poniedziałek, 30 marca 2015

POLITYKA Z PUNKTU WIDZENIA KAMERDYNERA

  1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych wynikających z ratyfikowanych przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, dotyczących wolności związków zawodowych.
  2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
  3. Przestrzegać zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
  4. Przywrócić do poprzednich praw:
— ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 r. studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
— zwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego),
znieść represje za przekonania.
  1. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.
  2. Podać realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
— podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
  1. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu CRZZ.
  2. Podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
  3. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
  4. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki.
  5. Znieść ceny komercyjne oraz sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym. 
  6. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych zlikwidowanie specjalnych sprzedaży, itp.
  7. Wprowadzić na mięso i jego przetwory kartki - bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
  8. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 55 lat, a dla mężczyzn do lat 60 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
  9. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
  10. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
  11. Zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
  12. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
  13. Skrócić czas oczekiwania na mieszkania.
  14. Podnieść diety z 40 zł na 100 złotych i dodatek za rozłąkę.
  15. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie czterobrygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.

 Zadziwiające jest dla mnie to, jak bardzo aktualne pozostają postulaty sierpniowe z 1980 r. Oceniając trzeźwo aktualną sytuację Polski ciśnie się na usta jeden komentarz - potrzeba nam nowego zrywu, podobnego do Solidarności. Zrywu, który 25 lat po przemianach ustrojowych będzie walczył o to samo (i trochę coś innego) niż ludzie żyjący w demonizowanej PRL.

Polityka historyczna, namiętnie uprawiana w RP, doprowadziła do symptomatycznego zawłaszczenia.
Z jednej strony dąży się do utożsamienia zrywu antyPRLowskiego z prawicą. 
Z drugiej strony tzw. "odzyskaną wolność" łączy się z neoliberalizmem i libertarianizmem.

Nie wiem, który typ narracji jest bardziej niebezpieczny. Intuicja podpowiada mi, że drugi z nich. Dyskurs prawicy jest bowiem kwestionowany, prześmiewany, buduje się do niego dystans. Z kolei wszelkie próby przeciwstawienia się neoliberalizmowi pokazuje się jako "skomuszenie", wolny żart, zamach na jednostkową suwerenność. Dobrze widać to na przykładzie Adama Michnika i Gazety Wyborczej. Niegdyś lewicowy Michnik, kapitalnie ustawiony po zmianie systemu, stał się tubą reform Balcerowicza. Opowiada się za Kościołem jako jedyną instytucją regulującą moralność w RP. Skrzętnie też, poprzez swoją gazetę, optuje za neoliberalnymi reformami PO, stającymi w jaskrawej sprzeczności z postulatami z sierpnia '80.

Stało się to możliwe, dlatego że mit Solidarności i osób zaangażowanych w walkę o zmiany ustrojowe pozbawiono elementu lewicowego. Tym samym, w moim odczuciu, doszło do kompletnego zakłamania, które pozwala nam opiewać 25 lecie wolności, lekceważąc fakt, iż o zupełnie inny model państwa zabiegano. 
Postulaty sierpniowe są szalenie nowoczesne. Zawarta jest w nich wizja państwa demokratycznego, które jest państwem prawa i sferą swobodnej deliberacji obywatelskiej. Deliberacji, której celem jest osiąganie konsensu, podstawy stanowionych reguł. Jawny jest postulat kierowniczej merytokracji. Państwa prowadzącego politykę prorodzinną i czynną politykę zdrowotną. Zabiegano o godziwe warunki pracy i odpoczynku. A także o pluralizm światopoglądowy, który na równi traktuje wszystkich obywateli i wszystkie związki wyznaniowe. 

Jak to się ma do współczesnych realiów? Do uprzywilejowania dominującej instytucji religijnej? Śmieciowych umów o pracę? Rosnącego rozwarstwienia społecznego, w tym upiornie dużych obszarów ubóstwa, także skrajnego? Do obsadzania stanowisk znajomymi i rotacji odwoływanych osób, tak, by nie czynić im "krzywdy"? Do nieistniejącej polityki prorodzinnej? Braku szans na własne mieszkania dla wielu z nas? Podkopywania pozycji związków zawodowych? 

O tym, w jak kuriozalnej przestrzeni żyjemy, niech będzie zgodne nazywanie Janusza Palikota i jego formacji lewicową. To nic, że uciekają z niej wszyscy lewicowcy. Nic też, że program ekonomiczny jest tu jawnie neoliberalny. Liczy się dekret, stempel i łata.

Takich pytań można by mnożyć wiele. Bez wiary, że ktoś podejmie je na forum publicznym.
Andrzej Szahaj napisał mądrze, że w Polsce za dużo jest polityków, a za mało polityki. 

"Nietrudno zauważyć - pisał -, iż w pewnym sensie jesteśmy przez [...] politykę osaczeni, choćby z powodu jej dominującej obecności w mediach. Jest to jednak polityka unikająca na ogół wychodzenia poza sprawy walk personalnych, bieżących układów sił w poszczególnych partiach oraz cech charakteru konkretnych polityków. Można by rzec, że jest to polityka z punktu widzenia kamerdynera, aby odwołać się do sławnego dictum Hegla. Świat wokół nas roi się od polityków, którzy zasypują nas gradem nieistotnych informacji. Towarzyszą im dziennikarze, którzy owymi nieistotnymi informacjami żonglują, powtarzają je z nabożną czcią, komentują, uznając najwyraźniej, że to, czym karmią ich politycy jest polityką. Można by odnieść wrażenie, że owych informacji publicznych jest za dużo. Tymczasem za dużo jest polityków, a za mało polityki. Tę ostatnią pojmuję jako dialog na temat dobrego życia i dobrego społeczeństwa. Wymaga on przygotowania merytorycznego, pogłębionej wiedzy filozoficznej, socjologicznej, kulturoznawczej i ekonomicznej. Niewielu polityków nią dysponuje, a pewnie jeszcze mniej dziennikarzy. W wyniku tego stanu rzeczy mamy do czynienia z pseudopolityką uprawianą przez pseudopolityków i komentowaną z powagą przez 'dyżurnych' socjologów, politologów czy filozofów, gotowych wypowiadać się na każdy temat, byle do kamery" (wyróżnienie moje).

Towarzyszy temu jeszcze ideologiczny front "antypostmodernistyczny", jako że tzw. postmodernizm wpisuje się w engelsizm. Ujadanie na gender, pomysły równego traktowania obywateli bez względu na orientację seksualną, próby przypomnienia, że państwo to sfera prawa osadzonego w konsensie, strajki i działania związków zawodowych, krytyka uprzemysłowienia szkolnictwa wyższego - te i inne fenomeny wyrzuca się za burtę jako wyraz niepoprawnych tęsknot przebranych w język Judith Butler, Jaka Derridy, Michela Foucaulta czy Jeana Baudrillarda. Kuriozalnie towarzyszy temu miniono-ustrojowa chęć oparcia neoliberalnego pożerania słabszych przez silniejszych na "naukowych" (raczej naukawych) podstawach socjo-darwinizmu. 

Pewnie dlatego odbywa się u nas siarczysta kłótnia o schedę po Janie Pawle II z okazji 10 rocznicy jego śmierci.
Nie odbyła się za to ani jedna istotna - publicznie, bo nie mam na myśli wąskich gron akademickich czy społecznych - debata o stanie państwa i o tym, jak obecna sytuacja ma się do tego, o co walczyła Solidarność.

Sam wolałbym, żeby Jan Paweł II nas ominął, a zaczęła się debata o państwie. 
By parlament w końcu uznał, że to społeczeństwo jest suwerenem, powinno być zatem traktowane serio. 
By w końcu zaczął wcielać w życie postulaty, bez których współczesnego parlamentu zwyczajnie by nie było. 

czwartek, 26 marca 2015

RYCERSKOŚĆ CYGAŃSKA

Baron cygański w reżyserii Tomasza Koniny nie ma bawić. Albo inaczej — ma nie tylko bawić. Jest sztuką z tezą, którą — na swój użytek i w ramach swoich możliwości — sformułowałem za pomocą epigramatu Palladasa: Całe życie jest sceną i zabawą – albo nauczysz się bawić jak dziecko, porzucając trud i powagę, albo znoś cierpienia i smutek (tłumaczenie moje). Konina drąży jednak dalej. Ma świadomość, że scena życia zawsze zarządzana jest przez jakiegoś antreprenera. Kiedyś bywał nim Bóg lub bogowie, monarcha, mąż stanu. Bywała miłość. CK-ania nauczyła nas jednak, że dyrektorzy życia (tak jak — coraz częściej — dyrektorzy teatrów) mogą pojawiać się z przypadku, ot, choćby od świń. Jak Żupan. I wystawiać w swym cyrku i kabarecie role napisanie dla innych.

CK-anię przywołuję nie bez kozery. Konina przeniósł bowiem akcję Barona cygańskiego, czytając do oczami Musilowskiego Człowieka bez właściwości, Haskovego Szwejka, a także dekadencji. W końcu echa muzyki Straussa odnajdujemy u Mahlera, a partytura tej operetki skrzy się i migoce od „mahlerowskich chwytów”, mieszających liryzm kantyleny z muzyką innej, niższej konduity.

Przyznam szczerze, że nie miałbym nic przeciwko takiej inscenizacji. Spektakl jest bowiem intrygujący plastycznie. Chyba po raz pierwszy za kadencji aktualnego dyrektora reżyser zdecydował się na wykorzystanie sceny obrotowej. Postaci poprowadzone są logicznie. Ostatni akt celnie oddaje atmosferę wiedeńskich kabaretów z zabawami w udawanie odmiennej płci czy specyficznie sarkastycznym podejściem do patriotyzmu. Muzyka Straussa podpowiada jednak, że warto nauczyć się bawić jak dziecko. Konina zaś funduje nam epilog — na tle dorzuconego gratis Straussowskiego walca ruszają w pląs bohaterowie, w tym gestapowcy wirujący z kuso ubranymi subretkami. Chocholim tańcem dowodzi Żupan trzaskając z bata, nie najlepszej zresztą jakości. Nie kupuję tego epilogu, który dodaje Baronowi niepotrzebnych kontekstów politycznych, zbędnej ciężkości. Nie mam też potrzeby przewiercania „drugiego dna” by zapaść się w ocean podtekstów i znaczeń. Sądząc po reakcjach siedzących w pobliżu widzów, nie ja jeden zgłaszam tu zastrzeżenia.

O ile teatralnie uważam Barona za ciekawą propozycję, o tyle za nieudaną uważam jego koncepcję muzyczną. W dyskusjach podnoszono kwestię wolnych temp, nie tu jednak – w moim odczuciu – leży problem (wystarczy przypomnieć sobie Willy’ego Boskovsky’ego by wiedzieć, że dawniej grano Straussa wolniej i bardziej masywnym dźwiękiem, a jednak pikantnie i „w stylu”). Bassem Akiki zadyrygował w sposób estetycznie spójny, tyle że zamiast Straussa miałem wrażenie, ze słucham Mascagniego. Wszystko było tu śmiertelnie na serio, werystycznie i symfonicznie. Z mała dozą kontrastu, przerysowania i kanciastości, zabawy tempem i kolorem. Po pierwszym akcie złapałem się na tym, że czekam, co też „Turridu”, „Santuzza” i „Mamma Lucia” sprokurują w akcie następnym. Wiedeńska lekkość i finezja, być może także groteska, którą dałoby się słusznie wydobyć z tej muzyki patrząc na nią przez pryzmat wiedeńskiej dekadencji, dla mnie nie zaistniały.

Wyjątkowo nierówna była także obsada.
Niestety, o roli Barinkaya wolę zapomnieć, a na spektaklu miałem ochotę, by stał się rolą niemą. Bez scenicznego znaczenia okazała się także partia Arseny, której odtwórczyni postawiła tylko na popis.

Podobała mi się za to Saffi Moniki Cichockiej. Artystka pokazała, że rola zawsze zaczyna się w głowie. Stworzyła wdzięczną scenicznie postać. Świetnie też „zwężyła” głos i mocno ograniczyła wibrację, by odmalować postać młodej, emocjonalnej dziewczyny.
Dobry był Żupan Przemysława Reznera. A Agnieszka Makówka świetnie wczuła się w postać Czipry, tworząc prawdziwą postać.
Nieźle spisał się Marcin Ciechowicz jako Carnero, choć w ostatnim akcie forma nieco go zawiodła.

Podobała mi się także Mirabella Olgi Maroszek. Konina wykorzystał możliwości jej kontraltu do zbudowania postaci niejednoznacznej seksualnie, mocno hermafrodytycznej, dominującej nad kobiecą naturą Ottokara, jej syna. Brakło mi tylko subtelności i dwuznacznego sex appealu w akcie trzecim, w którym kabaretowy popis Mirabelli poprowadzony był mocną, nieco zbyt wulgarną kreską.



Marcin M. Bogusławski

Johann Strauss
Baron cygański
Teatr Wielki w Łodzi

Premiera z Expressem, 24 marca 2015 r.

niedziela, 22 marca 2015

OPERETA JAKO MEMENTO. O TEATRALNEJ DEREKRUTACJI

"Czy dla uczczenia 250. rocznicy powstania pierwszego teatru publicznego w Polsce można było wybrać lepszy tytuł niż wystawiony w 1794 roku wodewil Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale? I czy wybór wykonawców, adeptów Akademii Operowej, biorąc pod uwagę symboliczny wymiar wydarzenia, mógł być trafniejszy? Cóż bowiem piękniejszego niż młodzi artyści sięgający do korzeni?"

- czytamy na stronie Teatru Wielkiego - Opery Narodowej, który z okazji 250. lecia teatru publicznego w Polsce 13 marca 2015 r. dał premierę wodewilu Jana Stefaniego i Wojciecha Bogusławskiego (prapremiera odbyła się 1 marca 1794 r.).

W Łodzi o teatralnym jubileuszu chyba nie słyszano, a rodzima opera na marcową premierę wybrała operetkę Jana Straussa syna, czyli Barona cygańskiego. Może to i dobrze.
Na ile dobrze teatralnie, mam nadzieję przekonać się niedługo (jeszcze nie byłem).
Na pewno dobrze symbolicznie, problemy, z jakimi borykają się Teatr Wielki w Łodzi i Teatr im. Stefana Jaracza raczej nie sprzyjają celebrom. Za to Baron, mimo lekkiego charakteru (Strauss potrafił tę lekkość kreślić w sposób wprost genialny), jest swoistym memento dla aktualnych łódzkich spraw teatralnych:

Wielka sława to żart,
Książę błazna jest wart.
Złoto toczy się w krąg,
Z rąk do rąk 

- śpiewa Sandor Barinkay. 

***
W kontekście sporu, jaki z władzami Wielkiego toczą związki zawodowe, dwie rzeczy były dla mnie szczególnie zastanawiające.

Pierwsza, to znikoma reakcja władz wojewódzkich. Wyniosłą oględność można było obserwować na styczniowym Sejmiku, gdzie rządząca koalicja skrzętnie unikała zajęcia stanowiska (a wcześniej postarała się o upolitycznienie krytyki).

Druga, to znikomy brak zainteresowania konfliktem przez ogólnopolskie media. Jest to tym bardziej dziwne, że choćby Wyborcza nie stroni od zajmowania stanowiska w kwestii warszawskiego Teatru Dramatycznego i Tadeusza Słobodzianka. 
Z prywatnej korespondencji wiem, że nie jest tak, że żaden tytuł nie zainteresował się konfliktem w łódzkim Wielkim. Tyle tylko, że nie sposób namówić dziennikarzy do zajęcia się kwestią - pytani odmawiają. Dziwne i wymowne zarazem.

Oględność władz wojewódzkich stała się dla mnie jaśniejsza po tym, jak na mój wniosek (tryb informacji publicznej) udostępniono mi fragmenty kontraktu menedżerskiego Wojciecha Nowickiego.
Jego zapisy pokazują jasno, że kurs TW nie jest autorskim pomysłem Nowickiego, a raczej wolą władz województwa. Kontrakt pokazuje poza tym, że władze polityczne mają małe rozeznanie w tym, czym jest placówka artystyczna, jaką rolę pełni i jakie perspektywy należy przed nią otwierać.

Jakie główne powinności ciążą na Nowickim?
Ma On zarządzać placówką "zgodnie z najlepszymi praktykami zarządzania, zasadami ekonomii [...]". 
Ma opracować plan "strategicznego i bieżącego" zarządzania placówką, zmierzając do "poprawy jego działania, utrzymania racjonalnych kosztów funkcjonowania [...]". Plan taki miał powstać 4 miesiące po objęciu przez Nowickiego stanowiska i przedstawiony do zatwierdzenia władzom województwa.
Ma przygotowywać minimum 4 premiery i minimum 60 spektakli w roku budżetowym. (Ciekawie wyglądają tu planowane dotacje, na rok 2014 miało to  być 34,5 mln., czy władze województwa uważają, że za takie pieniądze gra się 60 razy i cztery premiery? Może warto, żeby postudiowały casus Gdańska? Inna sprawa, że faktyczne dotacje były zawsze mniejsze od zadeklarowanych w kontrakcie. Oficjalnie jest to możliwe "w przypadku ograniczenia założonego planu artystycznego", jakkolwiek to rozumieć).
Ma prowadzić "odpowiednią , bieżącą i długofalową, politykę kadrową", przez co rozumie się w kontrakcie "racjonalne zatrudnienie". 
Ma wykazywać się operatywnością i inicjatywą w pozyskiwaniu środków na działanie Teatru innych niż dotacje wojewódzkie.
Ma wypracowywać 14% kosztów rocznych.

***
Nie mam pojęcia, czy plan zarządzania TW powstał i został zatwierdzony przez władze wojewódzkie. Jeśli nie - mamy do czynienia z niewypełnieniem umowy. Jeśli tak - decyzje Nowickiego mają sankcję i poparcie władz województwa. Jak widać - decyzje te nie są oceniane pozytywnie, nie tylko przez zespół, ale także osoby niezwiązane z tą sceną zawodowo. W ramach zapisanego w kontrakcie dbania o pozytywny wizerunek TW, Nowicki starał się zamykać im usta pismami od prawników czy emocjonalnymi listami.

Niezwykle kuriozalnie wygląda minimalna liczba spektakli na rok budżetowy. Minimalna dopuszczona przez władze wojewódzkie liczba spektakli, to pięć na miesiąc
Symptomatycznie brzmi w związku z tym opinia Marka Weissa-Grzesińskiego, który stwierdził (w Drugim Programie Polskiego Radia), że absolutne minimum spektaklowe to osiem przedstawień miesięcznie. Pozwala to na utrzymanie poprawnego poziomu zespołów, choć już, dodam, nie na ich rozwój. 

W świetle zarzutów stawianych przez związki swoistego znaczenia nabiera długofalowa polityka kadrowa i racjonalizacja zatrudnienia. Niejasne kryteria audycji, umowy na czas określony, zwolnienia, wszystko to wpisuje się w perspektywę, którą za książką PWN nazwę derekrutacją

Niewiele trzeba, żeby być dobrym dyrektorem TW.
Grać więcej niż pięć razy na miesiąc, wypracować ciut więcej niż 14% rocznych kosztów, zapewniać w mediach, jak ważna na mapie kraju jest łódzka scena i jej spektakle (obłudę obnażono wymownie przy okazji Latającego Holendra), a także rozgrywać politykę kadrową, "zasoby ludzkie" podporządkowując perspektywie kosztów.

Dyktat ekonomii obniżający rangę placówki zarzucają Nowickiemu nie tylko pracownicy TW, ale także Teatru im. Jaracza. Kto wie, czy nie powinni tych zarzutów postawić władzom województwa, które zmyślnie oblały wspomniane dyrektorskie obowiązki sosem "artystycznej rangi  teatru", liczenia się z jego pozycją w regionie czy uwzględniania zasad etyki w relacjach z zespołami (!).  
Jeśli wierzyć związkom zawodowym, jeśli mamy tu do czynienia z etyką, to wyłącznie w formie społecznego darwinizmu. W ramach którego zawsze dostaje się najsłabszym, aktualnie na celowniku Nowickiego są ponoć pracownicy szatni i osoby z podobnego pionu.

***
Zdaje się, że kadencja Nowickiego szczęśliwie dobiega końca.
Pozostaje jednak niepokój na przyszłość. Zawsze, miast 60 spektakli, można wpisać w kolejny kontrakt 40. I realnie gorszego dyrektora znów fetować jako doskonałego.
Można obawiać się politycznego rozstrzygnięcia konkursu. Ponoć startować zamierza związany (czy wciąż?) z PSL Kazimierz Kowalski, od którego zaczął się upadek łódzkiej sceny. Na mieście mówi się, że w szranki wejść zamierza Warcisław Kunc, który zapisał się dość kiepsko jako Artystyczny placówki. I tak dalej. I tym podobne.

Strach się bać. 








piątek, 20 marca 2015

CZŁOWIEK, ŚWIATŁO, INICJACJA

Dzisiejsze zaćmienie Słońca siłą rzeczy odsyła do symboliki światła i ciemności. Dla mnie jest to czas szczególny - luty to dla mnie rocznica otrzymania światła, a więc wolnomularskiej inicjacji. Podwójnie symbolicznej, bo odbywanej tuż tuż przez wolnomularskim Nowym Rokiem.

Czym jest dla mnie otrzymaniem światła?
Postawieniem w obliczu człowieka. Wiem, to zdanie jest i patetyczne, i dość mgliste. Ale tak właśnie czuję. Symbolika, rytuał, idee - cała przestrzeń wolnomularskiej pracy nabiera dla mnie sensu w związku z człowiekiem: ze mną i z innymi. To właśnie człowiek, z tkwiącymi w nim sprzecznościami, w tym wszystkim, co różni nas od siebie, jest szczególnym wyzwaniem. Więź jaką z nim budujemy - poprzez rytuał i symbol - staje się drogą. Drogą ucieleśniania ideałów, drogą rozumienia świata, drogą, na której odkrywa się, że zawsze się niedomaga, a więc nieustannie można pójść dalej.
W ten właśnie sposób Loża faktycznie staje się światem, bowiem to, co udaje się nam ociosać, przenosi się na to, jak działa się i żyje w każdym momencie, nie tylko rytualnym czy stricte lożowym. 

Człowiek jako Światło jest dla mnie szczególnym symbolem.
Wolnomularstwo przechowuje w sobie bowiem bardzo ważną dla mnie ideę - równoważenia wolności przez siostrzano-braterską równość. Choć może zamiast równoważenia wolności, lepiej by było mówić o uwalnianiu wolności z oków.
O czym myślę?

Pytając studentów o to, czym jest wolność, uzyskuję na ogół odpowiedź, że to absolutna niezależność od innych. To prawo do swoich poglądów, wartości, stylów życia. Pytam ich wtedy dalej, czy taka wolność nie prowadzi do fundamentalizmu i egoizmu. Skoro liczę się JA i to, co MOJE, światopogląd, szczęśliwość, sukces, założone przeze mnie cele i stworzone plany nie podlegają dyskusji. W sumie nie ma powodu, by liczyć się z innymi, by ze względu na ich argumenty i apele cokolwiek modyfikować. Odwrotnie, każda dyskusja czy dialog staje się atakiem i próbą zakwestionowania mojej wyjątkowej wolności. 
Czy faktycznie mówimy jeszcze o wolności? A może o fundamentalnym uwięzieniu siebie w sobie samym?

Wolność oznacza oczywiście prawo do własnych poglądów, wartości i stylów życia. Ale oznacza także - przynajmniej dla mnie - dystans do nich. A więc czujność, umiejętność wsłuchania w otoczenie, zgodę na to, że prawda rozbrzmiewa różnymi głosami. Swój niekiedy trzeba zmienić, niekiedy uznać z pokorną radością, że jest składnikiem potrzebnego akordu.
"Wolnomularz jako człowiek wyzwolony z ram kolein duchowych i umysłowych staje raczej przed niebezpieczeństwem, aby ze swoich deklaracji wolności nie stworzyć kolein, ponieważ i tego typu błąd można popełnić, natomiast zasady ruchu pomagają mu być czujnym i otwartym. Zasady wolnomularzy wcielają się w rolę koguta ostrzegającego nas wtedy, gdy zamykamy się na poglądy innych, próbujemy forsować jeden pogląd na pewne sprawy.
Są jednak niebezpieczeństwa przypisane ludziom niezależnym, wolnomyślicielom. Takie niebezpieczeństwa, które czyhają na nas na drodze rozwoju duchowego nadchodzą najczęściej niepostrzeżenie. Wolnomularze nie wyznają sztywnych zasad, nie mają przewodnika duchowego, pasterza, absolutnego autorytetu, którego poglądy kształtują ich światopogląd. Jako osoby nieskrępowane ideologia opierają się w dużej mierze na swoich ocenach i to oni sami są wyznacznikiem pewnych praw moralnych, które wyznają. A jeśli jesteśmy ludźmi to przypisane jest nam również błądzić, a bardzo trudno znaleźć w swoim zachowaniu błąd. Z jednej strony sami musimy zachować czujność, kiedy prawa, które uznajemy za słuszne, służą faktycznie naszemu rozwojowi oraz rozwojowi społeczeństwa, a kiedy tylko sami przed sobą udajemy, że właśnie tym celom służą" - napisał pięknie jeden z moich Braci.

Podzielanie wspólnych wartości nie ogranicza wolności wolnomularza. Uwalnia ją raczej z oków, w tym także z oków JA jako źródła egoistycznego fundamentalizmu. 
Przy wszystkim, co buduje indywidualność, zawsze towarzyszy nam Siostra i Brat. W tym, czego nie rozumiemy czy co trudno nam zaakceptować, wybijając nas z kolein dobrego samopoczucia, otwierając obszary dalszej pracy, wyświetlając drogę człowieka jako mozolne przekraczanie własnych ułomności. 

Człowiek jako Światło oznacza w końcu, że różnic między nami nie wykorzystujemy do budowania postaci wroga, za którą zawsze stoi groźba wojny. Ale podchodzimy doń z wiarą w braterstwo i siostrzeństwo, w to, co trudne, ale osiągalne. I owocujące pokojem. 
Tak, dla mnie, rozpoczyna się masońska droga.