kraj leży u jego stóp.

Ale Zbigniew Jagiełło się nie cieszy. W czerwcu 2014 roku wypowiada słowa, które w ustach prezesa banku czerpiącego gigantyczne zyski z kredytów hipotecznych brzmią co najmniej zadziwiająco. „Zachłysnęliśmy się wszyscy wolnością – mówi. – Moim zdaniem to, że można było uzyskać sto procent finansowania na mieszkanie bez własnych oszczędności, było złe. Dziś ma pan zdolność kredytową i zaciąga kredyt po uszy. Odmawiając sobie pójścia z kolegami na piwo i mecz, żonie wyjść do kawiarni, a całej rodzinie wakacji. Niby fajnie jest zamieszkać na swoim, ale po dwóch, trzech latach okazuje się, że tak się nie da żyć. Cierpimy”.

Prezes postuluje, by zachęcać Polaków do oszczędzania, żeby skoro już muszą kupić mieszkania na własność, nie zadłużali się przy tym ponad swoje możliwości. „Nie chcę być prezesem bogatego banku w biednym kraju” – oznajmia.

Jego argumenty nie przebiją się do opinii społecznej jeszcze przez kilka miesięcy. Zwłaszcza te dotyczące oszczędzania. Wrócą dopiero na fali frankowej paniki na początku 2015 roku jako postulat utworzenia kas budowlano-mieszkaniowych, które pozwolą Polakom gromadzić kapitał na przyszłe mieszkania. Podobne rozwiązanie proponowane było w Nowym ładzie mieszkaniowym, ale nigdy nie weszło w życie. Minister finansów Mateusz Szczurek rozprawia się z tym pomysłem szybko i dość bezpardonowo. Z wysokości sejmowej mównicy oznajmia, że „kasy to zaproszenie do kryzysu” i rozwiązanie „makroekonomicznie nieodpowiedzialne”. Nazywa je „piramidą finansową”, z której rządowi będzie „trudno się wykręcić”.

„W takim razie pan minister powinien ostrzec rządy jedenastu krajów, w których działa tego typu system oszczędzania – komentuje Jacek Furga, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości przy Związku Banków Polskich. – W Niemczech ma on już ponadstuletnią tradycję, co oznacza, że jest sprawdzony i bezpieczny”.

W wypowiedzi ministra Szczurka pobrzmiewa coś, co stanowi motyw przewodni polityki mieszkaniowej w Polsce. Niechęć państwa do podejmowania długoterminowych zobowiązań. Widać ją nawet w ewolucji rządowych programów: w ramach Rodziny na Swoim państwo dopłaca do odsetek przez kilka lat, w ramach Mieszkania dla Młodych wykłada całą kasę na początku i zapomina o sprawie. A problemu mieszkaniowego nie da się rozwiązać, nie planując działań na kilka, a nawet kilkanaście lat do przodu.

– Z tego samego powodu problem mieszkalnictwa nie jest atrakcyjny politycznie – mówi Piotr Mync. – Nie da się go załatwić w perspektywie jednej kadencji. No bo ile tanich mieszkań można wybudować w cztery lata? Niewiele. Nawet jeśli kilka tysięcy, to grupa ich szczęśliwych lokatorów nic nie znaczy w ogólnym przedwyborczym rachunku. Politycy wolą stosować rozwiązania bardziej efektowne, ale zupełnie nieefektywne. Niechętnie patrzą w przyszłość dalszą niż cztery lata.

– Ile nas ta niechęć kosztowała?

– Koszty finansowe nie są najgorsze, trudno je zresztą policzyć – odpowiada Mync. – Nie rozwiążemy problemu bezrobocia bez poprawy mobilności Polaków. A ci nie będą chcieli się przemieszczać, jeśli będą uwiązani kredytami do swoich mieszkań. Nie pokonamy kryzysu demograficznego, jeśli potencjalni rodzice nie będą mieli pewności, że nikt nie wyrzuci ich z domu miesiąc po narodzinach dziecka. Ale dla mnie najgorsze jest to, że wykastrowano mentalnie całą generację, wmawiając jej, że kredyt to jedyne rozwiązanie. Mieszkanie przestało się kojarzyć z obywatelskim prawem. Ludzie uwierzyli, że zaspokojenie tej potrzeby zależy tylko od ich ciężkiej pracy. Jeśli nie mają gdzie mieszkać, to znaczy, że zbyt słabo się starają. Takie postawienie sprawy jest po prostu nieludzkie. To jest największy koszt”.



To koszt, który płacimy także za związanie polityki z neoliberalną szkołą w ekonomii. A mówiąc jeszcze dokładniej – z uznaniem, że neoliberalizm jest nauką, bezstronną, obiektywną, zdolną do wyjaśniania „całego świata”. Autentyczną science. Zgadzam się jednak z Ha-Joon Changiem, że tak nie jest. Pisze on:

„Rzeczy mają się tak głównie dlatego, że (szczególnie w ciągu ostatnich dziesięcioleci) ludzi skłoniono do wiary, że podobnie jak fizyka czy chemia, ekonomia to „nauka” i na jej polu istnieje jedna prawidłowa odpowiedź na każde pytanie. Ci, którzy nie są ekspertami, powinni po prostu zaakceptować „konsensus profesjonalistów” i przestać o tym myśleć. Profesor ekonomii z Harvardu i autor jednego z najpopularniejszych podręczników w tej dziedzinie, Gregory Mankiw, mówi: „Ekonomiści lubią przybierać pozę naukowców. Wiem, bo sam często to robię. Kiedy uczę studentów, bardzo świadomie opisuję dziedzinę ekonomii jako naukę, żeby żaden z nich nie rozpoczynał zajęć z przekonaniem, że angażuje się w jakieś miałkie akademickie przedsięwzięcie”.

Jak się jednak przekonamy na stronach tej książki, ekonomia nigdy nie będzie nauką w takim sensie, w jakim jest nią fizyka czy chemia. Istnieje wiele rozmaitych teorii ekonomicznych. Każda z nich podkreśla znaczenie innych aspektów złożonej rzeczywistości, dokonuje odmiennych osądów moralnych i politycznych, a także formułuje różne wnioski. Poza tym teoriom ekonomii co rusz nie udaje się przewidzieć rozwoju wydarzeń zachodzących w rzeczywistym świecie, nawet w dziedzinach, w których się specjalizują – choćby z tego powodu, że ludzie, w przeciwieństwie do cząsteczek chemicznych czy fizycznych przedmiotów, dysponują wolną wolą”.



Fuzja polskiej polityki z neoliberalizmem doprowadziła do sytuacji, w której wartość człowieka i sens jego „obywatelstwa” wiążą się ściśle z sukcesem materialnym. Springer – oddając głos swoim rozmówcom – pokazuje, jak silnie powiązaliśmy dorosłość z posiadaniem kredytu, dzięki któremu kupiliśmy dom, samochód, wakacyjną podróż. Wiele do myślenia dają słowa bohaterów, którzy opowiadają o tym, że stracili znajomych dlatego że nie chcieli wziąć kredytu hipotecznego, a więc „dorosnąć”, „wziąć na siebie odpowiedzialność”. „zmierzyć się z wyzwaniami”.

Pokazuje także rolę ekonomicznych ekspertów w budowaniu zaufania do kredytów we frankach. Choćby Ryszard Petru, kreujący się dziś na możliwego zbawcę Polski od jej problemów, w 2008 roku – gdy kryzys ekonomiczny nie był już tylko mrzonką – zapewniał: „Złoty będzie się wzmacniał. Kredyty we frankach jeszcze długo pozostaną bezpieczne i opłacalne”.

Na wielu stronach jego opowieści dom (na kredyt) okazuje się kulą u nogi, czynnikiem destabilizującym życie, ograniczeniem wolności, klatką, w której przebywa się z eks-partnerem.



Springer jasno pokazuje, że zaangażowanie rządu w programy takie jak Rodzina na Swoim czy Mieszkania dla Młodych są tylko pozornie troską o obywateli. Najważniejszym beneficjentem pozostają tutaj deweloperzy.



Iza, pracownica wysokiego szczebla w deweloperskim biurze sprzedaży, mówi Springerowi:

„Klient, bo to on jest w tym układzie najsłabszy. Nie ma naszej wiedzy, nie ma naszych pieniędzy, nie ma naszego czasu. To wszystko go z miejsca stawia na gorszej pozycji. My nie ponosimy prawie żadnego ryzyka. I nie mówię tego, żeby się chwalić; to wynika z umowy, którą daliśmy klientowi do podpisania. Bank? Owszem ryzykuje, ale minimalnie. Ma zespół ekspertów, którzy tego delikwenta prześwietlą. Jak się pojawi problem, to najwyżej bank puści człowieka z torbami, wyśle komornika, żeby ściągał z niego tę kasę do końca życia. Bank odzyska pieniądze, najwyżej trochę później. Człowiek jest w tym wszystkim najmniejszy. Ale to nie znaczy, że zawsze zostanie puszczony z torbami. Nie. Przecież miliony ludzi kupiło mieszkania i nikt ich nie wystawił do wiatru. Można było to zrobić, ale przecież naszym celem nie jest oszukiwanie, tylko budowanie mieszkań i zarabianie na tym.

– Iza, a dlaczego ty mi to wszystko w ogóle mówisz?

– To, co napiszesz, i tak nie zepsuje nam interesu”.

I dalej:

„Potwierdza to Iza z szóstego piętra, ta, która pracuje w biurze sprzedaży dewelopera. Kiedy rząd uruchomił Mieszkanie dla Młodych, w firmie otworzyli szampana.

– W Rodzinie na Swoim można było kupić też lokal używany, ale w Mieszkaniu dla Młodych już tylko nowy, od dewelopera, czyli od nas. W pierwszym miesiącu działania programu sprzedaż skoczyła nam mniej więcej o trzysta procent.

Iza przyznaje, że obowiązujące w Mieszkaniu dla Młodych wysokie limity na cenę za metr lokalu sprawiają, że większość deweloperów podnosi ceny.

– Myśmy od razu to zrobili, gdy tylko je ogłoszono. Bo dlaczego mamy sprzedawać metr za pięć i pół tysiąca, skoro państwo zgodzi się dopłacać do tego samego lokalu sprzedawanego za sześć tysięcy? Idiota by nie skorzystał”.



Poważne kontrowersje budzi także Fundusz Mieszkań na Wynajem, który niedawno uruchomiono. Czytamy u Springera, że

„w ciągu pięciu lat zainwestuje aż pięć miliardów złotych w lokale do wynajęcia. Ma ich być dwadzieścia tysięcy. Według pierwszych zapowiedzi czynsz ma być konkurencyjny wobec stawek rynkowych. Na pierwszy rzut oka jest to krok w dobrą stronę. Gdy jednak wspominam o tym Irenie Herbst, ta prawie wyrzuca mnie za drzwi.

– Pięć miliardów złotych na zakup, powtarzam: zakup, dwudziestu tysięcy mieszkań w pięć lat! – denerwuje się. – TBS-y za cztery miliardy wybudowały tych mieszkań pięć razy więcej. To ma pana zdaniem jakikolwiek sens?

Kontrowersje budzi też fakt, że fundusz będzie skupował mieszkania od deweloperów. Ci zresztą zareagowali na to z wielkim entuzjazmem. Mają na rynku kilkadziesiąt tysięcy lokali, które na skutek przykręcenia przez banki kurka z kredytami trudno im sprzedać. Nic dziwnego, że zaczynają się prześcigać w ofertach. Chcą nie tylko sprzedać to, co już mają, ale też budować nowe. Zostają podpisane pierwsze umowy. W styczniu Fundusz Mieszkań na Wynajem wystawia w Poznaniu do wynajęcia pierwsze mieszkania. I tu rozczarowanie. Lokale wcale nie są tańsze od tych, które można wynająć na rynku, a w niektórych przypadkach kosztują nawet więcej”.



Być może ma to swój głęboki sens polityczny. Marek Wielgo mówi w książce:

„zwraca uwagę, że budowanie klasy średniej w oparciu o kupowane na kredyt mieszkania własnościowe ma też głębokie uzasadnienie polityczne. Ludzie ze zobowiązaniem na trzydzieści lat są mniej podatni na ekstremizmy. Głosują na partie środka, bo chcą mieć pewność, że władze niczym ich nie zaskoczą. Są przewidywalni, wiadomo, jak zyskać ich poparcie w wyborach”.



Springer dopomina się w swojej książce o politykę mieszkaniową i mieszkania czynszowe. Nie wpisuje się jednak w prostą figurę anty-wolnorynkowca, przywoływaną przez ludzi pokroju Leszka Balcerowicza. Ustami Ireny Herbst, współtwórczyni Memoriału Mieszkaniowego, mówi o tym, że w demokratycznym państwie trzeba wyważyć kwestie wolnorynkowe z zaangażowaniem państwa. Mieszkanie – nie jako luksus, ale podstawowe dobro obywatelskie – winno być dostępne dla wszystkich, ale na różnorodnych zasadach. Pokazuje – na przykładzie stargardzkiego TBS – sens budownictwa społecznego. Są nim choćby mieszkania wspomagane dla seniorów.

Udaje mu się boleśnie uchwycić stosunek Polaków do bezdomności i biedy. Robi to na przykładzie poznańskich kontenerów, zestawiając upiorne deklaracje Ryszarda Grobelnego o karze dla wyrzutków społecznych z bardziej skomplikowanymi realiami.



Pisze także o czyścicielach kamienic, między innymi z Poznania. W tym kontekście pojawia się także następująca opowieść:

„Na to się jednak chyba nie zanosi. W połowie 2012 roku Paweł Łukaszewski z Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego napisał do wielkopolskich parlamentarzystów list z prośbą o wprowadzenie w prawie zmian, które umożliwiłyby pracownikom PINB szybsze podłączanie mediów do czyszczonych kamienic. Z projektem wystąpił poznański poseł Tadeusz Dziuba. Propozycja blisko półtora roku czekała na opinię. W końcu sejmowi prawnicy orzekli, że wodę zawsze można przynieść z zewnątrz. Nikt też nie powiedział, że myć trzeba się we własnej łazience, można to przecież robić u przyjaciół lub znajomych. W ostateczności można się też wyprowadzić.

Potem poprawki posła Dziuby trafiły pod obrady specjalnej podkomisji sejmowej. Nagranie z jej posiedzenia jest jednym z najbardziej przerażających, jakie można znaleźć na stronach polskiego parlamentu, a konkurencja w tej kategorii jest niemała. Posłanka Krystyna Sibińska (PO – dop. MMB) tłumaczy, że poprawki zaproponowane przez Dziubę nie są potrzebne, bo odcięcie wody nie stwarza „bezpośredniego zagrożenia życia””.



Rozważania o współczesnej Polsce poprzedza opowieść o międzywojniu. O lewicowych korzeniach spółdzielczości mieszkaniowej (współtwórcą WSM był Bolesław Bierut). O torpedowaniu planów mieszkaniowych dla robotników przez SARP w momencie, gdy zdominowali go ludzie związani z ONR. O popieraniu ówczesnej „deweloperki”, kredytowaniu kamienic budowanych dla establishmentu. Piekle schronisk dla bezdomnych.

To opowieść o wojnie, jaką toczy zwycięska część społeczeństwa przeciw tej, której materialnie się nie udało. Co nie znaczy, że przeciw tej, która się leni. Bieda często związana jest z pracą ponad siły, wyzyskiem, społeczną niesprawiedliwością.



Sądzę, że warto pochylić się nad tą książką. Spróbować spojrzeć na świat poprzez jej pryzmat –  bez względu na własne preferencje polityczne, moralne czy ekonomiczne. Bo, jak rzekł Michel Foucault, czasem warto popatrzeć na świat inaczej, by móc powrócić do tego, kim się jest.

wtorek, 4 sierpnia 2015

AUTORYTET, RYNEK, SZTUKA

Zbiór tekstów Andrzeja Chłopeckiego Muzyka wzwodzi. Diagnozy i portrety powinien stać się lekturą obowiązkową dla odpowiadających za kulturę władz samorządowych i centralnych, dla dyrektorów placówek artystycznych, kuratoriów oświaty, melomanów… Książka to umożliwia kontakt z krytyką muzyczną i refleksją nad muzyką bardzo wysokiej próby. Ponadto Chłopeckiemu udaje się pokazać symptomy choroby, które trapią kulturę we władaniu kapitalistycznej gospodarki rynkowej.

Często słychać u nas tęsknotę za autorytetami. Ponoć ich brak powoduje patologie społeczne, nie ma bowiem komu wskazywać, co dobre a co złe. Moje odczucia są inne. Mam mianowicie wrażenie, że w określonych obszarach życia społecznego autorytetów mamy za dużo. A ich rola nie jest bynajmniej twórcza, inspirująca, pobudzająca. Autorytety te traktujemy raczej na zasadzie świętych krów – błogosławimy wszystko, co robią, a wszelką krytykę uznajemy za napaść na narodowe świętości.

Ilustracją tej tezy może być zresztą casus samego Chłopeckiego, który odważył się poddać krytyce koncert fortepianowy Krzysztofa Pendereckiego. W reakcji na jego tekst zagrano larum, wysyłano wymierzone w niego listy (sygnowane choćby przez Ewę Podleś i Jerzego Marchwińskiego), przez prasę przetoczyła się dyskusja czy Chłopecki mógł i czy tak się godzi. Tak jakby na swoim koncie nie miał on wielu bardzo pozytywnych tekstów o Pendereckim. I tak, jakby pozycja Pendereckiego chroniła go przed estetycznymi wpadkami.
No właśnie – problemem jest tu chyba pozycja Pendereckiego, kreowana PRowo przez jego żonę i mierzona między innymi współczynnikami rynkowymi – ilością nagrań, koncertów, nagród. Penderecki doskonale sprzedał się jako towar, przekształcając się w markę, która zajmuje górne półki na hipermarketach sztuki. Nie wolno jej więc bezkarnie krytykować. Odczułem to swego czasu na olimpiadzie muzycznej, gdzie większość poznanych osób żywiła narastające wątpliwości co do kolejnych utworów Pendereckiego, ale poza kuluarami nie chciała o tym mówić. Za mocno uwierzyliśmy kompozytorowi, który zbudował „sobie obraz jedynego sprawiedliwego, który zażenowany przebywaniem w gronie biegających z jednego festiwalu nowej muzyki na drugi starzejących się arywistów w krótkich spodenkach, postanowił spoważnieć i nie widząc recepty na zbawienie świata XX-wiecznej muzyki, ów świat opuścić”. Kupując PRowy towar prześlepiliśmy też, że „W wyjątkowości swej postawy estetycznej Penderecki nie jest wbrew pozorom butnie osamotniony, lecz konkuruje z wieloma postawami podobnie wyjątkowymi”.

Nieco podobnie funkcjonuje chyba Ewa Michnik, która swą niekwestionowalną pozycję dyrektorki opery i dyrygentki zbudowała w oparciu o operowe mega-widowiska. I tu element rynkowy gruntuje autorytet – przyciąga sponsorów, podróżujących melomanów. Kreuje towar nie mający w Polsce swojego odpowiednika. O ile zaś ma odpowiedniki na Zachodzie, o tyle tym bardziej warto nie kwestionować jego wartości – stanowi bowiem szansę na wolnorynkowe konkurowanie z zagranicą. Trudno zatem oczekiwać, że w mejstrimowej prasie pojawią się recenzje krytyczne, choć takie pojawiają się na blogach uznanych krytyków (vide Dorota Kozińska i jej tekst o Latającym Holendrze Ryszarda Wagnera). Niespecjalnie podnosi się także kwestię swoistej kariery Bogusława Szynalskiego, którą robi pod auspicjami żony. Swoistej, bo trudno uznać głos Szynalskiego za urodziwy. Jego technikę wokalną za nienaganną. Nijak nie da się w nim także widzieć śpiewaka rozumiejącego choćby „wagnerowski styl”. 

Ilustracją dla mojej tezy może być także kreowanie na autorytet wokalny Aleksandry Kurzak. W zapowiedzi Jej koncertu z Krzysztofem Cugowskim można przeczytać: „Aleksandra Kurzak to światowej sławy, absolutnie najlepsza polska śpiewaczka operowa. Regularnie występuje na najważniejszych scenach i estradach świata, takich jak: Metropolitan Opera w Nowym Jorku, La scala w Mediolanie czy Covent Garden w Londynie.
Jako pierwsza Polka w historii wokalistyki podpisała ekskluzywny kontrakt z firmą fonograficzną DECCA i w sierpniu 2011 roku ukazała się jej pierwsza solowa płyta Gioia!. Następnie ukazała się płyta Bel Raggio z ariami Rossiniego oraz Hej Kolęda! z najpiękniejszymi polskimi kolędami. Jej płyty zdobywały tytuły Platynowej i Złotej Płyty.
Bardzo rzadko można ją podziwiać na polskich scenach, tym bardziej jest to niesamowita okazja, usłyszeć ten anielski głos i to w mieście z którego pochodzi i z którym jest duchowo związana.” 
Absolutnie najlepsza dzisiaj czy w ogóle? Jeśli w ogóle, jak rękawa mogę posypać nazwiska śpiewaczek, które cenię wyżej. Z kolei dlaczego kontrakt z Deccą ma być tu argumentem za absolutną najlepszością? Może lepiej mówić o klasie nagrać? O Teresie Żylis-Gara i Wiesławie Ochmanie nagrywających pod Herbertem von Karajanem, o Stefanii Toczyskiej i jej nagraniowych związkach z Colinem Davisem, Riccardo Mutim itd. itp.
Nie kryję, że sam do entuzjastów Kurzak nie należę. W jej kreacjach brak mi osobowości, wszystko, co śpiewa, wydaje mi się jednakie. Niezłe technicznie, śpiewane ładną barwą i puste w środku.

Symbolicznym punktem zwrotnym w urynkowieniu sztuki stało się u nas Requiem Zbigniewa Preisnera. Bezpardonowo pisał o tym właśnie Chłopecki pokazując banalność harmonii, ubóstwo inwencji melodycznej, gest bliski disco-polo. A jednocześnie PR reklamujący Requiem jako szoł na skalę globalną, któremu przyklasnęli wytrawni artyści.
W takim kontekście doprawdy trudno się dziwić, że władze stawiają na takie rządzenie placówkami kultury, w których sprzedaje się towar. Grać mniej, unikać tytułów niechodliwych, muzykę najnowszą omijać na kilometr, racjonalnie redukować zespół – oto wytyczne. Dzięki którym każdy zespół, bez względu na ostrość konfliktu z metodą zarządzania, będzie musiał przegrać.


Drugi ważny wątek diagnozy Chłopeckiego dotyczy edukacji artystycznej. Słusznie zżyma się on, że brak słuchu dotyka co najwyżej 2% społeczeństwa. Dla reszty jest wygodną wymówką, by nie próbować poznawać, słuchać, rozumieć. Podobnie jest chyba w innych obszarach sztuki, które potrafimy jako Polacy oprotestować nie widząc. Z góry dekretując, co jest wartościowe, a co nie jest. Ale tej sytuacji nie da się zmienić „na własną rękę”, wymaga ona raczej zmian systemowych. A więc rzetelnej edukacji artystycznej w szkołach publicznych, które kształtować będą umiejętność odbioru sztuki i jej oceny w oparciu o argumenty. Tyle tylko, że łatwiej fundować społeczeństwu popularne koncerty gwiazd-towarów. Poczucie, że obcowało się z wielką sztuką, da przecież satysfakcję. A pozwoli zaoszczędzić pieniądze (etaty) i czas (kształtowanie programu, nauka). Wszyscy powinni być więc zadowoleni.

PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...