sobota, 27 grudnia 2014

MARTWE I ŻYWE BOŻE NARODZENIE

Dosłowne traktowanie przekazów chrześcijańskich tradycji prowadzić może do wielopoziomowej konfuzji. Mało zwraca się u nas na fakt, że zaślubiny Miriam i jej cudowne poczęcie podpadałyby w Polsce pod paragraf związany z pedofilią. Cóż, takie były realia ówczesnej kultury, nijak nie przystające do świadomości i prawa w demokratycznych krajach XXI wieku. Co gorsza, samo zapłodnienie musiało mieć jakiś aspekt "materialny", snuto zatem domysły, jak się dokonało. Chyba najsłynniejsza odpowiedź wskazuje na ucho, przez które Duch miał dokonać poczęcia Słowa w dziewiczym łonie. Dalej, Tomasz Kozłowski w Faktach i Mitach przypomniał celne zdanie Michela Serres'a, że Święta Rodzina była związkiem głęboko nienormatywnym -  "w Świętej Rodzinie ojciec nie jest prawdziwym ojcem, bo Józef nie jest ojcem Jezusa; syn nie jest prawdziwym synem, bo Jezus to syn Boga, a nie Józefa; Józef nigdy też nie uprawiał miłości z żoną. Co do matki, to jest ona zarazem matką i dziewicą …". Pamiętajmy przy tym, że brak skonsumowania małżeństwa stanowi jeden z ważniejszych powodów kościelnego unieważnienia małżeństwa! Wisienką na torcie może być kwestia intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Po dokonaniu tego aktu, mielibyśmy do czynienia z Królem-Synem i Królową-Matką, a więc związkiem, który trudno byłoby wybronić przed symbolicznym kazirodztwem. Zapewne kwestia ta nie musi być specjalnie kontrowersyjna w świetle Biblii - czytamy w niej bowiem (Genesis, 19, 30-38) o córkach Lota, które spijały go po to, by z nim współżyć i począć potomstwo (mamy tu więc w sumie do czynienia także z gwałtem czy seksualnym wykorzystaniem). Gromy, które ciskano w Jana Hartmana wydają się zatem mocno niepoważne i naciągane. 

Sam wolę widzieć w Biblii dyskurs na wskroś symboliczny, stanowiący opowieść o doświadczeniu religijnym ludzi określonych czasów i określonej kultury. Symbol, jak widział do Karol Serini, łączy w sobie dwa aspekty - trwałość formy i rewolucyjną nowość interpretacji. Napięcie (czy wręcz walka) między "autorytetem formy" a duchową wolnością interpretatora, sprawia, że symbole żyją, łącząc przeszłość z przyszłością. Boże Narodzenie i cały okres świąteczny jest dla mnie żywą opowieścią symboliczną, której znaczenia rozsadzają duszny świat polskiej sfery publicznej.

Po pierwsze, że znów odwołam się do tekstu Kozłowskiego, Święta Rodzina jest dla mnie modelem związku opartego na miłości, którą się buduje i wybiera, a nie na rzekomo naturalnym podporządkowaniu biernej kobiety czynnemu (także seksualnie) mężczyźnie. Święta Rodzina nie mogłaby zaistnieć, gdyby przestrzegano przepisów kodyfikujących rodzinę pojmowaną tradycyjnie, czyli jako związek nasienia i krwi. Relacje między Miriam, Jeszuą i Josefem to otwartość, miłość i wybór, także zgoda na adopcję, a więc wartości konstytutywne dla myślenia o związkach partnerskich czy lepiej - o związkach innych od tradycji patriarchalno-heteronormatywnej. Wychowanie do wolności, otwartości i miłości widać później w stosunku Jeszui do kręgu uczniów - nowy testament przechowuje wypowiedzi o silnych uczuciach łączących Jeszuę z kobietami i... mężczyznami, by przypomnieć umiłowanego ucznia. Możemy mieć tu zatem do czynienia z tym rodzajem relacji, które nie są monogamiczne, za to wolne od zazdrości i nakierowane na dawanie siebie innym.

Po drugie, okres bożonarodzeniowy przypomina o tym, że czynnikiem konstytuującym kulturę jest różnorodność, pluralizm. Dobrze widać to na przykładzie tzw. Trzech Króli - różniących się podług podań rasą, a więc także językiem, podzielanymi wartościami etc. Jednoczy ich szczere poszukiwanie prawdy, co wcale nie przekłada się na unifikację kulturową. Można by rzec - że różne drogi mogą prowadzić do wspólnego celu, który - być może - daje się rozpoznać, ale którego nie można osiągnąć. Jeszua tylko objawia Boga, Bóg sam w sobie pozostaje bowiem niepoznawalny. To ważne przesłanie dla wszelkiej maści fundamentalistów, próbujących wprowadzać w świat wyłącznie swoje porządki. Wskazuje bowiem, że hic et nunc nie da się wprowadzić jednorodności, więcej - że takie zabiegi są zamachem na człowieka. Zasada jedności - o ile istnieje, to znajduje się poza tym światem, jest ideą regulującą nasze dążenie do porozumienia. Porozumienie jednak nigdy nie może eliminować różnorodności.

Po trzecie, tradycje chrześcijańskie odsłaniają niebagatelną rolę zwierząt w rozpoznaniu Boga. Przekazy związane z szopką akcentują jedność świata jako organizmu, powiązanie zwierząt, aniołów, ludzi i Boga, także ziemi jako siedliska roślin, skał, wspólnej nam macierzy. Skoro tak, to człowiek nie może być eksploatatorem świata, ale jego pasterzem. Posiada zobowiązania moralne (także religijne) wobec nie-ludzi, z którymi uczestniczy w tym samym akcie kosmicznej liturgii. Szacunku wobec zwierząt czy środowiska naturalnego nie da się więc motywować tak kuriozalnie, jak czyni to choćby Tomasz Terlikowski - rozpadem relacji między-ludzkich. Nie da się także czytać chrześcijańskich symboli i twierdzić, że zwierzęta nie mają praw i nie mają dusz. I że zbawiony będzie tylko człowiek - księgi prorockie znają opowieść o czasach zbawienia, w których panuje pokój między człowiekiem, lwami i trzodą. 



niedziela, 21 grudnia 2014

QUO VADIS WOJCIECHU NOWICKI? QUO VADIS OPERO W ŁODZI?

Podsumowując sezon operowy 2012/2013 Tomasz Flasiński przyznał dyrektorom Wojciechowi Nowickiemu i Waldemarowi Zawodzińskiemu nagrodę Złotego Koguta za kierowanie się przekonaniem, że
"najlepszym sposobem na przetrwanie kryzysu jest wystawianie wyłącznie ogranych hitów i niewyściubianie nosa poza repertuar dziewiętnastowieczny. Od biedy, dodawał, można zrozumieć Łódź, w której publiczność jest dość konserwatywna, zespół dostosowany do jej gustów, a bogatsi melomani i tak mogą się wybrać do odległej o półtorej godziny jazdy Opery Narodowej. 

Z kolei pod tekstem Flasińskiego o Marku Weissie wymieniliśmy się głosami w dyskusji. Na moje dictum:
szczerze dziękuję za Pana tekst. Głosy tego typu są bezcenne w kraju, w którym o operze niemalże nic rzeczowego się nie mówi. Jeśli już, to niekiedy o pojedynczych spektaklach, o dyrektorowaniu zaś zazwyczaj pokątnie na forach czy blogach. Ciekawe było dla mnie letura całości tej polemiki, patrzę bowiem na nią z jeszcze innej perspektywy - łódzkiej. I muszę przyznać, że budzi to we mnie nostagię za Trójmiastem i pokusę bywania na tamtych spektaklach. Nawet za cenę reżyserii, która wzbudzi we mnie niechęć czy furię. Ale dla reperturaru. I wykonawców. Dlaczego?

Epoka Pietrasa siłą rzeczy dotknęła mnie swoimi późnymi owocami. Mogę się do niej odnosić tylko jak do lokalnego mitu. Z czasów, których jestem świadom, najmilej wspominać mogę Marcina Krzyżanowskiego. Choć trudno pochwalać go jako człowieka, niewątpliwie tamten moment był dobry dla melomanów. Dał nam choćby Echnatona Glassa, z niezapomnianą Nefertiti Moniki Cichockiej. Za jego rządów Cichocka miała szansę wykreować niezapomnianą Blanche w Dialogach karmelitanek. Później pamiętam Adrianą z sensacyjnym debiutem Bernadetty Grabias. Niezłe Opowieści Hoffmanna czy baletowe rewie Madii. Mile wspominam Falstaffa z Renato Brusonem. Z czasów zdecydowanie wcześniejszych, jako owoc Pietrasa właśnie, Pasję. Potem Łódź definitywnie usiadła. Melomani Trójmiasta tęsknią za klasyką - w Łodzi można nią zwymiotować. W koło Macieju - Butterfly, Tosca, Carmen, Aida. Niektóre mające 6 premier (trzy na scenie Jaracza w czasie remontu, trzy po przeniesieniu do Wielkiego). Przez długi czas dominujący zespół reżyserski, dla którego Toska jest opowieścią o rozporku Scarpii, a Czarodziejski flet podlaną tanią psychoanalizą o królestwie libido-nocy, które i tak odniesie tryumf nad rozumem. Znaczną część zarzutów, które stawia Pan Dyrektorowi Weissowi, chciałbym postawić Wojciechowi Nowickiemu. Ale nie mogę - my nie mamy współczesnych oper. Mamy gale: chóralną, operową, baletową. Teraz będziemy mieć Wielką Galę Opery na 60lecie teatru. Na Placu. Reżyserowaną przez pół etatowego w Łodzi duetu, czyli Janinę Niesobską. W Łodzi mamy baletowego Oniegina z naiwnym realizmem sielskiego dworku i sztucznych drzewek, z kompletnym miszmaszem sklejanych kawałków partytur [...] Fatalne podejście do obsad zresztą panoszy się u nas. Na pierwszy spintowy głos sceny ferowana jest Anna Wiśniewska-Schoppa, głos skądinąd wartościowy, ale nie na Aidy, po których długo dobrze nie pośpiewa. Nieumiejętność słuchania głosów i prywata, idiosynkrazje, które słusznie odradza dyrektorom Piotr Kamiński są u nas zresztą na porządku dziennym. Jednych artystów się odsuwa, innym mówi publicznie niemiłe rzeczy (przecież Warcisław Kunc odszedł dlatego że artyści-związkowcy powiedzieli w końcu nie). Znajomość belcanta ocenia się tylko po z włoska brzmiącym nazwisku.

Do tego nasza kulturalna dyrekcja zupełnie pozbawiona jest kultury. Fakt, że po śmierci Jadwigi Pietraszkiewicz kir powieszono z tyłu budynku, "na parking", jest tego najlepszym dowodem.

Nie piszę tego, by cokolwiek w Pana tekście kwestionować. Pana Argumenty przekonują mnie i odpowiedź Dyrektora Weissa nie podważa ich mocy.
Pokazuję jednak inną perspektywę i inny punkt widzenia. W Łodzi za repertuarem w Bałtyckiej mogę tęsknić. I mogę chcieć się zżymać".

Odpowiedź zmieściła się w krótkim zdaniu:
"Dla jasności : też bym tęsknił , gdybym na co dzień miał do czynienia właśnie z Operą Łódzką. 
Między jednym a drugim tekstem była jeszcze Elegia na odejście Zawodzińskiego , w którym to tekście Flasiński podjął próbę trudnej sytuacji opery w Łodzi.  A także nagroda Złotej Dyni, przyznana Nowickiemu i Zawodzińskiemu w 2013r. 

We wszystkich tych tekstach przewijają się bardzo podobne argumenty. Jasno i klarownie wyłożyła je Aleksandra Barańska pisząc:
"To, że nie ma żadnego pomysłu na Teatr Wielki było jasne już przed zakończeniem remontu: usilnie forsowana idea grania oper na niewielkiej scenie niedużej sali Jaracza była dowodem na brak jakiejkolwiek wizji rozwojowej dla zespołu. Jak remontowała się Opera Wrocławska i występowano w Hali Ludowej, to jej zespół nauczył się grać w wielkiej skali Wagnera, zyskując specjalizację. Łódzka opera, jeśli już musiała grać w Jaraczu (choć przecież można było próbować grać w wyremontowanym Teatrze Muzycznym, pokonując uprzedzenia marszałkowskiej instytucji kultury do instytucji miejskiej) to mogła się chociaż nauczyć przy tej okazji grać repertuar kameralny, może barokowy - nie nauczyła. Po otwarciu łodzianie otrzymali banalną mieszankę żelaznych pozycji. Łódzki Wielki jest dziś operą prowincjonalną, której jedynym znakiem rozpoznawczym pozostaje patyna i inscenizacyjna monotonia.

Teatr Wielki i Teatr Jaracza chorują na tę samą chorobę, a objawy tuszują dzięki budowanej na pijarze pozycji dyrektorów, których nie potrafią ocenić słabiutkie lokalne media. Monopolowi niespotykanemu w żadnym innym mieście. 
***
Kończy się rok 2015, czas więc na nowe podsumowania.
Jak sądzę, większość argumentów podniesionych wcześniej jest ciągle w mocy. Sytuacja TW martwi mnie jednak coraz mocniej - patrząc na politykę repertuarową i obsadową, a także na częstotliwość, z jaką gra teatr, odnoszę wrażenie, że powoli dążymy już nie do jego marginalizacji, ale dewastacji.

Skąd te mocne słowa?
Wskażę na dwa trendy.

Pierwszy, to budowanie repertuaru w oparciu o osoby spoza zespołu.
Tak było w przypadku Strasznego dworu. Na dwa wieczory skompletowano obsadę niemal w całości złożoną z solistów pozałódzkich. Gest ten nie jest specjalnie zrozumiały, zwłaszcza w momencie, gdy słabą kondycję teatru uzasadnia się sprawami finansowymi. Koszta, jakie pochłonęła taka decyzja obsadowa, niewątpliwie można by zainwestować w bieżącą działalność teatru. Jako że była to produkcja jubileuszowa, decyzje obsadowe wywołały też zrozumiałe zdziwienie, opór. A i nie przyniosły spektakularnego aplauzu. Ciekawe w kontekście tej premiery jest także to, że jeden z czołowych solistek sceny zaproponowano rolę... Marty i Starej Niewiasty. Budzi to skojarzenia z czasami minionymi, gdy solistom powierzano role poniżej ich kwalifikacji lub niezgodne z ich głosami. W efekcie prowadziło to do zwolnień motywowanych... brakiem repertuaru.
Tak będzie także w przypadku Latającego Holendra Ryszarda Wagnera. Hucznie zapowiedziana premiera ma szansę zaistnieć na trzech spektaklach - kluczowe role śpiewają bowiem artyści spoza TW. Niespecjalnie wierzę, że dyrekcję stać będzie na ich opłacanie w ramach "normalnych", sezonowych spektakli.

Drugi, to niezwykła rotacja solistów. Osoby zasłużone dla sceny są marginalizowane, choć mogłyby śpiewać, np. Sentę. Pojawia się za to szereg młodych osób, na krócej lub dłużej goszczący na scenie (im są lepsi, tym goszczą krócej). Mam poczucie, że pozwala to dyrekcji na dwie rzeczy. Primo, nie krępowaniem się umowami bezterminowymi. Secudno, wysadzenie z siodła związków zawodowych. Ich działalność związana jest na ogół z osobami znającymi miejsce pracy. Ciągła rotacja pozwala temu przeciwdziałać. Ponoć przetestował to nasz balet, gdy nagle w ocenie pracowniczej najgorzej wypadły osoby ze związków zawodowych. Ale to informacje do potwierdzenia. 

TW pod wodzą Nowickiego staje się konsekwentnie sceną impresaryjną i coraz trudniej - w świetle jego polityki - zrozumieć, po co nam zespół. Mimo to pozostaje sceną prowincjonalną, kierowaną w myśl zasady: "kto nisko lata, nie potłucze się przy upadku". Zdanie to znajduje swój wyraz także na nieco innej niwie. Choćby na spotkaniu Opera bez granic Nowicki bez pardonu żuł gumę. A na pogrzeb Marka Jaszczaka nie był w stanie wystosować listu (w odróżnieniu choćby od szefostwa filharmonii). 

A szkoda, bo łódzki zespół ma w sobie duży potencjał. Trzeba go tylko wydobyć i pokazać.
Moją prywatną nagrodę za największe artystyczne wrażenie mijającego roku przyznaję Dominikowi Senatorowi, młodemu tancerzowi, które chciałbym obejrzeć np. w Apollon Musagete Strawińskiego. 

Berbadettę Grabias, Joannę Woś, także Olgę Maroszek chciałbym posłuchać w Rossinim. Tancred czy Semiramida jak najbardziej leżą w łódzkich możliwościach. Podobnie jest z Mozartem - może Cosi fan tutte, Uprowadzenie z seraju? Ale także z operą XX-wieczną. Choćby Tryptyk Pucciniego, z Moniką Cichocką i Dominikiem Sutowiczem w Płaszczu. Nie wykorzystano też szansy belcantowej - po Marii Stuardzie i Annie Bolenie winien przyjść czas na Roberta Devereux z Dorotą Wójcik i... na Glorianę Benjamina Brittena z Cichocką*. Warto by także - o czym piszę do znudzenia - za inspiracją np. Levine'a czy Barenboima regularnie wyprowadzać orkiestrę z kanału i upodmiotowić ją koncertami symfonicznymi. Nic jej tak nie rozwinie.

Ale dość bawienia się we wróżkę. Flasiński ma rację, Warszawa i Opera Narodowa są blisko Łodzi. Może o to chodzi polityce władz - wykosimy nasz teatr i będą oszczędności? A zdeterminowani pojadą do stolicy...


______
*Dużą część z tych rzeczy sugeruję warunkowo. Za obecnej dyrekcji Łódź kompletnie straciła bowiem zespół solistów-tenorów. Jednym Sutowiczem "orze się jak może" ze szkodą dla niego. Radamesów czy tenorów leggiero za to nie widać...

DLACZEGO ŚWIĄTYNIA OPATRZNOŚCI BOŻEJ NIE MOŻE BYĆ PANTEONEM?

Michał Głowiński przez długie lata PRL prowadził - wpierw do szuflady, później publikowany - projekt badania partyjnej nowomowy. Był to wyraz przekonania, że centrum władzy zawsze zawłaszcza język po to, by skutecznie kontrolować rzeczywistość. W myśl zasady, że granice naszego języka są granicami naszego świata.

Zjawisko zawłaszczania języka ma miejsce także dzisiaj. Przoduje w nim Krk i związane z nim media oraz środowiska polityczne. Zawłaszczenie dokonuje się przez sakralizację wydarzeń - czego przykładem jest wprowadzenie do obiegu pojęcia "pielgrzymki smoleńskiej". (Słownikowo pielgrzymka to wędrówka do miejsc świętych oraz wędrująca do nich grupa. Miejsce wypadku, nawet najbardziej smutnego, trudno uznać za miejsce święte). A także przez włączenie w dyskurs kościelny pojęć związanych tradycyjnie z tym, co świeckie.

Zjawisko to dobrze widać przy okazji dyskusji wokół dotacji dla Świątyni Opatrzności Bożej. W przestrzeni medialnej pojawił się i rozpowszechnia pogląd, że ŚOB będzie polskim odpowiednikiem Panteonu, w oczywisty więc sposób państwo ma obowiązek wspierać finansowo jej budowę. 

Ten efektowny pogląd jest jednak z gruntu fałszywy. Jego fałsz obnaża krótka wypowiedź Kazimierza kard. Nycza:

"Muzeum Jana Pawła II i Stefana kard. Wyszyńskiego jest znaczącym przedsięwzięciem o wymiarze narodowym i związane jest ściśle ze wznoszeniem w Warszawie Świątyni Opatrzności Bożej – dziękczynnego wotum za opiekę Boga nad naszą Ojczyzną.

Muzeum stanowi hołd wobec dwóch najwybitniejszych Polaków ubiegłego stulecia, wyraz wdzięczności dla ludzi, którzy zmienili bieg dziejów nie tylko naszego kraju, ale całego świata. Będzie ono przede wszystkim ośrodkiem edukacji przyszłych pokoleń – historycznej, kulturalnej i patriotycznej.

Czym jest paryski Panteon?
Mauzoleum poświęconym wybitnym Francuzkom i Francuzom. Mimo że mieści się w budynku pokościelnym jego status jest całkowicie świecki. Nawet w Wikipedii przeczytać można, że podejmowano próby przywrócenia mu charakteru religijnego, zaniechano ich jednak pod koniec XIX wieku, łącząc Panteon definitywnie z tradycją państwa demokratycznego, którego obywatelami jest się niezależnie od preferowanej opcji światopoglądowej czy religijnej. 
Interesująco wygląda tu kontekst symboliczny - za czasów monarchii budynek ten przeznaczony była na katolicką świątynię wotywną ku czci patronki Paryża, św. Genowefy. Zmiany demokratyczne, odbywające się pod egidą haseł wolności i równości, przyniosły zmianę funkcji obiektu, który stał się "świątynią Republiki i miejscem wspólnej pamięci".
O tym, kto spocznie w Panteonie, zwyczajowo decyduje Prezydent Republiki Francuskiej.
Warto także pamiętać, że pierwszą kobietą spoczywającą w Panteonie jest Maria Skłodowska-Curie, która nijak nie pasuje do polsko-katolickiego obrazu kobiety.

Jak się do tego ma Świątynia Opatrzności Bożej?
Nijak. Skoro nie ma być świątynią demokratycznej Polski i przestrzenią wspólnej pamięci, ale wotywą dla katolickiego Boga. 
Nijak. Skoro za dwóch najwybitniejszych Polaków uznaje się z automatu reprezentantów kleru. W tym prymasa Stefana Wyszyńskiego, którego - jak pułkownika Ryszarda Kuklińskiego - nie umiem uznać na bohatera. Jego zasługą jest choćby zamknięcie Krk na nauczanie Vaticanum II (nie kto inny tylko on negatywnie oceniał działalność popularyzatorską Stefana Swieżawskiego), promocja ludycznych i prymitywnych form religijnych, utrwalających podział na kler-sumienie narodu i nieuczoną resztę. 
Nijak. Jako budynek kościelny to kler decydował będzie o pochówkach i polityce historyczno-symbolicznej.

Polska władza walkowerem oddaje Krk decydującą rolę w kształtowaniu polskiej tożsamości, pamięci, patriotyzmu, pożądanych modeli zachowań itd. Jak się to ma do Polski, która jest krajem wszystkich Polaków, bez względu na światopogląd, jak mówi Konstytucja?

Jak długo pozwolimy okupować przestrzeń państwa jednej instytucji religijnej? I zamiast inwestować w kulturę, będziemy inwestować w kult - w tym kult Polski katolickiej, nieprzyjaznej dużej części obywateli?

I jak długo pozwolimy mediom na katolickie zawłaszczanie naszego języka?

czwartek, 18 grudnia 2014

ETYKA, PEDAGOGIA, POLIAMORIA. KILKA REFLEKSJI O DEMOKRACJI I ŚWIECKIM PAŃSTWIE

Wczorajszy dzień obfitował w wysyp dziwacznych informacji. Parlamentarne mylenie kultury z kultem, serwilistyczna ucieczka od problemu Funduszu Kościelnego, PO-PiSowa koalicja przeciw debacie o związkach partnerskich, grzmiący list arcyprofesora Jędraszewskiego, dla którego szkolna drama z chłopcem w roli dziewczynki świadczy o tym, że potwór dżęder zbiera krwawe żniwo... Za dużo jak na jedno popołudnie. Naszło mnie przy tej okazji kilka refleksji...

***
Primo, zastanawiam się, na ile jesteśmy świadomi, że walka o etykę humanistyczną w szkolnictwie i życiu codziennym, jest walką o demokratyczny, niezależny od religii kraj. Funkcjonariusze Krk dość łatwo godzą się na to, by kompetencje państwa i kościoła były rozdzielone, ale tylko dlatego że państwa nie oddziela się od etyki. Ta zaś pojmowana jest wyłącznie jako etyka katolicka. Wszelkie próby pokazania, że namysł moralny zaczął się na długo przed chrześcijaństwem i że niezmiennie rozwijany jest także poza nim budzi furię i frustrację. Kler bowiem zdaje sobie sprawę, że etyczna emancypacja sfery publicznej oznaczać będzie realne oddzielenie państwa od religii. Polska stanie się wtedy państwem złożonym z różnorodnych obywateli, którzy będą mieli swoją wartość jako ludzie. Nie będzie więc już państwem obywatela-katolika, w którym obecność innych z bólem, niekiedy z agresją, się (nie)toleruje.

***
Secudno, kwestię etyki silnie się de-polityzuje, wpisując ją w perspektywę pedagogizacji różnorodnych aspektów życia. Na problem ten w kapitalny sposób zwrócono moją uwagę na sympozjum Pamiętać Foucaulta. Prof. Marek Czyżewski jasno i samokrytycznie pokazał, jak nauki społeczne uległy retoryce "nastawienia". Idzie o to, by ukształtować ludzi w przekonaniu, że za jakość ich życia odpowiadają oni sami. To ich nastawienie, ich samokształcenie, ich zaniechania, ich działania (terapeuci, coachowie, poradniki "jak żyć", dietetycy etc.) odpowiadają za to, czy będą w życiu kreatywni, z sukcesami na kontach i w biografii, czy nie. Prof. Tomasz Szkudlarek zwrócił uwagę, że nasza cywilizacja od zarania postrzegała kulturę jako sferę pedagogii. Nasz problem polega na tym, że próbujemy zamienić to, co polityczne, na to, co "pedagogiczne". 
Bezdomnym mówimy, że są nieporadni, więc winni. Dzięki temu znika problem polityki mieszkaniowej i odpowiedzialności władzy. 
Bezrobotnym mówimy, że brak im elastyczności, kompetencji i przebojowości. Dzięki czemu znika problem braku przemysłu, akumulacji kapitału w rękach korporacji etc.
Podobnie pewnie jest z etyką - mówimy, że to indywidualny styl życia. Dzięki czemu zwalniamy się z obowiązku postrzegania sfery publicznej jako sfery normującej życie obywateli "z różnych parafii". 

***
Tertio, choć nie lubię wiązania idei poliamorycznych z polityką, to coraz wyrażniej dostrzegam, że model miłości wykraczający poza dwójkę osób może realnie przełożyć się na inne myślenie o wspólnocie. Wciąż tkwimy w okowach mitu narodowego - wspólnota to dla nas wspólna tożsamość, istota, która tworzy z nas Polaków i obywateli, dzieło, które mamy urzeczywistnić. Dlatego wszyscy Ci, którzy nie mieszczą się w naszym rozumieniu owej istoty czy tożsamości muszą zostać wykluczeni, zmarginalizowani. Nie tworzą bowiem naszego dzieła, co najwyżej mogą je popsuć. 
Za Jeanem-Lukiem Nancym uważam, że takie myślenie jest totalistyczne czy wręcz totalitarne. Zebrało czarne żniwo i nie warto go dalej podtrzymywać. Za Nancym jestem przekonany, że podstawą wspólnoty jest nasza odmienność - to, co nas łączy, to różnice między nami. Różnice, dzięki którym musimy się ze sobą komunikować, stan roztopienia w jakimś "ogólnoludzkim porozumieniu", czy biometafizycznej naturze jest bowiem niemożliwy. 
Co ma do tego poliamoria? Romantyzm wychował nas w kulcie miłości, jako quasi-mistycznego stopienia kochanków. Szukamy swojej drugiej połowy, idealnie dopasowanej, by dzięki niej oderwać się od świata. Komunikacja w takiej perspektywie jest pozorna, tak samo jako możliwość samorozwoju. Jeśli bowiem jesteśmy inni, jeśli coś ze sobą dzielimy, a coś nas różni, jeśli jesteśmy sobą na wzajem zaciekawieni, musimy tę odmienność, która nas zbliża pielęgnować. Zawłaszczenie drugiej osoby i zamknięcie się na resztę świata nie będą tu funkcjonalne. Zakonserwują raczej przekonanie, że stapia nas jedna natura. Tak samo, jak "jedna natura" spaja naszą wspólnotę.

  

sobota, 13 grudnia 2014

ŻEGNAJĄC MARKA JASZCZAKA


Ze smutkiem przychodzi mi dzisiaj żegnać Marka Jaszczaka, wieloletniego szefa chórów Teatru Wielkiego w Łodzi, rodzimej filharmonii czy Akademickiego Chóru Politechniki Łódzkiej.
Jaszczak to postać wyjątkowa. Pamiętam go jako osobę pozbawioną tzw. "parcia na szkło". Nigdy się nie narzucał, zawsze skromnie stał z boku. Ale z zapałem oddawał się pracy. W moim odczuciu zapisał jedne z najpiękniejszych kart w historii operowego chóru, z którego uczynił autentyczny podmiot artystyczny. 

Z tą wybitną osobowością nasze instytucje muzyczne pożegnały się mało elegancko. Zwłaszcza Teatr Wielki, który - jak mówił sam Jaszczak - zwolnił go "u progu sezonu motywując to mijaniem się przeze mnie z koncepcją i oczekiwaniami dyrekcji Teatru". Faktycznie, dorobek jego dwudziestu lat, uznanie krytyki i publiczności, reprezentują inne standardy niż te, które panują w chórze dzisiaj. Inna sprawa, że podejście Waldemara Sutryka, z wycienianiem głosów, zdejmowaniem alikwotów, czyszczeniem z naturalnej wibracji faktycznie pasuje do innej koncepcji, ale nie teatru, który wykonuje zasadniczo włoski repertuar, lecz do amatorskiego chóru wyższej uczelni, z wyłączeniem tych wszystkich akademickich zespołów, które spokojnie mogą śpiewać na profesjonalnych estradach.

Żegnam Marka Jaszczaka z bólem serca. I ufam, że z tym pożegnaniem poradzi sobie Wojciech Nowicki. Byłby wstyd, gdyby powtórzyła się sytuacja po odejściu Jadwigi Pietraszkiewicz, kiedy kiry zawisły nad teatralnym parkingiem...

sobota, 6 grudnia 2014

KIEDY DESKA BUDUJE? O SŁUCHANIU W WOLNOMULARSTWIE

Im poważniejsza i bardziej dogłębna staje się krytyka zmian destruujących system oświaty i nauki, tym mocniej doceniam wolnomularstwo jako miejsce fomracji człowieka. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że loże zachowały i podtrzymują model paidei, którego początków szukać można w przekazach o szkołach pitagorejskich, a który rozwijany był w szkołach filozoficznych starożytności czy w Akademii Florenckiej. Ta ostatnia jest dla mnie zresztą modelowym symbolem wolnomularstwa avant la lettre, co uwidaczania się w trosce o porozumienie i pokój, więzach braterstwa łączących uczonych. I w wizji człowieka - Mowa o godności ludzkiej Pico della Mirandoli to jeden z najbardziej wolnomularskich tekstów, jakie znam. Siła takiego modelu kształtowania człowieka polega, m. in., na tym, że zdobywana przez adepta wiedza nie ma tylko charakteru poznawczego, nie jest martwą kolekcją encyklopedycznych danych. Wiedza ma tutaj charakter duchowy, prowadzi nie tylko do poszerzenia wiedzy o świecie, ale przede wszystkim do przemiany człowieka. 

***
Przygotowując referat na sympozjum poświęcone Michelowi Foucaultowi miałem okazję wrócić do dawnych lektur. W tym do niezwykle dla mnie ważnej serii wykładów zatytułowanych Hermeneutyka podmiotu. Foucault traktuje w niej obszernie o sposobach, w jakie człowiek tworzy samego siebie przez związanie siebie z Prawdą. Tak pojmowana biotyka, sztuka życia, była charakterystycznym zadaniem filozofa i szkół filozoficznych. Jest też właściwa dla wolnomularstwa - o świecie loży myslałem bowiem czytając wnikliwe uwagi Foucaulta dotyczące roli słuchania w drodze przemiany. Czynione m. in. na kanwie tekstu Plutarcha O słuchaniu.

***
Słuch, jak referuje Foucault, "jest jedynym zmysłem, za pośrednictwem którego nabywamy cnotę". Tej nie da się bowiem zdobyć patrząc, czy dotykając - wzrok czy dotyk są bowiem zmysłami szalenie aktywnymi, w ich gestii jest zamknięcie się na doświadczenie, zmiana jego biegu, zniekształcenie. Słuch, jako zmysł najbardziej bierny, w najsilniejszym stopniu otwarty jest na świat zewnętrzny, w tym na logos, a więc rozum, który kryje się w każdym racjonalnie wyartykułowanym przekazie. Ucho jest zatem "bramą do logosu",  a umiejętność sluchania stanowi podstawowe narzędzie do przemiany duchowej poprzez wiedzę.

Słuchać, rzecz jasna, trzeba umieć. Wprawdzie filozofowie starożytni wskazywali, że nawet słuchanie bez zrozumienia powoduje powolną przemianę słuchającego, może jednak zdarzyć się i tak, że tym, co przykuwa naszą uwagę nie jest treść, a jedynie retoryczny powab mowy. Wtedy człowiek nie tylko nie zazna korzyści, ale poniesie stratę, pozbawiając się terapeutycznej mocy logosu. Jak tedy wychować w sobie zmysł słuchu? Jak słuchać, by wejść na drogę przemiany?

Foucault wydobywa na jaw trzy rady.

Po pierwsze, nauczyć się milczeć. Milczenie jest lekarstwem na wadę gadulstwa i rozbiegania myśli, kształtuje koncentrację, uczy rachowania zasłyszanych idei i pokory wobec własnych przekonań - słuchać w milczeniu to sycić się treścią, niczemu się nie sprzeciwiając, niczego nie nauczając, przyjmować ziarno, które wymaga czasu, by wzeszło.

Po drugie, podtrzymywać skupienie poprzez właściwą dla słuchania postawę ciała. Pozwala ona na niezakłócne przyswajanie treści, ale także na więź między mówiącym a słuchającym.

Po trzecie, skupienie słuchającego na znaczeniu tego, co słyszy. Ani piękno wymowy, ani subtelna konstrukcja gramatyczna, nie powinny przesłaniać treści - tylko treść, przez swe związki z prawdą - pozwala wejść bowiem na drogę wewnętrznej przemiany. Oznacza to także, że nie chodzi o bierne przepuszczanie przez głowę dźwięków, ale o medytację nad tym, co się słyszy. Po to, by pod powierzchnią mowy odkryć wskazówki praktyczne, reguły życia pozwalające słuchającemu na wewnętrzną przemianę. 

***
"Poza samym rytuałem, istotnym elementem prac lożowych są tzw. deski, czyli referaty, które następnie są dyskutowane. Deski są kawałkami Architektury. Między innymi, dzięki nim - masoni budują Świątynię Ludzkości. Architektura loży to jej myślowy dorobek" - czytamy na portalu wolnomularstwo.pl
Słowa te trudno przecenić. Niemniej trudno zgodzić się, że "Mają za cel podnosić poziom wiedzy wszystkich lożowych masonów, w tym zwłaszcza "wiedzy światowej" [...]". Gdyby tak było, deski podnosiłyby jedynie poziom encyklopedycznej wiedzy, która nie przekłada się na przemianę duchową człowieka. 

Znaczenie deski odsłania się dopiero w kontekście procesu dojrzewania człowieka, o którym pisałem wyżej. Od tego zatem, co mówimy i jak potrafimy słuchać zależy to, czy cokolwiek dodamy do Świątyni Ludzkości. 
Reszta jest milczeniem i medytacją, choćby nad figurą Fausta, którą pod naszą rozwagę poddał brat Gotthold Lessing w jednym ze swoich listów. 

wtorek, 25 listopada 2014

DZIEŁO ŚRODKA. O ŁÓDZKIM TRUBADURZE

Verdi panuje samowładnie nie tylko w teatrze włoskim, ale i w Wielkiej Operze, gdzie Trovatore przebrany we francuskie stroje i przezwany Trouverem, zastępuje, jak może, zupełny brak sztuk nowych. Za żadne pieniądze nie można teraz w Paryżu usłyszeć innej muzyki jak Verdiego: Verdi z francuską, Verdi z włoską przyprawą, wszędzie i zawsze Verdi - 
donoszono w połowie XIX stulecia. Trubadur panował też wtedy niepodzielnie na scenie warszawskiego Teatru Wielkiego - liczba jego przedstawień pobiła nawet modnego Roberta Diabła Giacomo Mayerbeera. A i dziś trudno odmówić mu wzięcia. 
Popularność Trubadura jest czymś zastanawiającym, jeśli zważy się, że prosta recepta na jego sukces (podana przez Enrica Caruso) mówi, że wystarczy główne role obsadzić czwórką najwybitniejszych śpiewaków świata. O to w teatrach było i będzie trudno, a Trubadur i tak święcił, i święcić będzie tryumfy.  Dlaczego?

Odpowiadać można różnie. Na przykład wskazując niezwykła inwencję melodyczną czy błyskotliwą instrumentację. 
Moja odpowiedź jest nieco bardziej zawiła. Mianowicie widzę w Trubadurze wzorcowe dzieło środka - żyje w nim tradycja minionych czasów, ale jest to tradycja przełamana. I właśnie ta mieszanina powoduje w efekcie atrakcyjność tego dzieła.

Tym, co nowe, to "olśniewająca i energiczna instrumentacja" (a propos Lombardczyków zauważył to w 1848r. Adam Munchheimer), z której czyniono u nas Verdiemu zarzuty. Choćby Sikorski pisał:
chrzęst i szczęk blach i talerzów metalowych, krzyk podziurawionych kijów i drągów drewnianych, łomot psiej skóry wyprężonej, lament krajanych wnętrzności baranich [...], otchłań jakby z wulkanu wyrzucana zapamiętałością kilkudziesięciu cyklopów.
Verdiemu zarzucano także mordowanie głosów, które we wcześniejszych operach mogły delikatnie snuć melodie. 
Niemniej dostrzegano także, iż Verdi kontynuuje tradycję - przełamanie stylistyczne wiązano dopiero z Aidą. Faktycznie, w Trubadurze znajdujemy modelowy przykład typowo belcantowego schematu cantabile-cabaletta (Ah, si... i Di quella pira Manrika), partia Leonory - jak słusznie pisze Piotr Kamiński - spuścizna po wielkich sopranach Georga F. Haendla, Wolfganga A. Mozarta, Gioacchina Rossiniego i Gaetano Donizettiego (O tym, że w Leonorze żyje Haendel przekonała mnie też Simone Kermes, która - w kameralnej i "historycznie poinformowanej obsadzie - pokazała, czym może być belcanto w tej partii.). Hrabia Luna to nieprawdopodobne piękno  kantyleny i zwinność pasaży w Di geloso amor (koloratury nie oszczędził też Verdi Ferrandowi, partii wymagającej śpiewaka, który jest "prawdziwym rossiniowskim wirtuozem"). Podobnie zanurzona w tradycji jest centralna dla mnie partia Azuceny - która "ma swe źródło w rossiniowskim contraltino", zuchwale korzystając ze skrajnych rejestrów. Potrzebny jest tu już jednak mezzosopran verdiowski - o dużej skali i odpowiednim wolumenie, doskonale jednak wyrównany i szlachetny w barwie.

***
W moim odczuciu Trubadur padł ofiarą rosnących sal teatralnych, rosnących orkiestr i ambicji głosów (wysoko)dramatycznych, jakby powiedzieli Niemcy. Najmocniej odbiło się to na partiach Leonory, Manrika i Ferranda. Leonorę śpiewały i Ghena Dimitrova, i Maria Slatinaru, i Gwyneth Jones. Z Ferrandem mierzył się John Tomlinson. Itd. itp.

Pamiętając, że używane przez nas typologizacje (bo jednak nie klasyfikacje) głosów pochodzą z czasów późniejszych, przypomnę jednak, że wg fachów Leonora jest dramatyczną koloraturą (tak jak Violetta w Traviacie i kolejna ofiaria obsad - Abigail w Nabucco). Kloiber opisuje ten głos wskazując na łatwość śpiewania wysokich tonów, giętkość głosu i jego dużą nośność, ani słowem nie wspominając o wolumenie (!). W tym duchu w partii Leonory obsadzano Leylę Gencer, Renatę Scotto, Joan Sutherland, Christinę Deutekom, ale także Katię Ricciarelli i  Joannę Kozłowską, które koloraturami nie są. 

Ten nurt, najbliższy - w moim przekonaniu partyturze Verdiego - przypisuje Leonorze głos gęsty i soczysty, nośny i dźwięczny, ale zdecydowanie lżejszy od sopranów (hoch)dramatisch. Precyzyjny w zdobieniach, zazwyczaj z pięknie lejącymi się piersiowymi dźwiękami. 
Wzorem jest tu dla mnie Maria Callas, ale pozostawiam z boku, jako wydarzenie wyjątkowe i nieporównywalne. W końcu kto poza nią potrafił zmienić barwę głosu na jedną sylabę czy jedno słowo? (posłuchajcie, co robi ze słowem lui we frazie l'accento, e non lui). 

Manrico to głos lirico-spinto*, inny niż tenore robusto, dla którego napisano np. Otella. Potrzebne jest tu jasne, słoneczne, metaliczne brzmienie głosu, inne od ciemnych, barytonowych tembrów tenorów robusto. To także głos, który swobodnie prowadzi miękką, słodką kantylenę. 

Jeśli chodzi o Ferranda, przeczucie, jak może wyglądać ta rola niezmiennie daje mi Nazzareno de Angelis w nagraniu z początków XX wieku.

Tak czy owak, nie szukam w Trubadurze chrzęstu orkiestry, potęgi chóru i ekspresji "hochdramatische". Szukam legata, rozmigotanych barw, precyzyjnych zdobień nie dla popisu, ale dla oddania afektu. Co znalazłem w łódzkim przedstawieniu? 

*** 

Dawni krytycy mogliby się utwierdzić w przekonaniu, że Verdi to chrzęst, brzęk i otchłań. W tej koncepcji muzycznej Trubadur to przede wszystkim opera bohaterska i dramatyczna. Brakło mi miękkości frazy, lejącej się melodii, wydobycia nastrojów i barw, na które pozwala efektowna orkiestracja. Eraldo Salmieri - który odpowiada za to odczytanie - potwierdził też moje przekonanie, że jest wiernym miłośnikiem kreski taktowej. Brakowało tu retoryczności, nieodmienne sprzęgniętej ze swobodą rubata, tego wszystkiego, co wyraża się w adagium Claudia Monteverdiego, że rytmem muzyki jest rytm serca. Tak działo się na scenie, co momentami powodowało rozmijanie się muzycznej narracji. Pozytywnie oceniam grę orkiestry - nie wszystko było dobrze, ale jako całość orkiestra mogła cieszyć.
Nie do końca sprawdził się także chór. Tu winna jest estetyka preferowana przez Waldemara Sutryka. Brak wibracji, zdejmowanie aliktowów, wycienianie głosów. Nie koniecznie przekonuje to, gdy słucha się śpiewających żołdaków. Wypada fatalnie, gdy na scenie widzimy mniszki, a słyszymy drżące głosiki dzieci. Nie do końca wszystko też było zgrane - chórzystom zdarzały się rozejścia.

Z solistów mój największy entuzjazm wzbudziła Dorota Wójcik. Pięknie prowadzony głos, o wyrównanej barwie pruskiego błękitu, swobodny i nie zwężający się w górze, ciemny i swobodny w piersiach. Artysta pięknie malowała długie, niekiedy arcydługie frazy, zdobienia napełniała treścią. Stworzyła także wiarygodną sceniczną postać. Słysząc ją cały czas miałem w pamięci Katię Ricciarelli. Podobne to było śpiewanie.

Bardzo dobrze wypadł także Mikołaj Zalasiński. Bardzo sprawny aktor, władający szlachetnym i potężnym instrumentem (choćby dla niego pewne kwestie winny być przez dyrygenta traktowane mniej "taktowo"). Być może - w kontekście pozostałych solistów - zbyt potężnym. Nie do końca przekonał mnie swoją interpretacją roli. Il balen zaśpiewał nie jak arię o miłości, a jak arię della battaglia. I ten batalistyczny rys towarzyszył mu nieustannie. Ale to już kwestia preferencji,

Dominik Sutowicz był wyraźnie zmęczony, co odbiło się na występie. Ale materiał na Manrika to dobry. Sprawdził się zwłaszcza w mocniejszych, dramatyczno-bohaterskich momentach (choć końcówka stretty nie była udana). W niższej dynamice brakowało mu miękkości, dźwięk tracił metaliczność. a fraza w Ah, si ben mio nie miała potrzebnej płynności (pojawiły się też brudki). Ale to dobrze obsadzony śpiewak i czekam na lepszy dzień.

Z Azuceną Olgi Maroszek mam duży problem. Artystka stworzyła ciekawą kreację aktorską (acz niekiedy zapominała, że gra steraną życiem starą Cygankę). Niestety, zdecydowanie nie jest to rola na jej głos. Pisząc kiedyś o Ewie Podleś i specyfice kontraltu wspomniałem, że Maroszek jest dla mnie ewidentnym przykładem głosu kontraltowego. A więc hermafrodytycznego, przepołowionego na dwa "głosy" o odmiennej, acz bogatej barwie, szerokiego w skali. Tak jest w przypadku Maroszek, acz owo "rozłupanie" ma u niej określone konsekwencje. Piersiowy, ciemny, męski głos jest u niej przepiękny, barwy gęstej ciemnej czekolady, niesamowicie nośny, pozbawiony zbytniej wibracji. "Góra część" głosu Maroszek jest za to zaciśnięta. W barwie przypomina dla mnie falset, dźwięki są słabe, gęsto rozwibrowane, wręcz jak przy "starczej" wibracji. Artystka nie panuje nad nim swobodnie (emisja "na maskę" przeplatana wepchnięciem głosu w nos, albo wycofaniem, schowaniem z tylu głowy), mamy tu do czynienia z widoczną ze sceny techniką, łącznie z wdrukowanymi w ciało postawami (odchylenie ciała ze skrętem w lewo). Niepotrzebnie też Maroszek podejmuje próbę mieszania rejestrów głosu. Azucena wymaga mezzosopranu o szerokiej skali. Bez mocnych, szlachetnych gór nie zaistnieje. Mam obawy, że partie tego typu mogą kontraltowi Maroszek zaszkodzić. Dla mnie to głos na inny repertuar i na pracę z pedagogiem, który nie tylko otworzy jej góry, ale będzie rozumiał specyfikę kontraltu.

Nie przekonał mnie także Ferrando Roberta Ulatowskiego. To, dla mnie, głos zbyt ciężki, mażący grupetti. Brakowało mu dzisiaj szerokiej płynnej frazy. Zresztą nie wszystkie muzyczne zdania kończył krągło.

Podobał mi się  za to Marcin Ciechowicz jako Posłaniec i żałuję, że nie mogłem go usłyszeć jako Ruiza.

***
Atrakcyjny wydał mi się sam spektakl. Laco Adamik (reżyseria) wraz z Bogumiłem Palewiczem (światła) i Barbarą Kedzierską (scenografia i kostiumy) wyczarowali plastycznie wyjątkowo urodziwe obrazy. Każda scena miała swoją kolorystyczną dominantę, na scenie było sporo powietrza, a ruch sceniczny nie przeszkadzał śpiewakom w śpiewaniu (o co dziś wcale nie jest trudno). Najmniej udana była dla mnie finał drugiego aktu. Akceptując umowność i tak trudno było uwierzyć, że Luna ze swoimi ludźmi gdziekolwiek się ukryli - mniszki wyszły im zza pleców i zwrócone były twarzami w ich kierunku. Nieco dziwnie wyglądało też trzymanie mieczy za ich ostrza, czy niespodziewane padnięcie na kolana jednego z ludzi Luny. Za mało dramatycznego wyrazu było także w chwili, gdy Luna chwyta Leonorę. Tu - przy okazji - zawiniły także zbyt "cienkie" głosy chórzystek. 
Poza tym zastanowiły mnie jeszcze drobiazgi: zbyt mało stabilne schody, wejście i zejście Ruzia na scenę na początku nr 11 partytury, wynurzający się dwaj zakonni braciszkowie przed Miserere, którzy - poza nieco pijackim chodem - przyglądają się bacznie skrytej Leonorze. W końcu Leonora w drugiej scenie aktu pierwszego wybiega z tej strony sceny, w której stoi Manriko. Mija go nawet na wyciągnięcie ręki. Jak tu uwierzyć, że go nie widzi?  

***
Reasumując - łódzkiego Trubadura polecam. To spektakl wart zobaczenia i usłyszenia. Nie bezkrytycznie. A Ja cieszę się, że mogłem na nim być.

__________

*Z premedytacją używam nomenklatur niemieckiej i włoskiej, żeby zaznaczyć swój dystans - typologizacje głosów są potrzebną wskazówką, dla nie dogmatem. 

Cytaty i inspiracje czerpałem z:

A. Borkowska-Rychlewska, Poema muzykalne. Studia o operze w Polsce w okresie romantyzmu.
P. Kamiński, Tysiąc i jedna opera. 
  

piątek, 21 listopada 2014

SIKORSKI|EASTMAN. RANA SAMOTNOŚCI

Nie byłem przygotowany do odbioru tej płyty. Nie pomógł nawet finałowy koncert Kwartesencji, na którym pojawiły się kompozycje Juliusa Eastmana. Nie pomógł Youtube, dzięki któremu Eastmana w ogóle dla siebie odkryłem.

Ta płyta spadła na mnie jak grom. Mocno bym skłamał pisząc, że zwyczajnie ją odsłuchałem. Nie, to nie było słuchanie, ale intensywne duchowe zapasy, zmaganie, droga. Poprzez jakąś wewnętrzną ranę, która zaczęła boleć.

Tomasz Kamiński w tekście towarzyszącym płycie zauważa, że o ile muzyka Tomasza Sikorskiego jest zredukowana do minimum, pojawia się w postaci residuów, to Eastman posługuje się minimalizmem z rozmachem maksymalistycznym. Że płyta łączy ze sobą samotne nasłuchiwanie-nawoływanie Sikorskiego, z kolosalną, potężną muzyką Eastmana, w której rozdzwaniają się cztery fortepiany naśladując całą orkiestrę.
Ten dysonans kompozytorskich podejść wydaje się Kamińskiemu znaczący, kontrast zasadniczy. Dający do myślenia, otwierający na sens.

Inaczej czuję tę muzykę i inaczej odbieram tę płytę. Tym, co ją spaja jest melancholia i cierpienia, potężne napięcia, której narastają i - w gruncie rzeczy - nie znajdują rozładowania. Nic nie wydaje mi się tu kolosane, a wszystko intymne. Intymno-intymne, rzekł bym nawet.

Kapitalnie obrazuje to pierwszy utwór na płycie - Evil Nigger Eastmana, w którym otwiera
się przestwór osobniczego życia, strumień duchowy, pęd. Rozpisany na niezależne od siebie głosy, doświadczenia, które - choć osobne - interferują, wywołując turbulencje. I które nie milkną, nie wycofują się nawet wtedy, gdy cichną, dochodzą z daleka, niby zanikają.
Kapitalnie obrazuje do drugi utówr na płycie - Muzyka nasłuchiwana, w którym nakładające się na siebie plamy dźwięków-barw nie są oczywiste, bywają mocno niezgode, a jednak układają się w ciąg doświadczeń, interferują, wzmacniają się, naznaczają.


Muzyka tej płyty ma strukturę kryształu. Jest szlachetnie czysta, mieni się nieskończoną ilością barw. Wciąga do swego wnętrza tak, jak wzrok człowieka pochłania wnęrze kryształu rozmigotane dzięki światłu. Z drugiej strony jest to muzyka niezdobyta, tak, jak niezdobyte jest wnetrze kryształ. Zimna, daleka. Bodaj pierwszy raz w życiu czułem się jednocześnie włączony w opowieść i wyrzucony poza jej ramy. Bliski i daleki. Taki sam i obcy.
To pozwoliło mi poczuć, jak niewiarygodnie szczera jest ta muzyka. Szczera w odsłanianiu korzenia życia, czymkolwiek jest. Bo słowo, pojęcie nie może go wyrazić. Jest na tej płycie ból wykluczenia i tęsknota za tym, by stać się częścią większej całości. Jest cierpkość osmotnienia, konflikt duszy. Ale jest i bogactwo - które rodzi się z nasłuchiwania inności, reagowania na przemoc, niezgody na świat i swoje w nim miejsce.
Jest też ukryta z tyłu mojej głowy nadzieja - że jeśli damy się zranić tej muzyce, naznaczyć, opętać, to pojawi się szansa na to, że zapragniemy braterstwa w różnicach. Ciepła, przygarnięcia.

Wydarza się to wszystko dzięki muzykom.
Lutosławski Piano Duo, a więc Emilia Sitarz i Bartłomiej Wąsik, oraz Joanna Duda i Misha Kozłowski doskonale radzą sobie z Sikorskim i Eastmanem. Nie ma w ich grze żadnej minoderii czy fałszu, jest prostota, która pozwala pojawić się bogactwu, Kapitalnie wspomogła ich Ewa Guziołek Tubelewicz w mistrzowski sposób reżyserując dźwięk.

Wymowna jest także okładka płyty i pomieszczone w książeczce zdjęcia. Jedno - Sitarz i Wąsika - zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie poprzez nałożenie się światów, wzajemne przenikanie, skupienie z której emanuje samotność.


Unchained
Tomasz Sikorski|Julius Eastman
Lutosławski Piano Duo, Joanna Duda, Misha Kozłowski
Bołt Records 2014.

wtorek, 18 listopada 2014

MIT SAMORZĄDNOŚCI


Reforma samorządowa - jak czytamy ba stronach Prezydenta RP - służyć miała sześciu celom:
1.  odbudowa więzi wspólnotowych i wzmocnienie poczucia tożsamości lokalnej;
2.  przywrócenie  małym i średnim miastom  znaczącej roli w  aktywności gospodarczej i obywatelskiej regionów;
3.  stymulowanie równomiernego rozwoju regionalnego;
4.  wprowadzenie  systemu zdecentralizowanego  i  opartego na odpowiedzialności politycznej wybieralnych władz;
5.  przekazanie  szerszych uprawnieo  w zakresie życia zbiorowego  jednostkom samorządu terytorialnego, co umożliwia administracji rządowej skupienie się na strategicznym zarządzaniu paostwem, a nie  poszczególnymi  społecznościami lokalnymi;
6.  zwiększenie skuteczności i efektywności działania urzędów administracji publicznej, wykonywania usług publicznych oraz zarządzania finansami publicznymi na poziomie lokalnym i regionalnym.


Problemy PKW z liczeniem głosów, cząstkowe wyniki i komentowane sondaże boleśnie uświadomiły mi, że nie czuję już róznicy między wyborami samorządowymi, a "centralnymi" (sejmowymi, prezydenckimi). W jednym i drugich sendem sprawy jest partyjny wyścig, rozważanie, które ugrupowanie sięgnęło po laur i co z tego wynika. To niedobry objaw, wskazuje bowiem na to, że reforma samorządowa nie przyniosła spodziewanych rezultatów.

W końcu samorządy stanowić miały instrument decentralizacji władzy, a jednym z elementów decentralizacji jest także niezależność od władzy rządowej i od rozgrywek politycznych, jakie toczą się wokół rządzenia. 
Samorządność ma sens tylko o tyle, o ile oznacza scedowanie (części władzy) na grupę "niezależną od władzy odgórnej", a stworzoną z osób, które "chcą decydować o swoich sprawach w sposób autonomiczny". Idzie więc o ludzi bezpośrednio zaangażowanych we własne małe wspólnoty - ich problemy, nadzieje, plany. I tylko takie zaangażowanie - jakże odmienne od logiki partyjnej - powoduje, że władza samorządowa faktycznie jest najbliższa obywatelowi. 

Samorządność jest ideą bardzo mi drogą - wyznacza bowiem perspektywę obywatelskości i demokracji. Zakłada umiejętność debatowania, osiągania konsensu, współpracy dla dobra małej ojczyzny, które stoi ponad podziałem na polityczne poglądy i partyjne przynależności. Samorządność sięga więc spraw głębszych niż nasze doraźne partyjno-polityczne przepychanki. Gdyby weszła w życie, mogłaby mieć pozytywne skutki dla polityki centralnej. Ale weszła w życie pozornie, składając hołd molochowi partyjniactwa. Stawką czyniąć nie bezpośrednie zaangażowanie w losy regionu, ale symboliczne zwycięstwa jednego ugrupowania nad innym. 



czwartek, 6 listopada 2014

CZY WARTO BYĆ DZISIAJ WOLNOMULARZEM?

I.
Czy współczesny człowiek potrzebuje wolnomularstwa? A więc, czy w XXI wieku warto być masonem?
Na oba pytania odpowiadam twierdząco. Głęboko wierzę, że odpowiedzi te mają wartość ponadjednostkową i ponadlokalną, niemniej chcę ich udzielić we własnym imieniu. Dlaczego?
Dlatego że podpowiada mi je doświadczenie i nadzieja, a więc to, co jednostkowe i intymne. Nawet wtedy, gdy używam liczby mnogiej, mówię zatem w swoim imieniu i ze swojej perspektywy.

Br. Andrzej Nowicki powiedział kiedyś, że żeby zostać wolnomularzem, trzeba nim już być. Faktycznie, trudno wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś, kto nie zna i nie podziela ideałów masonerii zapragnął do niej wstąpić (choć, rzecz jasna, nie można wykluczyć motywacji mało wolnomularskich, podpowiadanych przez stereotypy krążące po świecie). Wszelako równie trudno wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś pragnie inicjacji, a jest przekonany, że wie już wszystko, że nie potrzebuje pracować nad sobą ociosując kamień egzystencji. 

Moja droga ku ideałom wolnomularskim nie jest ani prosta, ani oczywista. Jest raczej tak, że potrzebowałem metanoi, by zrozumieć, że prawdziwa wspólnota, solidarność, bliskość, braterstwo - za którymi tęskniłem odkąd pamiętam - nie zaistnieją, jeśli nie będą wiązać się z otwartością, tolerancją, równością i troską o ludzką wolność. Dawno, dawno temu wierzyłem, że istnieją niezmienne algorytmy, regulujące nasze myślenie i postępowania. Fundamentalizm dawał mi poczucie bezpieczeństwa, spokoju, pozwalał mi wciskać świat w matrycę czerni-bieli.  Spokój ten okazał się jednak złudny i upiorny w momencie, gdy uświadomiłem sobie, że fundamentalizm stawiając na miłość, pozwala w jej imię krzywdzić. Miłość nie może istnieć bez wolności. A nie ma wolności tam, gdzie podporządkowujemy się ogłaszanym przez innych dogmatom, a więc tam, gdzie nie może być równości.

II.
Jestem głęboko przekonany, że wolnomularstwo jest dziś aktualne bardziej niż kiedyś. Stanowi bowiem "trzecią drogę" między fundamentalizmem, a zbyt łatwym, nihilistycznym relatywizmem. Z jednej strony masoneria podkreśla uniwersalny charakter takich ideałów jak wolność, równość, braterstwo, tolerancja, prawda, piękno czy samodoskonalenie. Z drugiej strony wolnomularz wie, że żaden z tych ideałów nie realizuje się tylko w jeden sposób, a więc, że są one zarazem uniwersalne i zmienne. Ten paradoks stanowi dla mnie centrum wolnomularskiego doświadczenia - tym, co pozwala pracować nad sobą, duchowo wzrastać, czy budować oraz umacniać więzi, jest rytuał i symbol.  Rytuał i symbol zaś wymagają osobistego zaangażowania i osobistego doświadczenia. Nie mogą istnieć bez bagażu naszych przeżyć, emocji, indywidualnej historii. Już to powoduje, że wartości, choć wspólne, uobecniać się będą w sposób niepowtarzalny. Stoi za tym także arcyważne przekonanie, że człowiek z natury jest racjonalny, społeczny i dobry. Tym samym może wzrastać, potrzebuje tylko dobrych narzędzi doskonalenia się, a nie procedur tresury.

III.
Winston Churchill napisał, że "im dalej wstecz spoglądamy, tym bardziej widzimy przyszłość". Myślę, że słowa te oddają ducha wolnomularskiego. Masoneria nie istnieje bowiem w oderwaniu od swojej tradycji. Zamiera jednak zawsze wtedy, gdy nie tłumaczy tej tradycji na język przyszłości.
Na dwa elementy wolnomularskiego stosunku do tradycji warto zwrócić uwagę.

Primo, masoneria nie uchyla się przed rzetelnym badaniem swoich początków. Masonolodzy skrupulatnie analizują dokumenty, odsłaniają mechanizmy, które stały za powstaniem lóż, dystansują się wobec założycielskich legend i mitów. Wewnętrzną troską wolnomularstwa jest zatem dbałość o to, by nie zakłamywać świadomości. Dzięki temu masoneria nie boi odwoływać się do symboli, alegorii i metafor o rodowodzie znacznie starszym, niż sam "ruch lożowy". Historyczna rzetelność pozwala na to, by w sposób wolny korzystać z pełnego potencjału tych znaków, " jako ruch inicjacyjny, nie potrzebuje dla swojego uwiarygodnienia dowodu historycznej ciągłości z bliższą lub dalszą starożytnością. Odróżniamy bardzo wyraźnie warstwę historyczną od mityczno-inicjacyjnej. Ruch nie musi historycznie i w sposób udokumentowany wywodzić się z pewnych wcześniejszych tradycji, aby przenosić jego "ducha""[1]


Pięknym wyrazem tego podejścia jest praca br:. Tadeusza Cegielskiego Księga Konstytucji 1723 roku i początek wolnomularstwa spekulatywnego w Anglii. Tekst tzw. Konstytucji Andersona (w wersji oryginalnej i tłumaczeniu) opleciony tu został studiami i komentarzami, odsłaniającymi ideowe zaplecze wolnomularstwa. Cegielski drobiazgowo przybliża proces, który spowodował, że Konstytucje stały się "masońską biblią". Nie boi się pisać o grze nie zawsze chlubnych interesów, odnotowuje dwuznaczne posunięcia Andersona w kwestii dawnych dokumentów lożowych, tłumaczy zapisy Konstytucji, które trudno zrozumieć nie znając kontekstu, w jakim powstały, pisze o związkach masonerii z oświeceniem. Ani na moment nie gubi z oczu sprawy najważniejszej - wolnomularskich ideałów, których blask migoce na kartach książki coraz pełniejszym blaskiem.


Secudno, nieustanny namysł nad tradycją nie jest wartością samą w sobie. Służy raczej przyszłości i teraźniejszości. 
Widać to na kartach książki Cegielskiego, gdy pisze o XVIII-wiecznym procesie przekształcania się wolnomularstwa w ruch duchowy.
Także dziś wolnomularstwo stoi przed potrzebą wyrażenia swoich ideałów w nowy sposób, w aktualnym języku.


IV.
Potrzebne jest dzisiaj ponowne przemyślenie tego, czym jest wspólnota i solidarność. Kulturze rozpanoszonego indywidualizmu i atrofii więzi, masoneria może przywrócić takie wartości jak solidarność, w tym międzypokoleniowa, życzliwość, wrażliwość społeczna czy filantropia. Będą one tym bardziej wiarygodne, im bardziej wyrastać będą  z życia lóż. Stoimy jednak w sytuacji, gdy wspólnoty nie da już sprowadzać się tylko do ludzi, gdzie współtworzą ją artefakty, gdzie rośnie nasza świadomość relacji i zobowiązań łączących nas z "naturą". Jak takie poszerzenie naszego świata wpływa na sens siostrzeństwa i braterstwa? W jaki sposób zmienia sposoby naszego działania? Jak przekształca widzenie świata? Jakie nowe formy odpowiedzialności rodzi?

Potrzebne jest także ponowne przemyślenie tego, czym jest tolerancja. Kulturze odradzających się fundamentalizmów, kulturze "hejtowania" i "trollowania" trzeba przeciwstawić kulturę dialogu, różnorodności, budowania. Jak to zrobić? Jak mówić? Jak działać?

Potrzebne jest w końcu przetłumaczenie na język współczesności idei laickości państwa. To zadanie pilne, jako że Polska nie przeszła owocnie przez proces sekularyzacji, a już pojawiły się w niej stanowiska postsekularne. Sama idea neutralności państwa jest przy tym dla wielu niezrozumiała. Kojarzy się ją z ograniczeniem wolności (!), antyreligijnym fundamentalizmem etc. Wolnomularstwo, jak żaden inny ruch, ma szansę wykorzystać inspiracje postsekularne na korzyść laickości. Pokazując laickość jako źródło różnorodności postaw duchowych i jako warunek autentycznego dialogu. Dając przykład braterstwa między siostrami i braćmi, których stosunek do religii może być skrajnie odmienny.

V.
Odtrąbia się dziś kolejne "post". Mamy post-postmodernizm, postpłciowość, postsekularyzm... Mamy także posthumanizm i postczłowieka. 
"Posthumanizm to idea przekroczenia granic człowieczeństwa. Pragniemy wiedzieć kim jesteśmy, ale też kim więcej możemy się stać. Chcemy w pełni zrealizować swój potencjał, a potem go przekroczyć"[2] - deklarują posthumaniści.
Przyznam się szczerze, że boję się etykietowania. Boję się także zbyt optymistycznego "przekraczania", które może okazać się społecznym eksperymentem o nieokreślonym stopniu ryzyka. Ale boję się także dogmatycznego zamknięcia na to, co nowe. Boję się braku odwagi w stawianiu pytań o to, co między naturą a kulturą, między naturą a techniką.

Wolnomularstwo jest szansą na budowanie posthumanizmu nie przeciw humanizmowi, ale poprzez poszerzenie humanizmu. Jest szansą, na tworzenie wspólnoty równych podmiotów, w miejsce feudalnych relacji pasożytnictwa (jak pisze Michel Serres). Jest szansą na budowanie duchowości niezależnej od religii, ale nie wrogiej ani religijności, ani ateizmowi. Jest szansą na zbudowanie platformy dialogu, której dziś brakuje Polakom w sposób dramatyczny.

V.
Jestem wdzięczny Siostrom i Braciom, Wielkiemu Architektowi za to, że pozwolił mi odnaleźć mój warsztat. A w nim chęć do wytężonej pracy.






[1] B. Szczęsny, Masoni a Templariusze - jako punkt wyjścia do dalekiej dygresji o inicjacji, http://izba-rozmyslan.blogspot.com/2010/02/masoni-templariusze-jako-punkt-wyjscia.html
[2] posthumanizm.pl

wtorek, 28 października 2014

KOŁAKOWSKI - POTRZEBNY CZY SZKODLIWY?

"Obywatelu, marsz do opery. - pisze Ewa Łętowska* - Uczyć się asertywności od najlepszych, co to potrafią wybuczeć największych i oklaskiwać tych, których inni nie docenili".
Bywalcem opery jestem stałym. I od dawna. Pozwalam sobie zatem na gest asertywności, choć doskonale zdaję sobie sprawę, że dla wielu może on być obrazoburczy. Chcę bowiem powiedzieć, że modne wśród intelektualistów "liberalnych", związanych dla przykładu ze środowiskiem Gazety Wyborczej, kreowanie Leszka Kołakowskiego na sumienie i mędrca tzw. "wolnej Polski" jest dla mnie zabiegiem coraz bardziej krótkowzrocznym i szkodliwym. Nie idzie mi nawet o dystans wobec tego, co pisał sam Kołakowski, choć - mówiąc uczciwie, zdecydowanie wyżej stawiam Barbarę Skargę czy Stefana Amsterdamskiego. Idzie mi o to, że Kołakowski traktowany jest niczym papież - jego poglądy prezentuje się jako godne uznania, polecenia, zaakceptowania. Bez krzytyny polemiki, bez postawy kwestionowania. A przecież najbardziej zdystansowanym i najbardziej krytycznym warto być wobec własnych mistrzów. 

Dlaczego poglądy Kołakowskiego mogą - gdy bezkrytycznie ustawia się je na świeczniku - szkodzić? Ano dlatego że Kołakowski był - w moim odczuciu - umysłem mocno dogmatycznym. Szalenie cenię jego prace z lat sześćdziesiątych, naznaczone krytycznym zmaganiem się z dogmatyzmem. Mam jednak poczucie, że okres wątpienia dość szybko się u niego skończył. Akt wiary w dogmatyczną i niedobrą przeróbkę tradycji marksistowskiej zastąpił aktem wiary w metafizyczny fundamentalizm. W myśl którego człowiek musi być świadom naznaczenia grzechem pierworodnym (za tę myśl dziękował mu Christoph kard. Schonborn OP, współautor Katechizmu Kościoła Katolickiego) i swojego odniesienia do Absolutu. Inaczej wpadnie w aksjologiczną pustkę, która wiedzie do piekła nihilizmu. 
Zdaje się, że Kołakowski podzielał także przekonanie, że (post)modernistyczna kultura dokonuje zamachu na świętości i absoluty, kompletnie gubiąc z pola widzenia rzecz wagi fundamentalnej: że tym, co zagraża religii w ogóle, a katolicyzmowi w szczególe (bo właśnie intuicje katolickie stoją za Kołakowskim najsilniej, jak sądzę) jest nie tyle świat zewnętrzny, co problemy wewnątrz-religijne. W jego pismach znać lęk przed światem współczesnym, z którego w sposób najgorszy z możliwych ma wyprowadzać metafizyka. Jasne, zawsze można powiedzieć, że Kołakowski odgraniczał starannie moralność od religii czy polityki, że pokazywał, iż zajmuje ona w człowieku jakieś miejsce "najgłębsze", żródłowe. Brzmi to miło. Tylko co z tego wynika?
Jeśli etyka jest formą jednostkowej intuicji - jak oprzeć na niej porządek społeczny? Jak oszacować, czyja intuicja jest bardziej zasadna czy bardziej prawdziwa? Jeśli do sfery norm i wartości jedni mają lepszy dostęp niż inni to jak to ocenić? I czy nie wpada się wtedy w dogmatyczne przyznanie pewnej grupie społecznej roli kapłanów moralności? W końcu, jeśli intuicja ma wieść nas wszystkich ku temu samemu, jak wyjaśnić zmianę naszej etycznej wrażliwości? Jak zakwestionować normy, które w perspektywie dzisiejszego człowieka są szkodliwe? 
Na te pytanie Kołakowski, moim zdaniem, nie byłby w stanie odpowiedzieć.

Pretekstem do tej refleksji jest opublikowany niedawno esej Kołakowskiego Jezus ośmieszony. A także recenzja (choć, jak większość recenzji publikowanych w Polsce jest to raczej parafraza, referat, a nie dyskusja, zmaganie, wyrażanie wątpliwości) Tadeusza Sobolewskiego zamieszczona w Gazecie Wyborczej. Przytoczę z niej kilka wyimków:

"Kołakowski pomaga przemóc wstyd bycia chrześcijaninem, bo przecież - jak pisze - w oczach ogółu jest to "moralnie śmieszne". I nawet "na wydziałach teologii ostatnią rzeczą, o jakiej [dziś] się słyszy, jest Bóg".


Chłodny, brzmiący nieco ironicznie tytuł tej krótkiej książki kryje wypowiedź żarliwą - swobodny bieg myśli, która nie daje się zamknąć w żadnej z pułapek ponowoczesności. 


Gdyby chcieć komuś pokazać ukryty pod całą tą magią religii jasny sens chrześcijaństwa, trudno byłoby znaleźć lepszy tekst. Pisze w nim o Jezusie: "zdumiewająca postać", która istnieje poza historią i w obliczu której "rodzi się w nas poczucie ciemności, w jakiej żyjemy, i zarazem przeczucie drogi, co z ciemności wyprowadza".


Nie tracąc z oczu niebezpieczeństw fundamentalizmu i teokracji, bardziej boi się tego świata, który "traci swoje religijne dziedzictwo". Pół biedy, gdyby w miejsce religii wchodziła w nasze życie "oświeceniowa racjonalność". Ale nasz świat nie rządzi się racjonalnością. Utracone mity zastępowane są przez "świeckie karykatury". A przecież "ludzkość nie może żyć bez mitu".


Kluczem do nauki Chrystusowej jest uznanie własnej winy. To warunek zbawienia, tylko wtedy wina może zostać odpuszczona. Jesteś odpowiedzialny - mówi Jezus i sam poczuwa się do odpowiedzialności za świat, za człowieka, za wszystkich.


Ostrzega: chrześcijaństwo nie przetrwa ani jako historyczna wiedza, ani też jako prywatna religia jednostek. Jezus działa między ludźmi i musi skupiać wokół siebie wspólnotę, która jednak nie może być "politycznym lobby". "Jeżeli nie Boga i Jezusa szukają ludzie w Kościele, nie ma on do wypełnienia żadnego specjalnego zadania". Więc nie przetrwa? Ale musi przetrwać, jeśli przetrwać ma europejska cywilizacja, z jej "energią miłości, którą Jezus przelał w świat, i której odbiciem jest ta odrobina, jaką ludzie noszą w sobie". 
Czy faktycznie ludzkość nie może żyć bez mitu? Czy jedynym życiodajnym mitem jest mit chrześcijański? I który - bo różne wspólnoty posługują się tym mitem w innych wariantach? Czy świeckość czy laickość mitu musi świadczyć o jego karykaturalnym charakterze? Jak intuicje metafizyczno-etyczne przełożyć na intersubiektywne normy i język? I dlaczego cywilizacja ma nie przetrwać bez chrześcijaństwa? Istnieją przecież cywilizacje inne niż europejska, które nie są związane z chrześcijaństwem, a rozkwitają bardziej niż nasz świat? Jak odnieść się do systemów etycznych - starszych często od chrześcijaństwa - które nie wyrastały ze źródeł religijnych, a wciąż mają swoich zwolenników (i dobrze)? W końcu, na ile taki ogląd świata rzeczywiście różni się od światopoglądu Pani poseł Marzeny Wróbel, Pana Dariusza Oko czy mediów o. Tadeusza?

Promując Kołakowskiego nie pyta się o takie sprawy. A szkoda. 
Szkoda także, że nie pamięta się dziś o znakomitych tekście Amsterdamskiego, który jasno pokazał, że Kołakowski się myli (czy może się mylić, jeśli chce się być wyjątkowo ostrożnym) - bo nawet jeśli Boga nie ma, to wcale nie jest tak, że wolno wszystko.
Czy Kołakowski jest szkodliwy?
Nie - o ile czytamy go po to, by dyskutować.
Tak - o ile stawiamy go na piedestale. Która opcja wygrała, nie mam wątpliwości. W końcu sam Adam Michnik orzekł, że bez katolicyzmu Polacy będą moralnymi dzikusami.


*Tak kończy się jeden z rozdziałów książki O operze i o prawie