czwartek, 1 lipca 2021

FIGARO W WOK

Wczorajsze Wesele Figara w warszawskiej Operze Kameralnej to mój pierwszy spektakl (nie licząc inscenizowanej koncertowej wersji Don Carla w Łodzi) od początku pandemii. 

Spektakl nie przekonał mnie, że jest sens łączyć ze sobą polskie recytatywy i włoską resztą (przy całej nieprecyzyjności tego sformułowania). Spokojnie można by wystawić Wesele w całości po polsku, zwłaszcza, że rodzima wersja Stanisława Barańczaka, to i owo uwspółcześniając i wyostrzając, współgra z konceptem scenicznym Grzegorza Chrapkiewicza. Potrzebne by były tylko dwie rzeczy. Primo, przyjrzenie się miejscom tekstu Barańczaka, które nie układają się pod frazę i lepiej brzmiałyby np. dzięki zamianie szyku wyrazów. Secundo, znalezienie obsady, która w całości czytelnie podaje polski tekst. Od dość długiego już czasu śpiewanie po polsku bywa wyzwaniem dla polskich śpiewaków. Na oglądanym przeze mnie spektaklu niezrozumiała była choćby większość polskich odzywek Hrabiego, którego wykonawca do tego z lubością zamiast „y” śpiewał „i’. Ta wokalna maniera wydaje mi się dzisiaj już nie tylko anachroniczna, ale nieznośna.

Chrapkiewicz postawił na to, że komedia ma bawić. I jego Wesele faktycznie bawi — czego dowodem był śmiech widowni. Nie stracił jednak z pola widzenia „rewolucyjnego” potencjału opery, która opowiada nie tylko o buncie przeciw porządkom feudalnym, uosabianym przez Hrabiego, ale daje także duże pole do popisu kobietom. W sumie to Wesele obraca się wokół Hrabiny i Zuzanny, wokół których krążą mężczyźni. Wagi kobietom dodaje także postać Konstancji, żony Mozarta, w którą wciela się klawesynistka (na moim spektaklu Barbara Brzezińska). To ją widzimy na początku opery, to ona wtrąca się w akcję, w końcu jej obecność zdaje się wskazywać, że jest kreatorką operowego świata i że świat ten widzimy z jej perspektywy. A jest to świat rozpięty między ekstremami uosabianymi przez Rozynę i Antonia. Hrabina jest postacią o dwóch komplementarnych twarzach. Reprezentuje świat opery seria, patetycznych afektów, ale, kiedy trzeba, także wyborną intrygantką, kobietą działającą w wolności od stereotypów związanych z jej pozycją. To rozdwojenie widoczne jest w warstwie teatralnego gestu: wymownych spojrzeń, min, grymasów. Wokalnie przynależy do sfery arystokratów. Karina Skrzeszewska (by nie być posądzonym o kumoterstwo, odnotujmy nasze bliskie relacje) znakomicie oddaje tę złożoną naturę. Początkowo nieco spięta, choć pięknie śpiewająca Porgi amor, kreuje żywą i barwną postać. Pięknie śpiewa legato, oddaje retoryczny sens Mozartowskich fraz, doskonale podaje polski tekst. Zjawiskowe było Jej Dove sono — pokazujące prostotę afektów i potrzeb Hrabiny. Antonio Macieja Miecznikowskiego jest jej dokładnym przeciwieństwem. To postać wulgarna, co podkreśla dyskusyjna barwa głosu Miecznikowskiego, jego emisja i gra. Jeśli nie zrozumie się, że to postaci z antypodów, zgodnie z tym, co zadysponowali Mozart i da Ponte, będzie można na Miecznikowskiego grymasić. Moim zdaniem jest on doskonale na miejscu. Dzielną sekundantką Hrabiny jest Zuzanna w wykonaniu Marii Domżał — to głos nieco szklisty, jaśniejszy od Skrzeszewskiej, lżejszy, z jakimś „subretkowym powidokiem”. Domżał śpiewała swobodnie, otwartym dźwiękiem, nośnie, stworzyła także bardzo wyrazistą postać.

Podobał mi się również Figaro Jana Żądło. Moim zdaniem, bliżej mu do basa cantante niż barytona (jak w programie). Zaśpiewał swoją rolę porządnie, różnicując ekspresję, wydobywając z Figara zarówno odwagę rzucenia rękawicy Hrabiemu, jak i uwikłanie w mizoginiczne przekonania. Tomasz Kumięga jako Hrabia bardziej podobał mi się scenicznie niż wokalnie. Obok kłopotów z polskimi recytatywami, nadmiernie szafował też wolumenem stwarzając wrażenie, że krzyczy. Doskonałą postacią sceniczną był Michał Sławecki jako Cherubin. Uważam jednak, że falset nie sprawdza się w tej roli, do tego nadmiernie przyciskał górne dźwięki i nie zawsze brzmiał ładnie. Dobrze zaprezentowali się Aleksander Kunach, Krzysztof Borysewicz i Elżbieta Wróblewska jako Basilio, Bartolo i Marcelina. Nie był to dobry wieczór Jacka Ornafy, który grał postać Don Curzia: to mały głos, niekiedy ledwo słyszalny mimo lilipucich rozmiarów WOK, do tego nieprzekonujący dramaturgicznie. Scena z jego werdyktem zupełnie nie robiła wrażenia.

Podobało mi się brzmienie orkiestry, w tym smyczków (ukłony dla koncertmistrza Radosława Kamieniarza). Muzycy grali retorycznie, a więc jak należy.

Wracając do inscenizacji, podobał mi się minimalizm scenograficzny (Wojciech Stefaniak). Przestrzeń podzielona na sektory z wymierzonymi wysokościami i szerokościami, mobilne rekwizyty, włącznie z oknem i kwiatami, przez które skacze, i na które spada Cherubin. Elementy scenografii pojawiały się dzięki czwórce tancerzy (Patryk Gnaś, Krzysztof Łuczak, Arkadiusz Jarosz, Jan Kosianko). Ich wprowadzenie jest jednym z pomysłów reżyserskich, które najszybciej tracą swój potencjał: ich ruchy szybko stają się przewidywalne i niewiele wnoszą dramaturgicznie.

Katarzyna Szczurowska i Anna Skupień są autorkami atrakcyjnych kostiumów.

Mimo że marudzę, Wesele było doskonałym przerywnikiem między pandemicznym zamknięciem i niepewną przyszłością. Spektakl sprawił mi wiele frajdy i dał dużo powodów do uśmiechu.

Spektaklem dyrygował Piotr Sułkowski.

Należy odnotować, że spektakl wszedł na scenę za rządów dr/PhD Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd, a oglądałem go za rządów dr hab./? Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.