czwartek, 30 maja 2013

PRZECIW WYŚCIGOWI CHOMIKÓW. O DZIELE OTWARTYM MARKSA

Gdy Krzysztof wyciągał mi z półki trzeci tom Dzieł Karola Marksa i Fryderyka Engelsa po plecach przebiegł mi dreszcz.
Równy rząd twardo oprawionych tomów przypomniał mi bowiem Summę teologii Tomasza z Akwinu - olbrzymie opus skodyfikowanych poglądów, służące jako symboliczna biblia dla dwóch pozornie tak odrębnych instytucji, jak Kościół oraz Partia.

Do Ideologii niemieckiej Krzysztof dorzucił mi niedużą książkę Francisa Wheena Marks. Kapitał. Biografia.
I dobrze się stało - bo choć dla gorliwych badaczy marksizmu zapewnie nie ma w niej nic nowego, dla szerszej publiczności jest to dobre narzędzie do obalenia mitów.

Mitów - bowiem z Marksem jest podobnie jak z Akwinatą: ich spuścizna jest dziełem w ruchu - kształtują się one często w szale polemiki, w odpowiedzi na doraźne zapotrzebowania, w oparciu o ciągle nowy zestaw przebadanych źródeł. Obok dzieł ukończonych wiele tu notatek, prac zaczętych a nie skończonych. Wiele także wątpliwości, czy to, co się robi, ma jakikolwiek sens.
Co najważniejsze zaś - ich główne prace są dziełami otwartymi, które mogą być pożywką dla analizy kultury, ale nijak nie mogą być "tekstem objawionym", który zamyka usta dogmatycznym rozstrzygnięciem. 

***
"W lutym 1867 roku, na krótko przed oddaniem I tomu Kapitału do druku, Karol Marks namawiał Fryderyka Engelsa do lektury Nieznanego arcydzieła Balzaca - pisze Wheen. - Opowiadanie samo w sobie jest małym arcydziełem - pisał Marks - 'pełnym najrozkoszniejszej ironii'".
"Dlaczego Marks przywołał opowieść Balzaca właśnie w chwili, kiedy przygotowywał się, by zdjąć zasłonę ze swego największego dzieła i wystawić je na widok publiczny?".

Może dlatego że trawiły go obawy, obawy o to, że lata pracy wydały owoc, którego ludzie jego czasów nie będą w stanie przyswoić. Tak jak było z obrazem bohatera utworu Balzaka - przemalowywanego przez wiele lat portretu, na którym - obok bezładnie wystającej nogi widać było tylko feerię barwnych plam. 
Coś, co w czasach Balzaka było bezładną plątaniną kolorów, w naszych czasach jest jednym z wyrazów piękna tak samo, jak jazgot Iannisa Xenakisa zajęły trwałe miejsce obok oswojonej muzyki Beethovena.  

***
Opus Marksa to magma nieuporządkowanych cytatów, analogii między ekonomią, literaturą i filozofią, ukończonych całostek i ledwo zarysowanych części. To trafne uwagi, przenikliwe komentarze, skuteczne polemiki (jako 24.-latek wstrząsał już - jako krytyk - nawet koronowanymi głowami), przemilczenia i opuszczenia, ale także pomyłki czy błędne przekonania.
Wszystkie one koncentrują się wokół zasadniczego tematu - człowieka i jego godności.
Troską Marksa było bowiem upodmiotowienie, przywrócenie symetrycznej godności każdemu z nas, godności, przekreślanej przez kapitalizm.
Marks słusznie pokazywał, że w obiegu kapitału większość z nas staje się przedmiotem, sprowadzana jest do roli niewolnika kapitału, maszyny czy dodatku do maszyny,  że "odbiera mu się coraz więcej jego produktów, jego własna praca w coraz większym stopniu przeciwstawia mu się jako cudza własność, a środki jego egzystencji i jego działalności coraz bardziej koncentrują się w ręku kapitalisty".

Jeśli chce się zrozumieć ten proces w jego faktyczności (a tyle znaczy Marksowski materializm), okazuje się, że jest to zadanie ponad ludzkie siły. 
Nie starczy bowiem czasu, by ogarnąć obieg kapitału i mechanizm alienacji we wszystkich jego przejawach. 
Także dlatego że i obieg kapitału, i mechanizmy alienacji podlegają nieustannym zmianom (tak, logika transformacji wpisana jest w logikę kapitalistycznego wyzysku!), dziś kulminując a fetyszyzmie towarowym: oznaczaniu miejsca w hierarchii nie wartościowym produktem, a metką, dbaniem nie o to, by pozwolić się rozwinąć artyście, ale tym, żeby jak najszybciej go wyeksploatować, przykładaniem ręki do tego, by zastraszony pracownik za minimalną kwotę akumulował przychód swojej firmy, ulokowanej w większości przypadków w dziedzinie usług (zresztą w dzisiejszej logice wszystko jest usługą, od galerii, przez operę, sklep, po uniwersytet). 

Skoro tak, to i dzieło Marksa musiało pozostać dziełem otwartym, inaczej idealistycznym tonem sprzeniewierzyłoby się deklarowanej wierności wobec tego, co faktyczne.

***
Lata lewicowości partyjnej i ustrojowych przemian skutecznie zniechęciły nas do lewicowości.
Jest to jednak zniechęcenie ideologiczne. 
Nie jest bowiem tak, że lewicowość oznacza zamkniętą formułę, skamieniały i dogmatyczny zbiór poglądów, zgrabnie zmajstrowaną teorię wszystkiego. 
Nie jest też tak, że lewicowość jest z gruntu antynarodowa - wystarczy popatrzeć na czasy przełomu: polscy socjaliści pracowali "u podstaw", edukując marginalizowane warstwy, gros spośród nich walczyło o oswobodzenie Polski spod zaborów, lewicowcy w końcu walczyli także przeciw dyktatowi PRL, doznając takich samych represji jak ich prawicowi koledzy. 

Lewicowość oznacza raczej nieustannie transformującą się myśl, teorię, którą zawsze trzeba dopiero zbudować, odpowiadając na wyzwania faktycznego świata i na faktyczne mechanizmy uprzedmiotowiania człowieka, czynienia zeń tylko niewolnika kapitału.

Lewicowość jest innym miejscem (heterotopią) kapitalizmu, a więc nie nowym rajem i celem historii; jest krytyką kultury, stawianiem czoła realnym ekonomicznym kwestiom w imię wspólnoty, symetryczności jednostek, zakwestionowania wyzysku.

***
Na dziś potrzebna jest po to, by demaskować fetyszyzm towarowy i odsłaniać destrukcyjny charakter "wyścigu chomików*", który nie jest już biegiem zorientowanym na cel (bycie liderem), ale wmontowanym w kulturę mechanizmem biegania w kółko by podnieść liczbę punktów w CV, lepiej wypaść na castingu i nie dać się inflacji, która sprawia, że wszystko, co się robi, ma termin do spożycia krótszy od jogurtu.


___
*Termin i charakterystykę podbieram Adamowi Ostolskiemu.


środa, 29 maja 2013

MARSZAŁEK ODPOWIADA...

Szczęśliwie przed długim weekendem Marszałek odpisał na mój list otwarty.
Ciekawe, jak zareagują na niego osoby najnormalniej w świecie NIE WPUSZCZONE do Teatru? Pewnie będą się zastanawiać, kto wydaje tam decyzje - portier? księgowy? A może nasz Teatr jest tak nowoczesny, że decyzje wydają się w nim same, jak u Franza Kafki?
Ale...
... ale jest czarno na białym - "zachęcam" do odwiedzin, choć wątpię, żeby ktoś chciał z tego zaproszenia skorzystać!



niedziela, 26 maja 2013

POLIAMORIA RAZ JESZCZE. O KSIĄŻCE DEBORAH ANAPOL

LWU I TYM, KTÓRYCH  WSPÓLNIE KOCHAMY

Kto wie - być może jednym z największych zaniedbań człowieka jest konsekwentne zapominanie o tym, że życie jest czymś bardziej skomplikowanym, niż się nam wydaje.
Owszem, potrzebujemy tego, co ogólne - instytucji, reguł postępowania i myślenia, punktów odniesienia, wzorców, tożsamości. Tyle tylko, że - jak mawiał Kazimierz Kelles-Krauz czy Gabriel Tarde - to, co ogólne, jest uboższe od tego, co poszczególne, jest schematyczne i zestandaryzowane.

Wciąż szokującym potwierdzeniem tej prawdy może być kwestia naszej płci. Przyzwyczajeni jesteśmy do określania się jako mężczyźni i kobiety. A przecież - jak pięknie wywodzi Bo Coolsaet w Pędzlu miłości - "istnieje [...] tak wiele czynników - zarówno hormonalnych, jak i psychicznych - współokreślających seksualną tożsamość jednostki, że jest rzeczą praktycznie niemożliwą wyznaczenie linii" odgradzającej kobietę od mężczyzny. 
Owszem - pisze dalej Coolsaet - nasze społeczności wciąż myślą binarnie dzieląc nas podług jasno dookreślonych płci, ale właśnie dlatego "sprawą bardzo ważną jest akceptacja faktu, że każdy człowiek w gruncie rzeczy jest obupłciowy", a sfera tożsamości o wiele bardziej zróżnicowana, niż byśmy chcieli.

***
Jedną z najbardziej nieoczywistych kwestii jest dla mnie kwestia miłości.
Wprost w tę nieoczywistość wprowadza zaś książka Deborah Anapol Poliamoria. Miłość i intymność z wieloma partnerami i partnerkami


Książka Anapol ma znaczną przewagę nad zadomowionymi już w Polsce Puszczalskimi z zasadami
Po pierwsze, jej okładka i tytuł nie odsyła do kontekstu seksualnego, co ważna, jeśli przyjąć, że seksualność jest sferą obecną w wielomiłości, ale niekoniecznie dla wielomiłości konstytutywną.
Po drugie, Anapol ma świadomość swojego usytuowania, wie, że mówi we własnym imieniu - kobiety zasadniczo heteroseksualnej, stroniącej od niektórych form seksualnej aktywności (BDSM), ale także terapeutki mającej kontakt z osobami od siebie odmiennymi (tym bardziej warto podkreślić, że wrażliwie pisze o związkach biseksualnych zdejmując z biseksualistów kulturowe odium).
Po trzecie, nie jest ona hurra optymistką. O ile Puszczalscy są nieproblematyzującą wielomiłości zachętą do tego, by zacząć żyć inaczej, Anapol targają liczne wątpliwości. Ma ona świadomość, że wielomiłość - jak każda idea - ma swoje ciemne strony: jako poręczne pojęcie maskujące seksoholizm, uzależnienie, instrumentalny stosunek do drugiego człowieka.

Zapewne dlatego od samego początku zaleca ostrożność pokazując, że nie każde zachowanie, które deklaratywnie wynikać ma z postawy poliamroczynej, rzeczywiście służy budowaniu wielomiłości.

Zapewne dlatego chodzi jej o pryncypia.
Pryncypia, które powodują, że moralnie neutralne monogamia i wielomiłość, stają się doświadczeniem rozwijającego piękna.

Szczerość i transparentność, dbałość o jakość komunikacji, wrażliwość, empatia, lojalność i oddanie, odpowiedzialność, poczucie własnej wartości, szacunek dla różnorodności, zaangażowanie we własny wewnętrzny rozwój czy samodzielność - to warunki sine qua non osobowości poliamorycznej i udanego wielomiłosnego związku.

Sama wielomiłość zaś to nie hedonistyczne rozpasanie, ale
"wyzbycie się wyuczonych przekonań na temat kształtu miłosnej relacji oraz pozwolenie miłości, by sama wybrała kształt najodpowiedniejszy dla wszystkich stron. Jeśli dwie osoby dobrowolnie utrzymują seksualną wyłączność nie dlatego, że ktoś ich do tego zmusza lub obawiają się konsekwencji innego postępowania, nadal uważałabym tę parę za poliamoryczną – pisze Anapol.

Dla nas – osób, które ukuły termin „poliamoria” – kształt związku ma mniejsze znaczenie niż wartości, które są jego fundamentem. Wolność poddania się miłości i pozwolenia, by miłość – a nie tylko seksualna namiętność, nie tylko normy społeczne oraz ograniczenia religijne i nie tylko reakcje emocjonalne oraz podświadome warunkowanie – nadawała formę naszym intymnym relacjom: oto esencja poliamorii. Poliamoria opiera się na decyzji o poszanowaniu dla rozmaitych dróg rozwoju miłosnych związków. Poliamoria może przybierać wiele form, lecz, zgodnie z pierwotnymi założeniami, jeśli w relacji występują kłamstwa czy przymus albo jeśli zaangażowane w nią osoby w jakikolwiek sposób tracą wewnętrzną uczciwość i prawdę, relacja ta nie jest poliamoryczna, niezależnie od tego, ile osób w jej ramach uprawia ze sobą seks. Te subtelne wartości często giną wśród ekscytacji i magii, jakie towarzyszą otwarciu się na seksualną wolność, lecz pozostają kluczowe, jeśli chcemy zrozumieć głębsze znaczenie poliamorii.

***
Anapol ma niewątpliwie rację pisząc, że poglądy często wyprzedzają emocje czy czyny.
Można być przekonanym do piękna wielomiłości, ale mieć problemy w praktycznym jej realizowaniu. 
Przeżyte konstruktywnie powodują, że wielomiłość staje się wyjątkową formą rozwoju duchowego. Autorka stwierdza słusznie, że to, co daje się zamaskować w zamkniętej diadzie, otworzone na obecność innych (konkurencyjnej kobiety, konkurencyjnego mężczyzny) wychodzi na jaw domagając się rozwiązania.

Ale to wyprzedzanie przewrotnie odnosi się do czegoś jeszcze - nasza kultura przez wieki tak bardzo tamowała seksualność, że mimo deklaracji Anapol niewiele miejsca pozostawia wielomiłości bez seksualnego kontekstu.
Większość przytaczanego przez nią materiału empirycznego (wywiady z osobami poliamorycznymi), jak i większość jej własnych kostatacji dotyczą własnie sfery seksu.
Być może skupienie na nich jest potrzebne, żeby po przejściu przez eksces móc wreszcie skupić się na miłości i medytacji (tyle  przywoływany przez Anapol Osho); tęsknię jednak za takim stanem świadomości, jak na Dalekim Wschodzie, gdzie - pisze o tym Coolsaet - sceny rozpasania umieszcza się na frontonach świątyń, by przekraczając prób rytualnie zanurzyć się w ciszy kontemplacji.

Odnosi się ono także do deklaracji wolności - w książce Anapol (podobnie jak w Puszczalskich z zasadami) wiele słów poświęca się umowom między osobami, negocjacjom i renegocjacjom. Wiele tu także typologii, porządkujących relacje wielomiłosne.

Chyba najistotniejszym rysem poliamorycznego charakteru mojej relacji są właśnie głębokie przyjaźnie, jakie wnieśliśmy z wcześniejszego życia. Przyjażnie zakładające odpowiedzialność i lojalność, głęboko tęsknotę, fascynację, czułość..., emocjonalnie niczym nie różniące się od tego, co zwyczajowo nazywa się miłością. Przyjaźnie, których elementem jest pożądanie, zachwyt nad fizycznym pięknem, niezbywalny element erosa, który w jednym sytuacjach ma szansę spełniać się tylko duchowo, w innych może kiedyś spełnić się i w innej postaci. Przyjaźnie, w których liczą się więzi, być może inne, niż kiedyś zakładało się czy chciało, ale szczere i nieustannie ewoluujące.

***
Przegapienie fundamentu, jakim dla każdej miłości jest przyjaźń, jest w książce Anapol czymś symptomatycznym.
Symptom ten bierze się - w moim odczuciu - stąd, że wielomiłość zbyt mocno łączy się z Ameryką i zmianami obyczajowymi "rewolucji seksualnej". Wschodnie duchowości w wydaniu New Age, hiperpostmodernistyczne uwagi na temat współczesnych przedstawicieli chrześcijaństwa i judaizmu, charakterystyczne dla ludzi naszych czasów wycieczki w stronę neurobiologii.
I niemal ani słowa o tradycji, o greckim pojmowaniu eros i philia, o perspektywie, która nie dotyczy tylko ludzi eksplorujących duchowość na wzór New Age'owski, ale która stara się zachować swoistą filozoficzną uniwersalność (choć i tu Poliamoria bije na głowę Puszczalskich bogatym rozdziałem o historycznych ucieleśnieniach wielomiłości, jednak to za mało by mówić, że ukazuje aktualność naszej najbardziej źródłowej tradycji).
Ma to swoje konsekwencje, jak choćby formułowanie wskazówek etyczny na podstawie różnych systemów religijnych, podczas gdy można by mówić o etycznej stronie wielomiłości neutralnie, posiłkując się choćby etyką dalekiego zasięgu (w ramach ANT).


***
Cieszę się z książki Anapol, choćby ze względu na jej mądre określenie wielomiłości.
Mam jednak poczucie dużego niedosytu.
Za dużo seksu (choć w wielomiłości potrafi być on piękny i budujący), za dużo przytoczonych opowieści z cudzego życia, za wiele fastryg między narracją naukową i newage'owską (nie mam nic przeciw New Age'owi, wręcz odwrotnie, ale opowieść o wielomiłości nie może wykluczać tych, którzy są na nią zupełnie niewrażliwi).
Za mało tradycji i za mało refleksji, za mało mówienia o miłości - bo choć indywidualne świadectwa są ważne, nie zastąpią pytania o samą miłość.

Warto potraktować tę książkę jako zapis doświadczenia Anapol - Jej spotkań, Jej widzenia świata, Jej fascynacji. W sumie jako formę refleksyjnego diariusza.
W momencie bowiem, gdy nie będzie się szukać w tej książce narracji obiektywizującej, gdy wykorzysta się ją jako punkt wyjścia w szukaniu odpowiedzi na pytanie czym jest wielomiłość, wydobędzie się z kart książki to, co najlepsze.
Bo też Poliamoria jest bezcenną kopalnią intuicji, spostrzeżeń, migawkowych sformułowań.
I pytań - jak chociażby tego, czy "z natury" istnieją osobowości bardziej wielomiłosne i bardziej monogamiczne? Odpowiedź na takie - nieoczywiste - pytanie może zmienić życie niejednej i niejednego z nas!




piątek, 24 maja 2013

JADWIDZE PIETRASZKIEWICZ - KU ŻYWEJ PAMIĘCI

Łódź, 24 maja 2013 r.

Wielmożny Pan
WITOLD STĘPIEŃ
Marszałek Województwa Łódzkiego



Szanowny Panie Marszałku!
Proszę, by przyjął Pan - jako osoba sprawująca pieczę nad Teatrem Wielkim w Łodzi - wyrazy szczerego żalu z powodu śmierci Jadwigi Pietraszkiewicz.
Odeszła bowiem artystka w szczególny sposób zasłużona dla życia operowego Łodzi i kraju - nie tylko słynna odtwórczyni partii sopranowych w operach Borodina, Czajkowskiego, Pucciniego czy Verdiego, ale także najwybitniejsza - obok Olgi Olginy - łódzka pedagożka śpiewu, spod skrzydeł której wyfrunęli artyści tak różnorodni, ale zawsze rozpoznawalni, jak Urszula Kryger,  Agnieszka Makówka, Joanna Woś, Borys Ławreniw, Andrzej Niemierowicz czy Piotr Nowacki.

Wraz z odejściem Maestry zamknął się też ważny i wyróżniający się etap historii łódzkiej opery. Etap, o którym nie należy zapominać.
Z dużym poczuciem satysfakcji odnotowałem wczoraj archiwalne zdjęcia i komentarze, które pojawiły się na profilu facebookowym Teatru Wielkiego.

Szybko jednak poczucie satysfakcji zamieniło się w poczucie smutku.
Ani wczoraj, ani dziś na frontonie Teatru nie wypatrzyłem bowiem kirów. Kir pojawił się bodaj tylko nad wejściem do Teatru od strony ulicy Jaracza.
Nie trzeba być urbanistą czy hermeneutą, żeby wiedzieć, iż front budynku ma inne znaczenie symboliczne niż jego tył, że plac funkcjonuje podług innych symbolicznych praw, niż parking dla pracowników Teatru.
Nie trzeba także nikogo przekonywać, że wpisany na trwałe w krajobraz Łodzi budynek Teatru jest właściwym miejscem na to, by godnie upamiętnić odejście ważnej dla opery śpiewaczki.

Decyzja władz Teatru jest wprawdzie odpowiedzią na fragment mojego listu otwartego wystosowanego do Pana, niemniej decyzją nieudaną - gest upamiętnienia Jadwigi Pietraszkiewicz okazuje się bowiem gestem, który dyskredytuje Jej rangę jako wokalistki i pedagożki śpiewu.  

Dlatego, nie ufając władzom opery łódzkiej, zwracam się do Pana z prośbą o inicjatywę zmierzającą do trwałego upamiętnienia postaci Jadwigi Pietraszkiewicz.

Jak sądzę, dobrym pomysłem byłoby powołanie dorocznego wieczoru operowego imienia Maestry, w ramach którego można by łączyć siły zespołów TW z wychowankami Akademii Muzycznej.
Pomysł ten wydaje mi się dobry dlatego że uczyni z osoby Pietraszkiewicz nie pomnik, ale element żywej tradycji; wpisuje się on także w najlepsze obyczaje ważnych scen operowych.

Łódź posiada - niestety - krótką pamięć o ważnych dla niej osobach. 
Stefania Skwarczyńska czy Paweł Klecki zostali już niemal zapomniani.

Powoli usuwa się w niepamięć artystów żyjących. 
W Teatrze nie ma śladu po Teresie Kubiak, młodsze pokolenie melomanów nie wie nawet, że była ona solistką łódzkiej sceny. 
W sumie bez echa przeszedł jubileusz Zenona Kowalskiego (w jednym z mało kulturalnych i wybitnie złośliwych komentarzy do mojego wpisu na blogu obiecano wprawdzie jubileusz ten uczcić po otwarciu remontowanego budynku, póki co jednak ani o tym słychu, ani widu, a artysta otrzymuje coraz bardziej marginalne role, zdecydowanie poniżej swoich możliwości - vide Tosca, która była dobrym pretekstem do obchodu dwóch jubileuszy: Kowalskiego i Tadeusza Kozłowskiego).
Nie ma też szans, żeby trzydziestolecie pracy obszedł na scenie Wielkiego zasłużony dla niej Krzysztof Bednarek

Decyzja o trwałym upamiętnieniu Jadwigi Pietraszkiewicz, na przykład w proponowanej przeze mnie formie, byłaby wyrazem sprzeciwu wobec utraty pamięci.
Byłaby także pięknym gestem wspierania kultury i tradycji, a jak wiadomo, naród umiera wtedy, gdy umierają jego kultura i zasilająca ją tradycja. 



Marcin M. Bogusławski

niedziela, 19 maja 2013

O ROZMOWIE SOPRANU Z TENOREM I O NORMIE CECILII BARTOLI

Marzenia senne - dzięki psychoanalizie - zrobiły zawrotną karierę w naszej kulturze stając się ikoną, poprzez którą uzyskujemy wgląd w naszą nieświadomość.
Ujawniając skrywane myśli, odpychane potrzeby, sen wyraża się jako spełnione życzenie, wyjawiając w końcu prawdę o naszych potrzebach.

Pomyślałem o tym dzisiejszego ranka, budząc się ze snu, w którym Joanna Woś i Krzysztof Bednarek wiedli ze sobą ciekawy dialog na temat opery.

Mówili o przyspieszeniu życia, o tym, że dawniej płynąc z Londynu do Nowego Jorku miało się czas na regenerację ciała i odpoczynek głosu. O tym, że dobre zarządzanie scenami wiązało się ze zrozumieniem specyfiki zawodu artystycznego, z otwieraniem możliwości indywidualnych ćwiczeń z korepetytorem, z myśleniem o rozwoju głosu i budowaniu tożsamości, o długości prób. 
Podczas gdy dziś przemieszczając się niekiedy z dnia na dzień wchodzi się w przedstawienia z biegu, dopasowując się do ciągle zmieniających się warunków poprzez wypracowanie zestawu konwencjonalnych gestów scenicznych i konwencjonalnego sposobu budowania roli głosem, pasujących wszędzie i zawsze.
Podczas gdy dziś poprzez kuriozalne decyzje zabrania się indywidualnej pracy z korepetytorem poza jasno wyznaczonymi godzinami.

Dyskutowali też o roli przemysłu fonograficznego w zniszczeniu indywidualności artystów - niegdyś bowiem każdy dochodził do koncpecji bohatera na własną rękę, dziś zaś miast wyjść od słowa i muzyki, wychodzi się od istniejącego morza nagrań. 

Jednym słowem - dobry warsztat, miłe brzmienie głosów i częsty brak tego, co wyróżnia i odróżnia.

***
Nie będę zgadywał, na ile wyśnione przeze mnie dialogi oddają poglądy Woś i Bednarka. Na pewno są wyrazem tego, co często zajmuje moje myśli.

W zalewie tworzonych dziś płyt niewiele jest takich, które mogą stanąć w szranki z Carmen z Leontyną Price i Franco Corellim (a nie jest to wykonanie, które szczególnie lubię, doceniam jednak jego teatralność, dopieszczoną w każdym szczególe).

Niewielu tenorów dzisiaj byłoby w stanie zbudować postać Hoffmanna śpiewając ją od pulpitu - a Bednarek nie miał z tym najmniejszego problemu: urzekając nie tylko pięknym brzmieniem głosu (wyjątkowym jak na tenore robusto, bo mimo mocy w barwie słonecznym, mieniącym się odcieniami żółci od cytrynowo-zielonkawego, przez delikatność zółci płatków słonecznika po intensywną i brązowiejącą słodycz creme brule, emisyjnie skupionym, w odróżnieniu od heldentenorów idealnym także do muzyki francuskiej), ale inteligentnym frazowaniem, retorycznym wykorzystaniem dynamiki i artykulacji nie był osobą komentującą spektakl, ale jego autentycznym bohaterem (Bednarek zacznał w operetce rozwijając swój repertuar stopniowo i mądrze, cieszę się, że dziś podobną drogą prowadzi swoich wychowanków z Akademii). 




Właśnie za teatralne myślenie o operze polubiłem onegdaj Cecilię Bartoli. Intrygowała mnie temperamentem, aktorską zmiennością, dowcipem, dbałością o wyrazowy aspekt koloratur i kolorowania głosek. Była niezrównanie dowcipną Despiną, jak dla mnie najlepszą płytową Donną Elwirą...Ale...
Ale poddała się dyktatowi - celebryckiego statusu, budowania poklasku na powierzchownie traktowanej koloraturze, na dobieraniu partnerów nie tak, by tworzyć role, ale by zabłysnąć na ich tle, na podróżniczej gonitwie z projektami i występami.

Niestety, widać to dobrze w nagranej przez nią Normie.
Wiele elementów tego albumu może cieszyć: 
w nagraniu wykorzystuje się krytyczną edycję tekstu Normy dającą bliższy dostęp do idei kompozytora. 
Piękne rezultaty daje także zaangażowanie orkiestry grającej na instrumentach dawnych, prowadzonej dynamicznie przez Giovanniego Antoniniego. Żywy rytm, wyczulenie na kontrasty, wydobycie na jaw niekończącej się ilość barw zapisanej w partyturze Vincenza Belliniego daje wspaniałą lekcję belcanta, pozwalając spojrzeć na Normę  nie z perpsektywy tego, co nastąpiło po Bellinim, ale z perspektywy tego, z czego Bellini wyrasta.
Słusznym pomysłem było również skontrastowanie ról Normy i Adalgisy przez powierzenie tej drugiej delikatnemu koloraturowemu sopranowi Sumi Jo.

W wielu kwestiach nagranie to jest jednak niewypałem. 
Przede wszystkim martwi mnie to, że słuchając tej Normy słyszę za mało teatru. Mam raczej wrażenie, że wszystko służy tu przede wszystkim popisowi wokalnemu Bartoli. Zdobień zaiste tu od groma, nie służą one jednak retoryce (a Norma, nawet zważywszy jej treść, jest swoiście konserwatywna, zanurzona jeszcze w Affektenlehre), są mechaniczne, znaczeniowo puste. 
Co ciekawe, Bartoli narzuca tu standardy popisu, co sprawia, że Sumi Jo wypada najmniej ciekawie w odcinkach koloraturowych (jej głosowi brakuje pewności!), duetom brakuje niekiedy zgrania intonacyjnego i czasowego, wysokie nuty są tylko "dotykane" (głos Bartoli, wciąż bardzo bogaty w średnicy, w górze staje się "cienki" i ubogi). 
Za mało tu też malarstwa dźwiękowego - wystarczy porównać sposób, w jaki Ah! bello a me ritorna wykonują Bartoli i Maria Callas, by poczuć różnicę (moja ulubiona fraza, "Quando il cor ti diedi allora" u Bartoli nie robi żadnego wrażenia, w odróżnieniu od Callas, która nawet pojedyncze słowo, "allora" potrafi podkreślić zmianą barwy). 
Nastawienia na popis boli tym bardziej, że John Osborne jako Pollione mimo niedostatków wokalnych (ma ładną, ciemnozieloną barwę głosu, ale jego górze zdecydowanie brakuje miękkości) tworzy wiarygodną postać "maniakalnego" i zmiennego kochanka. 

***
Nie powiem, słuchjąc tego nagrania tęskniło mi się do Francsico Ortiza jako Pollione, do Callas jako Normy, do Ebe Stignani czy Jolanty Bibel jako Adalgisy (Bibel znam z nagranych szczęśliwie fragmentów próby generalnej z 1982 r.).
Tęskniło mi się również do duetu Rosalind Plowright i Ewa Podleś, pomimo że nie wszystkie nuty zostały tam zaśpiewane i że nie wszystko poszło jak należy.

Niemniej album Bartoli warto mieć pod ręką. Dla orkiestry i chóru, dla posłuchania "krytycznej edycji tekstu", dla kruchej Adalgisy Sumi Jo i wielu pięknych, lirycznych momentów, w których Bartoli potrafi pokazać dawny pazur.
A także po to, by pamiętać, że opera tworzy się poprzez interakcje między artystami, potrzeba tu więc zindywidualizowanych osobowości, które współgrają ze sobą, nikogo nie wykorzystując jako tło.
W końcu po to, by pamiętać, że przywracanie oper ich historycznym kontekstom oznacza zarazem przywracanie im teatralności - mistrzowie komponowali bowiem dla określonych teatrów i określonych śpiewaków licząc się z tym, co będą oni w stanie wykreować jako dramat (przewrotnie odwołuje się do tego i Bartoli przypominając, że pierwszą Normą była Giuditta Pasta, zdaniem Bartoli bardzej mezzosopranistka niż sopranistka, którą ja najchętniej bym widział jako soprano sfogato, którym - w moim odczuciu - była Callas i jest Bartoli).

piątek, 10 maja 2013

LIST OTWARTY DO MARSZAŁKA W SPRAWIE TEATRU WIELKIEGO W ŁODZI

Łódź, 10 maja 2013 r.


Witold Stępień
Marszałek Województwa Łódzkiego



Szanowny Panie Marszałku!

Sytuacja Teatru Wielkiego w Łodzi od dawna jest przedmiotem mojej troski.
Wielokrotnie zastanawiała mnie choćby polityka repertuarowa i obsadowa władz TW, a głęboki niesmak wzbudził fakt, że wszystkie premierowe spektakle wystawiane na otwartej po remoncie scenie realizowane są przez tę samą grupę ludzi, w skład której konsekwentnie wchodzi Dyrektor Artystyczny (inna sprawa, że trzy z tych premier to spektakle mające swe premiery na scenie Jaracza, tutaj przeniesione i adaptowane).

Nie czułem jednak potrzeby kierowania w tej sprawie listu do Pana sądząc, że wszystkie te sprawy znajdują się pod baczną pieczą Urzędu Marszałkowskiego.

Nie mogę jednak milczeć wobec kolejnego pomysłu Władz TW.
Z mediów społecznościowych dowiedziałem się bowiem, iż w zarządzeniu Dyrekcja Teatru zabroniła wpuszczania do Teatru byłych pracowników, w tym emerytów.
Poza tym zdecydowano także, że po śmierci artystów zasłużonych nie będzie wywieszany kir.
To kolejny krok przekreślania tradycji TW, którego symbolicznym wymiarem była likwidacja kolekcji zdjęć artystów zespołu, które wcześniej wisiały we foyer.

Decyzje te pokazują, że Dyrekcja traktuje TW nie jak teatr, ale jak folwark, zapominając, że rolą dyrekcji jest zarazem dbanie o dobro sceny, jak i kultywowanie tradycji, która teatr tworzy. Zapominając również, że teatr to przede wszystkim zespoły artystyczne, osoby bezpośrednio zaangażowane w obsługę "techniki" przedstawienia i publiczność.
Czy kolejnym krokiem ma być reglamentowanie wejść do Teatru aktualnie pracujących w nim artystów?

W swoich działaniach wielokrotnie przypominałem artystów tworzących tradycje łódzkiej opery, a także upominałem się o pamięć dla Nich. Efektem tych działań był choćby cykl audycji poświęconych łódzkim Śpiewakom, które w latach 90tych ubiegłego już wieku poprowadziła na antenie Radia Łódź Maria Hoffmann. 
Tym bardziej czuję się zobligowany do zabrania głosu w tej sprawie prosząc Pana o wyjaśnienie sytuacji w TW i podanie do wiadomości uzasadnienia decyzji Dyrekcji.

Z poważaniem,


Marcin M. Bogusławski



środa, 8 maja 2013

BELLA MIA FIAMMA... MOZART OLGI PASIECZNIK

Dwie arie ... skomponowal Signore Maestro Mozart, aby sprawić przyjemność Madame Lange, ponieważ napisane przez Signore Maestro Anfossiego nie pasują do jej możliwości ani do jej głosu. Pragniemy zwrócić na to uwagę, by zaszczyt przypadł temu, komu się należy i w najmniejszym stopniu nie stanowił uszczerbku dla renomy i reputacji sławnego neapolitańczyka

- notatkę tę kazał wydrukować Wolfgang Amadeusz w libretcie do Il curioso indiscreto Pasquale Anfossiego, którą okrasił ariami pisanymi dla Alojzy Weber-Lange i Valentina Adambergera.

Notatka ta jest przewrotna, zważywszy na fakt, że - jak donosił Mozart ojcu - "tylko moje arie przyjęto z aplauzem".

Nie ma w tym nic dziwnego, albowiem arie koncertowe, zarówno te, którymi inkrustował operę Anfossiego, jak i te powstające od 1777, są klejnotami czystej wody.
Mozart zawarł w nich niesamowitą paletę emocji, dążąc do tego, by połączyć w jedno "dbałość o wyraz tekstu poetyckiego i wydobycie jego własności dramatyczno-emocjonalnych" z "ekstremalnym popisem wokalnym" (siekanym makaronem - jak sam go nazywał), pojmowanym retorycznie, służącym "dramatycznej intensyfikacji".  Dążył także do tego, by aria nie była wyrazem uniwersalnego, odpersonalizowanego afektu, ale by służyła budowaniu emocjonalnie wiarygodnej postaci, czemu służyło dyskretne opracowywanie loci topici (niech przykładem będą niedomówienia i przemilczenia w Vorrei spiegarvi, o Dio!), mistrzowsko wyzyskana koloratura czy zmyślnie dobrane instrumenty obbligato
Mógł sobie na to pozwolić, komponując arie koncertowe z myśląc o słynącej z olbrzymiej skali głosu i sprawności technicznej Weber-Lange czy dbającą o wyrazową stroną muzyki Józefę Duszek*.

***
Arie koncertowe Mozarta nie są repertuarem przesadnie u nas cenionym.
Wykonuje się je z rzadka, zazwyczaj na specjalnie profilowanych koncertach. 
W sumie nic w tym dziwnego, stawiają bowiem przed wykonawcami piekielne niemal trudności. Wokalno-warsztatowe rzecz jasna, ale przede wszystkim wyrazowe: artysta-śpiewak musi wyczarować z nich postać, obdarzając ją niepowtarzalnymi cechami, ożywić afekty, wydobyć pozamuzyczne sensy ozdobników. 
Piękny głos, dobry warsztat, znajomość retorycznych prawideł tamtej doby, naturalność i intuicja, wyrazista osobowość - bez tych przymiotów arie koncertowe Mozarta nie zaistnieją, stając się tylko pretekstem dla mniej lub bardziej udanego popisu bez znaczenia, do interpretacji sprawnej i poprawnej, ale pozbawionej indywidualnego rysu, bezosobowej.



Piękny przykład tego, jak Mozarta śpiewać należy dała ostatnio Olga Pasiecznik na płycie Bella mia fiamma... Mozart Concert Arias.
Artystka obdarzona jest ciemnym i gęstym w brzmieniu sopranem o niekończącej się liczbie kolorów. Czasem staje jasny, lekko różowy i przypomina w barwie flet, czasem staje się świetlisty i ciemny jak bordeaux w prześwietlonym słońcem kieliszku, czasem zasnuwa się mgłą i staje lekko nosowy, a czasem ciemnieje jak krew opalizując miedzianą poświatą. Przy tym jest to głos niezwykle kobiecy, czuć w nim dojrzałość, namiętność, zmysłowość.

Interpretacje Pasiecznik zawsze wyrastają z tekstu, który artystka poddaje wrażliwej interpretacji. Koloratury, sposób prowadzenia głosu, logika fraz dostosowane są każdorazowo to dramaturgicznych wymogów kompozycji i nigdy nie stają się pustym popisem. Wystarczy posłuchać w jak stawia nutę, gdy śpiewa timor  w Chi sa, chi sa qual sia, czy jak koloruje słowa śpiewając Se de'tormenti suoi, Se de' sospiri miei Non sente il ciel pieta z Vado, ma dove? by odczuć wielkość (ludzką wielkość) jej interpretacji, osobowość, dramatyczny nerw. Niektórym przeszkadzać może jej wibrato, zwłaszcza w górze, ale - poza jednym przypadkiem - wykorzystuje je w celach wyrazowych, jak na mój gust w pełni zasadnie.
Pięknie także dialoguje z (pysznie brzmiącą!) orkiestrą oraz instrumentami obbligato, niezwykły w wyrazie i brzmieniu jest zwłaszcza duet z pianoforte (Natalia Pasiecznik) w Ch'io mi scordi di te? 

***
Tym jednym przypadkiem jest Vorrei spiegarvi, o Dio!. Nie podoba mi się manieryczne wibrato artystki, moim zdaniem (a są zdania odmienne, które szanuję) jej głos traci w górze swobodę, krągłość i swoistą gęstość. W konsekwencji pierwsza, serenadowa część traci marzycielski urok. 
Oddając jej sprawiedliwość muszę jednak dodać, że nie znam wykonania Vorrei..., które byłoby wolne od wad. Na korzyść Pasiecznik przemawia emocjonalna wiarygodność wykreowanej przez nią postaci. W allegro Jej Clorinda staje się kobietą z krwi i kości, miotaną autentyczną zazdrością zapamiętującą się nawet w przekleństwie. 

***
Cieszę się, że mogę ponarzekać, świadczy to bowiem o tym, że płyta Pasiecznik jest wyrazem jej bezkompromisowych poszukiwań, odwagi i osobowości.
W stosunku do jej propozycji nie można bowiem przejść obojętnie, tak, jak przechodzi się w stosunku do płyt gwiazd(ek) promowanych przez największe na rynku lable (jeśli ktoś z Państwa chce zrozumieć różnicę między retorycznym rozumieniem koloratury a pustym, to jest wyzutym z treści, popisem niech zestawi Pasiecznik z Rossinim Aleksandry Kurzak).

Dobrze, że czas takich śpiewaków jeszcze nie przeminął, że są - także u nas - głosy naprawdę piękne i osobowości naprawdę silne.  
Zgadzam się z Jadwigą Rappe, że dominująca u nas repertuarowa sztampa i zawiść starszych koleżanek nie pozwalają im się rozwijać w repertuarze ciekawym i dla głosu, i dla słuchaczy, innym jednak od kanonu, którego pełno Ci u nas na scenie, a akademie zbyt małą uwagę zwracaja na rozumienie tekstu i znajomość stylów wykonawczych. .
Przykład Pasiecznik przywraca jednak wiarę, że mimo to się da! 


__________
*W tym fragmencie korzystałem z książki Jarosława Mianowskiego Afekt w operach Mozarta i Rossiniego.

środa, 1 maja 2013

DLA RÓWNYCH - RÓWNY SZCZĘŚCIA ŚWIAT!

Jednym z najważniejszych rysów polskiej polityki jest manipulacja ideologiczna. 
"Otóż wmawia się nam - jak pisała Maria Szyszkowska -, wykorzystując do tego zarówno procesy edukacyjne, jaki różnorodne media, że socjalizm jest ideą skompromitowaną. [...] Zręczność manipulacji wyraża się w tym, że w sposób nieuprawniony sprowadza się socjalizm do jednej tylko jego koncepcji i krytykując oraz ośmieszając wady w jej urzeczywistnianiu - próbuje się kompromitować socjalizm jako taki.

Niestety, przykład takiego zachowania płynął do nas "z samej góry". Najdobitniejszym tego przykładem jest bezpardonowa walka, jaką z latynoską teologią wyzwolenia stoczył Kościół Katolicki, a także fakt, że Jan Paweł II skutecznie blokował proces beatyfikacyjny Oscara Romero, salwadorskiego Jerzego Popiełuszki, zamordowanego w 1980 r. podczas odprawiania mszy kapłana zaangażowanego w obronę praw człowieka i walkę na rzecz ubogich. 
Konsekwencją tego przykładu jest nieustanne straszenie lewicą jako agendą nieistniejącego już Sojuza, czy zawłaszczanie przez osoby o światopoglądzie prawicowym wszystkich działań, które doprowadziły w Polsce do przemian ustrojowych.

***
Czas chyba jednak, by zbuntować się przeciwko takiemu stawianiu sprawy.
Przypominając chociażby sens teologii wyzwolenia, której źródłem nie było dążenie do rewolucji z karabinem w ręku, ale "doświadczenie ubóstwa i niedorozwoju w krajach tzw. Trzeciego Świata", któremu chciano przeciwdziałać wierząc, że wyzwolenie ubogich jest formą uobecniania Chrystusa w świecie.

Zasługą teologii wyzwolenia - o czym odważnie przypominał u nas Józef Tischner - było przypomnienie, że praca nie służy samemu zarabianiu pieniędzy i napędzaniu obiegu kapitału. Celem pracy jest dobro człowieka, kapitał zaś jest tylko środkiem dla urzeczywistniania tego dobra.

Socjalizm widziany przez pryzmat inny niż wypaczenia ZSRR jest nie tyle systemem ideologicznym czy politycznym, ile perspektywą etyczną. W której człowiek jest bytem aktywnym, rozwijającym się, potrzebującym jednak do tego rozwoju dwóch zasadniczych rzeczy: pracy i współpracy. Zaangażowana praxis, zaufanie pokładane w innych członkach wspólnoty, łączące ludzi wartości i ideały - wszystko to sprzyja rozwojowi człowieka i kultury, budzi bowiem duchową siłę i poczucie godności, zatracane w perspektywie dzikiego kapitalizmu z jego wynaturzoną koncepcją indywidualizmu, preferującego wyścig szczurów, manipulowanie słabszymi w imię własnych interesów czy pomijanie wspólnotowego charakteru odnoszonych sukcesów (ilu z Waszych szefów rzeczywiście docenia Wasz wkład, a ilu działa podług zasady: mój sukces, a Wasza porażka?). 

***
Socjalizm jako etyka służy też dynamicznej budowie kultury.
Karol Marx napisał, że "byt kształtuje świadomość" powtarzając w sumie zdanie Arystotelesa, iż filozofia (i - dodajmy - inne działy kultury) mogła rozwinąć się tam, gdzie ludzie mieli "czas wolny".
Nie da się bowiem tworzyć wybitnych kreacji artystycznych, nie da się tworzyć zapładniających kulturowo idei, gdy człowiek walczy o przetrwanie, chwytając prac na umowy śmieciowe, myśląc, na jakiej promocji kupić coś do jedzenia i słysząc nieustannie, że kryzys wymaga zaciskania pasa i milczącej akceptacji wszelkich decyzji suto opłacanych władz.

Straszenie socjalizmem w kraju, który przekształca się w kierunku kastowości, w którym buduje się podziały ekonomiczne i klasowe, w którym kolejnymi kapitalistycznymi pomysłami niszczy kulturę, degraduje znaczenie ojczystego języka, sprzyja rozlicznym politrukom, a nad problemy obywateli przedkłada rozgrywki wewnątrz własnej partii i sondażowe słupki, jest doprawdy niepoważne.

***
Marzy mi się narodowe przebudzenie, w którym wrażliwi socjaliści i wrażliwi chrześcijanie pod jednym sztandarem walczyć będą o wyzwolenie.
O wyzwolenie ku godnej pracy i godnej współpracy. Opartej na szacunku i miłości do drugiego człowieka!
O wyzwolenie od "człowiek człowiekowi wilkiem", ku przekonaniu, że razem możemy więcej!