poniedziałek, 28 kwietnia 2014

STANOWISKO KOMITETÓW PAN DOTYCZĄCE KONDYCJI HUMANISTYKI

Ucieszył mnie tekst stanowiska Komitetów Wydziału I PAN. Udostepniam go poniżej, bo wydaje mi się ważny i wart rozpowszechnienia.


Stanowisko Komitetów Wydziału I Polskiej Akademii Nauk
dotyczące kondycji nauk humanistycznych i społecznych (24.3.2014)


            Początek roku 2014 zaznaczył się wzmożoną debatą nad stanem polskiej nauki w świetle polityki Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, która w wielu swoich elementach wzbudza zasadniczy sprzeciw i wątpliwości przede wszystkim wśród przedstawicieli nauk humanistycznych i społecznych. Różnorodne inicjatywy w rodzaju powołania Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, działania Komitetu Nauk Filozoficznych PAN czy listu otwartego środowiska kulturoznawczego do nowo powołanej Minister Nauki, Profesor Leny Kolarskiej-Bobińskiej, a ostatnio Kongres Kultury Akademickiej w Krakowie (żeby wymienić tylko najgłośniejsze zdarzenia), w sposób dobitny podkreślają wolę środowiska do podjęcia zasadniczej, konstruktywnej debaty na temat kondycji nauki polskiej. Dodatkowym impulsem do sformułowania diagnozy i wskazania na zakres potrzebnych zmian w postaci konkretnych postulatów całego środowiska, było spotkanie komitetów Wydziału I PAN z Wiceprezes PAN, prof. dr hab. Mirosławą Marody i Dziekanem Wydziału I PAN, prof. dr hab. Stanisławem Filipowiczem w dniu 6 lutego br. oraz obrady tzw. okrągłego stołu z Panią Minister Leną Kolarską-Bobińską w dniu 26 lutego, w których uczestniczyli także przedstawiciele kilku komitetów Wydziału I.
            Przedstawiciele wszystkich komitetów Wydziału I zgodzili się, że nauki humanistyczne i społeczne znalazły się dzisiaj w sytuacji bardzo szczególnej, korozyjnej dla ich funkcjonowania i statusu. Dotychczasowa polityka Ministerstwa, zmierza w istocie różnymi drogami i formalnymi decyzjami do urynkowienia wszelkich dyscyplin wiedzy i uczynienia sfery wiedzy terenem prymitywnie rozumianej konkurencji, dla której podstawowym kryterium jest wydajność w „produkcji” punktów za publikacje, użyteczność rynkowa i wąsko rozumiana idea audytu. Skutkuje to kryzysem tych wszystkich dyscyplin wiedzy, których funkcje poznawcze są ściśle splecione z ich rolą światopoglądową, krytyczną i edukacyjną. Sprowadzanie ich oceny wyłącznie do parametrów ekonomiczno-rynkowych (przez pryzmat możliwości konkretnego zatrudnienia po ukończeniu studiów) i ich bezrefleksyjne zestawianie z dyscyplinami uważanymi obecnie za najbardziej pożądane rynkowo i innowacyjne w tym względzie, rodzi powszechne – podtrzymywane także przez wszystkie media tradycyjne i elektroniczne – przekonanie o zasadniczej nieużyteczności humanistyki w świecie współczesnym. Jednostronnie manifestowane poglądy o jakoby szczególnie złej sytuacji absolwentów tych studiów na rynku pracy są oparte na słabych podstawach empirycznych lub wręcz ich pozbawione. Jak pokazują informacje pochodzące z różnych środowisk akademickich i badania American Academy of Arts and Sciences, absolwenci studiów humanistyczno-społecznych lepiej niż wąsko kształceni specjaliści odnajdują swoje miejsce w rozmaitych sferach społecznego podziału pracy.
            W rezultacie panującego klimatu nieufności i przekłamań prestiż niemal wszystkich nauk humanistycznych i społecznych obniżył się dramatycznie, gdyż nie są one w stanie sprostać odgórnie sformułowanym kryteriom owej wąsko rozumianej funkcjonalnej użyteczności. Skutkuje to przede wszystkim zauważalną utratą podmiotowości poszczególnych dyscyplin, polegającą na podporządkowywaniu się zasadom dotychczasowej parametryzacji, która w istocie potwierdza jedynie, że analogiczne kryteria dla nauk technicznych, przyrodniczych i ścisłych oraz humanistyki sprawiają, że ta ostatnia, mimo najrozmaitszych zabiegów „przystosowawczych” kryteriom tym nie jest w stanie sprostać. Tym samym grozi nam całkowity upadek idei kształcenia ogólnego, w którego centrum znajdują się koncepcje życia i kultury oraz ideał stosunków międzyludzkich, a nie bezpośrednia, natychmiastowa użyteczność dla gospodarki. Nauki humanistyczne i społeczne, bardzo zróżnicowane w swojej specyfice, mają w sensie najogólniejszym wspólny cel, jakim jest troska o człowieczeństwo. Obowiązkiem Państwa, które chce wychować świadomych i mądrych obywateli, zdolnych do partycypacji w świecie demokracji, jest zatem troska o los tych dziedzin wiedzy, oznacza to bowiem troskę o wykształcone i zdolne do refleksji jednostki ludzkie. Jest dowodem na to, że państwo dba o własną kulturę i dziedzictwo narodowe.
            Komitety naukowe Wydziału I PAN mają pełną świadomość, że debata nad stanem nauk humanistycznych i społecznych musi uwzględniać trzy podstawowe wymiary, jakimi są – ściśle zresztą ze sobą powiązane – kwestie naukowo-badawcze, edukacyjno-kształceniowe i finansowe. W związku z tym nasuwają się następujące, logicznie ze sobą powiązane, zagadnienia.


Problem 1. Szeroko rozumiana humanistyka pośród nauk
           
            Na użytek państwowego systemu administrowania nauką sformułowano wiele instrumentów pojęciowych, do których dostosowano instrumenty prawno-administracyjne. Założeniem owej administracji jest bilans, czyli liczenie kosztów i zysków. W ogromnym skrócie ten bilans sprowadza się do – niewielkich (według danych Eurostatu: 0,74%) - nakładów na naukę, których konsekwencją ma być – wielki – skok cywilizacyjny, polegający na podniesieniu rangi polskiej gospodarki na wyższy poziom. Ten poziom oznaczałby, że w rezultacie z kraju „kupującego” myśl stalibyśmy się krajem „sprzedającym” myśl. W obu przypadkach chodzi głównie o myśl techniczną.   Przy takim założeniu, jedynym kryterium oceny działań naukowych jest ich konkurencyjność na rynku myśli. Powoduje to spojrzenie na naukę z perspektywy globalnej, czyli zewnętrznej. Negatywem takiego postrzegania jest odrzucenie spojrzenia samodzielnego, spojrzenia od wewnątrz jako swoistego zakłócenia, czy też jako przeszkody w drodze do celu. Inaczej mówiąc, dyrektywą administrujących nauką jest to, aby przynosiła ona lepsze rozwiązania problemów rozwiązywanych na świecie przy znakomicie większych nakładach.
            Takie podejście jest – w odniesieniu do nauk humanistycznych, ale także innych ściśle podstawowych – bezużyteczne.
Dlatego, że:
nauki humanistyczne odpowiadają na potrzebę ludzkiej samowiedzy i samoświadomości, skutecznej samokontroli, samosterowności, nie przekładają się one bezpośrednio na jakiś towar, który może konkurować na rynku, choć bez wątpienia przyczyniają się do podwyższenia jakości życia społeczeństw nimi obdarzonych;
celem działania nauk humanistycznych nie jest wytworzenie jakiegoś przedmiotu, poddawanego następnie rynkowemu sprawdzianowi; przeciwnie – ich celem jest samo finansujące je społeczeństwo, które chce tą drogą uzyskać pewną sumę wiedzy o sobie (i o innych społeczeństwach, oczywiście);
wynika stąd, że finansujące nauki humanistyczne społeczeństwo ma prawo do rezultatów tego, co finansuje, czyli do wytworzonej przez te nauki samowiedzy i samoświadomości. Innymi słowy, nakładanie na efekty nauk humanistycznych rygorów prawa własności w postaci np. patentów jest sprzeczne z istotą owych nauk. Zasadą jest tu powszechna i natychmiastowa dostępność wyników (w odróżnieniu od wysiłków twórcy dzieł sztuki czy wynalazcy, działającego na własny rachunek i utrzymującego się ze sprzedaży swoich praw autorskich).

Problem 2. Humanistyka na „rynku”, czyli w świecie protez rynkowych i fikcji

            Administrowanie naukami humanistycznymi przy użyciu aparatu pojęciowego liczącego straty i zyski nie ma jedynego sprawdzianu, jaki uznaje, czyli sprawdzianu rynkowego. Posługuje się więc protezą rynku w postaci oceny parametrycznej. Narzuca ona – jak dotąd – naukom humanistycznym odniesienie na zewnątrz, do rozmaitych prób sparametryzowania efektów nauki wypracowanych przez inne społeczeństwa. Nie ma żadnej bezpośredniej przekładalności owych sprawdzianów, wziąwszy pod uwagę wszelkie różnice kulturowe. Na przykład: krótki artykuł w czasopiśmie amerykańskim „Nature”, publikującym prace popularyzujące wiedzę, stanowi parametryzacyjny ekwiwalent dwóch tomów Słownika polszczyzny XVI wieku (w obu przypadkach po 50 punktów), nad którymi pracował zespół najwyższej klasy specjalistów przez długi okres czasu. Zauważmy: porównanie to jest zupełnie pozbawione sensu: jak bowiem porównać dwa tomy słownika udostępniające polskiemu (i nie tylko) odbiorcy wiedzę o własnej historii, kulturze, mentalności, z krótkim podsumowaniem jakiegoś epizodycznego nurtu badań amerykańskich (w rodzaju - przykład autentyczny - literaturoznawczego darwinizmu). Ten przykład uzasadnia określenie parametryzacji jako protezy zastępującej ewaluację typu rynkowego, która wszak w przywołanym przykładzie także nie miałaby sensu, nie ma bowiem jednego „rynku”, na którym oba wymienione „produkty” funkcjonowałyby razem. Parametryzowanie jest więc nie tylko protezą, ale także tworzeniem fikcji, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Któż bowiem inny, jak sami zainteresowani, czyli ci, którzy finansują określone prace, miałby ostateczne prawo oceniać ich rezultaty? Stosowane obecnie poszczególne rozstrzygnięcia punktacji publikacji, ze szczególnym uwzględnieniem monografii autorskich, budzą coraz żywszy i coraz powszechniejszy sprzeciw, wskazujący jednoznacznie, iż stosowane kryteria oceny muszą być poddane zasadniczej weryfikacji i zmianom. Dotyczy to także całkowitego niemal negliżowania wartości prac zbiorowych, które niejednokrotnie są rezultatem ważnych przedsięwzięć zespołowych, często o charakterze międzynarodowym. Wiele takich prac w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych odegrało istotną rolę w budowaniu szkół badawczych i poszczególnych specjalizacji teoretycznych. Ich niska obecnie ocena punktowa jest niezrozumiała i kompletnie oderwana od realiów pracy humanistów.

Problem 3. Uniwersalność czy globalizacja

            Jeśli ujmiemy, bardzo ogólnie, nauki humanistyczne jako rezultat dążenia do samowiedzy określonego w swej kulturze, historii, języku, społeczeństwa, to musimy się zgodzić na brak uniwersalności w tych naukach, co w czasie przełomu antypozytywistycznego określono jako brak charakteru nomotetycznego tych nauk (w przeciwieństwie do nauk przyrodniczych), czyli jako ich charakter idiograficzny. Najlepszym przykładem jest współistnienie brytyjskiej szkoły filozofii i szkoły określanej z perspektywy tamtej, brytyjskiej szkoły, jako „kontynentalna”, czyli po prostu europejska. Fikcją zatem jest jednolite kryterium, pozwalające ewaluować wedle jednego „algorytmu”, żeby sięgnąć do prostego przykładu, myśl Austina i Heideggera. Ta sama zasada dotyczy równolegle rozwijanych w danym miejscu i czasie różnych szkół badawczych w obrębie tej samej dyscypliny (np. strukturalizm i hermeneutyka, psychoanaliza i behawioryzm). Jeszcze większą fikcją (jeśli poziom fikcyjności może być stopniowalny) jest porównywanie wyników osiągniętych w rozmaitych dyscyplinach.
            Tutaj także mamy do czynienia z protezą! W miejsce uniwersalności nauk humanistycznych podstawia się bowiem ich – osiąganą środkami finansowymi i administracyjnymi – globalizację. Nie można jednak mylić uniwersalności z globalizacją. Pierwsza oznacza bowiem poszukiwanie tego, co wspólne dla każdego, druga oznacza narzucenie poszczególnego rozwiązania wszystkim (np. określonego systemu administracyjnego, politycznego, ekonomicznego, językowego, aksjologicznego, itd.).

Problem 4. Miejsce jako wartość publikacji

            Wobec podobnych wątpliwości za kryterium parametryzacyjne uznaje się miejsce publikacji. Wadą tego kryterium, zwłaszcza dla niektórych nauk humanistycznych o szczególnej dla kultury narodowej funkcji edukacyjnej i formacyjnej, jest jego całkowicie pozamerytoryczny charakter[1]. Kiedy kryterium miejsca publikacji łączy się ze skalami ocen zewnętrznych, czyli z tworzonymi na zewnątrz listami rankingowymi i z odpowiadającą im punktacją, wynik jest już nie tylko pozamerytoryczny, ale najgłębiej szkodliwy! Preferuje bowiem całkowite rozproszenie finansowanych przez własne społeczeństwo prac „po świecie”, a także ich zupełne oderwanie od ich podstawowego adresata, jakim jest to właśnie społeczeństwo, publikowane są one bowiem w języku obcym. Odległe miejsce publikacji, wysokie koszty ich zakupu (cena artykułu w okolicach 30 $ za kopię cyfrową), język obcy, w jakim się ukazują – wszystko to jest utrudnieniem w dostępie do finansowanych przez dane społeczeństwo prac powstałych dla jego własnych potrzeb. Z góry bowiem eliminuje albo, co najmniej, utrudnia, możliwość pełnienia przez nauki humanistyczne ich najogólniejszej funkcji (samoświadomość, samowiedza społeczeństwa), ograniczając lub eliminując dostępność ich osiągnięć dla ich właściwego i – niejednokrotnie jedynego – adresata.
            Innym, szkodliwym aspektem uznania miejsca publikacji za kryterium parametryzacji jest petryfikacja istniejącej, by tak rzec,  geopolityki (w skali mikro i makro) badań naukowych. Z góry zakłada się, że lepsze prace publikowane są w wyżej punktowanych miejscach i odwrotnie. Nie ma żadnego potwierdzenia podobnych tez, zwłaszcza w przestrzeni międzynarodowej. Nie mówiąc o tym, że zupełnie paraliżuje to dynamikę życia naukowego, w szczególności nowe inicjatywy, zwłaszcza zespołowe. W ogóle tryb parametryzacji jest nastawiony na działania indywidualne i nie ma dobrych kryteriów oceny zespołów.

Problem 5. Cudzym językiem o sobie

            Przejawem nie tyle uniwersalizacji, co globalizacji humanistyki jest dążenie do dominacji języka angielskiego, którego rewersem jest ograniczanie, a w perspektywie nawet wykluczanie języka narodowego w jego roli podstawowego narzędzia społeczeństwa dążącego – poprzez nauki humanistyczne - do samowiedzy i samoświadomości. Dotyczy to – ponownie - nauk humanistycznych o szczególnej dla kultury narodowej funkcji edukacyjnej i formacyjnej. Tutaj tkwi może największa i najbardziej niebezpieczna konsekwencja podstawienia globalizacji pod uniwersalizm, polegająca na prowokowaniu wtórnego analfabetyzmu całych społeczeństw, poddawanych swoistej kolonizacji, w imię fikcyjnej tożsamości globalnej, która zawsze pozostanie tożsamością dominującego języka i dominującej cywilizacji. Szczególnie narażone są społeczności niepewne swojej wartości, skłonne do samoponiżania, polegającego na spojrzeniu na siebie oczyma Innego. W rezultacie, podobna globalizacja językowa, kulturowa, aksjologiczna, prowadzi do szybkiej homogenizacji i zaniku różnic. Nie oznacza to, oczywiście, jakiejkolwiek dyskredytacji języków kongresowych, ale jest jedynie wskazaniem, że nie wszystkie dyscypliny humanistyczne i społeczne są w stanie efektywnie realizować własne badania w językach obcych, choć komunikowanie najbardziej wartościowych ich rezultatów musi być rozpowszechniane w językach uniwersalnie dostępnych. Wskazujemy jedynie, że fakt np. publikowania w języku angielskim nie jest jednoznaczny z wysokim poziomem merytorycznym tekstu, co zakłada się niejako a priori. Zostawmy kwestię tych rozstrzygnięć samych naukowcom!
            Odwrotnością globalizacji jest współpraca międzynarodowa, ale ona może mieć, wynikający z tego określenia, charakter jedynie w przypadku uznania podmiotowości – językowej, kulturowej, aksjologicznej itd. – uczestników owej współpracy.

Problem 6. Administracja czy autonomia

            Instrumenty pojęciowe, przy pomocy których opisuje się nauki humanistyczne, i oparta o te instrumenty administracja, ma na celu stworzenie protezy mechanizmu rynkowego. Jednak owa proteza okazuje się fikcją, za którą ukrywa się arbitralne zarządzanie wykorzystujące tą protezę, czy też raczej to alibi rynkowe. Przejawem kapryśności takiej administracji jest nieustanne zmienianie reguł gry, niestabilność np. kryteriów parametryzacyjnych (np. uznawanie, czysto formalne, objętości arkuszowej, której spełnienie czyni z publikacji „monografię”). Wyolbrzymiając tę tendencję, należałoby ją określić jako nieustanne mnożenie zewnętrznych, poza-merytorycznych kryteriów ustanawiających konkurencję między poszczególnymi osiągnięciami nauki, ujmowanymi jako „produkty”.
Stąd powszechnie kwestionowana heteronomia w administrowaniu nauką, czyli podporządkowanie się prawu innego, w tym wypadku prawu „rynku” czy raczej jego protezy, fikcyjnej protezy „rynku”, w postaci parametryzacji. I nie ma tu nic do rzeczy, czy ów inny jest reprezentowany przez przedstawiciela środowiska naukowego, liczy się bowiem jakie reguły, jakie prawo (nomos), on reprezentuje.
Równocześnie robi się wszystko, aby uniknąć jedynego sensownego kryterium oceny pracy naukowej, jakim nie może być nic innego, tylko jej wartość merytoryczna. Tej jednak porównać ani ocenić nie może nikt spoza środowiska ową naukę uprawiającego. Z tego rozumowania wynika konieczność środowiskowej autonomii, także, a może przede wszystkim, w ocenie pracy naukowej. Autonomii - także w odniesieniu do gospodarowania środkami zapewniającymi istnienie nauk humanistycznych. W praktyce oznacza to, w warunkach społeczeństwa obywatelskiego, współdecydowanie społeczności uczonych o polityce naukowej państwa. Trzeba jasno podkreślić: autonomiczne uczelnie wyższe i inne instytucje zaawansowanej pracy naukowej nie są korporacjami! Środowisku nie są obce nowoczesne metody organizacyjne, ale podstawą i główną wartością winna pozostać idea i praktyka wspólnoty akademickiej jako miejsca kreacji i nieskrępowanego rozwoju myśli. Nie ma humanistyki bez tak rozumianej wspólnoty.

Problem 7. Rynek pracy

            Osobnym instrumentem mierzenia wartości nauk humanistycznych jest odwołanie do rynku pracy. Tymczasem, jak pokazuje choćby bieżące życie polityczne, rynek pracy jest wysoce chłonny na przedstawicieli nauk humanistycznych, których pełno na co dzień w mediach, czy szerzej w obrębie czwartej władzy, którzy wypełniają bez reszty trzecią – sądowniczą -  władzę. Nie jest chyba przypadkiem, że prezydent i premier naszego państwa są przedstawicielami nauk humanistycznych, że są tymi przedstawicielami senatorowie, posłowie, samorządowcy. Żeby nie wspomnieć o gospodarce, ekonomia jest wszak nauką nauką społeczną, po części humanistyczną! Że, innymi słowy, ludzie zawdzięczający swoją formację naukom humanistycznym obdarzani są przez społeczeństwo autorytetem i władzą. Coraz częściej też słychać głosy przedsiębiorców mówiące o wartości tzw. miękkich umiejętności, w jakie wyposaża studiowanie nauk humanistycznych.

Wniosek
           
            Instrumenty pojęciowe, na których opiera się polityka państwa wobec nauk humanistycznych, są nieadekwatne wobec powodów i celów, dla których te nauki powołano. Owe cele to samowiedza i samoświadomość społeczeństwa finansującego nauki humanistyczne, natomiast owe instrumenty to fikcyjne protezy rynkowe, narzucające naukom humanistycznym niezgodny z ich powołaniem kształt produktu konkurującego i sprzedawanego na rynku.
            Podporządkowane podobnemu reżimowi pojęciowemu nauki humanistyczne są i muszą być przedmiotem ciągłych eksperymentów administracyjnych o nieustalonych regułach. Jedynym sposobem na uzdrowienie sytuacji jest autonomia środowisk reprezentujących nauki humanistyczne, zarówno w zakresie sposobów ich finansowania, jak i w zakresie warunkującej politykę naukową rzetelnej oceny ich osiągnięć. Dotychczasowa polityka marginalizująca nauki humanistyczne z powodu ich niewielkiej wartości  „rynkowej”, grozi w perspektywie ograniczaniem samoświadomości i samowiedzy społeczeństwa, w imieniu którego jest prowadzona.

W związku z tym konieczne jest:

[1] Stworzenie odrębnych kryteriów i mechanizmów oceny dla różnych dziedzin nauki – kryteriów zgodnych z charakterem i rolą społeczną tych dziedzin.
[2] Powierzenie powyższego zadania odrębnym zespołom dziedzinowym, z przeważającym udziałem autorytetów naukowych z tych dziedzin.
[3] Uwzględnienie w kryteriach ocen dotyczących humanistyki, i to na  pierwszym miejscu, jej odrębnej roli cywilizacyjnej w stosunku np. do nauk stosowanych (medycznych, technicznych itd.)
[4] Zapewnienie stałych proporcji finansowania różnych dziedzin nauki, niezależnie od ocen wewnątrz-dziedzinowych. Zainicjowanie głębokiej samooceny środowiska naukowego (w ramach poszczególnych dziedzin nauki), aby skromne środki finansowe na naukę i szkolnictwo wyższe były wydawane efektywniej, tj. by w wyższym stopniu realizowano  ustalone cele w zakresie nauki i dydaktyki akademickiej. 
            Liczni przedstawiciele świata naukowego są gotowi współdziałać w rozmaity pozytywny sposób – czego przejawem jest ożywiona działalność prowadzona w ramach Komitetów Wydziału I PAN, a także przebieg Kongresu Kultury Akademickiej w Krakowie. Decydujące jest poważne, partnerskie spojrzenie na aktualny stan spraw i gotowość do jego poprawienia.
             
            W imieniu Komitetów Naukowych Wydziału I Polskiej Akademii Nauk
                                                                                  
                                                                                   Wojciech Józef Burszta
                                                                                   Krzysztof Frysztacki
                                                                                   Krzysztof Kłosiński
                                                                                   Jacek Osiewalski

Warszawa, marzec 2014 roku


[1] Chodzi przede wszystkim o absurdalność podawania miejsca publikacji za ekwiwalent jej wartości, z całkowitym pominięciem kwestii merytorycznych (np. w Polsce są najlepsze czasopisma dotyczące polskiej kultury czy historii, ale uprawiający te nauki badacze drukując w nich mogą zyskać góra 10 punktów, co stawia ich w niekorzystnym świetle wobec innych, którzy za taką samą pracę, tylko opublikowaną w innym miejscu dostają wielokrotnie więcej punktów; nie mówiąc już o monografiach (ruchy na listach powodują kolosalne zmiany, np. niektóre pisma z ERIHU miały po 15 pkt, a potem po 10). Chodzi też o wynikający z powyższego rachunku przymus publikowania zagranicą czegoś, co potrzebne jest właśnie w kraju (po co, np. publikować zagranicą komentarze do polskiego prawa?). Problem ten zgłaszają m.in. archeologowie śródziemnomorscy, dla których najważniejsze są czasopisma francuskojęzyczne. Dla slawistów znów będą to prace w językach słowiańskich itp.

środa, 23 kwietnia 2014

JPII A INTEGRYZM. KILKA REFLEKSJI PRZED KANONIZACJĄ

Nie spodziewałem się, że kanonizacja wywoła u nas rzetelną debatę nad dorobkiem i znaczeniem JPII. I, niestety, moje przypuszczenia okazały się słuszne.
Większość osób występujących w mass mediach włącza się w bezrefleksyjny, apologetyczny chór. Nieliczni bezpardonowo krytykują lub kpią (na FB działa nawet profil związany z kandyzacją Papieża-Polaka). W efekcie tworzą się lokalne ogniska konfliktu, a tematy do dyskusji giną z pola widzenia.

Problemów związanych z pontyfikatem JPII na pewno jest dużo, mają też "solidny kaliber". Niech symbolicznym i eliptycznym wyrazem tych kłopotów będzie utrzymanie w mocy dokumentu Crimen sollicitationis oraz popieranie i uamcnianie działań Opus Dei.

Sam chciałbym przypomnieć o sprawie mało obecnej w naszych mediach, a w moim odczuciu szczególnie ważnej. Idzie mi o stosunek JPII to katolickiego integryzmu związanego ze środowiskiem tzw. "lefebrystów". Podejście to było wzorowo posoborowe, myślę, że za mało zdajemy sobie sprawę, iż JPII na długie lata przystopował rozwój konsekwentnego integryzmu w Kościele rzymskim, a tym samym sprawił sporo kłopotów konserwatywnej polskiej hierarchii  (i "środowisku toruńskiemu"), sympatyzującej z czasami sprzed Vaticanum II. 

***
O tym, że JPII był w przypadku rozpowszechniania postaw integrystycznych "wielkim hamulcowym" świadczy dobitnie tytuł konferencji wygłoszonej przez x. Jana Jenkinsa FPPX - Beatyfikacja, która osławbi Wiarę (plik z jej nagraniem dostępny tutaj). 
Lefebryści zarzucali mu promowanie postaw potępionych przez Piusa X jako modernizm, w tym m. in. religijny indyferentyzm (vide Asyż). W jednym z numerów Zawsze Wiernych graficznym skrótem takiej postawy było zdjęcie JPII z delegacją B'nai B'rith podpisane jak następuje: "W walce o świat bez uprzedzeń, prześladowań, dyskryminacji - zdaniem Papieża można współpracować ze wszystkimi. Czy jednak również z jawnymi wrogami Jezusa Chrystusa?".

Jawni wrogowie to Ci wszyscy, dla których ważne są ideały określane przez lefebrystów jako "liberalne". 
Za szczególnie destukcyjne uważają oni takie ideały jak:


  • wolność sumienia i wolność religijna, które Vaticanum II powiązało ściśle z godnością ludzką (humanizm);
  • ekumenizm;
  • działałność misyjna Kościoła,
  • zredefiniowanie relacji Kościół-państwa oraz nowe spojrzenie na "ustrój papiestwa";  
  • stosunek do prawnych instytucji międzynarodowych. 

***
Zdaniem integrystów godność ludzka nie zasadza się na wolności człowieka i jego zdolności wyboru, ale na dążeniu do "dobra i prawdy", których jedynym i pełnym depozytariuszem jest jedynie Kościół rzymski. Ich zdaniem nie wolno popierać mechanizmów pozwalających człowiekowi na wybór błędu i fałszu, wspierać zaś trzeba wszelkie te regulacje, które stawiają człowiekowi przed oczy to, co zacne i dobre. Jednym z błędów ma być dowartościowanie wolności religijnej, która jest postawą stawiającą na równi religię i herezje, prawdę i błąd. Innym błędem jest zaakceptowanie "ideologii praw człowieka", które wyprowadza się nie z Objawienia, ale z natury (rozumowej) człowieka.
Dlatego odrzucają oni przekonanie JPII, że obowiązkiem wiernych jest "działanie razem na rzecz promocji godności każdej osoby ludzkiej", obrona praw człowieka, "a w szczególności wolności religijnej".  

W takiej perspektywie inkryminowany być musi także ekumenizm. Jest on bowiem odstępstwem od przekonania, że zbawienie możliwe jest tylko w Kościele rzymskim, "że nie tylko poganie i żydzi, ale i heretycy i schizmatycy zbawienia wiecznego nie osiągną". Ekumenizm ma swoje praktyczne konsekwencje. Prowadzi do redefinicji stosunku do żydów, którzy przestają się bogobójcami i narodem odrzuconym, a stają się "starszymi braćmi". Zmienia także postrzeganie misyjności, którą ogranicza poszanowanie wolności religijnej i wystrzeganie się prozelityzmu. W końcu odmiennej ocenie podlegają krucjaty, których już nie broni się i nie pochwala, ale za które JPII przepraszał jako za "stare grzechy".

JPII potwierdzał też nauczanie Soboru dotyczące relacji Kościół-państwa. Jego zdaniem "zajmują one dziedziny niezależne i właściwe każdemu [...]. Kościół i Państwo mają służyć człowiekowi, bez podporządkowania jedno zdrugiemu, ale w sposób uzupełniający się...". Jest to, zdaniem integrystów, odejście od prawdziwej doktryny katolickiej, podług której "separacja państwa od Kościoła jest tezą sbolutnie fałszywą i zgunym błędem" (Pius X). Dla integrystów prawo państwowe musi być podporządkowane rozstrzygnięciom Kościelnym, kult katolicki musi mieć charakter "publiczny i społeczny". Papiestwo musi być rozumiane jako udzielna monarchia, z pełnią władzy duchowej i świeckiej. Oznacza to także, że nie może istnieć żadna instytucja świecka stanowiąca prawo międzynarodowe zobowiązujące poszczególne państwa. Zdolny jest do tego tylko Kościół, której suwerenny autorytet "przewyższa i obejmuje wszystkie państwa". Potępione musi być więc choćby afirmatywne podejście JPII wobec takich instytucji, jak ONZ.

***
Już te kilka punktów (a jest ich znacznie więcej, odsyłam do tekstu, na podstawie którego spiałem to, co wyżej) pokazuje, że stosunek JPII do integryzmu był dla nas czymś szczęśliwym. Kanonizacja może - w tym kontekście - stanowić ważny instrument polemiki i integrystami, których status w Kościele rzymskim zmienił się za sprawą Benedykta XVI (niestety). Zwłaszcza, że ruch integrystyczny nabiera w Polsce wiatru w żagle - powstają związane z nim instytucje (jak Katolicki Instytut Apologetyczny im. Tomasza z Akwinu), szkoły (Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące im. Tomasza z Akwinu). Jednym głosem mówią środowiska Radia Maryja, Pro Fider, Rege et Lege i lefebrystyczne. 

O tym, dlaczego JPII nie wygodny jest dla integrystów, przeczytać można w ksiażce Marcina Karasa Ciągłość i zmiana w Kościele rzymskokatolickim... O ile da się radę przebić przez apologię integryzmu, czy raczej "jedynego prawdziwego Kościoła" zniszczonego przez głoszoną przez żydów, masonów i modernistów ideologię liberalną. 

***
Na koniec - za książką Karasa - kilka cytatów z Grzegorza XVI. Decyzja Benedykta XVI pozwala wracać do tych poglądów bez odium. 

„Uderzono na boski autorytet Kościoła, potargawszy jego prawa, uznano za wytwór jedynie ludzki, w ten
sposób podbity w niewolę przez wszelką niesprawiedliwość pozostaje w nienawiści u ludów.
Należna uległość biskupom jest osłabiona a władza ich podeptana”.
 
„Niegodziwą byłoby również rzeczą i zgoła przeciwną szacunkowi z jakim należy traktować prawa Kościelne, gdyby postanowienia tegoż Kościoła dotyczące sprawowania obrzędów, albo norm obyczajowych lub też praw kościelnych i zachowania się sług ołtarza, lekceważyć w mniemaniu jakiejś szalonej wolności, i traktować jak się komu podoba, uznawać za niezgodne z pewnymi zasadami prawa naturalnego albo wreszcie uznawać za niedoskonałe lub niedostateczne i podlegające autorytetowi władzy świeckie”.
 
„jest absurdalne i wielce dlań(sc. dla Kościoła)  szkodliwe domagać się w nim jakiegoś odrodzenia i reformy rzekomo potrzebnej do jego własnego ocalenia czy wzrostu, jakby to Kościół mógł ulegać zaciemnieniu,  zbłądzeniu lub tym podobnym brakom, [a]takim właśnie wydaje się nowatorom, którzy zamierzają położyć fundamenty pod jego nową czysto ludzką instytucję”.
 
„największym dogmatem naszej religii,  że poza katolicką wiarą nikt nie może się zbawić”.
„Teraz przejdźmy do innej przyczyny wielu nieszczęść, które wraz z naszym  żalem dotykają Kościół to jest do indyferentyzmu, czyli przewrotnej opinii bezbożnych, wszędzie podstępnie rozpowszechnianej,  że w każdej religii można dostąpić wiecznego zbawienia duszy, jeśli się uczciwie i obyczajnie  żyje. W tak oczywistej sprawie, jesteście w stanie z łatwością uchronić powierzony wam lud od tego najbardziej zgubnego błędu”.
 
„Z zatrutego  źródła indyferentyzmu wypływa również owo niedorzeczne i błędne mniemanie, albo raczej omamienie,  że każdemu powinno się nadać i zapewnić wolność sumienia. Do tego zaraźliwego błędu wprost doprowadza niewstrzemięźliwa i niczym nie pohamowana dowolność poglądów, która wszędzie się szerzy ze szkodą dla władzy duchownej i świeckiej, za sprawą niektórych bezwstydników, którzy odważają się głosić,  że z tego powodu religia odnosi jakąś korzyść. Ale czy może być  «bardziej nieszczęśliwsza  śmierć dla duszy niż
Wolność błądzenia?», mawiał św. Augustyn”
 
W imię wolności sumienia domagali się prawa swobodnego rozpowszechniania wszelkich opinii. Również i ten element doktryny liberalnej został poddany surowej krytyce przez papieża: „Do tego też zmierza owa najzgubniejsza, przeklęta i odetręczająca wolność druku, mająca na celu rozpowszechnianie wszelkich pism wśród pospólstwa, której niektórzy domagają się i popierają z taką natarczywością”.Umiarkowani liberałowie
uważali,  że wpływ szkodliwych publikacji można zrównoważyć publikacjami wartościowy-mi. Ta zasada wydała się papieżowi absurdem: „Znajduje się przecież niestety tylu bezwstydnych, którzy twierdzą uparcie,  że ten nagły zalew błędów może być skutecznie powstrzymany jakimś pismem wydanym w obronie prawdy i religii pośród tak wielkiego wezbrania nieprawości. Nie godzi się jednak i jest to wbrew wszelkiemu prawu,  świadomie czynić zło i je pomnażać, w nadziei  że stąd wyniknie cokolwiek dobrego. Któż rozsądny pozwoliłby, aby truciznę wolno było jawnie rozpowszechniać i sprzedawać, nabywać ją, sprowadzać i nią się napawać, dlatego,  że jest jakieś lekarstwo, po zażyciu którego, zdarza się, niekiedy używającym go uniknąć zguby?”.



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

RYTUAŁ - RELIGIA, WIEŚ I SZTUKA KRÓLEWSKA, krótki obrachunek sumienia


W trakcie porannej drogi do kościoła rozmawiałem dziś z mamą o... tataraku. Jakoś przedziwnie dopadła mnie tęsknota za jego rześkim zapachem, wnoszącym do domu nie tylko świeżość, ale także żywioł wody: bezkresu, oczyszczenia, nieśmiertelności, prażywiołu, z którgo wszystko się wyłoniło.
Od tataraku przeszliśmy do maminych opowieści o zdobieniu domów na Zielone Świątki. O porannych wyprawach nad staw po tatarak, o cięciu witek brzozowych, przystrajaniu zielenią ganków i obrazów. O rytalnym wnoszeniu do pozimowych pieleszy odradzającego się życia.

***
W czasie tegorocznego Wielkiego Postu i trwającej Wielkiej Nocy moje myśli często krążą wokół rytów i rytuałów. Dzieje się tak u mnie okresowo, zmuszając do refleksji głębszej i prowadzonej z innej perspektywy. 
Zdaję sobie sprawę, że dla człowieka, który w pełni zinterioryzował nowoczesny indywidualizm, rytuał może wydawać się zbędnym przeżytkiem. Sądzę jednak, że wciąż jest on niezastąpionym narzędziem przekazywania wartości i budowania międzyludzkich więzi. 
Rytuał bowiem kształtuje w człowieku żywe odczucie imponderabiliów, oddziałuje na intelekt poprzez ciało, sprzęga w jedno zmysły, emocje, uczucia, intelekt i intuicję. Gdy nowoczesne indyviduum buduje swoją oddzieloną od świata, duchową przestrzeń, rytuał kształtuje człowieka integralnego.

***
Obie ściezki są kulturowo płodne i potrzebne. Nie sądzę, że nalezy je widzieć w opozycji, raczej jako komplementarne elementy naszego wspólnego świata. Oznacza to jednak tyle, że pielęgnując wszystko, co związane z indywidualizmem, warto tak samo mocno pielęgnować to, co związane z rytuałem. Jaskółki, zwiastujące odrodzenie, szczęśnie już widać. W litewskim rodzimowierstwie, w powrocie do tradycji dziadowskich śpiewów (wzruszyłem się, gdy w ramach głosu w dyskusji na zajęciach z filozofii jeden z moich studentów zaspiewał kawałek takiej pieśni), w rodzącej się świadomości bogactwa kościelnych rytów, choćby w odrodzeniu się dominikańskiego rytu mszy
Cieszy mnie także powrót do źródeł chorału - choćby Mercel Peres intensywnie bada chorał starorzymski i uświadamia nam, że śpiew chrześcijan i muzłumanów wywodzi się z jednego źródła, źydowskiego. I że dziś tego, jak śpiewać rdzenną liturgię kościoła rzymskiego uczyć się można z żywej wciąż pośród muezzinów tradycji kantylacji.

***
Odrodzeniu rytuału towarzyszą jednak dwa elementy, z którymi winniśmy dyskutować.
Pierwszy, wiąże rytuał wyłącznie z religią, odsłaniając ją w jednaki sposób w pieśniach dziadowskich, zwyczająch religii rodzimowierskich czy liturgii kościelnej.
Drugi, wiąże rytuał z tym, co nieracjonalne czy pozaracjonalne, traktując go w opozycji do racjonalistycznej tradycji oświecenia.

Oba te elementy okazują się tylko częściowo prawdziwe, jeśli zestawić je z rytuałem obecnym w Sztuce Królewskiej. Nie ma on bowiem znaczenia religijnego, choć ma niewątpliwe znaczenie duchowe. Nie odsyła także to jakieś pozaracjonalnej sfery absolutnej, ale kształtuje człowieka w wartościach drogich oświeceniu - braterstwie, empatii, tolerancji, wolności, w prawdzie, pięknu i dobru.

***
Wolnomularstwo nie posiada jednego rytuału i rytu. I to, w moim odczuciu, świadczy o jego bogactwie. Każdy z rytów zwraca bowiem uwagę na nieco inne aspekty wędrówki człowieka ku wartościom, wszystkie zaś - w moim odczuciu - dopełniają się tak, jak dopełniają się głosy fugi.

Dla mnie szczególne znaczenie ma ryt francuski, uznawany powszechnie za ryt najbardziej laicki, "Ryt napisany w duchu wieku Oświecenia – Światła Wyboru, tolerancji, Światła Wolności Sumienia i solidarności międzyludzkiej. Ryt spójny, postępowy, federacyjny, demokratyczny, wolny i niezależny, otwarty i bez ekskluzywizmów" (Jacques Plumet).

Znaczenie tego rytu zasadza się dla mnie właśnie na jego laickości, której, jak sądzę, nie nalezy rozumieć w opozycji do duchowości. Rytowi francuskiemu nieobce są wątki duchowo-mistyczne. Jego zadaniem jest wprowadzenie adeptów "na ścieżkę spekulacji intelektualnych, humanizmu, syntezy duchowości i racjonalizmu" poprzez niesutanne przypominanie o przemijalności życia, które stanowi drogę poszukiwania prawdy. Laickość oznacza zwyczajnie tyle, że praktykujemy razem wartości humanistyczne, które mogą - lecz nie muszą - wynikać z naszych przekonań i praktyk religijnych. Ryt jest zatem sprawdzianem i zadaniem.
Sprawdzianem tego, czy rzeczywiście drogie są nam wartości ogólnoludzkie. Zadaniem, przypominającym o konieczności ociosywania swojego kamienia, by te wartości autentycznie kształtowały nasze życie.

***
Ideały oświecenia, wyrażane eliptycznie w zawołaniu równość, wolność, braterstwo, są mi bardzo bliskie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że dominujące oświeceniowe tendencje stanęły na przeszkodzie ich urzeczwistnienia. Myślę tu o dwóch skrajnościach w naszym myśleniu o świecie. Pierwsza, racjonalistyczna, zredukowała człowieka do racjonalnej duszy niezależnej od ciała. Druga, mechanicystyczna, zredukowała człowieka do bycia biologiczną maszyną. 

Wolnomularstwo, w tym ryt francuski, są jak gdyby trzecią drogą oświecenia, taką, która unika obu redukcjonizmów. Ryt bowiem jest wyrazem filozofii masonerii, kształtuje zatem adeptów, oddziałując kompementarnie na ich zmysły, emocje, odczucia, myśli. Przez to łączy silnymi więzami doświadczenia pracujących Siostry i Braci. Nie nadaje się zatem do zimnego, intelektualnego zgłębiania (samo "szkiełko i oko"), ale wymaga osobistego przeżycia i doświadczenia, których nie daje się wyrazić słowem.

***
W wielu obszarach naszej kultury rytuał i związane z nim ryty muszą się odrodzić. Dzieje się to powoli, przechodząc przez fazy "muzealne" czy skansenowe, takie jak festiwale, nagrania dokumentujące wyniki archiwistycznej niemal pracy.
Sztuka Królewska szczęśnie niegdy rytu i rytuału nie zagubiła, kształtują ją więc żywe i nieprzerwane doświadczenie. 

W wielu obszarach naszej kultury rytuał i związane z nim ryty muszą się odrodzić. Dzieje się to powoli, w ramach stopniowego kwestionowania scjentystycznej racjonalności, w języku fideistycznej i nieracjonalnej duchowości i mistyki.
Sztuka Królewska szczęśnie przechowała rytuał, który mówi o wartościach ogólnoludzkich, racjonalnie dostępnych, oświeceniowych. I nieprzerwanie kształtuje w nich życie swoich adeptów, oddziałując komplementarnie na cielesno-duchowe compositum.

Rytuał nie jest wiedzą czy erudycją. "Cóż za pożytek np. z osobistej wielkiej wiedzy o masonerii, jeśli w codziennym życiu samemu prowadzi się do konfliktów, podziałów i jałowych sporów"? - pyta słusznie w swej desce brat Adam. Jako ogarniające całego człowieka doświadczenie, w którym zmysły i dusza stają się jednym, rytuał i ryt to droga budowania "braterskich relacji wspierających i poszukujących wspólnego dobra, wydaje mi się właśnie ową najwyższą mądrością, która widzi, rozumie i rozwija. Wszak ewangeliczna zasada „po ich owocach poznacie ich” może być odniesiona i do tej kwestii. Cóż ze zdobywania wiedzy, gdy czyni nas ona uboższymi? Cóż z mądrości, jeśli służy ona wyzyskowi lub pustemu konkurowaniu?".

***
Pytanie tylko, czy my sami świadomi jesteśmy tego, czym żyjemy? A jeśli tak, to na ile jesteśmy świadomi? Czy głęboki sens naszych rytów wpisany jest w nasze serca? A może traktujemy ceremoniał tylko jako przekazany przez historię, ceremonialny dodatek? Czy znaczenie rytuału i rytów postrzegamy w wystarczająco szerokim kontekście i w wystarczająco rozległej perspektywie? Czy chcemy, by każda kolejna praca przynosiła doskonalsze współdziałanie w ramach rytu - była piękniejsza, głębsza, bardziej uobecniająca fundamentalne dla człowieka i jego kultury imponderabilia.

Te pytania są moim wielkanocnym rachunkiem sumienia. Bo choć droga jest jasna, każdy z nas jest na niej tylko skończonym i niedoskonałym człowiekiem.


 _______
Zdjęcie za swiatkwiatow.pl
  

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

ANTYSEMITYZM POTWORNY, ANTYSEMITYZM KANONIZOWANY. CASUS HEIDEGGERA I KOLBEGO

Gazeta Wyborcza nie ma u mnie dobrych notowań. Nie wiem, co stało się z jej redaktorami, ale liczba uproszczeń w tekstach, rozchwianie w opiniach, a nadto - przy określonych tematach - jawne wpisywanie się w nurt politycznej poprawności, mocno kłują w oczy.  Towarzyszy zaś temu niechęć do publikowania sprostowań i ripost, co nie jest szczególnym powodem do chluby dla środowiska, podkreślającego swe demokratyczne zasługi.

Piszę o tym w kontekście Martina Heideggera, a dokładniej w kontekście tekstu Czarne myśli geniusza...
Dotyczy on tzw. Heideggerowskich Czarnych zeszytów, w których, bez skrupułów i cenzury, Heidegger wyłożył swoje opinie na temat Żydów. 
W redakcyjnym alembiku wymieszano wszystko - inkryminację "ciemnego stylu" Heideggera, niechęć filozofa do beztroskiej technologizacji życia, romans z Hannah Arendt, bycie "nabytkiem Hitlera" i opinie o samych Czarnych zeszytach. Wniosek - mimo ostatniego zdania tekstu - nasuwa się taki, że cała spuściczna Heideggera jest nie warta funta kłaków - był niekonsekwentny, być może bełkotał, nie rozumiał dobroczynności postępu technicznego, a jego antysemityzm był odrażający. Więc nawet jeśli filozofii Heideggera nie da się ominąć szerokim łukiem, to trzeba podejść do niej odpowiednio przygotowanym.

***
Reakcje - które śledziłem na Facebooku - były jednoznaczne. Można je sprowadzić do symbolicznej deklaracji uchronienia przez Heideggerowską zarazą. 

Nie kryję swojej odrazy do antysemityzmu. Nie kryję też, że taką odrazę budzi we mnie Heidegger.
Ale nie ma we mnie zgody na inkriminacyjną politykę Wyborczej - Heidegger jest łatwym łupem, jako Niemiec i członek NSDAP. Pytanie, co zrobić z antysemityzmem w sytuacjach mniej oczywistych.

Spośród wielu możliwych "sytuacji nieoczywistych" wybiorę jedną, sprowokowany wywiadem z Adamem Michnikiem. Orzekł w nim, że Polska jest krajem katolickim (!), że bez Kościoła Polska stanie się czarnym obrazem, gdyż ludzie nie będą mieli gdzie uczyć się o tym, co dobre, a co złe, że polscy duchowni winni się przemienić, przechodząc od bycia "duchowieństwem rydzykowym", do bycia "duchowieństwem wojtyłowym".

***
Jednym z emblematów Kościoła wojtyłowego jest kanonizacja Maksymiliana Kolbego. Zaangażowanie w tę sprawę Jana Pawła II było na tyle silne, że odłożono na bok wątpliwości podnoszone m. in. przez środowiska żydowskie, wskazujące na zajadły, antysemicki ton przedwojennych publikacji Kolbego.
Nie mam wątpliwości, że czyn, wieńczący życie Maksymiliana, zasługuje na uznanie. Publicystyka ta jednak wciąż mnie niepokoi.

***
O Heideggerze napisano w Wyborczej, że 

"filozof nie był wprawdzie ideologiem nazizmu ani wojującego antysemityzmu, ale obiegowe stereotypy na temat Żydów ("światowe żydostwo") wkomponował w swoje koncepcje filozoficzne akurat w okresie, kiedy stali się oni przedmiotem największych prześladowań.

Stereotypy obejmowały, rzecz jasna, przekonanie o spisku, chęci zawładnięcia całym światem, czy sprokurowanie "zasady rasowej", która obróciła się przeciw nim. Widać tu, m. in. wyraźne echa Protokołów Mędrców Syjonu.

Takie same wątki wytropić można w publicystyce Kolbego, co poświadcza książeczka Św. Maksymilian Maria Kolbe o masonerii i Żydach, wydana pod redakcją dr. Stanisława Krajskiego.
To ksiażka trudna do przebrnięcia ze względu na poziom niechęci i mnożących się stereotypów. Wybieram zatem tylko kilka cytatów, które obrazują kwestię, zainteresowanych odsyłając do całej pracy:

"Uczą też, że żydowi wolno oszukać, okraść chrześcijanina, bo „wszystkie majętności gojów są jako pustynia, kto je pierwszy zajmie, ten jest ich panem”".
"masoni to nic innego jak tylko zorganizowana klika fanatycznych żydów, dążących nieopatrznie do zniszczenia Kościoła Katolickiego, któremu nam Bóg Człowiek zapewnił, że bramy piekielne nie zwyciężą go. Biedni, szaleni uderzają głową o skałę".
"Czyście panowie masoni słyszeli? Ci, którzy was zorganizowali i wami skrycie rządzą, żydzi, uważają was za bydlęta, znęcone do lóż masońskich dla celów, których nawet nie podejrzewacie, dla mydlenia oczu gojom". "„Goje to stado baranów, my zaś jesteśmy wobec nich wilkami, a wiecie wszak, co staje się z owcami, kiedy do owczarni zakradną się wilki. Zamkną oni oczy jeszcze i z tej przyczyny, że obiecamy im zwrot wszystkich odebranych swobód po zwyciężeniu wrogów pokoju i pokonaniu wszystkich partii. Czy warto wspomnieć o tym, jak długo oczekiwać będą tego zwrotu?".

***
Nie same te cytaty są dla mnie jednak najbardziej porażające. Wstrząsający jest tekst wprowadzający Krajskiego:




"Gdy ktoś wini za coś żydów, gdy mówi, że to oni sterują masonerią, uznany jest natychmiast za oszołoma, antysemitę, ksenofoba i faszystę. Takie etykiety przylepia mu nie tylko lewica i jej media ale również wielu wydawałoby się normalnych ludzi, do których trafia „argumentacja” czerwonych i różowych.
Zobaczmy, że takie etykietowanie ma wiele różnych, często nieprzewidzianych przez etykietujących skutków. Jeżeli mówi się bowiem „a” trzeba powiedzieć także „b”. Jeżeli oszołomem, antysemitą, ksenofobem i faszystą jest każdy, kto wini za coś żydów, kto mówi, iż stoją za masonerią, to za ksenofoba, oszołoma, antysemitę i faszystę należy uznać również na przykład św. Maksymiliana Marię Kolbego.

Przykład dał tu Adam Michnik, który w jednym z wywiadów dla „Polityki” stwierdza: „Kolbe był również w jakiejś mierze twórcą „Rycerza Niepokalanej” i „Małego Dziennika”, a więc pism, które symbolizują ciemny i obskurancki nurt polskiego katolicyzmu, pism prymitywnych, krzewiących religijną nietolerancją i etniczną nienawiść”.
Zauważmy, że jeżeli św. Maksymilian jest odpowiedzialny za prymitywizm, religijną nietolerancję, etniczną nienawiść, jeżeli w konsekwencji jest właśnie antysemitą, ksenofobem itd., to o to wszystko należy również oskarżyć cały Kościół katolicki, a przede wszystkim papieża Jana Pawła II, który gorąco zabiegał o beatyfikację i kanonizację O. Kolbego i który doprowadził do tego, że został on w takim przyspieszonym trybie świętym. Takie oskarżenie każdy, dosłownie każdy musi uznać za kosmiczną bzdurę, szczególnie w kontekscie wszystkich tych ostatnich wystąpień papieża, w ramach których uczynił wiele pojednawczych gestów wobec żydów podkreślając wielokrotnie to, co zresztą dawno już ogłosił, że antysemityzm jest grzechem.

Już w ramach procesu beatyfikacyjnego poddaje się bardzo szczegółowej ocenie wszelkie teksty i publiczne wypowiedzi kandydata na ołtarze pochodzące z okresu jego dojrzałego życia chrześcijańskiego. Jeżeli w tych tekstach lub wypowiedziach znalazłoby się coś, co byłoby w jakikolwiek sposób sprzeczne z wiarą i moralnością chrześcijańską fakt ten spowodowałby, iż taki proces nie zakończyłby się pozytywnie. Jeżeli więc św. Maksymilian Maria Kolbe został świętym to z tego wynika jasno i wprost, że w jego tekstach nie doszukano się żadnych błędów, że wszystkie one są w pełni zgodne z porządkiem wiary i moralności katolickiej, że przy każdym ich wydaniu każda kuria biskupia musi dać im imprimatur.
Tak więc wszystkie poniższe teksty są zgodne z porządkiem wiary i moralności katolickiej. Wszystko to, co jest w nich powiedziane o żydach nie ma najmniejszych znamion grzechu antysemityzmu. Ich lektura, ich analiza może więc nam pozwolić zakreślić pewne pole w ramach którego możemy się jako katolicy swobodnie, zgodnie z sumieniem i nauką Kościoła poruszać.

Przy okazji uświadomimy sobie zapewne, że ktoś stosując różnego typu chwyty poniżej pasa chce nam zamknąć usta, zmusić nas do tego, żebyśmy na pewne tematy się nie wypowiadali. Nie dajmy się zwariować, nie dajmy sobie wyprać mózgów, pamiętajmy zawsze, że tak jak mówi św. Augustyn należy kochać bliźniego i nienawidzić jego grzechów, że kochając bliźniego trzeba zrobić wszystko aby pomóc mu w wyrwaniu się z grzechu, zrobić wszystko aby ten grzech nie dotknął innych.

Święty Maksymilian Maria Kolbe mówił, co myślał, bez żadnych ogródek. Oskarżał żydów wręcz o wszelkie zło tego świata ale zarazem kazał się za nich modlić, kazał się modlić o ich opamiętanie i ich nawrócenie, o to, by uznali Niepokalaną za swoją Królową. Możemy spokojnie kroczyć drogą wielkiego polskiego świętego i najwyżej przypominać sobie od czasu do czasu powiedzenie: „Psy szczekają, a karawana idzie dalej”.


***
Antysemityzm antysemityzmowi nierówny? Chyba tak, po jeden potworny, a drugi uświęcony.
Przy czym antysemityzm Heideggera wydaje mi się zdecydowanie mniej niebezpieczny. Dyskusja na jego temat trwa od dawna, formułowane oceny są jasne. Dziwi mnie tedy mowa o niemieckich wzburzeniu - w końcu po "dandysie nazi-filozofii", jak mawia mój kolega, antysemityzmu spodziewać się trzeba.

Bardziej niepokoi mnie ten drugi typ antysemityzmu, legitymizowany przez procedury kanonizacyjne, przekazywany z pokolenia na pokolenie, traktujący publicystykę Maksymiliana niczym teksty formacyjne. Środowisko, które tak korzysta z tego dorobku, jest widoczne. To nie odosobniony przypadek Krajskiego czy księdza, który był u mnie "po kolędzie".

Potrzeba, moim zdaniem, wysiłku i subtelności, by węzeł antysemityzmu skutecznie rozsłupłać, by oceniać negatywnie to, co wymaga takiej oceny (a nie mieszać wszystko ze wszystkim). By móc oddać cześć temu, co było wielkie. Opozycja antysemityzmu potwornego i antysemityzmu kanonizowanego nie wydaje mi się bowiem dobra.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

WYKORZENIĆ ZARAZĘ, JAKĄ JEST ROZUM? WIARA, WOLNOŚĆ I DEMOKRACJA

Zaobserwowałem ostatnio ciekawą zależność socjologiczną - ilekroć przychodzi mi rozmawiać na temat światopoglądowej i religijnej neutralności państwa, traktowany jestem jako ateista. To symptomatyczne, że niemal nikomu z moich interlokutorów nie przychodzi do głowy, że można uznawać koncepcję państwa świeckiego także z pobudek religijnych.
Potwierdza to tylko pogląd Paula Ricoeura o zaniku języka religijnego i (ewentualnej) potrzebie jego rekonstrukcji.

***
Język religijny zaniknął z wielu powodów. Jednym z nich jest, moim zdaniem, polityka Kościoła rzymsko-katolickiego, który - poczynając od przemian nowożytnych - przekształcił wiarę w teologię, a teologię w rodzaj nauki pewnej, koniecznej i uniwersalnej, której wyniki można co najwyżej aprobować, ale nie kwestionować. Kościelny scjentyzm związał się przy okazji z działalnością misyjną - skoro "poznacie prawdę, a prawda Was wyzwoli", to zadaniem Kościoła jest NAUCZAĆ, oczekując od wiernych podporządkowania i bierności.
Mimo że od Vaticanum II upłynęło już wiele czasu, nad Wisłą wciąż dominuje język i perspektywa bliższe Humanum genus czy Pascendi Dominici Gregis. Niezrozumiałe dla wielu działania naszego episkopatu stają się jasne w kontekście tych dokumentów. Zrozumiałe staje się także podsycanie przez niektóre środowiska lęku przed spiskami, mającymi na celu zagładę Kościoła i ludzkości.

Wymowna jest w tym kontekście encyklika Leona XIII Humanum genus, wymierzona przeciw "sekcie masońskiej" i utożsamionej z wolnomularstwem walce na rzecz socjalizmu.
Celem tego dokumentu jest rozbudzenie pracy na rzecz "wykorzenienia tej zarazy, która zdradliwie krąży w żyłach chrześcijańskich narodów".

Jako że za zarazę odpowiadają poszczególne bakterie czy wirusy dobrze będzie wskazać co, według Leona XIII, krąży w krwi chrześcijańskiej, konsekwentnie ją zatruwając.

1. Źródłem spisku masońskiego jest akceptowany przez wolnomularzy naturalizm
"...ostatecznym celem ich zamierzeń - pisze Leon XIII - jest: obalić doszczętnie ład religijny i społeczny powstały na gruncie instytucji chrześcijańskich i zastąpić go nowym ładem, uformowanym według ich założeń, których podstawowe zasady i prawa zaczerpnięte zostały z naturalizmu".
Przez naturalizm zaś rozumie pogląd, że "że natura ludzka i rozum ludzki mają być we wszystkich sprawach naszym nauczycielem i przewodnikiem". We wszystkich, więc także w etyce, która - jak chciał choćby Kant - jest domeną "ogólnoludzkiego" rozumu praktycznego.

2. Zagrożenie masońskie polega na promowaniu działań, które zmierzają do przeprowadzenia "całkowity rozdziału religii od życia w świecie. W ten sposób chcieliby zbawienny wpływ Kościoła na prawodawstwo i administrację państw usunąć zupełnie i na przyszłość wszystkie sprawy publiczne układać bez oglądania się na prawa i zasady Kościoła". Wiąże się to z przekonaniem, że w sferze publicznej nie da się uprzywilejowywać jakiejkolwiek religii oraz że współdzialający ze sobą ludzie mogą nie traktować różnic religijnych jako tego, co ich fundamentalnie dzieli (dochodzi zatem do zrównania religii, co - zdaniem Leona XIII - oznacza, że religia przestaje być sprawą ważną).

3. Zasadzie rozdziału państw od kościołów towarzyszy kolejne zagrożenie: uznanie świeckiego charakteru szkoły publicznej, a więc nie dopuszczanie do tego, by "by słudzy Kościoła brali udział w wychowaniu i kształceniu młodzieży czy to jako nauczyciele, czy jako opiekunowie duchowi, i już w wielu miejscach dopięli tego, że wychowanie młodzieży znajduje się wyłącznie w rękach ludzi świeckich, a w kształtowaniu jej obyczajów nie wolno nawet wzmiankować o największych i najświętszych powinnościach, które łączą człowieka z Bogiem".

4. Zadaniem masonów, w działaniach których widać " tę samą nieubłaganą nienawiść i żądzę odwetu, jaką Szatan pała przeciw Jezusowi Chrystusowi", jest także zniszczenie publicznej moralności, propomacja rozpasania, zniszczenie małżeństwa, odebranie godności przynależnej kobiecie i kasacja praw przynależnych potomstwu.
Swój konkretny wyraz znajduje to w propozycji odróżnienia ślubów cywilnych od kościelnych i w zabieganiu o prawo do rozwodu. 
Przepojenie najszerszych mas "rozwiązłością bez żadnych hamulców" odbywa się przez promowanie przekonania, że "Małżeństwo jest pewnym rodzajem umowy i może być prawnie rozwiązane na żądanie tę umowę zawierających. Władze publiczne mają prawo wyrokowania w sprawach małżeńskich. W wychowaniu dzieci, gdy chodzi o religię, nie należy im narzucać żadnych określonych poglądów, ani niczego zalecać. To sprawa każdego z nich, gdy dorosną, wybrać to, co im się będzie bardziej podobało". "W wielu krajach, i to nawet katolickich, już istnieją ustawy, wedle których te tylko małżeństwa mają być uważane za ważne, które zostały zawarte cywilnie. W szeregu krajów dozwolone są rozwody, w innych podejmuje się starania, aby jak najszybciej je wprowadzić. Tak więc do tego wszystko dąży aby zmienić samą istotę małżeństwa, to jest zamienić je w związek niestały i chwiejny, który jedynie namiętność kojarzy i namiętność rozrywa".

5. Zbrodnia masonerii polega również na uznaniu, że "wszyscy ludzie równi są pomiędzy sobą, gdyż wspólne mają pochodzenie i takiej samej są natury, wszyscy też powinni osiągnąć taki sam cel ostateczny i mają takie same wypływające stąd prawa i obowiązki".

6. Z powyższego wynikają haniebne poglądy na naturę państwa i władzy: "Wszyscy ludzie podlegają jednym i tym samym prawom. Wszyscy ze wszystkich punktów widzenia są równego stanu. Każdy człowiek jest z natury wolny, nikt nie ma prawa rozkazywać komukolwiek; żądać zaś, aby ludzie poddawali się jakiejkolwiek władzy, która nie od nich samych pochodzi, jest despotyzmem. Wszystko się opiera na wolnym ludzie, władzę można sprawować tylko z nakazu lub przyzwolenia ludu, tak jednak, że gdy się odmieni wola ludu, wolno piastuna władzy strącić ze stanowiska także wbrew jego woli. Źródłem wszelkich praw i obowiązków obywatelskich jest lud lub władza państwowa, ale tylko wtedy, jeśli ustanowiona została według nowych zasad. Poza tym państwo ma być bezwyznaniowe. Istnieją różne wyznania religijne, lecz nie ma żadnej racji, ażeby któremuś z nich dawać pierwszeństwo przed innymi; wszystkie mają zajmować takie samo miejsce".

***
Jak sądzę, poglądy przytoczone jako spiskowe mogą mocno Państwa zdziwić. Wyrażają one bowiem podstawowe wartości państw demokratycznych takie jak: wolność sumienia i wyznania, prawo do rozwodu, akceptacja różnorodności światopoglądowej i brak indoktrynacji etc. Spisek zatem o którym mowa, jest raczej spiskiem oświecenia i demokracji,a nie zagrożeniem "sekciarskim". 
Jeśli mam rację, to przywołany dokument ma charakter polityczny, a nie religijny. 
Jeśli mam rację, to język przywołanego dokumentu jest w Polsce żywy, popularny i pokazywany właśnie jako język religijny". 
Jeśli mam rację, to język religijny rzeczywiście trzeba zrekonstruować.

Sensowny kierunek wskazał - moim zdaniem - Tadeusz Bartoś w książce Koniec prawdy absolutnej. Pochylając się nad tekstami Akwinaty pokazał bowiem zgrabnie, że wiara nigdy nie może stać się wiedzą. Wiedza, jako oczywista, odnosi się bowiem do tego, co postrzegalne, widzialne (evidens wywodzi się od video). Wiara dotyczy tego, czego nie widzimy, a jej pewność jest wynikiem decyzji człowieka, że czemuś lub Komuś zaufa. "...podobieństwo wiary i wiedzy zasadza się na obecności w obydwu podmiotowej pewności. Jednakże wiara i wiedza wzajemnie się wykluczają, dlatego możemy powiedzieć, że warunkiem możliwości wiary jest brak wiedzy, a więc sytuacja, w której przedmiot poznania nie dociera odpowiednio silnie do podmiotu poznającego. Charakterystyczny dla wiary sposób nabierania pewności co do wybranego stanowiska jest czymś szczególnym. Tomasz zauważa, że jeśli pewność wiary nie wynika z widzenia, to musi być rezultatem wyboru - electio. Można więc powiedzieć, że wiara jest wyborem i polega na uznaniu za prawdę czegoś ze względu na to, że samemu chce się, by to prawdą było. Wyboru dokonuje sam człowiek". Uznanie, że wybór ten nie jest efektem myślenia zyczeniowego ("jest tak, bo ja tak chcę"), możliwy jest tylko w języku teologii, to znaczy wybór ten wyjaśnić może łaska. Nie należy to już jednak do ludzkiego porządku poznania i działania, nie poddaje się zatem uniwersalizacji. Z tego powodu nie da się wiary traktować jako światopoglądu, co najwyżej, jako coś, co światopoglądy zakłóca lub destruuje, stawiając człowieka przed pytaniami (a nie odpowiedziami), których w perspektywie "świeckiego rozumu" by nie zadał. 

Tak rozumiana wiara jest doświadczeniem ontologicznym i egzystancjalnym. Jest aktem zaufania, który nie istnieje poza porządkiem decyzji zasadzającej się na wolnej woli i wolności sumienia. Należy również do porządku innego niż porządek intersubiektywnie racjonalnych ludzkich relacji, nie może być zatem argumentem na rzecz podporządkowania państwa jakiejkolwiek konfesji. 
Państwo świeckie (neutralne) pomaga chronić takie doświadczenie wiary. Choćby dlatego że nie powinno definiowac co jest, a co nie jest religią (Polska, niestety, nie przestrzega tego warunku). 
Państwo świeckie pomaga chronić moralność pokazując, że moralność jest tym, co łączy ludzi na pewnym fundamentalnym i intersubiektywnym poziomie. 
Państwo świeckie pomaga chronić człowieka przed próba zmuszenia go do zaakceptwania "niepewnej pewności" wiary, wskazując, że mimo różnic jesteśmy jednak równi, a więc także po równo odpowiedzialni (co ciekawe, w państwie świeckim otwiera się możliwość ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego. O ekumenizmie napisałem ostatnio kilka słów, więc odsyłam). 
Państwo świeckie promuje język solidarności i budowania, a także pozytywną wizję człowieka, który nie jest do gruntu upadły i zły, ale, ze względu na rozumną naturę, jest źródłem norm i wartości.  

Jest to - paradokslanie - bardzo spójne z chrześcijańskim przesłaniem, podług którego nie da się kochać Boga niewidzialnego, jeśli nie kocha się braci, którzy są jak najbardziej namacalni. W logice Nowego Testamentu droga ku Bogu wiedzie zawsze poprzez ludzi, jest zawsze drogą horyzontalną, zawsze orientuje się na tych, którzy żyją na marginesie obowiązującego porządku norm i ekonomicznych wartości.