poniedziałek, 31 grudnia 2012

O OPERZE W ŁODZI RAZ JESZCZE

Miałem nadzieję, że stary rok zakończę blogowo zdjęciami pięknych mostów Santiago Calatravy. Nie jest mi to jednak dane.
Zostałem bowiem zobligowany do opublikowania komentarza polemicznego względem moich wpisów poświęconych łódzkiej operze. 

Bodaj dwukrotnie miałem już okazję ustosunkowywać się do sposobu pisania części komentarzy. Moi oponenci czytają jednak tak, jak im wygodnie. Nie mam już ochoty odrębnego odpisywania PT Oponentowi, publikuję zatem Jego tekst w ramach wpisu i opatrzę go krótkimi komentarzami.

Zaznaczam przy tym, że po raz ostatni udostępniam na blogu tekst anonima, jako że wszelkie próby ataku na mnie (w tym ośmieszenia mnie w ramach strategii argumentum ad personam) stają się wiarygodne tylko wtedy, gdy stoi za nimi osoba z krwi i kości. Jakoś sam nie boję się autoryzować swoich wpisów własnymi imionami i nazwiskiem...


Panie Marcinie Bogusławski, Nie udało mi się zamieścić treści tego co poniżej na Pana blogu (nie wiem dlaczego), więc tą drogą dzielę się z Panem wrażeniami. Panu, jako autorowi bloga, uda się z pewnością podzielić treścią tego listu ze swoimi czytelnikami. Ale to oczywiście Pana decyzja, choć  znając Pana zdanie, odnoszę wrażenie, że chętnie Pan to uczyni. Pozdrawiam, Marcin G. 

KOMENTARZ 1: 
Jestem człowiekiem starej daty i przestrzegam stosownych form grzecznościowych w listach. Tak się listu nie zaczyna, zwłaszcza do osoby, której się nie zna.
Nie wiem, dlaczego nie mógł Pan opublikować komentarza, może zwyczajnie był za długi?

W jednym z komentarzy na FB napisał Pan o sobie, że jest sceptykiem. Taka charakterystyka lokuje Pana na pozycji, z której nie najlepiej się ocenia: jakiś pryzmat przed Panem. Zachęcam do optymizmu: żyje się przyjemniej. Ale to Pana pewnie nie interesuje, a i ja nie chcę się wtrącać. Jest jednak kilka spraw, które postanowiłem skomentować, bo pisanie Pana wydało mi się specyficzne. Żeby było łatwiej, postaram się swoje zdanie wyrazić w punktach. 

KOMENTARZ 2:
Na dyskusję poświęconą sceptycyzmowi możemy się umówić osobno. Problem ten zajmuje mnie przecież zawodowo, być może wtedy uzna mnie Pan za kompetentnego dyskutanta.
Pogląd na sceptycyzm, prezentowany w Pana liście, jest typowy dla fundamentalistów i - mówiąc eufemistycznie - mało wyrafinowany. Bycie sceptykiem nie pozbawia możliwości oceny, posiadania wyraźnych poglądów czy kierowania się w życiu normami czy wartościami.
Nie miejsce tu na roztrząsanie tych problemów; pisałem kilkakrotnie o postmodernizmie, mam też całkiem bogaty dorobek naukowy - zachęcam do lektury.

W odniesieniu do Grabias dodaje Pan „z mezzosopranem o pięknej, ciemnej barwie, dającej nadzieję na to, że w końcu ukształtuje się u nas następczyni Jolanty Bibel”. To miłe, że przywodzi Pan pamięć Jolanty Bibel, wszelako nie trzeba nadto wprawnego ucha, by wiedzieć, że z cała pewnością nie ukształtuje się. Pani Grabias (cokolwiek mówić o barwie jej głosu) jest mezzosopranem lirycznym (z godną podziwu techniką koloraturową), na pewno zaś nie dramatycznym, jakim głosem dysponowała Bibel. I tu na znaczące zmiany bym nie liczył, bo – pewnie Pan nie pamięta, bo Pan młody – Jolanta Bibel w wieku Grabias śpiewała np. Santuzzę czy Eboli (no, może była ze dwa lata starsza), a te partie – zwłaszcza Santuzzy czy też Amneris – Grabias raczej nie grożą. To głos w stylu Berganzy, nie Cosotto czy Obraztsowej. Bibel np. Nigdy nie śpiewała Rozyny, czy Izabeli, czym z kolei popisuje się Grabis. Myli Pan głosy, proszę Pana.  

KOMENTARZ 3:
Jak zapewne Pan wie, jest wiele sposobów klasyfikowania głosów. Podział na głosy liryczne i spintowe en bloc jest jednym z nich.
Wcale nie uważam, że Bernadetta Grabias będzie mogła śpiewać wszystko to, co śpiewała Jolanta Bibel (nie jest to jedyny wniosek z moich nadziei na to, że może stać się następczynią Bibel). Ale sporo rzeczy śpiewać będzie mogła* Wspomnieć wystarczy jej debiut w Adrianie Lecouvreur. Także na Gali arią księżnej de Boullion Grabias zachwyciła mnie bardziej niż Izabelą. 
A tak na marginesie - Fiorenza Cossotto konsekwentnie utrzymywała, że jej głos jest mezzosopranem lirycznym. Ciekawe, prawda?


2. Krytykuje Pan produkcje wokalne Szostaka i Rymanowskiego – voila. Ale… argumentacja chybiona. Szostak nie tym, o czym Pan wspomina, rozczarował, Rymanowski zaś w istocie mniej jest Filipem, niż Basiliem.3 Odnośnie Anny Wiśniewskiej-Schoppy – z Pana strony kula w płot. Wiśniewska zaśpiewała poddźwiękiem, co nie znaczy, że Elżbieta przekracza możliwości jej głosu. Wiśniewka śpiewa Elżbietę w Bytomiu – znakomicie. To, że na koncercie było niedoskonale, wypada zarzucić raczej kapelmistrzowi, który nie wysłyszał obniżenia „stroju”. Pisz Pan też że „Schoppa mogła oczarować postawieniem głosu, jego piękną, głowową emisją”. Zgadzam się. Może więc jednak krytykować jej produkcję za co innego, niż kategorycznie stwierdzać, że aria przekracza jej możliwości?

KOMENTARZ 4:
Patryk Rymanowski nie podobał mi się ani jako Filip, ani Basilio. Nie widzę tu kontrowersji.
Natomiast nie mogłem przejść obojętnie względem francuszczyzny Szostka - była tak fatalna, że wpływała na prowadzenie frazy, niekiedy nawet wywołując we mnie niechciane efekty humorystyczne. To chyba istotny mankament?
Nie oznacza to, że nie było innych mankamentów, nie twierdziłem, że pisałem o wszystkim.   

Co do Anny Schoppy - sam Pan widzi, doceniłem ją. Co nie oznacza, że wszystkie decyzje repertuarowe muszę uważać za słuszne. Z tego, że ktoś śpiewa jakąś pratię na scenie czy na płycie nie wynika bowiem, że robi to w najlepszym dla tego czasie. I że kiedyś nie nadejdzie na to czas właściwy.
Choćby z faktu, że Katia Ricciarelli (jedna z moich ulubienic) była Karajanowską Turandot (i nawet nie straciła głosu) nie wynika, że warto Jej w tej roli słuchać.
Swojego zdania nie zmienię, ale moja ocena dotyczy hic et nunc. Wolałbym, żeby głos Schoppy dojrzewał stopniowo. 
Trzeba poza tym liczyć się z różnicą scen między Bytomiem a Łodzią. Śpiewacy doskonale wiedzą, że w tak różnych przestrzeniach głosy funkcjonują zupełnie inaczej. Nelly Miricioiu mówiąc o swoim występie w Nabucco stwierdziła, że na scenie wielkości MET nigdy nie mogłaby się tego podjąć, w sali małej - może spróbować.

 4. Słusznie marudzi Pan na temat Krzysztofa Marciniaka. Jest jednak pewne „ale”. I gdyby był Pan rzetelnym komentatorem, nie omieszkałby Pan sprawdzić „w czym dzieło”. Otóż Krzysztof Marciniak na dzień przed premierą Gali zastąpił Krzysztofa Bednarka, który na próbę generalną dostarczył zwolnienie lekarskie. Nieludzkie (bez względu na to, co napiszą krytycy i bez względu na kształt spektaklu) byłoby odbierać osobie, która uratowała spektakl, możliwość występowania w jego, że tak powiem, dalszej eksploatacji. Śpiewak też człowiek, dyrektor też. Dajmy pokój.


KOMENTARZ 5:
Nie wiedziałem, że Krzysztof Bednarek znów śpiewa, czyżby sąd rozstrzygnął kwestię na Jego korzyść?
Bez względu na to, jeśli było, jak Pan mówi, rewerencyjnie skłaniam się przez Krzysztofem Marciniakiem. Aczkolwiek - skoro apelował Pan o rzetelność - nie wiem, czy opisana przez Pana sytuacja nie miała miejsca w innym czasie niż ten, w którym dział się opisywany przeze mnie koncert (circa rok wcześniej??)



5. A co takiego zrobiła „blacha”? 6, Harfistki nie powinny wyjść po własnej produkcji.7. Gala jest za długa – stwierdza Pan kategorycznie. No cóż… Więcej takich widzów, którzy zapłaciwszy za bilet marudzą, że było za długie. Na przyszłość polecam wizytę w kinie, na seansie filmu krótkometrażowegp.8. Dalej jest tak: Czepiam się, owszem. Ale czepiam się z troski o Teatr. Mając bowiem w pamięci Krystynę Rorbach pamiętam czasy, gdy dało się w Teatrze zagrać niejedną galę. Rorbach mogli wtedy wspaniale partnerować Jolanta Bibel, Teresa Czyżowska, Danuta Dudzińska, Joanna Woś, Krzysztof Bednarek czy Tomasz Fitas. Pamiętam też dreszcz emocji, gdy na scenie po raz pierwszy - tuż po Tuluzie - dała się poznać Monika Cichocka.  No fakt, czepia się Pan. Zastrzegając, że z troski o Teatr. Jakaś fałszywa ta troska się jawi. Zwłaszcza, że przywołuje Pan nazwiska artystów nieosiągalnych: Bibel (od kilku lat na emeryturze wokalnej) May-Czyżowskiej (nieżyjącej), Dudzińskiej (niestety kilka lat temu, po „Mocy przeznaczenia” artystka straciła głos), Woś (akurat występowała w Gali, czym Pan się zachwyca – i słusznie), Bednarka (solisty, niestety od długiego czasu niedysponowanego) i Fitasa (i tu strzał kulą w płot, bo artysta to zasłużony, od lat na emeryturze, a na dodatek większość Jego produkcji choć cechował piękny głos, to zarazem – bądźmy delikatni – niedostatki intonacyjne). No więc sam Pan widzi, że się czepia. I to bez sensu.9. Dalej pisze Pan: „ Cóż, TW nie ma szczęścia do polityki solistycznej. Ale za tej kadencji doszło do pojawienia się pokoleniowej przepaści. Dyrekcja jakoś nie chciała obsadzać w partiach rodzimych śpiewaków, wręczając im potem stosowne wymówienia". I tu sam podważa Pan swoją wiarygodność, pisząc, że były stosowne… Gdzie Pan widzi pokoleniową przepaść?Co to jest polityka solistyczna?Kogo dyrekcja nie chciała obsadzać?Komu wręczyła wymówienia? 

KOMENTARZ 6:
Wybaczy Pan, ale większość z tych (i poniższych punktów) świadczy tylko o Pana złośliwości i lekturowej indolencji.
Wiem chociażby kto jest na emeryturze, co nie oznacza, że nie mogę przywoływać lepszych czasów Wielkiego i pisać za jakim poziomem tęsknię.  Przepaść pokoleniową widzę także, bo nie wiem, od kogo tak młody (w większości) zespół, jak obecny, ma się uczyć. 
Resztę zostawiam bez komentarza, licząc, że na seansie w kinie będę mógł się kiedyś spotkać i z Panem. Może na transmisji z MET? Można się z nich nieco nauczyć, a propos organizacji spektakli czy koncertów.



10. Pisze Pan dalej: „Skandalem jest także fakt, że nikt nie pomyślał o benefisie Kowalskiego. Wspomina się o nim mimochodem przy okazji Galii Operowej, a przecież była czas i miejsce na uczczenie pięknego jubileuszu 25 lecia pracy artystycznej przy okazji premiery Toski. Tyle że wtedy partię Skarpii wolano powierzyć Piotrowi Halickiemu. Znam go z festiwalu belcanta w Nałęczowie i wiem, że jest głosem dobrym na Oniegina, nie na Scarpię). Przez co, zatrudniając śpiewającą młodzież, wrzuciła ją od razu do wykonywania zbyt trudych partii i pozbawiła możliwości uczenia się od starszych kolegów
W kwestii Zenona Kowalskiego - nie było czasu i miejsca, wiem (bo sprawdziłem) stosowne obchody się odbędą. A, że o jubileuszu wspomniano podczas Gali to chyba lepiej, niż gdyby nie wspomniano, prawda?Wypomina pan Scarpię Halickiemu. Był Pan na Tosce? 11. Raz jeszcze Bibel- Grabias. Po zachwytach nad Grabis pisze Pan: „Za to Bernadetty Grabias nijak nie można uznać za spadkobierczynię tradycji Jolanty Bibel”. Już o tym było: pewnie, ze nijak. Bo to porównanie z gruntu chybione, proszę Pana.12. Wybrzydza też Pan, że prowadzący Galę wychodzili na środek estrady i zapowiadali. A to lepiej byłoby, gdyby „wtykali” główki jak spod miotły? Proszę Pana, podczas Gali wypada zachowywać się galowo. To dotyczy także tych, którzy próbują ową Galę opisywać. Nawet, gdyby Gala odbywała się w Zduńskiej Woli.13. I wreszcie kuriozum ostatnie. Przepraszam, ale będzie trochę o elementarnych zasadach.Sprzedaje się Pan na swoim blogu jako osoba inteligentna, zdaje się pracownik naukowy. I za pewne nadużycie mam do Pana największe pretensje: otóż zanim się coś napisze, wypada to sprawdzić. Przynajmniej w dwóch źródłach. Odnoszę się do linku „Cyrk w teatrze Wielkim”. Oszołomienie posła PiS najwyraźniej Pana oczarowało tak dalece, że nie dochował Pan wierności elementarnym zasadom dziennikarstwa (co chyba obowiązuje blogera mającego pretensje do wiarygodności).Informacja o przetargu itp. została już dawno  wyjaśniona: Zawodziński jest dyrektorem artystycznym bo tak w teatrze nazywa się funkcja, która piastuje. Nie ma więc mowy o podwójnym zatrudnieniu (o czym gazety rozpisywały się w stosownym czasie). I kwota owego kontraktu (tak szokująca dla niektórych – rozumiem skandalicznie mało zarabiających pracowników naukowych, ale nie rozumiem nierzetelności) może wydawać się ogromna, niemniej obejmuje ona (zgodnie z warunkami owego przetargu na cały okres trwania, a więc w tym przypadku cztery lata. A teraz będę złośliwy (nikt mi nie odmówił tego prawa): małostkowość Pana zgubi. Czego nie życzę. 


KOMENTARZ 6:
Cieszę się, że TW pomyślał w końcu o benefisie Kowalskiego, choć nie wiem, czy faktycznie wcześniej nie było na niego czasu i czy Artysta nie powinien być mi wdzięczny. Ale dajmy temu spokój.
Toski na blogu nie recenzowałem, nie czuję się więc w obowiązku odpowiadać na Pana pytanie.
A co do rzetelności - wie Pan, Teatrowi źle służą takie kontrowersje, a sprawa nie była transparentna, skoro Urząd Marszałkowski nie uciął jej w powijakach, ale jednak zajął się wyjaśnianiem. Byłbym nierzetelny, pokazując kontrowersje wokół nowej Dyrekcji w momencie, gdyby podano do publicznej wiadomości protokół z przeprowadzanej przez Urząd kontroli. Tak się jednak nie stało, sytuacja zatem nijak nie jest publicznie rozstrzygnięta. Argument z PiSem jest tym samym poniżej pasa; pasuje zresztą jak pięść do nosa, co potwierdzają moje wpisy o innych niż Teatr rzeczach. Póki Teatr żyje z naszych podatków mamy prawo nie tylko pytać, ale także spodziewać się publicznych i urzędowych odpowiedzi.

Swoją drogą to dziwne, że można zostać małostkowym tylko dlatego że powie się coś krytycznego o Teatrze. Ale dziwić się, to dobra rzecz w życiu.

   

PS. Przepraszam za formę graficzną cytatów, innego efektu nie udało mi się osiągnąć, a na przepisywanie listu ręcznie nie miałem czasu, wszak koniec roku...


*Aż dziw bierze, że pracownicy TW nie znają ani not na własnej stronie internetowej, ani stron internetowych własnych spiewaków. Wystarczy poczytać, co napisano o repertuarze Jolanty Bibel i jakie partie wymienia w swoim repertuarze Bernadetta Grabias, by zobaczyć, ile warte jest wyzłośliwianie się mojego oponenta. 
   
  
   







niedziela, 30 grudnia 2012

NOLI ME TANGERE, MINISTRO!

Ministrze Kudryckiej
et consortes
  
1. 
W swojej książce o post-polis Ewa Rewers przywołuje anegdotę dotyczącą Jurija Łotmana, który komentował niegdyś jedno z opowiadań Antona Czechowa.
W opowiadaniu tym bohaterem był inżynier - dumny twórca mostów, który bolał nad tym, że jego nazwisko jest nieznane w odróżnieniu od nazwiska jego kochanki, podrzędnej (także w mniemaniu samego inżyniera) śpiewaczki.
Odnosząc się do tego wątku Łotman stwierdził, że inżynier nie wiedział, że sztuka śpiewaczki - choćby niezbyt wysokich losów - jest zawsze zindywidualizowana, podczas gdy on - budowniczy mostów - bierze udział w przedsięwzięciu wyzutym z osobowości, anonimowym.

2.
Przytoczoną anegdotę wykorzystuje Rewers jako kontrastowe tło. Pokazuje bowiem, ze dziś czasy się zmieniły. Nie dość, że doskonale znamy nazwiska twórców mostów, ale ponadto most stał się ważną kategorią ontologii, mających opisać sytuację współczesnych miast i współczesnej kultury.
Pierwszym ze znanych "budowniczych mostów", o których mówi dalej Rewers, jest konstruktor i architekt Santiago Calatrava - twórca choćby Puente del Alamillo w Sewilli. Mostu Pokoju w Calgary czy Mostu de la Mujer w Buenos Aires.

3.
Piszę o mostach nie bez kozery.
W Polsce tkwimy ciągle w czasach z opowiastki Czechowa. 
Do tego nie próbujemy - nawet anonimowo - tworzyć mostów, które byłyby dziełem sztuki.
Tym samym nie rozumiemy zupełnie kulturowego (ontologicznego) znaczenia mostu.
Tak samo, jak przestaliśmy rozumieć, kim - dla kultury - jest ten, kto mosty tworzy.


4.
Przypomniał mi o tym Karl Dedecius swoim szkicem Sztuka przekładu [Odra 12/2012].
Pisze on tam, że "klasyczna starożytność" nazywała "budowniczym mostów" kapłana, a więc pośrednika między bogami i ludźmi, a dokładniej tłumacza przekładającego to, co boskie, na to, co ziemskie i to, co ziemskie na to, co boskie. 

Most jest dla Dedeciusa symbolem przezwyciężania tego, co dzieli (a dzielić nas może wszystko: "geografia, historia, ekonomia, ideologia", czas czy czasopismo). Jest symbolem porozumienia, bez którego nie ma pojednania. Porozumienie zaś jest dzieckiem rozumu i (z)rozumienia.
"Rozum, (z)rozumienie, porozumienie zdane są [zaś] na pośrednictwo" tłumacza. Tłumaczącego wspólnocie jej własne doświadczenia, jak i przekładającego je na języki inne, zewnętrzne, niekiedy obce.  

"Tłumaczenie piśmiennictwa humanistycznego i literatury pięknej - pisze Dedecius - jest dla narodów tym, czym dla ludzkiego organizmu przemiana materii lub krążenie krwi. W procesach tych chodzi wszakże także o to, aby nie dopuszczać do powstawania zatorów grożących zatorami i chorobami".

5.
Rolę pontifexa, tłumaczącego wspólnocie jej własne doświadczenie, pełnią "rodzimi" humaniści
Ich zadaniem jest ochrona własnego języka, pielęgnowanie rugowanych z niego wartości i znaczeń, a także otwieranie na wartości i znaczenia nowe, wyłaniające się wraz z przekształceniami kultury. Tym samym rolą ich jest ochrona wspólnotowego domostwa, od Martina Heideggera wiadomo przecież, że język jest domostwem bycia.

By chronić macierzysty język trzeba jednak także wystawiać go na próbę zewnętrzności, a więc oddać w ręce tłumaczom, którzy przeniosą go, przekształcą i przekażą. Którzy zdekodują w nim tylko część znaczeń i napiszą nad nimi inne, wynikające z własnych doświadczeń i ze specyfiki tego, co dla nich macierzyste.  



6.
Jako się rzekło, tkwimy w Polsce w czasach z opowiastki Czechowa. Nie pojmując nic z kulturotwórczej roli pontifexa.
Nie rozumiemy, że zadaniem humanisty jest ochorna macierzystego domu i kształtowanie jego przyszłego oblicza. 
Nie pojmujemy, że jego żywiołem jest w pierwszym rzędzie macierzysty język, będący punktem wyjścia do translacyjnej gry przekształceń i przebudowy. 
Nie wiemy także nic o tym, że rolą humanisty jest budowanie mostów, a więc łączenie w jedność (sieci) wielości elementów.   

Wiemy za to, że zadaniem humanisty jest unifikowanie róznorodności doświadczenia poprzez wyrzeczenie się tego, co macierzyste (choćby polszczyzny) na rzecz tego, co podobno międzynarodowe (angielszczyzna).
Wiemy też, że rolą humanisty nie jest ochrona współnotowego świata, ale sprzyjanie kapitałowi przez współpracę z biznesem. 
Wiemy w końcu, że humaniście nie może chodzić o tłumaczenie swojej wspólnocie jej własnego doświadczenia, musi bowiem mówić tak, by zrozumiał go obcojęzyczny ekspert oceniający wnioski o humanistyczne granty.

Marzę o tym, żeby Polsce przytrafił się jej własny Calatrava. 
Marzę o tym, by w krajobraz wtopiły się mosty-arcydzieła.
Marzę w końcu, byśmy zrozumieli, jak ważne dla kultury jest "budowanie mostów".
Zrozumienia tego wszystkiego życzę naszym decydentom. 
Póki co - życząc sobie i im, by od humanistyki... noli tangere!  

sobota, 29 grudnia 2012

DLA KOGO PRAWA CZŁOWIEKA? RAPORT KPH I KONGRES NA UJ-cie

Kampania Przeciw Homofobii [et al.] przygotowała kolejny raport o sytuacji osób LGBTQ w Polsce. To istotne opracowanie, z którym powinien zapoznać się każdy, chociaż w niewielkim stopniu zaangażowany w sprawy publiczne, obywatel.

Obraz, jaki wyłania się z kart raportu, pozostaje przygnębiający. 
Niewiele zmieniło się u nas w kwestii dyskryminacji i przemocy w stosunku do osób nieheteronormatywnych. Oto, co można przeczytać we wstępie do części raportu poświęconej osobom bi- i homoseksualnym:

Uzyskane wyniki pokazują, że wciąż wysoki procent osób bi- i homoseksualnych doznaje przemocy fizycznej i psychicznej ze względu na swoją orientację seksualną (12% badanych stało się ofiarami przemocy fizycznej i 44% psychicznej). Zdarzenia te w zdecydowanej większości wypadków (ponad 90%) nie były zgłaszane policji. Osoby bi- i homoseksualne okazały się narażone na dyskryminację we wszystkich sferach życia: w pracy, w szkole/na uczelni, w miejscu swojego zamieszkania, w miejscach publicznych (w urzędach, w barach, w klubach, w środkach komunikacji miejskiej), w kontaktach ze służbą zdrowia, w kontaktach z przedstawicielami kościołów – około 1/3 badanych sygnalizowała, że doznała gorszego traktowania ze względu na swoją orientację przynajmniej w jednej z tych sfer.
 
W przypadku przemocy zarysowała się różnica ze względu na płeć. Mężczyźni częściej niż kobiety byli narażeni na potrącenie, uderzenie, szarpanie albo kopanie oraz pobicie. Z kolei przemoc wobec kobiet częściej niż w przypadku mężczyzn miała charakter seksualny i rozgrywała się w sferze prywatnej: sprawcami częściej byli matka, ojciec lub przyjaciel, a do przemocy dochodziło we własnym mieszkaniu lub w innym miejscu, które najczęściej było mieszkaniem innym niż własne. Ta zależność powtórzyła się także w przypadku przemocy psychicznej – mężczyźni częściej doznawali jej w sferze publicznej, a kobiety w prywatnej – kiedy sprawcą był ktoś z rodziny, a zdarzenia miały miejsce w mieszkaniu ofiary.
 
Dane z badania wskazują, że klimat wokół osób LGB się nieco zmienił, ale jeszcze daleko mu do tego, w którym osoby bi- i homoseksualne będą mogły czuć się bezpiecznie i swobodnie we własnym kraju. Warto zauważyć, że choć obniżyły się odsetki osób, które w ostatnich dwóch latach doznały przemocy fizycznej i psychicznej lub dyskryminacji w sferze publicznej ze względu na swoją orientację seksualną, to jednak wskaźniki te pozostają wciąż wysokie. Nie zmieniła się lub wręcz wzrosła nieufność ofiar przemocy wobec policji. Obniżył się odsetek osób ukrywających swoją orientację w sferze publicznej (o 15 punktów procentowych w miejscu pracy, o 10 punktów procentowych w szkole/na uczelni, o 13 pkt przed sąsiadami), ale wciąż większość osób LGB czuje konieczność ukrywania swojej orientacji w takich miejscach. Około 70% respondentów nie ujawnia swojej orientacji w miejscu pracy i w szkole/na uczelni, połowa ukrywa ją przed otoczeniem w miejscu zamieszkania (np. przed sąsiadami), a 40% robi to, nawet żyjąc w związku z partnerem/partnerką tej samej płci. Zwiększył się jednak odsetek osób nieujawniających swojej orientacji przed rodziną (o 7 punktów procentowych) – obecnie 63% respondentów zadeklarowało, że choć jedna osoba z rodziny wie o ich orientacji. Dodatkowo alarmująco duża liczba osób ma poczucie osamotnienia – prawie połowa badanych i aż 42% przyznaje się do myśli samobójczych w ostatnich miesiącach. W szczególnie trudnej sytuacji są osoby najmłodsze. W porównaniu z wynikami badania na próbie reprezentatywnej „Diagnozy społecznej 2011” o wiele więcej osób LGB (19–50 lat, wykształcenie średnie i wyższe) czuje się samotna (różnica aż 31 pkt). Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku osób najmłodszych (15–18 lat) – ponad połowa nastolatków LGB (56%) ma poczucie osamotnienia w porównaniu z 13% próby nastolatków z „Diagnozy…”.
 
Poza tym wśród ogółu badanych w „Diagnozie...” o samobójstwie w ostatnich miesiącach w ogóle nie myślało 91% osób, kiedy wśród gejów, lesbijek i osób biseksualnych jedynie 62%! Takie myśli dosyć często i często nachodziły 13% osób bi- i homoseksualnych i zaledwie 2% osób w zdecydowanej większości heteroseksualnych. W najtrudniejszej sytuacji są osoby najmłodsze – 63% nastolatków bi- i homoseksualnych myślało w ostatnim czasie o samobójstwie! (wśród nastolatków z „Diagnozy…” było to 12%). Tak ogromne liczby wskazują na potrzebę podjęcia natychmiastowych działań zaradczych skierowanych do gejów i lesbijek w szkołach. Generalnie osoby LGB w wieku od 19–50 lat z wykształceniem średnim i wyższym oceniają swoje życie jako mniej udane niż analogicznie wybrana próba Polaków z „Diagnozy społecznej 2011 ” – średnie oceny wynoszą dla próby LGB 4,9, a dla „Diagnozy…” 5,39. Jeszcze większe różnice w ocenie jakości życia widać pomiędzy nastolatkami.
 
(…) osoby bi- i homoseksualne częściej niż osoby heteroseksualne w sytuacjach trudności życiowych reagują mniej efektywnymi sposobami radzenia sobie z problemami i doświadczają poczucia bezradności, czyli przekonania o braku możliwości wpływu na zmianę swojej sytuacji. Poczucie bezradności w większości wypadków prowadzi do chronicznego stresu i depresji. Dotyczy to w większym stopniu kobiet biseksualnych i lesbijek niż mężczyzn biseksualnych i gejów.

Paradoksalnie, równie kosmetyczne zmiany na plus zaszły w naszym życiu publicznym. Co prawda, wraz z dojściem do władzy ekipy Tuska zmieniła się retoryka sejmowa, ale nie poszły za nią jakiekolwiek zmiany prawne. Wręcz przeciwnie, w praktyce polityka PO jest tak samo konserwatywna, jak polityka PiSu (dobitnie świadczą o tym losy ustawy o związkach partnerskich).

***

Autorzy raportu wyrażają nadzieję, że trafi on na biurka decydentów i stanie się podstawą do zmian prawnych i społecznych w Polsce. 

Obawiam się jednak, że nadzieje te są płonne. Poświadcza to chociażby przebieg Kongresu Praw Człowieka zorganizowanego przez UJ.
Okazuje się, że dla rodzimych głów prawa człowieka nie znaczą nic, jeśli nie stoi za nimi katolicka dogmatyka, pozwalająca nie tylko odnosić się z aprobatą do wystąpień jawnie homofobicznych, ale ponadto zwalniająca z obowiązku reagowania na przejawy rasizmu. 
Jako że na stronach UJ-tu zapoznać się można tylko z pogodnym obliczem Kongresu, odsyłam do dwóch wpisów na blogach, z których samemu czerpię informacje. 

Mój przyjaciel, którego imienia nie zdradzę, żeby przez przyjaźń z gejem sam nie popadł w tarapaty, powiedział, że idea praw człowieka zaczyna się kończyć. Zważywszy na polskie do nich podejście - można się tylko cieszyć.

Ale to radość przez łzy. W korespondencji Julii Hartiwg i Artura Międzyrzeckiego z Turowiczami znalazłem taką oto wypowiedź Jerzego Turowicza:
Występy naszych posłów i senatorów [pierwszej - po zmianie ustroju - kadencji] nie zawsze zachwycają, jest w tym gronie - niestety - trochę bałwanów, ale trudno, to początek, rodage, może zmądrzeją (??).

Cóż, lata biegną, mądrzenia nie widać. Tylko liczba bałwanów jakby większa! 

środa, 26 grudnia 2012

KONSERWATYZM, HISTORIA, META-HISTORIA. ROZMAWIAJĄC Z TADEUSZEM BARTOSIEM

Jednym z piękniejszych publicystycznych prezentów pod tegoroczną choinkę jest opublikowany przez Krytykę Polityczną wywiad, jaki z Tadeuszem Bartosiem przeprowadził Cezary Michalski.
Bardzo cenię Bartosia za jego prace naukowe, a Jego Koniec prawdy absolutnej uważam nawet za jedną z najważniejszych publikacji ostatniej dekady (co w naszym kraju oznacza też, niestety, kompletny brak zainteresowania i rzetelnej debaty). 
Nieco inaczej wygląda rzecz w przypadku Jego publicystyki - ta bywa nieraz nazbyt ideowo i emocjonalnie zaangażowana, a za słabo uargumentowana, ale rozumiem powody.

Na szczęście w przypadku wspomnianego wywiadu mamy do czynienia z perfekcyjnym połączeniem publicystycznej prostoty (cóż, książki naukowe nie są dla każdego, a filozof nie może mówić tylko do grona akademicko-wybranych!) i analitycznej wnikliwości.
Gorzkie słowa pod adresem Benedykta XVI i papieskiej wizji kościoła nie przeradzają się przez to w połajankę, ale są rzeczową dyskusją z religijnym konserwatyzmem oraz próbą pokazania alternatywnych form patrzenia na kościół i religię.  

 ***

Główną tezą wywiadu jest - analogicznie jak w przypadku Końca prawdy absolutnej - przekonanie, że współczesny Kościół rzymsko-katolicki żyje schedą po nowożytnym racjonalizmie. 
Nowożytność jest dla Bartosia czasem rodzenia się wszelkiem maści absolutyzmów, którym zadaniem było dostarczenie "jednoznacznych rozwiązań życiowych" przez wskazanie zbioru prawd pewnych, mogących zatem służyć jako poręczne instrukcje myślenia i postępowania. 
Tendencje te odciskają na katolicyzmie różnorodne piętno. Sobór Trydencki unifikuje liturgię, tworząc centralny ryt sakramentów. W walce z kontrreformacją uspójnia się i usztywnia doktrynę, pozbawiając dogmaty historyczno-hermeneutycznego charakteru. W końcu ogłasza się dogmat o papieskiej nieomylności, w którym ubóstwienie tego, co skończone, uzyskuje swoje apogeum. Owocem tych przemian jest także zmistyfikowane pojęcie tradycji, zmistyfikowane, gdyż to, co jest na wskorś historyczne, pokazywane jest jako niezmienne, by nie rzec - wieczne.

Bartoś słusznie zauważa, że Kościół katolicki walcząc wpierw z protestantyzmem, później ze scjentyzmem, wykorzystuje w tej walce ideały scjentystyczne, traktując świat jako system opisany w niepodważalny sposób przez mathesis universalis katolickiej doktryny.

Spektakularnym wyrazem tego dziwnego mariaży Kościoła i "nauki" jest katolicki "materializm biologiczny". Tak mówi o nim Bartoś:
Kościół był zawsze za duszą, a ciało pozostawiał gdzieś z tyłu. Teraz jednak mamy w Kościele prawdziwe królestwo biologii, czy raczej fantazmatu biologii, bo nie ma żadnej płci czysto biologicznej (pozakulturowej), nie ma człowieka (natury) w abstrakcyjnym oderwaniu od kultury (ducha). To jest niesamowity odwrót w stronę najbardziej prymitywnego oświeceniowego materializmu. Do tego dualizm, kompletny rozdział kultury (duszy) i natury (ciała). Można więc teraz w Kościele mówić o biologii poza kulturą, bo kultura jest zła, np. dopuszcza homoseksualizm. A homoseksualizm jest zły, bo uderza w biologiczne funkcje płci (przenajświętsza reprodukcja). To jest dzisiejsza doktryna Kościoła. Kultura jest zła, bo daje wolność, natura rozumiana biologicznie nie daje wolności, zatem jest dobra. Duch jest wolny, może nawet grzeszyć, więc Kościół Benedykta opowiada się w swoich dyskusjach przeciwko duchowi, całkowicie po stronie biologii, najlepiej egzekwowanej kodeksem karnym. Wszystko w biologii jest zdeterminowane, tego nie można wybrać. Podobnie jak nie można wybrać roli płciowej. Biologia determinuje, żeby nie było żadnego ruchu. Całkowicie zrenaturalizowana została także koncepcja prawa naturalnego. Sprowadzoną ją wyłącznie do instynktu seksualnego i samozachowawczego (tak o prawie naturalnym pisali niektórzy autorzy oświeceniowi). To nie ma nic wspólnego z prawem naturalnym u Tomasza z Akwinu, które było czymś duchowym, prawem moralnym, boską iskrą, śladem boskiego prawa w duszy ludzkiej, było czymś należącym do porządku kultury, do wolności. Najbardziej prywmitywne wczesnooświeceniowe, a później neopozytywistyczne doktyrny - oni stali się ich wyznawcami, żeby tylko nie było miejsca dla wolności. Wygląda to dziwnie, ta przystań, do której zawinął dziś Kościół katolicki.
W wywiadzie Bartoś nie tylko pokazuje, że właśnie tak działa dziś Kościół katolicki (absolutyzację doktryny i uwikłanie dyskursu Kościoła w mechanizm władzy oraz przemocy drobiazgowo pokazuje Bartoś w uwagach na temat książki Benedykta XVI o Jezusie). Dokumnetuje także pogląd, że Kościół przed-nowożytny doskonale obywał się bez ideału pewności i unifikacji, zakładając w swoim myśleniu historyczność i zmienność. 
W końcu zarysowuje także perspektywę Kościoła po-nowożytnego, otwartego na zmiany zachodzące w kulturze, a więc realnie odpowiadającego na fakt ludzkiej kontyngencji (przypadkowości i skończoności).
Właśnie ten ostatni punkt budzi we mnie wątpliwości.

***

Być może punkt wyjścia rozmowy - wspomniana książka Benedykta XVI o Jezusie - przesądził o tym, że szansy dla chrześcijaństwa Zachodnie upatruje Bartoś w powiązaniu religii z naukami historycznymi, w tym z krytyką biblijną. 

Zdaniem Bartosia, nauki historyczne stają się naszym sprzymierzeńcem w chęci spojrzenia na religię instytucjonalną z dystansu. Odsłaniają bowiem dogmatyczne oblicze instytucji, uspajniającej to, czego uspujnić się nie da (choćby opowieści o naordzinach Chrystusa podane przez Mateusza i Łukasza).  
Z kolei odkrycie niespójności w przekazie ewangelicznym ma być szansą dla ich demitologizacji. Idzie o to, by przestać widzieć w Ewangeliach przekazy o fakatch śledzonych z dziennikarską precyzją, a ująć je jako symbole.

Zgadzam się z Bartosiem, że konieczny jest proces ponownej symbolizacji przekazu ewangelicznego. Uważam jednak, że nie da się tego zrobić na proponowanej przez Niego drodze.
Logika, jaką stosuje Bartoś, jest bowiem ciągle logią nowoczesności. Przynajmniej o tyle, o ile tzw. ponowoczesnośći postmodernizm są w istocie nie tyle zaprzeczeniem modernizmu, ile radykalizacją pewnych modernistycznych tendencji.
Logikę tę widać choćby w fetyszyzowaniu przez Bartosia nauk historycznych i krytyki biblijnej, które, co prawda, mogą podważać historyczną wiarygodność przekazów Biblijnych, ale nie są w stanie zaproponować innego rozumienia symbolu czy mitu, niż to, które funkcjonuje w ramach opozycji logos-mythos.

Nie kwestionuję znaczenia nauki ani dla dobra człowieka, ani dla rozwoju refleksji religijnej. Sądzę jednak, że dla dobra religii należy wyjść poza kontekst nowoczesnego uwikłania chrześcijaństwa. Wykorzystanie zdobyczy nauk historycznych i krytyki biblijnej - jak najbardziej nowoczesnych w swej genezie - oznacza zaś pozostanie w ramach, poza które próbuje się wyjść.

Szansą jest tu powrót do perspektyw przechowywanych w kościołach przedchalcedońskich i w prawosławiu.
Kościołu przedchalcedońskie znam pobieżnie, prawosławnym się czuję. Dlatego poniżej podzielę się kilkoma refleksjami na temat tego, co do mojej religijności wniosło prawosławie.

Po pierwsze, z prawosławia nauczyłem się, że "weryfikatorem" wiary jest piękno, a nie rozumiana po kartezjańsku prawda. 
Weryfikacją przez piękno jest w najbardziej praktyczny sposób potwierdzenie przez liturgię - dla prawosławia treścią wiary może stać się tylko to, co potwierdza celebrowana przez wiernych liturgia, ikony, i to, co staje się elementem religijnego życia wiernych. Nie ma tu miejsca ani na nieomylość papieską, ani na automatyczną nieomylność soboru. Pewnie dlatego jest w prawosławiu miejsce na małą liczbę dogmatów, a dużą liczbę opinii teologicznych (tzw. teologumena). A także na nadzwyczajną, godną pozazdroszczenia, aktywność teologiczną świeckich. 

Po drugie, z prawosławia nauczyłem się, co znaczy katolickość, przekładana w spolszczeniu Credo na powszechność. Spolszczenie to oddaje dobrze ducha Kościoła rzymskiego - powszechność bowiem idealnie współgra z unifikacją i uniwersalnością. Nie taki jednak jest sens tego terminu. Jak pokazuje Henryk Paprocki katolickość oznacza tyle, co "według całości",  "a to jest postawieniem akcentu na Kościół lokalny", który powinien być zgodny z całością kościoła co do celebrowanych tajemnic, ale na swój specyficzny - także kulturowo i historycznie - sposób. 

Po trzecie, prawosławie nauczyło mnie, że zadaniem Kościoła nie jest podbój historii, ale zdobywanie Królestwa, a więc, że rolą chrześcijaństwa nie jest pouczanie i rządzenie, ale wtajemniczanie (uwidacznia się to w sposobie celebrowania Liturgii - w prawosławiu jest to w całości eschatologiczny akt radości, w Kościele rzymskim to celebrowanie ludzkiego upadku i przypominanie, że tylko wierność przepisom może przynieść odkupienie). Kościół jest mysterium, a więc wykracza poza historię; jako "obraz współistotności Trójcy" jest przede wszystkim wydarzeniem zbawczym, a dopiero wtórnie - jeśli w ogóle - instytucją. 

Po czwarte, prawosławie nauczyło mnie myślenia komplementarnego i relacyjnego. 
Ilustracją pierwszego może być powszechne zwłaszcza w prawosławiu rosyjskim przekonanie o "androgyniczności" człowieka w stanie rajskim. Co się tyczy drugiego, to stronice, które zapisał Władimir Łosski o tajemnicy Trójcy Świętej, wyprzedzają Jaka Derridę nie tylko czasowo, ale także jeśli chodzi o wyrafinowanie narracji utrzymanej w duchu relacyjnej filozofii różnicy.  

Po piąte, najważniejsze w kontekście Bartosia, od prawosławia nauczyłem się myślenia metahistorycznego. Pamiętam wsztrząsający dla mnie tekst Jerzego Klingera o Rudolfie Bultmannie. 
Przypomnę, że Bultmann był autorem popularnego hasła demitologizacji Nowego Testamentu (właśnie do tego postulatu odnosi się Bartoś). Demitologizacja miała polegać na historyczno-krytycznej lekturze Biblii po to, by wyłuskać z niej prawdę historyczną (da się ją streścić jednym zdaniem - Jezus był rabinem, którego ukrzyżowano za nieortodoksyjność), wszystko zaś, co w narracji biblijnej nie było historyczne, pokazać jako mit wykreowany przez zbiorową wyobraźnię chrześcijan.
Jako katolik z urodzenia i wychowania nawykłem do kontestacji stanowiska Bultmanna. I takie podejście wydawało mi się zupełnie naturalne. Do czasu lektury Klingera, który z całą prostotą pokazał, że Bultmann nie nawołuje do niczego nowego. Dobrze to widać na przykładzie Zmartwychwstania, które świadomość prawosławia uznaje za fakt nie-historyczny (mityczny) i dlatego nidgy w prost nie przedstawia na ikonach (w odróżnieniu od katolicyzmu, gdzie zmartwychwstanie obrazuje się tak, jak każde inne wydarzenie historyczne). 

Różnica między demitologizacją Bultmanna a podejściem prawosławnym jest jednak znacząca.
Bultmann - a za nim Bartoś - pozostają bowiem w kręgu kategorii nowoczesnych. Symbol, mit, jest dla nich projekcią wyobraźni, czymś na skroś subiektywnym. Dla prawosławia zaś mit jest wydarzeniem metahistorycznym i apofatycznym, czymś czego nie da wyrazić się słowem (a więc zamknąć w formułę dgmatu), ale co można przybliżyć poprzez piękno, choćby unaoczniając to poprzez ikonę czy działanie liturgiczne. Nie ma tu mowy o subiektywizmie, zbiorowej wyobraźni, czy manipulacji historią. Jest mowa o wprowadzeniu w doświadczenie, które jest udziałem jednostki dzięki współdziałaniu wspólnoty. I jest miejsce na wiarę, którą nowoczesna świadomość krytyczna zamienia w instrument zaspokajania mniej bądź bardziej subtelnych potrzeb człowieka. 

 ***

Chrześcijaństwo Zachodnie wielokrotnie zarzucało prawosławiu brak zainteresowania doczesnością. Otwartym pozostaje pytanie o to, czy rolą kościoła jest właśnie takie zainteresowanie. 
Myślę, że nie, kościół bowiem powinien być sakramentem uobecniającym to, co wieczne, w tym, co czasowe. Z tego powodu prawosławiu zarzuciłbym raczej niekonsekwencję. 

Odejście od sakramentalno-eschatologicznego rozumienia kościoła stoi bowiem choćby za związkiem cerki i tronu (wszelkiej maści) w Rosji. Stoi także za niechęcią do "czynnych homoseksualistów", których miłość w perspektywie Królestwa, w którym nie ma już ni mężczyzny, ni kobiety, może być oceniana negatywnie tylko wtedy, gdy fetyszyzuje się przekonania stricte kulturowe i historyczne.

Tak czy owak, z Bartosiem łączy nas to, co zasadnicze. Cieszę się z jego głosu, bo krytykuje on Kościół rzymski nie w imię ateizmu (taką argumentację zawsze najłatwiej zbić, choć świadczy to tylko o poziomie dyskusji), ale w imię obrony religijności człowieka. Linia krytyki jest mi bliska. Tak jak wskazanie wyjścia - w postaci symbolizacji przesłania chrześcijaństwa. Sądzę też, że łączy nas podobne rozumienie symbolu. Tyle że osiągnięcie takiej symbolizacji wymaga, moim zdaniem, całkowitego wyjścia poza dorobek (po)nowoczesny. I powrotu do perspektywy, w jakiej myśli choćby prawosławie.  
Nie mnie oceniać, kto ma rację. Sam wolę przepracowywać w prawosławiu to, co wydaje mi się jego niewiernością względem samego siebie. By kiedyś - być może - znaleźć się w nim także oficjalnie.  


niedziela, 23 grudnia 2012

LIST POSTMODERNISTYCZNEGO DIABŁA NA 4 NIEDZIELĘ ADWENTU

1.
Kolejna niedziela Adwentu niespodziewanie przechodzi już w radosną nadzieję Wigilii.
Czas na ostatnie refleksje nad tym, co z perspektywy nowego świątecznego cyklu będzie się chciało przeżyć inaczej, co zmienić w sobie, co przepuścić przez ogień matanoia.

2.
Do czego chcieć dorosnąć?
Do tego, że kościół "poświęca i uświęca raczej niż poucza" i że jego rolą nie jest wojowanie, by podbić świat, lecz wojowanie by zdobyć Królestwo - kościół tedy nie jest instytucją podbijającą ziemskie latyfundia, ale heterotopią - "nie-miejscem", sakramentem w którym ujawnia się Królewsto jako celebracja chwały.

Do tego, że świętość nie jest pojęciem etyczno-jurydycznym, ale ontologicznym. A więc 
że nie chodzi w niej o zachowanie zgodne z kodeksem, ale o przemienienie boskimi energiami; 
że nie chodzi o bycie nadczłowiekiem, ale o liturgiczne przeżywanie codzienności "śpiewając swojemu Bogu".

Do tego, by bez względu na okoliczności pamiętać, że człowiek jest istotą liturgiczną. Prawdą jego natury nie jest doczesność, a bogonośność i bogokształtność, to że "bogokształtnej istoscie człowieka odpowiada Człowieczeństwo Boga".

Do tego, że nie chodzi o odmawianie modlitw, ale o bycie modlitwą - wieczystą adoracją o wymiarze nie czysto ludzkim, ale kosmicznym
Liturgia bowiem jest wykładnią stwórczego aktu Boga, miejscem ujawniania się piękna przedustanowionej harmonii elementów wszechświata.
Piękno zaś jest "ontologicznym warunkiem przyjęcia Boga".

Do tego, że świat nie dzieli się na wierzących i niewierzących (komu bowiem z perspektywy ludzkiej to orzekać?), ale na tych, którzy bardziej bądź mniej sprzyjają jednościJedności ziemi i roślin, zwierząt i ludzi, tego co ziemnskie i gwiazd, by pod czułą troską człowieka-liturga śpiewać razem chwałę swojemu Bogu i odsłaniać Jego obecność w świecie. Poprzez piękno, stanowiące wyraz pneumatoforycznej natury wszechświata.

3.
Modlę się mój Boże o to, bym
"miast duchowej żarliwości i wzniosłej czystości Twych świętych" uczył mnie, jak konsekwentnie iść ku temu, "co porusza się w ciemności materii", byś uczył mnie, jak realizować moje powołanie do bycia nie synem Nieba, a synem Ziemi.

Modlę się mój Boże i o to, bym
umiał widzieć, że świat jest Twoim Ciałem, gdyż od chwili Twojego Wcielenia wcielona jest wszelka materia. 
Proszę, bym umiał też widzieć, że Twoje-Ciało-będące-ciałem-świata jest tak podobne do naszego ciała, iż rozpada się pod naciskiem naszych analiz, będąc do ogarnięcia tylko "w nieskończonym wysiłku dosiągnięcia go poza granicami tego, co jest nam dane".

Modlę się dalej o to, bym
umiał przemieniać skończoność świata złożonym w nim nieskończonym pięknem. Bym potrafił sprzyjać wszystkiemu, co pozwala pięknu się wydarzyć, oduczając się ograniczającej piękno zazdrości. 
Proszę, bym umiał adorować liturgię miłości, gdy rozgrywa się na mych oczach.
Ale proszę też, bym potrafił się do niej przyłączyć pamiętając, że sam jestem teomorficznym nosicielem piękna.

Modlę się, byś 
wyrwał mnie z kościoła-instytucji, byś oduczył patrzeć na siebie tylko przez pryzmat moralno-prawny. Proszę, 
byś w prostocie nauczył mnie kochać samego siebie,
dostrzegać blask Twojego piękna we mnie i w moich czynach,
byś uczynił mnie sakramentem, a przez to pozwolił budować jedność świata. 

Modlę się, byś nauczył mnie celebrować mszę na ołtarzu świata, gdzie "kielichem i pateną są głebie duszy szeroko otwartej" na Twoje energie, gdzie Hostią jest całe Stworzenie, a Winem praca nasza i trud. Proszę byś otworzył mnie na Swój Ogień, w którym adorować można nawet płacząc.

 4.
Nade wszystko Panie daj mi rozumieć, że szatan jest ojcem rozproszenia i podziału, i naucz mnie służyć jedności.
Spraw, bym nie dzielił świata na ludzi i nie-ludzi.
Spraw, bym nie dzielił ludzi na takich czy owych.

Daj mi trwale pamiętać, że stworzyłeś człowieka "ad imaginem suam; ad imaginem Dei creavit illum: masculum et feminam creavit eos". Że człowiek był kiedyś jednością i pełnią - przenikaniem się i uzupełnianiem tego, co dopiero grzech podzielił na kobiece i męskie.

Daj mi nigdy nie zapominać, że eros 
nie jest siłą nieszczącą człowieka, 
ale mocą, która "z mrocznych głębin chaosu wydobywa na światło kosmos",
siłą, która wytrzebia z osobowości moce odpychania, repulsji, dzięki którym buduje się zwartą i odróżnioną od innych tożsamość po to, by zachowując to, co najlepsze w indywiduum, otworzyć je na doświadczenie pełni, w której wszystko jest "akceptacją, przejrzystością, przenikliwością powszechną i wzajemną",
czyli objawieniem pełni, w której wszyscy są wszystkim we wszystkich, a więc ujawnieniem nieba. 


[Pisząc korzystałem z dwóch tekstów: Pierre'a Teilharda de Chardin Mszy na ołtarzu swiata oraz Paula Evdokimova Kobiety i zbawienia świata]. 






  

wtorek, 18 grudnia 2012

MOIM OPONENTOM. KU CHWALE ŁÓDZKIEJ OPERY

Roztańczonej i Plastusiowi
I zakładam, że nie tylko im  

**
Od czasów zwrotu lingwistycznego wiemy, że granice naszego języka są granicami naszego świata.
Od czasów zwrotu performatywnego wiemy, że tożsamość nie jest czymś danym, ale czymś, co ustanawia się w dyskursie.

Nawet jeśli wczoraj nie byłem jeszcze megalomanem, dzięki komentarzowi Roztańczonej dzisiaj już nim jestem, bez pardonu więc mogę skupić się "na własnej doskonałości, samozadowoleniu oraz świadomości własnej wartości, znaczenia i możliwości" [tak zalecona przez Autorkę Wikipedia].

W pierwszym odruchu zacząłem zastanawiać się nad powodami tej kwalifikacji. W swoich wpisach poświęconych koncertom organizowanym przez Teatr Wielki nie znalazłem bowiem nic, co świadczyłoby o mojej wielkości. Były one raczej zapisem smutku, który dopadł mnie po eventach organizowanych przez łódzki Teatr Wielki, a także wyrazem troski o tę bliską mi placówkę. 

Owszem, 
stoją za mnie lata uczenia się muzyki i osłuchiwania się z nią, 
mam na koncie doświadczenie i z nauką śpiewu, i z emisją głosu (w tym drugim maczała palce także Krystyna Feldman), 
mimo wykonywania nie-muzycznego fachu wciąż zajmuję się teorią muzyki (a metodologią nauk o muzyce zajmuję się także zawodowo),
mam w końcu nie najgorszy słuch, a także
doświadczenia związane z kuratorowaniem wystaw i - mówiąc ogólnie - przestrzenią plastyczną i sceniczną.
Wszystko to traktowałem jednak jako uposażenie może nieco bardziej kompetentnego melomana, nie mając powodu do przeceniania swoich melomańskich kompetencji.

Okazuje się jednak, że odwaga w formułowaniu własnych doświadczeń estetycznych i opisane wyżej sprawności wystarczą, by odkurzyć nieco zatęchłe lokalne środowisko piszących i recenzujących muzyczne wydarzenia. 
Okazuje się także, że dzięki reakcjom ich wiernych akolitów poczuć się można niemal jak szara eminencja, dopieszczając tym samym własne ego w stopniu zdecydowanie większym niż onegdaj.

*** 
Dzięki Roztańczonej wiem również, że jako megaloman nie tylko nadmiarowo dopieszczam własne Ja, ale cierpię także na urojenia psychotyczne. Taka ocena zobowiązuje, więc zanim podjemę się zdrowienia, podzielę się kilkoma urojeniami.

Otóż uroiłem sobie, że żyję w świecie wolnych ludzi, mających prawo oceniać imprezy w których biorą udział, a także liczyć na polemikę ze swoimi poglądami.

Uroiłem sobie również, że polemika ma charakter merytoryczny i prowadzona jest z zachowaniem standardów racjonalniej (nie emocjonalnej) dysputy.

Uroiłem sobie nadto, że polemika rządzi się nie tylko regułami zasadności merytorycznej, ale także regułami dobrego wychowania. A więc, że biorące w niej udział strony potrafią choćby zachować stosowne formuły grzecznościowe, zależne od stopnia zażyłości z dyskutantem.

W końcu uroiłem sobie i to, że polemiści mają odwagę mówić we własnym imieniu, nie kryjąc się pod wygodną egidą nicków, zwalniającą od jakiejkolwiek odpowiedzialności za wygłoszone słowa.

***
Jako że są to tylko urojenia, w praktyce spotkałem się z argumenta ad personam. Spieszę wyjaśnić, korzystając ze źródeł nieco bardziej wyrafinowanych niż Wikipedia, że jest to sposób argumentowania pozbawiony zawartości merytorycznej, a skoncentrowany na cechach oponenta, które mają podważyć jego kompetencje. Często wykorzystuje się w tym przypadku "czynniki emocjonalne i pozaracjonalne sugestie, nielojalne chwyty i fortele", które mają na celu między innymi wyprowadzenie dyskutanta z równowagi. Jak podkreśla Artur Schopenhauer ten sposób prowadzenia polemiki stosuje się wtedy, gdy nie ma szans na wygranie sporu drogą merytoryczną.

Komentarze moich oponentów idealnie ilustrują powyższą charakterystykę.

MJ alias Plastuś bierze mnie pod włos pytając o związki ze szkolnictwem muzycznym.
Roztańczona z kolei traktuje jak chorego, życząc zdrowia, insynuuje stronniczość i zarzuca brak merytoryczności. Zwracając się do mnie jak do znajomego (tylko w takim wypadku można używać formy "Panie Marcinie") podziwia moją nieumiejętność zajmowania sobie wolnego czasu czymkolwiek innym niż bicie piany.

W obu komenatrzach nie ma jednak ani jednego zdania, które w sposób merytoryczny podważałoby którekolwiek z moich stwierdzeń. Jest za to emocjonalne wzburzenie i agresja, wygodne, bo nieautoryzowane niczyim imieniem i nazwiskiem.
  
*** 
Jest mi szczerze przykro, że obrońcy aktualnej sytuacji w TW nie potrafią wyjść poza anonimowość i argumentowanie ad personam. Odbierają bowiem łodzianom szansę na pierwszą od lat dyskusję dotyczącą jednej z ważniejszych instytucji kulturalnych tego miasta. 

Jestem też szczerze zmęczony poziomem wpisów obrońców status quo
Napisałem wyżej, że cenię sobie wolność, dlatego nie myślę nawet o usuwaniu Państwa komenatrzy spod moich wpisów.

Wszystkich kolejnych obrońców proszę jednak o dwie rzeczy - o kulturę dyskusji i kulturę osobistą. Sposobem polemiki wystawiają bowiem Państwo ocenę nie mnie, a środowisku, któremu Państwo służą.

Pisząc o kulturze osobistej myślę nie tylko o argumentacji ad rem, a nie ad personam, ale także o zadbanie o elementraną logiczność wywodu.
Roztańczonej chcę bowiem uświadomić, że domniemana "punktowość" moich recenzji wynika właśnie z faktu, że nie służę interesom żadnych znajomych. Gdybym czerpał wiedzę z takich źródeł, moje spojrzenie byłoby bowiem rozleglejsze i nie ograniczało się do opisywania tylko tego, co widzę i słyszę danego wieczora (no, może pomijając sytuację Krzysztofa Bednarka, którego cenię, ale z którym rozmawiałem raz w życiu).

***
Na koniec za komenatrze pięknie dziękuję.
Nie dość, że podreperowałem poczucie swojej wartości, to jeszcze miałem okazję doświadczyć śmiechu, Bataille'owskiego śmiechu. Wyobrażając sobie, ile dymu wywołałaby autentyczna szara eminencja, pokroju Kisiela czy Waldorffa. 

  


poniedziałek, 17 grudnia 2012

BAROK, JAZZ I DYKTAFON, CZYLI BACH MASECKIEGO

Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki Gustava Mahlera. Do tego stopnia, że wciąż twierdzę, że najszybsza droga do tego, by mnie zrozumieć, wiedzie przez Lied von der Erde i Kindertotenlieder.
Nie wyobrażam też sobie życia bez madrygałów Gesualda, Preludiów Claude'a Debussy'ego, Suit wiolonczelowych Benjamina Brittena czy la nueva cancion Mercedes Sosy.

Gdybym jednak miał powiedzieć, kogo w muzyce ukochałem najbardziej, rzekłbym - Jana Sebastiana Bacha. On jest na początku, później jest nicość, z której wyłania się i narasta geniusz innych, tak, jak w przygrywce do Złota Renu wyłania się i narasta świat pod dyktando pogodnego akodru F-dur.

Bach jest w jakiejś mierze kompozytorem najbardziej uniwersalnym. 
Doskonale osadzonym w swoich czasach, a przez to umiejącym poza nie wykraczać.
Doskonale obeznanym z muzycznym rzemiosłem, a przez to mogącym pozwolić sobie na dezynwolturę.
Doskonale rozumiejącym ideę mathesis universalis, a przez to pojmującym, że matematyka ma sens tylko o tyle, o ile jest wstępem do intuicyjnej doświadczenia metafizycznej strony świata.

Ale uniwersalizm Bacha wyraża się jeszcze w czymś jednym. Mianowicie w tym, że jest jedynym kompozytorem, który nie daje się przypisać do jakiegoś nurtu w historii muzyki. W tym sensie jest choćby jednocześnie najszacowniejszym z klasyków i najpierwszym z jazzmanów
O ile bowiem Fryderyk Chopin, muzycy baroku czy kompozytorzy oper są wdzięczną kanwą dla jazzowych przeróbek, o tyle Bacha jazzmani potrafią grać "na czysto", realizując tylko to, co w nutach zapisał lipski Kantor. Niech przykładem będzie tu Kieth Jarrett i jego klawesynowe nagranie Wariacji Goldbergowskich.


 Całkiem świeżo włączył się w ten nurt nasz Marcin Masecki wypuszczając na rynek swoją interpretację Sztuki fugi. Pianista zdecydował się na utrwalenie wcześniejszej wersji dzieła (z 1742 r.), złożonej z czternastu części tworzących logicznie zamknięty cykl (dwanaście fug i dwa kanony).  
Jak podkreśla Christoph Wolff, cykl ten zbudowany został w oparciu o dwie zasady. Pierwsza, to narastające komplikowanie rodzajów kontrapunktu.
Druga, to narastanie motoryczności tematu, tak, by kompozycja robiła wrażenie rozwijających się wariacji.
Różnorodność Sztuki fugi zapewniona jest z kolei dzięki złożoności struktur rytmiczno-melodycznych. Pozwalają one Bachowi przeprowadzić kompozycję przez wszystkie najważniejsze muzyczne style.
Punktem wyjścia jest tu "klasyczna prostota, przypominająca kontrapunkt szesnastowieczny, następnie nawiązuje do dominujących wzorców, takich jak styl francuski, i wreszcie przechodzi do najbardziej wyrafinowanych manier nowoczesnych, obecnych szczególnie w filigranowej sieci kapryśnych kanonów dwugłosowych". 

Co z tego bogactwa udało się przekazać Maseckiemu?
Cóż, podszedł on do Sztuki nieco przewrotnie - nagrywając utwór na dyktafon i dopiero później przenosząc na formę cyfrową. Miało to zabezpieczyć arcydzieło Bacha przed brzmieniem chopinowskim, właściwym zdaniem pianisty dla współczesnych fortepianów. Uważam jednak, że miało to schować pianistę za wykonywanym utowrem, eksponując nie wirtuoza, a wykonywane dzieło (temu samemu służy też sposób wydania płyty, bez jakiegokolwiek komenatrza, bez książeczki, z czcioną funkcjnującą na zasadach petitu).
Dźwięk bowiem jest tu nieco zamazany, impresjonistycznie zamglony. Sposób nagrania nie pozwala go specjalnie różnicować. Znieczula także nagranie na emocjonalny ekshibicjonizm artysty.  
Dzięki temu zabiegowi nagranie jest ascetycznie zimne i analityczne - pod mgłą pozwala bowiem śledzić uważnemu słuchaczowi bogactwo Bachowskich faktur, realizowanych z polotem przez Maseckiego.

Przyznaję, że lubię ascetyczne i analityczne realizacje  Sztuki fugi. Moją ukochaną jest nagrana kiedyś z radia (klawesynowa) intepretacja Davitta Moroneya. Maseckiemu trudno się z nim równać, albowiem Moroney'owski chłód ma nie tylko służyć pokazaniu konstrukcji Bachowskiego dzieła, ale także otwierać słuchacza na doświadczenie medytacji. Ale przecież w świecie dość jest miejsca na różne odcienie piękna. Niewątpliwym atutem nagrania Maseckiego jest to, że ktoś nieobeznany czy niechętnym odsłuchiwaniu faktury utowru, może dać uwieść się szkistej, nieco stalowej i zamglonej barwie nagraniowo spreparowanego instrumentu, w co pięknie wprowadza fuga lustrzana oznaczona jako dodatek 14.1 (jest to doświadczenie kapitalne w taką pogodę jak dziś!, choć pod koniec może denerwować wspomnianą już jednostajnością). A jazzowa konduita sprawcy może przyciągnąć do Bacha słuchaczy spoza kręgów "klasycznych maniaków". Mimo to zdaję sobie sprawę, że to nie płyta dla każdego odbiorcy. 
Polecam ją zatem z czystym sumieniem, ale na odpowiedzialność słuchających! 
  

sobota, 15 grudnia 2012

KIM JESTEŚ KRYTYKU???

1. 
O potrzebie badań inter-, trans- i multi-dyscyplinarnych mówi się dzisiaj wiele. 
O wiele mniej się ich prowadzi.
Powód wydaje się dość prosty. 
Z jednej strony badania wykraczające poza jasno zdefiniowany obszar są wyrazem indywidualnej pasji, trudno więc o podobnego fascynata w postaci życzliwego, acz krytycznego recenzenta.
Z drugiej z kolei badania takie narażone są na atak ze strony nieżyczliwych. Obligują bowiem badacza do korzystania z różnorodnych metodologii i posługiwania się rozlicznymi kompetencjami, których w jakiejś mierze nie można "legitymizować" posiadanym dyplomem. To zaś łatwy łup dla tych wszystkich, którzy mylą posiadanie dyplomu z posiadaniem merytorycznego przygotowania i kompetencji. 

2.
Szukając jakiejś wyrazistej egzemplifikacji opisanego status quo do głowy przyszły mi dwie postaci.
Pierszą jest Elżbieta Tyszecka, autorka pionierskich na naszym gruncie badań poświęconych muzyczności prozy, czy - szerzej - związków muzyki i literatury. Jej wyrafinowana i bardzo autorefleksyjna książka (jak każda niepozbawiona rzecz jasna mankamentów, które zgrabnie opisał lata temu Witold Paprocki w końcówce recenzji zamieszczonej przez Ruch Muzyczny) dotycząca prozy Marcela Prousta, Jarosława Iwaszkiewicza i Tomasza Manna nie znalazła przychylności ani w środkowisku akademicko-muzycznym, ani akademicko-filologicznym, które nie potrafiły ani włączyć jej do określonej dyscypliny naukowej, ani ocenić z perspektywy ponad-dyscyplinarnej.
Drugą jest Bohdan Pociej, enfant terrible środowiska muzycznego z tego powodu, że szybko zdał sobie sprawę, że muzyka rozumiana jako fenomen całościowy wymaga odejścia od dyskursu muzykologicznego w stronę filozofii muzyki.  Wielu kolegów po przysłowiowym recenzenckim i teoretyczno-muzycznym fachu nie potrafiło objąć tej zmiany perspektywy, nie potrafiło tym samym zrozumieć z jakiej perspektywy dokonywał on objaśnienia i oceny utworów. Pociej to zresztą przypadek szczególny. Albowiem o wiele więcej zastrzeżeń mogliby mieć do jego pisania filozofowie, niż ludzie związani z muzyką. Ci pierwsi rozumieli jednak, że Pociejowi nie idzie ani o precyzję badań historyczno-filozoficznych, ani o cytowanie cudzych poglądów, ale o rozwijanie własnej filozoficznej intuicji po to, by lepiej rozumieć muzykę. Drudzy często gęsto nie rozumieli zgoła nic.

3.
Atoli czasy się zmieniają. Teoretycy muzyki mają coraz większą świadomość tego, że "Muzyka w swej najwyższej, choć oczywiście symbolicznej formie, jest nie spełnionym symbolem. ... Zasadnicza funkcja znaczenia, która wymaga stałych treści, nie jest spełniona, ponieważ nigdy nie można przypisać wyraźnie tego, a nie innego znaczenia danej formie". 
Marta Szoka, komentując to zdanie Susanne Langer w metodologicznym wstępie do swej wspaniałej pracy o George'u Crumbie pisze, że musimy zgodzić się "na pewną nieskuteczność podejmowania prób zbliżenia się do odkrycia znaczenia dzieła muzycznego, do uchwycenia jego sensu i przekazu. Problem dzieła i jego znaczenia w kontekście kulturowym, psychologicznym, estetycznym itd. oraz interpretacja jego znaczeń 'przy pomocy kodów historycznie określonych' wskazują na nadrzędną przydatność metody hermeneutycznej w tym dociekaniu".
To ważne słowa, Szoka - będąca zarówno wybitnym muzykiem-praktykiem, jak i muzykiem-teoretykiem - wskazuje bowiem, że próba integralnego zrozumienia dzieła muzycznego wymaga kompetencji hermeneutycznych. Te zaś kształtowane są nie w ramach studiów muzycznych, ale w pierszym rzędzie filozoficznych, dalej zaś filologicznych. Że tak jest przekonują Jej własne analizy Crumba, których wirtuozeria i wnikliwość wystarczy do potwierdzenia hermeneutycznych kompetencji Szoki, nie będącej bynajmniej dyplomowanym filozofem czy filologiem.  

4.
To, co wydaje się dziś koniecznością na poziomie akademickich badań dotyczących muzyki, konieczne jest również na poziomie krytyki muzycznej. 
Przede wszystkim dlatego że zdajemy sobie coraz bardziej sprawę ze złożoności zjawiska jakim jest dzieło muzyczne i jego znaczeniowość. Elementami tej złożoności są czasowość dzieła, jego kulturowe usytuowanie, kwestia relacji muzycznego zapisu do wykonania, ale także przestrzenność muzyki. Ta ostatnia badana jest dzisiaj w wielu formach - od przestrzenności pratytur począwszy, przez przestrzenność odbioru (np. świadoma gra przestrzennym rozmieszczeniem wykonawców), na teatralności skończywszy. Dobrym przykładem jest tutaj opera, którą - wracając do źródeł - od pewnego już czasu proponuje się rozumieć jako dzieło integralnie teatralne, łączące więc w sobie jako równorzędne elementy muzykę, grę aktorską, reżyserię czy scenografię.
Jeśli tak jest, to kto ma oceniać udatność realizacji? Osoba z dyplomem historyka muzyki? Wokalista znający tajniki techniki śpiewu? Instrumentalista? Dyrygent? Dyplomowany reżyser? Scenograf? Historyk sztuki?
Najpewniej ktoś, kto łączy wszystkie te kompetencje, nie wierzę jednak, by dało się znaleźć kogokolwiek, kto jest w stanie potwierdzić je wszystkie dyplomem ukończenia stosownych wydziałów czy kursów.

5.
Mówi Pismo, że po owocach ich poznacie, a słowa te pasują jak ulał do interesującej nas kwestii. Snadź potwierdzeniem kompetencji krytyka jest to, co pisze. A to, co pisze domaga się nie tylko formułowania zdań oceniających, ale także gotowością do ich obrony i umiejętnością uzasadnienia.
Oczywiście, studia z zakresu muzyki wydają się jedną z najlepszych i najkrótszych dróg do zostania sensownym krytykiem muzycznym. Solidne przygotowanie Ryszarda Daniela Golianka czy przywołanej już Szoki dobitnie to powierdzają. 

Nie jest to jednak droga jedyna. Muzyki można uczyć się różnorako - na lekcjach prywatnych, w rozmowach z muzykami, poprzez lektury czy żmudne obcowanie z nagraniami lub realizacjami. Przy odpowiedniej wrażliwości i pełnym pasji samozaparciu może to dać owoce zgoła zaskakujące*.
Jak w przypadku Ewy Łętowskiej, z której kompetencji korzystają firmy płytowe, radiowe rozgłośnie, teatry operowe czy wydawnictwa. I przy której blednie blask krytyków z wykształceniem akademicko-muzycznym (jak choćby w pamiętnym Dwójkowym Trybunale poświęconym Carmen).
A także jak w przypadku Doroty Kozińskiej, legitymizującej się dyplomem latynisty krytyczki, eseistki i jednej z redkatorów w Ruchu Muzycznym. 
Dobrym przykładem jest także Tomasz Cyz, jeden z najcielawszych publicystów zajmujących się muzyką. 
Przykładem legendarnym jest w końcu Jerzy Waldorff, prawnik, który dyplomu akademii muzycznej nigdy nie uzyskał (i co mu okresowo wypominano).

6.
Przez Polskę przetoczyła się dyskusja na temat krytyki literackiej.
Myślę, że podobna dyskusja powinna rozgorzeć a propos krytyki muzycznej**.
Przestrzegam jednak przed tym, by nie zaminiła się w walkę o dyplomy. 
Powinna raczej dotyczyć standardów krytyki  i etosu recenzenta (bo te jakby odeszły do lamusa zamieniając recenzje w pustosłowie - przykładem niech tu będzie łódzka prasa ograniczająca się do ogólników i informacji z folderów reklamowych). 
Powinna także dotyczyć integralnego doświadczenia muzyki, a więc zwracać uwagę na to, w jakim poza-muzycznym kierunku nalezy otworzyć narzędzia recenzenckie.
Powinna zmierzyć się z historycznym i społecznym usytuowaniem samych utworów, jak i znaczeń, i wartości, przez pryzmat których je odbieramy. 
W końcu winna być pytaniem o filozofię muzyki - przyjęte na tym poziomie rozstrzygnięcia (choćby tyczące ontologicznego statusu dzieła muzycznego) decydują w końcu o tym, czego doświadczamy i o czym piszemy. 


*Przedstawione poniżej sytuacje są celowo niesymetryczne. Każda z wymienionych osób ma za sobą odmienne związki z edukacją (i praktyką) muzyczną, mimo to łączy Je brak akademickiego dyplomu w dziedzinie muzyki.

**Dyskuja ta powinna chyba objąć kwestie oceny muzycznej en bloc. Przykładem dysfunkcjonalności starego, opartego na "dyplomie", systemu wyłaniania gremiów oceniających jest nasz Konkurs Chopinowski. Już od kilku edycji podnoszone są głosy, że w jury - obok pianistów - winni pojawić się krytyce muzyczni, menedżerowi, impresario etc.
Głosy te (choćby Andrzeja Sułka czy Marka Dyżewskiego) uwzględniają własnie złożoność dzieła muzycznego i jego interpretacji, której nie da się oceniać tylko z jednego punktu widzenia.