środa, 30 marca 2016

NELLY MIRICIOIU. NADREALNE BELCANTO

Z pewnością nie należę do melomanów spod znaku „głównego nurtu” oraz „pudru i garderoby”. Nie ekscytują mnie więc zdjęcia Aleksandry Kurzak i Roberta Alagna znad patelni. Kariera Kurzak mnie cieszy, ale pamiętam, że Lucia Aliberti pojawiła się na scenie MET bodaj tylko w jednej produkcji – Łucji z Lamermoor. A Patricia Ciofi, jeśli wierzyć internetowym archiwom MET — ani razu. A wiedzą one doskonale, na czym polega belcanto. (Podobnie jak Podleś, która według internetowego archiwum MET wystąpiła tam tylko w dwóch operach: Rinaldzie (w 1984 r.) oraz Giocondzie (2008 r.)). Kariera Alagna z kolei niezmiennie mnie zadziwia — kiepski warsztat i wyjątkowo źle dobierany repertuar (niech za koronny argument posłuży Verdiowski Otello) dawno zniszczyły mu głos, a nadmierna wibracja idzie u niego w zawody z niedostatkami intonacji.
Co prawda śledzę, co dzieje się w operowym mainstreamie, ale z pasją oddaję się operowemu „drugiemu obiegowi”, w którym, w jakiejś mierze, funkcjonuje Nelly Mircioiu-Kirk. Artystka ta jutro obchodzi urodziny. Jej rodzinna Rumunia rocznicę tę świętuje dość hucznie. W prasie znalazłem nawet nagłówek podkreślający, że to już 35 lata od jej „wygnania”, czyli emigracji z komunistycznej Rumunii.  To doskonały pretekst, by napisać o niej kilka słów.


W 2011 r. Miricioiu przyjechała do Warszawy wykonać (a wykonanie — zarejestrować) Marię Padillę Gaetana Donizettiego. Adam Czopek pisał w związku z tym: „Z prawdziwą przyjemnością i dużą satysfakcją słucha się głosu obu pań Nelly Miricioiu i Heleny Zubanowicz, które z pełną swobodą prowadzą frazę i pokonują niemałe trudności techniczne swoich partii. Najpełniej dowodzą tego w duetach Diletta suora z I aktu oraz Ah si suora z II aktu”. Artystki nie przypadły za to do gustu Dorocie Szwarcman, która napisała: „Natomiast dwie główne żeńskie role dano bardziej „zasłużonym” artystkom i było to przykre. Rolę tytułową śpiewała pani Nelly Miricioiu, koło sześćdziesiątki, która kiedyś tam wykonywała tę rolę i pewnie była nawet dobra, ale dziś słuchało się jej z trudem; w roli siostry Marii, Ines, wystąpiła Helena Zubanovich, Polka od lat mieszkająca za granicą, też już chyba mająca najlepszy czas za sobą, a może po prostu z emploi innym niż belcanto. Przeżyłam do końca, ale wróciłam, jak widzieliście, w stanie nieprzytomności, tym bardziej, że przecież tego dnia wróciłam z Krakowa”. Szczęśnie, pod tekstem odezwał się Piotr Kamiński, który napisał: „Właśnie obśmiałem się jak norka, czytając w wywiadzie dyrektora Weissa, że w Polsce jest dziesięć Traviat. Ciekawe, bo na całym świecie nie ma ich trzech. Nelly Miricioiu to jedna z ostatnich śpiewaczek, która mówi tym językiem (muzyczno-dramatycznym). Słuchając jej, myślę o Leyli Gencer i Magdzie Olivero. Stary spór między „pięknem” i „prawdą””. Szczęśnie, bo — moim zdaniem — racja jest po stronie Kamińskiego. Miricioiu to jedna z niewielu artystek, która wie, czym jest język belcanta i swobodnie włada tym językiem. Mimo że po latach śpiewania czuć, że jej głos nadgryziony został zębem czasu. W sporze, w którym po jednej stronie postawimy perfekcję techniczną i ładnie brzmiący głos, a po drugiej prawdę artystyczną, opowiadam się za tą drugą. Jasne, braki warsztatu to poważny problem, ale starzenie się głosu czy „wpadka” w ramach konsekwentnie budowanej roli nie mogą same z siebie dyskwalifikować artysty, a na pewno nie pozwalają na jakieś definitywnie brzmiące uogólnienia.


Miricioiu usłyszałem po raz pierwszy na płycie NAXOSu, dla którego utrwaliła Toscę. Nie jest to płyta idealna i można temu nagraniu sporo zarzucić. Ale interpretacja Miricioiu wbiła mnie w fotel. Wystarczył jej sam głos, by zbudować wielowymiarową postać. Już tu dało się dostrzec dbałość o słowo, wielość i zmienność intensywności barw, dźwięczne „piersi”, śpiew podporządkowany sensowi frazy a nie kresce taktowej (miał rację Monteverdi, że muzykę należy tworzyć i odtwarzać w rytmie serca), jednym słowem — retoryczność. Dołóżmy do tego świetny warsztat koloraturowy — wszystko to pozwoliło stworzyć Miricioiu niezapomniane role w wielkim włoskim belcancie. Przy czym rolą koronną jest dla mnie Armida Rossiniego. Koncert z 1988 r., który można zobaczyć na Youtube, to po kreacji Callas jedyna znana mi kreacja na miarę tego dzieła. Podobnie cenię Rossiniowską Ermione. Ale z Miricioiu uczyłem się też Boleny, Stuardy czy odkrywałem na nowo Nabucco


Głos Miricioiu nie posiada dużego wolumenu i raczej nie kojarzy się z rolami takimi, jak Abigaille. Przyzwyczailiśmy się, że rolę tę śpiewają soprany spinto/dramatisch, jak Leonie Rysanek, Irena Głowaty, Gena Dimitrowa czy Maria Guleghina choć w fachach przypisana jest dramatycznym koloraturom.  Mnie najbliższa jest tradycja wykonywania tej roli związana z takimi nazwiskami, jak Leyla Gencer, Christina Deutekom, Krystyna Rorbach czy Adelaide Negri. Miricioiu z całą pewnością wpisuje się w tę tradycję, choć i tak Abigaille nie jest dla niej rolą „bezpieczną”. Sama mówiła o tym w wywiadzie poprzedzającym koncertowe wykonanie Nabucca:
„Zaczynałam jako koloratura, debiutowałam jako Królowa Nocy. Mój głos stopniowo rozwijał się, stawał się coraz bardziej dźwięczny, odnajdywałam w nim większe bogactwo, różnorodność. Dzień po moim debiucie w La Scali w 1983 w roli Łucji dostałam propozycję zaśpiewania Abigaille, ale odmówiłam. Mój repertuar był bardziej liryczny i belcantowy, a więc ani żaden teatr, ani ja sama, nie mogliśmy wyobrazić sobie, że zaśpiewam tę rolę. I nadal sądzę, że jest to bardzo niebezpieczne, […]Wolałam nie podchodzić do tej partii, dopóki mój głos nie poszerzył się i nie zyskał na wolumenie. Na pewno nigdy nie zaśpiwam Nabucco w MET”.

Fakt faktem, całość tego przedsięwzięcia, ma liczne wady, o czym przekonuje dostępna na Youtube rejestracja. Inna sprawa, że jest ona kiepskiej jakości i trudno na jej podstawie cokolwiek przesądzać. Tak czy owak, interpretacja samej Miricioiu nie pozostawiła mnie, jako słuchacza, obojętnym. Jej Abigaille, zgodnie z kontekstem epoki, oddycha belcantem, koloratury i kontrastowa gra barwami i ich nasyceniem są nośnikiem operowej ekspresji. Tak pomyślanej cabaletty nie słyszałem nigdy wcześniej.
Jako komentarz niech posłuży dalsza część wywiadu, który cytowałem wyżej:

„— Śpiewa Pani zarówno Rossiniego, jak i werystów; czy odczuwa Pani związki „belcantystów” z werystami?Śpiewacy z przeszłości nie myśleli w kategoriach belcanto czy weryzm; dbali wyłącznie o muzykę, podczas gdy teatr i orkiestra miały znaczenie znacznie mniejsze. Faktem jest, że nieco zagubiono wtedy prawdziwą szkołę belcanto, w której uczucia wyrażało się poprzez finezyjność legato, barwienie samogłosek oraz natężenie spółgłosek. Gdy zaczyna się uczyć opery, tym, co prowadzi głos, musi być tessitura. Technika pozostaje taka sama, ale jeśli za każdym razem chcesz używać oddechu i mięśni w taki sam sposób, to będziesz mógł mieć problemy. Trzeba mieć odwagę, by być otwartym na potrzeby, jakie rodzi dzieło, w pierwszej kolejności, by przystosować do dzieła swoją technikę i zachować elastyczność „bazy” w kształtowaniu głosu na scenie, stosownie do orkiestry i partnerów.— Jak wytłumaczyć upadek szkoły belcanto?
Moje związki z belcanto istniały od zawsze. Ale na początku moje podejście było instynktowne, bez wątpienia tak jak w przypadku Marii Callas czy Montserrat Caballe. Także dzisiaj są osoby posiadające ten instynkt, ale nowoczesna szkoła śpiewu obsesyjnie skupia się na wolumenie głosu i umiejętności przebijania się ponad orkiestrę, co prowadzi do nieustannej walki. Co więcej, nie pomagają nam również krytycy, którzy będąc po to, aby nas sądzić, nie pozwalają nam eksperymentować, ranią nas. W wyniku tego głos zamyka się. Czy trzeba dużo odwagi by śpiewać prawdziwe legato? To jak skok do głębokiej wody. Jesteśmy w trudnej sytuacji i potrzebujemy wsparcia, miłości, zrozumienia, bo światek operowy jest bezlitosny, panuje w nim ogromna konkurencja, zwłaszcza pośród sopranów”.
Twierdzi także, że współcześnie źle ocenia się jej głos: „współczesna szkoła ocenia moją osobowość i mój rodzaj głosu jako źle kontrolowany (insuffisamment calibrés), mimo że jestem bardzo zdyscyplinowana.— W związku z tym, czy uważa Pani swoje możliwości za oczywiste, czy też każdego dnia pyta Pani o nie od nowa?Bezustannie pracuję. Nie należy zapominać, że wraz z wiekiem mięśnie, oddech, zmieniają się. Każdego dnia słucham swojego ciała. Często płaczę nie rozumiejąc nic ze swojego głosu, zwłaszcza, że otwarcie, potrzebne w tego typu poszukiwaniach, podatne jest na ryzyko tego, że nic się nie znajdzie, a czasami zgubi to, co się osiągnęło. Ćwiczę mięśnie i oddech aż do momentu, gdy osiągnę przekonanie, że mój głos podąży drogą, o której marzę. Na scenie nie jestem po to, żeby się pokazać. Chcę dotknąć duszy publiczności, chcę, żebyśmy razem odkrywali muzykę i w niej żyli”.

Miricioiu ma rzadki dziś dar oddania się nie własnej karierze a sztuce i artystycznej prawdzie. Potwierdzeniem tych słów może być fakt, że udostępniła do niekomercyjnego pobrania nagrania swoich występów, które można znaleźć na stornie justopera.co.uk Dokumentują one rozwój jej głosu, osobowości, sukcesy, ale także wpadki. Wcale bowiem nie jest tak, że wszystkie te nagrania trzymają ten sam poziom i że wszystko zawsze się jej udaje. Tylko co z tego, skoro nawet to, co nie wyszło, pozwala słuchaczowi uczyć się prawdziwego belcanta. To lekcja cenna, bo po ludzku prawdziwa. Zresztą, pokora jest cechą autentycznych artystów, którzy wiedzą, że problemy, niedomagania i trudy są nieodłączną cechą rozwoju. Także dlatego nie ma sensu porównywanie. Samą Miricioiu porównuje się często do Callas. Pytanie o to podobieństwo „jest częścią mojego życia, mówi Miricioiu, ale przyznaję, że nigdy nie rozumiałam, dlaczego mój głos jest porównywany do Marii Callas. […] nigdy nie chciałam być taka, jak ona. Odwrotnie – chciałam być sobą, na dobre i na złe*. […] Dużo czasu zajęło mi szukanie harmonii między moim głosem a moim ciałem, dlatego że na początku mój głos nie chciał robić tego, czego chciała dusza. Czy rani mnie to, że prasa szuka ideału, do którego mogłaby porównać mój głos? Także Callas porównywano z Rosą Ponselle. Zamiast pozwolić artyście rozwijać się, zamiast czasu na to, by przywyknąć do jego głosu i jego tożsamości, natychmiast szuka się śpiewaka z przeszłości, do którego można by go porównać”. Wyznaje także: „nasza epoka kocha stereotypy, a prawdziwe osobowości budzą strach”. 


O tym, jak problematyczne mogą być porównania z Callas dowodzi przykład Aliberti. Pisze o tym Maciej Deuar w szkicu poświęconym artystce. Jedni posądzają Aliberti o imitowanie Callas, inni widzą w niej „drugą Callas”, jeszcze inni „(w tym nasz Piotr Kamiński) twierdzą, że Aliberti nie spełniła wszystkich pokładanych w niej nadziei, a z Callas łączy ją maniera, a nie sztuka”. Sama Aliberti ma na to odpowiedź podobną do odpowiedzi Miricioiu – należąć do wokalnej tradycji belcanta pewne podobieństwa są nieuniknione.

niedziela, 20 marca 2016

BLECHARZA SEN O TOWAROWEJ. PEDAGOGIKA (BRZMIEŃ) MIASTA

Na wiosnę warszawska Towarowa wzbogaci się o instalację Audioroom Wojtka Blecharza przygotowaną w ramach projektu Sen o Towarowej. Przezroczysty kubik, który zarazem wyłącza z przestrzeni miejskiej, jak i nie pozwala się od niej definitywnie oderwać wypełniać będą specjalnie spreparowane dźwięki miasta. „Uważne słuchanie, głębokie nasłuchiwanie, wsłuchiwanie się w siebie staje się deficytową czynnością w społeczeństwie rozkojarzonym i bombardowanym zmultiplikowanymi bodźcami” — mówi Blecharz.  Ale Audioroom to nie tylko szansa na zatrzymanie i usłyszenie samego siebie.

Audioroom  jest dla mnie szansą na przyhamowanie procesów tworzenia tzw. «nie-miejsc». Pojęcie to wprowadził do dyskursu francuski antropolog Marc Augé. Przez «nie-miejsca» rozumie on anonimowe przestrzenie, które co prawda wypełnione są ludźmi, ale jednocześnie są niczyje. Raczej przez nie przepływamy niż się w nich zatrzymujemy,  nie wiążemy się z nimi emocjonalnie, nie dostrzegamy, w jaki sposób my kształtujemy te miejsca, a one zarazem kształtują nas. Audioroom jest zatem dla mnie szansą na bardziej świadome budowanie więzi z miastem, które jest przestrzenią sensów wyłaniających się w rozlicznych relacjach i interakcjach między aktorami ludzkimi i poza-ludzkimi. W tym sensie projekt ten wpisuje się dla mnie w ramy pedagogiki miejsca, w ramach której podkreśla się mocno, że przestrzeń jest jednym z wymiarów ludzkiej egzystencji. Jak pisze Maria Mendel

rozumienie rozłączne człowieka i świata generowało społeczne praktyki instytucjonalizujące wszelkie obszary życia. Przestrzeń, pojmowana egzystencjalnie, a w niej miejsca — sieci zróżnicowanych, przecinających się w nich i poprzez nie relacji, kreujących jednostkowy i społeczny podmiot — w dyskursie nowoczesności przestawały istnieć. W jego ramach przestrzeń stawała się zamknięta, niedialektyczna, umarła.

Przestrzeń żywa to hybrydyczna sieć powiązanych elementów, gdzie dokonuje się aktów kulturowej translacji: „znaczenia, reprezentowane i reprodukowane” podlegają tu „nieustannej wymianie i negocjacji”. Tak pojmowana przestrzeń nie może być wyłącznie przestrzenią ludzką. Jak trafnie zauważają Michel Serres i Bjørnar Olsen, tym, co pozwala naszym wspólnotom na zachowywanie względnej stabilności, są przedmioty. Serres pisze:

Jedyna różnica, jaką da się wyznaczyć pomiędzy społecznością zwierząt a naszą własną, leży, jak często mówiłem, w pojawieniu się przedmiotu. Nasze relacje (relationships), więzi społeczne, byłyby ulotne jak chmury, gdyby istniały tylko umowy między podmiotami. Faktycznie, to przedmiot, charakterystyczny dla Hominidów, stabilizuje nasze relacje i spowalnia czas rewolucji. W niestabilnych grupach pawianów zmiana społeczna wybucha (flaring up) co minutę.   Każdy [z nich — dop. M. M. B.] może opisać swoją historię jako niczym nie skrępowaną. Co do nas, przedmiot, dokonuje spowolnienia naszej historii

Z całą pewnością może tak być w przypadku „pokoju dźwiękowego”, który — jak pisałem wyżej — zarazem wyłącza nas z przestrzeni miasta z jego szybkością i zgiełkiem i włącza w mechanizm budowania miejsca i miasta, poprzez konfrontację z dźwiękiem i spojrzeniem poprzez przezroczyste ściany. Blecharz projektuje, w moim odczuciu, ramy doświadczenia, które nie jest i nie może być linearne, schematyczne, spójne, podporządkowane jakiemuś uniwersalnemu celowi. Tworzy raczej ramy dla sytuacji otwartej, której „dramaturgia nie określa sensu działań, lecz jedynie ich intencję, a polega przede wszystkim na chwilowej strukturyzacji i estetyzacji rzeczywistości”. Przez to jednak kreuje nowe doświadczenie i rozumienie przestrzeni, dokonuje powiązania z miejscem, pozwala ukształtować jego nową tożsamość. Odsłania fizyczny i cielesny element naszej relacji z miejscami i miastem, które zawsze jest jednoczesnym doświadczeniem przeszłości i pamięci oraz otwarciem na to, co nadchodzące, nowe.

Nie kryję, że zazdroszczę Warszawie takiej instalacji i chciałbym, żeby coś podobnego wydarzyło się w Łodzi. Rynek Manufaktury czy Pasaż Róży stały się bowiem raczej «nie-miejscami», co najwyżej krótkim przystankiem w ramach przepływu po to, by cyknąć zdjęcie i pójść dalej. Z krajobrazu Łodzi poznikały kominy starych fabryk, zmieniła się sfera akustyczna — stukot krosien zastąpiła muzyka centrów handlowych, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Chciałbym móc zatrzymać się gdzieś na Limance, albo koło Rynku Dolnego czy w innym miejscu, które — jak Towarowa — wymagają rewitalizacji (ponownego ożywienia: ludzi i aktorów poza-ludzkich). Chciałbym wyłączyć się z ich zgiełku po to, by usłyszeć zakomponowane dźwięki Łodzi, by w nich usłyszeć siebie. By patrzeć na to, co wokół i zastanawiać się, co tej kawałek wspólnego miejsca dla mnie znaczy, co może znaczyć i co chciałbym, żeby znaczył.






sobota, 12 marca 2016

BEZWSTYD DUDY, BEZWSTYD PIS


Za Jerzym Szackim proponuję odróżnić od siebie ideę właściwej umowy społecznej od idei kontraktu rządowego. Właściwa umowa społeczne to „umowa pomiędzy przyszłymi członkami społeczeństwa co do zasad jego organizacji”. Taką funkcję pełni Konstytucja RP, w której suweren (naród) określił zasady ustrojowe Polski wraz z fundamentalnymi wolnościami i obowiązkami obywateli. Kontrakt rządowy z kolei to „umowa między rządzącymi a rządzonymi co do ich wzajemnych zobowiązań”. Sądzę, że za moment zawierania takiej umowy uznać można wybory demokratyczne. PiS często powołuje się na to, że działania przedstawicieli tej partii legitymizowane są wolą suwerena-narodu. Problem w tym, że PiS notorycznie myli porządek wyznaczany przez właściwą umowę społeczną z porządkiem wyznaczanym przez kontrakt rządowy. W żadnym razie wynik ostatnich wyborów nie daje mu mandatu do podejmowania prób zmiany porządku konstytucyjnego. Warto przy tym podkreślić, że gdyby PiS posiadało taki mandat i tak — do momentu wejścia w życie nowej Konstytucji — miałoby obowiązek działać w ramach obowiązującej umowy społecznej. PiS zobowiązane jest z kolei do realizowania kontraktu rządowego, a więc do złożonych obietnic wyborczych, z których rząd w deklarowanej formie nie wywiązał się. Jest to bezsporne na poziomie faktów — z obietnicami wyborczymi PiS można się łatwo zapoznać, próba mówienia więc, że deklarowało się coś innego można uznać tylko za wprowadzanie w obieg kłamstwa społecznego. 
Podobnie sytuacja wygląda w przypadku Prezydenta Andrzeja Dudy. Także on zawarł ze społeczeństwem kontrakt rządowy, z którego konsekwentnie nie wywiązuje się. Jedną z fundamentalnych obietnic Dudy było realizowanie art. 1 Konstytucji, a więc zapewnienie, że „będzie prezydentem wszystkich Polaków”. Po Jego wystąpieniu w Otwocku nie można mieć już jednak złudzeń — Duda jest prezydentem „lepszej” części obywateli albo „prawdziwych” Polaków. Wystąpienie Dudy jest dla mnie wstrząsającym potwierdzeniem, że nie traktuje serio swojego zobowiązania do realizacji artykułu 1 Konstytucji RP. Oczywiście, zwolennicy Prezydenta zwracają uwagę, że mówił on w swoim wystąpieniu o prawie do różnych wizji wspólnoty i że nikogo nie aresztuje się i nie niepokoi z powodu odmiennych poglądów. Przykładem mają być demonstracje, w ramach których obywatele swobodnie wyrażają swoje poglądy. To prawda, Duda mówił o tym w Otwocku. Konstrukcja jego przemówienia nie pozostawia cienia wątpliwości, że mówił o tym w celach stricte propagandowych. Był to listek figowy, którym wtedy, gdy będzie to potrzebne, można zasłonić bezwstydność jego wystąpienia. 

W retoryce wyróżnia się trzy wymiary przemówienia — jego logos, pathos i ethos. Logos to dziedzina racjonalnej argumentacji, wnioskowania, dowodzenia, rozumowania. Pathos oznacza apelowanie do uczuć, w tym wskazywanie zagrożeń i apelowanie do tożsamości grupy. Ethos wiąże się ściśle ze sferą światopoglądu, ideologii i moralności. Światopogląd czy ideologia leży u podstaw tego, jaki cel stawia przed sobą nadawca komunikatu. Przekonania moralne zaś odpowiadają za to, jakie środki prowadzące do realizacji celu uzna on za godziwe. Jak pisze Michał Heller: „Myśl zmienia świat — z moralnie neutralnego w przeniknięty wartościami”. 
Zgadzam się z Hellerem, że należy mówić o moralności myślenia. Ma ona dla mnie dwa wymiary — zewnętrzny i wewnętrzny. Zewnętrzny wymiar moralności myślenia wiąże się z przekonaniami etycznymi jednostki oraz ze standardami etycznymi i obszarami „moralnej niepewności” charakteryzującymi wspólnotę, z której jednostka się wywodzi. Wewnętrzny wymiar moralności myślenia oznacza kierowanie się określonymi standardami racjonalności. Za Hellerem sformułuję trzy takie reguł.
Po pierwsze, należy dążyć do jasności i ścisłości formułowanych sądów. „Grzechem śmiertelnym przeciwko tej regule jest mętniactwo wypowiedzi, wielomóstwo, które bądź wcale nie niesie ze sobą informacji, bądź celowo wprowadza w błąd lub rozmywa znaczenia”. Jawnym mętniactwem jest budowanie wypowiedzi wewnętrznie niespójnej, co — naganne z racjonalnego punktu widzenia — może być świadomym chwytem propagandowym.
Po drugie, należy być otwartym na dyskusje z innymi, czego koniecznym warunkiem jest samokrytycyzm oraz dążenie do tego, by swoich poglądów nie narzucać słuchaczom czy dyskutantom. Wiąże się to z koniecznością rozpatrywania innych możliwości i stojących za nimi argumentów. 
Po trzecie, należy mieć poczucie konsekwencji, czyli być świadomym, że przyjmując jakąś przesłankę rozumowania, trzeba przyjąć wynikający z niej wniosek. 

Wszystkie te reguły zostały złamane w wystąpieniu Dudy w Otwocku. Wystąpienie Dudy było niespójne. Deklarowany początkowo szacunek wobec pluralizmu społecznego szybko ustąpił nie tyle krytyce, co dyskredytacji oponentów PiS. Wiąże się z tym także odrzucenie konsekwencji deklarowanych poglądów. Respektowanie złożonej obietnicy wyborczej i kierowanie się szacunkiem wobec odmiennych poglądów nie dopuszczają dyskredytacji obywateli. Z tezami Dudy nie można podjąć sensownej polemiki, bo słowa wymierzone w opozycję, wpisywały się w sferę pathosu a nie logosu. Duda apelował to poczucia tożsamości grupowej ludzi „lepszej kategorii”, którym zagrażają Ci, którzy chcą od Boga powrotu Polski dojnej i których on — jako Prezydent — się nie boi. Głosy opozycji nazwane zostały krzykiem, sianiem niepokoju i propagandy oraz kalumniami rzucanymi przez ludzi odspawanych od stołków. Duda dał jasno do zrozumienia, że nie liczy się z nimi. Jak zadeklarował: i tak będzie robił swoje, realizując swoją wizję wspólnoty. Uznał też, że opozycjoniści dają się uwieść propagandzie, że ich argumenty są niespójne, a to, że ludzie przyzwoici dają się zwieść „pewnym próbom zastraszania” napawa go przykrością. Decyzje polityczne obecne rządu postrzega Duda jako naprawę państwa realizowaną w ramach polityki roztropnej i podporządkowanej dobru wspólnemu. Rozliczył się także z III RP pytając retorycznie o to, jaki wpływ na Polskę miały „dokumenty przechowywane w prywatnych domach”. 
Andrzej Duda dokonał w swoim przemówieniu nieuprawnionych uogólnień. Zupełnie pominął protesty partii RAZEM, którą trudno uznać za reprezentację odspawanych od stołków (neo)liberałów. Nie napomknął o wątpliwościach co do działań rządu zgłaszanych przez różne instytucje — część z tych głosów zebrana jest na stronie Obserwatoriumdemokracji.pl.  Uznał też, że każdy głos sprzeciwu wobec PiS bierze się bądź z obawy przed utratą pozycji, bądź z intelektualnego zaczadzenia. Odwołania do równości obywateli wplótł w narrację, która miała pokazać, że działania opozycyjne służą utrwalaniu społecznej nierówności i że prawdziwa równość oraz prawdziwa demokracja wprowadzana jest przez PiS. Zdyskredytował takie instytucje, jak Komisja Wenecka, choć zadając retoryczne pytanie o to, gdzie była, gdy wcześniej łamano w Polsce prawo, zapomniał, że o opinię do Komisji zwrócił się (między innymi) minister rządu PiS. W końcu do zwolenników siebie i PiS skierował słowa: „wszyscy jesteśmy ludźmi inteligentnymi, jesteśmy ludźmi dumnymi z naszej Ojczyzny, jesteśmy ludźmi, którzy rozumieją procesy historyczne i jesteśmy także ludźmi, którzy rozumieją, że nasze państwo jest wykorzystywane, a że my jesteśmy traktowani jako ludzie drugiej kategorii. I myślę, że czas najwyższy, abyśmy powiedzieli, że tu, w Polsce, to my właśnie jesteśmy ludźmi pierwszej kategorii. My i że nasze interesy przede wszystkim tu muszą być realizowane i że my mamy także prawo do realizowania naszych interesów na arenie międzynarodowej i mamy prawo sami decydować o tym, co jest dla nas dobre a co jest dla nas złe, kto jest dla nas gościem, a kto jest dla nas wrogiem”. Jeśli słowa te potraktować serio, oznaczają, że osoby „inaczej myślące” nie są inteligentne, nie rozumieją procesów historycznych, nie są dumne z Polski, nie widzą negatywnych zjawisk drążących państwo. Myślę, że jest to charakterystyka wszystkich tych osób, które Duda uznaje za omamione przez polityków tracących posady. Ich wizja wspólnoty z definicji zostaje tu odrzucona jako nieracjonalna i sterowana przez wrogie interesy. Nie potrafię zrozumieć, jak przy takiej ocenie dużej części społeczeństwa można mówić o równości obywateli. Trudno bowiem uznać, że równość polega na tym, że akceptuje się pozycje światopoglądowe Prezydenta i PiS. Ale chyba tak rozumie to PiS — dlatego we własnym mniemaniu zasadnie powołuje się na to, że ich działania legitymizuje wola suwerena. Naród bowiem utożsamiony zostaje z wyborcami PiS. Potwierdzeniem mojej tezy mogą być słowa Jarosława Kaczyńskiego: „Ci, którzy z nami walczą, przybierają, można powiedzieć, barwy ochronne. To są te barwy, które tutaj widać na sali, biało-czerwone. Oni próbują być biało-czerwoni. Deptali wszystko, co w naszej kulturze jest święte. To oni się dzisiaj organizują, to oni tworzą KOD”. Kaczyński mówił także, że gardząc Polską owi wrodzy oni chcą być kimś innym. 

Schemat wystąpienia Kaczyńskiego jest taki sam, jak schemat wystąpienia Dudy — dyskredytacja oponentów. Jako wrogów, gardzicieli polskości, ludzi, rzec by można, niespełna rozumu. Celem oby wystąpień było jedno — poparcie dla działań władzy. Dokonano tego w sposób intelektualnie niemoralny. Zamiast do argumentów odwołano się do emocji, insynuacji, dobierano przykłady tak, by umacniać tożsamość grupową swoich zwolenników. Jednym ze sposobów konsolidowania grupy było wskazanie zagrożeń, wyobrażonego wroga, który udaje tylko, że jest Polakiem, ale tak naprawdę nie jest częścią narodu. Narodem polskim są zwolennicy PiS. To jest ów suweren, który legitymizuje wszystkie poczynania obecnego rządu. Wbrew obowiązującej w Polsce umowie społecznej (Konstytucja) i wbrew zawartemu w wyborach kontraktowi rządowemu. 




Cytaty z przemówień Andrzeja Dudy i Jarosława Kaczyńskiego podaję za:
https://www.youtube.com/watch?v=_Dz6qwo9HJs
http://wyborcza.pl/1,75478,19732404,jaroslaw-kaczynski-o-kod-oni-polska-gardza-oni-chca-byc-kims.html



[Tekst w redakcji Marii Pallado ukazał się w serwisie Medium Publiczne]. 

poniedziałek, 7 marca 2016

ABU HASSAN, CZYLI MAHOMETANIE W ŁODZI

Aż trudno uwierzyć, że polscy melomani mogli znać Weberowskiego Abu Hassana wyłącznie z nagrań bądź spektakli zagranicznych. Jest to bowiem singspiel wyjątkowej urody. Zręczna intryga, w której prawdopodobieństwo ani przez moment nie ma sensu wierzyć, pozwala skupić na pięknej muzyce. Partytura Webera jest owocem miłości do Mozartowskiego Uprowadzenia z seraju, o czym wspomina niezawodny Piotr Kamiński. Mamy tu do czynienia z błyskotliwą muzyką a la turca, partia Omara przywodzi na myśl Osmina. W dziełku tym odnajdziemy ironię, żarliwy wyraz miłości i pożądania czy ciekawą instrumentację (duet gitar z fagotem). Ucho cieszyć mogą arie i ansamble, a artyści kreujący bohaterów muszą wykazać się również zdolnościami stricte aktorskimi.W Łodzi zaprezentowano Abu Hassana w wersji polskojęzycznej, libretto Franza Hiemera spolszczył Piotr Miciński.

Abu Hassan zabrzmiał w Łodzi siłami studentów Akademii Muzycznej. Muszę przyznać, że dzisiejszy spektakl sprawił mi wiele radości i satysfakcji. Inscenizacja jest solennie dosłowna, co nieco mnie razi. Sam wolałbym więcej umowności i lekkości. Nie do końca przekonał mnie także ruch sceniczny, choć specyficzny „turecki chód” był zapewne celowo przerysowany. Młodzi artyści potrafili jednak odnaleźć się w takiej konwencji i wydobyli ze swych ról wiele niuansów, w tym takich, które mogły bawić publiczność. Szkoda tylko, że w budowaniu spektaklu mocniej nie przysłużyło się światło. 

Realizatorzy dodali do zestawu bohaterów Szalonego Librecistę, którego kreował świetny Jakub Prokopczyk. To partia niema. Prokopczyk stworzył ją w sposób mistrzowski bogatą mimiką i ekspresją całego ciała. Jeśli chodzi o deklamację najbardziej podobał mi się Konrad Jaromir w mówionej roli Kalifa. Piękny tembr głosu szedł tu w parze z dźwięcznością, dobrą dykcją i brakiem specyficznej „operowej maniery” w podawaniu tekstu. Spośród solistów największe wrażenie sprawiła na mnie Natalia Kordecka-Kolo z klasy Urszuli Kryger. Swoją rolę zagrała dowcipnie, wykorzystując głos jako jeden ze środków teatralnej ekspresji. A głos ma wyjątkowej urody, gęsty, dźwięczny w całej skali i wyjątkowo wyrównany w barwie. Czuć znakomitą rękę Profesor — zmiana rejestrów była swobodna, „piersi” nie odzywały się w sposób jaskrawy czy tubalny, a górne dźwięki były krągłe. Podobał mi się także Bartosz Szulc jako Omar — czytelnie podawał tekst, a jego bas posiada ciemną barwę i dźwięczność, które lubię. Czekam, aż głos ten dojrzeje. W swoich groteskowych rolach ciekawie zaprezentowali się Mingyi Wang  (Zemrud) oraz Marcin Bednarek (Mesrur), który wykorzystał falset i kontrast barw między falsetem i pełnym sugerując, że jego bohater jest eunuchem.

Dobrze wypadł chór, przygotowany przez Dawida Bera, niewidoczny dla widza w trakcie spektaklu. I znakomicie grała orkiestra — swoje ukłony kieruję pod adresem dyrygenta Marcina Wolniewskiego, którego jakoś nie widać w naszych teatrach. Jasne, to i owo nie wyszło i różne rzeczy należałoby dopracować. Choćby w ansamblach słychać było zadyszkę niektórych śpiewaków, zamazywała się dykcja, nie wszystkie głosy były słyszalne… Warto by pomyśleć nad lepszym zestrojeniem barwy głosów solistów, czy dramaturgicznie lepiej wydobyć scenę przybycia Kalifa i Zobeidy. Warto by także uprzedzić o zmianie w obsadzie — Zemrud grała Mingyi Wang zamiast Angeliki Wyrwał. 

Carl Maria von Weber
Abu Hassan
reż. Hanna Chojnacka
scenografia, kostiumy, charakteryzacja Elżbieta Tolak
światło Wojciech Górniak


sobota, 5 marca 2016

FETYSZ TOLERANCJI

„Co to jest tolerancja? To jest przywilej humanitaryzmu. Wszyscy jesteśmy ulepieni ze słabości i błędów, a więc wybaczajmy sobie wzajemnie naszą głupotę – oto pierwsze prawo natury. Niech na giełdzie Amsterdamu, Londynu, Suratu czy Basry handlują ze sobą gwebr, banian, Żyd, mahometanin, chiński bogochwalca i katolik rzymski, chrześcijanin protestancki i chrześcijanin kwakier; nie będą oni podnosili sztyletu na siebie, by zdobyć duszę dla swej religii. Dlaczego więc wyrzynaliśmy się wzajemnie niemal bez przerwy, począwszy od pierwszego soboru w Nicei?Konstantyn zaczął od wydania edyktu zezwalającego na wszystkie religie; skończyło się na prześladowaniu. Przed nim występowano przeciw chrześcijaństwu tylko dlatego, że zaczęło tworzyć w państwie stronnictwo. Rzymianie tolerowali wszystkie ludy łącznie z żydowskim i egipskim, dla których żywili tak wielką pogardę. Dlaczego Rzym te kulty tolerował? Dlatego że ani Egipcjanie, ani nawet Żydzi nie próbowali tępić dawnej religii imperium, nie przemierzali lądów i mórz, by mnożyć prozelitów. Myśleli tylko, jak zdobyć pieniądze; jest jednak niezaprzeczalne, że chrześcijanie dążyli do tego, by ich religia stała się panującą. Żydzi bynajmniej nie pragnęli, aby posąg Jowisza stanął w Jerozolimie, zaś chrześcijanie nie chcieli, aby pozostał na Kapitolu. Święty Tomasz w dobrej wierze przyznaje, że jeśli chrześcijanie nie zdetronizowali cesarza, to tylko dlatego, że tego zrobić nie mogli. W ich przekonaniu cała ziemia winna być chrześcijańska. Byli więc z konieczności wrogami całej ziemi, póki nie zostanie nawrócona.Byli również sami sobie wrogami we wszystkich punktach dotyczących ich sporu. Najpierw w kwestii, czy trzeba najpierw uważać Jezusa Chrystusa za Boga. Ci, co temu przeczyli, podlegali anatemie jako ebionici, a ci to samo robili w stosunku do czcicieli Jezusa”.

Tymi słowami mój wolnomularski brat Voltaire rozpoczyna hasło Tolerancja w swoim Słowniku filozoficznym. Wydobywa w nich dwa zasadnicze elementy składające się na to, czym jest tolerancja. Jest ona przede wszystkim rodzajem „religijnej cnoty”, która nakazuje znosić w swoim otoczeniu innowierców, a więc współżyć z nimi w sposób pokojowy. Jacques Derrida podkreśla, że z tego powodu „tolerancja jest zawsze po stronie «rozumu silniejszego», gdzie «potęga jest słuszna»; jest ona dodatkowym znakiem suwerenności, jej dobrym obliczem, która ze swojego wzniosłego miejsca mówi innym: «Pozwalam wam być, robię wam miejsce w moim domu, ale nie zapominajcie, że to mój dom…»”. Innymi słowy, tolerancyjność to „cnota” pozwalająca budować społeczeństwo  pokojowe, ale nie pluralistyczne. Prawdziwy pluralizm społeczny opiera się bowiem na próbie zrozumienia innego człowieka, którą można podjąć tylko wtedy, gdy światopoglądu własnego i własnej grupy nie uznaje się za ucieleśnienie absolutnej prawdy. A więc, gdy jest się otwartym na innych, a nie patrzy na nich z wyżyn „rozumu silniejszego” i „najprawdziwszej prawdy”. Różnicę tę wznakomity sposób uchwycono w desce, wygłoszonej na pracach mojej Loży
„Minimalizm moralny, modny i silny w naszych czasach, wynosi tolerancję do poziomu cnoty moralnej najwyższej albo nawet jedynej. Sprawia on także, iż również sam wymóg tolerancji podlega redukcji — do najłatwiejszego minimum, jakim jest tolerancja wobec inności.Co więcej, rzeczony minimalizm obejmuje nie tylko tolerancję, lecz także całą resztę etyki. Etyki prostej, łatwej i przyjemnej, jakby na miarę powszechnego dobrobytu, wesołej zabawy i radosnej konsumpcji bez napięć i konfliktów. […]A tolerancja wobec inności? Niech ją sobie kultywują ludzie bardzo małego serca. Kto dysponuje sercem lub umysłem normalnie rozwiniętym, pójdzie śladem Lessinga i jego mędrca Natana; zawsze życzliwie ciekaw ludzi inaczej niż on sam ukształtowanych, z ich nieznanymi bogactwami, które przeczuwa i będzie odkrywał. Tak czy inaczej, chcąc użyć słowa „tolerancja”, warto pomyśleć, czy naprawdę o nią nam chodzi. Niewykluczone bowiem, że chodzi nam o coś zupełnie innego. Może o akceptację i życzliwość w połączeniu z troską, która wybiega w przyszłość?”.

Doskonałą ilustracją tego, czym jest tolerancja, są słowa: „nie mam nic przeciwko gejom, bo nie zaglądam ludziom do łóżek. Ale po co chwalić się tym publicznie?”. Deklaracje tego typu rozumiem jako deklarację, że gejów nie będzie się bić czy nie będzie się im ubliżać. Niemniej powinny uznać taki a nie inny kształt społeczeństwa, w którym żyją — mają miejsce w tym „społecznym domu”, ale to muszą pamiętać, że to nie ich dom. Odbywa się to za cenę zredukowania tożsamości seksualnej to aktywności seksualnej, tym samym tworzy się normę tego, kim jest „prawdziwy gej”. Czyli mężczyzna podejmujący aktywność seksualną z innymi mężczyznami, na ogół w barach, szaletach, parkach. Do tego w sposób nieumiarkowany co do ilości kochanków.

Takie określenie „prawdziwego geja” było pierwszym, z którym spotkałem się w swoim życiu. Na katechezie, w połowie szkoły podstawowej. Wiedziałem wtedy, że w odróżnieniu od kolegów, zaczynających szkolne miłostki z dziewczynami, tęsknię za bliskością drugiego mężczyzny. Nie wiedziałem jednak, że ma to swoją nazwę i że wiąże się z określonymi zachowaniami. Model „prawdziwego geja”, który poznałem, umocnił fakt, że w kioskach zaczęły pojawiać się homoerotyczne pisma. Jako że był to jedyny widoczny dla mnie „element” homoseksualności w moim otoczeniu, treści przekazane na katechezie wydały mi się prawdziwe. To zaś postawiło mnie przed problemem: czy każda moja potrzeba męskiej bliskości i czułości jest zamaskowaną chęcią uprawiania seksu? A jeśli tak, to gdzie mogę zrealizować swoje prawdziwe „ja”, żeby później wrócić do codziennego życia, w którym o swoich dewiacyjnych potrzebach seksualnych zwyczajnie się nie mówi. Kontakt z literaturą gejowską, a później także z gejami szukającymi partnerów (nie do seksu, do życia), zapoznał mnie z jeszcze jedną figurą „prawdziwego geja”, tym razem związaną z wyglądem zewnętrznym. Nigdy nie dane mi było się do niej dopasować, co — jako problem — noszę w sobie do dzisiaj. Z kolei miejsca „tylko dla miśków i ich wielbicieli” są dla mnie czymś na zasadzie getta, gdzie sprowadza się mnie do mojego wyglądu skorelowanego z potrzebami fetyszystycznymi. Nakłada się na to dalej figura geja jako osoby o zaburzonej tożsamości. Medykalizacja* homoseksualizmu  połączoną często gęsto z promowaniem terapii preparatywnych także może być wyrazem tolerancji — jesteś biedny, cierpisz, a my ci pomożemy. Jeśli zaakceptuje się fakt, że podstawowe egzystencjalne potrzeby to wyraz zaburzeń, doprowadzi się do autentycznej wewnętrznej destabilizacji. Znam ją z autopsji. Była ona we mnie tym silniejsza, że alergolożka lecząca mnie przed laty w CSK w Łodzi (nie wiedziała nic o mojej orientacji seksualnej) zaczęła sugerować, że jestem obojnakiem. Czyniła to aluzyjnie, wysyłała do kolejnych lekarzy, gromadząc chyba materiały do pracy naukowej, ja zaś coraz bardziej rozpadałem się w środku nie wiedząc, czy jestem gejem, czy może dziewczyną.

Po co o tym wszystkim piszę? Dlatego że męczy mnie fetysz tolerancji i fetysz kategoryzacji. Oczywiście, bywają sytuację, w których trzeba pokojowo znosić jakąś odmienność. Przykładem może być tu sytuacja, w której w szkole naucza się słusznie teorii ewolucji, ale nie prowadzi się walki z religijną wiarą w kreacjonizm, pokazując go jako element światopoglądu religijnego i ucząc o różnicy między wiedzą naukową a wiarą. Rzecz jasna, potrzebne są nam również poznawcze szufladki, które pozwalają nam porządkować rzeczywistość. Sądzę jednak, że nigdy nie zbudujemy społeczeństwa ludzi równych, wolnych i zbratanych, jeśli nie odważymy się na próbę zrozumienia inności każdego z nas i na budowę takich ram wspólnego funkcjonowania, które pozwolą nam na maksymalnie swobodną ekspresję siebie. Piszę o tym w kontekście książki Własna tożsamość oczami osób transpłciowych, w której pojawiają się rozważania choćby na temat „prawdziwej transseksualności”. To konstrukt podobny do tożsamości „prawdziwego geja” — pewna normatywna wizja według której prawdziwym transseksualistą jest ten, kto bez cienia wątpliwości utożsamia się z płcią przeciwną niż własna płeć biologiczna, kto cierpi, kto chce zachowywać się jak „prawdziwy” przedstawiciel przeciwnej płci, kto całe życie podporządkował tranzycji i chętnie ponosi wszelkie związane z nią ciężary. Takie osoby transpłciowe można od biedy tolerować, pozostałe jednak winny być postrzegane jako zagrożenie. Wiadomo przecież, że o płci decyduje to, co mamy między nogami, jeśli więc ktoś chce „bawić się w labilność płci” i na korekcie ciała mu nie zależy, nie ma dla niego miejsca w naszej wspólnocie i na naszych warunkach. Jakże inaczej wygląda świat osób transpłciowych, gdy będzie się chciało poświęcić im choć trochę uwagi, wsłuchać w ich historie, poznać problemy w ich funkcjonowaniu. To jednak wymaga odwagi — może bowiem zakwestionować reguły życia społecznego, które uznajemy za jedyne dopuszczalne. Może także zrelatywizować zmedykalizowane kategorie, które tak chętnie uznajemy za wyraz „obiektywnej prawdy” (czy to nie symptomatyczne, że Tomasz Terlikowski, Dariusz Oko i im podobni nieustannie dążą do medykalizacji homoseksualizmu i związaną z tym ofertą terapeutyczną?).

Tolerancja jako zasada życia społecznego polegająca na podporządkowaniu odmieńców „rozumowi silniejszemu” posługuje się chętnie wzorcami „prawdziwych kobiet”, „prawdziwych mężczyzn”, „prawdziwej religii” itd. itp. Wspomaga rozprzestrzenianie się esencjalistycznych wzorców życia, które przyswajamy w trakcie socjalizacji (dlatego obawami napawają mnie próby kategoryzowania każdej odmienności — za nowymi łatkami stoją bowiem esencjalistyczne wzorce zachowań). W ten sposób geje stają się homofobami, osoby transpłciowe bywają dotknięte transfobią, osoby wyznające jakąś religię czują się atakowane zawsze wtedy, gdy próbuje robić się równoprawne miejsce dla osób o odmiennych przekonaniach. W konsekwencji prowadzi to do takiej formy życia społecznego, w której ciężar znoszenia „obcych” jest namacalnie wyczuwalny. To zaś, pod maską pokojowego współżycia, umacnia niechęć, resentyment, doprowadza do wykwitu agresji. Sam wiem, jak zinternalizowany przeze mnie obraz „prawdziwego geja” i religijnie motywowana niechęć do siebie samego wpłynęła negatywnie na relacje z innymi ludźmi, których po wielokroć i bez sensu zraniłem.

Zresztą, dziś nie wiem nawet, co miałoby znaczyć, że toleruję mężczyzn-biseksualistów. Znam takich, którzy chcą byś społecznie uznawani za heteroseksualistów, a na marginesie małżeństw czy związków realizują się seksualnie z mężczyznami. W moim odczuciu prowadzi to do oszukiwania partnerek i partnerów i przedmiotowego ich traktowania. Znam takich, którzy uczciwie budują relacje z partnerami obu płci i niezmiennie mnie to cieszy. Czy są to uczciwe relacje bazujące na seksie czy uczciwe związki nie ma dla mnie znaczenia. A co znaczy tolerować kobiety biseksualne? Zwłaszcza w sytuacji, gdy elementem heteroseksualnego męskiego fantazmaty jest „posiadanie” seksualne kobiet nie stroniących od siebie?
A może jest tak, że „tolerancyjne” społeczeństwa nie specjalnie ciekawe są tego, jak żyją biseksualiści? Jakie elementy systemu społecznego powodują, że nie mogą żyć w pełni transparentnie? Że odmawia się im prawa do uczciwej relacji z więcej niż jedną osobą? Może trzeba namyśleć się nad wzorcem „prawdziwego” bi, żeby społecznie coś przepracować?


*Pisząc od medykalizacji nie kwestionuję dorobku i znaczenia nauk medycznych. Kwestia objaśnienia tego terminu wymagałaby osobnego tekstu. Tu — w ramach ilustracji — posłużę się fragmentem tekstu:
„Diagnoza zaburzenia pozwoli mi zostać mężczyzną nie tylko w mojej głowie, ale i w ciele oraz pod względem prawnym. To było najważniejsze. Mniej ważne stało się, co mi wpiszą w kartotekę. Naprawdę nieważne były nazwy, osie cyfry w katalogu schorzeń. Dążyłem do tego, żeby czuć się dobrze ze sobą i jak najbardziej komfortowo. […] Podczas diagnozy psychologicznej słyszałem o różnych «rodzajach» osób transseksualnych, słyszałem, że płeć to nie tylko genitalia i chromosomy. Usłyszałem też, że jeśli nie będę dążył do wszystkich operacji, też będzie dobrze. Owszem, były osoby, które się nie poddawały korekcie płci, ale przecież transseksualista z prawdziwą diagnozą jest zdeterminowany przejść cały proces, stać się «całkowicie» płcią «przeciwną». Reszta nie spełnia wymogów diagnostycznych, więc «to nie była ta choroba». Coś innego. A jednak psycholog mówiła, że nie trzeba dążyć do wszystkich zabiegów. Wiedziałem o tym wcześniej, ale ostrzegano mnie także: «Jeśli czujesz coś takiego, pod żadnym pozorem nie mów o tym diagnoście, bo wyrzuci cię z gabinetu»”.

wtorek, 1 marca 2016

WYKLĘCI I FALANGA

„Od wielu lat mieszkańcy Podhala słali do IPN pisma z prośbą o wszczęcie śledztw w sprawie mordów dokonanych na członkach ich rodzin przez żołnierzy «Ognia», podawali fakty, nazwiska, daty i za każdym razem odpowiadano im, że są to zabójstwa pospolite, uległy już przedawnieniu, po 30 latach sprawców nie można ścigać. Po tym okresie można karać tylko zbrodniarzy komunistycznych. A plut. Józef Karaś, który w pierwszych dniach po zakończeniu wojny tworzył w Nowym Targu wraz z NKWD Milicje Obywatelską, obsadził swoimi żołnierzami wszystkie ważne stanowiska, potem został kierownikiem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego — czy to przypadkiem nie funkcjonariusz komunistyczny, który podpada pod ustawę IPN o ściganiu przestępstw popełnionych przez aparat władzy ludowej?
Dlatego dwa członkowie rodzin byłych akowców […] złożyli 17 października 2015 r. w krakowskim oddziale IPN zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa Józefa Kurasia w czasie jego służby w Nowym Targu w dniach od 18 stycznia do 11 kwietnia 1945 r.” [Leszek Konarski, „Ogień” w bezpiece, Tygodnik Przegląd].

***

„Instytut Pamięci Narodowej ponownie jednak przebadał dokumentację, zeznania blisko stu siedemdziesięciu świadków, materiały z ekshumacji mieszkańców pacyfikowanych wsi. Uznał, że brak dowodów, by ofiary «działały w strukturach państwa komunistycznego, a ich działanie było wymierzone w rozbicie tej organizacji podziemnej». Motyw działania Żołnierzy Wyklętych, zdaniem IPN, to «skierowane działania przeciwko określonej grupie osób, które łączyła więź oparta na wyznaniu prawosławnym i związanym z tym określeniu przynależności tej grupy osób do narodowości białoruskiej. Reasumując, zabójstwa i usiłowanie zabójstwa tych osób należy rozpatrywać jako zmierzające do wyniszczenia części tej grupy narodowej i religijnej, a zatem należące do zbrodni ludobójstwa, wchodzących do kategorii zbrodni przeciwko ludzkości»”.
„Witalis Romańczyk miał jedenaście lat. Pamięta, że wieś musiała żywić polskich żołnierzy, którzy ukrywali się w lasach, ale  sołtys związany był z partyzantką radziecką. Polscy żołnierze przyjechali 16 maja. Witalis akurat bronował pole. Do szopy z drewnem wpadł sąsiad, wziął karabin i granaty, po chwili słychać było strzelaninę. Witalis idzie przez wieś i widzi sąsiada przy studni, martwego, dalej braci Małaszewskich, nieżywych, żołnierza Wojska Polskiego (oddziały WP walczyły ramię w ramię z Armią Czerwoną) z rozbitą głową. Był to efekt potyczki partyzantów «Zygmunta» z żołnierzami Wojska Polskiego, którzy przyjechali po zboże. Witalisowi myliły się te oddziały, mundury mieli prawie takie same.
Anatol Bekisz miał dziesięć lat. Widział samochód żołnierzy, który przyjechał po zboże, ale przyjechali też inni, wyklęci. Jego ojcu, który był zastępcą sołtysa, wyklęci kazali siąść pod studnią. Ojciec zrobił jeszcze znak krzyża, po czym dostał kulkę. Anatol uciekł do sąsiada, gdy wrócił, znalazł ciało szesnastoletniego brata. Jego matka będzie potem nosić polską kulę, która zabiła jej męża. […]
Witalis pamięta, że kilka dni później mieszkańcy poszli do Michałowa, do cerkwi, na nabożeństwo odpustowe. Tam od Polaków usłyszeli, że «dziś Potoka będzie płonąć». Partyzanci zjawili się wieczorem, jakieś osiemdziesiąt osób. Zabrali z domów mężczyzn i odczytali im wyrok: tu mieszkają przeciwnicy prawdziwej polskiej władzy, wieś spłonie, za jedną skrzywdzoną polską wieś zginie dziesięć wsi białoruskich”. Gdy płonął dom Aleksandra Gierasimczuka „poparzył się, by ratować swoje dzieci. Spłonęło troje, w wieku sześciu-dziesięciu lat” [Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć].

Deklaracja ideowa aktualnego ONR

„2. Odrzucenie demokracji liberalnej jako reżimu wrogiego Cywilizacji Europejskiej, który za miernik prawdy przyjmuje wolę większości kierującej się najczęściej niskimi pobudkami. Tym samym opowiadamy się przeciwko wszelkim formom totalitaryzmów (komunizm, narodowy socjalizm, faszyzm), jako systemom obcym Polskiej tradycji.
3. Oparcie pojęć Sprawiedliwości, Moralności, Sumienia i Honoru na doktrynie Chrześcijaństwa jako religii objawionej, a przez to wykluczenie oświeceniowej ideologii praw człowieka, które stały się świeckim wyznaniem i źródłem mnożących się absurdalnych roszczeń społeczeństw, a w szczególności tzw. dyskryminowanych mniejszości.
4. Opowiedzenie się za koncepcją Narodu organicznego i hierarchicznie zorganizowanego, w przeciwieństwie do zmitologizowanego dziś egalitaryzmu, który przyniósł rozkład tradycyjnych wspólnot i naturalnego porządku.
5. Zwrócenie rodzinie, jako najcenniejszej części narodowej wspólnoty, jej podstawowych praw i wyłączności w decydowaniu o wychowaniu jej najmłodszych członków, które są obecnie zawłaszczane przez system socjal-liberalny usiłujący zrównać związek kobiety i mężczyzny z parą homoseksualną.
6. Ułożenie stosunków z innymi nacjami wyłącznie poprzez prymat interesów Narodu i Państwa Polskiego, a nie państw obcych, międzynarodowych zrzeszeń i organizacji.
7. Sprzeciw wobec narzucenia przez rządy panujące na terenie Unii Europejskiej i jej członków modelu społeczeństw multikulturowych, jako z gruntu fałszywego i niebezpiecznego”.


ONR-Falanga [kontekst]*

„Kto się mieni antysemitą, a uznaje liberalny parlamentaryzm i rządy tajnych organizacji, kapitalizm, absolutną wolność gospodarowania, indyferentyzm religijny i obojętność narodową – ten kłamie” [M. Rzętkowska].

„[…] dla jednostki dobro narodu nie może być kryterium ostatecznym dobrego i złego, ponieważ dobro narodu nie jest jej celem najwyższym. Celem tym musi być dobro najwyższe – Bóg. I w stosunkach polskich ten Bóg, którego stosunek do jednostki ujmuje i tłumaczy religia katolicka. Dobro zaś narodu musi być środkiem dla jednostki do osiągnięcia jej celu ostatecznego” [B. Piasecki].

„zaprowadzenie w przyszłej Polsce obozów koncentracyjnych dla elementów żydowsko-bolszewickich nie sprzeciwiałoby się zasadom moralności katolickiej. Ale bicie i głodzenie internowanych w nich żydów i komunistów byłoby wstrętne i nieetyczne. Podobnie nie będzie złamaniem zasad moralności specjalne ustawodawstwo dla ludności żydowskiej i usuwanie jej z granic Polski, ale byłoby etycznie niedopuszczalnym, żeby towarzyszyły temu pogromy i rzezie” [W. Kwasieborski].

„[…] oddziaływanie zupełnie odmiennej cywilizacji, obcej i niezrozumiałej kultury żydowskiej, wywołuje już przez samo zetknięcie się rozkładający wpływ na duszę polską, niszcząc jej idealizm i zdolność do romantycznych dokonań. Jaskrawym, patologicznym przykładem są tu produkty sztuki żydowskiej, wydawanej po polsku”.

„Ustawy norymberskie są ostatnim etapem polityki żydowskiej hitleryzmu, nadającym jej ramy prawne. Na ich mocy żydzi zostali zamknięci do getta i nie będą mogli już rozkładowo działać na naród niemiecki. Takie prawodawstwo jest wzorowane na prawodawstwie epoki, która miała najmądrzejszą politykę w stosunku do żydów, na średniowieczu i nauce Kościoła Katolickiego”.
„Wyobrażają sobie [żydzi], że klęska Hitlera będzie automatyczną likwidacją antysemityzmu. Płonne i głupie nadzieje! […] Ta wojna was nie ocali”.
„Obecne Niemcy uważamy za naszego przeciwnika, i za przeszkodę na drodze do realizacji wielkości Polski. Również szereg pierwiastków ideologii hitlerowskiej stoi w sprzeczności z światopoglądem, jaki wyznaje Ruch Narodowo-Radykalny. Narodowy socjalizm dał Europie nową, poglądową lekcję, jak narody i państwa winny uwalniać się od największego szkodnika naszych czasów – od wpływów międzynarodowych mafii zorganizowanego żydostwa” [St. Kozłowski].

„Regulacja sprawy żydowskiej drogą prawną stwarza przede wszystkim konieczność ustawowego uznania różnicy między Polakiem i nie-Polakiem […]. W ustawie będzie uwzględniona interpretacja pojęcia „narodowość polska” – oczywiście nie pod kątem widzenia „poczucia narodowości” jednostki… rolę zasadniczą w definicji narodowości grać będzie pochodzenie jednostki”.

„Można być antysemitą nie będąc rasistą. My to właśnie jesteśmy. Dla nas nie rasa jest przedmiotem kultu metafizycznego, nie jest wyznaniem czy dogmatem wiary. Nie wkracza w dziedzinę pojęć religijnych. Możemy nawet uznać, że często jej wyodrębnienie nasuwa z punktu widzenia naukowego trudności poważne. To wszystko prawda. Ale. Ale. Ale mimo to żydzi istnieją, łatwo ich rozpoznać na pierwszy rzut oka w 99 wypadkach na jeden. Choćby po specyficznym nosie. W obliczu tego nosa deklaracja jasna. Mało nas to obchodzi czy żydzi są rasą, czy nie. To ich prywatne zmartwienie. Niech się uczeni głowią. Nam wystarczy codzienne doświadczenie. Doświadczenie to mówi, że semici są czymś innym, że się różnią od Polaków, a czy ten układ cech wyróżniających pod względem fizycznym i psychicznym nazwiemy rasą lub pierwiastkiem obcym to jest właściwie kwestia umowy. Antysemityzm pojęty jako religia pozostaje w jaskrawej sprzeczności z Nauką Kościoła. Ale ten sam antysemityzm w roli programu ekonomicznego przestaje być zjawiskiem karygodnym, nie przekracza bowiem sfery spraw doczesnych” [A. Łaszowski].
„Polak czy Polka, wchodząc w związek małżeński z członkiem narodu żydowskiego traci prawa obywatelskie i wpada do rzędu „przynależnego” [o tym pojęciu będzie jeszcze mowa dalej – przyp. JJL] jak jego żydowski małżonek”.

„Ostatecznie zaś stosunek prawa publicznego do żydów uregulował papież Paweł 1v, wydając 5 lipca 1555 roku słynną bullę Cum nimis absurdum, w którym [!] zabronił żydom mieszkać poza obrębem getta, posiadać nieruchomości, tytułować się „panem”, trudnić się handlem, a natomiast potwierdził raz jeszcze nakaz noszenia przez żydów żółtych łat” [Hałaburda].
„Sumienie przypomina zasadę miłości chrześcijańskiej. Ewangelia uczy przebaczenia win. Gdybyśmy chcieli wyciągnąć z tych przesłanek konsekwencje natury praktycznej, wrogowie Kościoła i Wiary dokonaliby dzieła zniszczenia; W tej chwili nie może być miejsca na żaden liberalizm. Inteligencja judeo-radykalna próbuje wygrywać hasło „miłuj bliźniego” w tym celu, aby uśpić naszą czujność w obliczu nieprzyjaciół Kościoła […]. Piętnuję ten objaw dywersji marksowskiej […]. Młodzież katolicka nie może pójść na lep obłudnego humanitaryzmu” [Łaszowski].


„Jesteśmy polskim nacjonalizmem. Jesteśmy jedynym polskim nacjonalizmem. Jesteśmy jednym z tych ruchów, które – jak faszyzm we Włoszech, hitleryzm w Niemczech, obóz Salazara w Portugalii, karlizm i Falanga w Hiszpanii – obalają w poszczególnych krajach Europy stary system masońsko-plutokratyczno-socjalistyczno-żydowski i budują porządek nowy: porządek narodowy. (…) Fala zwycięstw ruchów narodowych, która idzie teraz przez Europę, pochodzi stąd, że w walce z socjalizmem ruchy te zastosowały jego własne metody: na rewolucję „czerwoną” odpowiedziały rewolucjami narodowymi, sile przeciwstawiły siłę, bojówkom – bojówki, strajkom generalnym – czynną akcję antystrajkową” [Jędrzej Giertych].


*Cytaty za książką Jana Józefa Lipskiego.