czwartek, 26 stycznia 2012

LOS PAJAROS PERDIDOS

"Los Pajaros Perdidos" odsłuchana. I to nie raz. Obowiązkowa płyta na karnawał - dowcipna, słodka, kiedy trzeba zalotna i temperamentna. Z dobrą dozą luzu i improwizacji (choć może to ostatnie słowo jest nieco na wyrost). Arpeggiata w bogatym składzie interesująco wspierana przez muzyków z Quito Gato. No i Jaroussky, którego jednak lubię bardziej z płyty niż na żywo. Na płytach bowiem ma jaśniejszy, bardziej srebrzysty i anielski głos. Szkoda tylko, że nie śpiewa w duecie z Lucillą Galeazzi (chyba że coś prze-uszyłem), czarującą w sentymentalnej "Alfonsina y el mar", tak śpiewanej przez wielką Mercedes Sosa:
http://www.youtube.com/watch?v=elFfCLa6wNM

***
W radiowej Dwójce powiesili już na tej płycie chyba wszystkie możliwe psy. Z większością argumentów trudno się nie zgodzić. O ile rzeczywiście szuka się na tej płycie muzyki dawnej robionej w sposób poinformowany, ewentualnie - muzyki Ameryki Południowej odkurzonej i granej w sposób właściwy dla niej. No i o ile czytało się o tym w artykule (z książeczki) Christiny Pluhar. Nie robię/zrobiłem żadnej z tych rzeczy, bo to już od dawna w przypadku Arpeggiaty się nie sprawdza. Potraktowałem to raczej jako dobrą, w większości polukrowaną i ckliwą, nieco koturnową, ale dobrze trzymającą konwencję płyty na karnawał. No i w jednym nie mogę się z Dwójką zgodzić - w tej płycie nie czuję fałszu odmiennie chociażby od Via Crucis. I nie zmieniam Twojej pozytywnej oceny! A karnawał się kończy tuż tuż!   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.