piątek, 5 stycznia 2018

OBRONA NIEFORMALNOŚCI. PRZECIW MORAWIECKIEMU JR.

Przyjaciołom bi-, hetero- i homoseksualnym.

Morawiecki: przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych

Pan Morawiecki jr zdaje się nie dostrzegać, kwestia związków nieformalnych jest złożona i nie da się im w prosty sposób przeciwstawiać związków formalnych. Wiąże się to z wieloma powodami, sam wskażę tylko na dwa. Primo, nie wszystkie osoby, które chciałyby żyć w związkach sformalizowanych, mogą to zrobić. Na gruncie polskim jest tak w przypadku osób homoseksualnych, których relacje w świetle rodzimego prawa, a jeszcze bardziej w światopoglądzie polityków bądź nie istnieją, bądź z definicji są czymś, czemu — jako sprzecznemu z naturą — należy przeciwdziałać. Ale jest tak również w przypadku osób biseksualnych, które budują związki nie-diadyczne. Secundo, nieformalny charakter związków wybierają m. in. osoby, które wyszły z toksycznych związków formalnych. Już to wystarczy, by w imię pryncypiów krytycznie odnieść się do wypowiedzi Morawieckiego. Rzecz jasna, można jej bronić wskazując, że nie mówi on o wszystkich związkach nieformalnych, ale  posługuje się generalizacją statystyczną. Taka linia obrony nie jest jednak dla mnie przekonująca. Nie znam żadnych rzetelnych badań, które by pozwoliły postawić taką diagnozę, jaką proponuje Morawiecki. On sam także nie wskazał, na jakiej podstawie formułuje swoja myśl. Brak podstaw do sformułowania tak mocnej oceny związków nieformalnych, odwołanie się do wymyślonej przez prawicę „ideologii gender” i sam kształt wypowiedzi: „do przemocy nie dochodzi tam, gdzie występuje dbałość o więzy rodzinne, o normalny dom, gdzie panuje miłość”, „przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie”, „musimy sięgnąć do rzeczywistych wartości Europy, której źródłem jest chrześcijaństwo”, jest formą stygmatyzacji wszystkich relacji, które nie mieszczą się w horyzoncie po katolicku rozumianego chrześcijaństwa z jego heteronormatywnością i na tej podstawie konstruowanych modeli związków formalnych, jest tedy przemocą symboliczną.

Przemocy symbolicznej nie należy lekceważyć. Nie należy tego robić zwłaszcza wtedy, gdy legitymizuje system społecznych przekonań normatywnych i stereotypów, który w sposób bardzo konkretny wpływa na ludzkie życie.

Wyrażone przez Morawieckiego przekonanie, że „przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie” doskonale współgra z przekonaniem wyrażonym przez Tomasza Terlikowskiego, iż małżeństwo jest gwarancją większej stabilności wychowawczej niż konkubinat, samotne rodzicielstwo czy związki jednopłciowe. Terlikowski z aprobatą przywołuje w tym kontekście słowa Gertrudy Himmelfarb: „Wpływ rozwodu i samotnego rodzicielstwa na dziecko jest o wiele bardziej subtelny niż wpływ fizycznego molestowania” (!).  

Wyrażona przez Morawieckiego stygmatyzacja związków nieformalnych i apologia związków formalnych pozwala także na legitymizacje wszelkich zachowań dyskryminacyjnych wymierzonych w osoby budujące związki nieformalne, w tym także dzieci.

Samo podtrzymywanie stereotypu ugruntowanej na wartościach katolickich rodziny nuklearnej sprzyja także podtrzymywaniu tego, co Michel Foucault nazywa ujarzmieniem, co oznacza, że stereotyp bardzo głęboko dyscyplinuje ludzkie ciała i ludzką tożsamość. Żeby nie być gołosłownym, odwołam się do przykładu ze swojego życia. Wychowywany w katolickim szycie, związany byłem z kilkoma wspólnotami działającymi w ramach katolicyzmu. Uczęszczałem również na katechezę. Jako jedyny wartościowy model związku poznałem tam małżeństwo heteroseksualne, z obowiązkowym celibatem przed ślubem. Do tego nauczono mnie, że miłość, która nie jest nastawiona na tzw. przekazanie życia jest egoizmem we dwoje, a ekspresja skłonności homoseksualnych jest nagannym zaburzeniem. Ujarzmiający wpływ tych przekonań na moje życie polegał na tym, że przez długi czas starałem się wypierać to, kim jestem, w tym wypierać potrzebę kochania i bycia kochanym. Gdybym tej potrzeby nie wypierał i tak nie wiedziałbym, w jaki sposób szukać ekspresji takiej miłości — w moim wyobrażeniu normalny świat był heteroseksualny, a ja ze wstydem musiałem kryć przed nim swoją inność. Dodatkowo przekonany byłem, że homoseksualizm wyczerpuje się w ekspresji seksualnej, tak bowiem mnie uczono: jeśli miłość nie jest „jałowa” i „wypełnia człowieczeństwo” poprzez „pojednanie różnorodności”, to jest to niedostępne dla osób tej samej płci, którym pozostaje w relacjach wyłącznie przyjemność seksualna. Elementem ujrzamienia było również przekonanie, że przyjaźń jest czymś odmiennym niż miłość partnerska, a miłość realizować można wyłącznie w ramach związków formalnych, gdzie wiąże się ona z wiernym posiadaniem siebie przez partnerów zarówno w sferze ciała, jak ducha.

Ów model wywiedzionego z wartości katolickich związku formalnego jest dla mnie źródłem traumy do dzisiaj. Próby pozbycia się własnej tożsamości, których elementem było także spowiadanie się z tego, że się zakochałem, utrwalił we mnie poczucie bycia gorszym. Wynikające w ujarzmienia mechanizmy ucieczkowe wywołały we mnie poczucie bycia społecznie nieprzydatnym. Pokazywanie heteroseksualnego małżeństwa jako jedynej formy relacji, w której przejawia się miłość, umocniło we mnie poczucie osamotnienia i tego, że w życiu nie dane mi będzie zaznać miłości (w takim duchu napisałem jako licealista mail do Mariusza Szczygła, którego mój pesymizm mocno zaniepokoił i próbował mi pokazać, że nie ma on podstaw). Zseksualizowanie obrazu relacji homoseksualnych doprowadziło do tego, że próbowałem spełnić się poprzez uzależnienie od masturbacji i odwiedziny na łódzkiej pikiecie. W końcu w sytuacji, w której już nie mogłem udawać, że ucieknę od potrzeby bycia kochanym i kochania, model związku, który wydawał mi się słuszny, było nuklearne posiadanie siebie, co nierozerwalnie wiązało się z ogromną zaborczością, wspartą także na przeświadczeniu, że wszyscy są dla mnie potencjalnym zagrożeniem, jako lepsi ode mnie.

Od moich czasów szkolnych wiele się zmieniło, ale traumę noszę w sobie dalej. Co jakiś czas pojawiają się okresy, gdy czuję bardzo silną chęć ucieczki od świata, czuję własną zbędność, pojawia się także nostalgia za śmiercią, po zgodnie Mamy teraz powiązana z chęcią bycia z nią (nie ma to już, jak kiedyś, wymiary suicydalnego). To efekty ujarzemienia przez model patrzenia na ludzkie relacje, który w tak jasnych barwach odmalował Morawiecki. Jeżeli dziś wiem, że uczucia i poczucia, nawet bardzo bolesne, rozmijają się z rzeczywistością, to zawdzięczam to związkom nieformalnym, a dokładniej związkom przyjaźni. Uważam także, że właśnie związki przyjaźni nie jako coś odmiennego od miłości partnerskiej, ale jako podstawa związków partnerskich, są remedium na niebezpieczeństwa związane, ale nie w sposób konieczny, z relacjami małżeńskimi.

Problem w tym, że — jak pokazał Foucault — związki przyjaźni, jako ważne formy relacji społecznych, zostały wyparte z naszej kultury na przestrzeni XVI-XVIII wieku. Kolidowały one z rozwojem nowoczesnych modeli armii, biurokracji, szkolnictwie czy kontrreformacyjnymi zmianami religijnymi. Przyjaźń okazała się bowiem relacją nazbyt intensywną, także w sferze uczuciowej, i nazbyt niedookreśloną, by nie budzić niepokoju i by nie bać się tego, że kultywowana w jej ramach wolność oraz lojalność, nie zagrażają nowoczesnej moralności czy podporządkowania się normatywności rodzącej się biowładzy. Niedookreśloność związków przyjaźni wiąże się między innymi z tym, że patrząc z zewnątrz nie bardzo wiadomo, co przyjaciele „ze sobą robią”, chociażby, czy uprawiają ze sobą seks. Jak sądzę, wielu współczesnych czytelników listów dominikanina Jordana z Saksonii do dominikanki Diany, miałoby problemy z uwierzeniem, że łączyła ich „tylko niewinna przyjaźń” (bo czy przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest możliwa???). Ten niepokój wiąże się z tym, że intensywne uczucia połączono w naszej kulturze z seksualnością. Jeśli przyjaźń ma być dopuszczalna, to musi być całkowicie odcieleśniona i w gruncie rzeczy musi być relacją z całą wspólnotą, niemalże z całym światem, bo gdy łączy np. dwójkę ludzi, staje się niebezpieczna.

Niech za wymowny przykład posłuży cytat z Przewodnika Formacji Oriońskiej:

„95 - Przyjaźń, dar Boga
Prawdziwą przyjaźnią jest ta, którą tworzy sam Bóg, między osobami, które są zjednoczone z Nim węzłami miłości. Przyjaźń, jest bardziej wyrazem tej miłości, która pragnie usłużyć Panu widzianym w bliźnim, niż poszukiwaniem własnego zadowolenia. Z pewnością należy unikać niebezpieczeństwa, że przyjaźń zniewoli i uzależni, niszcząc osobowość.
W ludzkim współżyciu, szczera przyjaźń między osobami, które się lubią, jest częścią jak najbardziej naturalnych zachowań. Życie zakonne pragnie być ewangelicznym współżyciem braci złączonych tym samym najwyższym ideałem, tym aby oddać się bez oporów Bożej miłości, i ofiarować siebie, szczodrobliwie w służbie Ewangelii i miłości.

96 - Uchronić przyjaźń przed deformacją
To jest czas, w którym należy mówić o przyjaźni jasno i wyraźnie, nie mylić jej stałej i bezdyskusyjnej wartości, z deformacjami, którym może ulegać. Niestety w życiu wspólnotowym, bardzo długo nią wzgardzano, była przedmiotem podejrzeń i oskarżeń. Należy przywrócić jej godność i umieścić na właściwym jej miejscu.
Jedyną osobą kochaną dla niej samej, jest Bóg; żadna inna miłość nie może pomniejszyć albo zatrzeć pełni tej miłości, gdy kocha się innych w ten sam sposób. Należy i trzeba kochać wszystkich braci, ale nikogo w ten sam sposób lub zamiast Boga.
Czystość nie zabrania rozszerzania miłości; co więcej niezwykle rozwija zdolność do kochania. Ze swej natury przyjaźń nie sprzeciwia się ani ślubom, ani konsekracji.

97 - Wychowywać do prawdziwej przyjaźni
Przyjaźń oznacza przyciąganie, zgodność uczuć, myśli, ideałów. Powinna bazować na szczerości i powinna troszczyć się o prawdę i wolność osoby. Przyjaźń rodzi się spontanicznie, między dwoma, lub kilku osobami; nie można jej narzucić z zewnątrz, i nie można jej zlecić, a jedynie nakierować na nią; oczywiście, że nie można wyrażać siebie, w takim samym stopniu, i tak samo spontanicznie i szeroko, ze wszystkimi. Pierwszymi przyjaciółmi powinni być współbracia ze wspólnoty, ci, z którymi dzieli się życie, pracę i ideały.
Konieczne jest jednak, rozróżnianie osób, do których kieruje się przyjaźń. Kiedy obiektem jest kobieta, wymagana jest znacznie większa ostrożność. Przyjaźń z kobietą, często doprowadza do zakochania się. Pociąg, nie ogranicza się wtedy do sfery duchowej, ale często staje się pociągiem fizycznym.
Jeżeli przyjaźń jest otwarta na innych, przysparza wiele dobra wspólnocie, ale staje się też, wielkim utrudnieniem, kiedy wyklucza wszystkich innych i dusi zazdrością, osobę, którą się darzy przyjaźnią. Należy unikać wszelkiego wyuzdania czy pobłażliwości, należy wymagać największej szczerości i przejrzystości w otwieraniu się. Nie można pogodzić tego, co jest nie do pogodzenia. Nie można mieć złudzeń, że można kroczyć długo, gdy jest się dwulicowym i prowadzi podwójne życie.

45 - Zachować wysokie kryteria wyboru
W takim zamęcie idei, moralnych i duchowych wartości, jaki panuje obecnie, Zgromadzenie pragnie stanowczo wyrażać swoje kryteria oceny i wyboru, i potwierdzić w swojej linii formacyjnej, odczucia Kościoła, który uznaje za jedynego mistrza i matkę.
Bez popadania w przesadę, zachowań czy wyrażeń, należących do pewnego rodzaju rygoryzmu duchowości z dawnych epok, wydaje się całkowicie niemożliwe stawiać obok siebie, autentyczność mocnej miłości do Chrystusa i dusz, oraz pobłażliwość wątpliwego pochodzenia, wobec: zabronionych miłości, przyjaźni wiążących serca, tendencji lub doświadczeń homoseksualnych, pedofilię, narkomanię, alkoholizm, powiązań ze światem kryminalnym, czy ze zorganizowaną przestępczością, podwójne życie, przynależnością do organizacji przeciwnych wierze albo Kościołowi, czy tym podobnych. Nie można postępować jednocześnie drogą Chrystusa i nieuporządkowanych pożądań ciała. Niech nie zwodzą nas aparencje dobra”.

Musimy także pamiętać, że związki przyjaźni sensu stricto istnieją między osobami, które wolnymi i równymi. Przyjaźń nie opiera się na przymusie, Arystoteles będzie nawet twierdził, że przyjaźń możliwa jest między ludźmi, którzy siebie nawzajem nie potrzebują, bo tylko wtedy ich wspólne bycie ze sobą nie jest relacją opartą na interesie. To zaś wymaga od przyjaciół umiejętności troszczenia się o samego siebie, bez czego niemożliwa jest troska o innych. Jak pokazuje to Foucault, źródłem etyczności jest wolność, a troska o samego siebie, która jest etyczną relacją z sobą samym, jest z zasady także relacją z innymi i troską o nich: „problem stosunków z innymi towarzyszy cały czas naszej trosce o siebie”. Wolność i równość, jako niezbędne elementy związków przyjaźni, wymagają także nieustannej czujności wobec takich społecznych kodów i mechanizmów, które wprowadzają nierówność. W moim przypadku takim ujarzmiającym kodem jest przeciwstawianie sobie heteroseksualności i homoseksualności tak, jak dzieje się to u apologetów związków formalnych jako małżeństw heteroseksualnych wywiedzionych z wartości katolickich. Homoseksualność przeciwstawia się tu heteroseksualności i jest jej podporządkowana. Heteroseksualności jest normą, z którą łączy się szereg dodatnich wartości, homoseksualność jest niechcianym, negatywnym suplementem. Przy takiej logice stosuje się również zasada tertium non datur, co przekłada się na strach przed tym, co wyłamuje się z tej opozycji. Myślę tu o biseksualizmie/panseksualizmie, negatywnie stereotypizowanym także we wspólnocie LGBT. Jacek Kochanowski w Fantazmacie zróżNICowanym zebrał wypowiedzi gejów, dla których biseksualność stanowi zagrożenie fantazmatu męskiej i gejowskiej tożsamości. Choćby Zdzisław pisał: „uważam, …, że nie ma biseksualistów. Wy jesteście najnormalniej w świecie gejami ukrywającymi się za parawanami hetero”. Zbyszek: „Wiem, że są mężczyźni, którzy mają pociąg seksualny do obu płci. Uważam jednak, że nie powinni być poniżani. Mają po prostu problemy w odnalezieniu własnej orientacji seksualnej”. Tomek, biseksualista: „Z czystej ciekawości kupiłem styczniowy numer Nowego Mena i … podnieciłem się. Zastanawiam się, kim jestem. Do tej pory robiłem to z dziewczynami (raz zdarzyło się, że pieściłem się z kumplem, ale byliśmy tak nawaleni, że nic nie pamiętamy). A tu nagle coś takiego. Muszę być pewien swojej orientacji seksualnej, bo inaczej zwariuję”. W przytoczonych wypowiedziach widać dobrze działanie myślenia binarnego i związanego z ujarzmiającym charakterem heteronormatywnego stereotypu związków mocno zseksualizowane podejście do ekspresji swojej orientacji seksualnej. Zupełnie inaczej sprawa ta wygląda w perspektywie związków przyjaźni, gdzie biseksualność jest zarazem Derridiańską differance i miejscem splotu: dekonstruuje opozycję homo-hetero, a splatając w silnych i intymnych więzach, także, ale nie koniecznie, seksualnych osoby obu płci, podważa mity, jak choćby ten, że przyjaźń męsko-damska nie jest możliwa. Książka Kochanowskiego nie jest nowa (2004), przywoływane listy jeszcze starsze. Nie mam jednak poczucia, że coś się zmieniło — biseksualiści nawet w ramach wspólnoty LGBT są w Polsce wciąż niemal niewidoczni, choć ich widoczność byłaby, moim zdaniem, czymś arcyważnym dla przywrócenia społeczeństwu związków przyjaźni, także jako podstawy dla „związków formalnych” ze świata Morawieckiego. Podobnie cenna lekcję wnoszą do społeczeństwa osoby transgenderowe, które osobom cisgenderowym, jak ja, pokazują tkwiące we mnie cechy przypisywane kulturowo obu płciom.


Tak rozumiane związki przyjaźni nie są i nie mogą być „związkami formalnymi” w rozumieniu Morawieckiego. Pole przyjaźni regulowane jest przez określone wartości, o części z nich pisałem (troska o siebie samego jako warunek troski o innych, równość, wolność, siła intymnej więzi itd.), ale nie ma określonej formy przyjaźni, która da się zinstytucjonalizować. Da się natomiast oprzeć na związkach przyjaźni związki zinstytucjonalizowane, jak małżeństwo. Ale równie dobrze da się na związkach przyjaźni relacje, które Morawiecki uznaje za „nieformalne”: konkubinaty, nie-diadyczne relacje biseksualistów, przyjaźnie gejowsko-heteroseksualne, w których silna więź nie obejmuje doświadczeń seksualnych, etc. I to siła przyjaźni, której elementem jest troska o siebie ludzi wolnych i równych, będzie czynnikiem, sprzyjającym eliminowaniu przemocy i ocenie innych form patologii wkradających się do faktycznie realizowanych związków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.