piątek, 17 kwietnia 2015

LIST DO GĄDECKIEGO I ZYZAKA WS. KS. OKO

Arcybiskup
Stanisław Gądecki
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

Wojciech Zyzak
Rektor UP JPII

Szanowni Panowie!

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej
Art. 47
Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o życiu osobistym.

Powszechna Deklaracja Praw Człowieka
Artykuł 1
Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw. Są oni obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa.

Artykuł 12
Nie wolno ingerować samowolnie w czyjekolwiek życie prywatne, rodzinne, domowe, ani w jego korespondencję, ani też uwłaczać jego honorowi lub dobremu imieniu. Każdy człowiek ma prawo do ochrony prawnej przeciwko takiej ingerencji lub uwłaczaniu.

Europejska Konwencja Praw Człowieka
Artykuł 8
1. Każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego, swojego mieszkania i swojej korespondencji.

Katechizm Kościoła Katolickiego
2358 Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. Osoby te są wezwane do wypełniania woli Bożej w swoim życiu i – jeśli są chrześcijanami – do złączenia z ofiarą krzyża Pana trudności, jakie mogą napotykać z powodu swojej kondycji.
1730 Bóg stworzył człowieka jako istotę rozumną, dając mu godność osoby obdarzonej możliwością decydowania i panowaniem nad swoimi czynami.

1738 Wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii 34 . Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego 35

1747 Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności człowieka, zwłaszcza w dziedzinie religii i moralności. Wolność nie daje nam jednak fałszywego prawa do mówienia i czynienia wszystkiego.


Działalność publiczna ks. Dariusza Oko systematycznie narusza przywołane powyżej zapisy prawa. Rzecz nie w tym, jaki jest prywatny stosunek ks. Oko do homoseksualizmu, ale w sposobie, w jakim o nim mówi. Mamy tu do czynienia z niespotykaną wręcz wulgaryzacją dyskursu, a także z intelektualną nierzetelnością. Ks. Oko powołuje się choćby na dane statystyczne, nigdy nie podając, z jakiego źródła czerpie swoje specyficzne wiadomości. Czymś kuriozalnym jest także włączanie do uniwersyteckich tomów pokonferencyjnych tekstów pogadanek, które ks. Oko przedstawia dla wspólnot przyparafialnych. Poza przekazem treści silnie zideologizowanych, pozbawione są one koniecznego aparatu naukowego i samokrytycyzmu. Nieustannie też podkreśla, że pomoc osobom homoseksualnym polega na ich wyleczeniu, mimo że lekarze uznają terapię reparatywną za niemożliwą, a homoseksualizm nie jest chorobą.

W związku z powyższym proszę o wyjaśnienie, w jakim zakresie przytoczone poniżej cytaty realizują obowiązki nakładane przez ks. Oko przez przytoczone wyżej zapisy dokumentów świeckich i Kościelnych. Proszę także o podanie badań naukowych, które pozwalają na zweryfikowanie stawianych przez niego tez:






Moim siostrom i braciom o skłonnościach homoseksualnych wolę pomagać jak dotychczas – poprzez duszpasterstwo indywidualne, finansowanie terapii… (za Tygodnikiem Powszechnym). 


Dodajmy, że środowiska gejowskie żyją w obrzydliwej rozpuście, zatrważającym promiskuityzmie (pozbawione więzi uczuciowej kontakty seksualne podejmowane z przypadkowymi osobami). Potrzebują ciągle nowych partnerów, szczególnie zaś interesują ich właśnie chłopcy w wieku pokwitania. […] Oni nie traktują  młodych osobników jak ludzi, tylko jak rzeczy do wykorzystania.

My mamy obowiązek bronić ludzi przed maniakami seksualnymi. Seks sam w sobie nie jest aż tak ważny dla człowieka normalnego, zdrowego, zintegrowanego. Ale ponieważ idą na nas całe zastępy maniaków seksualnych – współczesnych Hunów o bardzo niskiej kulturze, zdruzgotanych przez seks – to musimy się przed nimi bronić.

Starych gejów się nie pokazuje, bo to jest obraz rozpaczy. Pokazuje się młodych, ładnych. Starzy mają zwykle po kilka chorób wenerycznych i zakaźnych.
(Trzy ostatnie cytaty za tekstem Oko w: Spór o naturę ludzką, to publikacja naukowa, tekst Oko nie ma wcale aparatu naukowego).

W moim odczuciu wszystkie cytaty są wyrazem ideologicznego zaślepienia. Naruszają godność osobową powiązaną przez Krk z wolnością człowieka. W sposób karykaturalny przedstawiają życie intymne dużej części obywateli, które podlega ochronie prawnej. Kształtują niezdrowe stereotypy, przekształcające się w nieuzasadnioną niechęć. Obrażają także zdrowy rozsądek.


List ma charakter otwarty.
Z szacunkiem,

Marcin Bogusławski

czwartek, 16 kwietnia 2015

GŁOS. O SŁUCHANIU, NAUCZANIU I KRYTYCE

Karinie Skrzeszewskiej
wyjątkowej wokalistce i wyjątkowemu pedagogowi

Nie twierdzę,  że świat faktycznie dzieli się na ducha i na materię. Opozycja ta od dawna jest bowiem kwestionowana, często za pomocą mocnych argumentów. Sądzę jednocześnie, że nie muszę rezygnować z tych terminów, pamiętając o ich historycznej genezie i używając do opisania sfer wyodrębnianych kulturowo. A więc jako wygodne narzędzie rozumienia otaczającej rzeczywistości.

Odwołanie do ducha i materii pozwala mi choćby na takie mówienie o sztuce, które odnosi się do społecznych intuicji, a więc może być wolne od przeładowania żargonem, choćby filozoficznym. Czym dla mnie jest sztuka?
Za Włodzimierzem Sołowjowem mogę powiedzieć, że sztuka to „jak najgłębsze i najściślejsze oddziaływanie na siebie istnienia wewnętrznego, czyli duchowego, i zewnętrznego, czyli materialnego”. Oddziaływanie to, w moim odczuciu, najbardziej bezpośrednio realizuje się w medium ludzkiego głosu, co nie znaczy, rzecz jasna, że pomniejszam znaczenie sztuk nie opartych na pracy głosem.
Czym dla mnie jest głos? Mówiąc najkrócej — przedłużeniem osobowości człowieka, liniami papilarnymi człowieczego wnętrza. Głos nie jest dla mnie zatem skoordynowaną pracą szeregu mięśni, nie jest tylko fonacją, możliwą do opisania językiem akustyki czy medycyny. Głos jest wizytówką i ekspresją naszej osobowości, wewnętrznych napięć i konfliktów, wartości, które nas kształtują, bogactwa lub ubóstwa, które tworzą naszą tożsamość.
Jestem przy tym przekonany, że nasza osobowość i indywidualność nie ukształtuje się bez wspólnoty. To, kim jesteśmy, buduje się bowiem poprzez relacje, jakie łączą nas z innymi ludźmi, wytworami kultury, tzw. przyrodą, w końcu z nami samymi.  
Dlatego w całej pełnie zgadzam się z Anetą Łastik, która pracę nad głosem widzi raczej jako pracę nad osobowością i naturalnym, zgodnym z ciałem i psychiką wydobyciem głosu, niż jako tresowanie w technice produkowania dźwięku, technice oderwanej od osoby i jej życia. „Praca z głosem i oddechem — pisze Łastik — jest zaglądaniem w głąb siebie, w nasze zablokowania”. Co, jak dodaje, często wywołuje strach.

Takie spojrzenia posiada swoje istotne konsekwencje. Wyrażając je w języku teoretyczno-muzycznym mógłbym powiedzieć, że słuchając ludzkiego głosu poszukuję raczej „profilu głosowego” danej osoby, niż próbuję wpisać ten głos w jedną z gotowych przegródek. Podobnie zresztą czynili niegdyś kompozytorzy — Wolfgang Amadeusz Mozart czy Gioacchino Rossini tworzyli z myślą nie o abstrakcyjnym gatunku głosu, ale o konkretnych osobach, z ich możliwościami, ale i problemami. Zawsze też szukam na scenie osobowości, artysty, który kształtuje swój głos i swoją technikę wokalną w oparciu o doświadczenie siebie, swojego ciała, wspólnoty, w której żyje. Dlatego mocno niepokoi mnie narastająca tendencja, która widzi w śpiewaku operowym instrument oderwany od człowieka. Dobrze wyszkolone, często miłe w brzmieniu głosy okazują się nijakie, jednakowe w każdym repertuarze, pusto brzmiące i puste artystycznie.

Wśród innych spraw, które mnie niepokoją, wymienić muszę jeszcze trzy.
Po pierwsze, martwi mnie pedagogika wokalna, która polega na wyuczeniu adepta techniki śpiewu profesora. Zgadzam się z Łastik, że rolą pedagoga jest taka praca z uczniem, która stanowi drogę „do uwolnienia, rozwinięcia […] głosu” i wypracowania takiej techniki, która oparta jest na własnej percepcji ucznia dotyczącej „odczuć związanych ze śpiewem”.
Po drugie, niepokoi mnie fetyszyzowanie określonej szkoły śpiewu (za którą zawsze stoi określona estetyka), z pominięciem predyspozycji (także emocjonalnych!) ucznia.
Po trzecie, za złe mam przywiązanie do określonych sposobów podziału głosów operowych, z którym związana jest próba szybkiego podpięcia wokalisty pod daną kategorię.
Choć odnoszę te zjawiska do sfery nauczania śpiewu, to analogiczne problemy dostrzegam u krytyków muzycznych, ślepych na specyfikę głosu, estetykę, którą prezentuje, jego indywidualność.

Sądzę, że nadszedł już czas, żeby przestać czcić łatki podziałów głosów operowych. A więc, żeby przestać je traktować jako klasyfikacje, ujmujące obiektywny stan świata. Oczywiście, pojęciowe szufladki są potrzebne, dlatego od dawna proponuję, by zacząć myśleć o podziałach głosów jako o typologizacjach, a nie klasyfikacjach. Klasyfikacja to silny podział, który musi być zupełny (nie ma elementów niesklasyfikowanych) i rozłączny (dany element należy tylko do jednej „szufladki”). Typologizacja zaś to sposób uporządkowania, w którym typy mogą na siebie zachodzić (nie musi spełniać warunku rozłączności), układane są bowiem podług cechy (kryterium) uznanej za ważną w danej sytuacji.  Nie musi być też wyczerpująca.
Do tego trzeba powrócić do wysiłku rekonstruowania profilu wokalnego osoby. Innymi słowy, trzeba zacząć słuchać i obserwować – barwa, swoboda śpiewania w określonych rejestrach, typ emocjonalności, preferencje estetyczne, wszystko to winno mieć wpływ na prowadzenie i opisywanie głosu. Na stawiane oczekiwania, wpisanie śpiewaka w perspektywę danej szkoły wokalnej, pracę uwolnieniem od blokad itd. Na dobór repertuaru.

Zestawmy, bardzo krótko, różnice między „śpiewaczkami szkoły włoskiej i szkoły niemieckiej. Włoszki starają się budować głosowo rolę na kontrastach. Nie boją się przesady, czasem nawet krzyku. Publiczność włoska lubi też ciemne, wręcz męskie, piersiowe dźwięki w dole. Niemki śpiewają spokojniejszym, okrągłym dźwiękiem: muzykalność, umiar i rozwaga są u nich na pierwszym planie” – opowiada Hanna Lisowska.
„Włoszki” dbają zatem o bogactwo kontrastujących kolorów, lubią skoki między wokalnymi ekstremami. „Niemki” starannie mieszają piersi ze średnicą, dbają o impresjonistyczne odcienie głosu w ramach jednej barwy. Można to zilustrować na przykładzie Aidy



MariaCallas i Birgit Nilsson prezentują tu dwa inne typy osobowości, emocjonalności, szkoły śpiewu. Podobny podział widać w Teatrze Wielkim w Łodzi – Dorota Wójcik to typowo włoski głos. Monika Cichocka – głos bardziej niemiecki, dlatego mówię o nim zawsze jungdramatisch.

Na koniec ważna uwaga – szkołę śpiewu rozumiem głównie jako perspektywę estetyczną i emocjonalną. To właśnie estetyka i emocjonalna osobowość wokalisty są źródłem pracy nad stawianiem głosu i właściwą techniką. Jako odbiorcy mamy prawo lubić bardziej jeden typ ekspresji od innego, możemy o tym pisać, możemy twierdzić, że w danej roli dana perspektywa sprawdza się bardziej niż inna. Ale kuriozalne jest oczekiwanie, że nagle Nilsson pociągnie piersi jak Callas czy Katia Ricciarelli. Tak samo, jak kuriozalne byłoby oczekiwanie, że Nelly Miricioiu oblecze się w specyficzny „chłód” Hanny Lisowskiej.

Do głosu zatem. O do partytury. One pozwalają zrozumieć, kim jest dany wokalista, i kogo — poza schematami — potrzebuje dana rola. Jakich osobowości, jakich linii papilarnych.  



piątek, 10 kwietnia 2015

TO NIE JEST MOJA TRAGEDIA. SMOLEŃSK 5 LAT PO

"Pięć lat temu Polską wstrząsnęła największa tragedia od czasów II wojny światowej. W katastrofie lotniczej zginęli prezydent z pierwszą damą, wysocy urzędnicy państwowi, parlamentarzyści partii rządzącej i opozycji, najwyższa kadra oficerska, duchowni, działacze społeczni, funkcjonariusze BOR, piloci, obsługa samolotu - wszyscy na pokładzie, 96 osób, elita narodu.
 Pięć lat temu cała Polska pogrążyła się w żałobie, bez względu na światopogląd i polityczne podziały. Na ulice wyległy tłumy, manifestując narodową jedność, wspólnotę i solidarność. Ta wyjątkowa chwila trwała krótko, ale była wartością, o której - zwłaszcza dziś - nie powinniśmy zapominać. Nie była to tragedia jednej partii, jednego środowiska, jednego wyznania, była to tragedia nas wszystkich, Polaków i obywateli

- pisze w Gazecie Wyborczej Jarosław Kurski.
A ja mam po raz kolejny poczucie pomieszania pojęć, gatunków narracji, próby niewyrafinowanej, emocjonalnej perswazji. Potęgowanej od rana wspominkami, choćby radiowymi, z których dowiedzieć się można dla przykładu, że Jarosław Kaczyński był ostoją polskiej kultury i protektorem na miarę największych postaci z przeszłości. Tyle tylko, że patetyczny, lekko załzawiony głos Elżbiety Pendereckiej, która jak zawsze mówi o mężu w cudzym kontekście (tu wielkość Lecha Kaczyńskiego wydobyła się w kontekście gdańskiej premiery Lacrimosy), budzi raczej uśmiech politowania. Spodziewam się bowiem, że słowa w podobnym stylu padłyby z jej ust w odniesieniu do Augusto Pinocheta czy Fidela Castro, byle odpowiednio wysoko wynieśli muzykę jej męża.

Nie lubię nadużywania słów. 
A słowo tragedia jest w Polsce nadużywane nagminnie tak, że niewiele już znaczy. Myślę, że warto przypomnieć podstawy. Otóż z tragedią stricto sensu  mamy do czynienia w sytuacji konfliktu aksjologicznego. Człowiek musi podjąć decyzję w sytuacji, w której dwie sprzeczne racje mają taką samą wartość, każda decyzja zatem prowadzi do katastrofy. 
Nie sądzę, by lot do Smoleńska naznaczony był konfliktem aksjologicznym. Jeśli już, to w sytuacji takiej mogli być piloci, czujący na plecach oddech osób trzecich przebywających w ich kabinie. Jeśli fakt ten uzyska potwierdzenie, będziemy mogli mówić o tragedii pilotów, o tym, że byli w sytuacji bez wyjścia, i że każda ich decyzja prowadziła do katastrofy - fizycznej lub polityczno-symbolicznej.
Rozumując w powyższy sposób nie mogę powiedzieć, że wydarzenia pod Smoleńskiem były moją tragedią. Nie sądzę także, że są tragedią jakiegoś domniemanego polskiego my

Kolejnym nadużywanym słowem jest pielgrzymka. Mówi się o niej w kontekście odwiedzin miejsca katastrofy. Słownikowo pielgrzymka to wędrówka do miejsc świętych. Smoleńsk jest miejscem śmierci, ale nie jest miejscem świętym. Nadużywanie niestosownych słów prowadzi do niepotrzebnej sakralizacji, a ofiarom wypadku nadaje rangę męczenników.

Trudno mi także mówić bez dookreślenia o śmierci polskiej elity. Dla mnie kryterium wyróżniającym elitę są zasługi wobec wspólnoty, a także postawa intelektualna i moralna. Niewielu spośród obecnych w tupolewie spełnia te kryteria. A na polityzację słowa elita (elitą są Ci, którzy wygrywają wybory i sprawują funkcje polityczne) nie potrafię się zgodzić.

W końcu mam problemy ze zrozumieniem, jak można manifestować jedność czy solidarność narodową (dlaczego nie społeczną?), która nie istnieje. Solidarność czy jedność nie są w moim rozumieniu ekspresją chwilowych emocji, ale pewną stabilną cechą obywateli i wspólnot. Po katastrofie smoleńskiej, jak po śmierci JPII, wiele osób manifestowało wspólnotę emocji, żalu, żałoby. Casus JPII pokazał jednak wyraźnie, że nie ma sensu dokonywać zbyt daleko idących uogólnień i interpretacji - domniemana jedność, solidarność i braterstwo pokolenia papieskiego szybko stały się przedmiotem żartów. Elementem myślenia życzeniowego.

Ofiarom wypadku należy się szacunek. Jego elementem jest cisza i unikanie polityzacji katastrofy. 
Ofiarom wypadku należy się pamięć. Wszystkim ofiarom, bez dzielenia ich na lepszych i gorszych, wyższych funkcyjnie i niższych funkcyjnie. W obliczu śmierci jesteśmy równi.
Ofiarom wypadku należy się prawda - o okolicznościach katastrofy, ale także o tym, kim byli.

Tworzenie legend, nadużywanie słów, konstruowanie nieistniejących podmiotów zbiorowych do niczego dobrego nie doprowadzą. 

Ci zaś, którzy zginęli, niech odpoczywają w pokoju. 


środa, 8 kwietnia 2015

8/47. DLACZEGO MADIA?

Wojciech Nowicki
Dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi

Szanowny Panie Dyrektorze,

w wystąpieniach publicznych podkreśla Pan rangę artystyczną Łódzkich Spotkań Baletowych i wyraża Pan zadowolenie z kształtu repertuarowego, jakie przybrały ŁSB za Pana dyrekcji.
Bodaj jednym widocznym sukcesem Pana rządów jest także odbudowa i rozbudowa zespołu baletowego TWŁ, który aktualnie liczy 47 osób.
Aby mówić o pełnym sukcesie, należałoby kształtować repertuar tak, żeby pozwolił on na wszechstronny rozwój artystów i przyciągał publiczność. Z tym, niestety, jest gorzej. Ze sceny znikają tytuły popularne, także wśród najmłodszych. Nie gramy repertuaru współczesnego, wykorzystujemy także sklejki muzyczne (jak Oniegin), które w zamyśle nie były zadysponowane jako jednorodna całość sceniczna.

Nie kryję, iż liczyłem, że ŁSB staną się okazją do zaprezentowania możliwości łódzkiego zespołu. I że szykowana premiera powstanie z myślą o naszych tancerzach i naszej scenie. Tak jednak się nie stało. Spektakl Giorgio Madii Chopin Imaginaire miał swoją premierę w 2009 r. i prezentowany był na scenie Teatru w Chociebużu.
Cechą charakterystyczną tegorocznego sezonu jest przenoszenie do Łodzi spektakli z innych scen. Latający Holender przygotowany dla miniaturowej sceny w Wels okazał się spektakularną klapą, zbierając fatalne recenzje jak Polska długa i szeroka.  Powinno to dać do myślenia.
Także spektakl Madii pomyślany został na realia teatru innego niż TWŁ. Zapewne dlatego na scenie pojawia się tylko ośmioro tancerzy. Przedstawienie ma charakter kameralny, by nie rzec intymny.
W związku z tym chciałbym zapytać, jakie względy artystyczne spowodowały, że:

  • 1.   TWŁ prezentuje premierę przygotowaną dla innej sceny, zamiast zaprezentować spektakl w pełni autorski?
  • 2.       Dlaczego zdecydowano się zaprezentować balet rozdysponowany na ośmioro tancerzy w momencie intensywnej rozbudowy i odbudowy zespołu baletowego TWŁ?
  • 3.       Kiedy Giorgio Madia rozpocznie próby z łódzkimi tancerzami?


Po gali z okazji 60.lecia TWŁ czy po premierze Strasznego dworu obsadzonego w większości gośćmi spoza Łodzi poniosły się głosy krytyczne, zwracające uwagę, że jako Dyrektor nie wykorzystuje Pan potencjału własnego zespołu. Czy – programując ŁSB, taneczne święto w Łodzi – wziął Pan pod uwagę własny zespół? I to, że może poczuć się zmarginalizowany?

Łączę wyrazy szacunku,
Marcin Bogusławski

Do wiadomości:
Witold Stępień
Marszałek Województwa Łódzkiego



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

JAKIE JEST MOJE CHRZEŚCIJAŃSTWO?



Jakie jest moje chrześcijaństwo?
Eklektyczne, synkretyczne czy postkonfesyjne. Kto wie, czy nie najlepiej opisuje je termin wzięty od Włodzimierza Sołowjowa – teurgia jako integralna twórczość.
Bo też chrześcijaństwo wydaje mi się sposobem twórczej pracy nad realizacją bogoczłowieczeństwa w życiu indywidualnym i społecznym.

Moje chrześcijaństwo chce uniknąć dwóch raf.
Pierwszą jest instytucjonalny fundamentalizm związany z funkcjonowaniem kasty oświeconych. Kasta ta uważa, że ma nieomylny wgląd w naturę świata i w równie nieomylny sposób formułuje powinności poznawcze i etyczne, podług których należy żyć.
Drugą jest emocjonalny charyzmatyzm. Rządzą w nim emocje, nieustannie rozbudzane. Pojawia się uzależnienie od cudowności. A hierarchię i uzależnienie buduje się często gęsto poprzez doznanie poniżenia, gdy publicznie opowiada się o uzdrowieniu z masturbacji, nieludzkiej miłości do osób tej samej płci, egzorcyzmuje od słuchania niechcianej muzyki i hurtem gniewa na współczesny świat.

Feudalizm, antyracjonalność, zamknięcie, posłuszeństwo, uzależnienie – to wszystko elementy, które nie pozwalają funkcjonować chrześcijaństwu jako teurgii.

Moje chrześcijaństwo ma cztery filary.
Pierwszym jest myśl Akwinaty, czytana na sposób Tadeusza Bartosia. Zwraca się tutaj uwagę na znaczenie wolności jednostkowego sumienia. Na rolę miłości jako siły jednoczącej wszechświat. Na drogę negacji, jaki sposób docierania do ciemności Boga.
Drugim jest Akademia Florencja i Mowa o godności ludzkiej Pico della Mirandoli. Wolność człowieka jest w niej zasadą i źródłem ludzkiej twórczości. Zdolności do kreowania świata i siebie, w czym człowiek spełnia swoje bogoczłowieczeństwo, obraz Boga zapisany w ludzkiej duszy i w ludzkim ciele.
Trzecim jest refleksja Kalwina, który wspólnotę wiernych chciał widzieć jako rzecz wspólną, republikę. Tworzoną przez wolne jednostki ze wspólnej pasji szukające wspólnego dobra.
Czwartą jest refleksja prawosławna. Zwłaszcza XIX i XX wieczna. Inspirowana teozofią, kabałą, budująca szeroki, ekumeniczny nurt myślenia o duchowości. Prawosławie przechowało dla mnie niezwykle ważną chrześcijańską myśl – że powołaniem człowieka jest theiosis, przebóstwienie. Nie jakaś domniemana etyczna nienaganność, ale bogoczłowieczeństwo, odsłonięcie jedności między człowiekiem i bogiem oraz światem i bogiem. A więc także bogo-kosmologia.

Moje chrześcijaństwo jest teurgią przekraczania opozycji.
Nie ma człowieka i boga, świata i boga. Nie ma męskiego przeciwstawionego żeńskiemu, ludzkiego – zwierzęcemu. Nie ma ciała w opozycji do zmysłów. Ale nie ma także bezdusznej Jedni, doskonale zasklepionej w sobie. Za Sołowjowem odrzucam taką negatywną wszechjedność. Wyklucza ona bowiem realne istnienie drugiego – człowieka, zwierzęcia, rośliny. Wszechjedność jest dla mnie raczej zadaniem, przed jakim stoimy. Zadaniem budowania miłości, która łączy mimo różnic. Tak, jak w symbolu Trójcy trzech jest zarazem jednością i innością.
Ową wszechjedność miłości budować trzeba we wszystkich wymiarach – ma ona zatem dla mnie zarazem aspekt duchowy, jak i cielesny. Jest wypływającą z wolności jednią, pleromą. Królestwem Bożym, które – jako bogoludzie – powinniśmy budować. Bo głęboko wierzę, że innego Królestwa Bożego nie będzie.

Uświadomiłem sobie, że bliska mi idea poliamorii, jest dla mnie ideą z gruntu teologiczną. Poliamoria jest opisem życia Trójcy, zasadą i źródłem, które pozwala realizować się temu boskości w świecie. Wolność oddania, zaufania, współdziałania, bliskości, jednoczesne budowanie siebie (w miłości siebie) i innych (w miłości do nich) jest nośnikiem zbawienia, okazywanego „tym najmniejszym”. Jest tęskną i modlitewną miłością do demonów i gadów, ptaków, roślin, innych ludzi.
Uświadomiłem sobie, że pornoteologia jest dla mnie symbolicznym ucieleśnieniem poliamorii. Jako perspektywa pokazująca ekstazę osiąganą we wspólnocie poprzez wolność, a nie przedmiotowe przyporządkowanie żony mężowi. Pięknie wyraził to Aleksander Skriabin pisząc „Tak jak człowiek w momencie aktu płciowego w minucie ekstazy traci świadomość i cały jego organizm we wszystkich cząstkach zaznaje szczęśliwości, tak samo Bóg-człowiek, przeżywając stan ekstazy, napełni świat szczęściem i wznieci pożar”.

Według najstarszych tradycji krzyż to kosmiczne drzewo życia, którego rosa daje nam napój i ochłodę, którego kwiatami mamy kwitnąć, rozkoszować się jego owocami i swobodnie dysponować plonami. Krzyż to nieśmiertelna i wiecznie zielona roślina, na której – jak pisze Akwinata – zasiada zmartwychwstały Chrystus-król.

Królowanie krzyża to orgazmiczna erupcja wiecznego życia (z) miłości. Wolnej miłości – o ile ościeniem śmierci jest grzech, a grzech nie istnieje, gdy nie ma prawa.

Królestwo Boże w pełni pojawi się między nami, gdy bogoczłowieczy świat doprowadzimy do ekstazy orgazmu? Jakby to nie brzmiało, bliska jest mi ta perspektywa. I warto o nią zabiegać, nawet wtedy, gdyby miało okazać się, że poza ekstazą nic nie ma.  



środa, 1 kwietnia 2015

PARLAMENT Z PERSPEKTYWY RELIGIJNEGO KAMERDYNERA

Dwie rzeczy jest mi szczególnie trudno ocalić.
Wiarę i umiejętność mówienia o niej.
Nadzieję, że w RP da się żyć w sposób rozwijający skrzydła.

Jedno i drugie skutecznie zabija we mnie episkopat Kościoła rzymsko-katolickego,politycznie wszędobyliski, autorytarny, wykazujący się fundamentalnym niezrozumieniem perspektywy republikańskiej i wrogi nowoczesności, manipulujący sumieniami i emocjami m. in. poprzez sianie strachu.

***
Przeczyściłem dziś uszy, słuchając w radiowym przeglądzie prasy apelu Konferencji episkopatu do parlamentarzystów wz. z procedowaniem ustawy o in vitro. Przetarłem oczy, gdy zobaczyłem ten dokument. Grożenie parlamenatrzystom wyłączeniem ze wspólnoty eucharystycznej (a więc z Kościoła, jeśli uznać, że eucharystia jest jego modelem), jeśli poprą ustawę, przypominanie, że prawo Boże (Chrystus) jest przed prawem stanowionym, detonacja projektu ustawy jako "niezgodnej z podstawowymi kryteriami moralności" nie są próbą włączenia się do debaty czy namysłu nad tym, co w biomedycynie niepokojące.
To głos feudała i pana sumień, dla którego państwo może być tylko katolickie i którego muszą słuchać wszyscy obywatele, bez względu na wyznawane poglądy (Krk dokonuje tu kapitalnej manipulacji - państwo nie musi być religijne expressis verbis, ale istnieje tylko jedna etyka (katolicka), a więc tą musi kierować się państwo). 

***
Polski episkopat rzymsko-katolicki zapomina o kilku rzeczach. 

Primo, o prymacie indywidualnego sumienia w podejmowaniu decyzji moralnych, a także na prymacie perspektywy dobra nad stanowioną przez instytucje sferą powinności. Nauka ta, sformułowana przez Tomasza z Akwinu, promowana przez Servais Pinckaersa, Tadeusza Bartosia czy Ludwika Wiśniewskiego. W Polsce wciąż jedyną słuszną wersją tomizmu jest ta, sformułowana przez Mieczysława Krąpca i Mieczysława Gogacza, niestety.

Secudno, o nauce Vaticanum II, wyraźnie rozłączającej sferę polityki od sfery religii, pozytywnie wartościującą wolność światopoglądu i wyznania.

Tertio, o tym, że refleksja moralna jest znaczenie starsza od chrześcijaństwa. Nie warto więc udawać, że tylko w ramach swojej perspektywy można prowadzić słuszny namysł nam moralnością.

Quarto, że nauczanie o in vitro nie ma podstaw w Biblii. "W Biblii - pisze Barbara Chyrowicz - nie znajdziemy wszakże szczegółowych dyrektyw dotyczących dopuszczalnych granic ingerencji w naturę. Chrześcijańska (katolicka) teologia moralna wypracowuje zatem oficjalną doktrynę, korzystając z filozoficznych kategorii, podkreślając cały czas szczególną wartość życia każdego człowieka [...]". W filozofii dyskusyjne jest wszystko, a więc także wybór danej perspektywy filozoficznej. Krk nie może więc pokazywać swej teologii moralnej jako jedynie słusznej, bezdyskusyjnej, chwytającej domniemaną istotę rzeczy. Nie może, o ile nie chce popaść w demagogię i bawić się w manipulację. 

Quinto, nowoczesny republikanizm ma korzenie... teologiczne. Przypomniał to, m. in. Stanisław Filipowicz w książce Pochwała rozumu i cnoty. Republikańskie credo Ameryki.
Przypomina w niej, m. in., postać kaznodziei Jonathana Mayhew, który opracował teologię wolności. Wyprowadził ją z fundamentalnego przekonania, że egzystencja człowieka to manifestacja "niezmierzonej i nieskończonej miłości bożej. Wszystko, co miłości tej przeczy, jest więc pozbawione racji istnienia. [...] Człowiek obdarzony bezgraniczną miłością Boga, nie może być pomniejszony przez żadne manipulacje autorytetów nie sięgających jego wyżyn. Nie może w istocie stać się niczyim poddanym. Elementarnym atrybutem ludzkiej kondycji jest wolność" (s. 50).

Sformułowanie to lapidarnie ujmuje dynamiczny proces kształtowania się tzw. chrześcijaństwa bezkonfesyjnego, opisanego przez Leszka Kołakowskiego w pracy Świadomość religijna i więź kościelna. Doprawdy, trudno zamknąć oczy na tamte debaty, spory i wojny. I nie wyciągnąć z nich żadnej lekcji. 

Chyrowicz słusznie podkreśla, że spory bioetyczne są efektem akceptowania różnych koncepcji człowieka i odmiennych teorii etycznych. Ma rację, gdy mówi, że spory być może są nierozstrzygalne. Zgadzam się także, gdy mówi, że w debacie etycznej nie chodzi o konsens. Ale o umiejętność jasnego formułowania stanowiska i podawania argumentów. Ma w moim odczuciu rację, gdy mówi, że politycy muszą wypracować konsens. Co znaczy dla mnie stworzenie obywatelom możliwości wyboru.

***
Od dawna twierdzę, że polski Episkopat zamyka oczy na Vaticanum II. Jego nauczania bliskie jest perspektywie integrystycznej. Zacytuję więc na koniec XVIII punkt Syllabusa błędów, sprokurowanego przez papieża Piusa IX:

"P. Co to jest moralność?

O. Moralność jest prawidłem obyczajów, to znaczy postępowania człowieka w stosunku do Bo­ga, do podobnych sobie istot i względem siebie samego.

P. Jakie jest zadanie moralności?

O. Zadaniem moralności jest prowadzenie człowieka ku ostatecznemu celowi życia doczesnego, którym jest osiągnąć życie w wieczności.

P. Skąd pochodzi moralność?

O. Moralność pochodzi od Boga i tylko od Boga pochodzić może.

P. Dlaczego?

O. Dlatego, że tylko Bóg, Stwórca człowieka, może mu dać poznać ostateczny cel życia i sposo­by dojścia do tego celu.

P. Co z tego wynika?

O. Wynika z tego, że istnieje tylko jedna moralność, mianowicie moralność dana przez Boga.

P. Jakie są potępione przez Syllabus błędy dotyczące moralności?

O. Oto szereg potępionych przez Syllabus błędów, odnoszących się do moralności:

1. Prawa moralne nie potrzebują sankcji Bo­skiej; zupełnie nie jest potrzebnym, aby prawa ludzkie stosowały się do prawa przyrodzonego lub koniecznie otrzymały moc obowiązującą od Boga.

2. Nauki filozoficzne, moralne, jak również prawa cywilne mogą i powinny uwolnić się od powagi Boga i Kościoła.

3. Należy przyjąć istnienie tylko sił materialnych; cała moralność i uczciwość powinny polegać na gromadzeniu i pomnażaniu bogactw, mniejsza o to, jakimi środkami, byle tylko doga­dzało się namiętności.

4. Treścią prawa jest czyn materialny. Wszystkie obowiązki człowieka są próżnymi słowa­mi, a wszystkie czyny ludzkie posiadają siłę prawa.

5. Władza jest niczym innym, jak tylko licz­bą i sumą sił materialnych".

poniedziałek, 30 marca 2015

POLITYKA Z PUNKTU WIDZENIA KAMERDYNERA

  1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych wynikających z ratyfikowanych przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, dotyczących wolności związków zawodowych.
  2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
  3. Przestrzegać zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
  4. Przywrócić do poprzednich praw:
— ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 r. studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
— zwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego),
znieść represje za przekonania.
  1. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.
  2. Podać realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
— podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
  1. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu CRZZ.
  2. Podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
  3. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
  4. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki.
  5. Znieść ceny komercyjne oraz sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym. 
  6. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych zlikwidowanie specjalnych sprzedaży, itp.
  7. Wprowadzić na mięso i jego przetwory kartki - bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
  8. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 55 lat, a dla mężczyzn do lat 60 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
  9. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
  10. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
  11. Zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
  12. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
  13. Skrócić czas oczekiwania na mieszkania.
  14. Podnieść diety z 40 zł na 100 złotych i dodatek za rozłąkę.
  15. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie czterobrygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.

 Zadziwiające jest dla mnie to, jak bardzo aktualne pozostają postulaty sierpniowe z 1980 r. Oceniając trzeźwo aktualną sytuację Polski ciśnie się na usta jeden komentarz - potrzeba nam nowego zrywu, podobnego do Solidarności. Zrywu, który 25 lat po przemianach ustrojowych będzie walczył o to samo (i trochę coś innego) niż ludzie żyjący w demonizowanej PRL.

Polityka historyczna, namiętnie uprawiana w RP, doprowadziła do symptomatycznego zawłaszczenia.
Z jednej strony dąży się do utożsamienia zrywu antyPRLowskiego z prawicą. 
Z drugiej strony tzw. "odzyskaną wolność" łączy się z neoliberalizmem i libertarianizmem.

Nie wiem, który typ narracji jest bardziej niebezpieczny. Intuicja podpowiada mi, że drugi z nich. Dyskurs prawicy jest bowiem kwestionowany, prześmiewany, buduje się do niego dystans. Z kolei wszelkie próby przeciwstawienia się neoliberalizmowi pokazuje się jako "skomuszenie", wolny żart, zamach na jednostkową suwerenność. Dobrze widać to na przykładzie Adama Michnika i Gazety Wyborczej. Niegdyś lewicowy Michnik, kapitalnie ustawiony po zmianie systemu, stał się tubą reform Balcerowicza. Opowiada się za Kościołem jako jedyną instytucją regulującą moralność w RP. Skrzętnie też, poprzez swoją gazetę, optuje za neoliberalnymi reformami PO, stającymi w jaskrawej sprzeczności z postulatami z sierpnia '80.

Stało się to możliwe, dlatego że mit Solidarności i osób zaangażowanych w walkę o zmiany ustrojowe pozbawiono elementu lewicowego. Tym samym, w moim odczuciu, doszło do kompletnego zakłamania, które pozwala nam opiewać 25 lecie wolności, lekceważąc fakt, iż o zupełnie inny model państwa zabiegano. 
Postulaty sierpniowe są szalenie nowoczesne. Zawarta jest w nich wizja państwa demokratycznego, które jest państwem prawa i sferą swobodnej deliberacji obywatelskiej. Deliberacji, której celem jest osiąganie konsensu, podstawy stanowionych reguł. Jawny jest postulat kierowniczej merytokracji. Państwa prowadzącego politykę prorodzinną i czynną politykę zdrowotną. Zabiegano o godziwe warunki pracy i odpoczynku. A także o pluralizm światopoglądowy, który na równi traktuje wszystkich obywateli i wszystkie związki wyznaniowe. 

Jak to się ma do współczesnych realiów? Do uprzywilejowania dominującej instytucji religijnej? Śmieciowych umów o pracę? Rosnącego rozwarstwienia społecznego, w tym upiornie dużych obszarów ubóstwa, także skrajnego? Do obsadzania stanowisk znajomymi i rotacji odwoływanych osób, tak, by nie czynić im "krzywdy"? Do nieistniejącej polityki prorodzinnej? Braku szans na własne mieszkania dla wielu z nas? Podkopywania pozycji związków zawodowych? 

O tym, w jak kuriozalnej przestrzeni żyjemy, niech będzie zgodne nazywanie Janusza Palikota i jego formacji lewicową. To nic, że uciekają z niej wszyscy lewicowcy. Nic też, że program ekonomiczny jest tu jawnie neoliberalny. Liczy się dekret, stempel i łata.

Takich pytań można by mnożyć wiele. Bez wiary, że ktoś podejmie je na forum publicznym.
Andrzej Szahaj napisał mądrze, że w Polsce za dużo jest polityków, a za mało polityki. 

"Nietrudno zauważyć - pisał -, iż w pewnym sensie jesteśmy przez [...] politykę osaczeni, choćby z powodu jej dominującej obecności w mediach. Jest to jednak polityka unikająca na ogół wychodzenia poza sprawy walk personalnych, bieżących układów sił w poszczególnych partiach oraz cech charakteru konkretnych polityków. Można by rzec, że jest to polityka z punktu widzenia kamerdynera, aby odwołać się do sławnego dictum Hegla. Świat wokół nas roi się od polityków, którzy zasypują nas gradem nieistotnych informacji. Towarzyszą im dziennikarze, którzy owymi nieistotnymi informacjami żonglują, powtarzają je z nabożną czcią, komentują, uznając najwyraźniej, że to, czym karmią ich politycy jest polityką. Można by odnieść wrażenie, że owych informacji publicznych jest za dużo. Tymczasem za dużo jest polityków, a za mało polityki. Tę ostatnią pojmuję jako dialog na temat dobrego życia i dobrego społeczeństwa. Wymaga on przygotowania merytorycznego, pogłębionej wiedzy filozoficznej, socjologicznej, kulturoznawczej i ekonomicznej. Niewielu polityków nią dysponuje, a pewnie jeszcze mniej dziennikarzy. W wyniku tego stanu rzeczy mamy do czynienia z pseudopolityką uprawianą przez pseudopolityków i komentowaną z powagą przez 'dyżurnych' socjologów, politologów czy filozofów, gotowych wypowiadać się na każdy temat, byle do kamery" (wyróżnienie moje).

Towarzyszy temu jeszcze ideologiczny front "antypostmodernistyczny", jako że tzw. postmodernizm wpisuje się w engelsizm. Ujadanie na gender, pomysły równego traktowania obywateli bez względu na orientację seksualną, próby przypomnienia, że państwo to sfera prawa osadzonego w konsensie, strajki i działania związków zawodowych, krytyka uprzemysłowienia szkolnictwa wyższego - te i inne fenomeny wyrzuca się za burtę jako wyraz niepoprawnych tęsknot przebranych w język Judith Butler, Jaka Derridy, Michela Foucaulta czy Jeana Baudrillarda. Kuriozalnie towarzyszy temu miniono-ustrojowa chęć oparcia neoliberalnego pożerania słabszych przez silniejszych na "naukowych" (raczej naukawych) podstawach socjo-darwinizmu. 

Pewnie dlatego odbywa się u nas siarczysta kłótnia o schedę po Janie Pawle II z okazji 10 rocznicy jego śmierci.
Nie odbyła się za to ani jedna istotna - publicznie, bo nie mam na myśli wąskich gron akademickich czy społecznych - debata o stanie państwa i o tym, jak obecna sytuacja ma się do tego, o co walczyła Solidarność.

Sam wolałbym, żeby Jan Paweł II nas ominął, a zaczęła się debata o państwie. 
By parlament w końcu uznał, że to społeczeństwo jest suwerenem, powinno być zatem traktowane serio. 
By w końcu zaczął wcielać w życie postulaty, bez których współczesnego parlamentu zwyczajnie by nie było. 

czwartek, 26 marca 2015

RYCERSKOŚĆ CYGAŃSKA

Baron cygański w reżyserii Tomasza Koniny nie ma bawić. Albo inaczej — ma nie tylko bawić. Jest sztuką z tezą, którą — na swój użytek i w ramach swoich możliwości — sformułowałem za pomocą epigramatu Palladasa: Całe życie jest sceną i zabawą – albo nauczysz się bawić jak dziecko, porzucając trud i powagę, albo znoś cierpienia i smutek (tłumaczenie moje). Konina drąży jednak dalej. Ma świadomość, że scena życia zawsze zarządzana jest przez jakiegoś antreprenera. Kiedyś bywał nim Bóg lub bogowie, monarcha, mąż stanu. Bywała miłość. CK-ania nauczyła nas jednak, że dyrektorzy życia (tak jak — coraz częściej — dyrektorzy teatrów) mogą pojawiać się z przypadku, ot, choćby od świń. Jak Żupan. I wystawiać w swym cyrku i kabarecie role napisanie dla innych.

CK-anię przywołuję nie bez kozery. Konina przeniósł bowiem akcję Barona cygańskiego, czytając do oczami Musilowskiego Człowieka bez właściwości, Haskovego Szwejka, a także dekadencji. W końcu echa muzyki Straussa odnajdujemy u Mahlera, a partytura tej operetki skrzy się i migoce od „mahlerowskich chwytów”, mieszających liryzm kantyleny z muzyką innej, niższej konduity.

Przyznam szczerze, że nie miałbym nic przeciwko takiej inscenizacji. Spektakl jest bowiem intrygujący plastycznie. Chyba po raz pierwszy za kadencji aktualnego dyrektora reżyser zdecydował się na wykorzystanie sceny obrotowej. Postaci poprowadzone są logicznie. Ostatni akt celnie oddaje atmosferę wiedeńskich kabaretów z zabawami w udawanie odmiennej płci czy specyficznie sarkastycznym podejściem do patriotyzmu. Muzyka Straussa podpowiada jednak, że warto nauczyć się bawić jak dziecko. Konina zaś funduje nam epilog — na tle dorzuconego gratis Straussowskiego walca ruszają w pląs bohaterowie, w tym gestapowcy wirujący z kuso ubranymi subretkami. Chocholim tańcem dowodzi Żupan trzaskając z bata, nie najlepszej zresztą jakości. Nie kupuję tego epilogu, który dodaje Baronowi niepotrzebnych kontekstów politycznych, zbędnej ciężkości. Nie mam też potrzeby przewiercania „drugiego dna” by zapaść się w ocean podtekstów i znaczeń. Sądząc po reakcjach siedzących w pobliżu widzów, nie ja jeden zgłaszam tu zastrzeżenia.

O ile teatralnie uważam Barona za ciekawą propozycję, o tyle za nieudaną uważam jego koncepcję muzyczną. W dyskusjach podnoszono kwestię wolnych temp, nie tu jednak – w moim odczuciu – leży problem (wystarczy przypomnieć sobie Willy’ego Boskovsky’ego by wiedzieć, że dawniej grano Straussa wolniej i bardziej masywnym dźwiękiem, a jednak pikantnie i „w stylu”). Bassem Akiki zadyrygował w sposób estetycznie spójny, tyle że zamiast Straussa miałem wrażenie, ze słucham Mascagniego. Wszystko było tu śmiertelnie na serio, werystycznie i symfonicznie. Z mała dozą kontrastu, przerysowania i kanciastości, zabawy tempem i kolorem. Po pierwszym akcie złapałem się na tym, że czekam, co też „Turridu”, „Santuzza” i „Mamma Lucia” sprokurują w akcie następnym. Wiedeńska lekkość i finezja, być może także groteska, którą dałoby się słusznie wydobyć z tej muzyki patrząc na nią przez pryzmat wiedeńskiej dekadencji, dla mnie nie zaistniały.

Wyjątkowo nierówna była także obsada.
Niestety, o roli Barinkaya wolę zapomnieć, a na spektaklu miałem ochotę, by stał się rolą niemą. Bez scenicznego znaczenia okazała się także partia Arseny, której odtwórczyni postawiła tylko na popis.

Podobała mi się za to Saffi Moniki Cichockiej. Artystka pokazała, że rola zawsze zaczyna się w głowie. Stworzyła wdzięczną scenicznie postać. Świetnie też „zwężyła” głos i mocno ograniczyła wibrację, by odmalować postać młodej, emocjonalnej dziewczyny.
Dobry był Żupan Przemysława Reznera. A Agnieszka Makówka świetnie wczuła się w postać Czipry, tworząc prawdziwą postać.
Nieźle spisał się Marcin Ciechowicz jako Carnero, choć w ostatnim akcie forma nieco go zawiodła.

Podobała mi się także Mirabella Olgi Maroszek. Konina wykorzystał możliwości jej kontraltu do zbudowania postaci niejednoznacznej seksualnie, mocno hermafrodytycznej, dominującej nad kobiecą naturą Ottokara, jej syna. Brakło mi tylko subtelności i dwuznacznego sex appealu w akcie trzecim, w którym kabaretowy popis Mirabelli poprowadzony był mocną, nieco zbyt wulgarną kreską.



Marcin M. Bogusławski

Johann Strauss
Baron cygański
Teatr Wielki w Łodzi

Premiera z Expressem, 24 marca 2015 r.

niedziela, 22 marca 2015

OPERETA JAKO MEMENTO. O TEATRALNEJ DEREKRUTACJI

"Czy dla uczczenia 250. rocznicy powstania pierwszego teatru publicznego w Polsce można było wybrać lepszy tytuł niż wystawiony w 1794 roku wodewil Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale? I czy wybór wykonawców, adeptów Akademii Operowej, biorąc pod uwagę symboliczny wymiar wydarzenia, mógł być trafniejszy? Cóż bowiem piękniejszego niż młodzi artyści sięgający do korzeni?"

- czytamy na stronie Teatru Wielkiego - Opery Narodowej, który z okazji 250. lecia teatru publicznego w Polsce 13 marca 2015 r. dał premierę wodewilu Jana Stefaniego i Wojciecha Bogusławskiego (prapremiera odbyła się 1 marca 1794 r.).

W Łodzi o teatralnym jubileuszu chyba nie słyszano, a rodzima opera na marcową premierę wybrała operetkę Jana Straussa syna, czyli Barona cygańskiego. Może to i dobrze.
Na ile dobrze teatralnie, mam nadzieję przekonać się niedługo (jeszcze nie byłem).
Na pewno dobrze symbolicznie, problemy, z jakimi borykają się Teatr Wielki w Łodzi i Teatr im. Stefana Jaracza raczej nie sprzyjają celebrom. Za to Baron, mimo lekkiego charakteru (Strauss potrafił tę lekkość kreślić w sposób wprost genialny), jest swoistym memento dla aktualnych łódzkich spraw teatralnych:

Wielka sława to żart,
Książę błazna jest wart.
Złoto toczy się w krąg,
Z rąk do rąk 

- śpiewa Sandor Barinkay. 

***
W kontekście sporu, jaki z władzami Wielkiego toczą związki zawodowe, dwie rzeczy były dla mnie szczególnie zastanawiające.

Pierwsza, to znikoma reakcja władz wojewódzkich. Wyniosłą oględność można było obserwować na styczniowym Sejmiku, gdzie rządząca koalicja skrzętnie unikała zajęcia stanowiska (a wcześniej postarała się o upolitycznienie krytyki).

Druga, to znikomy brak zainteresowania konfliktem przez ogólnopolskie media. Jest to tym bardziej dziwne, że choćby Wyborcza nie stroni od zajmowania stanowiska w kwestii warszawskiego Teatru Dramatycznego i Tadeusza Słobodzianka. 
Z prywatnej korespondencji wiem, że nie jest tak, że żaden tytuł nie zainteresował się konfliktem w łódzkim Wielkim. Tyle tylko, że nie sposób namówić dziennikarzy do zajęcia się kwestią - pytani odmawiają. Dziwne i wymowne zarazem.

Oględność władz wojewódzkich stała się dla mnie jaśniejsza po tym, jak na mój wniosek (tryb informacji publicznej) udostępniono mi fragmenty kontraktu menedżerskiego Wojciecha Nowickiego.
Jego zapisy pokazują jasno, że kurs TW nie jest autorskim pomysłem Nowickiego, a raczej wolą władz województwa. Kontrakt pokazuje poza tym, że władze polityczne mają małe rozeznanie w tym, czym jest placówka artystyczna, jaką rolę pełni i jakie perspektywy należy przed nią otwierać.

Jakie główne powinności ciążą na Nowickim?
Ma On zarządzać placówką "zgodnie z najlepszymi praktykami zarządzania, zasadami ekonomii [...]". 
Ma opracować plan "strategicznego i bieżącego" zarządzania placówką, zmierzając do "poprawy jego działania, utrzymania racjonalnych kosztów funkcjonowania [...]". Plan taki miał powstać 4 miesiące po objęciu przez Nowickiego stanowiska i przedstawiony do zatwierdzenia władzom województwa.
Ma przygotowywać minimum 4 premiery i minimum 60 spektakli w roku budżetowym. (Ciekawie wyglądają tu planowane dotacje, na rok 2014 miało to  być 34,5 mln., czy władze województwa uważają, że za takie pieniądze gra się 60 razy i cztery premiery? Może warto, żeby postudiowały casus Gdańska? Inna sprawa, że faktyczne dotacje były zawsze mniejsze od zadeklarowanych w kontrakcie. Oficjalnie jest to możliwe "w przypadku ograniczenia założonego planu artystycznego", jakkolwiek to rozumieć).
Ma prowadzić "odpowiednią , bieżącą i długofalową, politykę kadrową", przez co rozumie się w kontrakcie "racjonalne zatrudnienie". 
Ma wykazywać się operatywnością i inicjatywą w pozyskiwaniu środków na działanie Teatru innych niż dotacje wojewódzkie.
Ma wypracowywać 14% kosztów rocznych.

***
Nie mam pojęcia, czy plan zarządzania TW powstał i został zatwierdzony przez władze wojewódzkie. Jeśli nie - mamy do czynienia z niewypełnieniem umowy. Jeśli tak - decyzje Nowickiego mają sankcję i poparcie władz województwa. Jak widać - decyzje te nie są oceniane pozytywnie, nie tylko przez zespół, ale także osoby niezwiązane z tą sceną zawodowo. W ramach zapisanego w kontrakcie dbania o pozytywny wizerunek TW, Nowicki starał się zamykać im usta pismami od prawników czy emocjonalnymi listami.

Niezwykle kuriozalnie wygląda minimalna liczba spektakli na rok budżetowy. Minimalna dopuszczona przez władze wojewódzkie liczba spektakli, to pięć na miesiąc
Symptomatycznie brzmi w związku z tym opinia Marka Weissa-Grzesińskiego, który stwierdził (w Drugim Programie Polskiego Radia), że absolutne minimum spektaklowe to osiem przedstawień miesięcznie. Pozwala to na utrzymanie poprawnego poziomu zespołów, choć już, dodam, nie na ich rozwój. 

W świetle zarzutów stawianych przez związki swoistego znaczenia nabiera długofalowa polityka kadrowa i racjonalizacja zatrudnienia. Niejasne kryteria audycji, umowy na czas określony, zwolnienia, wszystko to wpisuje się w perspektywę, którą za książką PWN nazwę derekrutacją

Niewiele trzeba, żeby być dobrym dyrektorem TW.
Grać więcej niż pięć razy na miesiąc, wypracować ciut więcej niż 14% rocznych kosztów, zapewniać w mediach, jak ważna na mapie kraju jest łódzka scena i jej spektakle (obłudę obnażono wymownie przy okazji Latającego Holendra), a także rozgrywać politykę kadrową, "zasoby ludzkie" podporządkowując perspektywie kosztów.

Dyktat ekonomii obniżający rangę placówki zarzucają Nowickiemu nie tylko pracownicy TW, ale także Teatru im. Jaracza. Kto wie, czy nie powinni tych zarzutów postawić władzom województwa, które zmyślnie oblały wspomniane dyrektorskie obowiązki sosem "artystycznej rangi  teatru", liczenia się z jego pozycją w regionie czy uwzględniania zasad etyki w relacjach z zespołami (!).  
Jeśli wierzyć związkom zawodowym, jeśli mamy tu do czynienia z etyką, to wyłącznie w formie społecznego darwinizmu. W ramach którego zawsze dostaje się najsłabszym, aktualnie na celowniku Nowickiego są ponoć pracownicy szatni i osoby z podobnego pionu.

***
Zdaje się, że kadencja Nowickiego szczęśliwie dobiega końca.
Pozostaje jednak niepokój na przyszłość. Zawsze, miast 60 spektakli, można wpisać w kolejny kontrakt 40. I realnie gorszego dyrektora znów fetować jako doskonałego.
Można obawiać się politycznego rozstrzygnięcia konkursu. Ponoć startować zamierza związany (czy wciąż?) z PSL Kazimierz Kowalski, od którego zaczął się upadek łódzkiej sceny. Na mieście mówi się, że w szranki wejść zamierza Warcisław Kunc, który zapisał się dość kiepsko jako Artystyczny placówki. I tak dalej. I tym podobne.

Strach się bać. 








piątek, 20 marca 2015

CZŁOWIEK, ŚWIATŁO, INICJACJA

Dzisiejsze zaćmienie Słońca siłą rzeczy odsyła do symboliki światła i ciemności. Dla mnie jest to czas szczególny - luty to dla mnie rocznica otrzymania światła, a więc wolnomularskiej inicjacji. Podwójnie symbolicznej, bo odbywanej tuż tuż przez wolnomularskim Nowym Rokiem.

Czym jest dla mnie otrzymaniem światła?
Postawieniem w obliczu człowieka. Wiem, to zdanie jest i patetyczne, i dość mgliste. Ale tak właśnie czuję. Symbolika, rytuał, idee - cała przestrzeń wolnomularskiej pracy nabiera dla mnie sensu w związku z człowiekiem: ze mną i z innymi. To właśnie człowiek, z tkwiącymi w nim sprzecznościami, w tym wszystkim, co różni nas od siebie, jest szczególnym wyzwaniem. Więź jaką z nim budujemy - poprzez rytuał i symbol - staje się drogą. Drogą ucieleśniania ideałów, drogą rozumienia świata, drogą, na której odkrywa się, że zawsze się niedomaga, a więc nieustannie można pójść dalej.
W ten właśnie sposób Loża faktycznie staje się światem, bowiem to, co udaje się nam ociosać, przenosi się na to, jak działa się i żyje w każdym momencie, nie tylko rytualnym czy stricte lożowym. 

Człowiek jako Światło jest dla mnie szczególnym symbolem.
Wolnomularstwo przechowuje w sobie bowiem bardzo ważną dla mnie ideę - równoważenia wolności przez siostrzano-braterską równość. Choć może zamiast równoważenia wolności, lepiej by było mówić o uwalnianiu wolności z oków.
O czym myślę?

Pytając studentów o to, czym jest wolność, uzyskuję na ogół odpowiedź, że to absolutna niezależność od innych. To prawo do swoich poglądów, wartości, stylów życia. Pytam ich wtedy dalej, czy taka wolność nie prowadzi do fundamentalizmu i egoizmu. Skoro liczę się JA i to, co MOJE, światopogląd, szczęśliwość, sukces, założone przeze mnie cele i stworzone plany nie podlegają dyskusji. W sumie nie ma powodu, by liczyć się z innymi, by ze względu na ich argumenty i apele cokolwiek modyfikować. Odwrotnie, każda dyskusja czy dialog staje się atakiem i próbą zakwestionowania mojej wyjątkowej wolności. 
Czy faktycznie mówimy jeszcze o wolności? A może o fundamentalnym uwięzieniu siebie w sobie samym?

Wolność oznacza oczywiście prawo do własnych poglądów, wartości i stylów życia. Ale oznacza także - przynajmniej dla mnie - dystans do nich. A więc czujność, umiejętność wsłuchania w otoczenie, zgodę na to, że prawda rozbrzmiewa różnymi głosami. Swój niekiedy trzeba zmienić, niekiedy uznać z pokorną radością, że jest składnikiem potrzebnego akordu.
"Wolnomularz jako człowiek wyzwolony z ram kolein duchowych i umysłowych staje raczej przed niebezpieczeństwem, aby ze swoich deklaracji wolności nie stworzyć kolein, ponieważ i tego typu błąd można popełnić, natomiast zasady ruchu pomagają mu być czujnym i otwartym. Zasady wolnomularzy wcielają się w rolę koguta ostrzegającego nas wtedy, gdy zamykamy się na poglądy innych, próbujemy forsować jeden pogląd na pewne sprawy.
Są jednak niebezpieczeństwa przypisane ludziom niezależnym, wolnomyślicielom. Takie niebezpieczeństwa, które czyhają na nas na drodze rozwoju duchowego nadchodzą najczęściej niepostrzeżenie. Wolnomularze nie wyznają sztywnych zasad, nie mają przewodnika duchowego, pasterza, absolutnego autorytetu, którego poglądy kształtują ich światopogląd. Jako osoby nieskrępowane ideologia opierają się w dużej mierze na swoich ocenach i to oni sami są wyznacznikiem pewnych praw moralnych, które wyznają. A jeśli jesteśmy ludźmi to przypisane jest nam również błądzić, a bardzo trudno znaleźć w swoim zachowaniu błąd. Z jednej strony sami musimy zachować czujność, kiedy prawa, które uznajemy za słuszne, służą faktycznie naszemu rozwojowi oraz rozwojowi społeczeństwa, a kiedy tylko sami przed sobą udajemy, że właśnie tym celom służą" - napisał pięknie jeden z moich Braci.

Podzielanie wspólnych wartości nie ogranicza wolności wolnomularza. Uwalnia ją raczej z oków, w tym także z oków JA jako źródła egoistycznego fundamentalizmu. 
Przy wszystkim, co buduje indywidualność, zawsze towarzyszy nam Siostra i Brat. W tym, czego nie rozumiemy czy co trudno nam zaakceptować, wybijając nas z kolein dobrego samopoczucia, otwierając obszary dalszej pracy, wyświetlając drogę człowieka jako mozolne przekraczanie własnych ułomności. 

Człowiek jako Światło oznacza w końcu, że różnic między nami nie wykorzystujemy do budowania postaci wroga, za którą zawsze stoi groźba wojny. Ale podchodzimy doń z wiarą w braterstwo i siostrzeństwo, w to, co trudne, ale osiągalne. I owocujące pokojem. 
Tak, dla mnie, rozpoczyna się masońska droga. 


PRASKA „LADY MACBETH MCEŃSKIEGO POWIATU”

Wojna Wojna jest nie tylko próbą – najpoważniejszą – jakiej poddawana jest moralność. Woja moralność ośmiesza. […] Ale przemoc polega nie ...