niedziela, 28 września 2014

I PO GALI

Za dużo polityki, za mało artystów

Przywykłem już do faktu, że żadna większa uroczystość nie może odbyć się bez witania polityków i łaszenia do nich. Początek gali przyjąłem więc jako oczywistość, acz prezentowane z nazwiska osoby ze świata polityki witane były rachitycznymi brawami, regularnym gwizdem, a mój sąsiad zza pleców stwierdził, że przyszedł na koncert, a nie na kampanię do wyborów samorządowych. Śmiesznie wypadły "prezenty w postaci obietnic", choć  pomysł na kulturalne ożywienie Placu Dąbrowskiego uważam za dobry (w wizualizacji nie było szpetnej fontanny, co daje nadzieję!).  Sam bym nie narzekał, gdyby politycy byli dodatkiem do powitania artystów sceny, tych, którzy choćby z racji wieku czy z innych powodód już na niej nie śpiewają. Tak się jednak nie stało - nie było honorowych miejsc dla ludzi tworzących to miejsce, nie było powitań, nie było słowa dziękuję. Zakładam, że i samych artystów w związku z podejściem Dyrekcji było niewielu. Wyjątek w całym tym zapomnieniu zrobiono dla Tadeusza Kopackiego. Za mało..!

Za mało reżyserii, za dużo przypadku

Reżyserii było dla mnie w tej gali zdecydowanie za mało. A i ta, która była, rodziła znaki zapytania. Wciąż nie rozumiem choćby tego, po co w intradzie Strasznego dworu pojawiły się na scenie chórzystki, gnąc się w chichotliwej wrzawie. Brakowało mi pomysłu na to, by słowem spiąć w gali historię teatru. Opowiadane przez Prowadzących anegdoty były dość przypadkowe, nazwiska artystów, którzy występowali wcześniej w danych tytułach wybrane były bez widocznego klucza (przy Traviacie nie wymieniono ani Romy Owisńskiej, ani Krystyny Rorbach, jak by nie było nazywanej "łódzką Callas"). Nie wykorzystano także telebimu, na którym można by spokojnie pokazać fragmenty dawnych spektakli czy sylwety twórców i artystów. 
Summa summarum nie czułem się jak na gali jubileuszowej. Ot, koncert złożony z mniej bądź bardziej znanych "operowych kawałków". I bez zachwycającego nagłośnienia - wszystko, co "niskie" buczało w głośniku, a dźwięk nie był wyreżyserowany jak należy (orkiestra kryjąca głosy, Traviatowy Alfred śpiewający na tym samym planie, co Violetta). I bez padnięcia na kolana z zachwytu.

Wybór końcówki września na galę na dworze to pomysł kuriozalny. Było przeokrutnie zimno, sporo osób z tego powodu wychodziło wcześniej, nie mogąc się rozgrzać. Temperatura nie służyła instrumentom. Nie służyła także solistom. Wprawdzie przy scenie postawiono dla nich nieduży namiot, ale trasę z teatru pokonywali bez odpowiedniego rękawa, który zabezpieczyłby ich przed szokiem związanym ze zmianą temperatur. A jak czułe jest ludzkie gardło, wszyscy wiemy. Nie kryję, że generalnie nie byłem zachwycony całością, w kilku przypadkach pozostałem nieprzekonany, w innych - nieprzekonany jestem do pomysłów repertuarowych. Osobną kwestią pozostaje rozwibrowanie głosów - nadmierne w wielu przypadkach, choć może wczoraj była to kwestia okoliczności. W tym także faktu, że spiew trzeba było nagłośnić, a mikrofon jednak przekłamuje (choćby Stanisława Kufluka chciałbym posłuchać w przestrzeni bardziej kameralnej i naturalnej, gdzie zabawa kolorem, ciepło i intymność pokazałyby jego głos w pełnej krasie) - podziękuję tylko za kilka rzeczy.

Najpierw Tadeuszowi Kozłowskiemu za prowadzenie całości. Odkładając na bok wszystko inne, to mistrz batuty rzadkiej wody, doskonale czujący, o co chodzi na scenie i jak współdziałać z artystami. Ukłony także dla orkiestry - drodzy Państwo, chcę Państwa częściej na scenie!
Później, za piękny popis teatru tańce - Ekaterina Kitaeva-Muśko i Dominik Senator w ciągu tych kilku chwil stworzyli wdzięczne, pełne życia postacie. Cieszę się, że TW ma w swoim zespole taką perłę, jak Senator, który doskonale umie pokazać to, co w tańcu sceniczne. 
Monice Cichockiej za przejmującą scenę z Dialogów karmelitanek. Bernadetcie Grabias za zawadiacką Cześnikową (acz, zważywszy wiek artystki, zdecydowanie wolałbym usłyszeć ją w innym repertuarze). Dorota Wójcik przepowiedziała wczoraj znakomitą Leonorę. A Helena Zubanovich uobecniła księżniczkę de Bouillon. Patryk Rymanowski - mimo choroby, jeśli się nie mylę - wypadł przekonująco jako Zbigniew ze Strasznego dworu, wiele atrakcyjnych momentów dało się także wyslyszeć w arii Stefana, śpiewanej przez Rafała Bartmińskiego. Szkoda za to, że Zenonowi Kowalskiemu przypadł tylko Maciej, jakoś o gali z okazji jego minionego już jubileuszu zapomniano w TW. Cieszę się też, że wieczór konczył chór, Tańcami połowieckimi, acz brakowało mi bogactwa alikwotów w głosach, dzięki którym tak gęste partytury nabierają życia i barw. 



piątek, 26 września 2014

PRZED GALĄ NA 60LECIE

Niewątpliwie, sztuka ma w sobie coś z rytuału. Działa jako coś, co powtarza się w czasie. Ale nie jest to zwykłe powtórzenie - zawsze zbiega się w nim to, co minione i to, co ma nadejść. W tym sensie sztuka - tak jak rytuał - nigdy nie ma swojej teraźnieszjości, zawsze jest swoją możliwością. Ten piękny element powtórzenia, które poprzez minione otwiera na przyszłość, w szczególny sposób eksponują jubileuszowe gale. Urodziny nie mają bowiem sensu, jeżeli nic ich nie poprzedzało, i jeżeli nic po nich nie nastąpi.
Pisząc te słowa mam w pamięci niezapomnianą galę z okazji ćwierćwiecza w MET James'a Levina, na której pojawili się Ci, którzy tworzyli tradycję MET i Ci, którzy nieśli ją dalej. Niezmiennie porusza mnie Birgit Nilsson, która wyszła na scenę po to, by powiedzieć kilka słów i - mówiąc o tym, że to już nie czas na śpiew - uświetnić jubileusz okrzykiem Brunhildy.

Jutro gala łódzkiego Teatru Wielkiego. Która budzi we mnie i radość, i odczucie przykrości.
Radość, bo pojawi się choćby fragment Dialogów karmelitanek, których inscenizacja na zawsze zapisała się w historii łódzkiej sceny.
Przykrość, bo TW po raz kolejny nie umie uszanować swojej tradycji. Tak było przy okazji 50-lecia sceny. W książce poświęconej łódzkiej scenie czytamy: "Ubolewamy, że nie udało nam się zainteresować tą inicjatywą (konferencja i ksiażka) i nawiązać współpracy z Dyrekcją Teatru Wielkiego, ani z Urzędem Marszałkowskim, sprawującym bezpośrednią opiekę nad łódzką sceną". Mrówcza robota nad udostępnieniem tekstów o historii opery w Łodzi przypadła więc osobom spoza TW.

Jutro także niespecjalnie przyszłość spotka się z przeszłością. Na scenie braknie tych, którzy przez wiele lat tworzyli siłę teatru. Tych, którzy już nie śpiewają, i tych, którzy jeszcze niejedno mogliby pokazać.

Próbkę-przypominajkę daję zatem tutaj. 
Miłego słuchania. Dziś i jutro!









piątek, 19 września 2014

DZIECI A WOLNOŚĆ PRZEKONAŃ. LIST DO RPD I MEN

Łódź, 19 września 2014 r.

Pan
Marek Michalak
Rzecznik Praw Dziecka

Pani
Joanna Kluzik-Rostkowska
Ministra Edukacji Narodowej

„Państwo narodowe jest czymś jeszcze gorszym niż państwo wyznaniowe. Ono nie ma być ani wyznaniowe, ani narodowe, ma być obywatelskie; ma być państwem prawa, neutralnym ideologicznie”. Tak pisał jeden z moich intelektualnych Mistrzów, wybitny tomista, świecki audytor Soboru Watykańskiego II – Stefan Swieżawski. W pełni przychylam się do Jego poglądu, widząc w formule demokratycznego państwa prawa jedyną gwarancję ładu opartego na empatii, solidarności, poszanowaniu odmienności każdej obywatelki i każdego obywatela, a więc państwa uznającego i respektującego ludzką wolność. Jak Państwu wiadomo, jesteśmy aktualnie uczestnikami sporu o miejsce etyki, edukacji seksualnej i katechezy w polskim systemie oświaty. W związku z nią zwracam się z prośbą o udzielenie mi kilku wyjaśnień.

Po pierwsze, artykuł 48 ustęp 1 Konstytucji RP stanowi, że „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania”.
Zwracam się z prośbą o wyjaśnienie, jak zapis ten stosowany jest w praktyce edukacyjnej? W rodzimej sytuacji to rodzice składają deklarację dotyczącą tego, na jaki przedmiot uczęszczać ma ich dziecko. Rodzi się zatem pytanie, od jakiego momentu i w jaki sposób uwzględnia się dojrzałość i autonomiczność dziecka w kwestii wyboru między przedmiotami etyka a religia?  W jaki sposób placówki oświaty rewidują, czy decyzja rodziców nie jest arbitralna? Jakie procedury wypracowano na przypadek, gdy rodzice nie mogą dojść do konsensu? (są np. wyznawcami odmiennych religii).

Po drugie, artykuł 53 ustęp 7 Konstytucji RP stanowi, że „nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania”. Chciałbym zapytać, czy zapis ten nie stoi w sprzeczności wobec obowiązku pisemnego deklarowania przez rodziców w zajęciach z katechezy lub etyki? Już sam fakt alternatywnego traktowania tych lekcji powoduje, że określona deklaracja jest swoistą manifestacją światopoglądową.

Po trzecie, artykuły 25 i 53 Konstytucji RP stanowią, że władze publiczne muszą zachować bezstronność w kwestiach religijnych i światopoglądowych, a każdy obywatel i każda obywatelka mają zagwarantowaną wolność sumienia, religii i światopoglądu. W ten sposób Konstytucja czyni wszystkich obywateli równymi. Chciałbym zapytać, jak odnosi się ten przepis do zjawiska spotykanego w polskich przedszkolach, gdzie w trakcie godzin „publicznych”, a nie dodatkowych, odbywa się katecheza, zajęcia te wypadają zazwyczaj w środku dnia, co stwarza problem z opieką nad dziećmi rodziców nie-katolickich, a przedszkola nie oferują zajęć z etyki?

Po czwarte, chciałbym zapytać także, jak artykuły 25, 48.1 i 53 mają się do wstępu do Ustawy o systemie oświaty, w której wyraźnie mówi się o respektowaniu w nauczaniu i wychowywaniu etyki chrześcijańskiej. Jest to jedyna etyka przymiotnikowa, która pojawia się w tekście. Pytanie moje wynika także z faktu, że Ministerstwo Edukacji Narodowej w odpowiedzi wysłanej na zapytanie zaprzyjaźnionych ze mną rodziców wskazało, że choć w przedszkolu nie ma etyki, rodzice mogą być spokojni, bo dziecko w całym procesie wychowawczym kształtowane jest podług moralności chrześcijańskiej. Pytanie to wiąże się także z wystąpieniami posłów prawicy, którzy powołują się na ten fragment Ustawy by zastopować tzw. „wprowadzanie ideologii gender do szkół”.

Po piąte, chciałbym prosić o wykładnię sytuacji dzieci-katolików w Polsce. Wspomniany art. 48.1 Konstytucji gwarantuje im bowiem – w zależności od stopnia dojrzałości – wolność sumienia, wyznania i światopoglądu. Artykuł 12 ustęp 1 Konkordatu zawartego między RP a Stolicą Apostolską stanowi, że „Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci oraz zasadę tolerancji Państwo gwarantuje, że szkoły publiczne podstawowe i ponadpodstawowe oraz przedszkola, prowadzone przez organy administracji państwowej i samorządowej, organizują zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych”. Zapis ten całkowicie pomija konstytucyjne prawo do wolności sumienia, wyznania i światopoglądu, przysługujące dzieciom o odpowiednim stopniu dojrzałości. „Konkordat zatem – zauważa prof. Michał Pietrzak – pozbawia młodzież katolicką szkół ponadpodstawowych prawa do współdecydowania o pobieraniu nauki religii”. Przy czym kryterium dojrzałości związane z uczęszczaniem do szkoły ponadpodstawowej uznaję za kryterium zwyczajowe.

Bardzo proszę o jasną i wyczerpującą odpowiedź. Zaznaczam także, że jestem katolikiem i nie posiadam dzieci. Powyższy list wynika zatem nie z interesów własnych, ale z głębokiego przekonania, że tylko demokratyczne państwo prawa oraz wolni obywatele mogą budować solidarną i dobrą wspólnotę.
List podaję do publicznej wiadomości.

Z poważaniem,


Marcin Bogusławski

sobota, 13 września 2014

MUSIMY BYĆ WIERNYMI PRZEWODNIKAMI STADA. ARCYPROFESORSKA ARCYPUSTKA

Łódzki arcyprofesor rozpoczął już swoje kursy. I chyba ten fakt boleśnie uświadomił mi koniec wakacji. Jeszcze mały wysiłek, i pewnie po raz kolejny znajdzie się w ekipie nauczających na poziomie "ogólnouniwersyteckim". Zajmując się filozofią dialogu mimo absolutnej głuchoty na to, co filozofia ta odsłania.

Nigdy nie zapomnę, gdy w liceum odkrywałem Emmanuela Levinasa. Ten czas był dla mnie niczym rekolekcje. Tak intensywnego obrachunku swoich przekonań i działań chyba nigdy później nie doświadczyłem. Uczyłem się od Levinasa, że spotkanie z drugim człowiekiem wprowadza mnie w tajemnicę moralnej odpowiedzialności za niego. Że zobowiązanie kwestionuje świat, w którym niemożliwy jest pluralizm i indywidualna wolność. 
Później dopełniłem Levinasa Franzem Rosenzweigiem, który pokazał, że jedyną owocną formą uobecniania się Zbawienia jest dialog człowieka i świata, który wprowadza w dialog między światem a Bogiem i Bogiem a człowiekiem. Bogiem, co ważne, danym w kabalistycznym skrócie, w symbolu, w nieobecności. Nie w pysze nauczania, w którym ktoś rości sobie prawa do tłumaczenia głosu Boga niewtajemniczonym.

Jeśli nie łączy nas siostrzeństwo i braterstwo, jeśli w człowieku nie dostrzeżemy skarbnicy "metafizycznych iskier", wszelka droga innymi ścieżkami nie ma sensu. 

I co zrobić, gdy czyta się apodyktyczne wywody Arcyprofesora, że:
Ateizm odbiera prawdę, poczucie sensu istnienia, odbiera prawdę dlaczego warto cierpieć, poświęcać się i mimo tylu trudności żyć .
Ateizm to ograniczenie się do pustki (która – jak dopowiada Dariusz Oko, zapełnia perwersyjny seks i fizjologia).
To właśnie brak wiedzy, a nie jej nadmiar, jak twierdzą niektórzy, często staje się fundamentem pod ateizm.

Sensem istnienia może być przecież nie religijne dowartościowanie cierpienia, ale praca na rzecz tego, by było go mniej.
Sensem istnienia może być uśmiech drugiego człowieka.
Sensem istnienia może być rozwój ducha, który nie jest zamknięty w jednym modelu religii.

Swoją drogą, jestem ciekaw, co dla Arcyprofesora et consortes znaczy ateizm. Bo mam rosnące wrażenie, że ateizm to tyle, co nie-katolicyzm. Tak samo, jak Arcyprofesorski dialog, który jest jakoś mało dialogiczny. 

wtorek, 9 września 2014

KOGO PRZEPOWIADA DZIWISZ? O KAZANIACH W KOŚCIELE RZYMSKO-KATOLICKIM W POLSCE

Trudno nie zgodzić się z księdzem Wojciechem Lemańskim, że Kościół rzymsko-katolicki sam z siebie przyczynia się do laicyzacji społeczeństwa, wypychając wiernych poza swoje struktury. Język, używany na co dzień przez Kościelnych funkcjonariuszy, wymownie odstaje bowiem zarówno od perspektywy Biblii, którą jest caritas, jak i od języka nauki i praktyki medycznej, za którą stoi ludzkie doświadczenie i chęć niesienia pomocy.
Rośnie we mnie przekonanie, że polski Krk zbiera zatrute owoce polityki prowadzonej przez Stefana kard. Wyszyńskiego. Za cenę utrzymania struktur katolickich jako poważnego gracza społeczno-politycznego Wyszyński doprowadził, w moim odczuciu, do odcięcia polskiego Krk od przemian teologicznych zachodzących na świecie i od nauczania Soboru Watykańskiego II. Stąd naszym hierarchom zdecydowanie bliżej do Syllabusa Piusa IX i przysięgi antymodernistycznej, niż do dokumentów tak fundamentalnych jak Lumen Gentium, Sacrosanctum Concilium czy Dignitatis Humanae.
Jednym z elementów polityki zdecydowanie antysoborowej jest sposób funkcjonowania homilii.  

Przypomnę istotne fragmenty dokumentów Krk, które dotyczą homilii.

Konstytucja dogmatyczna o Liturgii:

KL 24. Pismo święte ma doniosłe znaczenie w odprawianiu liturgii. Z niego bowiem wyjęte są czytania, które wyjaśnia się w homilii, oraz psalmy przeznaczone do śpiewu. Z niego czerpie swe natchnienie i swego ducha prośby, modlitwy i pieśni liturgiczne. W nim też trzeba szukać znaczenia czynności i znaków. Stąd też w trosce o odnowienie świętej liturgii, jej rozwój i dostosowanie należy rozbudzić to serdeczne i żywe umiłowanie Pisma świętego., o którym świadczy czcigodna tradycja obrządków wschodnich i zachodnich.

KL 52. Jako część samej liturgii zaleca się bardzo homilię, w której z biegiem roku liturgicznego wykłada się na podstawie tekstów świętych tajemnice wiary i zasady życia chrześcijańskiego. Bez poważnego powodu nie należy jej opuszczać we Mszach odprawianych w niedziele i święta nakazane przy udziale wiernych.

Kodeks Prawa Kanonicznego:

Kan. 767 -
§ 1. Wśród różnych form przepowiadania szczególne miejsce zajmuje homilia. Stanowi ona część samej liturgii i jest zarezerwowana kapłanowi lub diakonowi. W ciągu roku liturgicznego należy wykładać w niej na podstawie świętych tekstów tajemnice wiary oraz zasady życia chrześcijańskiego.

§ 2. We wszystkich Mszach św. w niedziele i święta nakazane, odprawianych z udziałem wiernych, homilia jest obowiązkowa i nie wolno jej opuszczać bez poważnej przyczyny.

§ 3. Gdy jest odpowiednia liczba wiernych, bardzo zaleca się homilię także w Mszach św. odprawianych w ciągu tygodnia, zwłaszcza w okresie adwentu i wielkiego postu, albo z racji jakiegoś święta lub wydarzenia żałobnego.

§ 4. Do proboszcza lub rektora kościoła należy czuwać, by te przepisy były wiernie przestrzegane.

Kan. 768 -
§ 1. Głosiciele słowa Bożego powinni przedstawiać wiernym przede wszystkim to, w co należy wierzyć i co trzeba czynić dla chwały Bożej i zbawienia ludzi.

§ 2. Niech także przekazują wiernym naukę, jaką Urząd Nauczycielski Kościoła głosi o godności i wolności osoby ludzkiej, o jedności i trwałości rodziny oraz o jej zadaniach, o obowiązkach ludzi żyjących w społeczeństwie, jak również o układaniu spraw doczesnych zgodnie z porządkiem ustanowionym przez Boga.

Kan. 769 - Naukę chrześcijańską należy wykładać w sposób dostosowany do poziomu słuchaczy, z uwzględnieniem potrzeb czasu.

Co z tego wynika?
Przede wszystkim homilia stanowi inherentny element akcji liturgicznej. Nie powinna zatem stanowić „zgrzytu” z akcją sakramentalną, czy to nielicującym z sakramentem napastliwym tonem, czy nierzetelnością argumentów. Homilia musi być ściśle związana z czytanym na liturgii Pismem – zakłada się zatem tutaj, ze głoszący posiada dogłębną znajomość teologii biblijnej, jest świadom w aktualnych zdobyczach biblistyki, a w końcu umie je przekładać na potrzeby swoje i wspólnoty, w której głosi. Celem homilii jest przede wszystkim objaśnianie tego, co tyczy się wiary i chwalenia Boga. W starożytności nazywano to mistagogią, a więc wtajemniczeniem w chrześcijańskie symbole, rytuały, w przekaz Pisma, który dla nieprzygotowanych może być niezrozumiały przy pierwszym podejściu. Innymi słowy, homilia jest wtajemniczeniem w sakramenty, czyli w znaki, które poprzez to, co widzialne, wyrażają to, co niewidzialne. W ten sposób pomaga wierzącym w coraz pełniejsze włączenie się w Osobę Chrystusa. Nauczanie o wolności i godności osoby ludzkiej, o kwestiach związanych z funkcjonowaniem społeczeństwa, w końcu o kwestiach moralnych mówić można niejako „w drugim rzędzie”, nigdy w związku z polityką, a zawsze w powiązaniu z mistagogią. Co interesujące, nauczanie to musi odbywać się w kontekście „potrzeb czasu”, a więc nie jako frontalna wojna ze współczesnością, ale jako dialog, w ramach którego wypracowuje się światło.

Tyle teorii. I tylko teorii – mam nieodparte wrażenie, że homilie w minimalny sposób spełniające te wymogi należą w polskich kościołach do rzadkości, stanowią promil promila. Z rodzimych katolickich ambon mówi się o polityce i moralności, często gęsto prowadząc wojnę ze współczesnością, której wyrazem jest pluralizm, dialogiczność, wolność sumienia, poszanowanie prawa stanowionego. Prowadzi się także wojnę z innymi wyznaniami, choćby z protestantyzmem, ukazując Marcina Lutra jako nauczyciela satanizmu (celuje w tym ks. prof. Tadeusz Guz). Poza tym przemawia się z tych ambon nie po to, by wtajemniczać w misterium chrześcijańskie, ale aby pouczać zajmując pozycję „głosu narodu”. A przecież misterium chrześcijańskie ma walor ponadnarodowy. A Lumen Gentium poucza, że prawda rozsiana jest nie tylko w Kościele rzymsko-katolickim.
Jak można traktować serio kościelne sankcje, gdy hierarchia sama nie stosuje się do przepisów Kościoła?
I jak można nie dostrzegać przeinaczeń? Niech Państwo zerkną natekst Przepowiadanie słowa Bożego wPolsce po Vaticanum II, zamieszczony na stronach sekretariatu prymasa Polski. Mowa tam o kanonie 768, ale dziwnie zredukowanym tylko do paragrafu 2.
Niech też Państwo pomyślą, w jakie misterium wtajemnicza katolików kard. Dziwisz oplatając niestworzone rzeczy o in vitro czy związkach partnerskich. I gdzie w tym oplataniu miejsce na „ludzką godność i wolność”, którą – zgodnie z prawem kanonicznym – Dziwisz ma obowiązek przepowiadać.



SAVE THE DATE/ RAMOWANIE

Performans - dokonanie, wykonanie, przedstawienie, występ, dokonanie czyny, spełnienie obietnicy czy żądania, akt. 

W taki sposób rozwija pole semantyczne performansu Mieke Bal, której celem jest pokazanie, że performans i performatyw to jednocześnie zjawiska odrębne i współzależne.

***
Tym, co w kontekście performansu wybija się na pierwszy plan, jest działanie. Działanie zaś nie może istnieć bez czasu. Performans zatem to działanie wytwarzające sens i spełniające obietnicę daną przez artystę "z czasem, w czasie, na czas". Prawda performansu - o ile, za Hansem-Georgiem Gadamerem zgodzić się na to, że dzieło sztuki posiada swoją prawdę - rozgrywa się w czasie, jest ruchoma, przekształca się, jako całość (także tymczasowa i zmienna) daje się ogarnąć tylko retrospektywnie. Próba towarzyszenia performansowi wymaga zatem zgody na taką dynamikę, wymaga refleksji powstającej "w interakcji z praktyką", praktyki teoretyzowania. 

***
Spośród rzeczy, które umożliwiają performans i które w performansie się odsłaniają, najważniejsza jest - w moim odczuciu - pamięć. Splata ona w sobie przeszłość z teraźniejszością wykonywania i realizowania dzieła. Jest mostem, spinającym to, co powtarzalne i przewidywalne, z wpisaną w powtórzenie różnicą, zmiennością i niespodzianką. 
Save the Date jest dla mnie właśnie performansem o pamięci (nie o seksie). Wskazuje na to sam tytuł tego zdarzenia, w którym troskliwe zachowywanie czasu kontrastuje z kreśloną przez Miszę Badasyana mechaniczną powtarzalnością seksu w dobie kapitalizmu. Pamięć funkcjonuje w nim na wielu poziomach. Po pierwsze, jest pamięcią o przyjętej w punkcie wyjścia perspektywie teoretycznej, o której pisałem w pierwszym poście dotyczącym tego projektu. Po drugie, jest pamięcią o tym, kim się było, o swojej tożsamości, o akceptowanych przekonaniach i wartościach. Po trzecie, jest pamięcią o tym, co w tej tożsamości, przekonaniach i wartościach się zmienia. Po czwarte, jest pamięcią o tym, czego się doświadczyło, a więc o podobieństwie sytuacji seksualnych, ale także o tym, co je różni. Właśnie te różnice-w-tym-co-powtarzalne prowadzić będą do przekształceń projektu i do przekształceń samego Badasyana. 
One też interesują mnie najbardziej. Im też - nie za często, acz regularnie - będę chciał poświęcać garść swoich refleksji.




Dokonując "ramowania", czyli umieszczając Save the Date w pewnej perspektywie pojęciowej wynikającej z interakcji z praktyką artysty zadałem Badasyanowi kilka pytań.

Pytałem o to, czym jest dla niego performans. 
Odpisał, że to możliwość używania własnego ciała do wyrażania życia, nie tylko artystycznego, ale także politycznego i społecznego. Tym samym może to być terapia, eksperyment, utrzymujące się uczucie. Co ciekawe, na wartość performansu naprowadziła go Marina Abramović, bohaterka jednym z najbardziej radykalnych zdarzeń związanych z cielesnością, bólem czy obrzydzeniem.
"The word "performance" I hear ed for first time three ago when I was visiting doctor. I was reading an interview about Marina Abramovic and she was describing her understanding of performance art and her experiences. That was the turning point when I decided to become a performance artist which does mean for me that I use my body for an expression of my political/ social and artistic life. Performance could be an experiment, a therapy, or a lifelong feeling.
Pytałem o to, czy performans jest wciąż ważnym elementem kultury.
Podoba mi się, że Misza uznał to pytanie za podszyte duchem "prokuratorskim". Uznał, że performans jest jedynym uczciwym rodzajem sztuki, bo jego medium jest ciało artysty. Nadaje to performansowi szczerość i autentyczność, której w świecie wokół jest coraz mniej.
"Your question sounds a bit like questioning if performance art still has a right to be a separate sort of art.

I  think performance art is one of the honest arts where you dont have anything else to use but your body. Nowadays we lose this authenticity and honesty, performance art can give it to you and it will even stronger and stronger in the future.
Pytałem o to, dlaczego wykorzystuje koncepcję nie-miejsc. 
Odpowiedź jest krótka - bo pasują do siebie nawzajem się wyjaśniając.
"I discovered him pretty late and was amazed how his theory was totally combined with my performance, I mean I just felt that they are made for each other or one explains the other. I was just feeling it so much.
Pytałem o to, czym jest w jego odczuciu kultura kapitalizmu.
Wskazał na konsumpcję, w tym także na zjadanie siebie samego. I na konieczność konsumowania w sposób bardziej sprawiedliwy i dbający o przyrodę.
"Capitalism is a  massive consumption - food, goods, sex, everything. I consume myself but I think we should find the way to do it in fair and in a saving nature way. 
Pytałem w końcu o poliamorię, o której nie da się nie pomyśleć w kontekście Save the Date.
Odpisał - ku mojej radości odłączając poliamorię o seksualnej konsumpcji - że nie jest to temat, na który chce zwrócić uwagę, ale niejako automatycznie pojawia się on w tym kontekście. 
"It is not the topic that I wanna point out but it is automatically in.
***
A zatem - startujemy!

sobota, 6 września 2014

CHEEK TO CHEEK

Głódź: "(...) Mówimy nasze „nie” temu wszystkiemu, co polską rodzinę deprecjonuje, obraża, poniża (...) Polska rodzina takich eksperymentów nie chce. Nie chce zalewu antywartości, śmiecia, wszelkiego rodzaju odpadów, które zatruwają polską atmosferę."

Nie chcę mówić „nie”, wolę marzyć i wolę doświadczać.

Wolę marzyć o świecie, w którym nikt nie będzie miał na tyle tupetu, by wszystko, co dla niego inne nazywać śmieciem czy odpadem. O świecie, w którym nikt, kto odwołuje się do miłości jako fundamentalnego przykazania, nie będzie nazywał antywartością tego, co sprzyja miłości.

Wolę doświadczać świata, w którym pierwszym prawem jest miłość. Miłość, której nie trzeba dzielić na partnerską, przyjacielską, erotyczną i Bóg jeden wie, jaką jeszcze. Bo przecież w zróżnicowaniu jest siła i tylko ona pozwala człowiekowi rozwijać się.
Dwa konferencyjne dni, w których najważniejsza była obecność przyjaciół z ich ironią, dystansem, bliskością, ciszą, która łączy i pozwala wybrzmieć słowom. Dwa dni, po których zostaje ból tęsknoty i poczucie, że wydarzyło się coś pięknego. Dwa dni tęsknoty za Miłością, która fizycznie pozostała w domu. Dwa dni czekania, aż będzie można znaleźć się bliżej niej. Dwa dni, w których radość sprawić może nowe zdjęcie profilowe osoby, której nie zna się osobiście, ale która jest bliska z powodu bliskości tych, którzy pełnią rolę „pośredników”. Dwa dni z jeziorami i łąkami, których częścią – zapachem, wiatrem marszczącym wodę – chciałoby się stać. Dwa dni myślenia o spotkaniu, które wydarzy się w przyszłym tygodniu.

Poliamoria jako utopia (projekt). Którą chce się realizować, mimo że w „zwykłym życiu” oznacza to przejście przez ból.
Bo trzeba wychować emocje, które krzywi świat powołany do życia przez Głódzio-podobnych.

"Jeśliby ktoś mówił: „Miłuję Boga”, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi" (1 J 4, 20).

„Kochaj i rób, co chcesz” (św. Augustyn).

wtorek, 2 września 2014

ŻARLIWA TROSKA O UBOGICH. ZAPOMNIANE CHRZEŚCIJAŃSTWO JAKUBA

Jednym z najbardziej inspirujących wydarzeń tegorocznego urlopu była długa przyjacielska debata w gościnnej jak zawsze chacie Marii Szyszkowskiej i Jana Stępnia. Rozmawialiśmy o wielu sprawach, i tych bardziej prywatnych, i tych bardziej publicznych. Maria postawiła mnie przed pytaniem, dlaczego ruch religijny po śmierci Jeszui z Nazaretu stał się tak popularny, by przekształcić się w uniwersalną religię, w chrześcijaństwo. Pisma ewangeliczne nie uzasadniają bowiem - zdaniem pytającej - tej popularności.
Co odpowiedziałem? Ostrożnie wskazałem na dwie rzeczy.
Po pierwsze, na to że Nowy Testament nie był podstawą dla ruchu Jeszui. Pisma, które go tworzą, powstawały długo, a kanon ustanowiony został jeszcze później. Zatem nie w NT szukać należy płodnej siły, inspirującej pierwsze wspólnoty.
Po drugie, na to że ruch Jeszui przyciągał swoim egalitaryzmem, poprzez który ubodzy i wykluczeni mogli dostrzec swoją ludzką wartość. Pod warstwą dogmatów, kariery, którą zrobiła zromanizowana i feudalna instytucja nawiązująca do Jeszui, kryje się bowiem żywioł rewolucyjny i "socjalistyczny". Drzewiej mówił o nim w kapitalnych wykładach Tomasz Polak. Na dokładkę był to ruch "nacjonalistyczny", nastawiony na emancypację Żydów - z jednej strony od dominacji obcej władzy, z drugiej strony - od dominacji wszelkiej maści żydowskich pasibrzuchów, jak ... wyższa kasta kapłanów.

W podobny sposób widzi początki "ruchu Jezusa" Reza Aslan, autor bestsellerowej książki Zelota. Życie i czasu Jezusa z Nazaretu. Publikacja ta przedstawiana jest jako próba rekonstrukcji biografii Jezusa historycznego i zdążyła już wywołać kontrowersje. W moim odczuciu jest to jednak praca o czasach Jeszui i o wizji świata pierwszych grup chrześcijan. O życiu Nazarejczyka jest w niej niewiele (bo i więcej być nie może), a i tak szczupłe dane mają niejednakową wartość. Zastrzeżeń może być wiele - od nazywania Jeszui zelotą przy jednoczesnym podkreślaniu, że ruch zelotów powstał zdecydowanie później. Czy nieprzekonującym podejściu do danych nowotestamentalnych - mam poczucie, że Aslan jedne rzeczy uważa za wiarygodne, a inne za nie, ze względu na swoje preferencje i bez wyraźnego kryterium dokonywania takich rozróżnień.

Najbardziej fascynujące są dla mnie rozdziały końcowe, poświęcone postaciom Pawła z Tarsu i brata Jeszui - Jakuba Sprawiedliwego. I nad nimi, jak sądzę, warto pochylić się szczególnie mocno (także nad polemikami, które zawsze pozwalają wyklarować obraz).
Aslan - w moim poczuciu przekonująco - ukazuje napięcie, jakie istniało między Kościołem jerozolimskim, któremu przewodził Jakub, a Pawłem i zakładanymi przez Pawła wspólnotami. 
Jakub przewodził wspólnocie, która - jak pisze Aslan - uznawana była za Kościół-matkę i jego (Jakuba) autorytet był w tamtej dobie najważniejszy. Kierowana przez Niego wspólnota wyrastała z judaizmu i nie stała w sprzeczności względem przepisów Prawa. Jakub był powszechnie poważany przez wyznawców judaizmu jako człowiek nadzwyczajnej prawości i szlachetności. Słynął on także z postaw "socjalistycznych". Niczego nie posiadał na własność (ponoć nawet ubrania), a swojej wspólnocie zaszczepił "żarliwą troskę o ubogich". "Są nawet dowody świadczące o tym - pisze Aslan -, że pierwsi wyznawcy Jezusa, którzy zbierali się pod przywództwem Jakuba, nazywali siebie samych, jako grupę, 'biednymi'". 

Aslan, poprzez zestawienie cytatów z tzw. listu Jakuba, który może być zredagowaną wersją kazania wygłoszonego we wspólnocie jerozolimskiej, oraz z Ewangelii pokazuje, że religijna wizja Jakuba stawiająca silny akcent na pomoc ubogim i wykluczonym z jednej strony, a z drugiej na szukanie kompromisu między Torą a mesjańskim wydarzeniem Jeszui, pokazuje na ciągłość, zapoczątkowaną przez Jeszuę historycznego. Właśnie to budziło gwałtowny sprzeciw bogatych Żydów, w tym słynącego z pazerności arcykapłana Ananosa. Rywal w postaci przestrzegającego Tory, uczciwego obrońcy biednych chrześcijanina było wyzwaniem na tyle poważnym, by sprawę Jakuba starać się jakoś rozwiązać.

Z perspektywy Jakuba i wspólnoty jerozolimskiej Paweł był odstępcą od ortodoksji (!). Do tego butnym, traktującym siebie jako pierwszego apostoła, wybranego przez Boga od początku, a więc przez historycznym wydarzeniem Jeszui. Aslan przytacza fragmenty Pawłowych listów, które miały osłabiać autorytet Jakuba i jego wspólnoty. Pokazuje także walkę, jaką toczył Paweł o swoje wspólnoty, do których Jakub posłał własnych misjonarzy, mających naprostować przekaz Pawłowy. 

Jeszcze jedna rzecz wydaje mi się interesująca - Jakub i pierwotny "ruch Jezusa" nakierowani byli zasadniczo na Żydów. Przesłanie Jeszui nie miało więc charakteru uniwersalnego, w pewnym sensie było wyraźnie "narodowe". To Paweł - po oporach, jakie jego nauczanie budziło u żydowskich "chrześcijan" - podjął się uniwersalizacji doktryny głosząc ją poganom. Później doktryna wymagała oczyszczenia po klęsce powstać żydowskich - tylko wyraźne odcięcie się od buntowników i ich doktryny mogło pozwolić przetrwać wspólnotom tworzącym ruch. Ostatecznie odrzucono łączność z judaizmem po to, by chrześcijaństwo mogło stać się religią zaakceptowaną przez rzymskie imperium. Wymagało to tylko przeniesienia centrum religijnego z Jerozolimy do Rzymu, w tym zbudowania opowieści, która ufundowałaby Rzym jako religijną stolicę chrześcijaństwa. 
Tak pojawiła się figura Piotra-papieża, a Chrystus jako ahistoryczny Logos zastąpił postać historycznego Jeszui. Postać Jakuba zeszła na dalszy plan, a odróżnieniu od wizji Pawłowej, która - mimo że wzbudzała poważne kontrowersje - ukształtowała oblicze kościelnej instytucji. Chrześcijanie zapomnieli o swoich żydowskich korzeniach, a im bardziej chcieli zapomnieć, popadali w tym większy antysemityzm. Zapomnieli także o tym, że tworzą wspólnotę ubogich sióstr i braci - ale przecież o tym przypominać w Polsce nie trzeba.