poniedziałek, 28 grudnia 2015

ŻEROWANIE NA TRUPACH I REFUNDOWANIE LEKÓW. PIS I TRANSPLANTACJE

Na stronach Radia Maryja odnaleźć można tekst Agnieszki Żurek, w którym czytamy między innymi:

Kiedy rozmawiamy o cywilizacji śmierci, myślimy na ogół o eutanazji,
aborcji bądź uzależnieniach od alkoholu czy narkotyków. Rzadko kiedy umieszczamy w tym kontekście zjawisko problemów transplantologii. Dawstwo organów kojarzone jest na ogół pozytywnie, jako przejaw wielkoduszności i bezinteresownego działania na rzecz drugiej osoby.
aborcji bądź uzależnieniach od alkoholu czy narkotyków. Rzadko kiedy umieszczamy w tym kontekście zjawisko problemów transplantologii. Dawstwo organów kojarzone jest na ogół pozytywnie, jako przejaw wielkoduszności i bezinteresownego działania na rzecz drugiej osoby. Tymczasem podobnie jak próbuje się relatywizować moment początku życia, aby w ten sposób próbować szukać usprawiedliwienia dla zabijania dzieci poczętych, manipulacje stosuje się także odnośnie do orzeczenia jego końca. Jeden z pragnących zachować anonimowość lekarzy badających zjawisko śmierci mózgowej stoi na stanowisku, że nie ma martwych dawców. – Popieram natomiast z całego serca przeszczepy od żyjących dawców spokrewnionych – mówi. Symboliczny rok 1968
Obok rewolucji obyczajowej, rozwoju ruchów lewackich i innych zjawisk odrywających kulturę europejską od jej chrześcijańskich korzeni, w tymże właśnie roku doszło także do zmiany definicji śmierci. Do 1968 r. za śmierć uznawano ustanie czynności oddechowych i akcji serca. W 1968 r. natomiast zaproponowano zdefiniowanie na nowo zjawiska śmierci poprzez wprowadzenie kategorii śmierci mózgowej. Ta definicja pojawiła się w tzw. deklaracji z Sydney sformułowanej na 22. spotkaniu Światowego Stowarzyszenia Lekarzy. Tego samego dnia także specjalna komisja powołana na Uniwersytecie Harvarda zaproponowała uznanie śmierci mózgu za kryterium wystarczające do orzeczenia zgonu. Redefinicja pojęcia śmierci związana jest z rozwojem transplantologii. – W nowej definicji śmierci mówi się wprost lub pośrednio o pobieraniu narządów do przeszczepów – zwraca uwagę ojciec dr Jacek Norkowski, autor głośnej książki podejmującej zagadnienia etyczne dotyczące orzekania śmierci pt. "Medycyna na krawędzi". Warto również zauważyć, że ciałem doradczym w sporządzaniu harwardzkiego dokumentu była organizacja Transplant Advisory Panel, co zdaniem ojca dr. Norkowskiego wskazuje na to, iż mógł on powstać na zamówienie lekarzy transplantologów. Tekst harwardzkiego dokumentu nie zawiera żadnego medycznego uzasadnienia zmiany kryteriów orzekania zgonu. Wprowadza jednak istotne zmiany dotyczące sposobu postępowania wobec pacjentów, otwierając niejako furtkę do relatywizacji w sposobie podejścia do chorych. Od tamtej pory zaczęto używać enigmatycznego terminu "zwłoki z bijącym sercem", co w jednoznaczny sposób sugerowało, że mamy do czynienia z osobą nieżyjącą”. 
Przywołany w tekście Jacek Norkowski to dominikanin i lekarz. Podwójne wykształcenie wykorzystuje jako atut do głoszenia między innymi takich poglądów, jakie znaleźć można WPolityce.pl:

„Śledził Ojciec losy 17-letniego Kamila z Wrocławia, u którego stwierdzono śmierć mózgową i za zgodą ojca ale wbrew woli matki chciano od niego pobrać narządy do przeszczepu? Chłopak zmarł, ale temat przeszczepów jest aktualny. Kto miał rację w tym konkretnym przypadku?O. Jacek Norkowski OP: Moim zdaniem rację ma mama i wszyscy ci, którzy domagali się leczenia. Problem polega na tym, że polskie procedury de facto nie przewidują leczenia ludzi z urazem mózgu. Wszystko co się robi, to przywrócenie krążenia i obserwowanie, czy stan pacjenta będzie się pogarszał, czy nie. Gdy się nie pogarsza, to jest dobrze, próbuje się chorego wybudzić itd. Jeśli natomiast jego stan zaczyna się pogarszać, stosuje się barbiturany, które jednak w przypadku dużego urazu mózgu nie wystarczają. Wówczas wzrasta ciśnienie śródczaszkowe  i dochodzi do wtórnego uszkodzenia mózgu. W tym czasie zamiast przeprowadzić na przykład kraniotomię (otwarcie czaszki w celu uzyskania dostępu neurochirurgicznego do mózgu - przyp. red.), którą prof. Talar jako chirurg powiatowy robił w takich przypadkach już 30 lat temu, to teraz nie robi się nic i czeka, aż stan chorego na tyle się pogorszy, że będzie można orzec śmierć mózgową i zgodnie z prawem pobrać narządy. Dobrze jest, jak się oczywiście spyta rodzinę o zdanie, ale jeżeli nie zapobiega się rozwojowi obrzęku mózgu, to nie dopełnia się według mnie istotnej części działania lekarskiego, które powinno być obowiązkowe. Więc te procedury są absolutnie wadliwe.Dlaczego procedury w Polsce są tak szokująco niekorzystne dla pacjentów z uszkodzeniem mózgu?Te procedury ułatwiają pobieranie narządów. Tu nie ma jakiejś heroicznej walki o chorego, tylko przywrócenie krążenia po to, żeby narządy były ukrwione, czekanie aż mózg obrzęknie i pobranie narządu. To jest procedura całkowicie ukierunkowana na pobieranie narządów, nie na leczenie. Pozostawienie tego bez debaty publicznej jest niedopuszczalne, bo potem mówi się, że wszystko jest zgodne z prawem. No i jest, bo takie mamy procedury, ale lekarza obowiązuje jeszcze sumienie i zdobywanie dostępnej wiedzy. Lekarz nie może zasłaniać się procedurami, on powinien działać w interesie chorego. To jest zasadnicza część powołania lekarskiego.Czy przeszczepianie narządów z Ojca punktu widzenia w ogóle nie jest do przyjęcia?Zabrzmi to kolokwialnie i dosadnie, ale ja skupiam się na problemie zabijania ludzi na narządy. Natomiast problem przeszczepiania narządów jest szerszy, bo można je pobierać w taki sposób, żeby nie powodować śmierci dawcyCo jakiś czas słyszymy o kolejnych sukcesach w dziedzinie transplantologii. Nie robi to na Ojcu wrażenia?Jest wiele osób, które uważają, że w ogóle jest to trochę błędny kierunek w medycynie. Ja też uważam, że to jest coś, co się nigdy w nic wielkiego już nie rozwinie i prawdziwym przełomem będzie regeneracja narządów za pomocą komórek macierzystych własnych, a nie pochodzących np. od mordowanych zarodków. Już teraz pobiera się je od samego pacjenta i technika idzie tak szybko do przodu, że za jakieś 10 lat przynajmniej w krajach bogatszych stanie się to dość powszechne, łącznie z regeneracją mózgu. Do Polski też to w końcu dojdzie. I to jest przyszłość. Każdy przeszczep zostaje odrzucony - taka jest zasada. Organizm nie uznaje przeszczepu za coś własnego, w związku z czym chory nigdy nie wraca do zdrowia i pełni sił. Cały czas musi brać leki immunosupresyjne, które są piekielnie drogie. Człowiek z przeszczepem twarzy szuka teraz pieniędzy na to, żeby opłacić te leki, których koszt to nawet kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie.Te koszty mają znaczenie w dyskusji na temat przeszczepów?Leki immunosupresyjne zmniejszają sztucznie odporność organizmu, żeby tolerował przeszczep. Ale to naraża człowiek na śmierć z powodu infekcji i chorób. Także to nie jest wcale takie szczęśliwe rozwiązanie. Stoją za tym raczej wielkie pieniądze firm farmaceutycznych, dla których każdy człowiek na przykład z przeszczepioną nerką, bo takich przeszczepów jest najwięcej, to żyła złota. Bo taki chory, albo jego system ubezpieczeniowy, musi wydać kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie na to, żeby on żył”.


Ze środowiskiem mediów o. Tadeusza Rydzyka czy fornda.pl związany jest również filozof Bogusław Wolniewicz. Jego zapatrywania na przeszczepy są następujące:

„«Od dawna uważam, że tzw. transplantacje, czyli przeszczepy, są w istocie nową postacią ludożerstwa. Wprowadzanie ludożerstwa do naszej cywilizacji oznacza dla niej głęboki przewrót». […]Prof. Wolniewicz jest przekonany, że transplantologia stanowi zagrożenie dla naszej cywilizacji. «Nie można niszczyć cywilizacji, żeby dogodzić paru ciężko chorym – mówił profesor, po raz kolejny używając mocnych słów i określając przeszczepy jako “żerowanie na trupach»”.

Całe to środowisko przez przedstawicieli obozu aktualnie rządzącego uważane jest za depozytariusza prawdy. „Zwracam się do wielebnego ojca dyrektora. Zwracam się z podziękowaniem za to wszystko, co uczynił dla polskiego Kościoła, dla Polski. Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa. Ojciec dyrektor skromnie siedzi, a powinien wstać. Nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja. Nie byłoby. […] To zwycięstwo potrzebowało prawdy i ludzi, którzy prawdzie służą. Którzy służą Polsce. Którzy są patriotami. To zwycięstwo jest także potwierdzeniem jednej prawdy. Fundamentem polskości jest Kościół i jego nauka. I że nie może być Polski bez Kościoła” — mówił Jarosław Kaczyński na obchodach 24 rocznicy powstania Radia Maryja.

Dziś przeczytałem, że nowa lista leków refundowanych uderza w pacjentów po przeszczepach. Nie znalazły się na niej Prograf (jego cena wzrośnie z 3,20 do 159.09 zł.) i Valcyte (cena pójdzie w górę z 3,20 do 1417,5 zł.).
Warto także przeczytać tekst o skutkach działań Zbigniewa Ziobry dla polskiej transplantologii. Znaleźć go można tutaj

W świetle powyższych cytatów i ideowego zaplecza rządu można pytać, czy to tylko przypadek? 

niedziela, 27 grudnia 2015

ŚWIĘTA RODZINA, REGNERUS I LOGIKA EKONOMII

“Madonna, Lover and Son” by Becki Jayne Harrelson


„Kwestia małżeństwa jednopłciowego jest dla mnie szczególnie interesująca ze względu na to, jak odnosi się do niej hierarchia kościelna. Od 1 w. po Chrystusie model rodziny przekazuje nam Kościół pod postacią Świętej Rodziny. Przyjrzyjmy się jej. W Świętej Rodzinie ojciec nie jest ojcem: Józef nie jest przecież ojcem Jezusa. Syn nie jest synem: Jezus jest synem Boga, a nie Józefa. Józef nigdy nie kochał się ze swoją żoną. Matka – no, tak, jest matką, ale pozostaje dziewicą. Mianem Świętej Rodziny nazywał elementarną strukturę pokrewieństwa Lévi-Strauss. Ta struktura w zasadniczy sposób zrywa ze starożytną genealogią opartą na filiacji: na filiacji naturalnej, na uznaniu rodzicielstwa i na adopcji. W Świętej Rodzinie odpada zarówno wątek filiacji naturalnej, jak i uznania ojcostwa – zostaje tylko adopcja. A więc od czasu Ewangelii wg św. Łukasza Kościół proponuje nam jako model rodziny elementarną strukturę ufundowaną na adopcji: nie chodzi już o to, by płodzić dzieci, ale by się odnaleźć i wybrać. Do tego stopnia, że przecież jesteśmy rodzicami, ojcem, matką, dopiero gdy powiemy dziecku: „wybraliśmy cię”, „adoptuję cię, bo cię kocham”, „to ciebie chcieliśmy”. To działa też w drugą stronę: dziecko wybiera swoich rodziców, bo ich kocha. W tym sensie, przynajmniej według mnie, stanowisko Kościoła wobec małżeństw jednopłciowych jest kompletną tajemnicą – przecież ten problem rozwiązano już dwa tysiące lat temu! Doradzałbym katolickim hierarchom, żeby przeczytali raz jeszcze Ewangelię według św. Łukasza – albo żeby się wreszcie nawrócili”
— pisał Michel Serres. 
“Jesus has Two Daddies” (2011) by Andrew Craig Williams
Narracja ewangeliczna i słowa filozofa czytam w tym roku przez pryzmat Pieśni nad Pieśniami. W świątecznym numerze Faktów i Mitów Tomasz Kozłowski przypomniał ważne studium biblisty André LaCocque’a. LaCocque dowodzi, że ta księga biblijna napisana została przez kobietę. Wstęp, w którym jako poetę wskazuje się Salomona, jest dodatkiem służącym oderotyzowaniu tekstu i nadaniu mu charakteru alegorycznego (kobieca bohaterka Pieśni staje się alegorią Mądrości). Wybór Salomona jako symbolicznego autora księgi biblijnej nie jest zresztą przypadkowy – uważano go bowiem za autora licznym utworów poetyckich, a także za wybornego kochanka, który był w stanie sprostać 700 żonom-księżniczkom i 300 żonom drugorzędnym (1 Krl 11, 3). Bohaterką Pieśni jest kobieta – młoda i zamożna (tekst mówi jasno i tym, że ma piękny dom, posiada płaszcz, obnosi się z pachnidłami i biżuterią). Jest także kobietą wolną, przez co należy rozumieć zarazem to, że jest niezamężna, jak i to, że nie podlega ojcu, ale jest panią sama dla siebie (co ciekawe, w tekście księgi nie pojawia się w ogóle postać ojca bohaterki, ona zaś – wbrew zwyczajom – zaprasza oblubieńca do domu swojej matki). Mówi ona wyraźnie: „Moja własna winnica należy do mnie”, nie jest zatem ani własnością mężczyzny, jedną z kobiet w haremie, ani podopieczną braci, których obowiązkiem była ochrona siostry „w okresie przed jej małżeństwem”. Miłość, jaką deklaruje mężczyźnie, jest jej wolnym wyborem. Nie da się jej ani kupić, ani zaaranżować, ani wywołać poprzez małżeństwo. Sens tej miłości nie daje się także sprowadzić do prokreacji – zbliżenie erotyczne ma tu wartość samą w sobie, niezależną od płodności i wymogu przedłużenia rodu.  LaCoque ... stawia tezę, że autorka Pieśni nad pieśniami nie tylko chwali woloną kobietę i wolną miłość, ale dokonuje świadomej desakralizacji namaszczonego języka religii jahwistycznej. Pochwała erosa, wolnej miłości, która wiąże wolą kobietę z oblubieńcem, jest oddana w poezji na wskroś naturalistycznej, takiej, która budzi niepokój i zachęca do zabiegów cenzorskich.

El Greco
Miriam z Nazaretu doskonale wpisuje się w wolnościową perspektywę Pieśni nad Pieśniami. W sposób wolny zgadza się na macierzyństwo, zachowując dystans zarówno do orędownictwa anioła, jak i do Józefa. W tekstach ewangelicznych widzimy ją zawsze w towarzystwie syna, nigdy męża. A gdy Jezus umiera na krzyżu oddaje ją w opiekę jednego ze swoich uczniów, choć nic nie wiadomo z opowieści nowotestamentalnej, by jej mąż miał już nie żyć. Niewielkie wzmianki o Miriam nie pokazują jej ani jako podporządkowanej instytucji małżeństwa, ani jako podporządkowanej mężowi, ani jako podporządkowanej „naturalnemu zadaniu kobiety”, czyli prokreacji. Na początku stoi jej wolność i jej zgoda, do tego stopnia, że Józef — wierny prawu swojej religii — ma zamiar oddalić Miriam jako małżonkę, która sprzeniewierzyła się normom związanym z małżeństwem. Jak podaje ewangeliczny tekst, pozostaje po interwencji niebios. Ale interwencja ta usprawiedliwia model życia opartego na miłości odległy od kanonów religii instytucjonalnej, które później tak odważnie krytykować będzie Jezus.

Jestem ciekaw, do jakich wniosków doszedłby Marek Regnerus, gdyby dane by mu było „zbadać” Święta Rodzinę. W swoim niesławnym (z powodu dyskwalifikujących błędów metodologicznych), a wciąż kolportowanym przez pewne środowiska Raporcie udało mu się tak naprawdę ustalić, że „patologiczne warunki dorastania skutkują patologiami wychowawczymi”. Twierdzi również, że dzieci, które nie wychowywały się w „nienaruszonej biologicznie rodzinie” wypadają gorzej w odniesieniu do wybranych przez niego parametrów, w tym również znaczna ich część jest homo- lub biseksualna.

Warunki dorastania Jezusa na pewno nie były różowe. Żył w kraju, w którym 90% obywateli żyła poniżej progu ubóstwa, a 50% zysków oddawano na podatki. Władza Rzymian w Judei sprawowana była „poprzez wysoko postawiony kler kierujący świątynią. Jest rzeczą pewną, że wysoko postawieni duchowni kupowali tytuły i przywileje od Rzymu, płacąc za nie żywym złotem. Każdego dnia w świątyni składano ofiarę ku czci cezara”. Dorastał w rodzinie, odbiegającej w znaczący sposób od związku realizującego się podług akceptowanych reguł i norm. Szybko zresztą uciekł od rodziców, pozostając w świątyni. Jak podaje Łukasz, rodzice szukali go, a po odnalezieniu Miriam zapytała: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». Odpowiedź Jezusa nie jest czuła, jest wręcz — z punktu widzenia rodziców — niemiła i niezrozumiała”  «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» . Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział”. Nowy Testament daje nam wskazówki, że rodzina Jezusa później się rozpadła. Józef znika z jej kart, Miriam zaś przebywa w bliskości syna, by w końcu zamieszkać ze wspólnotą apostołów (zob. wieczernik w kontekście zesłania Ducha Św.). Wiemy także, że później Jezus wybrał sobie jako własne środowisko ubogich rybaków, celników, prostytutki, tych wszystkich, którzy dla społeczeństwa tamtej doby uchodzili za wyrzutków i grzeszników. Ewangelia mówi nam o szczególnie silnej więzi uczuciowej łączącej Jezusa z jednym z uczniów. Tradycja poucza o jego niezwykłej relacji z Marią Magdaleną. To była jego rodzina, w odróżnieniu od rodziny biologicznej. Bracia w Jezusa nie wierzyli (zob. J 7,5), a nawet sądzili, że Jezus odszedł od zmysłów (MK 3, 21). Wymowna jest w tym kontekście scena z Ewangelii Marka (3, 31-5). Opisuje on, jak matka i krewni Jezusa rozpytywali o niego na dworze. Jezus tak komentuje ten fakt: „«Któż jest moją matką i [którzy] są braćmi?».  I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: «Oto moja matka i moi bracia.  Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką»”, odnosząc te słowa także do Miriam, występującej w tym fragmencie w opozycji do syna. W końcu Jezus od początku działa ze świadomością, że musi oddać swoje życie za życie dla wielu – mamy więc, nie patrząc na pobudki, jawny suicydalny rys jego osobowości.

Gdybym był Regnerusem, mógłbym sobie poużywać. Dla konserwatywnego modelu rodziny mamy tu jak na widelcu same patologie, których produktem jest ambiwalentny, być może biseksualny, Jezus, otaczający się społecznymi wyrzutkami i dążący do autodestrukcji.

Sam widzę w tej opowieści coś zupełnie odmiennego. Mianowicie, widzę niespotykany poziom wrażliwości na społeczne wykluczenie. Dostrzegam umiejętność widzenia człowieka niezależnie od społecznych standardów, które reglamentują kto może, a kto nie może być „człowiekiem naprawdę”. Jezus nie głosi zbawienia poprzez karierę w strukturach władz, poprzez puchnące konta bankowe, zmyślność w posługiwaniu się ludźmi czy sztywny ceremoniał religijny, którego celem jest umacnianie wiary w siebie jako „dobrego człowieka”. Nie mówi też, uświęca nas miłość tylko wtedy, gdy wpisuje się w sztywne normy religijne i prawne, a służy zasadniczo prokreacji.
Dorastając w „patologicznych” warunkach — bez biologicznego ojca, bez zrozumienia w rodzinie, w kraju potwornej biedy i segregacji ludzi – Jezus odrzuca „logikę ekonomii” i pokazuje, że jej prawa nie są obiektywne, uniwersalne i nie znoszące sprzeciwu. Towarem nie jest choćby miłość — dlatego może mieć umiłowanego ucznia, i, jak chce tradycja, w szczególny sposób umiłować Marię Magdalenę. Dlatego może odkrywać ludzką twarz prostytutek, celników i grzeszników, którym „łatki i stygmaty” przypisuje dominująca logia utowarowienia i ekonomii. Z tego też powodu jest szaleńcem — bo nie zmaga się ze swoimi czasami za pomocą reguł oficjalnej gry, ale za pomocą działań inspirowanych zupełnie odmienną, obcą tamtemu światu logiką. Tę wrażliwość wyniósł pewnie także z dorastania, w swojej rodzinie, w jej środowisku, w swoich czasach. A taka środowiskowa lekcja spotkała go przecież bardzo szybko — Święta Rodzina musiała uchodzić do Egiptu, by uciec przed żądną krwi logią ekonomii i władzy.

Myślenie o Świętej Rodzinie i o Jezusie, który w niej wyrastał, zawsze otwiera moje serce na nowe perspektywy i pokazuje mury, które sam w swoim sercu wznoszę. Choćby dlatego że „myślenia ekonomią” uczy się nad od powijaków i często, nieświadomie, natykamy się na jej ograniczenia w sobie i w życiu. Ale są mury, które warto kruszyć i lekcja chrześcijaństwa jest tu bezcenna.
Co prawda jedne krzyczą, że związki jednopłciowe są jałowe. Ale czy jałowy nie był Józef — jeśli wierzyć, że „bracia Jezusa”, to tylko jego kuzyni? Czy jałowy nie był sam Jezus? A jak bardzo był płodny! I jak bardzo zmienił oblicze swoich czasów, religii, zadań, które stoją przed ludźmi!


sobota, 5 grudnia 2015

ŚWIADEK

Nie wiem, czy zawsze granice naszego języka, to granice naszego świata. Niekiedy jest tak na pewno. Co ciekawe, słuszność tej tezy dociera do mnie na ogół  w momencie, gdy cudzy język i stojące za nim doświadczenie wywołują we mnie déjà vu, bardzo głębokie poczucie, że doświadczyłem czegoś bliźniaczo podobnego, że czyjś język jest (niemal) moim językiem, a nasze światy są wspólne.
W ciągu zaledwie kilku dni odczułem to dwukrotnie. Może lepiej byłoby powiedzieć, że wciąż to odczuwam, bo z wrażenia déjà vu nie mogę się otrząsnąć. Wszystko zaczęło się wraz z lekturą nowego numeru Repliki, który otwiera wywiad z Krzysztofem Charamsą. Nie jestem ani zawodowym teologiem, ani (nieco wbrew swoim pragnieniom z czasów liceum) nie zostałem tzw. „duchownym”. Moje zaangażowanie instytucjonalno-religijne było jednak kiedyś bardzo duże i mocno konserwatywne. Wprawdzie nie sięgam pamięcią, kiedy uświadomiłem sobie odmienność mojej seksualnej orientacji i tożsamości, pamiętam jednak doskonale życie ukrytego geja-katolika. Gdy Charamsa mówi, że jako ukrywający się ksiądz-homoseksualista czuł się „Jak śmieć. Jak odpad. Jak niebyt”, czuję, że mogę powiedzieć dokładnie to samo. Pamiętam też destrukcyjne poczucie samotności, które starałem się przekroczyć szukając wspólnoty, w której jednocześnie mógłbym zmagać się ze swoją seksualnością, walczyć z „wewnętrznym nieuporządkowaniem moralnym” i budować bliskie, katolickie więzi. Żeby to wszystko było możliwe, chciałem jak najlepiej rozumieć doktrynę, w tym doktrynę o tym, kim jest człowiek. Mocno wciągnąłem się wtedy w neoscholastykę, stopniowo rosło moje przywiązanie do katolicyzmu „trydenckiego”. Tak samo gwałtownie rosło poczucie niespójności wewnętrznej.

W tej samej Replice znalazłem informację o książce Roberta Rienta Świadek. Zaciekawiła mnie jej charakterystyka – „to opowieść non-ficton o ucieczce ze szczególnego więzienia – więzienia dla mózgu. Łukasz urodzony w rodzinie świadków Jehowy opowiada o wykluczeniu chłopca z <kociej wiary> w Polsce lat dziewięćdziesiątych, o wykluczeniu i odrzuceniu przez rodzinę po odejściu od religii. To opowieść o poszukiwaniu tożsamości w oparach Boga, seksu, medytacji, narkotyków, kobiet i mężczyzn. A w końcu, to opowieść o dojrzewaniu do akceptacji swojej orientacji seksualnej”. Zacząłem tę książkę czytać wczoraj przed zaśnięciem i nie mogłem się od niej oderwać, dopóki nie doszedłem do końca. To niezwykła autobiograficzna opowieść, w której zobaczyłem odbicie siebie samego. I która zmusiła mnie by znów, ale silniej niż kiedyś, zadać sobie pytanie o to, czy instytucje religijne, które zatracają zmysł niepoznawalności Boga i chcą wyrokować w Jego imieniu o losach ludzi i świata, nie są mimo wszystkich różnic podobne czy wręcz takie same: równie opresyjne, feudalne i zupełnie nieczułe na człowieka? Czy efektem ich misyjności nie są podobnie przetrącone ludzkie losy, poturbowane emocje, niszczone więzi? Eo ipso – czy „obiektywne systemy wartości”, „prawa naturalne” itede itepe nie są tylko i wyłącznie narzędziami władzy, choć pokazywane są jako ochrona dla tego co arcyludzkie – osobowej godności, miłości etc.?

Rient opisuje świat, który wielu ludziom zwyczajnie nie będzie mieścić się w głowie. To świat pełnego podporządkowania

— żony mężowi i kobiety mężczyźnie
„Mężczyzna może zdobywać kolejne stopnie w hierarchii. Przywilejem kobiet jest sprzątanie Sali Królestwa i udział w krótkich scenkach dotyczących głoszenia. Mogą jak mężczyźni zgłaszać się i odpowiadać na zadane pytania, mogą głosić, ale przede wszystkim powinny się uczyć „w cichości z całym poddaniem się ” (1 Tm 2:11).
Kobietom nie wolno publicznie przemawiać, modlić się, prowadzić wykładów, krytykować wypowiedzi braci starszych.
„Kobiety mają na tych zgromadzeniach milczeć; nie dozwala się im bowiem mówić, lecz mają być poddane” (1 Kor 14:34).
Jeśli – w wyjątkowych sytuacjach – w zebraniu nie uczestniczy żaden ochrzczony mężczyzna, wtedy mogą modlić się i prowadzić spotkanie, ale muszą nakryć głowę, zazwyczaj chustą. „Każda zaś kobieta, modląc się lub prorokując z odkrytą głową, hańbi swoją głowę” (1 Kor 11:5)”.

— więzi rodzinnych, więziom „duchowym”
„29 grudnia jadę z rodzicami do Holandii na ślub brata, bezwyznaniowca, który żeni się z niepraktykującą katoliczką. W urzędzie stanu cywilnego wszyscy siadamy przy okrągłym stole, uroczystość trwa krótko. Idziemy na kolację do domu, następnego dnia wracamy do Polski.
Tatę wzywają na komitet. Obecnością na ślubie syna wyraził poparcie dla tego, co nie podoba się Bogu.
22 stycznia 2004 roku, po ponad dwudziestu latach służby dla Jehowy, za niesubordynację traci stanowisko starszego zboru. Ląduje na samym dole hierarchii, niżej niż kilkunastoletni chłopcy biegający w trakcie zebrania z mikrofonem między odpowiadającymi na pytania.
[…]
Nad trumną stoi cała rodzina. Nikt z zewnątrz nie widzi, że stoimy w dwóch grupach. Świadkowie razem i razem ci, którzy odeszli. Kończy się przemówienie brata starszego.
Ciało babci, którą odwiedzałem w szpitalu, leży przysypane ziemią.
Podchodzę do kuzynki, tej, z którą jeździłem na ośrodki, której nie odważyłem się powiedzieć, że wiem, jak to jest chcieć umrzeć. Podchodzę do niej z wyciągniętą ręką. Kuzynka patrzy na mnie i mówi: znasz zasady. Odchodzę.
Próbuję jeszcze z ciotką, mamą Diany, ona też nie podaje mi ręki.
I jeszcze jedna ciocia, kochałem ją przecież nie tak dawno i bardzo mocno. Odwraca się, idzie do męża.
Wracam do rodziców. Mam do nich szczęście. Wbrew temu, co nakazuje organizacja, nie wyrzekli się niewierzących synów.

Osoba wykluczona jest gorsza od ludzi ze świata. Świadkowie Jehowy nie mogą jej mówić dzień dobry, w sensie dosłownym.
Wykluczony może chodzić na zebrania, ale nikomu nie wolno z nim rozmawiać. Jeśli świadek Jehowy znajdzie się z kimś takim w jednym środku transportu, nie powinien się komunikować z wykluczonym, nawet jeśli jest to samochód, którym wszyscy jadą na zebranie.
Kto podejmuje samodzielną decyzję o odejściu od religii, uzyskuje taki sam status jak wykluczony. Uporczywe utrzymywanie kontaktów z osobą wykluczoną grozi wykluczeniem.
Jak należy traktować byłych wyznawców, określa przytaczana już tajna książka świadków Jehowy Paście trzodę Bożą, z której pochodzą zamieszczone niżej cytaty.
Nie każdy grzesznik zostaje wykluczony. Okazujący skruchę stają się naznaczonymi. To najlżejsza kara. Można zostać naznaczonym na przykład za umawianie się na randki lub przyjaźnienie z osobą spoza zboru.
Naznaczony wysłuchuje wykładu ostrzegającego w Sali Królestwa. „Jeśli starsi zboru zauważą, że ktoś postępujący nieporządnie zawstydził się i zmienił swe zachowanie, to mogą indywidualnie zdecydować, iż nie muszą już ograniczać z nim kontaktów towarzyskich. Będzie to wskazówką dla zboru, że dana osoba nie jest już naznaczona”.
Więź duchowa jest nadrzędna wobec rodzinnej.
Rodzicom, których dorosłe dzieci zostały wykluczone, zaleca się zerwanie z nimi relacji. „Sprawy rodzinne mogą sporadycznie wymagać nawiązania z taką osobą kontaktu, ale powinien się on sprowadzać do niezbędnego minimum”.
Członkowie rodziny, którzy utrzymują kontakty z wykluczonymi, mogą się spodziewać napominającej rozmowy ze starszymi zboru. Gdy rodzina mieszka pod jednym dachem z osobą wykluczoną, nie będzie wzywana na komitet za utrzymywanie z nią kontaktów.
[…]
Wykluczony zazwyczaj nie ma gdzie wracać. Traci wszystko, co znał, i wszystkich, których znał. A nawet jeśli to, co znane, było iluzją – dawało poczucie bezpieczeństwa. Na wykluczonych czeka obcy, na początku bardzo samotny świat. Powinni cierpieć i żałować. To ma wzbudzić tęsknotę i chęć powrotu do organizacji.
Wykluczenie „pomaga utrzymać zbór w duchowej czystości”, powiedziane jest w „Strażnicy” z 15 listopada 2006 roku.
Wykluczeni zazwyczaj wolą, by nazywać ich wyzwolonymi”.

— teraźniejszości wyczekiwanemu Armagedonowi i „zbawieniu” „W artykule Tymczasowi osiedleńcy w niegodziwym świecie opublikowanym w „Strażnicy” z 15 listopada 2011 roku napisano: „Czujni chrześcijanie powstrzymują się od używania tego świata w pełni w kwestii wyższego wykształcenia. Wiele osób w tym systemie rzeczy uważa je za warunek osiągnięcia prestiżu i dostatniego życia. Ale my, chrześcijanie, jako tymczasowi osiedleńcy, zmierzamy do innych celów. Zachęcamy młodych chrześcijan, by dążyli do celów duchowych, zdobywając jedynie wykształcenie umożliwiające zaspokajanie podstawowych potrzeb”” […] „Aktorstwo było zakazane, podobnie jak wszystkie kierunki artystyczne, odpadała również politologia i filozofia, najgorsza. „Ludzkie filozofie i plany już nieraz sprowadzały nieszczęścia na całe społeczeństwa”, pozostające „pod wpływem demonicznych duchów”, napisano w książce Prowadzenie rozmów na podstawie Pismz 2001 roku. Filozofowaniem świadkowie pogardliwie nazywali gorące dyskusje na tematy niezwiązane z prawdą”) itd., itp.

Rzeczywistość religijna świadków Jehowy opiera się na sztywnej hierarchii. Wiąże się z tym publikowanie specjalnych wydawnictw, przeznaczonych do lektury wyłącznie dla określonych grup wierzących. Podział przebiega także między tymi, którzy przeznaczeni są do królowania z Jehową w niebie, a tymi, którzy żyć będą na odmienionej Ziemi. „Czternastego dnia miesiąca nisan, pierwszego w żydowskim kalendarzu religijnym (przełom marca i kwietnia), świadkowie Jehowy obchodzą jedyne święto – Pamiątkę śmierci Jezusa Chrystusa. Podczas godzinnego wykładu brat starszy przypomina Ostatnią Wieczerzę, czyta Biblię i modli się. Wyznawcy przekazują sobie z ręki do ręki przaśny chleb na talerzu i czerwone wino w kieliszku. Symbole ciała i krwi Jezusa, w języku wyznawców „emblematy”. Mogą je spożywać wyłącznie ci, którzy pójdą do nieba. O tym decyduje powołanie, to się czuje. Powołuje sam Jehowa.
W 2014 roku w Pamiątce uczestniczyło ponad dziewiętnaście milionów osób, ale tylko czternaście tysięcy sto dwadzieścia jeden spożywało emblematy, podaje Rocznik Świadków Jehowy. To ostatni z liczby stu czterdziestu czterech tysięcy powołanych do królowania w niebie.
(W zborze w Szklarskiej Porębie wszyscy bracia i siostry czekali na życie wieczne w raju na ziemi, nie było nikogo powołanego do nieba. Gdy zapytałem Łukasza, co by się stało, gdybym zjadł kawałek chleba, spojrzał na mnie bardzo poważnie i wyznał, że zjadłbym wtedy własną śmierć)” – pisze Rient.
Negatywnie postrzegane są także kontakty wierzących ze „światusami": „Dina, córka Jakuba, ojca dwunastu synów, od których imion nazwane zostało dwanaście plemion Izraela, wybiera się do Kanaanu „popatrzeć na kobiety tego kraju” (Wj 34:1). Zostaje zgwałcona przez księcia Sychema, który później chce się z nią ożenić. Synowie Jakuba zgadzają się na małżeństwo, jeśli Sychem i wszyscy mężczyźni w mieście poddadzą się obrzezaniu. Trzeciego dnia po zabiegu bracia Diny, słudzy Jehowy, rabują miasto. Dzieci i kobiety uprowadzają w niewolę, a księcia i Kananejczyków mordują.
Dina została zgwałcona, ponieważ zaprzyjaźniła się ze światusami. Przysporzyła problemów swoim braciom i ściągnęła śmierć na Kananejczyków. Tę historię opowiada się już dzieciom świadków Jehowy. Ma być ostrzeżeniem przed tym, do czego prowadzą kontakty ze światem i gorszące zachowanie. A kto gorszy swoich braci, zasługuje na kamień młyński zawieszony na szyi i wrzucenie do morza (Mk 9:42). Bracia starsi nie stosują tej biblijnej techniki. Osobę, która zgorszyła współwyznawców, czeka tylko wizyta i napomnienie, czasami publiczne”.

Szacunek dla prawdy (pod tym terminem świadkowie Jehowy rozumieją swoją religię) oznacza, że nie zadaje się pytań i nie posiada się wątpliwości, unika się lektur uznanych za niewłaściwe, a ze świata nauki cytuje się wyłącznie te badania, które mogą się przydać dla uzasadnienia głoszonej religii. De facto stroni się także od dialogu -  rozmowie nie chodzi bowiem o poznanie, co myśli inny człowiek, ale o podzielenie się prawdą, którą się zna. I o dokonanie oceny:
„Świadkowie Jehowy nie chcą rozmawiać. Nie po to pukają do obcych drzwi. Przyszli nawracać. Nie są zainteresowani innym od własnego sposobem myślenia, oni znają prawdę. Teraz, wytrenowani na zebraniach, użyją wszystkich narzędzi i środków, by do prawdy zaprowadzić innych. Zrobią to z uśmiechem, życzliwie, rozumiejąc każdy problem, który dręczy człowieka dopóty, dopóki się nie ochrzci.
Wiedzą, skąd się wzięliśmy, jaki jest sens życia, co się dzieje po śmierci, dlaczego umieramy. Wszystko, co ważne, wiedzą. Na co dzień, zamiast obserwować, wolą oceniać.


Kilka lat temu mama Łukasza została wezwana na komitet za rozpasanie. Nabrała bowiem niezdrowego zwyczaju zgłaszania się na zebraniach i zadawania pytań, dzielenia się swoimi wątpliwościami. A rozpasanie to „czyny, które odzwierciedlają bezczelną, jawnie lekceważącą postawę. Uwidacznia się ona w braku szacunku lub nawet w pogardzie dla władzy, praw oraz norm Boga”. Starsi zboru stanowiący władzę znają się na normach Boga.
Publiczne krytykowanie nauk „Strażnicy” albo starszych zboru, opowiadanie na zebraniu o swoich wątpliwościach, zadawanie pytań podważających autorytet mężczyzn świadczy o rozpasaniu. Jest nim również:
„1. dobrowolne, ustawiczne i nieuzasadnione utrzymywanie kontaktów z wykluczonymi niebędącymi członkami rodziny,
2. seksualne molestowanie dzieci,
3. zabieganie o względy drugiej osoby bądź utrzymywanie z nią więzi uczuciowej, gdy nie ma biblijnego lub świeckiego prawa do zawarcie małżeństwa”.
Rozpasanie seksualne prowadzące do molestowania dzieci jest dla świadków Jehowy takim samym przewinieniem jak rozpasanie intelektualne prowadzące do zadawania pytań”.

Wątpliwości nie należy żywić choćby co do religijnej oceny homoseksualizmu. Same potrzeby homoseksualne są ościeniem, z którym należy się zmagać i próbować wyleczyć w ramach stosownej terapii. Akty homoseksualne zaś są z góry potępione:
„Po nieprzespanej nocy wsiada z tatą do samochodu. Muszą mnie zobaczyć. Biorą Biblię, „Strażnicę” i dwa dżemy. Ze Szklarskiej do Poznania jadą mniej niż pięć godzin.
To się da wyleczyć, mówią zamiast dzień dobry. Otwieram im drzwi po trzeciej. Wszystko, co wiedzą o homoseksualizmie, wiedzą ze „Strażnic”. Tato otwiera Biblię, czyta głośno.
Był Jezus? Był.
Był potop? Był.
Biblia jest słowem Boga? Jest.
Wszystko jasne? Jasne.
Wiedzą, że dla Jehowy nie ma rzeczy niemożliwych i że mogę sobie myśleć i czuć, co chcę, bylebym nie praktykował tego, co sodomici, to obrzydliwe, w kiszkę stolcową, do tego to się sprowadza, obrzydliwe, jak można. I zamaluj te napisy na ścianach.
„Nie ma mnie, strasznie mnie nie ma” 
[…]
„Mój heteroseksualizm jest do zrobienia, będę walczył o to, żeby być ojcem, mieć rodzinę. Andrzej zadał mi pytania:
Czy chcesz być ojcem?
Czy chcesz związku z kobietą?
Czy ojciec wciąż jest zazdrosny o mamę?
Czy mama wybrała cię na mężczyznę swojego życia?
Czy chcesz być heteroseksualistą?” – 24 października.
Na terapii docieram do obrazu pierwszego mężczyzny, który mi się spodobał. Miałem wtedy cztery lata.
Poszukuję patologii w tym, jak kocham.
Po kolejnej sesji już rozumiem, że jestem homoseksualistą od momentu, w którym heteroseksualiści stają się heteroseksualni. I przestaję walczyć, na zawsze.
Od teraz wymagam od rodziców akceptacji, której sam nie umiem im dać. Mają mi pomóc, mają mnie zaakceptować, mają to zrobić zaraz. Z miejsca, w którym jestem, droga wydaje się znacznie krótsza”.

Życie w tak opresyjnym środowisku odbija się, rzecz jasna, na psychice, na relacji człowieka do siebie samego i relacjach społecznych. Jedni stają się idealnie wytresowanymi żołnierzami słusznej sprawy, inni cierpią, podejmują się prób samobójczych, zdobywają się na odwagę odejścia ze wspólnoty religijnej. Jednak nawet w tym ostatnim przypadku nie da się przekreślić przeżytych wcześniej lat, nie da się zdjąć z siebie sposobu myślenia i czucia. Rient wskazuje na pułapkę, w jaką wpadł: religię Jehowy zamienił ma religię psychoterapii:
„Cztery razy zmieniał psychoterapeutów.
Terapia pomogła mu przeżyć nie tylko niewyrażony smutek, ale przeżyć w ogóle. Pomogła mu radzić sobie ze stratą, przemocą, cierpieniem. Wysyłał na nią wszystkich znajomych.
Niebezpieczne stało się rozsmakowanie w byciu ofiarą. W gabinecie z chusteczkami, pytaniem o uczucia i wpatrzonymi oczami terapeuty łatwo się nią stać”.

Pokazuje też, jak „religijny stygmat” utrudnia dostrzeżenie, czym jest związek. Pisze:
„Długo nie widział, że między jego związkiem a tym, czego nie dostał w dzieciństwie, rozpiął most. Przechadzał się po nim.
Związek miał go uratować, uzdrowić, nakarmić, wypełnić pustkę.
Będę cię teraz używał, człowieku, zapnij pasy, w imię miłości, amen”.
Ta sprawa wydaje mi się i szczególnie ważna, i szczególnie bolesna (może dlatego że znam ją z autopsji) — fundamentalistycznie przeżywana religijność w imię miłości niszczy zdolność kochania. Tę trzeba i można odbudować, ale pustka, samotność, głód drugiego człowieka wywołane przez religijne zakazy często gęsto powodują, że upajając się obecnością osoby, którą się kocha, oddając jej siebie, zawłaszcza się ją jak przedmiot, który przynosi radość, pociechę, satysfakcję.

Pisałem na wstępie o déjà vu, co oznacza, że świat geja żyjącego wśród świadków Jehowy przypomina mi moją własną biografię. To znaczy z kolei, że widzę wiele podobieństw między tamtą religią, a moim dorastaniem w Kościele rzymsko-katolickim. Tak, widzę wiele podobieństw, łącznie z tym, że na co dzień większość katolików pozbawiona jest dostępu do komunii pod dwiema postaciami, a więc do komplementarnego symbolu. Podobnie funkcjonuje hierarchia, podobny jest stosunek do kobiet. Podobny bywa też stosunek do światusów — uczono mnie, że bliskie więzi należy budować tylko z katolikami i to oddanymi sprawie, przestrzegano, bym nie brudził się światem. Jedynie dominikanie wiedzieli, że nie da się głosić Boga światu jeśli nie jest się częścią świata.
Patrząc na środowisko, dla którego emblematem niech będzie fronda.pl, widzę niechęć do teorii ewolucji ze wskazaniem na kreacjonizm jako pogląd właściwy, dostrzegam całkowite zamknięcie na badania psychologiczne, seksuologiczne, społeczne, które podważają doktrynalny obraz homoseksualizmu. Zauważam przekonanie, że homoseksualizm można poddawać terapii. Zamiast dialogu zaś spotykam się z monologiem, którego celem jest ocena — niepodlegająca zakwestionowaniu ocena wszystkich wokół.

Doświadczając życia w takim środowisku, żyjąc <jak nikt, jak śmieć, jak odpad>, odczułem książkę Rienta jak książkę o sobie, przy wszystkich bardzo dużych różnicach w naszej biografii. Zastanawiam się, co odkrycie tego podobieństwa ma mi powiedzieć? I co takie podobieństwa powinny powiedzieć światu. 


niedziela, 29 listopada 2015

KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE BEATY STRÓŻYŃSKIEJ O SYMFONII W XVIII-WIECZNEJ POLSCE

BEATA STRÓŻYŃSKA
SYMFONIA W XVIII-WIECZNEJ POLSCE. TEORIA, REPERTUAR I CECHY STYLISTYCZNE
Akademia Muzyczna w Łodzi
Łódź 2015.

Książka Beaty Stróżyńskiej liczy 587 stron, składa się z sześciu rozdziałów poprzedzonych Wstępem i zamkniętych Zakończeniem.

Najmniej przekonujący wydaje mi się pierwszy podrozdział pracy zatytułowany Przemiany estetyczne i filozoficzne w kulturze europejskiej XVIII wieku a znaczenie muzyki instrumentalnej. W moim odczuciu Autorka zbyt mocno stara się znaleźć wspólny mianownik dla rozwijanych wtedy koncepcji. Jej zdaniem w filozofii XVIII wieku panuje empiryzm, przez który rozumie stanowisko mówiące, iż „najpierw postrzegamy świat zewnętrzny, a następnie zaobserwowane rzeczy i zjawiska poddajemy wewnętrznej refleksji”. Wiązać ma się z tym odwrót od tworzenia „a priori tworów idealnych, wzorców”. Zauważa, co prawda, że działalność Christiana Wolffa, twórcy racjonalistycznej filozofii szkolnej, ale dodaje zaraz, że „Dążono do zgodności świadectwa zmysłów z rozumem, który miał za zadanie nie odkrywanie wielkich prawd, ale znacznie bardziej wyjaśnianie, racjonalizowanie zaobserwowanych zjawisk”. Pisze ona także, że wiek XVIII to czas powszechnego odwrotu, a nawet negacji matematyki.
Wszystkie te twierdzenia są problematyczne, a charakterystyka szkoły Wolffa jest nawet błędna merytorycznie. Nie jest prawdą, że w filozofii XVIII wieku panuje empiryzm. Można mówić raczej o jednoczesnym rozwijaniu stanowisk empirystycznych i racjonalistycznych. Przy czym należy pamiętać o różnicach w samym podejściu do uprawiania filozofii i estetyki, które widać choćby w Szkocji, Francji czy Niemczech (a w związku z tym pamiętać także należy, że nie ma jednego oświecenia, epoka ta jest bowiem silnie zróżnicowana). Trudno mi uznać, że tradycja filozoficzna wywodząca się od Leibniza czy Wolffa jest tylko próbą racjonalizacji zaobserwowanych zjawisk, bez aspiracji do odkrywania wielkich prawd. Wolff, który podjął się próby matematyzacji filozofii pierwszej i rozwijał ontologię jako naukę o czystych możliwościach, na pewno miał i większe ambicje, i w badaniach ontologicznych nie dokonywał racjonalizacji danych doświadczenia zmysłowego. Nie jest również prawdą, że w filozofii XVIII wieku dokonuje się odwrót od matematyki. Przeczy temu choćby wspomniany Wolff, ale także Johann Heinrich Lambert, który rozwijał teorię nauki inspirowaną ideą mathesis universalis. Jasne, XVIII wiek przyniósł ważne argumenty stawiające pod znakiem zapytania ideę „uniwersalnej matematyki”, ale sytuacja, o której pisze Stróżyńska jest zdecydowanie bardziej złożona. Podrozdział ten sprawia zresztą wrażenie chaotycznego, bo mimo jasnych deklaracji co do panującego empiryzmu, Autorka pisze i o tym, że w XVIII wieku mamy do czynienia z idealizmem, i z racjonalizmem. Wspominając, że francuscy Encyklopedyści przeciwstawili się Kartezjuszowi (mieli zrezygnować z tworzenia prawd ogólnych na rzecz opisu zjawisk) przywołuje cytat z… Georga Berkeleya. Formułuje także niezrozumiałą dla mnie tezę, że „Ideał jedności wiedzy funkcjonował teraz w sensie indukcyjno-historycznym, a nie dedukcyjno-matematycznym”. Zastanawiam się, jak miałbym odnieść ją choćby do tryumfującej w tamtej dobie fizyki Newtonowskiej, czy do historiozofii Giambattisty Vico, z jego teorią dziejów jako cyklicznego procesu, z czym wiąże się koncepcja ricorso. (Swoją drogą, akurat współcześni Vica zlekceważyli jego Naukę nową, czas historiozofii nadejdzie dopiero w wieku XIX).

W dalszych częściach pracy trochę przeszkadzają mi liczne powtórzenia tego, co Autorka pisała wcześniej. Nie zawsze też korektorom udało się wyłapać niejasności. Dla przykładu o Jacku Szczurowskim Autorka pisze, że urodził się 15 sierpnia 1716 roku. A po chwili dodaje: „Nie ma pewności, czy urodził się 19 sierpnia 1718, czy też 19 sierpnia 1721 roku”. Mam też wątpliwości co do stwierdzenia, że udało się „odnaleźć” zupełnie zapomniany gatunek symfonii kościelnej. Takie sformułowanie sugeruje, że kwerendy w archiwach i badania nad tekstami teoretycznymi z epoki pozwoliły wydobyć na światło dzienne grupę utworów zupełnie wcześniej nieznanych. Faktycznie chodzi między innymi o to, że dzięki badaniom Stróżyńskiej udało się dokonać właściwej atrybucji jasnogórskich utworów pro proccesione, wcześniej znanych (praca Orłowskiej o Żebrowskim, badania Podejki...). 

Tyle marudzenia. Sformułowane powyżej uwagi krytyczne nie powinny bowiem zniechęcać do lektury tej bardzo ważnej książki. Waga tej rozprawy bierze się z jej pionierskiego charakteru – to pierwsza syntetyczna monografia symfonii na ziemiach polskich w XVIII wieku. Autorka wykonała gigantyczną pracę badawczą, dzięki której mogła odejść do zadomowionych w rodzimym piśmiennictwie przekonań dotyczących życia muzycznego w Rzeczpospolitej tamtej doby. Udało jej się także uchwycić zjawisko symfonii niejako w trakcie „jej stawania się”, a nie przez pryzmat rozstrzygnięć genologicznych późniejszej teorii muzyki. W przekonujący sposób uzasadnia pogląd, że źródła symfonii tkwią we włoskiej sinfonii operowej. Z tą tradycją wiąże się także wprowadzenie do muzyki crescenda orkiestrowego, co podważa wcześniejszy pogląd przypisujący crescendo „szkole mannheimskiej” (crescendo stosował już w 1727 r. Leonardo Vinci, używał go także przed rokiem 1750 Jomelli). Stróżyńska obala także pogląd, że dominujący wpływ na polską twórczość symfoniczną mieli Haydn i Mozart, a wszelkie inne elementy winny być uznane za „dewiację” (tak pisze Alina Nowak-Romanowicz). Wyjątkowo ważne wydają mi się uwago dotyczące „narodowego” charakteru muzyki polskiej XVIII wieku. Stróżyńska zwraca przy tej okazji uwagę na dwie rzeczy.
Po pierwsze, nie ma powodów merytorycznych, by elementy folklorystyczne obecne w polskiej symfonice XVIII wieku uznawać za elementy „narodowe”. „Doszukiwanie się intencji tworzenia dzieł, które można nazwać narodowymi, w wielu przypadkach nie wydaje się uzasadnione, ponieważ rodzime utwory tego typu powstawały w dużej mierze w środowisku muzyków kościelnych, którzy często pochodzili z niższych warstw społecznych. Kształceni przez starszych kolegów z tego samego środowiska spontanicznie wplatali oni elementy folkloru do popularnego w kręgach kościelnych gatunku symfonii, traktując je jako naturalny dla nich język muzyczny, bez zastanawiania się nad tym i bez zamiaru ‘podnoszenia ducha w narodzie’. Nic nie wskazuje na to, aby myśleli o polskości. Dopiero pod koniec wieku tendencja do tworzenia dzieł w nurcie narodowym objęła także symfonię”.
Po drugie, ważną rolę w rozwoju polskiej symfoniki miał Kościół. Autorka pisze wprost o tym, że polska arystokracja niespecjalnie ceniła wykształcenie muzyczne, a także o tym, że na dworach grano w większości muzykę spoza Polski. Kapele przykościelne, ze względów finansowych, zatrudniały zazwyczaj muzyków z Polski, także pochodzenia „plebejskiego”, co przekładało się na rozwój polskiej muzyki w ramach kapeli przykościelnych. (Napływ muzyki świeckiej do kościołów był tak duży, że papież Benedykt XV wydał encyklikę Annus qui, w której przypominał, że „Muzyka kościelna winna być tak kształtowana, żeby nie brzmiała świecko, teatralnie względnie operowo”. Nie oddziałało to jednak na faktyczne życie muzyczno-kościelne).  

W książce pojawiają się także wątki wolnomularskie. Stróżyńska wspomina, że masonem był Jan Dawid Holland, autor m.in. Symfonii narodowej oraz Symfonii masońskiej D-dur. Sporo miejsca poświęca Józefowi Elsnerowi, dyskutując jego pochodzenie (dziś uważa się go raczej za Ślązaka niż Niemca), zwracając uwagę na troskę, którą badanie muzyki polskiej, w tym ludowej. Pisze także, że ów „zaangażowany w krzewienie polskości w dobie zaborów” i należący „do najbardziej cenionych postaci życia muzycznego Warszawy” człowiek pracował w loży Świątynia Stałości, był także tercjarzem paulinów, kawalerem Orderu Św. Stanisława i członkiem Arcybractwa Literackiego przy warszawskiej archikatedrze św. Jana Chrzciciela.

Sumariusz Elsnera pozwala także Autorce na pokazanie, że jeszcze w połowie XIX wieku nie miało jednego i precyzyjnego znaczenia. Elsner objął tym mianem m. in. swoje koncerty na skrzypce czy polonezy, orkiestrowy i skrzypcowy. Naturalne dla nas gatunkowe rozumienie symfonii nie może być zbyt łatwo rzutowane w przeszłość. Jak pisze Autorka „Termin symfonia dotyczy w tej pracy dwóch rodzajów utworów, które są wyraźnie rozgraniczone – symfonii kameralnej i symfonii kościelnej. [..] termin symfonia kameralna jest tożsamy z dzisiejszym rozumieniem znaczenia słowa symfonia i w związku z tym może budzić pewne wątpliwości, dlatego też wymaga komentarza. Symfonia kameralna to teoretycznie utwór wpisujący się w tradycje dzieł da camera, a więc przeznaczonych do wykonania komnatowego. Jak jednak wynika z licznie zachowanych źródeł, jest to bardzo mylące pojęcie. W tej pracy określenie to jest stosowane dokładnie w tym znaczeniu, w jakim używali go XVIII-wieczni teoretycy, oznacza więc utwór charakteryzujący się budową kilkuczęściową (głównie trzy- lub czteroczęściową), przeznaczony na większą lub mniejszą obsadę, w której elementem niezbędnym jest zespół smyczkowy (który może być rozszerzany o instrumenty dęte i kotły; w przypadku starszych utworów trzeba też pamiętać o możliwości stosowania b.c., a więc także udziale instrument klawiszowego). Symfonia kameralna to pojęcie, które obejmuje szerokie spektrum utworów, od niewielkich składów aż po rozbudowaną orkiestrę […]”. Symfonia kościelna z kolei to utwór archaizujący i jednoczęściowy. Książkę kończą dwa teoretyczno-muzyczne rozdziały, w których Stróżyńska analizuje polskie symfonie kameralne i kościelne.  




wtorek, 24 listopada 2015

POLSKA, PRAWO I WARTOŚCI CHRZEŚCIJAŃSKIE

Marszałkowie Sejmu i Senatu przebywali wczoraj na Jasnej Górze z prywatną wizytą. W jej trakcie padły ważne słowa dotyczące Polski:

Zdaniem Marka Kuchcińskiego, rocznica stanowi okazję do ponownego uświadomienia sobie chrześcijańskich wartości, w oparciu o które powinien być także budowany porządek prawny w Polsce. – To są sprawy związane z hierarchią wartości chrześcijańskich, która nieraz była zapominana bądź niedoceniana w pracy władz ustawodawczych, co potem skutkowało nie zawsze dobrymi rozwiązaniami ustaw czy innych przepisów, w oparciu o które organizujemy życie państwa i całego narodu – powiedział marszałek Sejmu.

Zdaniem Karczewskiego, rocznica chrztu Polski będzie szansą na odnowienie świadomości narodu jako wspólnoty. – Mam to szczęście, że pamiętam Millenium Chrztu, to co działo się 50 lat temu, jak wielkie były oczekiwania Polaków na zjednoczenie Polski katolickiej. Tego zjednoczenia narodowego wtedy nie było i cieszę się, że w tej chwili ta wspólnota narodowa jest, że jest możliwa do budowania i odnowienia – powiedział marszałek Senatu”.

Chciałbym wiedzieć, czym są chrześcijańskie wartości, które mają lec u podstaw budowanego przez nowe władze porządku prawnego w Polsce. Sądzę bowiem, że nie istnieje jeden system wartości chrześcijańskich, a samo to pojęcie jest problematyczne. Poniżej, bardzo szkicowo, wskażę na trzy perspektywy, z których problematyczność pojęcia wartości chrześcijańskich można zobaczyć.

Dekalog

Jak sądzę, mówiąc o wartościach chrześcijańskich w pierwszym rzędzie pomyśli się o dekalogu (choć ten pochodzi z Biblii hebrajskiej). Pytanie tylko, o której jego wersji? W Księdze Wyjścia czytamy:

„Jam Wiekuisty, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi Micraim, z domu niewolników”.
Nie będziesz miał bogów cudzych przed obliczem Mojem.
Nie uczynisz sobie posągu, ani żadnego obrazu tego, co na niebie wysoko, i co na ziemi nizko, i co w wodzie poniżej ziemi.
Nie będziesz się im korzył, ani służył im; gdyż Ja Wiekuisty, Bóg twój, Bóg żarliwy, pomny winy ojców na synach, na wnukach i prawnukach, tych, którzy Mnie nienawidzą;
A świadczący miłosierdzie tysiącom, gwoli: tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają przykazań Moich.
Nie wzywaj imienia Wiekuistego, Boga twojego, do fałszu! Gdyż nie przepuści Wiekuisty temu, który wzywa imię Jego dla fałszu.
Pamiętaj na dzień Sabbatu, abyś go święcił. […]
Czcij ojca twego i matkę twoję, aby się przedłużyły dni twoje na ziemi, którą Wiekuisty, Bóg twój, da tobie.
Nie zabijaj.
Nie łam małżeńskiej wiary.
Nie kradnij.
Nie dawaj przeciw bliźniemu twemu świadectwa fałszywego.
Nie pożądaj domu bliźniego twego; nie pożądaj żony bliźniego twojego, — ani sługi jego, ani służebnicy, ani wołu, ani osła jego, ani niczego, co do bliźniego twego należy.
(Ks. Wyjścia 20, 2-17, tłum. Izaaka Cylkowa).

Nieznacznie różniącą się wersję dekalogu zawiera Księga Powtórzonego Prawa (5, 6-21).

Obie wersje biblijne różnią się od najbardziej rozpowszechnionej formy dekalogu katolickiego, która pochodzi z katechizmu kard. Gasspariego (idąca za podziałem św. Augustyna):

Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.
Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno.
Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.
Czcij ojca swego i matkę swoją.
Nie zabijaj.
Nie cudzołóż.
Nie kradnij.
Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.
Nie pożądaj żony bliźniego swego.
Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Znika w niej przykazanie zabraniające tworzenia wizerunków „tego, co na niebie wysoko, i co na ziemi nizko, i co w wodzie poniżej ziemi”. Ma to związek z rozstrzygnięciem sporu o ikony, jaki dokonany został na VII soborze w Nicei. Tak mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego:

„2129 Nakaz Boży zabraniał człowiekowi wykonywania jakichkolwiek wizerunków Boga. Księga Powtórzonego Prawa wyjaśnia: "Skoroście nie widzieli żadnej postaci w dniu, w którym mówił do was Pan spośród ognia na Horebie - abyście nie postąpili niegodziwie i nie uczynili sobie rzeźby przedstawiającej..." (Pwt 4,15-16). Izraelowi objawił się absolutnie transcendentny Bóg. "On jest wszystkim!", lecz jednocześnie "jest On... większy niż wszystkie Jego dzieła" (Syr 43, 27-28). "Stworzył je bowiem Twórca piękności" (Mdr 13, 3).
2130 Jednak już w Starym Testamencie Bóg polecił lub pozwolił wykonywać znaki, które w sposób symboliczny miały prowadzić do zbawienia przez Słowo Wcielone, jak wąż miedziany 58 , arka Przymierza i cherubiny 59 .
2131 Opierając się na misterium Słowa Wcielonego, siódmy sobór powszechny w Nicei (787 r.) uzasadnił - w kontrowersji z obrazoburcami - kult obrazów przedstawiających Chrystusa, jak również Matkę Bożą, aniołów i świętych. Syn Boży, przyjmując ciało, zapoczątkował nową "ekonomię" obrazów.
2132 Chrześcijański kult obrazów nie jest sprzeczny z pierwszym przykazaniem, które odrzuca bałwochwalstwo. Istotnie "cześć oddawana obrazowi odwołuje się do pierwotnego wzoru" 60 i "kto czci obraz, ten czci osobę, którą obraz przedstawia" 61 . Cześć oddawana świętym obrazom jest "pełną szacunku czcią", nie zaś uwielbieniem należnym jedynie samemu Bogu”.

Stanowisko to nie zostało zaakceptowane przez całe chrześcijaństwo. Opowiedzenie się za biblijną wersją dekalogu uzasadniać mogą dodatkowo słowa Jezusa, który miał powiedzieć, że łatwiej przeminą ziemia i niebo, niż choćby „jedna kreska miała odpaść od Prawa”.

Opowiedzenie się za dekalogiem/wartościami chrześcijańskimi w wersji biblijnej ma istotne konsekwencje dla kultury. Wymaga bowiem, by politycy zajęli negatywne stanowisko wobec wizerunków, także wobec ikony z Jasnej Góry, gdzie Marszałkowie wypowiedzieli swoje słowa.
Opowiedzenie się za wersją z katechizmu Gasspariego jest opowiedzeniem się za interpretacją tekstu biblijnego, która zawiesza jedno z przykazań. Zawieszenie to nie jest podzielane przez cały świat chrześcijański.

Podobny problem rodzi przykazanie Nie zabijaj.
Jego formuła jest jasna i znajduje swój wyraz w chrześcijańskich kościołach pacyfistycznych, jak duchoborcy i mołokanie (prawosławie), arianie, kwakrzy, Chrześcijanie Dnia Siódmego czy Chrześcijański Zbór Świadków Jehowy.
Kościół rzymsko-katolicki odrzuca doktrynę pacyfizmu. Ks.Grzegorz Śniadoch uznaje pacyfizm za herezję, a wojnie nadaje charakter eschatologiczny. Pisze: „Klasyczna teologia (a nie Biblia! - MMB) uczy, że u części aniołów, wśród których znalazł się byt najdoskonalszy z duchowych stworzeń Bożych – Lucyfer, pojawiła się zazdrość. Non serviam wypowiedziane przez Lucyfera wywołało wojnę pomiędzy aniołami, zakończoną porażką zbuntowanych przeciw Bogu i strąceniem ich w otchłań. Szatan jednak nie dał za wygraną, a nie mogąc pokonać Boga, postanowił zniszczyć Jego dzieło, nade wszystko człowieka – koronę Bożego stworzenia”.

Która z tych interpretacji wyraża wartości chrześcijańskie? Za którą optują Marszałkowie? Jak daleko można posunąć się w interpretacji tekstu Biblii? Jak daleko możemy odejść od jej litery? I co pozwala nam na dokonywanie jednych zmian, a stopowanie innych?  Z drugiej strony, czy trzymanie się litery tekstu nie prowadzi do absurdu? (choćby: dekalog zakazuje pożądania żony innego mężczyzny, ale nie zakazuje pożądania męża innej kobiety)?

Ewangelie*

Nie kryję, że uważam się za chrześcijanina. Oznacza to dla mnie, odwołuję się do Biblii jako narzędzia umożliwiającego orientację w świecie. Szczególne znaczenie mają dla mnie Ewangelie, czytane jak „gazeta codzienna”, a więc w odniesieniu do historii i do życia. Rzetelne czytanie Biblii wymaga jednak, choćby elementarnej, wiedzy biblistycznej. Pozwala ona nabrać dystansu do fundamentalistycznego odczytywania tekstów biblijnych, pokazując historyczne nawarstwianie się narracji, wpływ redaktorów pism, stawiając pytanie o wcześniejsze źródło ewangelii synoptycznych czy o sens ewangelicznych przypowieści. Klasyczna teologia przyzwyczaiła nas, że tekst ewangelii należy interpretować jako uniwersalną alegorię. Dziś bibliści mówią nam, że mowy Jezusa mają konkretny wymiar polityczny, który można zrozumieć tylko wtedy, gdy umieści się je w kontekście kultury czasów Chrystusa. William Herzog pisze wręcz, że przypowieści służyły Jezusowi do wydobywania na światło dzienne oszustw i mistyfikacji władzy. Były ostrą krytyką niesprawiedliwego systemu społecznego opartego na wyzysku, legalizowanym przez żydowskich kapłanów i faryzeuszy. „W Galilei, gdzie 90 proc. ludności żyło poniżej progu ubóstwa”, padając pod ciężarem podatków rzymskich, świątynnych i płaconych Herodowi, Chrystus wzywa do dzielenia się dobrami, do solidarności ekonomicznej, ale także do solidarności wykluczonymi z innych powodów (więźniowie, chorzy, głodni, spragnieni, prostytutki (po grecku prostytutka to porne) etc.).  Krytykuje też ostro faryzeuszy, których formalizm religijnych i religijna ostentacja (wystawanie na rogach w powłóczystych szatach z frędzlami) łączyła się z niewiernością Torze (por. Mk 7, 10-13).

Jeśli Chrystus przepowiada Kościół, to przepowiada Kościół ubogi. Świadomość tego faktu mieli biskupi, którzy pod koniec Soboru Watykańskiego II podpisywali Pakt Katakumbowy (nie było wśród nich żadnego Polaka). Zobowiązali się w nim m.in. do:
Wyrzeczenia „na zawsze bogactwa i jego przejawów, zwłaszcza w strojach (kosztowne materiały i jaskrawe kolory) jak i w posługiwaniu się symbolami z kamieni szlachetnych (symbole te powinny być zawsze zgodne z ewangelią).
Nieposiadania „żadnych nieruchomości, dóbr ruchomych, kont bankowych”, dopuszczając jedynie dobra i konta wspólne (instytucje charytatywne, społeczne, diecezje).
Braku zgody na to, by zwracano się do nich w mowie i piśmie „przy użyciu tytułów wskazujących na wielkość i władzę (Jego Eminencja, Jego Ekscelencja, Monsignore).
Unikania wszystkiego, co może sugerować sprzyjanie czy uprzywilejowanie bogatych i możnych (np. bankiety czy specjalne miejsca w trakcie uroczystości liturgicznych).
Popierania wszelkich działań mających na celu wprowadzanie sprawiedliwości, równości i harmonijnego rozwoju tak wszystkich ludzi, jak i każdego z osobna.

Czy takie wartości ewangeliczne chcą realizować Marszałkowie? I czy poczynania ich formacji im nie przeczą?

Filozofia

Dla tradycyjnej filozofii katolickiej problemem jest samo pojęcie wartości, więc także wartości chrześcijańskich. Mieczysław Albert Krąpiec ubolewa, że pojęciem wartości posługują się niekiedy nawet osoby obeznane z myślą klasyczną. Jego zdaniem pojęcie wartości i teoria wartości (aksjologia) mają źródło w subiektywizmie poznawczym , obarczonym błędem arbitralności. Posługiwanie się pojęciem wartości powoduje, że subiektywizuje się rzeczywistość. Tym, co powoduje działanie moralne ma być realnie, obiektywnie istniejące dobro. Mówienie o wartościach wskazuje na podmiot jako źródło wartościowania, oceny. A to nie podmiot, lecz realny byt jest tym, co stymuluje nasze działanie, poznanie i chcenie.

Problem

Marszałkowie, wraz z formacją, którą reprezentują, nie widzą różnicy między polityką a etyką. Nie widzą także problematycznego statusu tego, co uznają za wartości chrześcijańskie. To eleganckie sformułowanie jest optowaniem za określonym systemem moralnym, jednym z wielu w ramach rodziny wyznań chrześcijańskich. Jest zatem łamaniem bezstronności religijnej i światopoglądowej państwa, które dokonywane jest bez mocnego uzasadnienia. Uzasadnieniem nie może być bowiem – w perspektywie państwa – akt wiary w słuszność nauki Kościoła katolickiego.

*Opracowując ten punkt korzystałem z książki Alexa Zanotelli, Pieniądze i ewangelia.