wtorek, 17 czerwca 2014

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT. KAPITALIZM A POLIAMORIA

Świat, którego bogiem jest Henry Ford, jak ognia boi się bliskości i silnych, emocjonalo-intelektualnych więzi. W sposób wstrząsający pokazał to Aldous Huxley w Nowym wspaniałym świecie, którego motorem jest niekończąca się konsumpacja, a paliwem wspólność, identyczność i stabilność. 
Wspólność polega tu na pełnej wymienialności każdego na każdego - szybki seks, najlepiej po narkotycznej tabletce, uczestnictwo we wspólnych rytuałach, no i poddanie warunkowaniu psychologicznemu, które utrwalać ma porządane zachowania każdej ze społecznych kast.
Identyczność dotyczy upodobań i światopoglądu, w znacznej części także wyglądu i ubioru, w kastach niższych dba się bowiem o potomstwo wielobliźniacze, jako podlegające łatwiejszej stabilizacji.
Stabilność to sprawnie działający system kontroli, w lot wychwytujący przypadki odstępstwa od norm.
Cel - konsumować ciągle od nowa, wszystko, co stare wyrzucając do krematorium niepamięci.

Odpowiedzialność, autonomia, wszechstronny rozwój, zaangażowanie, indywidualność, choroba czy starość, a więc wszystko, co odróżnia nas od innych i wszystko, co silnie w innych nas angażuje, jest wyjęte poza nawias, zakazane. Jest to jednak zakaz niebolesny - warunkowani jak pies Pawłowa obywatele nowego świata nie wiedzą przecież, że odjęto im coś istotnego.

Lekturę Huxleya zafundowałem sobie w miniony weekend. I muszę przyznać, że książka utkwiła we mnie jak cierń. W moim odczuciu zbyt wiele postawionych w niej prognoz spełnia się na naszych oczach. A czynniki, które mogą im przeciwdziałać, zdają się albo nie dostrzegać, na czym polega spustoszenie, albo z pobudek ideologicznych nie mają zamiaru konstruktywnie kiwnąć palcem.

Jestem głęboko przekonany, że naszym zadaniem jest hic et nunc odbudowa solidarności i więzi. W bliskim mi języku filozoficznym mówiłbym o tworzeniu relacji przyjaźni. W równie bliskim języku wolnomularstwa rzekłbym, że naszym zadaniem jest budowanie braterstwa. Sprzyja temu afirmowanie ludzkich (miko)wspólnot i popieranie ich istnienia. Czy będą to małżeństwa, związki partnerskie, związki poliamoryczne, czy pozbawione elementu seksualnego (a nie erotycznego) przyjaźnie. Do ponownego odkrycia jest także relacja mistrza i ucznia, z zamysłu nie autorytarna, ale oparta na dzieleniu się doświadczeniem. Do opowiedzenia jest relacja ludzi i nie-ludzi, oparta nie na wyzysku i konsumpcji, ale na empatii i trosce.


fot. Marcin Kurczych

W znakomitym tekście O wzmacnianiu innych i doborze przyjaciół pisze Jerzy Drewnowski o zaczadzeniu naszej kultury pokusą autorytaryzmu i panowania nad innymi. Jej ślady widać jak na dłoni w relacji ze zwierzętami i dziećmi (troskę o nie sprowadza się często do kwestii jedzenia i zaplecza materialnego), w edukacji, polegającej na tresowaniu w panującej obecnie ideologii i wzmacniania mechanizmów sprzyjających wyścigowi szczurów, w systemie "dogmatycznego monopolu partii" skrytego za parawanem demokracji. 
Nie ma w tym świecie miejsca na "karmienie psychiczne" słabszych, na uczenie tego, jak sensownie wzmacniać samoocenę, na otwieranie życiowych możliwości. Nie ma więc miejsca na kulturę, Bildung, oznaczającą taki sposób działania społecznego, który otwiera życiowe potencjalności każdej z jednostek.

Autentyczna przyjaźń oznacza, między innymi, dbałość o wszechstronny rozwój partnera. Wymaga zatem otwartości, którą w swoim słowniku nazywam poliamorią. Wszechstronny rozwój oznacza bowiem otwarcie na świat, którego zaprzeczeniem jest autorytarna z natury zazdrość. To ciekawe, że przyjaźń jako ideał, zaczęła zanikać w dobie, gdy więzi między ludźmi zarezerowano w naszej wspólnocie wyłącznie dla dwójki osób, a żeby było to łatwiej kotrolować, głębokie zaangażowanie utożsamiono z więzią natury seksualnej. 

Ci, którzy w relacjach jednopłciowych chcą widzieć tylko rzekomo wynaturzony seks nie pytają o to, dlaczego żyjące ze sobą osoby chcą razem spędzać czas, oglądać się w chorobie, odwiedzać w szpitalu, wprowadzać w grono wcześniej zawiązanych przyjaźni etc.

Ci, którzy w relacjach poliamorycznych chcą widzieć tylko rozwiązłość bez zahamowań nie pytają o motywy, stojące za otwartością relacji, o to, jakie wartości tworzą każdą z nich, na czym polega wierność, stałość, uczciwość, bez której nie da się żyć w żadnej relacji.

A przecież tym, co łączy ludzi jest czas, którego owcem są: wspólne doświadczenie, troska, zaangażowanie emocjonalne, intelektualne, fizyczne. Tym, co łączy ludzi są ideały, które powodują, że żyje się ze sobą, a nie obok siebie.

Tym, czego koniecznie potrzeba naszemu społeczeństwu, jest wiedza i etyczność.
Wiedza, w tym także wiedza o seksualnej stornie naszego życia.
Etyka, w tym świadomość,  - jak mówił Albus Dumbledore -, że o tym, kim jesteśmy, decydują nie nasze możliwości, ale nasze dojrzałe i odpowiedzialne decyzje.

Budowanie relacji, które nie są oparte na dominacji i prawie własności, nie jest proste. Ale prosty może być tylko świat, który stawia na sztucznie prokurowaną stabilność (vide Huxley). Moim zdaniem nie ma relacji bez zgody na ból, bez decyzji o tym, że będzie się pracować nad zazdrością, bez chęci przebaczania. Bywam zazdrosny, zaborczy, niekiedy cierpię, niekiedy sam zadaję cierpienie. Ale staram się nie udawać, że tego nie ma. Inaczej, zawsze mam nadzieję, że rozmowa, szukanie kompromisu i wspólne patrzenie w dal pozwolą pójść dalej.
Poliamoryczność czy otwartość to dla mnie zgoda na to, by relacje były budujące, by zasilały mnie samego i wszystkich wokół. Wiele mogę dać i wiele mogę otrzymać. Bez kalkulowania. Wiedza i etyka pozwalają patrzeć na to z krytycznym dystansem, bez obaw. Różne "rzeczy" bowiem są nam potrzebe i nas wzmacniają. Układają się one w różne hierarchie i uobecniają w odmiennych relacjach. W jednych dominantą może być pożądanie i eros, w innych przygoda intelektualna, w jeszcze innych wspólna praca. 

"Tendencji do wzmacniania czyjegoś poczucia mocy i własnej wartości trudno oczekiwać także od ludzi sukcesu. - pisze Jerzy Drewnowski. - To znaczy od osób, które priorytet życiowy uczyniły sobie z rywalizacji i z jej wygrywania. Jak wskazuje obserwacja, wybierając coś takiego, stajemy się niezdolni do sprawnego czynienia wszelkich innych rzeczy. Nie może być dobrym specjalistą, na przykład odpowiedzialnym lekarzem lub politykiem ktoś, kto o pokonanie rywala dba bardziej niż o spełnianie swych powinności wedle zasad sztuki. Niewielkie szanse ma ktoś taki również na to, by stać się spolegliwym wychowawcą lub działaczem społecznym, ale też czyimkolwiek przyjacielem. Nie ulega wątpliwości, że ludzie tego rodzaju bywają podziwiani, naśladowani i pożądani, lecz chcieć mieć w nich przyjaciół lub lojalnych małżonków byłoby rzeczą nierozsądną.
Gdzie zatem i w jaki sposób szukać ludzi? Niekoniecznie ze świecą, z latarką lub z czymś takim. Koniecznie w każdym razie tam, gdzie z uniezależniania innych czerpie się największe radości i satysfakcje. Nie ma tu przy tym znaczenia, czy ktoś taki czyni to z powodu swej genetycznej konstytucji, odebranego wychowania, czy też wieloletnich powiązań z emancypacyjnym modelem kultury. Rozpoznać takich, by tak rzec, emancypacjonistów jest znacznie łatwiej, niżby się wydawało. Po kierunku ich zaangażowań społecznych, ale też po sposobie opowiadania o zwierzętach i dzieciach. Słuchajmy pilnie. Być może znowu urośniemy wszerz i wzwyż przez nową piękną przyjaźń". 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.