poniedziałek, 29 kwietnia 2013

O OSTROŻNYM CHRONIENIU TRADYCJI. A PROPOS IWANA KOZŁOWSKIEGO

Dla K. S. i K. B.
dziękując za dyskusję





„Istotą doświadczenia czasu w sztuce Wyobrażam sobie śpiewaka, którego nie interesuje historia opery i historia śpiewu, tak, jak wyobrażam sobie fizyka, którego nie interesuje tradycja własnej dyscypliny. Bywa, że nadmiar wiedzy historycznej jest zbędnym balastem, przeszkodą w praktykowaniu swojego „fachu”. Nie wyobrażam sobie jednak krytyka muzycznego i melomana, którzy nie próbują nawet przekroczyć progu archiwum. Świadomość operowej tradycji wydaje mi się niezbędna do tego, by pełniej odbierać i lepiej rozumieć teatr muzyczny. Jednocześnie trwanie tu i teraz, pośród określonych trendów i kanonów oraz wychylenie ku przeszłości otwiera na istotę doświadczenia czasu w sztuce, którą zdaniem Hansa-Georga Gadamera „jest to, że uczymy się przebywania. Jest to zapewne stosowna dla nas, skończona odpowiedniość tego, co zwie się wiecznością”. To wychylenie w tył i do przodu umożliwia niekończący się estetyczny dialog, którego stawką jest migotliwa prawda dzieła sztuki.


Nie będę jednak krył, że w swoim podejściu do przeszłości jestem nostalgikiem. To, co znajduję w archiwach pociąga mnie ostatnio bardziej, niż to, co słyszę i widzę na żywo, w radio, przekazie kinowym. Największych przeżyć doznaję często za sprawą mało znanych śpiewaków i niewielkich scen, gdzie śpiewacy wciąż mają czas na szukanie siebie i na nadawanie osobistego piętna rolom, które grają. Najbardziej tęsknię zaś za… różnorodnością, której coraz mniej w „operowym głównym nurcie”. A przecież dzięki starym nagraniom czuć nie tylko indywidualność artystów, ale także odmienność środowisk, które reprezentują. Przy tym wszystkim słychać też w dawnych głosach więcej „farby”, koloru. A także świadome posługiwanie się „gęstością” głosu, która zastępuje tak częste dziś epatowanie wolumenem. Jacques Urlus czy Rudolf Laubenthal pozwalają poczuć, czym był autentyczny hendeltenor, tak samo, jak Koloman von Pataky pozwala nam sięgnąć granic legata i cieszyć się niespotykanym już dzisiaj nasyceniem głosu (mnie jego barwa i wysokie impostacja przywodzi na myśl Nicolaia Geddę). Trudno też debatować o stylowości takiej czy innej Rusałki, gdy nie zna się specyfiki „czeskiej szkoły” z jej dość prostymi i jasnymi głosami, takimi jak - by odwołać się do nie tak znów dalekiej przeszłości - Milada Subrtova czy Ivo Zidek.














***

Chęć przywoływania przeszłości może jednak przypominać dobre chęci, którymi wybrukowane jest piekło. Najlepsza nawet motywacja może przynieść odwrotne skutki, gdy brak jej stosownej dozy empatii i ostrożności w formułowaniu uogólnionego z konieczności komunikatu.

Wspomnianej słuszności tych słów doświadczyłem dziś na własnej skórze, próbując za jednym zamachem przypomnieć głos Iwana Kozłowskiego i wpisać się tym przypomnieniem w kontekst granych we Wrocławiu i Łodzi Traviat.
Wyszło, jak wyszło: Libiamo  śpiewane  przez 70-letniego Kozłowskiego, który lata świetności miał dawno za sobą, brzmi osobliwie, a mój komentarz, ze jest to nagranie późne i  dołączona stosowna emotikonka nie wystarczyły do wytworzenia wśród słuchaczy odpowiednio ostrożnego dystansu.

Wszelako warto było podjąć się takiej nieostrożności, bowiem nagranie sprowokowało rozmowę. A rozmówców miałem odpowiednio kompetentnych i odpowiednio wrażliwych, czyli takich, którzy uświadomili mi, że słuchacza obowiązuje wyjątkowa odpowiedzialność względem (nie tylko) muzycznej tradycji. Odpowiedzialność, która winna przekładać się na umiejętne osadzanie w tradycji nagrań czy postaci, które chce się przypominać.

***
Przypomniane przeze mnie nagranie było niefortunne z wielu powodów.
Głos Kozłowskiego nie ma w nim dawnej intensywności brzmienia, jest do tego nieprzyjemnie rozedrgany, chwiejny. Sama interpretacja jest manieryczna. Cóż, jak na 70-latka Kozłowski i tak spisuje się dzielnie, choć przyznać trzeba, że nie umiał (nie dano mu?) zamilknąć w stosownym momencie (o ile mnie pamięć nie myli, jeszcze po 80-tce nagrał naszego Jontka, tyle że z powodu problemów technicznych musiano mu partię okroić). 

Kozłowski należy do grona moich ulubionych operowych artystów. Nieostrożnie powiedzieć można, że przynależał on do przedwojennej formacji estetycznej (debiutował w 1920 roku). Podobnie jak Miguel Fleta (ale także Ada Sari) jego głos był bardzo wysoko upozowany, miał jasną, szalenie intensywną i lekko nosową barwę, a swoisty „groszek”. W zgodzie z ówczesnymi kanonami Kozłowski mógł pozwolić sobie na  zamiłowanie do portamenti czy efektownych fermat,  którymi popisywał się na wysokich dźwiękach (miał dość szeroką skalę głosu z piękną „górą” - pełnym głosem sięgał swobodnie ponad wysokie C, czym niekiedy nieprzyzwoicie się popisywał). 


W dobrych latach głosem tym władał Kozłowski z autentycznym mistrzostwem. Dobre appogio, eleganckie frazowanie, muzykalność, wrażliwość, pełne niuansów operowane zmysłowym pięknem głosu, kolorowanie głosek, ale także wyczucie psychologicznych aspektów postaci - to wszystko tworzyło jego artystyczne emploi, dla większości z nas za bardzo już odległe, , ale - jak zgodnie podkreślają krytycy - wpisujące się doskonale w ówczesne rozumienie belcanta.



***
Ostrożność „osadzania w tradycji” ma jeszcze jeden odcień.
Idzie o to - a jest to lekcja, którą odebrałem od mojego mistrza Jarosława Mianowskiego - żeby uniknąć podejścia „albo..., albo”: albo spojrzenie czysto historyczne, zupełnie nieczułe na recepcję dzieł, zmiany estetyczne i przekształcenia kulturowe, albo kult tego, co współcześnie uznawane jest za standard.
Dobrym przykładem tego, że myślenie binarne nie musi być najlepsze, jest Belliniowska Norma, a dokładnie zadawniony obyczaj obsadzania partii Adalgisy ciemnymi głosami mezzosopranowymi. 
Ileż radości sprawia mi słuchanie duetów Norma-Adalgisa śpiewanych przez Montserrat Caballe i Shirley Verrett czy przez Rosalind Plowright i Ewę Podleś. 

A przecież tradycja ta nie jest pomysłem Belliniego - Adalgisa jest partią pisaną na sopran („wysoki sopran” jak pisze wprost Urszula Jankowiak), taki, który byłby w stanie kontrastować z ciemniejszym głosem Normy tak, jak młodość i pierwsze uczucie kontrastuje z doświadczeniem i uczuciami dojrzałej kobiety, matki dzieci.  
Pewnie dlatego wracam nieustannie do nagrań Normy z Marią Callas i Ebe Stignani, mając w pamięci niezwykłą, liryczną Adalgisę Urszuli Kryger. I - czerpiąc  przyjemność z dominującej dziś obsadowej tendencji - optuję za praktyką bliższą dramaturgicznemu zamysłowi Belliniego. 

***

Patrząc z tej perspektywy myślę, że sposób śpiewu Kozłowskiego brany en bloc na dzisiejszej scenie by się nie obronił, ale kto wie, jak dziś byśmy odebrali manieryzmy Franca Corellego (z łkaniem na czele), czy "groszkowe" głosy lat 60-tych (Carlo Bergonzi, Elena Cernei itd.), na które zapanowała wtedy moda. 
Można jednak wiele nauczyć się z jego interpretacji, zarówno w kwestiach czysto techniczno-głosowych, jak i dramaturgicznych.
Można wreszcie, wrastając w konwencję tamtych nagrań, robionych do tego po rosyjsku, najzwyczajniej cieszyć się jego głosem. Jako elementem tradycji, która na operę się składa. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.