poniedziałek, 28 lipca 2014

UTOPIA WIELOMIŁOŚCI

Kto i dlaczego wybiera poliamorię? - pyta Deborah Anapol. I odpowiada, że motywaje są różne, tak jak różni są ludzie. Jedni szukają ucieczki od kłopotów, inni stabilnego środowiska, w którym znajdzie się wsparcie, jeszcze inni próbują zdobyć ukochaną/ukochanego wiedząc, że inna droga nie wchodzi w grę, kolejni próbują ładnym słowem zamaskować seksoholizm i poszukiwanie "gwałtownych" emocji...

Dlaczego ja wybrałem poliamorię? Od kilku dni pytanie to mocno mnie nurtuje, skazując na "powrót" do początków. Gdybym miał to jakoś zbilansować - na teraz, z szansą na zmianę - powody wskazałbym dwa.

Pierwszy wiąże się z moją konwersją na relatywizm, etykę odpowiedzialności, myślenie nierozerwalnie związane ze społeczeństwem, chrześcijaństwo zindywidualizowane i "liberalne". A więc z konwersją na patrzenie na świat, w którym idzie o współodczuwające spotkanie z ludźmi i nie-ludźmi, postrzegając w nich siostry i braci dzięki temu, że dostrzega się to, co nas różni tak samo mocno (jeśli nie mocniej), jak to, co nas łączy. Konwersja ta wiąże się u mnie z tym, co w moim życiu fundamentalne - szukaniem wspólnoty wynikającej z braterstwa i siostrzeństwa zaangażowanych w nią osób. 
Onegdaj szukałem jej w przestrzeni z gruntu fundamentalistycznej. Kuszące były dla mnie podkreślane przez katolików słowa o miłości bliźniego, o wspólnotowym doświadczeniu tej miłości, o tym, jak łączy modlitwa. Wychodząc z zagubienia - zawsze nazbyt "przy kości", by znaleźć akceptację w szkolnej klasie, zawsze homoseksualny, co piętnowane było na katechezie, zawsze na własną rękę dostarczający sobie bliskość i związane z nią emocje, zawsze skazany na margines i dowiadywanie się, kim jest gej z jedynego widocznego w przestrzeni publicznej źródła (czyli pism dla dorosłych) - taka wspólnota miała jasno zatoczone ramy i czytelne reguły przynależności. Łączyć nas miała miłość do Boga i niechęć do grzechu. Intymność budowała się przez "świadectwa", gdy z ambony wyznawało się grzechy, z których uzdrowił nas Jezus. Intymność budowała się w chwili uwolnień od demona. I w charyzmatach, które osobę skazaną przez Kościół na fundamentalną samotność dało się niegodziwie (z perspektywy czasu) wykorzystać, by jednak zdobyć miłość. I pilnować jej, jak własności, bo wszyscy i wszystko mogło spowodować, że się ją straci.
Konwersja z bólu - z bólu, że szukając miłości, bliskości, intymności można zawłaszczyć i skrzywdzić tych, których kochało się szczerze. Że dla miłości można nieświadomie manipulować cudzymi przekonaniami. Że miłość, w której najpierw istnieją rzekomo uniwersalne i niezmienne nakazy i zakazy zamienia się w tyranię. 
Zostałem "postmodernistą" z pobudek etycznych, z przekonania, że zawsze trzeba wychodzić od człowieka, szanować różnice i zbyt łatwo nie mówić co jest, a co nie jest: miłością, zaangażowaniem, naturalnością czy patologią. Zacząłem dorastać do poliamoryczności, świadom, że miłość nie jest sferą nakazów i zakazów, ale sferą bliskości i zaangażowanie, które wynika z wolności, chęci. I tylko wtedy jest bogate oraz przynoszące radość.

Drugi wiąże się z przekonaniem, że bez względu na to, jak bliskie są nasze więzi, jak intensywnie łączą nas wspólne przeżycia i doświadczenia, nikt nikty nie będzie dla drugiego "całym światem". Nie dlatego że nie będziemy tego chcieć, ale dlatego że się różnimy. Potrzebami, zainteresowaniami, minioną historią etc. Jeśli miłość pragnie rozwoju osób, które się kocha, nie warto ich zamykać w kręgu, który tego rozwoju nijak nie może gwarantować, nie warto manipulować nimi i ich uczuciami - tak można by to podsumować jednym, i nie całkiem trafiającym w sedno - zdaniem.  

Dziś wiem, że poliamoria jest utopią. 
W naszych czasach (przynajmniej w Polsce) nie sprzyja jej wszystko.

Przede wszystkim nie sprzyja jej dominujące wychowanie etyczne. Wielomiłość wymaga szczególnej etycznej dojrzałości - bez niej, bez szczerości, uczciowości, stałości (która słusznie zastępuje zbyt obciążone słowo wierność) i empatii nie może funkcjonować, zamienia się w patologię. Etyka odpowiedzialności i empatii wymaga jednak umiejętności skupienia uwagi na partnerze/partnerce, poszukiwania rozumienia zamiast oceniania, świadomości, że każde uchybienie może destabilizować, a sytuacja zdestabilizowana wymaga trudu dojścia do konsensusu. Zbytnio przyzwyczajeni jesteśmy do z góry założonych norm, zbytnio przywiązani do siebie (egotyzm to imię naszych zachowań, egotyzm konieczny dla zachowania pracy, odnalezienia się na rynku, uniknięcia krzywdy), by nie zapomnieć o empatii, by nie stracić uważnego towarzyszenia bliskim osobom.

Przeszkadza nam tempo życia i narastające problemy ekonomiczno-społeczne. 
Neoliberalny wyścig szczurów i konieczność zabiegania o podstawy funkcjonowania w świecie powoduje, że skupiamy się na sobie, na naszych problemach, tracąc czas (swobodny czas), dla bliskich. Bez czasu zaś - jak uczył Arystoteles - nie da się zbudować żadnej formy miłości. 
Ale brak czasu oznacza również brak czasu na "rachunek sumienia", na autorefleksję. W wielomiłości najbardziej zabójcze nie są działania wykalkulowane, ale te, które wynikają ze "ślepych plamek" (jak formułuje to Anapol). Ślepe plamki zamykają nasze spojrzenie na partnera w kręgu egotycznej rutyny, wyradzając się w brak empatii i problemy w komunikacji.
Brak czasu pozbawia nas także czasu dla siebie - łatwe i oczywiste stają się powody, dla których jesteśmy ze sobą pod zegarek. Ewentualnie nie potrafimy czasu dzielić "po równo" (co nie oznacza tyle samo, ale podług potrzeb), podlewając paliwo dla zazdrości.

Przeszkadza nam także fragmentaryzacja relacji. Sprzyja jej właśnie brak czasu, ciągłe bycię odtąd... dotąd... Jasne, w wielomiłosnej relacji jeden z partnerów może być dla nas ciekawszy intelektualnie, drugi emocjonalnie, trzeci fizycznie. Seks z jednym może nam dawać więcej satysfakcji niż z drugim. Ale nie da się sprowadzić ludzi do fragmentu, który w nich lubimy. Człowiek jest całością, w którą się angażujemy. I o tę całość powinniśmy dbać. Inaczej łatwo wkrada się poczucie krzywdy, odrzucenia, drążące przekonanie, że jest się gorszym. Akceptacja i miłość otwiera na zmiany, otwiera także na radość, że partner znajduje dopełnienie w miłości do kogoś jeszcze. Pustka może tylko rujnować.

W końcu czując presję, zmuszającą nas do ciągłego wygrywania, zapominamy o przebaczeniu i o prośbie o przebaczenie. A prawo przebaczania - jak pisze Anapol - jest kluczowym elementem każdej miłości, w tym wielomiłości. Jeśli nie dajemy sobie drugiej szansy, wspólne życie staje się bezcelowe. Ale jeśli nie prosimy o przebaczenie, nic nie będzie się zmieniać, bo najprawdopodobniej nie zobaczymy, że coś idzie nie tak i że coś warto skorygować. 

Miłość jest warunkiem wielomiłości. Miłość, która jest fundamentem i zaprawą relacji. Dziś, w świecie krótkich i intensywnych relacji, o miłość trudno. Nie dlatego że jej nie ma, ale dlatego że boimy się powiedzieć sami sobie, że kochamy. A bez tej samowiedzy nie da się okazać miłości partnerom.

Piszę to czując wewnątrz siebie ból. Tak silnego nie czułem od dawna. 
Piszę to, dokonując ideowego obrachunku siebie i swoich relacji. 
Czy żałuję, że wybrałem poliamorię? Nie, bo to by oznaczało, że żałuję miłości, jaką ofiarowałem. 
I nie wydaje mi się gorszące, że poliamoria to utopia. Mam bowiem przemożne uczucie, że to utopia (czy projekt) szalenie aktualna i absolutnie konieczna. Stwarzająca realne szanse na przebudowę wspólnoty, zniszczonej indywidualistycznym rozkładem więzi solidarności, empatii, współdziałania (w obliczu różnic). Bez zmiany naszych relacji, które przebudować może tylko miłość, czeka nas zagłada. 
Innej apokalipsy i innego piekła nie będzie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.