poniedziałek, 26 sierpnia 2013

RAJMUND, KSIĄŻE SANSEVERO, SZTUKA KRÓLEWSKA I POCHWAŁA FILOZOFII

Moje pierwsze konto mailowe kończyło się na wp.pl. Później przyszedł czas na onet, a w końcu także na interię. Ostatecznie jednak złapałem dystans do wszystkich tych portali, wprost proporcjonalny do wzrastającej w nich liczby plotek i sensacyjnych informacji.
Wciąż jednak coś ciekawego daje się na nich znaleźć. Choćby wczoraj, gdy powoli odpływałem objęty przez Morfeusza, Lew znalazł interesujący tekst poświęcony Raimondo di Sangro, księciu Sansevero, którego nazywano "neapolitańskim Leonardem" i którego - ze względu na zaangażowanie w naukę - w końcu wyklęto.
Postać Rajmunda robi kolosalne wrażenie. To postać męska, w antycznym sensie, czyli odznaczająca się moralną dzielnością zarówno w życiu "praktycznym" (był on niezłomnym żołnierzem, ale także wiernym sługą wspólnoty, w której żył) i "teoretycznym". Aż dziw bierze, w ilu dziedzinach zaznaczył się jego wpływ. Skonstruował składaną scenę, superlekką armatę, był pionierem druku polichromowego, interesował się anatomią. Wszystko to służyło mu jednak jako pretekst - pretekst do tego, aby zgłębić tajemnice rzeczywistości. 
Jak przystało na umysł bystry i samodzielny wiedział doskonale, że prawdy na temat świata nie da się szukać tylko w oficjalnie zatwierdzonych poglądach czy teoriach. Wystarał się zatem o pozwolenie na studia nad pismami wpisanymi na indeks ksiąg zakazanych, znajdując w nich nie tyle jad herezji, ile środek, pozwalający na głębszy wgląd w rzeczywistość.
Pod wpływem lektur, w zgodzie z realizowanym w swoim życiu ethosem, stał się rzecznikiem ideałów oświecenie - swobody intelektualnych poszukiwań, nie krępowania dogmatami (zwłaszcza w kwestii zapytywania o początek człowieka i naukowe wyjaśnienie dziejów ludzi), wysiłku intelektualnego pojmowanego jako rozwój wewnętrzny, którego wyrazem była skryta pod materialnymi symbolami alchemia duchowa.
Właśnie ten zwrot - ku wolności, szerokim horyzontom, rozwojowi duchowemu, badaniom naukowym, inicjacji w mądrość, która wewnętrznie przemienia a nie paraliżuje - stał się źródłem jego problemów.
Oskarżono go o niedozwolone ezoteryczne praktyki, ze względu na przewodzenie neapolitańskim wolnomularzom uczyniono jadowitym odstępcom od wiary, w końcu ukazano go także jako demonologa. Koronnym argumentem na rzecz paktu z diabłem miały być anatomiczne automaty: szkielety kobiety i mężczyzny z zachowanym układem krwionośnym i ciężarnym łonem. 
Rzeczywiście, owe zwłoki na pokaz robią wrażenie wstrząsające. Nie są jednak efektem paktu z nieczystymi siłami, ale wynikiem żmudnej pracy - system krwionośny zbudowany bowiem został z drucików, obciągniętych woskiem pokolorowanym we właściwy sposób.
Tajemnica życia i śmierci - tak ważna we wszelkich nurtach, które traktują myśl i drogę intelektualną jako ćwiczenie duchowe (od Związku Pitagorejskiego, Eleusis, przez sztukę królewską, po Martina Heideggera i Michela Serres'a) - wciąż budzi ten sam opór i posądzanie o demoniczne zamiary, czego przykładem może być Gunther von Hagens, atakowany w naszym kraju przez samozwańczych depozytariuszy prawdy o kresie człowieka.

***
Czytając o Rajmundzie moje myśli pobiegły w stronę Immanuela Kanta.
Od dawna czytam ze studentami jego tekst Co to jest Oświecenie? 
To imponujące wyznanie i wyzwanie rzucone niesamodzielności człowieka:
oświecenie nie jest bowiem dla Kanta jedną z epok historycznych, jest procesem przejścia, od moralnej i racjonalnej niesamodzielności człowieka ku pełnej autonomii, swobodzie intelektualnych dociekań, budowania pokojowej wspólnoty państw (to już motyw z innego tekstu) ludzi wolnych, równych i połączonych nicią braterstwa. Jest sposobem życia, który streszcza się w wezwaniu sapere aude!
Wskazane ideały chronione są u Kanta na liczne sposoby, z których wskażę dwa najważniejsze.
Po pierwsze, Kant podkreśla z całą mocą, że nie znamy rzeczywistości takiej, jaka jest w sobie, ale taką, jaka zjawia się dla nas, racjonalnych podmiotów. Kwestionuje w ten sposób wszelkie dogmatyczne stanowiska, podług których tajemnica świata została raz na zawsze ujawniona a świat ukazany takim, jakim jest.
Po drugie, tym, co moralnie zobowiązuje, jest drugi człowieka, a moralność jest umiejętnością tworzenia takich reguł postępowania, podług których drugi człowiek jest zawsze celem, a nigdy środkiem.
Tak widziana moralność nie tylko wskazuje, że wszyscy jesteśmy równi, ale skłania do tego, by wszystkie nasze poglądy widzieć zawsze w perspektywie drugiego człowieka. Wszystkie, a więc także przekonania religijne. Wspólnota widziana oczami Kanta jest neutralna religijnie, co wcale nie oznacza (wbrew wszelkiej maści teokratom), że jest antyreligijna. Odwrotnie, jest dogłębnie chrześcijańska, stawiając na pierwszym miejscu horyzontalno-werstykalną miłość bliźniego (poprzez nią, jak zapewnia Jan Teolog, prowadzi jedyna droga ku Bogu), praktykę religijną przesuwając w sferę prywatnego zaangażowania po to, by zamiast kontrowersji i destrukcji budować, łączyć, tworzyć więzi.

To piękne wyznanie wiary we wspólnotę racjonalnych umysłów, wiary w to, że rozwój indywidualny nie wyklucza służby wspólnocie, od początku budziło kontrowersje. Postawa anty-Kantowska widoczna jest doskonale w dogmatycznej wersji neoscholastyki, w której nie tylko karykaturyzuje się kantyzm, ale neutralność religijną podmienia się na wrogość wobec religii.

***
Czy się to nam podoba, czy nie, musimy zgodzić się, że jednym z głównych źródeł europejskiego oświecenia jest sztuka królewska. To ważne, pozwala nam bowiem uświadomić sobie, że racjonalność czy może anty-irracjonalność nie oznacza niechęci względem symboli. Jest dokładnie odwrotnie - skoro nie da się raz na zawsze ujawnić tajemnicy świata, skoro nie da się jej zamknąć w dogmatycznych stwierdzeniach, pozostaje nam instygująca moc symboli, poddawanych nieustannej hermeneutycznej obróbce. Ten skryty (Agata Bielik-Robson powiedziałaby pewnie: kryptoteologiczny) wymiar oświecenia (zastanawiam się dzisiaj, że Kantowskie powiązanie matematyki z naocznością, wywodzona przez niego konieczność konstruowania pojęć czystej matematyki w naoczności, nie wynika właśnie z symbolicznego zakorzenienia sztuki królewskiej) pozwalał ocalić wiedzę przed pokusą panowania i rozumu pojmowanego instrumentalnie. Dziś, po tym, jak pragmatyka podejścia instrumentalnego zatryumfowała choćby w grozie obozów koncentracyjnych, gdy wrażliwość człowieka zabijana jest nowymi falami konsumpcjonizmu, powrót do wrażliwości symbolicznej i hermeneutyki wydaje mi się koniecznym warunkiem odrodzenia.     

***
Pierre Hadot wyodrębnił dwa główne nurty pojmowania filozofii.
Pierwszy pozwala traktować filozofię jako działanie czy określony tryb życia. Filozofia pojmowana jest tu jako droga, podróż, proces poszukiwania, którego celem jest zbudowanie samodzielności i autonomii jednostki, porzucenie konwenansów, "pozostawianie w zgodzie z rozumną naturą ludzką"*. Tak widziana filozofia jest formą ascezy, ćwiczeniem duchowym, aktywność indywidualna, ale związana ze wspólnotą i mistrzem, który prawdą swojego życia daje nam przykład, w którą stroną pójść.
Drugi pozwala traktować filozofię jako teorię, zbiór twierdzeń, zapisywanych, wykładanych, rozwijanych i wyjaśnianych.
Zgadzam się z Aldoną Pobojewską, że koncepcje te nie muszą być traktowane opozycyjnie. Jest raczej tak, że dopełniają się one wzajemnie i nawzajem oświetlają, dorobek teoretyczny myślicieli traktując jako inspirację, punkt wyjścia, laboratorium.
Aby było to możliwe filozofię trzeba widzieć raczej jako proces, a nie jednorazowy akt, trzeba ujmować ją od strony ruchu myśli między pytaniem a odpowiedzią, a nie od strony rezultatu tego ruchu.
Tak pojmowanej filozofii nie da oddzielić się od kształtowania jednostki. Potrzebne są takie przymioty jak wytrwałość, odwaga, nastawienia krytyczne i racjonalne, wielokierunkowość i perspektywiczność, szacunek dla tradycji (historyczność), dążenie do całościowego, holistycznego oglądu, umiejętność stawiania pytań i szczerość. Ta ostatnia, którą pojmuję jako grecką parrhesię - odwagę bycia sobą i odwagę dociekań, ostatecznie odwagę prawdy, postawiłbym na pierwszym miejscu.
Narzędziem tak uprawianej filozofii jest dialog, który zakłada równouprawnienie rozmówców ze względu na poglądy, pokorę intelektualną (nie posiadam pełnej wiedzy), pozytywne nastawienie do błędu (błąd jest szansą na to, by pójść dalej), umiejętność milczenia i uważnego słuchania, otwarcie na wydarzającą się w dialogu prawdę, która przemienia wszystkich biorących w nim udział. 
Perspektywa dialogu wskazuje także, że podmiotem filozofii nie jest jednostka odizolowana od świata, ale wspólnota umysłów dociekających i że między kształtowaniem indywiduum, a zaangażowaniem społecznym nie ma antagonizmu.
Owocne uprawianie takiej filozofii wiąże się także z inicjacją. Pobojewska podkreśla bardzo mocno, że bez przysposobienia "adepta filozofii do treści tej dyscypliny" czeka nas tylko sromotna porażka.
Lust but not least potrzeba jest także dyskrecja

Doświadczenie tak uprawianej refleksji wiąże się w edukacji z formą warsztatową. Aby móc mówić o warsztatach, trzeba przede wszystkim zbudować więź między uczestnikami. Służy temu aranżacja przestrzeni, niedopuszczanie do konfliktów, nauka dyskusji z poglądami, a nie z ich autorami, szacunek, otwartość, tolerancja. Kierujący grupą nie jest w niej nieomylnym guru, przekazującym tezy, ale współ-poszukiwaczem. Poszukiwanie zaś rozumiane jest egzystencjalnie - obejmuje zatem wymiar osobisty, by nie rzec intymny, który scala grupę, ale tylko pod warunkiem zachowania go w dyskrecji. Tak jak w dyskrecji zachowujemy nasze życie intymne, to, co jest dla nas najbardziej osobiste.
Łatwo pomylić to z tajemniczością, wyszydzić, traktować jako oznakę zadufania czy zagrożenia, choć nie ma z nimi nic wspólnego.

Dzięki studentom okcydentalistyki mogłem doświadczyć takich warsztatów. To przemieniające doznanie i autentyczne poczucie wspólnoty. Wiem także, że bez dyskrecji, a poprzez nią szczerości, więź między nami nigdy by nie powstała. A tak - byliśmy wspólnotą dociekających ludzi, z których każdy darzył się szacunkiem i - mimo równości - nikt nie stracił autorytetu.

***
Taka charakterystyka filozofii ma bardzo wiele wspólnego z ideałami oświecenia i praktyką sztuki królewskiej. Co pokazuje, że przechowały się w nich najstarsze, źródłowe formy praktyki filozoficznej.
Pewnie wciąż mylić będziemy dyskrecję z tajemniczością, wrażliwość symboliczną z demonicznością, wrażliwość na cierpienia innych i postulat równości z komunizmem, a neutralność religijną z antyreligijnością.
Przypadek Rajmunda, księcia Sansevero nakazuje jednak ostrożność.
Mnie zaś skłania do opiewania filozofii i tego, co w jej uprawiania najszlachetniejsze!


___________
*W tej części posta cytuję i przywołuję artykuł Aldony Pobojewskiej otwierający książkę Filozofia edukacji.

niedziela, 25 sierpnia 2013

LITERATURA OD KUCHNI

"Materia uduchowiona dzięki wyobraźni - oto, czym są pokarmy. To, co się między materią w wyobraźnią dzieje w kuchni, należy do sfery perwersji. Stąd podlega kompetencjom literatury. By to opisać, trzeba jednak wyzwolić w sobie pewną wyższą zmysłowość. -
pisze Jan Gondowicz w Posłowiu do Literatury od kuchni Bogusława Deptuły.



We fragmencie tym jest sporo patosu, niemniej doskonale odnoszą się do tego, co wydarza się na stronicach książki Deptuły. Pomieszczone w niej felietony ukazywały się w dwutygodniuku.com. Jako że czytywałem go niewiernie i okazyjnie, większość tekstów odkrywałem po raz pierwszy. Nie umiem więc ocenić, na ile zmieniły się w kontekście wydania książkowego (a nie miałem potrzeby przeprowadzenia śledztwa w tej kwestii), niemniej wewnętrzna zborność Literatury od kuchni oraz zapowiadana prostota (nie mylić z prostactwem) prezentowanych przez Deptułę przepisów sprawiają, że wierzę w deklarowaną przez Niego redakcję i pożądane ingerencje.

Skoro do pisania o kuchni potrzeba jest wyższa zmysłowość, dobrze by było, by znalazła ona wyraz w samej publikacji. Mnie książka Deptuły, traktowana jako obiekt, najnormalniej w świecie ucieszyła. Oglądając zdjęcia w Internecie poczułem zaskoczenie otwierając paczkę z empiku.
Książka ma kształt kwadratu (jakże to lubię), szlachetnie gruby, kremowy papier, atrakcyjną acz nie przekombinowaną okładkę i ciekawe ilustracje Macieja Jędrysika, pojawiające się najpierw jako rewers, a dopiero następnie z 'frontu'.
Tematem poszczególnych esejów są książki, które z jakichś powodów szczególnie mocno zapadły się Deptule w pamięć. Pisze o nich błyskotliwie i zajmująco, wydobywa obecne w nich konteksty kulinarno-kuchenne, a następnie - inspirując się daną pozycją - proponuje przepis na mniej bądź bardziej szaloną potrawę. 
Poszczególne felietony pogrupowane zostały w zestawy menu, których w książce znaleźć możemy aż dwanaście. Są to - w porządku książki:
  • menu kanoniczne (Moravia, Mapedusa, Proust, przepisy na domowy majonez, makaron z wątróbkami i magdalenki);
  • menu powieściowe (Houellebcq, Valdes, Quignard, przepisy na seler w sosie remoulade, picadillo, brzoskwinie w czerwonym winie);
  • menu poetyckie (Mandelsztam, Szymborska, Trakl oraz ucha, konfitura z cebuli i szarlotka);
  • menu nowelowe (Czechow, Różewicz, Hrabal oraz koktajl z krewetek, groszek z cielęciną alla romana, rurki z kremem);
  • menu absurdalne (Huysmans, Topor, Herzmanowsky-Orlando i bulion ratunkowy, żabica z tapendą, omlet cesarski);
  • menu podróżne (Botkin, Custine, Marai oraz gazpacho, kotlet Pożarskiego, baba au rhum);
  • menu biograficzne (Mancini, Pontormo, Barnes i sos do sałaty [samego Leonarda!], caponata, słodka zupa z Porto);
  • menu kryminalne (Leon, Tabucchi, Simenon oraz makaron z fasolą, flaki na sposób z Porto, placek ze śliwkami);
  • menu awangardowe (Duras, Mirkowicz, Białoszewski i łosoś na zimno, grasica po staropolsku (nazywana ongiś animelką!), makaron z sokiem);
  • menu najmłodsze (Jansson, Nienacki, Brzechwa oraz zapiekanka ziemniaczana, coq au vin, papatacze);
  • menu erotyczne (Beardsley, Dujardin, Colette i zupa ogonowa, sola a la Walewska, gorąca czekolada);
  • menu amerykańskie (Capote, Hemingway, Beigbeder i bajgle, sałatka ziemniaczana, pankejki).
Deptuła przypomina książki o różnym ciężarze gatunkowym i różnej proweniencji. Autobiograficzne dzienniki, wiersze, książki przygodowe, prozę postmodernistyczną, zabawy lipogramami. Wybrani przez niego autorzy wywodzą się z róznych krajów, odmiennych czasów i innych środowisk. Mimo tego bogactwa książkę spaja Francja - Deptuła jest bowiem ginącym przedstawicielem humanisty-frankofona. Jego podejście do Francji nie jest jednak bezkrytyczne - zawsze zachowuje potrzebny dystans, podszyty humorem i potrzebną niekiedy ironią.

Wyraźnie francuska, czy może nawet "dekadencka" jest także wrażliwość Deptuły. Z aprobatą patrzy on na wszelkie przejawy synestezji, potrafi o niej zresztą także błyskotliwie przypominać, jako pretekst wykorzystując m. in. "metafory gastronomiczne" Botkina (np. artykuł Hercena określił jako znakomitą, aromatyczną i świeżą ostrygę, a niechętnych Szopenowi przyrównał do Hiszpanów, którzy zamiast delikatnej oliwy prowansalskiej wolą swoją - zieloną, pełną goryczy i brzydkiego ostrego zapachu).

Ucieszyło mnie, że Deptuła przypomniał Colette, której, jak się zdaje, należy się w końcu renesans zainteresowania (co ciekawe, wydobył z jej powieści wątki genderowe czy nawet queerowe, co jednak wróżyć może tej autorce konsekwentny polski antyrenesans). Miło było poczytać o Panu Samochodziku czy Muminkach (Deptuła wziął na tapetę ostatni tom cyklu, najbardziej melancholijny i specyficzny o tyle, że Muminków wcale w nim nie ma).

Zaciekawiła mnie proza Zoe Valdes, zaciekawili Orlando, Custine czy Barnes. Moja lista lektury powiększyła się o te (i kilka innych) pozycji.
Z przepisów wykorzystałem na razie jeden - na magdalenki. Wyszły pyszne i w ilości dokładnie określonej przez Autora, który jest kucharzem z prawdziwego zdarzenia: wagi i miary traktuje jako pretekst do tego, by każdy rozwijał swoją wyobraźnię.

Z książki mało pożywią się wegetarianie i weganie, choć Deptuła o nich nie zapomina (felieton o Caravaggiu i monsignore Insalata jest nawet elogą złożoną roślinożercom). 
Jest też trochę pozjadanych liter, ale w tak pysznej książce nawet taki głód nie dziwi!

czwartek, 22 sierpnia 2013

O MATCE-KWOCE PREMIERZE I JEGO TROSCE O POLSKIE MALUCHY

Co może zrobić człowiek syty atrakcji nałęczowskich?
Pysznych pierogów w Starej Aptece, koprowej nalewki w Jaśminowej, espresso przy ażurowym stoliku tuż przy fontannie (pokaz woda-światło), wysokożelazistej wody Barbara i machoniowego powietrza w zdrojowym parku? 
Może spocząć w ogrodzie chaty Żeromskiego i zapatrzeć się na stojące w ogrodzie mauzoleum.
Tomek zwrócił (słusznie!) uwagę, że kształtem przypomina ono kwokę. Potulnie i troskliwie tulącą pod skrzydłami swoje pisklęta. Skojarzenia z matką i matczyną troską są tym dobitniejsze, że górna część mauzoleum przypomina głowę odzianą z wiejska w kobiecą chustę.
Gdzie dziś szukać takich kwok-matek: ciepłych, cichych, z troską pilnujących i broniących potomstwa?

W kraju, w którym trzeba mocnych nerwów, by przywracać cechy kobiece Bogu (u Izajasza opisano Go jako niewiastę).
W kraju, w którym ksiądz Oko walczy na prawo i lewo z ideologią gender taką matką-kwoką jest premier - Donald Tusk.

***
Pod Jego przywództwem dzieją się cuda - troski, opieki, cichej a skutecznej obrony swych piskląt.
Dzięki jego matczynej opiece powstała u nas nowa kategoria matek - matki pierwszego kwartału. 
Tylko złośliwi mogą twierdzić, że to efekt nacisku i spadających sondaży. Przy tak pro-rodzinnej polityce premiera-kwoki nie może przecież dziwić dbałość o to, by jak najwięcej dzieci przez jak najdłuższy okres miało matkę do swojej dyspozycji.

Chwalebną decyzją premiera-kwoki jest i ta, by wreszcie położyć kres dziecięcemu wyścigowi szczurów. Dzieciństwo musi być znowu sielskie i anielskie, zrównujące wszystkie maluchy w łasce u Boga i ludzi.
Tylko złośliwi mogą twierdzić, że wchodząca w życie ustawa, zabraniająca współpracy przedszkoli z firmami zewnętrznymi jest czymś złym. Dzieci nie potrzebują profesjonalnych zajęć z rytmiki, rozwoju fizycznego, języków obcych (premier-kwoka musi dbać o to, by dzieci nie germanić!). Nie potrzebują kontaktu z artystami konduity "cięższej" (aktorzy, muzycy) i "lżejszej" (klauni). Potrzebują kontaktu z rówieśnikami, ciepła przedszkolanki, zapachu zupy mlecznej i świętego spokoju.

Chwalebną decyzją premiera-kwoki jest także to, by każe dziecko os sublime dedit coelumque tueri.
Rozwój bowiem w łasce u ludzi musi być połączony z sublimacją ducha, a tej nic nie służy tak dobrze, jak katecheza zaplanowana w środku dnia (przecież nikt nie będzie robił problemów, skoro - jako orzeczono w jednym z łódzkich przedszkoli - nawet Murzyni chodzą tam na katechezę!). Dlatego wykluczając współpracę przedszkoli z firmami zewnętrznymi dla jednej trzeba było zrobić wyjątek, by każe dzieci, z ducha i w duchu, mogły swe promienne buzie kierować ku niebu.

***
Ale nowa ustawa premiera-kwoki jest także dobrodziejstwem dla ludzi dorosłych.
Przypomina bowiem o starej prawdzie, że prawdę zdobywa się dla niej samej, poznaje dla rozkoszy samego poznania (scire propter scire). I nie tylko przypomina, ale instyguje do rozwoju. Pomyślmy bowiem, ile gnuśnych przedszkolanek ruszy teraz na kursy, studia podyplomowe, warsztaty, by zdobyć kompetencje do prowadzenia zajęć, które prowadziły osoby z zewnątrz. A że nie wzrośnie ich pensja, stanowisko zostanie to samo, kursy i studia wykażą jakość wątpliwą i zdolność kosztochłonną - nic to przy klasycznym ideale poznania!

Ci zaś, którzy płaczą, jak Pani Agnieszka Horyza i rzesza nauczycieli, że stracą miejsca pracy, a ich mozolnie budowana sytuacja zawodowa zostanie zrównana z ziemią kilkoma kartkami papieru, docenię słodycz przekwalifikowania, uelastycznienia, indywidualizacji. 
Bo właśnie troska o indywidualność i kreatywność dzieci premiera-kwoki ukryta jest w tej ustawie!

***
Gdy tak zatopimy się w słodkich rozmyślaniach i ucieszymy premierem matką rzućmy raz jeszcze na kwokę z ogrodu przy chacie Żeromskiego. To prawda, że bije z niej troska, opiekuńczość i czułość, ale...

...ale chroni ona martwe już dziecko, któremu nic nie przywróci życia!

piątek, 16 sierpnia 2013

KRYGER I PIETKIEWICZ W STARYM KLASZTORZE

Mimo że nie ukrywam swojego sentymentu do Łodzi należałem do grona tych, których bardziej dziwił fakt, iż startujemy w konkusie na Europejską Stolicę Kultury, niż to, że przepadliśmy w tej walce z kretesem. Włodarze miasta, nie licząc oczywiście gal, na których warto się pokazać, czy przekazu w mass mediach są bowiem mało zainteresowani rzeczywistą i płodną polityką kulturalną. Tak samo niezainteresowane jest Łodzią Ministerstwo Kultury, którego finansowy wkład w tutejsze instytucje jest mniej niż znikomy, a i to mówiąc delikatnie.
Sądzę jednocześnie, że Łódź mogłaby wygrać w konkursie na determinację w tworzeniu enklaw kultury. Potrzeba bowiem spektakularnego samozaparcia, żeby powoływać rzeczy nowe i przedłużać agonię rzeczy starych.
Taka determinacja i (zdaje się) imponująca energia cechuje Mirosława Pietkiewicza, dzięki któremu walkę o byt podjął festiwal Muzyka w Starym Klasztorze. Po latach ciekawych imprez (w ostatnim czasie pokazali się choćby Tomasz Daroch, Marc Caudle czy Alina Ratkowska) rok obecny przyniósł niemiła niespodziankę:
doszło do rozwiązania Łódzkiego Towarzystwa Muzycznego, głównego organizatora, nie znalazła się natomiast intytucja, która te organizacyjne obowiązki chciałaby podjąć. Nie znalazły się także instytucje patronackie i sponsorzy, w związku z czym los Festiwalu zawisł na włosku.
Dzięki Pietkiewiczowi i OO Franciszkanom odbyły się cztery niebiletowane koncerty, na których - bez honorariów - wystąpili rodzimi artyści.
Zwieńczeniem tej kameralnej wersji Muzyki w Starym Klasztorze stał się dzisiejszy wieczór. Zaprogramowany z rozmachem i wypełniony autentycznymi artystycznymi kreacjami.

Przy organach zasiadł sam Pietkiewicz, a w jego wykonaniu usłyszeliśmy muzykę Jana Sebastiana Bacha, Johannesa Brahmsa oraz Louisa Vierne'a. Gra organisty była wysmakowana kolorystycznie, pełna niuansów we frazowaniu, budowaniu napięć, a jednocześnie szlachetnie obiektywna, zdystansowana. Pietkiewicz nie próbował narzucać przez kompozycje swoich emocji, raczej starał się, by muzyczny fresk w każdym z nas budził emocje intymne, zindywidualizowane.

Pazur kameralisty pokazał w kompozycjach Bacha, Henryka Czyża i Antoniego Dvoraka, w których zaprezentowała się dzisiaj Urszula Kryger.
Nie będę krył, że w świecie kameralistyki wokalnej i muzyki oratoryjno-kantatowej dwie Artystki niezmiennie budzą mój podziw i zachwyt. Są nimi Jadwiga Rappe i właśnie Urszula Kryger. W parze idzie tu razem nadzwyczajna szlachetność instrumentum: piękna barwa, klarowna, prześwietlona światłem jak rozeta gotyckiej katedry, mieniąca się odcieniami bursztynu, wewnątrz którego pełzają języczki ognia. Kryger włada tym głosem z niezwykła maestrią - dźwięki zawsze pozuje krągło, nie pozwala, by odklejały się od oddechu, dynamikę buduje nie tylko natężeniem siły, ale także gęstością brzmienia, potrafi niezauważalnie zmieniać rejestry, a do tego - mimo że głos naturalnie jej ciemnieje - umie nadać górze jasne, sopranowe wręcz brzmienie. Ale siłą jej kreacji - podobnie jak Rappe - jest mądrość i prostota. Nic nie jest tu przerysowane, choć najdrobiejsze niuanse sensu znajdują odbcie w intepretacji. Co zaś najważniejsze - Artystka śpiewa po to, by zaprowadzić nas na próg ciszy. 
Radość sprawiły mi trzy spośród Pieśni biblijnych Dvoraka, satysfakcję poczułem przy arii z kantaty Bacha. Najważniejszą częścią jej recitalu stał się dla mnie jednak tryptyk Henryka Czyża Wśród gwiazd, Ave Maria, Wśród gwiazd
Zwłaszcza Ave Maria, z cierpkim, pełnym dysonansów, zabłakanym akompaniamentem i smutnym pięknem linii głosu pozostaną w mojej pamięci. Słuchając końcowych dźwięków miałem nadzieję, że dalej zapadnie już cisza i że zostaniemy w niej wszyscy, z Kryger i Pietkiewiczem na czele...

Wspaniała to była uczta, która - mam nadzieję- nie będzie ostatnią muzyczną ucztą w starym klasztorze... 


_____________
Zdjęcie za empik.com

środa, 14 sierpnia 2013

HUMANISTYKA A DEMOKRACJA, CZYLI O SAMOTNOŚCI KRYTYCZNIE MYŚLĄCYCH

"chyba jesteśmy jedynym krajem na świecie, gdzie urzędujący minister szkolnictwa wyższego (...) występuje w reklamie zachęcającej do wyboru politechniki i studiowania na kierunkach ścisłych, bo tylko to zagwarantuje bezpieczną przyszłość.
- Nie żyjemy wyłącznie po to, by zarabiać, produkować i konsumować. A temu w tej chwili usiłujemy podporządkować edukację
- ucieszyły mnie wczoraj te mądre słowa Mirosławy Nowak-Dziemianowicz, Dzikan Wydziały Nauk Pedagogicznych Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Ważnym kontrapunktem jest dla nich tekst Andrzeja Szahaja, Dziekana Wydziału Humanistycznego UMK przypomniany dzisiaj przez Instytut Obywatelski.
Szahaj pisze w nim co następuje:

"Demokracja jest pewnym ideałem, do urzeczywistnienia którego potrzebny jest świadomy, dobrze poinformowany i krytyczny obywatel. Jak dotąd, ideał ten wciąż pozostaje w sferze niezrealizowanych postulatów, albowiem demokracja w świecie Zachodu już dawno stała się demokracją mas. Masy zaś to zbiór osób, które nie dysponują zdolnościami wymienionymi powyżej. Dysponują one jedynie siłą wynikającą z ich liczebności.
Jak zamienić masy w społeczeństwo mądrych i świadomych obywateli? Zadanie, które wciąż jeszcze stoi przed nami, wiąże się niewątpliwie z rolą humanistyki. To humanistyka jest bowiem głównym narzędziem podnoszenia ludzkiej świadomości na wyższy poziom. To ona kształtuje dobrze poinformowanego i krytycznego obywatela, który potrafi mądrze wybierać, albowiem wie kogo i dlaczego wybiera. Dysponuje też odpowiednią wiedzą na temat mechanizmów politycznych i socjologicznych działania społeczeństwa, potrafi przewidzieć skutki wprowadzania w życie określonych programów partyjnych. Jest też w stanie oddzielić blask politycznej mocy, wynikający z dobrze stosowanego PR od faktycznych cnót polityka.
Najważniejsze jednak, że obywatel-humanista dysponuje aparatem pojęciowym, który pozwala mu określić plusy i minusy poszczególnych rozwiązań politycznych, przewidzieć ich skutki uboczne oraz rozważyć realność przedstawianych obietnic wyborczych. Świadomego obywatela niełatwo uwieść, bo potrafi on krytycznie odnieść się do dymnej zasłony żargonu politycznego, przywołać stosowne przykłady uwodzicielskiej mocy prostych haseł z przeszłości i rozpoznać miałkość politycznych sporów. Umie też domagać się od kandydatów do rządzenia odpowiedzi na kluczowe pytania dotyczące docelowego stanu danego organizmu politycznego. Tego wszystkiego może go nauczyć jedynie edukacja humanistyczna. Podobnie jak wrażliwości moralnej niezbędnej w obliczu częstego fałszu politycznych wolt i gier


W moim przekonaniu owa zdolność do krytyki jest najważniejszym owocem kształcenia humanistycznego. Nic dziwnego zatem, że politycy różnych reżimów, przede wszystkim niedemokratycznych, z tak wielką podejrzliwością zawsze się do niej odnosili. Nie przypadkiem w sytuacji przewrotu czy rewolucji jako pierwsze zamykano zawsze wydziały filozofii i socjologii.
Pod opiniami obojga Autorów mogę się tylko podpisać. I to z chęcią.
Sam za najcenniejszą część mojego wykształcenia uważam właśnie zdolność do krytyki, która wymaga wszakże kilku innych kompetencji.
Po pierwsze, wymaga odważnego i jawnego stawiania tez.
Po drugie, wymaga umiejętności wysuwania argumentów, by dane poglądy uzasadnić.
Po trzecie, wymaga uważności w słuchaniu czy czytaniu innych, tak, by nie dyskutować ze słomianym tygrysem.
Po czwarte, wymaga intelektualnej ciekawości i braku uprzedzeń.
Po piąte, wymaga odpowiedzialności, jako że krytyka angażuje, wymaga konsekwencji, niekiedy wymaga także umiejętności bronienia się.
Po szóste wreszcie, wymaga pokory, to znaczy świadomości, że do własnego zdania można kogoś przekonać lub nie. I że dyskusja nie jest przemocą.

***
Dyskusji i krytyki uczyłem się i uczę od dawna.
Swoim studiom zawdzięczam wiele 
- otwierania perspektyw, rzetelności, drobiazgowości, ostrego niekiedy zbijania poglądów, które nie jest równoznaczne z atakowaniem osób - to wyniosłem z zajęć i pracy w mojej Katedrze;

- braku uprzedzeń i cierpliwego wnikania  w teksty uczyłem się u Marka Grygorowicza, zgłębiając ezoteryczne źródła nowoczesności, czy wnikając w refleksję współczesnych Francuzów to analizując ich prace, to tłumacząc je na zajęciach Krzysztofa Matuszewskiego i Bogdana Banasiaka;

- dyscyplinę logiczną czy drobiozgowość w uzasadnianiu miałem szansę podpatrywać u Marka Nowaka;

- znaczenia refleksji nad sztuką, wartościującego charakteru tekstów będących pozornie opisami, czy zadań dyskursu estetycznego miałem okazję uczyć się u Agnieszki Rejniak-Majewskiej i Wioletty Kazimierskiej-Jerzyk, z którą wiodłem polemiki o Balthusa czy spierałem o granice zjawiska campu;

- powiązania teorii i praktyki, uwikłania każdej naszej działalności w sferę wartości uczyłem się dostrzegać od naszych etyków.

***
Każdemu, kto ceni krytyczność, studia humanistyczne, a zwłaszcza filozofię, polecić mogę z ręką na sercu. Studia te - jak i cała humanistyka - mają jednak swoją cenę.
Im więcej mądrości, tym więcej cierpienia - mówi Kohelet.
I ma w tej kwestii wyjątkową rację.

Sukcesem naszej anty-humanistycznej polityki edukacyjnej jest bowiem to, że odpowiedzialna krytyczność, a więc połączona z argumentowaniem, nie jest w cenie. Budzi raczej zbiorową niechęć. Przy rodzinnych stołach, w przestrzeni Internetu, osoby argumentujące i krytyczne uważa się za bufonów, ironicznie wyśmiewa, traktuje jak zagrożenie. Macha się im przed nosem hasłami, że w niektórych dziedzinach życia nie można wartościować, można tylko opisywać. Dyskredytuje kompetencje. Oskarża o niezrozumiałość. Nieustannie nakazuje relatywizować opinie to swoich subiektywnych, nie mających żadnego kompetencyjnego znaczenia, odczuć. Nie traktuje serio (w programie, prowadzonym niegdyś przez Wojciecha Manna, Duże Dzieci ustaliły, że filozof to ten, kto mówi dziwne rzeczy, a kto by słuchał dziwaka?.

I nie wiem, czy nie właśnie taki efekt polityki edukacyjnej jest dzisiaj najbardziej rozpowszechniony i najbardziej niebezpieczny?
Widać ją na wielu polach: edukacji, sali sejmowej, ambony, nie wyłączając coraz bardziej jałowej ziemi krytyki literatury czy krytyki muzycznej (ile razy recenzje są dziś powtórzeniem materiałów z folderu promocyjnego?). 
   
Wykształcenie humanistyczne dało mi już w życiu wiele satysfakcji. Ale przyniosło także wiele bólu, niezrozumienia. Zbyt często wymagało i wymaga "walki". 

Jak sądzę, odpowiedzialne ukończenie humanistyki skazuje na postawę krytyczną.
I dobrze.
Ale skazuje także na samotności i permenentne zmaganie się z wykluczeniem. Nie musi być to argument zniechęcający, warto jednak podnieść i tę kwestię. By efekty studiów nie były zaskakujące i rozczarowujące. 

sobota, 10 sierpnia 2013

BYPASSY ZAMIAST REFORM, PARIASI ZAMIAST OBYWATELI. PORTET WŁASNY PO

O polityce polskiej staram się nie pisać nazbyt często, ale pisać mi się zdarza. 
W ciągu niedługiego okresu dwukrotnie zdarzyło mi się pisać o czysto symulacyjnym i performatywnym charakterze działań PO i obecnego rządu, odwołując się do pojęcia gier językowych i do koncepcji symulacji i simulacrum.
Nie mam zamiaru powtarzać tamtych konstatacji, nie mam także potrzeby szukania innych narzędzi do opisania na nowo rządowej strategii cynizmu i pozbawionego ethosu pragmatyzmu.  

Mogę za to - z rosnącym niesmakiem - wskazać dużą ilość przykładów potwierdzających moje rozpoznanie. O ile teoretyzowanie nie ma już głębszego sensu, wskazywanie przykładów ten sens ma: daje bowiem wyobrażenie o skali problemu i molu zżerającym polskie życie polityczne.

Zacznijmy od komunikatu wydanego przez Centrum Informacyjne Rządu wydanego z okazji 300 dni od tzw. drugiego expose Premiera.
Możemy przeczytać w nim o pełnym sukcesie rządu, który zrealizował plany prezentowane przez Donalda Tuska, pośród nich mówi się o negocjacjach budżetowych z UE, refundację in vitro, urlopy macierzyńskie, tańsze przedszkola czy elastyczny czas pracy.

Komunikat CIR spotkał się już z reakcjami ekspertów.
Choćby na stronach Gazety Prawnej rozprawia się z nim Kazimierz Kik pisząc, że 
"nie wszystkie osiągnięcia wymienione w raporcie CIR są rzeczywistymi sukcesami. Przykładem jest deregulacja zawodów, którą chwali się rząd w raporcie, a która - zdaniem profesora - wprowadza bałagan w państwie. "Kto zagwarantuje mi, że osoba wykonująca jakiś ważny społecznie zawód rzeczywiście się zna na tym co robi?".

Kik dodaje także, że największą porażką rządu jest nieumiejętność dogadania się ze związkowcami, a problemem Tuska jest to, że znowu za dużo naobiecywał. 

Ostrożnie do komunikatu CIR podchodzą także ekonomiści. Ta sama Gazeta Prawna publikuje choćby głos Mariusza Staniszewskiego, Prezesa Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych Noble Funds, który mówił:
"że rząd nie wywiązuje się z większości swoich gospodarczych obietnic. Ekonomista uważa, że pierwsza kadencja była czasem, w którym rząd mógł pokazać swoje „spokojne i prorynkowe” podejście do gospodarki. Druga kadencja, w tym także 300 dni, jakie minęły od drugiego expose Donalda Tuska powinny być czasem zdecydowanych reform. Rozmówca Informacyjnej Agencji Radiowej dodaje, że rząd w większym niż dotychczas stopniu powinien skupić się na infrastrukturze, edukacji oraz działaniach zapobiegających spadkowi dzietności. 
Z kolei Norbert Maliszewski nazywa ten komunikat "wątpliwym chwytem marketingowym". Zaprezentowane przez CIR sukcesy uznaje za połowę prawdy i
"wskazuje na te dziedziny, w których chwalić się raczej nie ma czym. Są to jak wylicza ekspert: rządowy program "Inwestycje Polskie", inwestycje w energetykę, czy też ustawa o gazie łupkowym. Z tymi zagadnieniami, jak podkreśla, rząd słabo sobie radzi. 
Zdaniem Norberta Maliszewskiego, rząd ma nadzieje na ożywienie gospodarcze. Obecne chwalenie się osiągnięciami to próba zagospodarowania poprawy nastrojów społecznych. Jak dodaje, jedyną szansą na poprawę notowań Platformy jest przekonanie Polaków, że ożywienie gospodarcze, które się zapowiada, jest wynikiem działań PO. 
Ekspert dodaje, że podsumowanie osiągniętych celów z expose na razie ma słabą siłę rażenia. Jak dodaje, dokument przedstawiony w formie internetowej infografiki jest dość mało przekonujący. To premier powinien nadać ton tej narracji.

Nie idzie zatem o to, by kwestionować jakiekolwiek sukcesy ekipy Tuska. Idzie o to, by nie udawać, że działania rządu prowadzą zawsze do sukcesu. Idzie także o to, by umieć ocenić wagę porażek i znaczenie sukcesów.

W moim odczuciu waga porażek jest zdecydowanie większa. 

Nie to jednak powoduje, że chciałbym jak najszybciej zapomnieć o rządach PO.
W rozgrywkach partyjno-politycznych wskazuje się często na żenujący i nasączony jadem język PiS i prawicy. 
Cóż, zestawiając ze sobą PiS i PO wolę "otwarcie nietolerancyjnego ideologia niż manipulatora nadużywającego retoryki". Działania PO uważam za niebezpieczne i w wielu kwestiach antydemokratyczne, co nie zawsze widać. Bezwzględność PO owinięta jest bowiem "w pseudo-tolerancyjną i pseudo-postępową retorykę", skrywającą "swoje niebezpieczne nastawienie i wiarę pod fasadą dobrodusznej populistyki i pod maską życzliwego, zwykłego człowieka*.

Pisałem wcześniej o zgrozie, jaką budzi we mnie kampania PO wymierzona w związki zawodowe. Doprawdy, trudno pojąć, jak można legitymizować demokrację odwołując się do działania ZZ, a z drugiej strony aktualne działania związków przedstawiać jako zagrożenie dla porządku państwa. 
Co gorsza, tę kampanię i ten paradoks wspierają celebryci. 
Choćby Gazeta Wyborcza, której środowisko ręka w rękę z rządem zaangażowało się w ośmieszanie związkowców i związków. 
Choćby Maria Czubaszek, która jedną ręką zmajstrowała protest przeciwko wystąpieniom zapowiedzianym przez związki na wrzesień, a drugą wydała bodaj 80 tysięcy złotych na nowy samochód dla mężą.
Pewnie przy takich dochodach problemów reszty społeczeństwa nie widać.

Podobną zgrozę budzi we mnie kampania PO przeciwko samorządowym referendom. Najpierw Donald Tusk, teraz Bronisław Komorowski występują przeciwko inicjatywie społecznej będącej jedną z form przewidzianych przez struktury demokratyczne. 
Celnie komentuje to Maja Chmura pisząc:
"Prezydent demokratycznego państwa odmawia udziału w poprawnie (wedle demokratycznych procedur) przeprowadzonym referendum. Bojkotuje referendum, ale nie zrzeka się urzędu, pozostaje przecież osobą publiczną, której 'prywatne' opinie mają swoją siłę oddziaływania na społeczeństwo - poparcie dla jego prezydentury oscyluje w okolicach 70%. Mówi: nie pójdę, bo uważam, że to referendum jest czymś niewłaściwym, ponieważ walka polityczna nie powinna mieć miejsca na poziomie samorządów. Ustawa dot. referendów jest wadliwa, i to referendum zaistniało tylko dzięki wadzie ustawy.
Teza prezydenta RP jest taka: należy zmienić ustawę, ponieważ w obecnej postaci legitymizuje ona takie referendum, które, jeśli osiągnie wystarczającą frekwencję, może zagrozić frakcji rządzącej. 
Jako prezydent demokratycznego państwa B. Komorowski postępuje więc zgodnie z ustawą, której projekt dopiero obmyśla; poprawnie, wedle aktualnie obowiązujących przepisów przeprowadzone referendum, naszego prezydenta, noszącego się z myślami o nowej ustawie, nie dotyczy.
Innymi słowy, prezydent bojkotuje strukturę, która pozwala w ogóle zaistnieć opozycji. Chciałby usunąć możliwość walki politycznej ze struktur samorządowych. Ale dlaczego? Może dlatego, że struktura samorządowa, której rzecz dotyczy, jest politycznie określona przez jego własną partię.
Najlepsza byłaby więc, uściślijmy to, taka organizacja państwa, w której opozycja nie miałaby głosu na żadnym z poziomów, a partycypacja w instytucjach demokratycznych byłaby głowy państwa i jego najwyższych reprezentantów sprawą prywatną.

Rząd i PO w jednakowy sposób traktują opinię publiczną, jak i pojedynczego obywatela.
Dobrą ilustrację takiego stanu rzeczy dają odpowiedzi na listy, jakie zlożyłem na ręce Ministra Zdrowia Bartosza Arłukowicza.
Dotyczyły one lubelskiego Ośrodka Odwaga, zajmującego się terapią mniejszości seksualnych. 
Czarna sława Odwagi jest mi znana od dawna. 
Popieranie prewencji, chroniącej przez zaburzeniem, jakim jest homoseksualizm, budowanie w ludziach negatywnego obrazu mniejszości seksualnych, próba zmiany orientacji seksualnej na "właściwą", "edukowanie" rodziców - wszystko to stało się powodem niejednego nieszczęścia życiowego i niejednej neurozy.

W swoim liście pytałem Ministra jak to jest możliwe, a swoje pytania zilustrowałem fragmentami ze strony internetowej Odwagi.
Odpowiedzi doczekałem się niemal po ośmiu miesiącach, także po tym, jak poprosiłem o pomoc Roberta Biedronia. 
I muszę przyznać, że wprawiła mnie w osłupienie i spowodowała wiele bólu. Odpowiadając Arłukowiczowi zwróciłem uwagę, że ministerialne pismo po raz kolejny zdemaskowało
brak etycznego kręgosłupa, unikanie podjęcia spraw budzących kontrowersje i pragmatyczny cynizm nastawiony na pozyskiwanie wyborcy, tak charakterystyczne dla reprezentowanej przez Niego formacji. 
Pisałem dalej tak:


"Jest to tym bardziej bolesne, że dotyczy także Pana - osoby z rodowodem lewicowym i lekarza-pediatry, a więc kogoś, od kogo można oczekiwać empatii, szczerości i zaangażowania w sprawy obywatela.

Otrzymana przeze mnie odpowiedź składa się z czterech części.
Najobszerniejsza, pierwsza, traktuje o homoseksualizmie.
Możemy przeczytać w niej, że 
"W oparciu o wiedzę medyczną homoseksualizm jest jedną z orientacji seksualnych i traktowany jest jako trwałe zaangażowanie seksualne i psychoemocjonalne. Zgodnie z powszechnie znaną od 40 lat wiedzą naukową homoseksualność nie jest zaburzeniem ani chorobą. [...] Nie ulega dziś wątpliwości, iż z aktualną wiedzą medyczną, społeczną oraz standardami przestrzegania praw człowieka i poszanowania godności ludzkiej, osoby z orientacją homoseksualną nie powinny być traktowane jako zaburzone lub chore. Należy podkreślić, iż wskutek negatywnych postaw społecznych, wykluczenia społecznego, czy nieuzasadnionego piętnowania, osoby homoseksualne mogą przeżywać trudności w akceptacji własnej osoby lub adaptacji społecznej wobec ujawnienia swojej orientacji seksualnej. Pomoc psychologicza czy psychiatryczna może być uzasadniona w przypadku tego rodzaju nadużyć adaptacyjnych. [...] Udzielana im pomoc ma na celu afirmację własnej orientacji czy neutralizację lęków. Osoby z orientacją homoseksualną, które jej nie akceptują z motywów światopoglądowych, również mają możność uzyskania pomocy w rozwiązywaniu problemu np. w dostosowaniu się do wyboru życia bez aktywności homoseksualnej. Nie proponuje się im jednak terapii reparatywnej,

uznanej, jak podkreśla Pan Poznański, za nadużycie, a przez Roberta Spitzera określonej ostatecznie jako nietrafna i nierzetelna. 

W części drugiej dowiaduję się, że Fundacja "Światło-Życie", do której należy ośrodek Odwaga, wpisany został do rejestru stowarzyszeń... KRS i że nadzór nad Fundacją sprawuje Minister Zdrowia. Fundacja zaś, jak i sam Ośrodek, działa w oparciu o statut Fundacji.

W części trzeciej jestem informowany o tym, że "Fundacja 'Światło-Życie' nie jest podmiotem wykonującym działaność leczniczą". Zanegowane zostaje używane przeze mnie określenie Odwagi jako "ośrodka leczenia", stwierdza się także:

"Trudno więc zgodzić się ze stwierdzeniem, że Ośrodek Fundacji "Światło-Życie" ODWAGA w Lublinie zajmuje się "leczeniem homoseksualności". Prowadzona bowiem przez Fundację (czy też przez jej ośrodki) działalność polegająca na pomocy duchowej i terapeutycznej nie wpisuje się w pojecie "leczenia" sensu stricte [!]. Dobrowolne wsparcie duchowe bądź terapeutyczne trudno uznać za działalność niezgodną z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa. 
W części ostatniej jestem powiadomiony o tym, że Minister Zdrowia sprawuje swój nadzór nad Fundacją odbierając od niej sprawozdania, a te - za lata 2007-2011 mówi się o grupach wsparcia, pracy w grupach, pomocy duchowej czy szeroko pojętej pomocy terapeutycznej.

***
Jak widać, ani Pan, ani pracownicy Pana Ministerstwa nie poświęcili czasu na zapoznanie się z załączonymi przeze mnie fragmentami strony internetowej ośrodka Odwaga (choć strona ta jest Państwu znana, Pan Poznański cytuje nawet jej fragmenty). 

Ośrodek Odwaga określiłem "ośrodkiem leczniczym" właśnie ze względu na prezentowane tam treści.
Niepokój Ministra Zdrowia, jako osoby sprawującej nadzór nad Fundacją, powinny budzić promowane przez Ośrodek Książki.
Jeszcze większy niepokój winny budzić treści świadectw i materiały z Odwagowego biuletynu.
Oto próbka:


"Homoseksualizm i nadzieja. Oświadczenie Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy USA", Wydawnictwo Światło-Życie, Kraków 2004.
Oświadczenie przynosi nadzieję osobom doświadczającym skłonności homoseksualnych. Podstawą tej nadziei jest fakt, że takie skłonności nie determinują ostatecznie człowieka w jego relacjach z innymi. Niedojrzałość emocjonalna i zaburzenia rozwojowe, leżące u podstaw homoseksualizmu, mogą być poddane terapii, prowadzącej do przełamania zakłóceń tożsamości płciowej i/lub doprowadzić do osiągnięcia wolności uzdalniającej do życia czystego zgodnie ze swoim stanem. Autorzy Oświadczenia formułują zalecenia dla środowisk katolickich, które mogą nieść skuteczną pomoc osobom dotkniętym homoseksualizmem. W swoim opracowaniu sięgają do wyników badań naukowych pochodzących zarówno ze środowisk prohomoseksualnych, jak też promujących prewencję i terapię homoseksualizmu.

M. Kożuch, B. Badura, "Nie musisz być homoseksualistą",

POMOC - Wydawnictwo Misjonarzy Krwi Chrystusa, 2004.


Richard Cohen, M.A., "Wyjść na prostą. Rozumienie i uzdrawianie homoseksualizmu", Wydawnictwo "Światło-Życie", Kraków 2005.
Książka "Wyjść na prostą" zawiera odpowiedzi na te i na wiele innych pytań, które łączą się z coraz powszechniejszym, również w Polsce, zjawiskiem homoseksualizmu. Autor w jasny i ciekawy sposób przedstawia rozumienie tego fenomenu oraz wypracowaną przez siebie metodę uzdrawiania ludzi dotkniętych problemem homoseksualizmu. Skuteczność jego metody potwierdza historia jego życia, a także osób, którym towarzyszył w procesie zdrowienia.

Richard Cohen, "Gdy twoje dziecko jest gejem", Wydawnictwo "Światło-Życie", Kraków 2009.
Ta książka jest owocem mojej drogi wyjścia z homoseksualizmu oraz późniejszych lat praktyki klinicznej. Jest owocem tygodni, miesięcy i lat prowadzenia setek rodzin i przyjaciół i doradzania im, jak mogą pomóc swoim bliiskim w uświadomieniu sobie prawdziwej tożsamości płciowej i doświadczeniu swego heteroseksualnego potencjału.

Plan, który przedstawię, będzie wymagał od was dyscypliny i pilności. Ale cudownym produktem ubocznym będzie to, że wy również doznacie przemiany i doświadczycie większej miłości, niż kiedykolwiek mogliście się tego psodzeiwać. - Richard Cohen


"Walka o normalność. Przewodnik do (auto)terapii homoseksualizmu". Dr Gerard van der Aardweg, Fronda, Warszawa 2007.
"Walka o normalność" jest konstruktywną pomocą i wsparciem dla mężczyzn i kobiet cierpiących na niechciane homoseksualne uczucia i/lub zachowania. Jest ona dla mężczyzn i kobiet dręczonych przez homoseksualne emocje, którzy nie chcą żyć jako homoseksualiści, którzy pragną konstruktywnej pomocy i wsparcia oraz zapomniani, nie mają głosu i nie dostają żadnych odpowiedzi w naszym społeczeństwie, które dostrzega jedynie emancypującego się homoseksualistę chcącego narzucić swoją ideologię "normalności" i "niezmienności", tym samym dyskryminując tych, którzy wiedzą lub czują, że jest to smutnym kłamstwem.

"Zdążyć przed..." Zapobieganie homoseksualnym postawom wśród młodzieży. Don Schmierer i Lela Gilbert, Koinonia, Wydawnictwo Chrześcijańskiej Fundacji "Życie i Misja".

Skąd mam wiedzieć, że jestem gejem?
Mój przyjaciel mówi o sobie, że jest homoseksualistą.
Co powienienem zrobić?
W szkole oglądaliśmy film, z któego dowiedziałam się, że homoseksualizm to coś normalnego. Czy to prawda?
Autor rozprawia się z wieloma mitami na temat przyczyn zachowań homoseksualnych w sposób zrównoważony i zarazem pełen ciepła i pociechy. Dowodzi, że prewencja jest o wiele skuteczniejsza niż interwencja. Gorąco polecam tę skiążkę każdemu, kto pracuje z młodzieżą. - Henryk Wieja


"Ze śmierci do życia", Krzysztof i Kamila
Dziś widzę, że Pan Bóg wszystko przemienił w łaskę. Gdy już nie mogłem ze sobą wytrzymać, zacząłem do Niego wołać z głębi serca: Ulituj się, pomóż mi. Pan Bóg od razu mnie wysłuchał. Dał mi siły, żebym zerwał wszelkie kontakty ze środowiskiem gejowskim, z pornografią, z masturbacją. To był cud - Pan Bóg powoli zaczął mnie prowadzić do tego, bym odkrył swoje powołanie. Prawda o mnie zaczęła mnie wyzwalać: jestem pełnowartościowym mężczyzną, powołanym, by być mężem i ojcem.
Byłem tym bardzo zaskoczony - przecież ja się do tego nie nadaję, jestem zniewieściały, kobiety w ogóle mnie nie pociągają. To przecież niemożliwe. Tyle razy słyszałem, czytałem: ty się taki urodziłeś, jesteś gejem, nic tego nie zmieni, bądź sobą i nie próbuj się zmienić, bo wtedy dopiero będziesz nieszczęśliwy.

"Czekamy z nadzieją", Matka
Gdy pół roku temu najmłodszy syn powiedział o swoich skłonnościach homoseksualnych był to dla nas, rodziców, cios i grom z jasnego nieba. Jak dobrze, że powiedział to nam obojgu jednocześnie, siedząc w kuchni przy herbatce, bo oniemiałam i prawie spadłam z krzesła.
Wtedy to mąż, doktor nauk biologicznych, przytomnie powiedział, że nie ma dowodów na to, że ze skłonnościami homoseksualnymi człowiek się rodzi i taki musi pozostać. Poza tym byliśmy zupełnie nieprzygotowani do tematu, o którym wiedzieliśmy, że istnieje, a my nie mamy z tym nic wspólnego. Problem nas przerastał, czuliśmy się z mężem bezradni, bezsilni, choć syn cierpiał i potrzebował naszej pomocy. Bardzo szybko znaleźliśmy kontakt z ODWAGĄ. Daliśmy te namiary naszemu synowi ze słowami, że mu się może przydadzą, gdyby chciał podjąć decyzję o terapii. I czekaliśmy.

"Listy od ojców - Kochany Synu!", Aleksander
Patrząc z zaświatów, widzę wyraźnie, jaką krzywdę, ja i Twoja matka, wyrządziliśmy Tobie. Życia nie da się jednak powtórzyć. My się kochaliśmy. Jesteś owocem tej miłości. Niestety nie wiem, dlaczego Twoja matka nie chciała za mnie wyjść. Dlaczego mi nie zaufała? Być może z powodu dwojga dzieci, które już miała i które chroniła. Dla mnie to była trudna sytuacja. Wprawdzie miałem dziecko z kobietą, którą kochałem, ale nie mogłem z nimi razem być. Później ożeniłem się z inną kobietą, z którą miałem dwoje dzieci. Po kilkunastu latach zwróciłeś się do mnie z prośbą o spotkanie. Przestraszyłem się Twoich oczekiwań zarówno tych w sferze emocjonalnej, jak i materialnej.
Ja nie byłem kimś wyjątkowym. Ciężko zarabiałem na utrzymanie rodziny, więc bałem się, że możesz zniszczyć naszą małą stabilizację. Dziwnie to dzisiaj brzmi, ale ja również czułem się skrzywdzony przez Twoją matkę. Nie chciałem wracać do czegoś, co mi zabrano wiele lat wcześniej. Niestety, nie stanąłem na wysokości zadania. Wiem, że Cię zawiodłem i skrzywdziłem.
Tych lat straconych nie da się naprawić. Jesteś dojrzałym mężczyzną, który musi poradzić sobie z niełatwym bagażem zranień wyniesionych z okaleczonego dzieciństwa. Te ciężary, które dźwigasz ofiaruj Bogu, bo tylko ON może je od Ciebie zabrać. Ludzie pragną od innych szczęścia i miłości, a nie goryczy i żalu. Zaufaj Bogu, bo w łączności z NIM możesz osiągnąć spokój ducha i wolność, która pozwali Ci służyć innym ludziom z miłością i oddaniem.
Synu, bądź silnym i dzielnym na swojej drodze ku wyzwoleniu ze zgubnych nawyków i nałogów. W otwartości swego serca szukaj bliskości Boga. Nie ma bowiem dla NIEGO rzeczy niemożliwych. Tak jak w cudowny sposób przywiódł Ciebie na łono Kościoła, tak może wyzwolić Cię z zaburzeń osobowości. Bądź otwarty na łaskę, oczekuj jej. Módl się za swoich rodziców, którym potrzebna jest Twoja miłość. Pozostań z Bogiem!

Z całą pewnością nie istnieje zwrot sensu stricte, którym posługuje się Pan Poznański.
Z całą pewnością Jego pismo nie jest odpowiedzią tylko na mój list z 8 lipca 2013, ale na pisma, które wysyłalem do Ministerstwa od grudnia 2012 r.
Z całą pewnością zamieszczone cytaty wskazują, że Odwaga ma na celu leczenie z homoseksualizmu, że traktuje je jako zaburzenie i chce propagować prewencję. 
O tym, jak przytoczone cytaty mają się do pierwszej części pisma sygnowanego przez Pana Poznańskiego, nie muszę się chyba wypowiadać. Różnica między nimi jest dojmująco jasna.

Właśnie ten rozdźwięk tak bardzo zasmucił mnie w odpowiedzi udzielonej przez Pana resort.
A że w sprawozdaniach Odwagi rzecz wygląda gładko i po porządku?
Trudno, żeby było inaczej. Nadzór Ministra nie powinien chyba jednak polegać tylko na czytaniu sprawozdań.


***
Wychodzę z założenia, że demokracja jest systemem, w który wpisana jest różnorodność. Polityczna, religijna, światopoglądowa etc.
Szanuję tych, którzy potrafią zrezygnować z ważnej części swojego życia w imię jakiś ideałów, ale o tyle, o ile jest to gest dobrowolny, nie wynikający z neuroz i patologicznego stosunku do tego, kim się jest.
Szanuję także te ugrupowania religijne, które nie odwołują się do nauki czy medycyny, by legitymizować wymogi stawiane przez doktrynę religijną. 
Szanuję przywiązanie do konserwatywnych wartości, jak i przywiązanie do ideałów lewicy.
Jednak o tyle, o ile otwarte są one na rzetelną dyskusję, o ile łączą ludzi konstruktywnie, a nie na zasadzie szukania wspólnego wroga, budowania więzi przez stygmatyzację i wykluczenie.
No i o ile wyznawane są szczerze, bez zabawy w pseudo-tolerancję, pseudo-otwartość i w retorykę sukcesu.

Tym, co powinno organizować przestrzeń Państwa jest - moim zdaniem - działanie na rzecz wolności, równości i braterstwa. Działanie to owocuje w konsekwencji także społecznym i gospodarczym dobrobytem, służy wolności myśli i (post)humanistycznemu uwrażliwieniu.

Podane przeze mnie trzy przykłady działań PO pokazują, że formacja ta nie jest w stanie realizować wspomnianych ideałów.
Strategią tej partii jest bowiem walka o dostęp do "koryta władzy", funkcjonowanie na ciepłych posadach i umacnianie kastowości. 
To partia bez wyraźnego ethosu i kręgosłupa, w czym rację ma Jarosław Gowin. 
Niezdolna do kontrowersyjnych decyzji światopoglądowych, jeśli negatywnie wpłyną na poparcie. 
Niezdolna do jednakowego traktowania wszystkich, co widać choćby w preferencyjnym traktowaniu polskiego modelu katolicyzmu (choć Konstytucja nie przewiduje preferencji tylko dla jednej wspólnoty religijnej). 
Niezdolna do afirmowania demokratycznych procedur wszędzie tam, gdzie może to być dla niej zagrożeniem.

Choć czuję się chrześcijaninem, zmęczony jestem jakością polskiego Kościoła (na liście anty-bohaterów mam i Sławoja Głódzia, i Dariusza Oko, i Henryka Hosera, i wielu innych, których działania nijak nie uzgadniają mi się z Biblią).

Choć czuję się Polakiem, zmęczony jestem jakością kraju. Bo kraj to nie sfera istniejąca niezależnie od nas, ale to, co Polak robi Polakowi i z Polakiem.

______________
Autorką rysunków jest Maja Chmura [http://rysunekpolityczny.blogspot.com/].
Info w sprawie zadłużenia kraju z Niewygodne.info.pl
* Wplatam tu cytaty z tekstu Mirandy Celeste Hale, opublikowanym na racjonalista.pl

piątek, 9 sierpnia 2013

PAMIEĆ ZAPISANA GŁOSAMI - TOMASZ KONIECZNY

Zdaję sobie sprawę, że monotonia nuży, a nawet największa fascynacja i entuzjazm, jeśli nie pozostawić ich w stosownych spokoju, mogą doprowadzć do zniechęcenia.

Czy - po pełnej uniesienia recenzji ze Złota Renu i Walkirii - jest sens pisać coś jeszcze o Tomaszu Koniecznym?
Czy nie będzie to już monotonny nadmiar?

Mam nadzieję, że nie.
W recenzji oddałem należne honory Jego Wotanowi, ale na tej roli nie zaczyna się ani nie kończy to, co o sztuce Koniecznego mówić warto, a nawet należy.

Niech zatem wybaczą mi znużeni,mam nadzieję, że i oni znajdą tu coś dla siebie.

***
Nie pomnę, kiedy po raz pierwszy trafiłem na Koniecznego jako śpiewaka.
Był to zupełny przypadek - szperając w Internecie znalazłem jakąś informację na Jego temat, która zaciekawiła mnie na tyle, by próbować dowiedzieć się więcej.
Tym tropem trafiłem na stronę artysty, która do dziś jest jedną z najczęściej odwiedzanych przeze mnie witryn.

***
Twarz Koniecznego - o szlachetnych rysach i sympatycznym uśmiechu - wydawała mi się znajoma. Nic dziwnego - okazało się, że znam ją z Pierścionka z Orłem w Koronie.
Artysta bowiem, nim na dobre poświęcił się operze, ukończył łódzką Filmówkę i rozpoczął błyskotliwą karierę aktorską.

Myślę, że ten etap artystycznego życiorysu Koniecznego jest czymś niezwykle cennym. Nowoczesny teatr, film, współpraca z Krystyną Jandą czy Andrzejem Wajdą zostawiły w Artyście trwały ślad, wolny od koturnowości i patosu charakterystycznych dla tradycyjnego podejścia do opery. Jak sam przyznaje
"gdzieś w tym wszystkim odczuwałem niewygodę i dysproporcje pomiędzy moim nowoczesnym, młodym wyobrażeniem teatru dramatycznego a skostniałym, pełnym sztampy, obrazkiem sceny z Opery Narodowej. Przyznam się, że po każdej wizycie na spektaklu operowym w tymże teatrze wychodziłem w pąsach wstydu... Pamiętam "Aidę" i "Carmen" - jakże to było nadęte!*
Zaowocowało to obficie konsekwentnie teatralnym traktowaniem operowych ról, pomimo różnic między scenicznym byciem śpiewaka, a scenicznym czy filmowym byciem aktora:
"jednym z nich stał się fakt, że sposób w jaki śpiewałem (emitowałem głos ze sceny) nijak nie przystawał do pracowicie wyuczonych metod aktorskich i środków wyrazu scenicznego, z których jako młody, ambitny aktor bardzo byłem dumny. Bo w filmie, czy teatrze, na kameralnej scenie wystarczało spojrzenie, minimalny ruch dłonią, pół kroku. Co innego rozsadziłoby ekran:-) A tu, w operze, scena ogromna, trzeba głośno i wyraźnie artykułować, żeby orkiestra nie zagłuszyła. No i dużo większym gestem trzeba też operować niż ten, którego tyle lat się uczyłem. Zaczęła się mozolna praca; z jednej strony nad głosem - czyli śpiewaniem, z drugiej nad tym, żeby te dwie, bardzo ważne płaszczyzny wyrazu artystycznego: głos i ciało zaczęły być ze sobą kompatybilne. Długa to była droga, okraszona wieloma rozterkami i wątpliwościami. Dopiero po kilku latach, w Teatrze Narodowym w Mannheim (Nationaltheater Mannheim), praca zaczęła przynosić rezultaty. Pierwszą jednolicie wykonaną i niepospolicie oklaskiwaną rolą operową Tomasza Koniecznego był Pimen w "Borysie Godunowie" pod dyrekcją muzyczną wspaniałego muzyka i kolejnego mojego mentora Adama Fischera...*


Konsekwencja, o której wspomniałem, polega tu nie tylko na doskonałym przygotowaniu partii od strony scenicznego gestu, ale także na aktorskim wymiarze śpiewu.
Konieczny należy do ścisłego grona tych śpiewaków, którym nie idzie po prostu o emitowanie ładnego dźwięku, o same walory wokalne. Tym, co liczy się w Jego wykonaniach jest "dramaturgia utworu, narracja, czas" [J. Marchwiński], ucieleśnione w dźwięku sensy i afekty podawanego tekstu. Bez żadnej przesady można powiedzieć o Koniecznym to samo, co Majciej Jabłoński napisał o Ewie Podleś - że czymś zupełnie wyjątkowym jest dbałość Koniecznego "o szczegół niesiony przez słowo, docenienie jego wartości dramaturgicznej" i umiejętność pokazania ich dzięki doskonałemu opanowaniu "środków wokalnego" - i scenicznego - wyrazu.
Przy czym sam głos Koniecznego jest instrumentem o nadzwyczajnej jakości.

Po raz pierwszy przekonałem się o tym odsłuchując na stronie Artysty monologu Holendra z opery Ryszarda Wagnera.
Holender należy do tych dzieł kompozytora, które nie poruszają mnie same z siebie. Potrzebuję dobrej ręki dyrygenta i dobrego zespołu, który z tej szablonowej nieco partytury wywiedzie drzemiące w niej barwy, napięcia, tworząc fresk zniewalający swoją urodą i wychyleniem ku przyszłości.

Na dobrą sprawę mam dwa nagrania, do których wracam (jest jeszcze wersja video, którą oglądam głównie dla Marii Slatinaru).
Pierwsze, pod batutą Otto Klemperera, z niepowtarzalną Sentą Anji Silji, pozbawioną romantycznej czułostkowości i mocno psychopatyczną.
Drugie, pod Jamesem Levinem, z romantyczną tym razem, dziewczęcą i spiewaną bardzo bogatym głosem Sentą Deborah Voigt.

Holendrami są tutaj moi dwaj ulubieni bas-barytoni: Theo Adam oraz James Morris. Ich interpretacje są całkowicie odmienne, a jednakowo wciągające. Adam jest Holendrem sfrustrowanym i zmęczonym, czekającym na moment wyzwolenia. Morris z kolei ma w sobie coś stoickiego, jest introwertyczny, zdystansowany, jakby nie do końca obecny. 

Słuchając Die Frist ist um w wykonaniu Koniecznego miałem tylko jedno wrażenie - że Adam i Morris powinni pójść do Niego na naukę. Takiej siły wyrazu, niezwykłego dramatycznego napięcia nie spotkałem w tym monologu nigdy wcześniej.
Od strony wokalnej zaśpiewany jest imponująco - dźwięki są wspaniale osadzone, intonowane czysto, bez cienia wahania czy kanciastego brzmienia. Sam głos płynie swobodnie mieniąc się milionami barw, to matowiejąc, to przygasając, ciemniejąc, rozjaśniając się. Tak niepowatrzalnej, metalicznej i jakby nieco szklistej góry nie miał bodaj żaden a autentycznych wagnerowskich bas-barytonów.
A wszystko od początku do końca służy wyrazowi, dramaturgii.
Niech Państwo zwrócą uwagę, jak Konieczny we frazie Doch ach, den Tod – ich fand ihn nicht podkreśla końcowe "nicht", ile bólu jest w szydzącym Verhönend droht ich den Piraten. Jakim obrzydzeniem napełnia go cierpienie (jakże barwi on "Qual" we frazie Doch ewig meine Qual), jak punktuje barbarscher Sohn!

Do dziś nie potrafię słuchać tego wykonania w spokoju.
I nie potrafię wysłuchać go tylko raz.
To jedno nagranie wystarczyłoby mi, żeby uznać Koniecznego za jednego z najważniejszych wagnerowskich bas-barytonów w historii.
I marzyć.

Wpierw o tym, by dostać na płytach całego Holendra.
Ale także i o tym, by usłyszeć go jako Scarpię. 

Póki co - marząc, zachęcam: czapki z głów!

______
*Cytuję za pasjonującym wywiadem, którego Konieczny udzielił Beacie i Michałowi Olszewskim dla opera.info.pl